Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Anna Kaniecka-Mazurek Recenzja książki Marka Słodownika „100 faktów z historii polskiego żeglarstwa”

Marek Słodownik, „100 faktów z historii polskiego żeglarstwa”, Wydawnictwo Almapress, Warszawa 2026, ss 224

Dzień dobry Przyjaciele Żeglarze, dawno nie zamieszczałam na łamach „Zeszytów Żeglarskich” recenzji – nareszcie jest dobra okazja!

Właśnie ukazała się nakładem szacownego wydawnictwa Almapress w charakterystycznej granatowej szacie graficznej, książka Marka Słodownika „100 faktów z historii polskiego żeglarstwa”. Jest to subiektywne kompendium wiedzy o rozwoju i historii polskich sportów wodnych. Słodownik opisuje nie tylko dzieje żeglarstwa, ale też książki o morzu, kluby, targi, czasopisma, programy telewizyjne, a nawet tworzenie słownika terminologii żeglarskiej przez Sekcję Słownictwa Morskiego w 1927 roku.

Układ jest bardzo przejrzysty, mamy 100 chronologicznie ułożonych wydarzeń od 1905 roku, kiedy ukazała się książka Mariusza Zaruskiego „Współczesna Żegluga Morska” do 2024 roku, kiedy „Kapitan Głowacki” znany też z czasów stacjonowania w Trzebieży jako „Henryk Rutkowski”, wrócił na wodę i w Pucku uroczyście podniesiono na wyremontowanym jachcie banderę. Po kapitalnym remoncie brygantyna zyskała dodatkową reję i wydłużony bukszpryt.

A pomiędzy opowieścią numer jeden i sto są niezliczone historie ( a w zasadzie zliczone – 98!) o różnych ciekawych faktach i ludziach z polskich żeglarskich dziejów. Do każdej opowieści dołączone są zdjęcia, biogramy, wycinki prasowe, różne cytaty, nieznane fotografie z prywatnych archiwów, czy zdjęcia pomników.

Szczecińskich żeglarzy na pewno ucieszy wstęp Wojtka Jacobsona i historia rejsu Ludka Mączki na „Marii” zaprojektowanej, przez Wacława Liskiewicza. Liskiewicz zaprojektował też, m.in. „Mazurka”, na którym Krystyna Chojnowska-Liskiewicz jako pierwsza kobieta samotnie opłynęła świat.

Książka Słodownika dokumentuje losy żeglarzy i wodniaków, popularyzuje polską marynistykę. Ilustruje ją ponad 400 fotografii wiele publikowanych po raz pierwszy. Ze względu na lekkie pióro autora, książkę się dobrze czyta. Lekturę można pochłaniać na wyrywki wyszukując w spisie treści lata, czy wydarzenia, które nas bardziej interesują, ale można też czytać po kolei, bo niemal każda historia równie wciąga. Każda opowieść – jak na przykład o Opalu Ryszarda Kuklińskiego vel Jack’a Stronga – jest niczym sensacyjny film. Bohaterem jest jacht, osoba, rejs, regaty, klub, czy kulisy takiej czy innej „morskiej” sprawy. Autor jest wytrawnym gawędziarzem, a stworzona przez niego formuła pozwoliła na zamieszczenie dużej ilości mniej lub bardziej znanych z innych publikacji faktów. Polecam to albumowe wydawnictwo każdemu, kto interesuje się dziejami sportów wodnych w Polsce i lubi niebanalne opowieści, bo wbrew pozorom książka Marka Słodownika jest po prostu do czytania, coś jak serial w odcinkach:) Mimo niesłychanej ilości faktów, każda ze stu historii płynie wartko!

Anna Kaniecka-Mazurek

________________________________________________
Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Wydała książkę „Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić”. Jest psychoterapeutką, pracuje w gabinecie „Warsztat Naprawy Skrzydeł”. Żegluje w Jacht Klubie AZS Szczecin.

Ludomir Mączka: Listy z wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej.

Z zachowanej bogatej korespondencji i zapisków Ludomira Mączki uwagę zwracają teksty z okresu wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej1, w którym to rejsie na trasie od Buenos Aires ich Autor uczestniczył.

Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika „Poznaj Świat”, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, wyspy Galapagos, Kanałem Panamskim na Atlantyk i z powrotem do Polski. Wyprawa zorganizowana przez Polskie Towarzystwo Geograficzne była dużym przedsięwzięciem mającym – obok żeglarskiego i sportowego, jak wówczas uznały i doceniły to władze polityczne – także wymiar naukowo-badawczy.

Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby mające kwalifikacje i doświadczenie w żeglarstwie morskim, jak i z przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy. Kapitanem Śmiałego został Bolesław Kowalski.

Ludomir Mączka, zakwalifikowany na rejs jako osoba rezerwowa, dołączył do załogi w momencie jej uszczuplenia z przyczyn zdrowotnych przez jednego z uczestników.

Pozostawione zapiski i listy Ludomira Mączki są pełne barwnych opisów oglądanego świata, ludzi, przyrody a także osobistych spostrzeżeń, refleksji i ocen; nierzadko dotykają wzajemnych relacji osób przebywających przez tak długi czas w małej przestrzeni jachtu, w warunkach dalekich od zapewniających względny komfort psychiczny.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

4.04.1966
Dziś wyszliśmy z Puerto Aisén. Jutro kończę trzytygodniową turę gotowania. Na koniec wysiadł prymus i pichcę na takim małym benzynowym. Nowy kupimy w Puerto Montt. Swoją drogą to paskudna robota i ciężko mi idzie. Coraz bardziej podziwiam K.B. (Krzysztof Baranowski – przyp. red.), że poszedł na kuka i że to jakoś znosi. Zresztą z siebie nie jestem tak zbyt zadowolony, za dużo się przy tym złoszczę. No, ale cóż, człowiek jest ułomny.

Przedwczoraj był dzień wolny i w pięciu – B.K. (Bolesław Kowalski – przyp. red.) został na jachcie – pojechaliśmy autobusem do Coyhaique – czytaj: Koziejke. 67 km w głąb kraju, wzdłuż Rio Aisén, która dalej nazywa się Rio Simpson. Pogoda była piękna, droga gruntowa kręta i stroma. Widoki piękne, tylko że cały czas po obu stronach wypalony las. Lasy tutaj palą, aby były pastwiska. W tym „przeobrażaniu przyrody” zaszli już dość daleko, zresztą to „przeobrażanie przyrody” to jest wszędzie. Straszą kikuty drzew, rosną jakieś krzaki. Obfite deszcze spłukują glebę, tworzą się lawiny skalne, osuwiska. Za kilkadziesiąt lat będzie tutaj pustynia. Rio Aisén zamuliła zatokę i ujście. Jeszcze parę lat temu wchodziły tutaj kilkusetonowe statki, a teraz tylko małe kuterki. Budują Chacabuco. W Koziejke lasy już dawniej wypalili i kotlina jest dość sucha. Dookoła góry z poziomo ułożonych przekładańców tufów i lawy (tak z daleka wygląda).

W Koziejke podzieliliśmy się. K.B. i J.K. (Krzysztof Baranowski i Jerzy Knabe – przyp. red.) poszli po mieście, a my trzej za miasto i w interior. Daleko nie zaszliśmy, bo głowa i żołądek mnie bolały. Takie zatrucie. Trułem innych przez trzy tygodnie, aż sam się zatrułem. Szliśmy taką polną drogą, obok szeroki trakt dla bydła. Wzdłuż drogi druciane ogrodzenia bez przerwy. Wreszcie przeleźliśmy przez jedno i położyliśmy się nad rzeczką. Było bardzo ciepło, nawet gorąco, niebo błękitne, żółte topole, tak jakoś nie amerykańsko, tylko te góry to trochę tak jak na obrazkach z Arizony czy Colorado.

Jest pięknie, ale czuję się dość podle. Br. S. i K.W. (Bronisław Siadek i Krzysztof Wojciechowski – przyp. red.) idą dalej trochę w góry, ja zostaję na miejscu i wracam do miasta.

Wracam z jakimś robotnikiem, który w rzeczce przesiewał żwir. Usiłujemy rozmawiać o różnych rzeczach i tak czas leci. Potem popijam u niego mate. Przeglądam hiszpańskie wydanie „Life” i idę dalej do centrum mista. Miasteczko ciut większe od Aisén, ale niewiele. Komunikacja lotnicza z Punta Arenas i Północą oraz z Argentyną. Dużo hotelików dla przyjezdnych z interioru i Argentyny, bo tędy idzie komunikacja z Conidon Rivodiwie – czyt. centrum naftowe. Zresztą tutejsze restauracje robią dopiero na zamówienie gości, bo by inaczej zbankrutowały i chyba z tego to żyją tylko ubocznie.

Wczoraj wieczorem w autobusie jadą jeszcze sportowcy. Rowery za autobusem, a oni w środku rozrabiają, tak jak g….. u nas. Żadnych różnic.

Poprzedniego dnia z przyjaciółmi z Chacabuco Carlosem (pochodzenia niemieckiego, ale umie tylko kilka słów), Pauchem i Juarezem byliśmy w takiej właśnie prywatnej knajpce na kolacji. Popiliśmy sporo wina i było całkiem miło. Z Jurkiem K. uzupełniliśmy swój słownik hiszpański o zwroty i wyrazy potrzebne, a rzadko w słownikach spotykane. Taka „Lecion Especial” teraz w tej konkurencji jestem chyba lepszy niż w angielskim i niemieckim. Żeby tylko w ogóle (!).

Tutaj w Aisén taki tzw. gubernator maritime (taki tutejszy urzędnik SUM) zrobił nas na jajo i kazał do Puerto Montt wziąć pilota i to z Valparaiso. No, ale cóż zrobić. No i mamy teraz takiego na głowie. Wczoraj wieczór przyszedł na jacht Stanisław Bragiel z Wilna, emigrant z 1938 roku. Sporo już polskiego zapomniał, ale opowiedział dużo ciekawych rzeczy. Jak żyją vaquero i ouchero, z jedną różnicą, że vaquero owiec poić nie będzie, ile zarabiają, itd., ale to chyba będzie w korespondencjach Siadka.

Na entraneje 30 km od Aisén. Dojazd tylko konno. Konia trzyma gdzieś w mieście. Przyniósł nowe książki o Aisén (całej prowincji). Był nawet autentyczny biskup, doktor, ciało nauczycielskie i w ogóle całe miasto.

7.04.1966, czwartek
Już drugi dzień, jak skończyłem dolę w kambuzie. Pogoda taka różna, jak u nas w jesieni. Wczoraj w nocy lało, dmuchało tęgo przy słabej widoczności. Nasze tzw. „sztormiaki” ciągną wodę jak ścierki. Było zresztą już dość chłodno, 7- 10 °C. Wczoraj wyszliśmy z wąskich kanałów i żeglujemy już po Golfo Corcovado – to taka zatoka po E stronie wyspy Chiloé.

Noc była spokojna – księżyc przeświecał przez chmury – wiatr ok. 4-5 °B, tyle że z N. No i tak halsujemy, aby na północ. Jacht idzie samosterownie. Rano założyliśmy drugi ref na grota. Wiało 5-6 °B, teraz zelżało, wieje chyba 4. Chmurno i wcale mi się nie zdaje, że żegluję wzdłuż Ameryki Południowej. Jednak to Ameryka Południowa, przed chwilą odsłonił się wulkan Corcovado (2290 m n.p.m.) pokryty czapą śnieżną. Wilgat już wyleciał z Polski i chyba już jest w Santiago. Zacznie się etap lądowy. Nasz pilot (proetier) choruje, prawie nie je i w ogóle nie przeszkadza.

11.04.1966 Poniedziałek – drugi dzień świąt. Puerto Montt.
Tak w trakcie podróży zupełnie zapomnieliśmy o świętach. Jakoś tak dopiero w piątek K.W. zajrzał do kalendarza i powiedział – ku naszemu zaskoczeniu, że to Wielki Piątek. No i tak jakoś zeszło. W sobotę weszliśmy do Puerto Montt. Przyjechał Wilgat. Pilot nas pożegnał. Celnicy i inne władze portowe trochę się wygłupiały. Ostatecznie nawaliły wszystkie przymusy, tak że chyba jutro się coś kupi. Na ogół pada deszcz. Zjawili się Hermanos de la Costa – Bracia Wybrzeża – takie stowarzyszenie ludzi związanych z morzem – lepsza tradycja piratów z Morza Karaibskiego powstała coś 7 lat temu i obejmuje już Peru, Chile, Argentynę, Włochy, Francję i coś tam jeszcze. Główna siedziba chyba w Valparaiso, gdzie wychodzi pismo „Abrdoche”. Mamy kupę roboty, bo to i motor coś wysiadł, i żagle, i prymus, i za ściągnięcie z mielizny chcą 500$, no i trzeba by już do Valparaiso – (800 Mm) i zacząć te lądowe roboty.

W niedziele wieczór we czterech byliśmy na kolacji u jednego z „braci wybrzeża”. Lał deszcz. Wilgat, Bronek i K.W. zostali. Bracia byli przeważnie niemieckiego pochodzenia, ale mnie to nie przeszkadza. Teraz to właściwie jesteśmy przed aresztem. Aż do wyjaśnienia sprawy roszczeń. Poza tym ktoś tam w Santiago coś brzydkiego o nas napisał, że nie wiadomo kto i po co, i dlaczego. Tutaj też mają takiego zajoba na tym tle, ale poza tym jest tutaj ładnie. Widać wulkan Osorno – (ostatnio czynny w 1962 roku). Całe popołudnie z Jurkiem K.spędziłem rozbierając motor. Teraz siedzę w wyrku i piszę. Przed chwilą wrócili Br. S. i Wilgat z wycieczki do Petrohué, obejrzeć jak to tam wygląda, ta cała geologia i w ogóle teren, bo tutaj to zupełnie inaczej. Świeże tereny polodowcowe, tufy wulkaniczne i licho wie co jeszcze. Jakieś zastoiska, moreny.

                                                                                                                         Ludomir

Fot. z arch Wojciecha Jacobsona

___________________________________

  1. Wyprawa jachtem „Śmiały” (Lc – 18m, S=144m2) dookoła Ameryki Południowej w okresie od 29 lipca 1965 do 30 października 1966 roku zorganizowana pod patronatem Polskiego Towarzystwa Geograficznego o charakterze naukowo-badawczym. Trasa rejsu: Szczecin, Wyspy Kanaryjskie, Wyspy Zielonego Przylądka, Argentyna, Cieśnina Magellana, Chile, Kanał Panamski, Karaiby, Szczecin. Załogę stanowili: Bolesław Kowalski – kapitan, Tomasz Romer – I of icer (płynął do Santos, Brazylia), Jerzy Knabe – I oficer od Rio de Janeiro, Bronisław Siadek, Tadeusz Wilgat – kierownik naukowy wyprawy (płynął na trasie Puerto Montt, Chile – Kanał Panamski), Krzysztof Wojciechowski, Krzysztof Baranowski, Mieczysław Kluge (brał udział w pierwszym etapie rejsu do Wlk. Brytanii), Ludomir Mączka (uczestniczył w wyprawie od Buenos Aires).

_______________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.

Marek Słodownik: Kulisy wielokadłubowców

Nasz współpracownik, Marek Słodownik, dotarł do zespołu technicznego jednego z trimaranów klasy Ultim i przeprowadził rozmowę na temat kulis funkcjonowania najbardziej zaawansowanych technologicznie jachtów ścigających się w regatach oceanicznych. 32-metrowej długości trimarany kosztujące ponad 15 milionów euro są cały czas doskonalone, a nad ich eksploatacją czuwają wieloosobowe zespoły inżynierów różnych specjalności. Jachty te więcej czasu spędzają w hangarach niż na wodzie, a wiele aspektów z ich codziennego funkcjonowania pozostaje owiane mgłą tajemnicy.

Pamiętajmy, że to jest sport.

Z Vivienem Fraisse, członkiem zespołu technicznego zespołu SVR-Lazartigue, rozmawia Marek Słodownik.
                                                                                                                                                  (red.)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Marek Słodownik: Czym zajmujesz się w zespole?

filename

Vivien Fraisse: Pracuję w firmie MerConcept zajmującej się optymalizowaniem jachtów regatowych. Od podstaw stworzył ją François Gabart w 2006 roku, jeszcze jako student. Firma wspiera tworzenie i rozwój projektów żeglarskich dzięki innowacjom, specjalizuje się w badaniach inżynierskich, technicznych oraz budowie najnowocześniejszych jachtów. To skomplikowany mechanizm, ale 12 lat na rynku pozwala na stwierdzenie, że jest to dobrze przemyślany projekt. Od 2015 roku jestem w projekcie trimarana „SVR-Lazartigue”. Jestem częścią tego zespołu od samego początku. Podczas budowy trimarana zająłem się kwestiami związanymi z obróbką CNC. Wiele części łodzi przeszło przez łoże mojej maszyny w ciągu 2 lat budowy jachtu. Od momentu uruchomienia trimarana wznowiłem pracę na stanowisku technika. Zajmuję się głównie układami napędowymi/energetycznymi oraz techniczną obsługą systemów foliowych.

MS: Ilu ludzi pracuje w twoim zespole?

VF: Cały zespół liczy 27 osób, wydaje się, że to dużo, ale uwierz mi, każdy ma bardzo dużo pracy. Role są precyzyjnie rozpisane, ten mechanizm działa bardzo precyzyjnie.

MS: Jak trafia się do takiego zespołu?

VF: Bardzo różnie, ale zawsze są to osoby doskonale znane z wcześniejszych dokonań. Nie przyjmujemy nikogo na naukę czy szkolenie, nie ma na to czasu. Środowisko specjalistów od technicznej strony żeglarstwa jest niewielkie, wszyscy się doskonale znamy i wiemy, czego można spodziewać się po nowych ludziach.

MS: Co przede wszystkim bierzecie pod uwagę przy zatrudnianiu nowych ludzi?

VF: Muszą być najlepsi w swojej dziedzinie, ale też powinni być wszechstronni, bo przy nielicznym składzie każdy musi dobrze orientować się w różnych aspektach funkcjonowaniu jachtu.

MS: Spotykacie się całym zespołem?

VF: Rzadko i tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Na co dzień pracujemy w zespołach merytorycznych skupionych na swoich zadaniach. Szczególnym czasem są regaty, kiedy zespół techniczny pracuje w jednym miejscu, ale później dzieli się na grupy, z których jedna pozostaje w porcie startowym, a inna już przenosi się na metę regat w celu asekuracji skippera. Jeśli nic złego się nie dzieje – jest spokój, ale każda, nawet najmniejsza, awaria techniczna, stawia wszystkich na nogi. W przypadku poważnej awarii, wymagającej na przykład holowania jachtu, uruchamiane są nadzwyczajne procedury, które mamy opracowane i przećwiczone. W takich przypadkach nie ma miejsca na improwizację i spontaniczność, działamy zawsze według opracowanego wcześniej schematu.

MS: Ile kosztuje budowa tej wielkości jachtu?

VF: Nie mogę mówić o szczegółach, ale ujawniono, że budowa Ultima, czyli jachtu o długości 32 metrów i szerokości 23 metrów, pociąga za sobą koszty w granicach 15-17 milionów euro. Żeglarze narzekają, że to drogo, szefowie biur projektowych twierdzą, że ta cena jest zbyt niska. To tylko budowa jachtu, utrzymanie prawie 30-osobowego zespołu to także niemały koszt, do tego modyfikacje techniczne jachtu, udział w regatach, logistyka, wyżywienie. Wszystko to składa się na potężne budżety. Trudno to porównać z budżetami i liczebnością zespołów Formuły 1, w których pracuje ponad 120 osób, ale z roku na rok liczebność ekip żeglarskich rośnie. Podkreślę jednak, że zakup używanego jachtu to wydatek od 4,5 do 12 milionów euro.

MS: Czy zatem budżety będą rosły w nieskończoność? I jak to wpłynie na liczebność klasy?

VF: To złożony problem, bo wzrost budżetów wydaje się nieunikniony. Rośnie presja na wynik, bo żeglarstwo we Francji stało się sportem prestiżowym, żeglarze z klasy Ultim zyskują status gwiazd, są obecni nie tylko w mediach żeglarskich, ale stają się postaciami rozpoznawalnymi w całym kraju. To kuszące, bo przekłada się na zyski reklamowe oraz rozpoznawalność firm i produktów sponsora. Kto jednak nie wskoczy do tego pociągu, szybko zostanie daleko w tyle.

MS: Klasa Ultim pozostaje jednak w pewnym zastoju. Liczba jachtów nie jest wielka, brak prestiżowych imprez, rosną koszty stałe. To zniechęca wielu wstępnie zainteresowanych.

VF: To jest problem, który władze klasy muszą rozwiązać. Do klasy Ultim zakwalifikowano wszystkie jachty zbliżone do tej wielkości, czyli 32 x 23 metry, ale niektórzy skipperzy wolą pozostać na uboczu, nie angażując się w życie klasy, choć startujących w regatach. To przykład, choćby ekipy IDEC Sport. Z drugiej strony powstają nowe jachty, ostatnio zbudowano kolejny trimaran „Gitana” dla zespołu Rothschild. Za projektem stoi Guillaume Verdier. To oznacza także, że obecny jacht zostanie sprzedany stanowiąc bazę dla kolejnego zespołu.

MS: Jakie są szanse starszych jachtów w starciu z najnowszymi maszynami?

VF: Różnice w prędkości są duże, sięgają nawet 10 węzłów, a to przepaść. Jachty starszej generacji są cięższe, mniej wydajne, nie mają stateczników poziomych na płetwach sterowych. Ale pamiętaj, że w jednej z ostatnich edycji regat Rumowych Francis Joyon na „IDEC Sport” wygrał z Françoisem płynącym na „Macifie” choć to jachty jakby z różnych epok żeglarskich. Takie przypadki będą jednak coraz rzadsze. Teraz można założyć, że wyłącznie nowe jachty będą nadawały ton tej rywalizacji.

MS: Ile czasu na wodzie spędza jacht klasy Ultim?

VF: W naszym przypadku jacht częściej stoi w hangarze niż na wodzie i nie jest to wyjątkowe w tym gronie. To czas poświęcany na niezbędne modyfikacje, dostrajanie sprzętu, wymianę zużytych elementów. Na wodę schodzi na regaty, niezbędne treningi i rejsy promocyjne dla partnerów, zarówno te z ich przedstawicielami na pokładzie, jak też na rejsy wspierające kampanie produktowe. Taki tour w naszym przypadku odbywa się wczesną wiosną w Hiszpanii, Francji i Tunezji.

MS: Macie precyzyjny plan rozpisany na lata?

VF: Tak, nasz projekt jest rozpisany na 4 lata, bo na tyle podpisano umowę sponsorską z konsorcjum Kresk. Od nas zależy teraz, czy zostanie ona przedłużona, a wpływ na nią mają zarówno wyniki sportowe, jak też korzyści marketingowe związane z reklamowaną firmą i jej produktami. Chcemy w ciągu tych czterech lat pobić kilka ważnych rekordów żeglarskich, wygrać ważne regaty. Tutaj nie jesteśmy oryginalni, takie założenia mają chyba wszystkie zespoły.

MS: Jakie są wasze cele sportowe?

VF: Mamy w planach pobicie rekordu samotnej żeglugi dookoła świata, który obecnie należy do Françoisa, ale został ustanowiony na poprzednim jachcie. Myślimy również o Jules Verne Trophy, ale to dopiero na koniec wyznaczonego okresu współpracy. Poza tym Transat Jacques Vabre i przyszłoroczne regaty samotników dookoła świata.

MS: Macie pełną swobodę w dokonywaniu zmian na jachcie?

VF: O wszystkim decyduje kompromis pomiędzy naszymi propozycjami, oczekiwaniami skippera oraz możliwościami sponsora. Każda modyfikacja jachtu jest kosztowna, a nie możemy przekroczyć założonego budżetu. Mamy ogólne ramy budżetowe, ale wiele spraw wypływa nagle, w trakcie sezonu, wówczas trzeba reagować szybko.

MS: Jakie koszty stoją za rocznym utrzymaniem jachtu?

VF: Zbyt wiele nie mogę ujawnić, ale na przykład grot do „SVR-Lazartigue” to koszt około 300 tysięcy euro.

MS: Jak często go wymieniacie?

VF: Na szczęście żagle na wielokadłubowcach mają dłuższą żywotność niż na jednokadłubowcach, nasz może służyć nawet kilka lat, ponieważ pracuje będąc wybranym prawie zawsze na maksa. Wymiana olinowania stałego to jednak duży koszt i tutaj nie można oszczędzać.

MS: Czy dane jachtu objęte są tajemnicą?

VF: Te podstawowe nie, jacht ma 4,5 metra zanurzenia, 32 metry długości, 23 metry szerokości, waży 15 ton. Same fiole to ciężar około 400 kilogramów. Wysokość masztu to 37 metrów.

MS: Duży jacht to duże obciążenia. Jaki jest nacisk pięty masztu na pływak centralny?

VF: To około 50 ton, w tej klasie te wielkości są zbliżone na wszystkich jachtach.

MS: Jak wygląda wasze codzienne żeglowanie?

VF: Każde wyjście w morze musi być uzasadnione i jeśli wypływamy, to zawsze na pokładzie oprócz żeglarzy są także technicy. Do ich zadań należy analiza danych na bieżąco, obserwacja urządzeń i reagowanie na najmniejsze odchylenia od ustalonych norm.

MS: Jak badacie zachowanie jachtu podczas żeglugi?

VF: Na jachcie jest zainstalowanych ponad 300 czujników, które na bieżąco opisują pracę jachtu. My zbieramy te dane i poddajemy analizie. Tyle szczegółów mogę ujawnić. Sama kuchnia pracy analitycznej musi pozostać naszą tajemnicą.

MS: Czy w środowisku żeglarzy i zespołów Ultim jest współpraca, czy każdy działa w ukryciu?

VF: Ta sprawa ma dwie płaszczyzny. Jak wspomniałem, wszyscy doskonale się znamy, bardzo często razem trenujemy, taka konfrontacja na wodzie przynosi najlepsze efekty. Żeglujemy więc wspólnie, analizujemy pracę każdego jachtu, ale zbierane dane pozostają sekretne. Jest ściśle określona granica, której żaden zespół nie przekracza. Tak to działa od lat i nie mamy z tym problemów.

MS: Wasz jacht powstawał w kontrowersyjnych okolicznościach, nie brakowało głosów, aby wyrzucić go z klasy Ultim. O co poszło?

VF: W największym skrócie, zarzucano nam, że jacht nie spełnia wymogów klasowych, głównie w zakresie możliwości obserwacji widnokręgu i usytuowania kabestanów. Nasz jacht nie powstawał w ukryciu, był wizytowany przez ekspertów technicznych powołanych przez władze klasy i stosowaliśmy się do wszystkich zaleceń. Po zbudowaniu trimarana wybuchła burza, ale ostatecznie na drodze sądowej zostaliśmy dopuszczeni do regat, uznano nasze argumenty.

MS: Ale orzeczenie sądu dotyczyło tylko regat Route du Rhum?

VF: Pracowaliśmy nad pomyślnym zakończeniem tej sprawy i obecnie jesteśmy pełnoprawnym członkiem rodziny Ultim.

MS: Co w waszym przypadku budziło największe kontrowersje?

VF: Skipper na „SVR-Lazartigue” ma stanowisko sterowania przed masztem, są to dwie małe kabinki po jego obu stronach, nieco podobne do kabiny w samolocie. Ponadto wygodny fotel znajduje się pod pokładem pływaka centralnego, a tam ma stanowisko z dużym monitorem, na którym może obserwować obraz z kamer rozmieszczonych w różnych częściach jachtu. Pod pokładem zlokalizowano także wszystkie kabestany, co nie jest jednak żadną nowinką, ponieważ to rozwiązanie stosowano już na innych jachtach tej klasy.

MS: Wam zarzucono instalację kabestanów głęboko pod pokładem.

VF: To nie jest pionierskie rozwiązanie, że kokpit jest zadaszony w celu podniesienia komfortu załogi. My poszliśmy krok dalej i – mówiąc skrótowo – kokpit schowaliśmy pod pokładem. Dzięki temu uzyskaliśmy również obniżenie środka ciężkości jachtu oraz poprawę aerodynamiki.

MS: Wasze problemy rzutowały na atmosferę w klasie?

VF: Oczywiście, ale uważamy, że racja jest po naszej stronie i ostatecznie sąd uwzględnił nasze argumenty.

MS: Znacie najważniejsze parametry jachtów konkurentów?

VF: Wiemy wiele o innych jachtach, ale oczywiście nie znamy szczegółów. Nasza wiedza jest wynikiem dokładnej analizy wyników na wodzie.

MS: Wszystkie nowe Ultimy, wasz „SVR-Lazartigue”, ponadto „Actual”, „Sodebo”, „IDEC Sport” czy „Mieux” zostały zaprojektowane przez spółkę VPLP (Marc Van Peteghem i Vincent Lauriot Prévost), a uważany za najszybszy jacht, „Maxi Edmond de Rothschild”, to dzieło Guillaume Verdiera. Na czym polega przewaga tego jachtu?

VF: To pozostaje zagadką także dla nas. Zespół chroni swoje tajemnice. Na podstawie wspólnych treningów widzę, że „Rothschild” potrafi żeglować ostrzej do wiatru o kilka stopni. W regatach takich jak Route du Rhum, gdzie mniej więcej jedna trzecia dystansu prowadzi pod wiatr, zanim jachty wejdą w pasaty, to może być kluczowe. W żegludze z wiatrem osiągi jachtów są podobne.

MS: Jakie są maksymalne prędkości trimaranów Ultim?

VF: Podczas jednego z treningów uzyskaliśmy 50,3 węzła, ale byłą to prędkość chwilowa, uzyskana w optymalnych warunkach na wodzie bez zafalowania. Zabiegamy o ustabilizowanie prędkości średniej, co tworzy przewagę nad konkurentami. W regatach jachty nowej generacji żeglują regularnie z prędkością w granicach 36-40 węzłów.

MS: Mam wrażenie, że wszystkie jachty klasy Ultim stają się coraz bardziej do siebie podobne. Z czego to wynika?

VF: W ogólnych założeniach tak się dzieje, to wynik optymalizacji. Coraz większą uwagę przywiązuje się do aerodynamiki kadłuba, tu wciąż są pewne rezerwy. Stąd schowanie kabestanów, bardziej opływowe kabiny, precyzyjne wyprofilowanie pływaków i dźwigarów. Jednak wiele rozwiązań technicznych bardzo się pomiędzy sobą różni. „Sodebo” ma na przykład kabinę przeniesioną przed maszt i nisko położony bom w celu obniżenia środka ciężkości. Różne są profile foili, także rozwiązania płetw sterowych i sterowanie statecznikami poziomymi różnią się pomiędzy sobą. Wszystkie kokpity są zadaszone, ale tu szczegółowe rozwiązania są bardzo różne. Te różnice idą nawet dalej, ale wiele z nich pozostaje tajemnicą zespołów, to między innymi dlatego bardzo ograniczamy dostęp do jachtu dla ludzi z zewnątrz i wprowadziliśmy zakaz fotografowania.

MS: Ile czasu potrzeba do całkowitego zoptymalizowania tej wielkości trimarana?

VF: „Maxi Edmond de Rothschild” został zwodowany w 2017 roku i dopiero w szóstym sezonie. załoga stwierdziła, że został dostrojony jak należy.

MS: Na czym polega jego przewaga w stosunku do innych jachtów klasy Ultim?

VF: Przede wszystkim jest doskonale poznany przez swoich ludzi, dostrojony do każdych warunków. Skipper zna optymalne ustawienia zależnie od wiatru, zafalowania i innych elementów. Na każdym jachcie tworzony jest zestaw informacji, coś na wzór instrukcji obsługi, która podpowiada prowadzącemu najlepsze rozwiązania. Chodzi zarówno o ustawienia żagli jak i pochylenie masztu, a także kąt natarcia foili czy ustawienie stateczników poziomych na płetwach sterowych. To oczywiście nie wszystkie elementy, takich punktów do weryfikacji jest znacznie więcej.

MS: Czy prace zmierzające do dostrojenia jachtu prowadzone są w porozumieniu z projektantem?

VF: Zawsze tak jest, to cenna lekcja zarówno dla projektanta jak i dla nas, obie strony na tym korzystają.

MS: Zdarza się, że osiągi jachtu zaskakują jego twórców?

VF: Bardzo często tak jest. Oczywiście dotyczy to detali, ponieważ ogólne parametry są dobrze przez projektantów policzone. Wszystkie istotne zmiany dokonywane są w porozumieniu z zespołem projektowym.

MS: Czy wasze prace zmierzające do dostrojenia jachtu prowadzone są przede wszystkim na żywo, czy też wynikają z symulacji komputerowych?

VF: Powiedziałbym, że jest pół na pół. Czasem symulacje pozwalają na prognozowanie pewnych zmian, ale nie zawsze pokrywają się one z rzeczywistością w sposób wskazany na ekranie komputera.

MS: Charles Caudrelier, skipper „Maxi Edmond de Rothschild” twierdzi, że niektóre techniczne rozwiązania nowych jachtów są wprost wzorowane na jego trimaranie. Na ile uzasadniona jest taka teza?

VF: Każdy nowy projekt jest uważnie oglądany przez konkurencję zarówno wśród żeglarzy, jak też projektantów. Niektóre rozwiązania wchodzą do obiegu, inne nie, to naturalna kolej rzeczy. W monokadłubowcach dzioby typu scow, wymyślone przez Sama Manuarda, są dziś stosowane przez innych. To naturalna droga postępu technicznego w żeglarstwie. Wymyślenie nowego rozwiązania to jedno, ale później trzeba to potrafić wykorzystać i wkomponować je w skomplikowany mechanizm jakim jest trimaran klasy Ultim.

MS: Czy żeglarz w ogóle o czymś decyduje?

VF: My, zespół inżynierów, tylko podpowiadamy, ostateczna decyzja należy zawsze do skippera.

MS: Czy w regatach takich jak Route du Rhum podpowiadacie skipperowi na bieżąco?

VF: Nie, oddajemy cumy i skipper zostaje na pokładzie sam z wiedzą, którą posiadł podczas treningów. To dobrze, nie chcemy zbyt ingerować w pracę żeglarza, niech to nie będzie jacht sterowany z brzegu. Pamiętajmy, że to wciąż jest sport.

Rozmawiał Marek Słodownik

  *   *   *

F  O  T  O

FOT. Marek Słodownik

_____________________________________

Marek Słodownik– dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

(zs): 80 lat żeglarstwa akademickiego w Szczecinie. Jacht Klub AZS Szczecin

Żeglarstwo akademickie Szczecina – ludzie i jachty.
cz.
II, lata 1956-1970

Wielkie przemiany w polskim życiu politycznym i społecznym objęły również organizację klubów żeglarskich, a właściwie sekcji i zrzeszeń, ponieważ sama nazwa „klub” w odchodzących czasach stalinowskich miała naznaczoną imperialistyczną, a więc negatywną konotację. Grudniowe (1956 r.) walne zebranie żeglarzy akademickich Szczecina dokonało istotnych zmian w strukturze organizacyjnej: dotychczasowa Sekcja Żeglarska Akademickiego Zrzeszenia Sportowego (AZS) zmieniła się w specjalistyczny klub w Akademickim Związku Sportowym (już od roku AZS było związkiem, a nie zrzeszeniem), obok dwóch innych – Akademickiego Klubu Morskiego Gdańsk i Klubu Zakopiańskiego.

Następstwem uchwał walnego zebrania było wpisanie Jacht Klubu AZS Szczecin do rejestru stowarzyszeń prowadzonego przez administrację państwową; tego typu stowarzyszenia automatycznie uzyskiwały osobowość prawną. Działalność Klubu oparta została na przyjętym przez walne zebranie statucie, w którym tradycyjną, klubową AZM-owską „mewkę” wpisano jako znak klubowy. I nie mniej ważne było – a może najważniejsze – że na czele Klubu stanęła osoba nie mianowana, jak dotychczas, lecz wybrana (!) – był to Ziemowit Ostrowski.

Ziomek” cieszył się wielkim szacunkiem wśród kolegów klubowych; nie ustawał w pomysłach: wyposażenie techniczne na Wyspie, przebudowa takielunku „Witezia-II”, modernizacja jachtu „Nadir” – futurystyczna nadbudówka to jego pomysł i projekt (był inżynierem, inspektorem technicznym PZŻ).„Nadir”, przebudowa na Wyspie, 1959 r. Fot. z arch, Ziemowita Ostrowskiego

Doskonale zdawał sobie sprawę z mizernej „głębi”, a właściwie z kruchości zmian październikowych w kraju – które tak na dobre, nawet roku nie przetrwały. W Klubie było podobnie: „Ziomek” ujął to krótko:

Na przełomie ’57/58 roku odbyła się pierwsza, całkowicie bezkonfliktowa „zmiana warty”. Ja zostałem kapitanem sportowym a funkcję prezesa przejął Michał Domagała, równocześnie przewodniczący ZSP (Zrzeszenie Studentów Polskich, organizacja działająca pod egidą władz komunistycznych – przyp. red.). Dzięki takiej unii personalnej akademickie żeglarstwo Szczecina obroniło się przed rozbiciem na część AZS-owską i ZSP-owską”.

Ziomkowi, władza ludowa nie zapominała jego akowskiej przeszłości; przez lata odmawiano mu paszportu, uniemożliwiano udział w rejsach morskich więc doskonalił się w regatach żeglarskich, w szkoleniu, potem w sędziowaniu regat (również zawodów rangi mistrzostw Polski), a także w działalności społecznej w strukturach PZŻ i AZS na szczeblu centralnym. W lipcu 1966 roku w Gdyni na wodach Zatoki Gdańskiej zdobył Akademickie Mistrzostwo Polski w klasie Folkboat. Tych udziałów w sportowych imprezach, zwycięstw, wysokich pozycji w klasyfikacjach, nie tylko w tej dekadzie, o której teraz rozmawiamy, była olbrzymia ilość, nie sposób szczegółowo o tym teraz i tutaj opowiedzieć, to temat osobny sam w sobie.

[…]

Ale oczywiście – nie tylko „Ziomek” jest tym, że tak powiem, „pomostem między starymi a nowymi czasy”. W klubie akademickim (już teraz Klubie, nie sekcji żeglarskiej) nadal aktywne pozostały osoby, które żeglarsko okrzepły w minionej dekadzie. Pozwól, że wymienię kilku – i bynajmniej nie według jakiegoś klucza ważności lub hierarchii, lecz z tego, co przywołuje pamięć – zatrzymująca zgłębianie tych fascynujących ludzkich historii:

Krzysztof Jaworski – to także postać z pierwszej dekady, niezwykle barwna, widoczna chyba wszędzie, gdzie się pojawiał.

Studia w Gdańsku odciągnęły go na pewien czas od szczecińskiego środowiska żeglarskiego, ale bywał tu wielokrotnie – stąd wypływał w rejsy (np. w 1966 roku w Regatach Morskich Świnoujście – Gdynia startuje na naszym “Nadirze”, w roku 1987 prowadzi rejs na Morze Północne na „Dali II”, w 2008 roku w Klubowej tawernie przed licznym audytorium prezentuje cykl zdjęć z przeszłości Klubu i Szczecina, snując przy tym barwne opowieści z lat minionych). Krzysztof, żegluje także na jachtach z innych szczecińskich klubów żeglarskich. Pomimo zawodowego oddalenia pozostaje przez lata obecny w naszym środowisku.

Wojtek Jacobson – doskonalił się w regatach żeglarskich, w 1959 roku na jachcie „Swantewit” zdobył Błękitną Wstęgę Jeziora Dąbie, z sukcesami startował w regatach żeglarskich, zdobywał doświadczenie i wiedzę, a nade wszystko rozwijał umiejętność współpracy w zespole oraz okazywał bezinteresowną pomoc i życzliwość dla innych.

U Wojtka i Ewy – bo są już małżeństwem – zamieszkuje Ludek Mączka, zawiązuje się między nimi bliska, na wiele lat przyjaźń; Ludek pomieszkuje u nich, a Ewa okazuje – przy tym – daleko idącą wyrozumiałość – w końcu także żegluje.

[…]

I jeszcze na koniec tej dekady, dekady lat sześćdziesiątych, pojawia się w Klubie, jakby gościnnie, kolejna osoba, żeglarz wywodzący się ze środowiska akademickiego, ale z Wrocławia, Krzysztof Baranowski. Na odbywających się w sierpniu 1970 roku w Gdyni na wodach Zatoki Gdańskiej i na pełnym morzu Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski Baranowski startuje na szczecińskim akademickim jachcie „Nadir”. W regatach żegluje samotnie – dla niego są te regaty jednocześnie przygotowaniem i klasyfikacją do transatlantyckich regat samotnych żeglarzy OSTAR 72. Wystartuje na budowanym właśnie w szczecińskiej stoczni jachtowej „Polonezie”.

W regatach tych – mistrzostwa Polski – startuje silna ekipa ze szczecińskiego azs: Wojtek Jacobson na „Swantewicie” (w załodze m. in „Toni” Brancewicz – też postać dużego formatu, już od kilku lat w Klubie, nauczyciel akademicki – Wyższa Szkoła Morska i … muzyk), Jurek Madeja na „Pegazie”, no i Gieniu Ryżewski na nowej, dopiero co odebranej ze stoczni jachtowej „Dali II”. W załodze „Dali” płynie Hanka Kuźnicka – Hanka i Wojtek to małżeństwo żeglarskie (kapitańskie) z Warszawy, żeglują u nas w Klubie; płynie, m.in. Andrzej Sokołowski, Michał Jósewicz. No właśnie, Andrzej Sokołowski: do Klubu przyszedł z Wrocławia w połowie lat ’60 tych, tam żeglował – też w AZS. Wcześniej uprawiał sportowo lekkoatletykę (rzut oszczepem, był członkiem kadry narodowej) i amatorsko wspinaczkę górską i narciarstwo zjazdowe. Tu, pozwól, na małą dygresję. Otóż z żeglarzami często tak było i jest, że latem żeglują, a zimą jeżdżą na nartach. Tak jest dziś i tak było jeszcze przed wojną i po wojnie wśród żeglarzy azetemowskich – też zimą uprawiali sporty zimowe. Ale wracając do Andrzeja Sokołowskiego to w następnym roku – czyli w 71 – żeglując w załodze „Dali II” prowadzonej przez Gienia Ryżewskiego (potem, już zawsze Gieniu będzie kojarzony z „Dalą” – że to „jego” jacht) zdobędą w Gdyni mistrzostwo Polski (w załodze: Romek Kisłowski, Marek Lewenstein, Michał Domański, Jan Płachta). Andrzej, przez kolejne dekady, aż do lat dwudziestych XXI wieku, będzie, z sukcesami startował w regatach żeglarskich: krajowych i zagranicznych, w regatach Kieler Woche, Ostseewoche, regatach w Bremerhaven, no i oczywiście w mistrzostwach Polski, które w sumie zdobędzie sześciokrotnie, w tym czterokrotnie jako kapitan jachtu.

Dekada, a właściwie czternaście lat, o których rozmawiamy kończy się i był to chyba najlepszy sportowo czas dla Jacht Klubu AZS; pasmo sukcesów: i w jachtach morskich i w klasach mieczowych. Apogeum sportowego wzlotu przypadło na 1967 rok, kiedy to Klub w działalności sportowej jachtów morskich, w punktacji PZŻ, zajął pierwsze miejsce w kraju (rok później będzie drugi), a w roku następnym (w 1968) w klasach olimpijskich i przygotowawczych osiągnął dziesiąte miejsce (na ponad dwieście klubów).

[…]

I, jak już rozmawiamy o osobach w żeglarstwie akademickim Szczecina, to jest jeszcze jeden aspekt tak ujętej historii o którym należałoby powiedzieć, a na który zwrócił mi uwagę Wojtek Jacobson, bo i taki punkt widzenia był w gruncie rzeczy istotny i ważny. Otóż, przez te wszystkie lata żeglarstwa akademickiego w Szczecinie – i te dalsze lata i zupełnie bliskie – pojawiało się w Klubie wielu żeglarzy z innych ośrodków żeglarskich, i to nie tylko akademickich. W korespondencji mailowej Wojtek Jacobson pisze: „Dobre jachty, łatwy dostęp do morza, przyjazna atmosfera Klubowa, były magnesem, który przyciągał do naszego Klubu żeglarzy akademickich z innych ośrodków. Głównie ze Ślaska. Byli wśród nich znani, doświadczeni Kapitanowie, jak: Bogumił „Bibek” Pierożek, Emil Maria Żychiewicz i inni. Także młodsi żeglarze, którzy mieli wyrosnąć na wyróżniających się kapitanów. Wśród nich żeglarz arktyczny Janusz Kurbiel albo kapitan od dużych żaglowców Zygmunt Biernacik. (…) Innym żeglarzem który skorzystał ze współpracy z Klubem, był Krzysztof Baranowski, wypożyczający naszego „Nadira” do samotnych regat na Bałtyku…”

Myślę, że te kontakty były bardzo pomocne i cenne dla żeglarzy z klubów w głębi kraju, bez dostępu do morza, do jachtów morskich, a dla nas tworzyły przyjazny image szczecińskiego Jacht Klubu AZS.

Można wymienić jeszcze kolejne osoby ze śródlądzia, które przez wszystkie lata działalności Klubu pojawiały się tutaj, stąd wypływały w rejsy, prowadziły nasze rejsy Klubowe. Tak więc oprócz wymienionych wyżej, byli: Wojciech Siłka ze Śląska – prowadził rejs Klubowy „Witeziem-II” na koniec Zatoki Botnickiej w 1960 roku, współautor podręcznika żeglarskiego „Astronawigacja żeglarska” (razem ze Stanisławem Skoczniem, który też „przewinął” się przez Klub); Andrzej Rościszewski – adwokat z Warszawy, w 1969 prowadził rejs Klubowy „Pegazem” do Kemi (Zatoka Botnicka), w późniejszym czasie znany działacz społeczny i żeglarski; Bogdan Zahajkiewicz – jako młody student żeglował z Ludkiem w Australii, na Wielkiej Rafie Koralowej; Wojtek i Hanka Kuźniccy z Warszawy, Krzysztof Vorbrich z AZS-u poznańskiego.

W późniejszych czasach – już w XXI wieku – z naszej przystani, na łodzi odkrytopokładowej DeZeta „SUM” będą wypływać młodzi harcerze z Wrocławia (Jurek Kasprzak i jego koledzy) żeglując przez Bałtyk do Visby na Gotlandii.

Z akademickiego Klubu i na naszym jachcie „Stary” popłyną na brawurową wyprawę dookoła Ameryki Południowej i wokół Przylądka Horn studenci ze Śląska: Jacek Wacławski, Dominik Bac, Sławek Skalmierski i ich koledzy, a kilka lat później na tym samym jachcie przepłyną legendarnym i nobilitującym Przejściem Północno-Zachodnim (Northwest Passage); i tu powrócą z tych wypraw, hucznie i przyjaźnie witani w Jacht Klubie AZS.

W Klubie pojawił się i stąd wypływał (DeZetą „SUM” wokół Rugii) znany również z rejsów polarnych kapitan Henryk Wolski.

Nie wymieniam tu wszystkich, ważne by powiedzieć, że było wielu, którzy wśród szczecińskich żeglarzy akademickich znaleźli przyjazną atmosferę do realizacji nierzadko bardzo poważnych rejsów, wypraw żeglarskich.

……

Cały artykuł został zamieszczony w miesięczniku „TVSiódemka” (pod redakcją Marka Koszura), nr 08/2025, str. 34 – 40; dostępny w wersji papierowej lub elektronicznej.

                                                                                                                                               (zs)

____________________________________________________
S T A R A    F O T O G R A F I A

 

 

„Nadir” po przebudowie, z futurystyczną nadbudówką, ok. 1960 r. Fot. z arch Janusza Tyszkiewicza

         S/y „Pegaz” w Londynie, lipiec 1970 r. Od lewej: Antoni Rosner, w kokpicie Wojciech Jacobson. Fot. Bogdan Fijałkowski

Jerzy Madeja przy sterze „Swantewida”. Fot. z arch JK AZS

Jachty klasy Star w regatach. Fot.           Jacht klasy Star („Centaur”, ex „Jantar”) w regatach. Fot. 

     Powitanie załogi jachtu „Śmiały”, a w szczególności powitanie Ludomira Mączki, powracającej z wyprawy wokół  Ameryki Południowej,  6 listopada 1966 r. Fot. z  lokalnej gazety „7-my Głos Tygodnia”. Fot. CAF

   

 

Marek Słodownik: 25 lat akcji Ratujmy Dezety

W długi, sierpniowy weekend, jak co roku od 24 lat, odbędą się regaty Dezet będące częścią akcji „Ratujmy Dezety”. Akcja ta spowodowała, że klasa po latach zastoju, a nawet powolnego upadku, ponownie odżywa. Jachty coraz bardziej przypominają maszyny regatowe, są w coraz lepszym stanie technicznym, a sama idea jest łatwo rozpoznawalna.

Wczesną wiosną 2002 roku Polski Związek Żeglarski ogłosił, że znosi obowiązek egzaminowania na jachtach dwumasztowych. W praktyce oznaczało to wyrok na jachty klasy DZ, najstarszej w naszym kraju klasy jachtów, której początki sięgają przełomu wieków XIX i XX. Skoro zniesiono obowiązek to wielu dotychczasowych armatorów przestało troszczyć się o jachty tej klasy, ponieważ zwyczajnie przestawały być one potrzebne. Będące na ogół w złym stanie technicznym, przez lata uważane za trudne w żegludze i kojarzące się z koniecznością szybkiego klepania komend oraz uciążliwością przeprowadzenia szkolenia szalupowego, powoli odchodziły do lamusa.

Równocześnie, także przestały obowiązywać przepisy zakazujące uprawiania żeglugi po śródlądowych drogach wodnych w porze nocnej, a nowych regulacji jeszcze nie było, powstała zatem luka w przepisach. Wpadłem wówczas na pomysł zorganizowania regat Dezet w formule long distance, takie bowiem założenie wydawało mi się optymalne dla dużych jachtów z wieloma osobami na pokładach. Budziło to początkowo pewne opory, ostatecznie jednak został przez środowisko zaakceptowane.

Geneza niecodziennych regat

Pod koniec lat 70-tych byłem młodym sternikiem jachtowym w Klubie Żeglarskim Pałacu Młodzieży w Warszawie. Co roku jeździłem na wędrowne obozy żeglarskie organizowane według tradycyjnego klucza: pobudka, śniadanie na jachcie, apel, zwijanie obozowiska, żeglowanie, przerwa na gotowanie obiadu, znowu żeglowanie i rozbijanie obozowiska zakończone kolacją i ogniskiem. Ale w roku 1978 ówczesny instruktor, Andrzej Dobosz, miał za zadanie zabranie z portu macierzystego ośrodka w Pieczarkach wszystkich jachtów na obóz, aby uwolnić tamtejszy port dla planowanych regat młodzieżowych. Zaproponował wędrowny obóz na Dezetach, co nie wszystkim przypadło do gustu. –Wędrówka na Dezetach? Niewygodny jacht, duża liczba załogi, kłopotliwe składanie masztów i w ogóle mnóstwo trudności – to zdanie sceptyków. – Coś nowego, dobra szkoła przed sierpniowymi egzaminami na sternika w Trzebieży, wreszcie coś interesującego, bo łamiącego utarte schematy – to zdanie entuzjastów.

Zebrano odpowiednią grupę ludzi w wieku przedmaturalnym i ruszyliśmy. Założenia obozu były ze wszech miar nietypowe. Zerwano z tradycyjnym porządkiem dnia, Andrzej zaproponował żeglowane non-stop przez całe Mazury. Pierwszy etap, z Pieczarek na jezioro Seksty, trwał dwie i pól doby i był znakomitą szkołą żeglowania dla załóg szybko adoptujących się do nowych reguł gry. Obóz szybko zyskał miano „desantu”, a jego formuła została bez zastrzeżeń zaakceptowana przez wszystkich. Długie przeloty, konieczność radzenia sobie samemu w każdych warunkach, bez asysty motorówki i silnika przyczepnego, nauka topografii szlaku Wielkich Jezior Mazurskich – to największe atuty. Nikt nie chciał być ostatni, nieoficjalne regaty trwały cały czas, a stawką było dobre imię. Rok później na podobny obóz zgłosiło się tak wielu chętnych, że popłynęły już trzy jachty i wówczas bardzo często rozmawialiśmy na pokładach o regatach Dezet rozgrywanych w tej formule. – Byłoby super, gdyby tak załóg było pięć, może sześć, byłaby wówczas super akcja – marzyliśmy. Później towarzystwo rozpierzchło się po świecie, a pomysł regat gdzieś zawisł w powietrzu. Nawet nie przypuszczałem, że kiedyś do niego wrócę…

A może regaty?

W roku 2002, kiedy splot okoliczności spowodował możliwość zorganizowania imprezy dla entuzjastów Dezet, wpadłem na pomysł zorganizowania regat tej klasy, ale koniecznie długodystansowych, bez konieczności ścigania się w krótkich biegach po bojach, aby dać szansę ostrego pływania wszystkim osobom znającym dobrze Mazury. Chciałem pościgać się w gronie podobnych miłośników Dezet, pogadać, spotkać się i zorganizować imprezę o charakterze zlotu entuzjastów klasy. Wydawało mi się, że znajdą się ludzie mający sentyment do tych łódek, a sama impreza stanie się okazją do wymiany doświadczeń, podczas gdy wyścig będzie niejako dodatkowym elementem całości, wcale nie najważniejszym. Liczyłem, że uda zaprosić się kilka załóg, marzeniem było wówczas zebranie ośmiu, może dziesięciu jachtów. Ponieważ był już maj, sezon za pasem, szukałem odpowiedniej formuły, która byłaby akceptowalna dla uczestników, a zarazem zapewniała pełne bezpieczeństwo uczestników. Oczywiście w grę wchodziły także koszty. W zasadzie wszystko było niewiadomą. Ile w Polsce żegluje Dezet, jak dotrzeć do ich armatorów, jak nakłonić ludzi do wzięcia udziału w regatach i wreszcie jak takie regaty zorganizować. W redakcji magazynu „Rejs”, w którym wówczas pracowałem, dyskutowaliśmy o formule, spieraliśmy się o celowość takiej imprezy, wreszcie przymierzaliśmy się do organizacji nietypowych regat.

Formuła imprezy

Pomysł nasunął się sam, kiedy zaczęliśmy liczyć koszty organizacji imprezy. Jednym z warunków była konieczność zapewnienia noclegów dla uczestników, a ich liczba była wciąż nieprzewidywalna. – A może zatem zorganizować regaty, podczas których nie trzeba organizować noclegów? Skoro załogi będą pływać całą noc to nie będą potrzebowały noclegu. I tak narodziła się formuła regat 24-godzinnych, która godziła wszystkie strony. Niezależnie od liczby jachtów i członków załóg nie zachodziła konieczność bukowania miejsc na brzegu, co znacznie uprościło organizację imprezy, a zarazem tworzyło bardzo oryginalną formułę regat łamiąc zarazem mazurską tradycję wyścigów long distance trwających 3 godziny, a nawet i krócej. Żeglowanie przez całą dobę, niezależnie od warunków pogodowych, powodowało, że załogi stawały przed trudnym wyzwaniem, ale organizatorom, paradoksalnie, łatwiej było zapanować nad całością. Ale do tego pomysłu trzeba było przekonać jeszcze sędziów i właścicieli ośrodka, giżyckiego „Almaturu”, w którym od początku chcieliśmy ulokować regaty. Marek Winiarczyk, szef ośrodka, pomysł podchwycił, ale długo nie krył swego sceptycyzmu. – Regaty Dezet? Całodobowe? Puknij się w czoło, kto będzie chciał wziąć udział w takim przedsięwzięciu? Przyjedzie pięć, może sześć załóg, studził mój zapał, ale wszelkiej pomocy udzielił i sam włączył się do organizacji nietypowego przedsięwzięcia. Sam miał wówczas dwie sprawne Dezety, trzecią na brzegu z którą nie wiedział, co zrobić, ale na którą wyrok już zapadł, i jeszcze jedną drewnianą za hangarem, dla której ratunku już nie było. Dziś ma już ich dziewięć i jest chyba największym w Polsce armatorem tych jachtów.

Aby zachęcić uczestników do wzięcia udziału w regatach, postanowiliśmy nadać im status oficjalnych Mistrzostw Polski, co finansowo kosztowało niemało, ale dawało również nadzieję na pozyskanie przychylności sponsorów i większe zainteresowanie żeglarzy. Trzeba było także znaleźć sędziego, który zgodziłby się wymyśloną formułę zamienić na spójną instrukcję żeglugi regat, co wcale łatwe nie było. Zgodził się ostatecznie Marek Gałaj z Anią. Długo dyskutowaliśmy o szczegółach, zwłaszcza tych regulujących żeglugę nocną, używanie wioseł, nawigację i mnóstwo detali, które wychodziły na bieżąco. Problemem była konieczność zapewnienia oświetlenia jachtom. Wiedzieliśmy, że zepchnięcie tego problemu na załogi skończy się fiaskiem, bo konieczność zabrania akumulatorów i świateł na jedną dobę wydawała się absurdalna. Z pomocą przyszedł Paweł Wojna, nieżyjący już dziennikarz „Rejsu”, który wpadł na pomysł zastosowania typowych światełek rowerowych. 100 godzin pracy na dwóch paluszkach A4, dobra widzialność, możliwość ustawienia różnych trybów pracy i cena na poziomie 12 złotych za sztukę spowodowała, że pomysł, zadziwiający swą prostotą, chwycił od razu.

Pozostawało do projektu startu w regatach przekonać armatorów, którymi z reguły były firmy czarterowe i szkoleniowe. A ci wcale chętni nie byli obawiając się często o stan jachtów, niezdolność do rywalizacji w regatach, przypadkowe załogi czarterujące jachty. Wysuwali sporo przekonujących argumentów, ale z reguły też bardzo przychylnie przyjmowali samą ideę.

Wpadłem wówczas na pomysł, że trzeba zachęcić do udziału właśnie armatorów oferując im armatorską formułę nagradzania w regatach. Budżet imprezy mieliśmy niewielki, ale sporo kontaktów w środowisku. Dość łatwo pozyskaliśmy dużo nagród rzeczowych, na ogół związanych z jachtami. Komplety żagli, liny, bloki, ściągacze, kotwice, zestawy farb to nasunęło pomysł aby nagradzani byli armatorzy niedoinwestowanych często jachtów, dla których nagrody w postaci wyposażenia jachtów mogą stać się atrakcyjnym uzupełnieniem stanu posiadania.

Problemy organizatorów

Do naszego pomysłu trzeba było przekonać jeszcze oficjalne władze w postaci Urzędu Żeglugi Śródlądowej, który musiał wydać zgodę na rozegranie regat w nocy. Z duszą na ramieniu jechałem do Giżycka z pismem, w którym przedstawiłem wszystkie argumenty. Moje wątpliwości błyskawicznie rozwiał ówczesny dyrektor, pan Tadeusz Zdanowicz, który sam okazał się admiratorem Dezet, żeglował na nich przed laty i do pomysłu odniósł się wręcz entuzjastycznie.

Zabiegałem od początku o stronę wizualną regat. Wymyśliłem logo akcji Ratujmy Dezety, spodziewałem się bowiem, że w ślad za tymi regatami pójdzie chęć organizowania innych przedsięwzięć, na przykład wypraw turystycznych. Zaprojektowałem dyplomy, „Almatur” wziął na siebie przygotowanie okolicznościowych koszulek. Banderki w pierwszym sezonie nie wypaliły, nie wiedzieliśmy bowiem ile załóg ostatecznie przypłynie. Ale już od drugiej edycji są nieodłącznym elementem regat, a po latach załogi przypływają z całą ich kolekcją. Ważną sprawą były barwy regat. Uznaliśmy, że nie warto robić corocznie banderek, dyplomów i koszulek w tym samym kolorze i corocznie zmienia się ich barwa tworząc zaskakujące czasem kompozycje. Logo regat pojawia się na wszystkich elementach, a całość tworzy ciekawą próbę identyfikacji wizualnej imprezy.

Kolejnym problemem był podział nagród. Uznaliśmy, że najlepsze jachty, te, które wygrają, są już i tak dobre, nagradzanie ich elementami wyposażenia mija się trochę z celem. Naszym celem stało się bowiem wsparcie tych najbardziej potrzebujących. Marek Winiarczyk podsunął pomysł, który z powodzeniem stosował u siebie w rozmaitych imprezach, a mianowicie losowanie nagród. Tak urodziła się formuła, która okazała się atrakcyjna dla wszystkich, a zarazem skłoniła wiele załóg do przyjazdu do Giżycka.

Stworzyłem bazę armatorów jachtów klasy DZ i okazało się, że na Mazurach żegluje regularnie około 20 jednostek, co było dla wszystkich pozytywnym zaskoczeniem. Rozesłałem zaproszenia, ale objechałem wszystkich osobiście przekonując ich do startu. Problemem była liczba członków załogi. Wiele jachtów przypłynęło podczas zwykłych rejsów czarterowych i nikt nie chciał rezygnować ze startu. Ostatecznie przyjęto płynne składy załóg mieszczące się w przedziale 6-12 osób.

I wreszcie kwestia łączenia napędu żaglowo-wiosłowego. To był bardzo trudny do rozwiązania problem, zdecydowano się ostatecznie wprowadzać jak najmniej zakazów stąd też nie wprowadzano żadnych w tej mierze ograniczeń. Bywały zatem takie lata, że wiało słabo, a parcie na zwycięstwo nie malało, stąd też decyzja o wiosłowaniu przez 18 godzin na krótkie zmiany. Pogoda zazwyczaj nie sprzyjała żeglarzom, wiało mizernie, ale dzięki temu w nocy było bezpiecznie. Tylko raz, w drugiej edycji, przywiało tak, że uczestnicy przepłynęli 165 kilometrów w ciągu doby. Bywały jednak takie lata, że od wioseł najlepsi nie odchodzili po kilkanaście godzin.

Dezety na start

Ostatecznie w dniu startu, w giżyckim porcie „Almaturu” stało przy kei 16 jachtów, co w gronie organizatorów uznaliśmy za duży sukces. Stan techniczny wielu jachtów już takim optymizmem nie napawał. Stare żagle, odrapane burty, olinowanie wiązane na przysłowiowe krawaty były wówczas codziennością. Wielkim problemem było skompletowanie pełnego zestawu wioseł. Nie udało się, toteż ostatecznie ustalono ich liczbę na sześć. Nie zabrakło jednak jachtów nienagannie utrzymanych, otoczonych troską armatorów, te jednak były w mniejszości.

Trasa pierwszych regat wiodła z „Almaturu” na jezioro Dobskie, stamtąd pod Pieczarki, do „Almaturu”, a na noc organizatorzy zaplanowali krótkie pętle wokół Dębowej Górki na Kisajnie. Regaty pokazały, że poziom wyszkolenia załóg i samych jachtów jest tak zróżnicowany, że flotylla bardzo szybko rozciągnęła się na długim dystansie.

Bezpieczeństwo

Ta sprawa spędzała sen z oczu organizatorom. Jak zorganizować regaty jeśli załogi rozciągają się na kilkanaście kilometrów, a żeglować trzeba także w nocy. Słynne kółka wokół Dębowej Górki na Kisajnie stały się prawdziwą zmorą, bo najszybsze załogi wykręcają ich po kilkanaście. Dłuższa pętla także nie wchodzi w grę z uwagi na zbytnie rozrzucenie jachtów po akwenie i niemożność kontrolowania ich w nocy w celu zapewnienia bezpieczeństwa. Ostatecznie przyjęto rozwiązanie w postaci punktu kontrolnego w Sztynorcie, być może tak już pozostanie.

Przez 24 edycje regat nie zdarzył się ani jeden wypadek żeglarza na trasie, a pamiętać trzeba, że jednorazowo ścigało się nawet grubo ponad 300 osób. Było to możliwe właśnie dzięki szerokiemu marginesowi bezpieczeństwa i rozsądkowi żeglarzy. Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że są to regaty bezpieczne.

Późniejsze edycje

Impreza zyskała szybko dobrą sławę. Już od II edycji startowało regularnie powyżej 30 jachtów, a na starcie na jeziorze Kisajno wówczas rządziły Dezety powodując, że ten fragment jezior przypominał nieco Mazury sprzed lat pięćdziesięciu. Startują w regatach przedstawiciele głównie dwóch grup wiekowych; licealiści z rejsów czarterowych oraz osoby w wieku mocno już zaawansowanym, dla których żeglowanie na Dezecie jest powrotem do ich żeglarskiej przeszłości sprzed wielu lat. Od 2003 roku do wsparcia naszej akcji włączył się Andrzej Janowski, właściciel stoczni Janmor, który ufundował początkowo skorupę Sasanki, a od roku 2004 regularnie przyjeżdżał z nagrodą główną w postaci skorupy Dezety wartej kilkanaście tysięcy złotych. To zwiększyło w istotny sposób zainteresowanie regatami, ale także zaostrzyło rywalizację.

Początkowo liczba startujących ustabilizowała się na poziomie powyżej trzydziestu załóg, w późniejszych latach zainteresowanie wyścigiem nieco zmalało i w ostatnich latach rywalizuje około dwudziestu załóg. Organizatorów zawsze najbardziej cieszyło pojawienie się Dezet, których kadłuby były wylosowane w przeszłości, niektóre przypływają po dziś dzień.

W siódmej edycji nie wyłoniono mistrza, regaty przerwano w nocy po ostrzeżeniu o nadciągającej silnej burzy, a ponieważ wszyscy mieli w pamięci jeszcze nawałnicę rok wcześniej i kilkanaście śmiertelnych ofiar, wielu protestów nie było. Dla mnie była to także ważna edycja imprezy, ponieważ przygotowywałem je po raz ostatni.

Oczywiście jak to bywa przy powodzeniu jakiejś idei, nie wiadomo skąd wyłaniają się liczni ojcowie sukcesu. Kiedy zatem w sierpniu wystartuje kolejna edycja regat, proszę pamiętać, że przez lata organizowali je dwaj szefowie giżyckiego Almaturu, obecnie nazwanego Oczy Mazur – Marek i Grzegorz Winiarczykowie, Paweł Wojna i niżej podpisany. Pomyślnych wiatrów…

                                                                                                                              Marek Słodownik

  *   *   *

F  O  T  O

 

          Pierwsza edycja regat „Ratujmy DZ-ty”, 2002 r. Od lewej: Anna Galaj – sędzia regat, Marek Słodownik – twórca i współorganizator regat, Marek Winiarczyk – szef ośrodka Almatur w Giżycku, współorganizator regat. 

Fot. z arch. Marka Słodownika

 _____________________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

                                           Trimaran SVR-Lazartigue. Fot. materiały prasowe.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~Marek Słodownik:                                                   ARTYKUŁY
Podczas jednego z treningów uzyskaliśmy 50,3 węzła, ale była to prędkość chwilowa, uzyskana w optymalnych warunkach na wodzie bez zafalowania. Zabiegamy o ustabilizowanie prędkości średniej, co tworzy przewagę nad konkurentami. W regatach jachty nowej generacji żeglują regularnie z prędkością w granicach 36-40 węzłów.

_________________________________________________________________________________________________________
(zs):                                                                             ARTYKUŁY
W korespondencji mailowej Wojtek Jacobson pisze:Dobre jachty, łatwy dostęp do morza, przyjazna atmosfera Klubowa, były magnesem, który przyciągał do naszego Klubu żeglarzy akademickich z innych ośrodków. Głównie ze Ślaska. Byli wśród nich znani, doświadczeni Kapitanowie, jak: Bogumił „Bibek” Pierożek, Emil Maria Żychiewicz i inni. Także młodsi żeglarze, którzy mieli wyrosnąć na wyróżniających się kapitanów. Wśród nich żeglarz arktyczny Janusz Kurbiel albo kapitan od dużych żaglowców Zygmunt Biernacik. […] Innym żeglarzem który skorzystał ze współpracy z Klubem, był Krzysztof Baranowski, wypożyczający naszego „Nadira” do samotnych regat na Bałtyku.

 

 

______________________________________________________________
Marek Słodownik:                                                   ARTYKUŁY
Pomysł nasunął się sam, kiedy zaczęliśmy liczyć koszty organizacji imprezy. Jednym z warunków była konieczność zapewnienia noclegów dla uczestników, a ich liczba była wciąż nieprzewidywalna. – A może zatem zorganizować regaty, podczas których nie trzeba organizować noclegów? Skoro załogi będą pływać całą noc, to nie będą potrzebowały noclegu. I tak narodziła się formuła regat 24-godzinnych.
______________________________________________________________________
Ludomir Mączka:                                          LISTY
W sobotę weszliśmy do Puerto Montt. […] Zjawili się Hermandos de la Costa – Bracia Wybrzeża – takie stowarzyszenie ludzi związanych z morzem – lepsza tradycja piratów z Morza Karaibskiego powstała coś 7 lat temu i obejmuje już Peru, Chile, Argentynę, Włochy, Francję i coś tam jeszcze. Główna siedziba chyba w Valparaiso, gdzie wychodzi pismo „Abrdoche”.[…] W niedzielę wieczór we czterech byliśmy na kolacji u jednego z „braci wybrzeża”. Lał deszcz. Wilgat, Bronek i K.W. zostali. Bracia byli przeważnie niemieckiego pochodzenia, ale mnie to nie przeszkadza.
_________________________________________________________________________________________________________
Fernando Pessoa:                                                       WIERSZE
Przy omawianiu literackich fascynacji Ludomira Mączki, zwraca uwagę jego pamięć do cytatów, fraz, całych fragmentów wierszy. I właśnie jeden z takich wierszy, wiersz portugalskiego poety Fernando Pessoi – we fragmencie – utrwalił się i pozostał w pamięci Ludomira na lata.
______________________________________________________________
Mariola Landowska:                                                 KORESPONDENCJA:     z Lizbony
U ujścia rzeki Tag znajduje się latarnia morska, nazywana potocznie “Bugio”. […] Służy nie tylko żegludze, ale i jest zwracającym uwagę punktem widokowym dla tych co znajdują się na lądzie. Widać ją z różnych punktów tego prawie końca Europy, bo koniec (zachodni) kontynentu europejskiego jest tuż, tuż, na Cabo da Roca.
__________________________________________________________________________
Anna Kaniecka-Mazurek:                                      RECENZJE
Książka Marka Słodownika dokumentuje losy żeglarzy i wodniaków, popularyzuje polską marynistykę. Ilustruje ją ponad 400 fotografii, wiele publikowanych po raz pierwszy. Ze względu na lekkie pióro Autora, książkę dobrze się czyta. Lekturę można pochłaniać na wyrywki wyszukując w spisie treści lata, czy wydarzenia, które nas bardziej interesują, ale można też czytać po kolei, bo niemal każda historia równie wciąga. Każda opowieść – jak na przykład o Opalu Ryszarda Kuklińskiego vel Jack’a Stronga – jest niczym sensacyjny film.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~F  O  T  O  G  A  L  E  R  I  A

Fot. z arch. członków Klubu i arch. JK AZS Szczecin

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

G A L E R I A   O B R A Z U

                                                                                                  Paweł Przybyłowski, olej na płótnie

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony.

Atlantycki pejzaż morski

U ujścia rzeki Tag znajduje się latarnia morska nazywana potocznie “Bugio”. Kiedyś o niej pisałam w „Zeszytach Żeglarskich”, jako o latarni „Farol São Lourenço”. Służy nie tylko żegludze, ale i jest zwracającym uwagę punktem widokowym dla tych co znajdują się na lądzie. Widać ją z różnych punktów tego prawie końca Europy, bo koniec (zachodni) kontynentu europejskiego jest tuż, tuż, na Cabo da Roca. Latarnia i miejsce – Cabo da Roca – są bardzo często odwiedzane przez turystów.

Wracając do latarni „Bugio”, ona również jest ostatnio w sferze zainteresowań turystów. Dobrym punktem wypadowym na wyspę z fortem i latarnią jest Marina w Oeiras. Byłam tam – na wyspie – tylko dwa razy, z rybakami, i wtedy nie było jeszcze tak licznych wypadów turystycznych.

Rybacy z samego rana płynęli na połów i to było fascynujące. Powiew wiatru z północy – zawsze chłodny, zmniejszał gdy podpłynęło się do wyspy od strony południowej. Chwila wytchnienia od dużych fal, bo tutaj rzeka wpada do oceanu i zawsze jest pewna huśtawka fal. Kolor wody zmienia się zależnie od pogody. Rybacy nauczyli mnie przewidywania pogody po kolorze wody. Kiedy my zachwycamy się pięknym szmaragdem wody, dla nich jest to oznaka, że będzie zmiana na zimny wiatr i może nawet burzę.

Osobiście lubię spoglądać na ten fragment wybrzeża, bo oprócz latarni widzę drugi brzeg ujścia Tagu do Atlantyku czyli Costa da Caparica i potem Cabo Espichel. Obfotografowałam z różnych miejsc latarnię São Lourenço. W kadr zdjęcia czasami wchodzą tory kolejowe, znaki drogowe, wiszące kable elektryczne albo dachy Paço de Arcos pokryte charakterystyczną portugalską dachówką w kolorze naturalnej czerwieni.

Romantyczna, samotna latarnia w atlantyckim pejzażu morskim ujścia Rio Tejo przywołuje różne historie tego miejsca, wystarczy na chwilę przystanąć, spojrzeć …

   

Com os melhores cumprimentos  –  Mariola Landowska, Po de Arcos, 6 czerwca 2026
www.mariolalandowska-art.com

____________________________________________________________
Mariola Landowska żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

 

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Obraz z łodziami i żaglami łacińskimi.

Klasyczne łodzie z żaglem łacińskim nadal pływają po Tagu; łodzie z czasów, gdy nie było jeszcze mostów na rzece Tag. I właśnie taki widok zainspirował mnie do malarskich tematów.

Dzisiaj łodzie z żaglami łacińskimi rywalizują w regatach na Tagu; tworzą odrębną klasę sportową. Podczas takich regat, gdzie brałam udział, udało mi się fotografować momenty między rozlewiskami rzeki, gdzie pejzaż brzegowy miał niesamowitą dynamikę. Zmieniał się wraz z każdymi metrami przebywanej trasy. Jako artystka nie mogłam tego „zostawić w głowie”. Namalowałam obraz.

Zawsze, gdy wypływam na rzekę, to jestem z grupą moich doświadczonych żeglarsko kolegów z klubu „ÂNCORAS ” w Oeiras.

Com os melhores cumprimentos

Mariola Landowska

www.mariolaland

___________________________________
Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Ludomir Mączka: Listy z wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej.

W latach 1965-1966 Polskie Towarzystwo Geograficzne zorganizowało wyprawę naukowo-żeglarską na jachcie Śmiały dookoła Ameryki Południowej. Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika Poznaj Świat, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, Wyspy Galapagos, Kanałem Panamskim na Atlantyk i z powrotem do Polski. Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby z doświadczeniem żeglarskim, jak i przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy. Kapitanem Śmiałego był Bolesław Kowalski.

Ludomir Mączka znalazł się w załodze wyprawy, lecz jako członek rezerwowy. Ze Szczecina na Śmiałym nie wypłynął, ale ponieważ w pierwszym etapie rejsu, w Londynie, z przyczyn zdrowotnych, musiał opuścić wyprawę jeden z członków załogi, więc Ludek wypłynął z Gdyni statkiem PLO m/s Wyspiański, aby dołączyć do załogi Śmiałego w Buenos Aires.

Ludek, w Buenos Aires – po odpłynięciu statku – jeszcze przez ponad dwa tygodnie oczekiwał na przypłynięcie Śmiałego. W tym czasie nawiązał kontakty ze środowiskiem polonijnym, w tym najważniejszy dla niego – spotkanie z Wiktorem Ostrowskim, znanym podróżnikiem, taternikiem, alpinistą, andystą, autorem książek reportażowych, żołnierzem Armii Andersa (walczył, m.in. pod Monte Cassino).

Wreszcie, 5. stycznia w godzinach rannych, Śmiały przypłynął do Buenos Aires i Ludek dołączył do załogi jachtu.

Publikowane poniżej listy Ludomira Mączki do przyjaciół i znajomych w Polsce obejmują właśnie ten okres.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ludomir Mączka: Listy z wyprawy jachtem Śmiały dookoła Ameryki Południowej.

29 I 1966 B. A, Yacht Club Argentina

Dość długo nie pisałem, ale nie było czasu i nastroju. Jacht doprowadziliśmy do jakiego takiego wyglądu i stanu. W ubiegły poniedziałek zeszliśmy na wodę. Potem dwa dni staliśmy w porcie koło statku „Narwik”, gdzie uzupełnialiśmy co się da. Kapitan i załoga byli bardzo mili i gdyby nie to że woda brudna i nasze malowanie poszło trochę na marne, toby było nawet ciekawie. „Narwik” ładował solone skóry krowie, co trochę śmierdziało. Przypomniał mi się „Pamiętnik żeglarza”. Ale czasy nieco się zmieniły. Chyba we wtorek wyjdziemy do Mar del Plata, potem do Puerto Deseado, a następnie Punta Arenas. Roboty na jachcie sporo, wieczorem wizyty rodaków lub u rodaków. Towarzystwo różne, nieraz bardzo ciekawe. Ale to osobny rozdział.

Z załogą właściwie to się zżyłem i oprócz ewentualnie jakiś drobnostek to wydaje mi się: i dobrze i miło. Bolek to osobna i trudna historia.Chociaż byłem przygotowany na bardzo wiele, potrafił mnie już kilka razy zadziwić, nazywajmy rzecz po imieniu, swoim chamstwem i to takim rozmyślnym i takim wrednym. Bardzo nierówny, bardzo zarozumiały i chyba jednak … . Tylko dobrej załodze zawdzięcza, że właściwie choć go wszyscy lekceważą i właściwie nie lubią, jakoś to wszystko idzie. Zresztą do mnie też się zabrał, ale mam nadzieję, że go przetrzymam bo wycieczka tego warta, choć gdyby to był Teczek czy Bull to byłoby dużo milej. Ale takie studium psychologiczne to też rzecz ciekawa. Rozumiem, że jego wiele spraw bardziej obciąża i rozumiałbym wybuchy nerwów, ale to raczej taki charakter na co dzień, w rzeczach drobnych i mniej ważnych.Cóż …. to raczej trudniej, bo właściwie to teraz czas spędzam przy remoncie i niewiele nowego zobaczyłem.

W każdym razie raz były dwie dziewczyny z jakiegoś zespołu muzycznego, które poznali koledzy którzy byli w TV i wieczorem na jachcie śpiewały argentyński folklor, który mi się bardzo podobał. Takie smutne ballady, romanse, tanga.

3 II 1966 Wczoraj wyszliśmy z Buenos Aires. Pogoda piękna, wiatr korzystny. Woda buromętna. Noc księżycowa. Sterujemy na zmianę z Bronkiem. Dziś wiatr silniejszy ok. 5o B, baksztag. Rano rzucamy bezana, bo ciężko sterować. Barometr idzie na dół. Ok. 1800 rzucamy grota i idziemy na foku i silniku.

Pochmurno, płyniemy ok. 8 Mm od brzegu.

Dwukrotnie przecinamy wyraźną granicę wód La Platy i oceanu. Granica ostra, jakby nożem podzielił. Szare wody La Platy i zielone – morskie. Na morzu wszystko jakoś idzie i indywidualność Bolka nie jest tak ciężka, Zresztą jako żeglarz to nie jest zły.

4 II 1966. Dziś weszliśmy do Mar del Plata. Taka miejscowość wypoczynkowa dla Buenos Aires. Ok. 800 tyś. czy do miliona mieszkańców. Największe kasyna gry. Miasto letnich rezydencji i domków. Teraz lato to ruch znaczny. Coś usiłującego być na miarę Copacabany i Rio, ale w stylu zupełnie USA. Szosy, samochody. Takiej właściwej Ameryki South to jeszcze nie widziałem. Wyskoczyłem z Bronkiem na jakieś 4 godziny i właściwie to już wszystko o tym mieście wiem i nie interesuje mnie wiele. Może tę egzotykę zobaczę dalej na południe, może w Chile, a może tylko będę ją szukać, choć jej już nie ma? Nie wiem i zobaczę, o ile mi starczy ochoty i zdrowia. Zresztą już gadają coś o ewentualnym wyjeździe po powrocie, aby zobaczyć Argentynę tę …., Pampę, Puna de Atacama, Andy, tam gdzie jeszcze jeździ się konno. Ale niestety to gonienie miraży. Argentynę zmieniły drogi i samochody. Konnych bandytów zastąpili gangsterzy i cały romantyzm pampy to tylko w smutnych romansach. To co na razie zobaczyłem to tylko Europa lub Ameryka. Zresztą jacht nie daje możliwości obejrzenia więcej.

Tutaj (tzn. w Buenos) poznałem raczej bardzo ciekawych ludzi. W przeciwieństwie do krajów anglosaskich, tutaj język mają czystszy, tylko trochę śpiewny.

Nauczyłem się pić mate i polubiłem, a to ponoć oznacza, że wrócę do Argentyny. Na jachcie roboty sporo, ale najgorsze już przeszło. Zresztą trzeba przyznać, że Bolek na tym się zna i ma dużo praktyki, co zresztą w rodzonej skromności przy każdej okazji podkreśla, ale na morzu się z nim dobrze pływa, choć właściwie to do siebie raczej nie pasujemy. W tej chwili na jachcie jesteśmy we trzech, Bronek i ja piszemy. Krzysztof Wojciechowski śpi, jest wieczór, w porcie jest cicho, świeci księżyc, stoimy na boi przed jachtklubem. Reszta jest w mieście.

Godz. ok. 2200. Załatwiłem trochę kartek do znajomych. Jutro bierzemy ropę i chyba płyniemy dalej.

5 II 1966 Pogoda piękna, śmierdzi mączka rybna. Jurek pojechał do dentysty, Krzysztof po zakupy, biorę się do szycia balonfoka.

6 II Niedziela. Balonfoka ukończyłem dziś. Wczoraj rano braliśmy ropę w porcie rybackim, był ruch, kolorowo, odpowiednio brzydko, wybrudziliśmy się bardzo, ale to mi się podobało.

Potem stanęliśmy w porcie handlowym przy budującym się elewatorze. O 1400 w pięciu poszliśmy na obiad do Club Nautico Mar del Plata na zaproszenie gospodarzy. Bronek został kończyć artykuł. Potem kilka osób było na jachcie. Nawet dwoje niemców, którzy w trzy pary chcą zrobić za 2-5 lat Weltumreisung. Wreszcie ok. 1800 wyszliśmy na żaglach. Noc była piękna. Śliczny zachód słońca, księżyc, potem sflaciało. Szliśmy 3 godziny na silniku. I tak powoli zaczynamy wpadać w rutynę. Na jachcie jestem za germanofila, bo okazuje się, że tylko ja gadam po niemiecku. Pogoda dobra, ale niewyklarowana, wiatry zmienne do 5o B. Halsujemy na południe. Upałów już nie ma, trzeba będzie wyciągnąć ciepłe ciuchy.

List normalnie, wg rozdzielnika: Chałupa, Wojtki, Hipcio, Teresa – ad acta.

Pozdrowienia – Ludomir.

_______________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.