Księga kondolencyjno-wspomnieniowa

Drodzy Przyjaciele, Koleżanki, Koledzy, Znajomi

Proszę Was o słów kilka, kilka zdań, wspomnień o Krzysztofie Jaworskim, o Wojtku Jacobsonie. Czasami niewiele słów trzeba, żeby dużo powiedzieć, żeby wyrazić ból po odejściu, żeby przenieść w przyszłość naszą pamięć o Nich.
Ślad naszych wspomnień, utrwalony w „Zeszytach Żeglarskich” (obaj, od pierwszego numeru, byli stałymi współpracownikami kwartalnika), dotrze do żeglarzy i nie tylko żeglarzy, dotrze do Ich bliskich, rodzin.

Zeszyty Żeglarskie, 01.09.2026

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Serdeczne wyrazy współczucia dla Rodzin i najbliższych przyjaciół Wojtka i Krzysztofa przesyła
Lucjan Modzyński, Toronto, Kanada, 01.09.2026

                        ~~~~~~

Utrata Wojtka to utrata wspaniałego mentora z ogromną wiedzą i wieloletnim doświadczeniem. Był zawsze pomocnym, zawsze serdecznym i cierpliwym. Będzie nam wszystkim brak jego towarzystwa, spokojnych słów i ciepłego uśmiechu. Drogi Wojtku odpoczywaj na suchym pokładzie i spokojnej fali. Rest In Peace.
Tomek Głowacki, Nowa Zelandia, 01.09.2026

                         ~~~~~~

Wkłady Wojtka i Krzysztofa w rozwój Zachodniopomorskiego Żeglarstwa są niezwykłe, to oni od samego początku to budowali i owoce tego teraz mamy.
Nie możemy tego zapominać. Teraz żeglują przez oceany.

Wojtek Wejer, Toronto, Kanada, 02.09.2026

                       ~~~~~~

Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci mojego wieloletniego Przyjaciela, Wojtka Jacobsona.

Znaliśmy się ponad 50 lat. Przez te wszystkie lata nasze drogi wielokrotnie się spotykały, przede wszystkim podczas moich wizyt w Polsce. Pomimo ogromnej odległości, jaka dzieli Nową Zelandię od Polski, pozostawaliśmy w regularnym kontakcie. Odległość nigdy nie stanowiła dla nas przeszkody w podtrzymywaniu przyjaźni.

Wojtek był człowiekiem niezwykłym. W Polsce znany był przede wszystkim jako wybitny żeglarz i działacz, człowiek związany z morzem i środowiskiem żeglarskim, ale dla tych, którzy mieli szczęście go znać osobiście, był przede wszystkim Wielkim Człowiekiem.

Był osobą niezwykle życzliwą, otwartą i pełną pasji. Potrafił zjednywać sobie ludzi, a jego wiedza, doświadczenie i sposób patrzenia na świat budziły ogromny szacunek. Miał w sobie coś, co sprawiało, że spotkania z nim pozostawały w pamięci na długo.

Dla mnie Wojtek był przede wszystkim Przyjacielem. Przez ponad pół wieku dzieliliśmy wspomnienia, rozmowy i zainteresowania. Nawet kiedy dzieliły nas tysiące kilometrów, zawsze mieliśmy o czym rozmawiać. Każde moje spotkanie z Wojtkiem w Polsce było dla mnie czymś wyjątkowym i zawsze dawało mi poczucie, że spotykam się z kimś naprawdę bliskim.

Trudno pogodzić się z myślą, że tych spotkań już nie będzie.

Pozostaną jednak wspomnienia, rozmowy i wspólnie spędzone chwile. Pozostanie również ogromny szacunek dla człowieka, którego miałem szczęście znać przez tak długi czas.

Wojtku, dziękuję Ci za te ponad 50 lat przyjaźni.
Będzie mi Ciebie bardzo brakowało.
Spoczywaj w pokoju, Przyjacielu.

Kazik Jasica, Nowa Zelandia, 03.09.2026

                            ~~~~~~

[…] Do Klubu udało mi się wkręcić na początku lata 1961 roku, […] Po jakimś czasie dostałem wiadomość, że dostanę Cadeta, dopiero wtedy zorientowałem się, że wśród członków Klubu byli ludzie zwracający uwagę na młode pokolenie. […] W pierwszych regatach Komisja Regatowa cierpliwie czekała na mnie żebym dowlókł się do mety – byłem ostatni! Tuż po regatach poznałem Wojtka Jacobsona, który w bardzo życzliwy sposób zaproponował mi naukę taktyki regatowej i żeglarstwa. Tak więc parę dni w tygodniu miałem darmowe lekcje. W ostatnich regatach tego roku już byłem najlepszym i wygrałem regaty. Tego się nie zapomina…

Andrzej Pęcherzewski, Kalifornia, USA

                             ~~~~~~~

O Wojtku słyszałem, gdy jeszcze byłem studentem w Poznaniu. Osobiście poznałem go chyba dopiero w czasie, gdy Maciek Krzeptowski zorganizował wystawę „Polacy w wyprawach polarnych”, do udziału w której dostałem zaproszenie. Kiedyś wyraziłem swoje zdziwienie, że jedna z moich wypraw – chyba była to wyprawa śladami Shackletona albo na „Welecie” z Gdańska do Odessy, zgłoszona była na „Kolosy”. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że zgłoszenie zrobił Wojtek. Kiedy się już poznaliśmy zrobiłem z nim wywiad chcąc napisać artykuł do „Żagli”. Gdy już pracę ukończyłem Wojtek powiedział, żebym jednak nie publikował. Żeby jednak uzyskać zgodę musiałem użyć protekcji śp. Pawła Morzyckiego, który poprzez Wojtka żonę zdołał wydobyć ową zgodę.
Wojtek był bankiem wszelkich danych o żeglarstwie i przyjacielem wszystkich ludzi. Ostatnio rozmawiałem z nim w dniu jego ostatnich imienin. Powiedział, że chciałby dożyć wyborów. Wojtek był liberałem.

Henryk Wolski, Wyspa Baffina, Arktyka Kanadyjska, 05.09.2026

                               ~~~~~~~~

Opinię o tym, że Wojtek jest nie tylko świetnym żeglarzem, ale także osobą wysoce kulturalną i rzetelną, że jest prawdziwym dżentelmenem, usłyszałem już pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku od kpt. Kazimierza Haski, prezesa Szczecińskiego OZŻ. Prezes Haska wprowadzał w tym czasie do Polski dziecięco-młodzieżową klasę Cadet, a Wojtek tłumaczył z języka angielskiego na polski całość niezbędnej dokumentacji.

Mnie Wojtek kojarzy się z redagowaniem tygodnika „Jantar” i miesięcznika „Jachting”, dziesiątkami naszych niezapomnianych spotkań w nieoficjalnym Klubie Jachtowych Kapitanów Żeglugi Wielkiej, Klubie Żeglarzy Samotników i Bractwie Wybrzeża, spotkaniami podczas Operacji Żagiel 1976 i 1982, współpracą przy przygotowywaniach do druku książki Irka Gieblewicza pt. „Powrót jachtu „Dal” …

Ponad 70 lat naszej znajomości, współpracy i przyjaźni, to około 70 lat potwierdzających trafność wspomnianej opinii.

Do zobaczenia Wojtku.

Zygmunt Kowalski, Szczecin, 05.09.2026

                                   ~~~~~~~~~~

Dla mnie jest Wojtek Jacobson przede wszystkim wspaniałym człowiekiem, ogromnych walorów i oczywiście „Duża Postać Polskiego Żeglarstwa“.

W roku 1970 jako kapitan prowadziłem polski jacht „Wagabunda” z mieszaną polsko-czeską załogą w dużych regatach ze startem w Świnoujściu i wtedy Wojtka zauważyłem, jak się kręci koło żeglarstwa. Rok później kilka razy odwiedziłem Stocznię Jachtową w Szczecinie, śledziłem budowę „Poloneza”, spotkałem się z Krzysztofem Baranowskim i ponownie zauważyłem pomagające Krzyśkowi ręce Wojtka. Chyba, ale pierwszy raz, kiedyśmy się spotkali osobiście i pogadali, tak to było w roku 1971, na zwodowanym „Polonezie” w Stoczni Jachtowej w Szczecinie, jak zakończyłem próbny i kwalifikacyjny rejs na OSTAR 1972 na „Nike”.

Nigdy nie mogę zapomnieć Wojtka i Jego żony Ewy, kiedy w okresie mojego powitania w Świnoujściu i Szczecinie, po zakończeniu mojego pierwszego solo rejsu dookoła świata w roku 1975, Wojtek i Ewa zorganizowali w ich domku party dla mnie, moich przyjaciół i żeglarzy. Było to wspaniałe powitanie i początek naszej długotrwałej przyjaźni.

Wojtek chętnie pomagał każdemu. Ja pamiętam, jak w roku 1979 załatwił sextant Ludkowi Mączce. Ja wtedy wychodziłem na „Nike II” w regaty Parmelia Race, które kończyły się we Fremantle-Perth, w Zachodniej Australii. Tam czekał Ludek i sextant odebrał. Od tego okresu spotykałem się z Wojtkiem sporo razy, trzymaliśmy kontakt, śledziłem jego książki i działalność, spotkaliśmy się i w Stanach, kiedy Wojtek pływał na „Pogorii”, współpracowaliśmy w komisji Kolosów. Niestety ostatni wspólny rejs odbyliśmy pod żaglami w Szczecinie na Odrze cztery lata temu. Rejs był krótki, ale niezapomniany. Również tak będę na zawsze pamiętał Wojtka i jego wspaniałą rodzinkę. Ogromna cześć Jego pamięci.

Ze smutkiem

Richard Konkolski, Czechy, 06.09.2026

                                ~~~~~~~~~~


Kontakty nasze nie były zbyt częste, ale ze świadomością, że ich nie będzie – trudno jest mi się oswoić.
Śmierć Wojtka przywołała wspomnienia sięgające moich przenosin do Szczecina w 1965 roku, bo od tego czasu trwała nasza znajomość.
Moje morskie żeglowanie rozpoczęło się w roku 1962, mieszkałam w tym czasie w Warszawie. Po tym pierwszym rejsie było kilka następnych. Ponieważ podobały mi się, a było to trochę drogo, jak dla osoby tuż po studiach -zaczęłam rozważać ewentualność zmiany miejsca zamieszkania. Może Szczecin?
W końcu 1965 roku nadarzyła się okazja – miejsce na „Josephie Conradzie” – przeprowadzenie jachtu na remont do Stoczni Jachtowej w Szczecinie. Popłynęłam. Rejs zakończył się w Trzebieży, w oczekiwaniu na miejsce w stoczni. Załoga rozjechała się. Na łódce pozostałam z etatowym bosmanem „Conrada” – Jurkiem Boehmem.
Z Trzebieży wyskakiwałam do Szczecina w poszukiwaniu pracy. Sprawy osobiste zmusiły mnie na kilkudniowy wyjazd z Trzebieży. Kiedy wróciłam – jachtu nie było oraz urwał się kontakt z Jurkiem.

W tym czasie w Szczecinie znałam tylko Danusię Kopacewicz (mieszkającą na Pogodnie). Dzięki przypadkowi jadąc do niej, na przystanku tramwajowym na Pogodnie, spotkałam Jurka, który dzięki porozumieniu ZG AZS (armator „Conrada”) miał zabezpieczone mieszkanie u Jacobsonów (na Pogodnie) na czas remontu łódki.
Tą drogą zaczęłam wchodzić w żeglarskie środowisko szczecińskiego Jacht Klubu AZS.
W 1965 roku, kiedy Ludek – mieszkający u Wojtków – ruszył na „Śmiałego”, żeglującego wokół Ameryki Południowej, zamieszkaliśmy w pokoju Ludka.
7. kwietnia 1967 roku Wojtek i Danusia Kopacewicz byli świadkami naszego ślubu organizując nam w domu obiad po tejże bardzo skromnej uroczystości. Dokument ślubu był warunkiem dla spółdzielni mieszkaniowej na otrzymanie mini M-3, który to dokument natychmiast trzeba było dostarczyć.
W kolejnych latach praca, normalne życie spowodowały rozluźnienie kontaktów, które ożyły wraz z pojawieniem się jachtu „Maria”;organizacja podmian załogantów, itp.
W 1978 roku, Jurek jako kolejny zmiennik załogi został wyprawiony do Ludka, do Perth w Australii. Żeglowali razem do maja 1980 roku.
Był to ponownie okres bardzo bliskich kontaktów z Wojtkiem, wymiany korespondencji, itp.
W grudniu 1982 roku z paszportem w jedną stronę wyemigrowaliśmy z synem (Wojtkiem) do Australii, ażeby połączyć się z Jurkiem, a właściwie z Jurkami, bo AJP czyli Pisz, mieszkał tam razem.
Kontakty z Wojtkiem były dość częste, ale nie był to czas internetu.
Bliskie kontakty wróciły po śmierci Jurka Boehma (2019), byłam skrzynką kontaktową Wojtka z AJP czyli Piszem, który też „odszedł” w 2020 roku.
Wojtek zawsze pamiętał o ich imieninach, pomimo że nie było już ich wśród nas.
W korespondencji internetowej łączyły nas trzy tematy: polityka polska, sport i oczywiście żeglarstwo.
Kiedy zaczynały się transmisje tenisowe zawsze przeliczałam, która godzina jest w Polsce i czy Wojtkowie już oglądają …

Pomimo, że dzieliło nas mnóstwo kilometrów czy mil morskich, czułam się zawsze mocno powiązana z Wojtkiem, jego rodziną i ich problemami. Martwiły choroby, cieszyły radości.
Dzięki Wojtkowi sprawy żeglarskie, z którymi prawie nie mam obecnie kontaktu – były mi przybliżane.

Bardzo mi będzie tego kontaktu z Wojtkiem brakować. Pozostała jakaś wyrwa, z którą trudno się oswoić i którą trudno zapełnić …

Jaworka znałam tylko z rzadkiego widywania i opowiadań Ziomka. Była to generacja innego okresu.

Jola Boehm, Sydney, Australia, 06.09.2026

                             ~~~~~~~~~~~~

[…] Jako największy, mogę powiedzieć tutaj, sukces swojej, nazwijmy to „wycieczki”, to (…) sukces, nazwijmy to optymizmu, że Wojtek (Wojciech Jacobson – przyp. red.) drugi raz jeszcze dał się zanęcić na „Marię” […]

Ludomir Mączka, wywiad z 1988 roku.

                            ~~~~~~~~~~~~

THE BEST FRIEND WOJCIECH JACOBSON

Pomimo że się wychowałam w ówczesnej Czechosłowacji, część dzieciństwa razem z siostrą spędziłyśmy w Polsce w gronie szczecińskich żeglarzy z którymi łączyła rodziców wspólna pasja.

Mózgiem i sercem tej wspaniałej wspólnoty był charyzmatyczny Wojtek Jacobson. Kapitan, mentor, pedagog i działacz, który dużo pływał i wysyłał do nas pocztówki, później e-maile. Podziwiał świat i zachwycał się jego poznawaniem, z dociekliwością naukowca i cierpliwością mnicha. Urodził się w wyjątkowej rodzinie i przeżył niezwykłe dzieciństwo. Jego uśmiech i błękitne błyszczące oczy, głos wypowiadający mądre słowa zostaną na zawsze w mojej pamięci. Mama dużo nam opowiadała o Nim i o Ludku Mączce. Fascynowała mnie ich przyjaźń, bo bardzo się różnili od siebie, a tak świetnie się rozumieli i szanowali jeden drugiego.

Wojtek dbał o edukację dzieci i młodzieży. Kiedy w latach 90-tych wraz z Ludkiem mieli prelekcję w klubie Bałtyk w Pradze, byłyśmy z siostrą akurat chore. Pomimo, że mieszkałyśmy kilka godzin pociągiem od stolicy Czech, obaj panowie po zakończeniu programu spontanicznie wsiedli w pociąg i przyjechali w nocy do nas z projektorem, mapami i starannie ułożonymi slajdami zdjęć. Na drugi dzień rozpoczęli indywidualną prelekcję dla dwóch chorych dzieci i psa, który węchem rozpoznał, iż pachnieli przygodą, wiatrem i morzem. Byli zgrani. Żartowali, odkrywali przed nami magiczny świat. Spełniali chłopięce marzenia. Chciało im się nas zabrać w wirtualne podróże i odpowiadać na nasze pytania.

Nie dziwiłam się mamie, że lubiła pływać w otoczeniu takich uroczych ludzi i bardzo tęskniła, gdy zdecydowała się żyć na emigracji. Wojtek miał szerokie pole zainteresowań. Był osobą wykształconą, oczytaną, znającą obce języki i kultury. Był dla mnie przykładem dobrego i uczciwego człowieka. Kiedy przeszedł na emeryturę, to odwiedzałam Go w domu, najczęściej w towarzystwie siostry Danieli. Miałam okazję poznać Jego rodzinę i zobaczyć słynną kuchnię, gdzie wisiała mapa świata inspirująca do snucia odważnych planów.

Jako dziecko lubiłam czytać książkę brytyjskiego pisarza Arthura Ransome’a „Jaskółki i Amazonki”. Wojtek też wyrósł na tej lekturze i zainspirowała Go do wyboru żeglarstwa jako pasji życiowej. Wierzę, że byłby wybitnym specjalistą w każdej dziedzinie, bo posiadał dyscyplinę wewnętrzną i dążenie do perfekcji. Pomyślał o każdym szczególe.

Lubiłam Jego subtelne poczucie humoru. Raz otrzymał od nas z USA prezent, imitację filmowego Oscara z napisem „The Best Friend”. Po wręczeniu stanął w salonie i zaczął bez wahania uroczyste przemówienie z podziękowaniami jak sobie ceni takiego wyróżnienia, po czym postawił trofeum na parapecie okna i z zadowoleniem oświadczył, że nagroda „Kolos” jest ciężka i dobrze podtrzymuje drzwi na balkon, żeby się nie zamykały a Oscar rozmiarem nadaje się do pełnienia tej funkcji na parapecie okna.

Kiedy już z racji wieku mniej podróżował, to kibicował i wspierał realizację projektów innych pasjonatów, nie tylko związanych z żeglarstwem. Podróżnicy przed wyprawą przychodzili do niego nie tylko z praktycznych względów, żeby się skonsultować i pożegnać, ale też żeby się wygrzać w cieple Jego człowieczeństwa. Potrafił świetnie gotować, a w trakcie rozmowy na przykład ciął sałatę nożyczkami. Dawał cenną walutę jaką jest czas i uważne słuchanie. Można z nim było porozmawiać na każdy temat. Pamiętam rozmowy o filmach, teatrze, malarstwie, architekturze, literaturze i polityce. Bezinteresownie dzielił się wiedzą, doświadczeniem i kontaktami do przyjaciół po całej kuli ziemskiej. Był czymś w rodzaju medium społecznościowego jeszcze przed googlem, facebookiem i podobnymi platformami. Był człowiekiem głębokiej wiary, otwartego serca, tolerancyjnym i pokornym. Był autorytetem, pracował społecznie w komitetach przydzielających nagrody, pisał i redagował książki, często zarywając noce. Był bardzo oddany swojej rodzinie.

Kiedyś po odwiedzinach u nich w domu zamierzałyśmy z siostrą pójść do sklepu, by kupić pogrzebacz do pieca. Wojtek poszedł z nami. W miejscach, gdzie nie było chodnika, szliśmy gęsiego, a On uczył nas starej, absurdalnej studenckiej wyliczanki, śpiewanej niegdyś dla zabicia czasu podczas długich podróży.

Jeden pogrzebacz to smutne, to smutne,
dwa pogrzebacze to jeszcze smutniejsze.
Trzy pogrzebacze to smutne…

Wesoło nam było iść, nucąc po drodze… Tak smutno teraz bez Niego na tym cudownym świecie. Dziś właśnie takie zwyczajne, pogodne chwile wspominam najcieplej.

Niedawno uważniej wsłuchałam się w tekst ulubionej pieśni Wojtka w wykonaniu Louisa
Armstronga „What a Wonderful World”. Staram się zauważać piękno tego świata. Tego nauczył mnie „The Best Friend” — Wojciech Jacobson. R.I.P.


Doubravka Krautschneider, New Jersey, USA, 08.09.2026

                                                         ~~~~~~~~~~

 O Wojciechu Jacobsonie, skromnym, ale jakże niezwykłym człowieku, najpierw usłyszałem, przeczytałem; o Wojtku, Ludku, „Marii”, o wokółziemskiej wyprawie „Marii” i było to niewyobrażalne, ale mocno rozpalające wyobraźnię kilkunastolatka; gdzieś z dala od morza. Potem szczęśliwy los pozwolił zostać ich kolegą Klubowym! A był to dopiero początek wieloletniej znajomości…
Wojtek ma dar zjednywania ludzi. Poprzez wyjątkową skromność, pokorę, łagodność, zaangażowanie w najróżniejsze sprawy, proszących go, nierzadko obcych ludzi. Już od dawna, może od zawsze, krąg Jego znajomych wykroczył daleko poza ramy Klubu, poza lokalne środowisko.
Gdybym jednym słowem miał Go określić to bez wahania powiedziałbym, że „pomaga innym”; bezinteresownie, w każdej sprawie, z olbrzymim zaangażowaniem, sam pełen skromności, usuwając się w cień. „Zeszyty Żeglarskie” to w znacznej mierze Jego wiedza, kontakty w szerokim świecie.
Jego szlachetną, godną naśladowania postawę doceniła żeglarska młodzież kanadyjska, z którą pływał po świecie na Concordii, nadając mu zaszczytną nagrodę Derek Zavitz Memorial Award; choć mało znaną i popularną to jednak szczególnie przez Wojtka cenioną.
A przecież ma jeszcze na swoim koncie znaczące dokonania żeglarskie; od wczesnych lat powojennych; również wybitne i docenione na świecie.

Jakim cudem jestem Jego kolegą Klubowym, to niepojęte…

„Zeszyty Żeglarskie”, (zs), 01.2016