Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Marek Słodownik: Recenzja książki

Kristen Wolf, „24 godziny w świecie Wikingów”, wyd. Lira, Warszawa, 2025 r., str. 262

„24 godziny w świecie Wikingów” to nowość wydawnictwa Lira, książka wpisująca się w serię, ale stanowi zarazem odrębną całość. Książka to niezwykle oryginalna, bowiem autorka, Kirsten Wolf, znalazła ciekawy klucz do opisu życia codziennego Wikingów. Autorka jest naukowcem, kieruje na co dzień katedrą studiów skandynawskich na Uniwersytecie Wisconsin-Madison, gdzie wykłada literaturę staroislandzką i skandynawską lingwistykę. Temat Wikingów zna od podszewki, ma zaplecze naukowe, zdecydowała się napisać jednak nie kolejną rozprawę, a lekką opowieść o codzienności mieszkańców Północy. Przyjęła zarazem bardzo oryginalny schemat, opisuje codzienne życie 24 bohaterów a każda godzina przyporządkowana jest innemu bohaterowi. W rezultacie czytelnik otrzymuje panoramę życia codziennego Wikingów, poznaje ich codzienne kłopoty, niepokoje i zmagania z codziennością. Wszystkie opowieści osadzone są głęboko w realiach, co czyni całość niezwykle interesującą przygodą intelektualną. Książka napisana lekkim językiem, jej lektura to czysta przyjemność, a dzięki oryginalnej narracji czytać ja można zarówno w całości jak też poszczególne jej fragmenty.

Kristen Wolf, „24 godziny w świecie Wikingów”, wyd. Lira, Warszawa, 2025 r., str. 262

Marek Słodownik

________________________________________________

Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass Media Communication University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Wschód słońca po przepłynięciu cieśniny Bellota. Fot. Wojciech Jacobson

Wojciech Jacobson: Był to jeden z piękniejszych momentów naszej żeglugi we dwóch z Ludkiem, po przejściu cieśniny Bellota – działu wodnego między Pacyfikiem a Atlantykiem ….

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tomasz Dostatni OP:                                             ARTYKUŁY
I ta msza święta, która jest podziękowaniem za to wszystko dobro, którego od Wojciecha Jacobsona doświadczyliśmy …
______________________________________________________________
Ludomir Mączka:                                        LISTY
Wczesnym popołudniem wyszliśmy przez kanał Chacao na Pacyfik. Do wieczora szliśmy na żaglach z dużym kliwrem (Genoa) przy wietrze SE 4-5. O 1800 rzuciliśmy kliwra a o 2000 wiatr przeszedł na słaby N. Jurek rzucił żagle i idziemy na silniku, robimy ok. 3 knoty, bo jest fala, lekko mży, na trawersie latarnia Quedal. Do Valparaiso ok. 500 Mm.
_________________________________________________________________________________________________________
Oonah V. Joslin:                                                       WIERSZE

Standing amid a symmetry of sky and sea
rippling like the destiny
of the sail that drove him
(…)
______________________________________________________________
Mariola Landowska:                                                 KORESPONDENCJA:     z Lizbony
U ujścia rzeki Tag znajduje się latarnia morska, nazywana potocznie “Bugio”. […] Służy nie tylko żegludze, ale i jest zwracającym uwagę punktem widokowym dla tych co znajdują się na lądzie. Widać ją z różnych punktów tego prawie końca Europy, bo koniec (zachodni) kontynentu europejskiego jest tuż, tuż, na Cabo da Roca.
__________________________________________________________________________
Wojciech Jacobson:                                                  WSPOMNIENIA
Najpiękniejszy wschód Słońca na Prince Regent Inlet, po przejściu Cieśniny Bellota. (…) Słońce wychodzi zza lodu, cieniutka powłoka, lód jest, morze jest ścięte lodem, ale tego nie widać, błyszczy to jak woda, lód faluje, woda faluje razem z lodem i chrzęst lodu pod dziobem. Satysfakcja, uczucie tej satysfakcji – przeszliśmy dział wodny, jesteśmy po drugiej stronie, już nas nic nie powstrzyma, jest dobra pogoda, znaczy dobre prognozy. Do tego ten piękny wschód Słońca, to jest niezapomniane.
______________________________________________________________________________________
Marek Słodownik:                                                   RECENZJE
„24 godziny w świecie Wikingów” to nowość wydawnictwa Lira, książka wpisująca się w serię, ale stanowi zarazem odrębną całość. Książka to niezwykle oryginalna, bowiem autorka, Kirsten Wolf, znalazła ciekawy klucz do opisu życia codziennego Wikingów.             

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

G A L E R I A   O B R A Z U

  Paweł Przybyłowski, olej na płótnie, 50×40 cm, 2026

 Paweł Przybyłowski, olej na płótnie, 70×40 cm, 2026

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F  O  T  O  G  A  L  E  R  I  A

Fot. z arch. członków Klubu i arch. JK AZS Szczecin

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wywiad „Zeszytów Żeglarskich” z Ludomirem Mączką i Wojciechem Jacobsonem, 1 XII 2003, Jacht Klub AZS Szczecin (fragmenty).

[…]

Zeszyty Żeglarskie: Wojtku, jakie są Twoje wrażenia z pobytów na morzu, w odosobnieniu, w przeżywaniu czegoś inaczej, bo jest zapewne wtedy moment wyciszenia, spokoju, oddalenia od ludzi.

Wojciech Jacobson: Myślę, że ja już o tym pisałem, a jeżeli niedostatecznie, to jeszcze napiszę, bo to są bardzo osobiste rzeczy, przeżywam je podobnie jak Ludek. Kontakt z przyrodą, bo są gwiazdy na nieboskłonie, leżysz w kokpicie, na samotnej wachcie i obserwujesz.

Interesują mnie chmury, piach, słońce i gwiazdy. Gwiazdy nocą, rozpoznanie konstelacji, wschody słońca. Najpiękniejszy wschód Słońca na Prince Regent Inlet, po przejściu Cieśniny Bellota. Ludek spał, ja byłem sam na wachcie. Słońce wychodzi zza lodu, cieniutka powłoka, lód jest, morze jest ścięte lodem, ale tego nie widać, błyszczy to jak woda, lód faluje, woda faluje razem z lodem i chrzęst lodu pod dziobem. Satysfakcja, uczucie tej satysfakcji – przeszliśmy dział wodny, jesteśmy po drugiej stronie, już nas nic nie powstrzyma, jest dobra pogoda, znaczy dobre prognozy. Do tego ten piękny wschód Słońca, to jest niezapomniane.

[…]

WJ: Myślę jeszcze o innych przeżyciach, to są przeżywania niezwykłych życiowo sytuacji, dla mnie wprost niemal takich niespotykanych, jak być może mieli odkrywcy, coś co nigdy w życiu nie planowałem. Oglądałem różne obrazki, np. Machu Picchu w Peru. Oglądałem te obrazki i myślałem, że ja tam nigdy nie będę i nagle coś się dzieje takiego, że ja w ciągu dwóch dni – wcześniej nie wiedziałem, że ja tam się znajdę i nagle tam się znajduję, to jest jak olśnienie.

To samo było z Wyspą Wielkanocną. Kiedyś na chemii przynosi mi kolega książkę o Wyspie Wielkanocnej, mówi weź, przeczytaj, Ty tam będziesz. Poczytałem i myślę, że ja tam nigdy nie będę, jakim cudem. I nagle któregoś dnia wyłania się przed dziobem ta Wyspa Wielkanocna i ja tam jestem, szczypię się w ucho czy to jest prawda. Mało tego to jest zbyt odludne, takie egzotyczne miejsce.

Albo inne, zupełnie nie egzotyczne miejsce: jestem w porcie Victoria w Kolumbii Brytyjskiej i pracuję na maszcie i nagle gdzieś 30 m w górze jestem na rei żaglowca i mam przed oczami pasmo gór, już po amerykańskiej stronie – Góry Śnieżne. Po drugiej stronie inne pasmo gór. Co ja tu robię, gdzie ja jestem. Jestem gdzieś daleko od Szczecina, zupełnie absurdalna sytuacja. Siedzę na maszcie, mam cudowny widok przed sobą. To tu, w wielkim mieście, to wielkie miasto było na dole, pode mną. Tylko i to absurdalne: skąd ja się tu nagle znalazłem. Gdzie mnie życie zaprowadziło, właśnie w takie nieznane miejsca.

[…]

ZŻ: Wojtku, a Twoje zainteresowania żeglarskie. Czy nadal, gdyby przyszło jeszcze raz tak mocno wejść w żeglarstwo, uważasz, że warto było, czy też, że może należało pójść w inne zainteresowania? A jeśli żeglarstwo, to co jeszcze byś chciał zobaczyć?

WJ: Nadal, nadal warto. Pytasz, co jeszcze bym chciał, czy co bym chciał dla innych?

ZŻ; Co Ty powiedzmy, a inni niech już sobie wybiorą.

WJ: Ja bym chciał jeszcze kawałek Pacyfiku zobaczyć, te wyspy na których nie byłem i które jeszcze są w miarę świeże. Trudno powiedzieć dzikie, bo dzikich to już nie ma, ale gdzie jeszcze nie są skażone komercją.

[…]

ZŻ: Wojtku, w tym roku żeglowałeś tutaj, po Bałtyku. Jest to pewne rozwiązanie, pewien wybór.

WJ: Dla mnie zupełnie nieznane, bo o ile przemierzyłem różne egzotyczne morza i dalekie akweny to nigdy nie byłem w Szwecji, nigdy nie poznałem tego co czytałem, powiedzmy, o żegludze w szkierach. Teraz zobaczyłem, jak szkiery wyglądają, jak wygląda przyroda Skandynawii. Skandynawii tej bliskiej, nie norweskiej, tylko brzegi szwedzkie, gdzie są właściwie puste lasy, gdzie przyroda jest dzika, ale za to na wodzie są dziesiątki i setki jachtów, na szlakach w tych szkierach.

ZŻ: Więc pozwolę sobie postawić taką tezę, że całe żeglarstwo z jednej strony to zewnętrzna forma czyli ten długi rejs, a z drugiej strony to sedno tkwi w przeżywaniu, a nie w tym czy jesteśmy na pięknej wyspie Tahiti, czy jesteśmy w szkierach szwedzkich, czy jesteśmy na Zalewie Szczecińskim, Zatoce Skoszewskiej. W przeżywaniu tych miejsc, co kto odbiera, bo można nudzić się na Tahiti, siedząc na eleganckim jachcie, a można pięknie przeżywać szkiery.

WJ: Tahiti to zły przykład. Raczej to jest jedno wielkie rozczarowanie, no prócz zarówno urody dziewczyn na Tahiti jak i egzotyka tej wyspy są przeładowane. Ale rzeczywiście jest ważne przeżywanie. Jako jednym z najpiękniejszych rejsów, który ja wspominam, zresztą Ludek też był na tym rejsie w roku 1950 po Zalewie Szczecińskim, rejs który trwał ponad trzy tygodnie. Ja, Ludek, Krzysiek Jaworski, ten który teraz jest w Warszawie, siedzimy właśnie na „Witeziu”, włóczymy się po Zalewie Szczecińskim, aż do momentu, kiedy już zupełnie nie mieliśmy nic do żarcia ani żadnych pieniędzy.

LM: Nie, śliwy jeszcze były.

WJ: No tak, oprócz worka śliwek i …

Szczecin, 1XII 2003 rok, Jacht Klub AZS

 

*   *   *

Na rejach „Concordii”.


„Łapanie” Słońca na „Marii”.

Fot. z arch W. Jacobsona

Magdalena Jacobson-Ostrowska: Wspomnienie ojca

Podczas ceremonii pogrzebowej – pochówku zmarłego Wojciecha Jacobsona, na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie, wśród mów pożegnalnych, usłyszeliśmy, odczytane przez prowadzącego ceremonię pogrzebową dominikanina ojca Tomasza Dostatniego OP, wspomnienie córki Magdaleny Jacobson-Ostrowskiej.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dla wielu osób Wojtek Jacobson to wielki żeglarz, podróżnik, a dla mnie mój ukochany Tata i przyjaciel. Wiele lat temu poprosił mnie, żeby na jego pogrzebie odtworzono piosenkę What a Wonderful World, Louisa Armstroga. Od tego momentu nie mogłam jej słuchać, bo przypominała mi, że kiedyś ten czas pożegnania przyjdzie. W końcu jednak zwolnił mnie z tej obietnicy śmiejąc się, że nie będzie mi zabierał przyjemności słuchania Armstronga.

Teraz jednak zrozumiałam, jak słowa tej piosenki wyrażają to, co dla Taty było najważniejsze. Żeglowanie pozwoliło mu zobaczyć piękny świat, spotykać wspaniałych ludzi ale On to piękno widział też blisko siebie.

Ostatnie lata spędziliśmy bardzo blisko siebie, jak to mówiliśmy w ”zagrodzie Jacobsonów”, mieszkając osobno, ale we wspólnym ogrodzie, o który tak bardzo dba moja Mama. Widziałam jak potrafił cieszyć się z kwitnącej gruszy za oknem, czy śpiewających za oknem ptaków (jak włożył aparat słuchowy). Ale największą radość zawsze sprawiały mu spotkania z ludźmi.

Kochał ludzi i był przez ludzi kochany, potrafił słuchać i pięknie opowiadać. Dzięki temu, że ostatnie 7 lat mieszkaliśmy tak blisko, mieliśmy okazję poznać wiele szczegółów z jego życia, o których barwnie opowiadał podczas odwiedzin kolejnych osób. Każda wizyta była impulsem do szukania w pamięci nieopowiedzianych jeszcze historii, o których w takim normalnym codziennym życiu nie opowiada się rodzinie, bo są bieżące sprawy do załatwiania. Mieliśmy więc szczęście, że dom Rodziców cały czas był pełen gości.

Był wspaniałym Tatą, Dziadkiem a od kilku lat Pradziadkiem. I zawsze zadziwiała mnie ta Jego łatwość kontaktu z dziećmi. Z wnukami, jak byli mali, bawił się, na przykład, wsadzając ich do swoich wielkich toreb żeglarskich i wymyślając, gdzie teraz jadą; budował w pokoju indiańskie wigwamy i siedział w nich razem z nimi snując opowieści. Uwielbiali to.

Z prawnukami nie miał już siły na takie zabawy, ale nawet w ostatnich dniach swojego życia siedząc na łóżku potrafił tak zainteresować zwykłą rozmową, że chłopcy go nie odstępowali.

Ze swoich podróży zawsze wysyłał wnukom krótkie liściki albo kolorowe kartki podpisując na przykład: “Dziadek Wojtek Robinson”, “Dziadek Tasmański”. Lubił żartować. Każda kartka/liścik z osobna rozbudzały wyobraźnię i to nie tylko dzieci, do których były adresowane, ale też nas, czytających im na głos.

Tata zawsze lubił pisać. Kiedyś listy, ostatnio głównie maile. Korespondował z całym światem. Do mnie też pisał: i listy, i maile, nawet w ostatnim czasie, kiedy mieszkaliśmy kilka metrów od siebie podpisując każdy “Tt” (“Twój Tata”) .

Podczas naszej wspólnej podróży na jachcie Vagabond`eux, 42 lata temu, napisał list z okazji moich urodzin. Znalazłam go rano w kokpicie, kiedy Tata jeszcze spał po swojej wachcie. Napisał mi, że rodzice swoim dzieciom życzą dobrze – chcą ich powodzenia, szczęścia, zdrowia i nie trzeba rocznicy urodzin, żeby to specjalnie podkreślać. Ale chcą też dla swoich dzieci więcej. Żeby ich przerosły, żeby osiągnęły więcej, żeby były mądrzejsze i lepsze od nich. I tego mi życzył.

A przecież dla mnie było to niewykonalne….

Wspomniał też o książeczce Richarda Bacha pt. „Mewa”, o której opowiadał mi już wcześniej. Książka mówi o niezwykłej mewie o imieniu Jonathan Livingston, która chciała latać wyżej, szybciej i dalej niż inne . Napisał: „chciałbym żebyś była taką mewą – i to jest moje drugie życzenie dla Ciebie”

Czytając ten list po latach widzę, jak uniwersalny jest jego przekaz i że tego samego, czego życzył mi Tata, chyba każdy rodzic chciałby dla swoich dzieci. Ale nie każdy potrafi to swoim dzieciom powiedzieć, czy też nie widzi takiej potrzeby. To także pokazuje, jaki był mój Tata: wrażliwy, delikatny i zawsze skupiony na tym, żeby coś ważnego przekazać. Nie tylko swoim najbliższym, ale wszystkim wokół.

Parę dni temu powiedział mi już w szpitalu, że dawno zaczął pisać do mnie kolejny list urodzinowy, i że go jeszcze nie skończył.

I już niestety nie skończy ale myślę, że wiem co chciał mi napisać…

Magdalena Jacobson – Ostrowska
Szczecin, 2 września 2026

Krzysztof Jaworski 1933 – 2026 (zm. 22.08.)

Należę do pokolenia, które pamięta jeszcze czasy międzywojenne, a którego wczesne lata młodzieńcze przypadły na okupację niemiecką a potem sowiecką. Byłem zbyt mały, aby walczyć czynnie w konspiracji lecz oczywiście wystarczająco duży, żeby zarobić czapę lub pospiesznie zakończyć żywot w jakiejś przypadkowej strzelaninie lub innych wojennych przypadkach, o które nietrudno było w okupacyjnej Warszawie i w czasie Powstania na Starym Mieście. Dotyczyło to oczywiście wszystkich, ale mój punkt obserwacyjny znajdował się na wysokości 130 cm i był niestety tylko obserwacyjny. Potem rosłem z Polską Ludową, która początkowo taka Ludowa dla mnie nie była lecz powoli musiałem się w nią wtopić. Swoje miejsce znalazłem w niszy gospodarczej, jaka było rybołówstwo morskie, gdzie spędziłem 40 lat na dość eksponowanych stanowiskach. Drugim azylem, w którym się schroniłem – było żeglarstwo. […]A potem była wojna polsko-jaruzelska i powtórka z konspiracyjnej działalności – w Komitecie Prymasowskim. No i apogeum pracy zawodowej, zakończone wreszcie w III RP kociokwikiem neokomuny i przyspieszoną emeryturą. W sumie, nie mogę narzekać na brak ciekawych momentów w życiu. Można by powiedzieć, że ciąży na mnie chińskie przekleństwo: ”Obyś żył w ciekawych czasach”. Czasy były rzeczywiście ciekawe! Tylko kto mnie przeklął? …

z książki: Krzysztof Jaworski, „Życie na trójkącie”, t. I i t. II, Warszawa 2019

*   *   *

    Krzysztof Jaworski (w ciemnych okularach), pierwszy od prawej Wojciech Jacobson, wczesne lata 50. XX w, Szczecin. 

Krzysztof Jaworski, wczesne lata 50. XX w. 

   Krzysztof Jaworski, lata 50. XX w., Szczecin. 

Fot. z arch K. Jaworskiego

Oonah V. Joslin: Ludek’s Dawn

Standing amid a symmetry of sky and sea
rippling like the destiny
of the sail that drove him 

toward mackerel sky and makerel sun
burning the horizon.
Like a „latter day Moses” 

standing there with God
no mountain now, no desert, no
commandment on His lips 

only the gifts
of sea and sight
and silence. 

Oonah, 04.2008 

Świt Ludka

Pomiędzy morzem połyskliwym i chmurami
morskiego przeznaczenia siłami,
które go tutaj przywiodły

ku słońcu i niebu makrelowemu
a słońcu widnokrąg rozpalającemu.
Niczym „współczesny Mojżesz”

będąc tam z Tobą o Panie
a z ust Twoich żadne przykazanie
i nie ma pustyni ni góry

tylko te dary
z morza widoku
i ciszy natury.

tłum. (zs)

Czytając wiersz dobrze jest spojrzeć na fotografię z pierwszej strony okładki „Zeszytów Żeglarskich”, gdyż, jak pisze w e-mailu Wojciech Jacobson: „Wiersz jest właściwie inspirowany fotografią. Ludek był w tle, bo jednocześnie autorka czytała (w tłumaczeniu) nasze odczucia.

…Ludek spał, obudziłem go dla tego wschodu … Był to jeden z piękniejszych momentów naszej żeglugi we dwóch z Ludkiem, po przejściu cieśniny Bellota – działu wodnego między Pacyfikiem a Atlantykiem …”.

A w liście do autorki wiersza, tak oto opisuje wrażenia wyniesione z tamtej chwili: „… The Dawn of the next day was, for me and Ludek alike, the most wonderful moment of our Arctic voyage; I can stil see it. The sun rising above the bay, a delicate crunching sound produced by the thin ice cover as it was being broken by the bow, and a soaring feeling, most probably known only to mountain climbers after a successful assault on the top. We’d made it, we’d passed through! …”.

O samej fotografii, wykonanej przez Wojciecha Jacobsona, autorka wiersza Oonah Joslin pisze w e-mailu: „… That photograph is magnificent. In fact I began to write a poem about it so emotional was my response …”

(zs)

_________________________________________

Oonah V Joslin (nee Kyle) – angielska poetka, urodzona w Ballymena (Irlandia Północna); po zakończeniu pracy pedagogicznej pisze głównie poezję i tzw „flash fiction”; mieszka w Anglii; więcej o autorce wiersza na stronie internetowej www. Writewords,org.uk/oonah/, http://Oonahs.blogspot.com lub na stronie www.bewilderingstories.com

Ludomir Mączka: Zapiski z wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej.

Z zachowanej bogatej korespondencji i zapisków Ludomira Mączki uwagę zwracają teksty z okresu wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej1, w którym to rejsie na trasie od Buenos Aires ich Autor uczestniczył.

Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika „Poznaj Świat”, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, wyspy Galapagos, Kanałem Panamskim na Atlantyk i z powrotem do Polski. Wyprawa zorganizowana przez Polskie Towarzystwo Geograficzne była dużym przedsięwzięciem mającym – obok żeglarskiego i sportowego, jak wówczas uznały i doceniły to władze polityczne – także wymiar naukowo-badawczy.

Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby mające kwalifikacje i doświadczenie w żeglarstwie morskim, jak i z przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy. Kapitanem Śmiałego został Bolesław Kowalski.

Ludomir Mączka, zakwalifikowany na rejs jako osoba rezerwowa, dołączył do załogi w momencie jej uszczuplenia z przyczyn zdrowotnych przez jednego z uczestników.

Pozostawione zapiski i listy Ludomira Mączki są pełne barwnych opisów oglądanego świata, ludzi, przyrody a także osobistych spostrzeżeń, refleksji i ocen; nierzadko dotykają wzajemnych relacji osób przebywających przez tak długi czas w małej przestrzeni jachtu, w warunkach dalekich od zapewniających względny komfort psychiczny.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

12.04.1966, wtorek

Już po świętach, ale bez różnicy. Szycie żagli, deszcz, byliśmy na obiedzie w knajpce. Obżarliśmy się jak małpa kitu. Potem Br. i Wilgat poszli na jacht. Potem Bolek. z K.B. i J.K. Łaziliśmy do przedstawicielstwa Forda po części do silnika. I było jak u nas w Motozbycie, tzn. nic nie dostaliśmy. Zresztą chodziło o drobiazgi (ale ważne). Był u nas rano ichni „gubernator”, taki szef miejscowy cywilny i wojskowy, od spraw morskich. Przypłynął barką desantową. Pogadał z Wilgatem i Bolkiem, uchylił areszt. Jutro B. będzie gadał dalej z „Empresą” o zapłacie. Potem była pierwsza runda B. contra Wilgat. Ale zdaje się Wilgat (wbrew moim przewidywaniom) wygrał na punkty (co mnie cieszy). Jutro z Wilgatem i K. W. jedziemy w teren na cały dzień. Oby tylko nie padał deszcz. Kupiliśmy palnik do prymusa i dobrze pali – oby jak najdłużej. Jurek grzebie przy silniku, trochę mu pomagam. Jutro za pomocnika będzie Bronek S. Na apel K. B. – …………. że nikt do niego nie pisuje, przyszła kupa listów i to różnych, tak że mamy ciekawą rozrywkę. Różne miłe i naiwne, ale pisane z sercem (na ogół).

14.04.1966, czwartek, Puerto Montt

Wczoraj z Wilgatem i K. byliśmy w Puerto Varas. Taka letniskowa miejscowość nad jez. Llanquihue (może się ciut inaczej pisze)……. całej prowincji, której stolicą jest Puerto Montt.

Pojechaliśmy autobusem ca 22 km. Pogoda podła, deszcz z przerwami. Autobus wjeżdża do góry dobrą, asfaltową drogą i dalej przez równinę, po bokach pastwiska i ślady wypalonego lasu.

Olbrzymie, o średnicy do 2, a może i więcej, metrów, pnie, niektóre jeszcze stoją, wśród tego strzępy mgły i deszcz, wygląda (dla mnie) przeraźliwie smutno. Jak człowiek może niszczyć swoje środowisko. Miasteczko Puerto Varas nad jeziorem Llanquihue. Jezioro duże, ale to wszystko takie już europejskie, nie ma egzotyki, jakby jakiś europejski gorszy kurort. Tu łącznie z Bariloche po stronie argentyńskiej to takie ichnie Pojezierze, Alpy, w ogóle modne kurorty. Ale tak tutaj jak i u nas jesienią. Chmury – wulkanów nie widać a reszta jak u nas na Mazurach w październiku. Sady z jabłkami, kopią ziemniaki, krajobraz morenowy, to zresztą dla nas ciekawe. Potem w Bar Tirol (taki jakby w Sudetach) właściciel Austriak serwuje jakieś hot dogi. Potem rozmawiamy długo z Czechem, który mówi nieźle po polsku. Popijamy wino, pada deszcz. Wracamy ok. 1700.

Dzisiaj pogoda nieco lepsza. Szyliśmy żagle. Jurek biegał za sprawami motorowymi. Był u nas jeden ksiądz z sąsiedniej parafii. Wieczorem deszcz i tak czas zleciał.

20.04.1966, środa

Wczoraj rano wyszliśmy z Montt. Pogoda piękna, ale zimno. Silnik chodzi, ale Jurek wyłączył z obiegu kolektor wydechowy. Prostownik naprawił w Varas u znajomego Czecha, natomiast skopał zdejmując regler, tak że silnik nie ładuje, tylko trzeba puszczać agregat, ale wszystko jakoś idzie. Krajobraz jak u nas na Mazurach, ale takich dużych. Wyspy, wysepki, łachy, ale nie takie wysokie skały jak na S ale z rozrytej moreny wysokie na kilkadziesiąt metrów, tylko bokami widać zaśnieżone szczyty i stożki wulkanów Osorno, Calbuco, Coresrzada i jakieś tam jeszcze na tle błękitnego nieba. Jeszcze Canal de Chacao ok. 30 Mm i wychodzimy na Pacyfik. Do Valparaiso ok. 500 Mm. Teraz stoimy na kotwicy koło wyspy Abtao, jest 02150. Mam wachtę kotwiczną do 0445. Potem budzę Bronka. Wstawanie, o 0730 śniadanie. Jurek K. coś tam będzie filmować i ok. 1100 wchodzimy z odpływem w Canal de Chacao. Czekamy, bo tam są silne prądy pływowe a kanał między lądem a wyspą Chihoe słabo oznakowany i po nocy nie ma co się pchać. Zwłaszcza, że po ostatniej mieliźnie B.K. zrobił się ostrożny. Na tych wszystkich kanałach pływa dużo różnych łodzi, głównie żaglowych i także nawet dość spore z żaglem gaflowym pomalowane na czarno. Przy odpływie siadają na dnie. Budowane na styk z cyprysu, przeważnie z niewielkim bukszprytem, żeglują całkiem nieźle. Taką nową można by dostać za jakieś 300-500 $ USA, ale to tak mimochodem. Zresztą chętnie bym sobie wypłynął, tak luzem. Najładniej to wyglądało w Angelmo – przedmieście Puerto Montt, gdzie w zatoczce na niskiej wodzie stała kupa tych łodzi chyba kilkadziesiąt, jakieś wiosłowe, parę motorowych, jedne jeszcze na wodzie inne przechylone na dnie między nimi duże kołowe wozy z końmi tak do osi miejscami w wodzie i handlowali meriscami i rybami. Meriscos to wszelkie robactwo morskie: jeżowce, małże, ślimaki, pąkle (kaczenice), glony; ryby to inna gałąź. Tak, że tutaj rozróżnia się pescor – łowić ryby i meriscor – morskie świństwo. Oprócz jeżowców „Riesco” próbowałem prawie wszystko – kałamarnice w Kadyksie. Nie jadłem jeszcze glonów, kapusty morskiej, laco, ostryg, no i coś by się tam jeszcze znalazło. Można to jeść, ale jednak uczciwie mówiąc, mięso jest lepsze. Szczególnie nieapetyczne są pąkle, choć Wilgat i BK twierdzą, że są dobre. Wyglądają po wyjściu ze skorupy jak …. z morza i chyba podobnie smakują. Tak to mniej więcej wygląda. Oprócz tego różne kraby, ale to tak jak raki. Poza tym ciągłe szycie podartego co kilka pasków dakronowego grota. W tej chwili jest cicho i spokojnie. Ok. 0000 rzuciliśmy drugą kotwicę, bo prąd pływowy nas ciągnął. Teraz jest wysoka woda, za chwilę będzie ciągnął w kierunku przeciwnym, ale nie powinien za mocno, tak że jak coś się pokręci to zaplączą się kotwice, no ale trudno.

21.04.1966, czwartek

Wczoraj była piękna pogoda. Wczesnym popołudniem wyszliśmy przez kanał Chacao na Pacyfik. Do wieczora szliśmy na żaglach z dużym kliwrem (Genoa) przy wietrze SE 4-5. O 1800 rzuciliśmy kliwra a o 2000 wiatr przeszedł na słaby N. Jurek rzucił żagle i idziemy na silniku, robimy ok. 3 knoty, bo jest fala, lekko mży, na trawersie latarnia Quedal. Do Valparaiso ok. 500 Mm.

Ludomir

 Ciągłe szycie żagli – Ludomir Mączka, wyprawa „Śmiałego”, 1966 r. Fot. z arch W. Jacobsona

___________________________________

  1. Wyprawa jachtem „Śmiały” (Lc – 18m, S=144m2) dookoła Ameryki Południowej w okresie od 29 lipca 1965 do 30 października 1966 roku zorganizowana pod patronatem Polskiego Towarzystwa Geograficznego o charakterze naukowo-badawczym. Trasa rejsu: Szczecin, Wyspy Kanaryjskie, Wyspy Zielonego Przylądka, Argentyna, Cieśnina Magellana, Chile, Kanał Panamski, Karaiby, Szczecin. Załogę stanowili: Bolesław Kowalski – kapitan, Tomasz Romer – I of icer (płynął do Santos, Brazylia), Jerzy Knabe – I oficer od Rio de Janeiro, Bronisław Siadek, Tadeusz Wilgat – kierownik naukowy wyprawy (płynął na trasie Puerto Montt, Chile – Kanał Panamski), Krzysztof Wojciechowski, Krzysztof Baranowski, Mieczysław Kluge (brał udział w pierwszym etapie rejsu do Wlk. Brytanii), Ludomir Mączka (uczestniczył w wyprawie od Buenos Aires).

 

Księga kondolencyjno-wspomnieniowa

Drodzy Przyjaciele, Koleżanki, Koledzy, Znajomi

Proszę Was o słów kilka, kilka zdań, wspomnień o Krzysztofie Jaworskim, o Wojtku Jacobsonie. Czasami niewiele słów trzeba, żeby dużo powiedzieć, żeby wyrazić ból po odejściu, żeby przenieść w przyszłość naszą pamięć o Nich.
Ślad naszych wspomnień, utrwalony w „Zeszytach Żeglarskich” (obaj, od pierwszego numeru, byli stałymi współpracownikami kwartalnika), dotrze do żeglarzy i nie tylko żeglarzy, dotrze do Ich bliskich, rodzin.

Zeszyty Żeglarskie, 01.09.2026

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Serdeczne wyrazy współczucia dla Rodzin i najbliższych przyjaciół Wojtka i Krzysztofa przesyła
Lucjan Modzyński, Toronto, Kanada, 01.09.2026

                        ~~~~~~

Utrata Wojtka to utrata wspaniałego mentora z ogromną wiedzą i wieloletnim doświadczeniem. Był zawsze pomocnym, zawsze serdecznym i cierpliwym. Będzie nam wszystkim brak jego towarzystwa, spokojnych słów i ciepłego uśmiechu. Drogi Wojtku odpoczywaj na suchym pokładzie i spokojnej fali. Rest In Peace.
Tomek Głowacki, Nowa Zelandia, 01.09.2026

                         ~~~~~~

Wkłady Wojtka i Krzysztofa w rozwój Zachodniopomorskiego Żeglarstwa są niezwykłe, to oni od samego początku to budowali i owoce tego teraz mamy.
Nie możemy tego zapominać. Teraz żeglują przez oceany.

Wojtek Wejer, Toronto, Kanada, 02.09.2026

                       ~~~~~~

Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci mojego wieloletniego Przyjaciela, Wojtka Jacobsona.

Znaliśmy się ponad 50 lat. Przez te wszystkie lata nasze drogi wielokrotnie się spotykały, przede wszystkim podczas moich wizyt w Polsce. Pomimo ogromnej odległości, jaka dzieli Nową Zelandię od Polski, pozostawaliśmy w regularnym kontakcie. Odległość nigdy nie stanowiła dla nas przeszkody w podtrzymywaniu przyjaźni.

Wojtek był człowiekiem niezwykłym. W Polsce znany był przede wszystkim jako wybitny żeglarz i działacz, człowiek związany z morzem i środowiskiem żeglarskim, ale dla tych, którzy mieli szczęście go znać osobiście, był przede wszystkim Wielkim Człowiekiem.

Był osobą niezwykle życzliwą, otwartą i pełną pasji. Potrafił zjednywać sobie ludzi, a jego wiedza, doświadczenie i sposób patrzenia na świat budziły ogromny szacunek. Miał w sobie coś, co sprawiało, że spotkania z nim pozostawały w pamięci na długo.

Dla mnie Wojtek był przede wszystkim Przyjacielem. Przez ponad pół wieku dzieliliśmy wspomnienia, rozmowy i zainteresowania. Nawet kiedy dzieliły nas tysiące kilometrów, zawsze mieliśmy o czym rozmawiać. Każde moje spotkanie z Wojtkiem w Polsce było dla mnie czymś wyjątkowym i zawsze dawało mi poczucie, że spotykam się z kimś naprawdę bliskim.

Trudno pogodzić się z myślą, że tych spotkań już nie będzie.

Pozostaną jednak wspomnienia, rozmowy i wspólnie spędzone chwile. Pozostanie również ogromny szacunek dla człowieka, którego miałem szczęście znać przez tak długi czas.

Wojtku, dziękuję Ci za te ponad 50 lat przyjaźni.
Będzie mi Ciebie bardzo brakowało.
Spoczywaj w pokoju, Przyjacielu.

Kazik Jasica, Nowa Zelandia, 03.09.2026

                            ~~~~~~

[…] Do Klubu udało mi się wkręcić na początku lata 1961 roku, […] Po jakimś czasie dostałem wiadomość, że dostanę Cadeta, dopiero wtedy zorientowałem się, że wśród członków Klubu byli ludzie zwracający uwagę na młode pokolenie. […] W pierwszych regatach Komisja Regatowa cierpliwie czekała na mnie żebym dowlókł się do mety – byłem ostatni! Tuż po regatach poznałem Wojtka Jacobsona, który w bardzo życzliwy sposób zaproponował mi naukę taktyki regatowej i żeglarstwa. Tak więc parę dni w tygodniu miałem darmowe lekcje. W ostatnich regatach tego roku już byłem najlepszym i wygrałem regaty. Tego się nie zapomina…

Andrzej Pęcherzewski, Kalifornia, USA

                             ~~~~~~~

O Wojtku słyszałem, gdy jeszcze byłem studentem w Poznaniu. Osobiście poznałem go chyba dopiero w czasie, gdy Maciek Krzeptowski zorganizował wystawę „Polacy w wyprawach polarnych”, do udziału w której dostałem zaproszenie. Kiedyś wyraziłem swoje zdziwienie, że jedna z moich wypraw – chyba była to wyprawa śladami Shackletona albo na „Welecie” z Gdańska do Odessy, zgłoszona była na „Kolosy”. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że zgłoszenie zrobił Wojtek. Kiedy się już poznaliśmy zrobiłem z nim wywiad chcąc napisać artykuł do „Żagli”. Gdy już pracę ukończyłem Wojtek powiedział, żebym jednak nie publikował. Żeby jednak uzyskać zgodę musiałem użyć protekcji śp. Pawła Morzyckiego, który poprzez Wojtka żonę zdołał wydobyć ową zgodę.
Wojtek był bankiem wszelkich danych o żeglarstwie i przyjacielem wszystkich ludzi. Ostatnio rozmawiałem z nim w dniu jego ostatnich imienin. Powiedział, że chciałby dożyć wyborów. Wojtek był liberałem.

Henryk Wolski, Wyspa Baffina, Arktyka Kanadyjska, 05.09.2026

                               ~~~~~~~~

Opinię o tym, że Wojtek jest nie tylko świetnym żeglarzem, ale także osobą wysoce kulturalną i rzetelną, że jest prawdziwym dżentelmenem, usłyszałem już pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku od kpt. Kazimierza Haski, prezesa Szczecińskiego OZŻ. Prezes Haska wprowadzał w tym czasie do Polski dziecięco-młodzieżową klasę Cadet, a Wojtek tłumaczył z języka angielskiego na polski całość niezbędnej dokumentacji.

Mnie Wojtek kojarzy się z redagowaniem tygodnika „Jantar” i miesięcznika „Jachting”, dziesiątkami naszych niezapomnianych spotkań w nieoficjalnym Klubie Jachtowych Kapitanów Żeglugi Wielkiej, Klubie Żeglarzy Samotników i Bractwie Wybrzeża, spotkaniami podczas Operacji Żagiel 1976 i 1982, współpracą przy przygotowywaniach do druku książki Irka Gieblewicza pt. „Powrót jachtu „Dal” …

Ponad 70 lat naszej znajomości, współpracy i przyjaźni, to około 70 lat potwierdzających trafność wspomnianej opinii.

Do zobaczenia Wojtku.

Zygmunt Kowalski, Szczecin, 05.09.2026

                                   ~~~~~~~~~~

Dla mnie jest Wojtek Jacobson przede wszystkim wspaniałym człowiekiem, ogromnych walorów i oczywiście „Duża Postać Polskiego Żeglarstwa“.

W roku 1970 jako kapitan prowadziłem polski jacht „Wagabunda” z mieszaną polsko-czeską załogą w dużych regatach ze startem w Świnoujściu i wtedy Wojtka zauważyłem, jak się kręci koło żeglarstwa. Rok później kilka razy odwiedziłem Stocznię Jachtową w Szczecinie, śledziłem budowę „Poloneza”, spotkałem się z Krzysztofem Baranowskim i ponownie zauważyłem pomagające Krzyśkowi ręce Wojtka. Chyba, ale pierwszy raz, kiedyśmy się spotkali osobiście i pogadali, tak to było w roku 1971, na zwodowanym „Polonezie” w Stoczni Jachtowej w Szczecinie, jak zakończyłem próbny i kwalifikacyjny rejs na OSTAR 1972 na „Nike”.

Nigdy nie mogę zapomnieć Wojtka i Jego żony Ewy, kiedy w okresie mojego powitania w Świnoujściu i Szczecinie, po zakończeniu mojego pierwszego solo rejsu dookoła świata w roku 1975, Wojtek i Ewa zorganizowali w ich domku party dla mnie, moich przyjaciół i żeglarzy. Było to wspaniałe powitanie i początek naszej długotrwałej przyjaźni.

Wojtek chętnie pomagał każdemu. Ja pamiętam, jak w roku 1979 załatwił sextant Ludkowi Mączce. Ja wtedy wychodziłem na „Nike II” w regaty Parmelia Race, które kończyły się we Fremantle-Perth, w Zachodniej Australii. Tam czekał Ludek i sextant odebrał. Od tego okresu spotykałem się z Wojtkiem sporo razy, trzymaliśmy kontakt, śledziłem jego książki i działalność, spotkaliśmy się i w Stanach, kiedy Wojtek pływał na „Pogorii”, współpracowaliśmy w komisji Kolosów. Niestety ostatni wspólny rejs odbyliśmy pod żaglami w Szczecinie na Odrze cztery lata temu. Rejs był krótki, ale niezapomniany. Również tak będę na zawsze pamiętał Wojtka i jego wspaniałą rodzinkę. Ogromna cześć Jego pamięci.

Ze smutkiem

Richard Konkolski, Czechy, 06.09.2026

                                ~~~~~~~~~~


Kontakty nasze nie były zbyt częste, ale ze świadomością, że ich nie będzie – trudno jest mi się oswoić.
Śmierć Wojtka przywołała wspomnienia sięgające moich przenosin do Szczecina w 1965 roku, bo od tego czasu trwała nasza znajomość.
Moje morskie żeglowanie rozpoczęło się w roku 1962, mieszkałam w tym czasie w Warszawie. Po tym pierwszym rejsie było kilka następnych. Ponieważ podobały mi się, a było to trochę drogo, jak dla osoby tuż po studiach -zaczęłam rozważać ewentualność zmiany miejsca zamieszkania. Może Szczecin?
W końcu 1965 roku nadarzyła się okazja – miejsce na „Josephie Conradzie” – przeprowadzenie jachtu na remont do Stoczni Jachtowej w Szczecinie. Popłynęłam. Rejs zakończył się w Trzebieży, w oczekiwaniu na miejsce w stoczni. Załoga rozjechała się. Na łódce pozostałam z etatowym bosmanem „Conrada” – Jurkiem Boehmem.
Z Trzebieży wyskakiwałam do Szczecina w poszukiwaniu pracy. Sprawy osobiste zmusiły mnie na kilkudniowy wyjazd z Trzebieży. Kiedy wróciłam – jachtu nie było oraz urwał się kontakt z Jurkiem.

W tym czasie w Szczecinie znałam tylko Danusię Kopacewicz (mieszkającą na Pogodnie). Dzięki przypadkowi jadąc do niej, na przystanku tramwajowym na Pogodnie, spotkałam Jurka, który dzięki porozumieniu ZG AZS (armator „Conrada”) miał zabezpieczone mieszkanie u Jacobsonów (na Pogodnie) na czas remontu łódki.
Tą drogą zaczęłam wchodzić w żeglarskie środowisko szczecińskiego Jacht Klubu AZS.
W 1965 roku, kiedy Ludek – mieszkający u Wojtków – ruszył na „Śmiałego”, żeglującego wokół Ameryki Południowej, zamieszkaliśmy w pokoju Ludka.
7. kwietnia 1967 roku Wojtek i Danusia Kopacewicz byli świadkami naszego ślubu organizując nam w domu obiad po tejże bardzo skromnej uroczystości. Dokument ślubu był warunkiem dla spółdzielni mieszkaniowej na otrzymanie mini M-3, który to dokument natychmiast trzeba było dostarczyć.
W kolejnych latach praca, normalne życie spowodowały rozluźnienie kontaktów, które ożyły wraz z pojawieniem się jachtu „Maria”;organizacja podmian załogantów, itp.
W 1978 roku, Jurek jako kolejny zmiennik załogi został wyprawiony do Ludka, do Perth w Australii. Żeglowali razem do maja 1980 roku.
Był to ponownie okres bardzo bliskich kontaktów z Wojtkiem, wymiany korespondencji, itp.
W grudniu 1982 roku z paszportem w jedną stronę wyemigrowaliśmy z synem (Wojtkiem) do Australii, ażeby połączyć się z Jurkiem, a właściwie z Jurkami, bo AJP czyli Pisz, mieszkał tam razem.
Kontakty z Wojtkiem były dość częste, ale nie był to czas internetu.
Bliskie kontakty wróciły po śmierci Jurka Boehma (2019), byłam skrzynką kontaktową Wojtka z AJP czyli Piszem, który też „odszedł” w 2020 roku.
Wojtek zawsze pamiętał o ich imieninach, pomimo że nie było już ich wśród nas.
W korespondencji internetowej łączyły nas trzy tematy: polityka polska, sport i oczywiście żeglarstwo.
Kiedy zaczynały się transmisje tenisowe zawsze przeliczałam, która godzina jest w Polsce i czy Wojtkowie już oglądają …

Pomimo, że dzieliło nas mnóstwo kilometrów czy mil morskich, czułam się zawsze mocno powiązana z Wojtkiem, jego rodziną i ich problemami. Martwiły choroby, cieszyły radości.
Dzięki Wojtkowi sprawy żeglarskie, z którymi prawie nie mam obecnie kontaktu – były mi przybliżane.

Bardzo mi będzie tego kontaktu z Wojtkiem brakować. Pozostała jakaś wyrwa, z którą trudno się oswoić i którą trudno zapełnić …

Jaworka znałam tylko z rzadkiego widywania i opowiadań Ziomka. Była to generacja innego okresu.

Jola Boehm, Sydney, Australia, 06.09.2026

                             ~~~~~~~~~~~~

[…] Jako największy, mogę powiedzieć tutaj, sukces swojej, nazwijmy to „wycieczki”, to (…) sukces, nazwijmy to optymizmu, że Wojtek (Wojciech Jacobson – przyp. red.) drugi raz jeszcze dał się zanęcić na „Marię” […]

Ludomir Mączka, wywiad z 1988 roku.

                            ~~~~~~~~~~~~

THE BEST FRIEND WOJCIECH JACOBSON

Pomimo że się wychowałam w ówczesnej Czechosłowacji, część dzieciństwa razem z siostrą spędziłyśmy w Polsce w gronie szczecińskich żeglarzy z którymi łączyła rodziców wspólna pasja.

Mózgiem i sercem tej wspaniałej wspólnoty był charyzmatyczny Wojtek Jacobson. Kapitan, mentor, pedagog i działacz, który dużo pływał i wysyłał do nas pocztówki, później e-maile. Podziwiał świat i zachwycał się jego poznawaniem, z dociekliwością naukowca i cierpliwością mnicha. Urodził się w wyjątkowej rodzinie i przeżył niezwykłe dzieciństwo. Jego uśmiech i błękitne błyszczące oczy, głos wypowiadający mądre słowa zostaną na zawsze w mojej pamięci. Mama dużo nam opowiadała o Nim i o Ludku Mączce. Fascynowała mnie ich przyjaźń, bo bardzo się różnili od siebie, a tak świetnie się rozumieli i szanowali jeden drugiego.

Wojtek dbał o edukację dzieci i młodzieży. Kiedy w latach 90-tych wraz z Ludkiem mieli prelekcję w klubie Bałtyk w Pradze, byłyśmy z siostrą akurat chore. Pomimo, że mieszkałyśmy kilka godzin pociągiem od stolicy Czech, obaj panowie po zakończeniu programu spontanicznie wsiedli w pociąg i przyjechali w nocy do nas z projektorem, mapami i starannie ułożonymi slajdami zdjęć. Na drugi dzień rozpoczęli indywidualną prelekcję dla dwóch chorych dzieci i psa, który węchem rozpoznał, iż pachnieli przygodą, wiatrem i morzem. Byli zgrani. Żartowali, odkrywali przed nami magiczny świat. Spełniali chłopięce marzenia. Chciało im się nas zabrać w wirtualne podróże i odpowiadać na nasze pytania.

Nie dziwiłam się mamie, że lubiła pływać w otoczeniu takich uroczych ludzi i bardzo tęskniła, gdy zdecydowała się żyć na emigracji. Wojtek miał szerokie pole zainteresowań. Był osobą wykształconą, oczytaną, znającą obce języki i kultury. Był dla mnie przykładem dobrego i uczciwego człowieka. Kiedy przeszedł na emeryturę, to odwiedzałam Go w domu, najczęściej w towarzystwie siostry Danieli. Miałam okazję poznać Jego rodzinę i zobaczyć słynną kuchnię, gdzie wisiała mapa świata inspirująca do snucia odważnych planów.

Jako dziecko lubiłam czytać książkę brytyjskiego pisarza Arthura Ransome’a „Jaskółki i Amazonki”. Wojtek też wyrósł na tej lekturze i zainspirowała Go do wyboru żeglarstwa jako pasji życiowej. Wierzę, że byłby wybitnym specjalistą w każdej dziedzinie, bo posiadał dyscyplinę wewnętrzną i dążenie do perfekcji. Pomyślał o każdym szczególe.

Lubiłam Jego subtelne poczucie humoru. Raz otrzymał od nas z USA prezent, imitację filmowego Oscara z napisem „The Best Friend”. Po wręczeniu stanął w salonie i zaczął bez wahania uroczyste przemówienie z podziękowaniami jak sobie ceni takiego wyróżnienia, po czym postawił trofeum na parapecie okna i z zadowoleniem oświadczył, że nagroda „Kolos” jest ciężka i dobrze podtrzymuje drzwi na balkon, żeby się nie zamykały a Oscar rozmiarem nadaje się do pełnienia tej funkcji na parapecie okna.

Kiedy już z racji wieku mniej podróżował, to kibicował i wspierał realizację projektów innych pasjonatów, nie tylko związanych z żeglarstwem. Podróżnicy przed wyprawą przychodzili do niego nie tylko z praktycznych względów, żeby się skonsultować i pożegnać, ale też żeby się wygrzać w cieple Jego człowieczeństwa. Potrafił świetnie gotować, a w trakcie rozmowy na przykład ciął sałatę nożyczkami. Dawał cenną walutę jaką jest czas i uważne słuchanie. Można z nim było porozmawiać na każdy temat. Pamiętam rozmowy o filmach, teatrze, malarstwie, architekturze, literaturze i polityce. Bezinteresownie dzielił się wiedzą, doświadczeniem i kontaktami do przyjaciół po całej kuli ziemskiej. Był czymś w rodzaju medium społecznościowego jeszcze przed googlem, facebookiem i podobnymi platformami. Był człowiekiem głębokiej wiary, otwartego serca, tolerancyjnym i pokornym. Był autorytetem, pracował społecznie w komitetach przydzielających nagrody, pisał i redagował książki, często zarywając noce. Był bardzo oddany swojej rodzinie.

Kiedyś po odwiedzinach u nich w domu zamierzałyśmy z siostrą pójść do sklepu, by kupić pogrzebacz do pieca. Wojtek poszedł z nami. W miejscach, gdzie nie było chodnika, szliśmy gęsiego, a On uczył nas starej, absurdalnej studenckiej wyliczanki, śpiewanej niegdyś dla zabicia czasu podczas długich podróży.

Jeden pogrzebacz to smutne, to smutne,
dwa pogrzebacze to jeszcze smutniejsze.
Trzy pogrzebacze to smutne…

Wesoło nam było iść, nucąc po drodze… Tak smutno teraz bez Niego na tym cudownym świecie. Dziś właśnie takie zwyczajne, pogodne chwile wspominam najcieplej.

Niedawno uważniej wsłuchałam się w tekst ulubionej pieśni Wojtka w wykonaniu Louisa
Armstronga „What a Wonderful World”. Staram się zauważać piękno tego świata. Tego nauczył mnie „The Best Friend” — Wojciech Jacobson. R.I.P.


Doubravka Krautschneider, New Jersey, USA, 08.09.2026

                                                         ~~~~~~~~~~

 O Wojciechu Jacobsonie, skromnym, ale jakże niezwykłym człowieku, najpierw usłyszałem, przeczytałem; o Wojtku, Ludku, „Marii”, o wokółziemskiej wyprawie „Marii” i było to niewyobrażalne, ale mocno rozpalające wyobraźnię kilkunastolatka; gdzieś z dala od morza. Potem szczęśliwy los pozwolił zostać ich kolegą Klubowym! A był to dopiero początek wieloletniej znajomości…
Wojtek ma dar zjednywania ludzi. Poprzez wyjątkową skromność, pokorę, łagodność, zaangażowanie w najróżniejsze sprawy, proszących go, nierzadko obcych ludzi. Już od dawna, może od zawsze, krąg Jego znajomych wykroczył daleko poza ramy Klubu, poza lokalne środowisko.
Gdybym jednym słowem miał Go określić to bez wahania powiedziałbym, że „pomaga innym”; bezinteresownie, w każdej sprawie, z olbrzymim zaangażowaniem, sam pełen skromności, usuwając się w cień. „Zeszyty Żeglarskie” to w znacznej mierze Jego wiedza, kontakty w szerokim świecie.
Jego szlachetną, godną naśladowania postawę doceniła żeglarska młodzież kanadyjska, z którą pływał po świecie na Concordii, nadając mu zaszczytną nagrodę Derek Zavitz Memorial Award; choć mało znaną i popularną to jednak szczególnie przez Wojtka cenioną.
A przecież ma jeszcze na swoim koncie znaczące dokonania żeglarskie; od wczesnych lat powojennych; również wybitne i docenione na świecie.

Jakim cudem jestem Jego kolegą Klubowym, to niepojęte…

„Zeszyty Żeglarskie”, (zs), 01.2016

 

Kazanie wygłoszone podczas mszy pogrzebowej Wojciecha Jacobsona w kościele pw. Przemienienia Pańskiego w Szczecinie, przez koncelebrującego mszę św. dominikanina o. Tomasza Dostatniego OP.

Ewangelię ( Łk 5,1-7 ) na mszę pogrzebową świętej pamięci Wojciecha Jacobsona wybrałem bardzo świadomie, ponieważ jest tu mowa, nie tyle o morzu, a o jeziorze Genezaret. Jest mowa nie tyle o żeglarstwie, ale o łodziach, a przede wszystkim są tu słowa, które Chrystus wypowiada: „wypłyń na głębię”, „wypłyń na głębię”. Słowa, które opowiadają o pasji Wojciecha Jacobsona, bo on stale wypływał na głębię. W sensie dosłownym wypływał na morza, oceany czy na jeziora.

Mówię to dlatego, że w umyśle każdego człowieka, śmierć każdego bliskiego umniejsza nas, którzy zostajemy tu, na ziemi.

„Nikt nie jest samotną wyspą…śmierć każdego człowieka umniejsza mnie” – to słowa Johna Donna, szesnastowiecznego angielskiego poety metafizycznego i kaznodziei.

Mieszkałem dwadzieścia lat w Lublinie. Tam na rynku Starego Miasta stoi Trybunał Koronny. Dawny sąd królewski. Tam przez wieki przed królem, przed sędziami szlachta się procesowała. I w czasie jednego z takich procesów jeden z polskich szlachciców Jan Kochanowski, wielki poeta, ale też i trochę pieniacz, dostał zawału, dostał wylewu i zmarł. Jan Kochanowski jest tym polskim poetą , który napisał najpiękniejsze w języku polskim wiersze żałobne. Przeżył śmierć swojej młodej, młodziutkiej córki i w jednym z tych swoich trenów powiedział, że „wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,/ Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim!/ Pełno nas, a jakoby nikogo nie było”. Ona była młodziutką dziewczynką. Wojciech Jacobson był dojrzałym mężczyzną, ale odejście kogoś najbliższego, w nas samych może pozostawiać pustkę.

I tutaj, teraz, ta liturgia mszy świętej żałobnej, może nie do końca sobie zdajemy sprawę, że msza święta za zmarłych to jest największa, najpiękniejsza modlitwa Kościoła za zmarłych. Tradycja mszy świętej za zmarłych ma 1600 lat. Źródłem jest jedna z najważniejszych książek chrześcijaństwa, są to „Wyznania” św. Augustyna.

Św. Augustyn w „Wyznaniach” opisuje scenę, kiedy w Ostii nad Morzem Śródziemnym, niedaleko Rzymu, umiera jego matka, Monika. Jest trochę w takim letargu, traci przytomność, przy łóżku jest zebrana rodzina i wszyscy są tacy zatroskani i zapłakani. Wyraźnie od czasu do czasu odzyskuje świadomość, widzi najbliższą rodzinę i wypowiada takie słowa: „nieważne kiedy mnie pochowacie, nieważne gdzie będzie mój grób, ważne żebyście o mnie pamiętali przy mszy świętej”. I przez 1600 lat Kościół przyjął te słowa jako świadectwo przede wszystkim podziękowania, bo msza święta jest dziękczynieniem, ale też i przyjął jako sens życia. Zamawiamy msze za zmarłych, pamiętamy o naszych zmarłych we mszy świętej.

Czyli z jednej strony „wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,/ Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim!/ Pełno nas, a jakoby nikogo nie było”, a z drugiej strony przychodzimy ażeby prosić Boga: dziękować za życie, za miłość, za to wszystko, czego doświadczyliśmy od Wojciecha Jacobsona, zaczynając od najbliższych: żony, córki, zięcia, wnuków, prawnuków. A zarazem byśmy potrafili mieć dobrą pamięć.

I trzeci wątek, też poetycki. Kiedy ktoś będzie w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu, przed kościołem sióstr wizytek – jest tam mały park i stoi tam ławeczka, dzisiaj w Polsce są dosyć modne ławeczki znanych ludzi. I siedzi postać z brązu księdza Jana Twardowskiego, poety. Proszę sobie usiąść obok, guzik można nadusić. I tam padają słowa księdza poety, mówiące o tym, że „spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Te słowa również formułują naszą chrześcijańską wrażliwość w stosunku do zmarłych. „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Głębie oceanów, głębie mórz. I ta msza święta, która jest podziękowaniem za to wszystko dobro, którego od Wojciecha Jacobsona doświadczyliśmy. A zarazem, niech to będzie naszym chrześcijańskim wyznaniem wiary. Przecież żyjemy w tym śmiertelnym świecie, wierzymy w zmartwychwstanie, wierzymy że kiedyś z naszymi najbliższymi spotkamy się po tej drugiej stronie życia i śmierci.

Tomasz Dostatni OP
Szczecin, 2 września 2026

Anna Kaniecka-Mazurek Recenzja książki Marka Słodownika „100 faktów z historii polskiego żeglarstwa”

Marek Słodownik, „100 faktów z historii polskiego żeglarstwa”, Wydawnictwo Almapress, Warszawa 2026, ss 224

Dzień dobry Przyjaciele Żeglarze, dawno nie zamieszczałam na łamach „Zeszytów Żeglarskich” recenzji – nareszcie jest dobra okazja!

Właśnie ukazała się nakładem szacownego wydawnictwa Almapress w charakterystycznej granatowej szacie graficznej, książka Marka Słodownika „100 faktów z historii polskiego żeglarstwa”. Jest to subiektywne kompendium wiedzy o rozwoju i historii polskich sportów wodnych. Słodownik opisuje nie tylko dzieje żeglarstwa, ale też książki o morzu, kluby, targi, czasopisma, programy telewizyjne, a nawet tworzenie słownika terminologii żeglarskiej przez Sekcję Słownictwa Morskiego w 1927 roku.

Układ jest bardzo przejrzysty, mamy 100 chronologicznie ułożonych wydarzeń od 1905 roku, kiedy ukazała się książka Mariusza Zaruskiego „Współczesna Żegluga Morska” do 2024 roku, kiedy „Kapitan Głowacki” znany też z czasów stacjonowania w Trzebieży jako „Henryk Rutkowski”, wrócił na wodę i w Pucku uroczyście podniesiono na wyremontowanym jachcie banderę. Po kapitalnym remoncie brygantyna zyskała dodatkową reję i wydłużony bukszpryt.

A pomiędzy opowieścią numer jeden i sto są niezliczone historie ( a w zasadzie zliczone – 98!) o różnych ciekawych faktach i ludziach z polskich żeglarskich dziejów. Do każdej opowieści dołączone są zdjęcia, biogramy, wycinki prasowe, różne cytaty, nieznane fotografie z prywatnych archiwów, czy zdjęcia pomników.

Szczecińskich żeglarzy na pewno ucieszy wstęp Wojtka Jacobsona i historia rejsu Ludka Mączki na „Marii” zaprojektowanej, przez Wacława Liskiewicza. Liskiewicz zaprojektował też, m.in. „Mazurka”, na którym Krystyna Chojnowska-Liskiewicz jako pierwsza kobieta samotnie opłynęła świat.

Książka Słodownika dokumentuje losy żeglarzy i wodniaków, popularyzuje polską marynistykę. Ilustruje ją ponad 400 fotografii wiele publikowanych po raz pierwszy. Ze względu na lekkie pióro autora, książkę się dobrze czyta. Lekturę można pochłaniać na wyrywki wyszukując w spisie treści lata, czy wydarzenia, które nas bardziej interesują, ale można też czytać po kolei, bo niemal każda historia równie wciąga. Każda opowieść – jak na przykład o Opalu Ryszarda Kuklińskiego vel Jack’a Stronga – jest niczym sensacyjny film. Bohaterem jest jacht, osoba, rejs, regaty, klub, czy kulisy takiej czy innej „morskiej” sprawy. Autor jest wytrawnym gawędziarzem, a stworzona przez niego formuła pozwoliła na zamieszczenie dużej ilości mniej lub bardziej znanych z innych publikacji faktów. Polecam to albumowe wydawnictwo każdemu, kto interesuje się dziejami sportów wodnych w Polsce i lubi niebanalne opowieści, bo wbrew pozorom książka Marka Słodownika jest po prostu do czytania, coś jak serial w odcinkach:) Mimo niesłychanej ilości faktów, każda ze stu historii płynie wartko!

Anna Kaniecka-Mazurek

________________________________________________
Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Wydała książkę „Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić”. Jest psychoterapeutką, pracuje w gabinecie „Warsztat Naprawy Skrzydeł”. Żegluje w Jacht Klubie AZS Szczecin.