Archiwa kategorii: Korespondencje

Doubravka Krautschneider: Wakacyjna Przygoda z Atlantykiem

Doubrava Krautschneider 2019 Pawła Kocourka poznałam kilka lat temu na dorocznym zlocie polonijnych żeglarzy Polonia Rendez-vous w stanie Connecticut (USA), dokąd przypłynął na jachcie znanego morskiego wagabundy Jacka Rajcha. Uśmiechnięty, czeski matematyk od razu wzbudził sympatię wśród żeglarzy. Po zakończeniu regat, w czasie wspólnej biesiady, przedstawił nas sobie mój kolega żeglarz Jan Fryzel przeczuwając, że chętnie porozmawiam w ojczystym języku. Miał rację, spotkać Czecha w Stanach Zjednoczonych to jest rarytas!
Rozmawialiśmy do świtu. Rano można było go widzieć jak śpi na kei między rozbujanymi jachtami.

Paweł był już wtedy armatorem trzech (!) jednostek pływających co sprawiało mu niemało kłopotów. Na studiach doktoranckich na uniwersytecie NYU (New York University) prowadził skromny, oszczędny tryb życia, ale kosmiczne ceny wynajmu w Nowym Jorku zmusiły go do szukania możliwości zamieszkania bez wydawania pieniędzy. Próbował nocować w parkach oraz na dworcach, kiedy więc nadarzyła się okazja taniego zakupu jachtu, kupił od razu dwa. Zamieszkał na jednym z nich i zajął się wynajmowaniem drugiego jako bazy noclegowej dla turystów.

Pierwsze doświadczenia Paweł zdobywał w czasie rejsów z polskimi żeglarzami. To od nich oprócz żeglarskiego rzemiosła nauczył się, jak radzić sobie z niskim budżetem przy naprawach jachtu w trakcie realizacji swoich ambitnych planów. Z kapitanem Jackiem Rajchem przepłynął ze Stanów do Europy.

W maju 2019 roku Paweł zakończył studia doktoranckie, a gdy został przyjęty do pracy na Uniwersytecie Karola w Pradze, rozpoczął przygotowania do rejsu przez Atlantyk do Europy na jachcie White Bird.

Załogę dobierał przypadkowo: z ogłoszeń w internecie. Miał okazję ją przetestować podczas rejsu do Virginii, wzdłuż wschodniego wybrzeża USA. Tylko jeden człowiek z załogi – Trevis posiadał doświadczenie żeglarskie. Na pokładzie pojawiły się też nowojorska artystka Esmeralda i studentka biologii morza Esther z Niemiec.

Przed wypłynięciem wysłałam do Pawła elektronicznie kilka pytań. W nocnym klubie Cafe Paris, w Harlemie grała tak wspaniała muzyka, że raczej słuchaliśmy muzyki w wykonaniu świetnych jazzowych zespołów; na rozmowę w cztery oczy nie było okazji. W czasie pożegnalnego wieczoru poznałam osobiście jego załogę, weterana Joe (który jednak w ostatniej chwili zrezygnował z rejsu), Trevisa z Virgini i Esther.
Paweł odpowiadał na moje pytania w trakcie rejsu, kiedy tylko udało mu się podłączyć do sieci w pobliżu Azorów.

Od następnego roku akademickiego Paweł zasili kadrę Uniwersytetu Karola w Pradze. Rejs ten jest jego powrotem do rodzinnych stron. Jacht zamierza trzymać nad Bałtykiem, skąd planuje kontynuować przygodę z żeglarstwem. Wirtualny wywiad z morza zakończyłam tuż po jego dopłynięciu do portu docelowego, niemieckiego Bremen.
Podczas rejsu, Pawła spotkało szczęście, miłość, przyjaźń i przede wszystkim spełnienie marzenia o wielkiej przygodzie.

Doubravka Krautschneider: Kiedy zdecydowałeś się wrócić do Europy jachtem?
Pavel Kocourek: Oceaniczna włóczęga była we mnie od dawna od kiedy w listopadzie 2015 roku kupiłem jacht, White Bird (typ: Cheoy Lee 41 Offshore). Najpierw chciałem płynąć, dokąd mnie wiatr zawieje. Decyzja o rejsie przez Atlantyk była spontaniczna. Pozwól, że wytłumaczę tło całego przedsięwzięcia i z tym związanych decyzji.
Najpierw na uczelni NYU przedłużyłem termin ukończenia doktoratu z ekonomii matematycznej, żeby ten czas wykorzystać na naukę żeglowania i przygotowania się do pływania po zakończeniu studiów.
W lipcu 2018 dostałem ostatnie przedłużenie na rok amerykańskiej wizy studenckiej. Zaliczyłem już wtedy rejs oceaniczny na jachcie Osprey. Wydawało mi się, że nie będę miał czasu na przygotowanie jachtu i skończenie studiów doktoranckich. Różne pomysły przychodziły mi do głowy. Zacząłem rozglądać się za pracą i plany żeglarskie miałem najpierw skromne. Myślałem, że w najlepszym wypadku mogę popłynąć do Meksyku lub krajów Ameryki Południowej. Kocham ludzi z Ameryki Łacińskiej żyjących z dnia na dzień z otwartym sercem i liczyłem, że uda mi się zatrudnić właśnie tam. Programowo odrzuciłem możliwość pracy na uczelniach w USA, choć było by to najbardziej korzystne dla mojego kierunku. Przekonałem się, że styl życia w USA nie pasuje do mojej osobowości.
Wysłałem swój życiorys w świat. Okazało się, że w moim przypadku sytuacja na rynku jest specyficzna. Chociaż zdobyłem dyplom na jednym z najbardziej prestiżowych fakultetów ekonomicznych w USA, miałem dobre referencje i list polecający od prowadzącego mnie profesora, niektóre uczelnie odrzuciły mnie, bo wydawałem im się zbyt dobry. Inne instytucje przyjrzały mi się bliżej i zauważyły, że studia „naciągałem” aż osiem lat, zamiast 5-6 lat, jak jest powszechnie przyjęte i przez ten czas nie publikowałem, dopiero pod koniec studiów. Kiedy sprawdzali mnie przez Google, pojawiły im się artykuły w New York Post i New York Times, opisujących mnie jako kloszarda mieszkającego na jachcie z zepsutą toaletą. Odezwały się natomiast placówki akademickie z Turcji, Kazachstanu i Ukrainy. Biorąc to wszystko pod uwagę, jestem wdzięczny za możliwość powrotu na czeską uczelnię, gdzie mnie zatrudnili, wiedząc jaki tryb życia prowadzę.
Po podpisaniu umowy o pracę w Pradze, wróciłem w połowie kwietnia 2019 roku do Nowego Jorku aby obronić pracę doktorską. Miałem nadzieję, że pozostawię jacht w USA, żeby przyjeżdżać tutaj na wakacje. Wydawało mi się to znacznie bardziej rozsądne niż sprzedaż. Jacht stał się dla mnie symbolem moich marzeń i nie chciałem z niego rezygnować.
Rozpocząłem intensywne prace remontowe, bo stał zaniedbany w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy to skupiłem się na pracy naukowej. Tydzień lub dwa zajęło mi łatanie nieszczelności, czyszczenie silnika, uruchomienie pieca, zmywanie pleśni. Będąc znowu na mojej łodzi, wstąpiło we mnie nowe życie i wrócił dawny blask w oczach, który przygasł, kiedy próbowałem robić dobre wrażenie poważnego kandydata na objęcie pracy. Zdałem sobie sprawę z tego, że jacht znaczy dla mnie znacznie więcej niż się spodziewałem. Ciężka praca nad doktoratem nauczyła mnie dyscypliny, dzięki której nagle byłem w stanie dokończyć wiele prac na jachcie w krótszym czasie niż się spodziewałem. I w tym momencie szalony plan zaczął nabierać konkretnych kształtów. Uwierzyłem, że mogę przeprowadzić jacht do Europy i trzymać go w marinie w Szczecinie, dokąd z Pragi jedzie się około sześciu godzin. Mam tam przyjaciół, którzy mnie mogą zapoznać z miejscowym środowiskiem żeglarskim. Bardzo się zbliżyłem z polskimi żeglarzami. U Polaków podoba mi się ich serdeczność, gościnność i życzliwość, czego mi brakuje w Pradze. W ciągu kilku dni zrobiłem listę rzeczy, które muszę zrobić, aby wypłynąć i plan jak to zrobić, żeby zdążyć przed sezonem huraganów. Byłem zorganizowany i w pełni skupiony, jak nigdy wcześniej. Sam siebie nie poznawałem i zacząłem odkrywać na nowo.

DK: Jak spędzałeś czas oprócz przygotowań do rejsu? Z czego się najbardziej cieszyłeś?
PK: Przed wypłynięciem szukałem rozrywki, żeby oderwać się od uporczywego myślenia o przygotowaniach do rejsu. Chciałem się wyłączyć i pobawić, ale jednocześnie nie mogłem się doczekać momentu, kiedy sobie powiem: „Dałem z siebie wszystko. Jesteśmy na środku oceanu, jeżeli o czymś zapomnieliśmy, nic nie możemy na to poradzić”. Z drugiej strony myśl o tym, że jakaś brakująca rzecz może być czymś niezbędnym, nie dawała mi spokoju.

DK: Jak znalazłeś załogę?
PK: Zwykle zdaję się na szczęśliwy los. Rzucam hasło między couchsurferów (użytkownik serwisu internetowego, w którym można zaoferować bezpłatne zakwaterowanie lub znaleźć użytkowników oferujących nocleg w swoim mieszkaniu lub domu – przyp. red.), którym proponuję zakwaterowanie w zamian za pomoc w sterowaniu. Tym razem nie było tak łatwo. Z Nowego Jorku na Azory płynie się około trzech tygodni. Więc znaleźć kogoś, kto ma tyle czasu, da sobie radę z chorobą morską i wybrykami oceanu, było trudne. W dodatku potrzebowałem od nich zdobyć część środków finansowych na utrzymanie jachtu. Nie chciałem ponosić wszystkich kosztów tylko dlatego, że jestem właścicielem łodzi. W zamian oferowałem wspólną przygodę. Myślę, że większość żeglarzy uważało mnie za szaleńca, który bez odpowiedniego doświadczenia ogłosił się kapitanem i oczekuje jeszcze, że załoga mu zapłaci za sterowanie starą łódką, którą trzeba najpierw błyskawicznie naprawić.
Moje przedsięwzięcie przyciągało różnorodnych ludzi. Najpierw znalazłem Travisa w Virginii, którego poznałem przez coachsurfing dwa lata temu szukając przyjaciół w Deltaville, małym miasteczku na pustkowiu w zatoce Chesapeake, gdzie tymczasowo trzymałem jacht. Travis miał już doświadczenie żeglarskie i świetne umiejętności w zakresie konserwacji łodzi. Rok wceśniej popłynąłem z nim z Deltaville do Nowego Jorku. Na facebooku zgłosiła się do mnie pięćdziesięcioletnia dama z Niemiec, która uprawiała sporty ekstremalne, pomimo utraty nogi (spadła ze skały). Myślałem, że byłaby dobrym kumplem do przetrwania na oceanie, lecz im więcej rozmawialiśmy tym bardziej miałem wrażenie, że jej upartość stanowiłaby problem na oceanie. Doceniłem jej radę, że jako młody, niedoświadczony kapitan nie mogę wziąć zbyt dominujących załogantów.
Co ciekawe, druga odpowiedź nadeszła też od Niemki. Była pasjonatem nurkowania i jej podejście do rejsu było podobne do mojego. Była gotowa ponieść część kosztów oraz ryzyko związane z podróżą. Tak samo jak ja, nie była doświadczonym żeglarzem. Podobało mi się jej pozytywne podejście, ale biorąc ją, poczułem nagle ciężar odpowiedzialności za powodzenie rejsu.
Dałem ogłoszenie na craigslist (amerykański serwis internetowy drobnych ogłoszeń – przyp. red). Otrzymywałem odpowiedzi od różnych ludzi. Nie było między nimi ludzi spoza USA. Można mi zarzucić stereotypowość, ale większość Amerykanów, których spotkałem, miała podobne cechy: indywidualność, egocentryzm, przesadne przekonanie o swoich umiejętnościach oraz wymaganie ogromnej uwagi. Dodatkowo czują się bezradni poza strefą komfortu. Pomimo tego, co powiedziałem, mam całkiem niezłą „kolekcję” znajomych Amerykanów, którzy tacy nie są. Wielu z nich zaangażowało się w pomoc przed rejsem przez Atlantyk. Na przykład bardzo jestem wdzięczny za wyposażenie, które otrzymałem ze sklepu żeglarskiego Buddy’s na wyspie City Island. Wyspa ta stała się moim domem w Ameryce i wiele miejscowych osób mi pomagało.

DK: Od kogo czerpałeś doświadczenia żeglarskie?
PK: Kiedy 5 lat temu kupiłem swoją pierwszą żaglówkę jako miejsce do życia, nie wiedziałem absolutnie nic o jachtingu. Silnik był maszyną zardzewiałego diabła, a żagle były dużymi torbami zajmującymi przestrzeń pod moim trójkątnym łóżkiem. Dwa lata później zaliczyłem kurs żeglarski dla początkujących, oferowany przez TASCA (mały klub dla emerytów). Kurs był tani i podobało mi się poczucie wspólnoty między żeglarzami. Nauczyłem się tam podstawowych zasad, lecz kurs jako taki nie zainspirował mnie do żeglowania.
W marinie, gdzie stały moje trzy jachty, poznałem dwa typy żeglarzy. Jedni palili trawkę i używali łódek do spania oraz ci, którzy mieli lśniące łodzie do wynajęcia i zarabiania pieniędzy.
Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem polskiego żeglarza Jacka Rajcha. Kiedy zakotwiczył w marinie, kupiłem butelkę wina i podpłynąłem do jego łodzi. Jacht wyglądał jak kraina skarbów – pełna pomysłowych wynalazków. Niemal wszystko było poskładane ze znalezionych części wraków statków.
Kilka dni później odpłynęliśmy razem na zlot żeglarski „Polonia Rendez-vous” do Connecticut. To było we wrześniu 2016 roku. Nie miałem umiejętności żeglarskich, ale zrobiłem na Jacku wrażenie profesjonalnego ”skrobacza” kadłuba. Potem zaczął się rok akademicki, prowadziłem zajęcia i kolejna okazja dopiero nastała w styczniu 2017 roku. Z rodzinnych świąt przyleciałem z Czech na Florydę na Sylwestra. Myślałem, że będzie impreza. Na jachcie nie było kobiet. Troska Jacka o Nowy Rok skończyła się dwie godziny przed północą. Wypiliśmy kieliszek rumu, posłuchaliśmy radia i poszliśmy spać.
Następnego ranka poszliśmy do supermarketu. Zakupy z Jackiem były może bardziej ciekawe niż żegluga. Nie kupił nic poza cebulą, czosnkiem, winem i piwem, ale jego komentarze dotyczące tego, co próbowałem kupić, były takie: „Pomarańcze??? Jabłka? Dlaczego?” Przy śniadaniu nie spodobał mu się mój pomysł gotowania płatków na śniadanie, więc mieliśmy chleb z cebulą i pomidorami. Jacek zasugerował, żeby zjeść najpierw starszy chleb zanim zaczniemy ten świeżo kupiony. Nie miałem nic przeciwko temu. Kromka była twarda jak kamień i jej zapach był dziwny. Pokazałem Jackowi i zapytałem, czy mogę wziąć nowo kupione pieczywo. Powiedział: „Nieważne, sam to zjem.” – „Ale chleb jest zapleśniały”. „Gdzie? Nic nie widzę”. „Wszystkie te miejsca…” – pokazałem palcem. Jacek wziął brudny ręcznik, wytarł nim powierzchnię chleba, komentując: „Paweł, to jest po prostu penicylina. Pamiętaj: biała – to drożdże, zielona – to penicylina”. – „Jacek, ta pleśń jest czarna, śmiertelna!” – „Cokolwiek tam jest, sam zjem. Jestem starcem, zależy mi, żeby umrzeć przed żoną”.
Wystartowaliśmy wczesnym popołudniem, gotowi do wypłynięcia na Karaiby. Jednak tyle szczęścia nam nie było dane. Nagle silnik się przegrzał i zatrzymał w miejscu. Cały olej silnikowy był w zęzie. Natychmiast zaczęliśmy jego wypompowanie. „Czy powinniśmy trzymać olej w butelkach, aby się go później pozbyć na stacji benzynowej?” „Nie, wlewamy z powrotem do silnika” – odparł Jacek. Po przeczytaniu podręczników, jak olej i paliwo muszą być czyste i wielokrotnie filtrowane, ta praktyka była dla mnie całkowicie nowa.
Nie udało się uruchomić silnika. Wreszcie nadeszła chwila do nauki żeglarstwa. Lekka bryza pod przybrzeżny prąd i próba przejścia pod mostem były taką lekcją. Zgodnie z przeczuciami Jacka wiatr zgasł w momencie, gdy cały ruch czekał, aż przejedziemy. Próbowaliśmy poruszać łodką chwytając za drewniane stosy przy filarach mostu, ale przeciwny prąd był zbyt silny. Musieliśmy się poddać.
Zakotwiczyliśmy przed mostem czekając na korzystny prąd, ale kotwica zaczęła ciągnąć i wkrótce skończyliśmy na drugim brzegu kanału. Byłem szczęśliwy, że mogłem nauczyć się profesjonalnego sposobu na zejście z mielizny bez użycia silnika. Czekaliśmy na przypływ, więc zaproponowałem gotowanie obiadu. – „Gotować? Dlaczego mamy gotować, kiedy mamy świeże jedzenie?” Wieczór się zbliżał i nie jedliśmy nic od śniadania. Podjąłem inicjatywę zrobienia sałatki na obiadokolację. Zrobiłem skromne dwie porcje. Jacek spojrzał i powiedział: – „Ile tego narobiłeś! Będziemy to jeść cały tydzień. Włożyłeś całą paprykę? I jeszcze cały pomidor? Dwa pomidory?” Jacek wziął garść sałatki i zasugerował, że już się poczęstował, a resztę zostawimy na kolejne dni. Zapytałem, czy nie miałby nic przeciwko, gdybym skończył sałatkę, ponieważ byłem naprawdę głodny. Tym razem odpowiedział pozytywnie. – „Jasne, jeśli naprawdę chce ci się to wszystko zjeść, to bardzo proszę, przynajmniej nie będziemy mieli resztek”.
Następne trzy tygodnie spędziłem obserwując Jacka naprawiającego silnik pod kierownictwem jego kolegi Jurka. Po raz pierwszy od 25 lat musiał całkowicie rozebrać silnik i wymienić tuleje cylindrów. Miałem okazję uczyć się na cudzym nieszczęściu, choć nie wolno mi było dotknąć silnika. Zamiast pomagać Jackowi z silnikiem, spędziłem dużo czasu szukając sposobu włamania się do pobliskiej sieci wi-fi, aby Jacek mógł mieć połączenie internetowe na swoim jachcie. Nie miałem doświadczenia z „hackowaniem”, ale podjąłem to wyzwanie, bo chciałem Jackowi zrobić jakąś przysługę. W końcu zrezygnowałem, bo zdałem sobie sprawę, że nie jestem lepszym hackerem niż mechanikiem. Udało mi się za bitcoiny kupić dane logowania do sieci od anonimowego hackera i Jacek został podłączony do internetu.

Pod koniec stycznia pojechałem na swój jacht do Nowego Jorku. Po trzech tygodniach na jachcie Jacka, słuchając dużo morskich opowieści, czułem, że załapałem bakcyla do pływania. Ponieważ nikt nie chciał dołączyć do mnie w tak mroźną pogodę, musiałem się nauczyć samotnego żeglowania.

Jacka spotkałem jeszcze kilka razy. Kiedy się dowiedziałem, że dokuje swój jacht przy wybrzeżu Virginii, podążyłem za nim swoją łódką. Żeby być blisko mojego guru, musiałem cały tydzień około 10 godzin dojeżdżać do Nowego Jorku żeby uczyć studentów i spać na podłodze w swoim biurze na uczelni. Kiedy Jackowi zepsuł się maszt, żałowałem, że mnie tam nie było, aby podpatrzeć go podczas naprawy.

W lipcu 2018 roku nadarzyła się okazja do przepłynięcia z Jackiem Atlantyku. Podczas rejsu ledwo mi pozwolił zmienić żagle i brać udział w nocnych wachtach. Samoster i generator wiatrowy robiły za mnie większość roboty. Złapała nas burza. Zerwało nam żagle, roztrzaskał się wiatrak. Jacek musiał wiele czasu poświęcić naprawie latarni z taniego sklepu „dolarowca”. Naprawiliśmy wszystko, zanim dopłynęliśmy na Azory. Cieszyłem się, że można było się czegoś nauczyć!

DK: Jaką trasę rejsu planujecie?
PK: Popłyniemy na Azory, potem wzdłuż wybrzeża Europy, do Szczecina. Tylko nie jestem pewien, czy wystarczy na to czasu. Może jednak na ten sezon zostaniemy w Niemczech. Wypłynęliśmy za późno i we wrześniu zaczynają się zajęcia na praskiej uczelni.
Po wypłynięciu śledziliśmy łódź Jacka przez trzy dni, używając VHF, potem straciliśmy połączenie.

DK: Kto jest twoją „prawą ręką”?
PK: Dwie osoby najbardziej mi pomogły w przygotowaniu tej podróży: Esther i Travis. Moje szczególne podziękowania należą się Janowi Aniołowi, który uczestniczył w próbnym rejsie do Virginii i pomagał nam bezinteresownie, gdyż nie miał zamiaru popłynąć przez Atlantyk. Jan kupił bilet lotniczy do Nowego Jorku, żeby mnie odwiedzić i poznać to miasto z innej perspektywy. Był jednak elastyczny i zamiast zwiedzania popłynął z nami w rejs do Virginii i cały swój urlop spędził przy naprawie i przeróbce żagli.

Rejs pewnie by się nie odbył bez umiejętności mechanika Travisa. Omawialiśmy codziennie różne szczegóły techniczne. Dostałem od niego wiele potrzebnych części za darmo. Travis nauczył mnie dobrej praktyki żeglarskiej. Wie, jak pracować na jachcie i zna standardy pływania, natomiast ja jestem większym śmiałkiem, energicznie rzucam się w improwizacje. Myślę, że się wzajemnie inspirujemy. Jan Anioł naszą współpracę porównał do bohaterów czeskiej wieczorynki „Sąsiedzi”.

Wreszcie osoba, która mnie wspierała podczas rejsu – Esther, faktycznie spadła mi z nieba. Nie tylko harowała więcej niż wszyscy, ale też z uśmiechem na twarzy rozwiązywała konflikty społeczne. Chociaż nie miała żeglarskiego doświadczenia, ani znajomości prac konserwatorskich, zawsze zaskakiwała mnie szybkością, z jaką uczyła się nowych rzeczy. Pewnego razu podczas składania dławicy byłem wkurzony, bliski przeklinania. Wtedy zaoferowała mi swoją pomoc. Tylko przez grzeczność pozwoliłem jej to zrobić, bo sam byłem wykończony i skaleczony, więc dałem jej szansę.
Pracowała w szybszym tempie ode mnie i cały czas się uśmiechała i na jej rękach nie było śladu po zadrapaniach. Sprawdziła się lepiej ode mnie i kolegi Anioła. Kiedy skończyła, zapytałem ją, jak może być w dobrym humorze po tylu godzinach nieprzerwanej, nużącej i monotonnej pracy. Odpowiedziała: – „Miałam w słuchawkach program radiowy o mitologii starożytnej Grecji i w tym czasie udało mi się to zrobić”.

DK: Na koniec chciałabym zadać ci osobiste pytanie. Jaki miałeś, jako dziecko, stosunek do morza i do wody?
PK: Kiedy miałem trzy lata, byliśmy z całą rodziną w ówczesnej Jugosławii na wczasach nad morzem, na terenie dzisiejszej Chorwacji. Morze mi się wtedy bardzo spodobało.
Moja siostra wcześniej brała udział w zawodach pływackich. Uwielbiała chodzić na basen. Ja basenu nie cierpiałem. Zimny niebieski kolor działał na mnie ponuro, chlor śmierdział. Moje cierpienie skłoniło rodziców do tego, że przestali mnie zmuszać do uczęszczania na te zajęcia.

Następne wspomnienie to właśnie te fantastyczne wakacje w Jugosławii. Przyjechałem zachwycony. Oglądałem wtedy bajkę Dysney’a, jak kaczory kopiąc głęboko w piasku dotarli aż na plażę nad morzem. W przedszkolu mieliśmy piaskownicę i ja tam godzinami grzebałem głębiej i głębiej. Nauczycielka potem zapytała się mojej mamy co się ze mną dzieje, dlaczego ciągle kopię dziury? A ja wtedy myślałem, że się podkopię aż do morza i ucieknę z tego głupiego przedszkola… To chyba wszystko na ten temat.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wiadomość z 5 września 2019 z profilu facebookowego Pawła:
„Wczoraj wieczorem bezpiecznie dotarliśmy do Bremy i zadokowaliśmy łódź. O ile przejście przez Atlantyk nie było trudne, o tyle podróż z La Coruny do Bremy była pełna przygód. Dzięki szczęściu, które nas nie opuszczało, udało nam się przetrwać bez poważnego uszkodzenia jachtu. Wkrótce udostępnię zdjęcia i filmy.
Wielkie podziękowania dla wszystkich ludzi, którzy sprawili, że ta podróż się odbyła!, wszystkim tym, którzy udzielali mi porad i wsparcia w przygotowaniach do rejsu.
Moja przygoda zaczęła się od Toma Millera, który sprzedał mi pierwszą łódkę Amarena i zainteresował mnie „Duchem Wody”. Pierwszą osobą, którą spotkałem na City Island, gdzie stała moja łódka, był Mike Bird. To on mnie wciągnął w to środowisko, w świat jachtów i żeglarzy.
Specjalne podziękowania należą się mojemu Wydziałowi Ekonomii NYU, którego profesorowie (zwłaszcza mój doradca i żeglarz Ennio Stachetti) tolerowali mój koczowniczy tryb życia przez całe osiem lat studiów doktoranckich i jeszcze wspierali mnie w poszukiwaniu pracy.
Nigdy bym nie kupił mojej obecnej łodzi White Bird, gdyby cztery lata temu Adva Yemini nie nalegała, abyśmy kontynuowali jazdę na rowerze po Brooklynie w poszukiwaniu marin nadających się na dokowanie dwóch łodzi, które wtedy posiadałem. Mocno wiało i padał deszcz, byliśmy już przemarznięci z biwakowania na ulicy, Adva jednak nalegała, żebyśmy jeszcze sprawdzili przystań Gateway (dziś Moonbeam Marina), gdzie zobaczyłem duży napis: „Łodzie na sprzedaż”. Zauroczył mnie jacht typ: Cheoy Lee Offshore (rzekomo jedyny z okrągłym stołem w mesie). Kupiłem tę łódkę. Adva uwielbiała ją dekorować. Wykorzystywała swój talent do wyczucia detalu i elegancji, aby jeszcze spotęgować jej piękno.
Podekscytowanie ze zdobycia jachtu nie trwało długo. Przez półtora roku stawiałem czoła wyzwaniom, remontom i finansowania jachtu przez wynajem w Airbnb. Wyobraźcie sobie, że macie trzy jachty do wynajęcia w różnych odległych od siebie częściach Nowego Jorku i nie macie samochodu, tylko stary rower i podręczny wózek. Pomimo, że dostawałem pozytywne oceny od gości, który spali na jachtach, ledwo byłem w stanie pokryć wydatki. Podczas tego zmagania się odkryłem, że mogę zarobić podwójną ilość pieniędzy w Akademii Biznesu, po przeciwnej stronie NYU, udzielając lekcji matematyki. W ten sposób znalazłem czas i energię na początki żeglowania na „Białej Ptaszynie”.

Szczęśliwy traf losu przyprowadził mnie do Polskiego Klubu Żeglarskiego, który znajduje się w marinie, gdzie kupiłem White Bird. Dzięki członkom tego klubu udało się uruchomić silnik Volvo, 40-latka, który został mi sprzedany jako niesprawny. Nie mogę zapomnieć o wielkim wsparciu Marka Kurka (aktualnie vice-komandora klubu), mojego sąsiada w marinie, który naprawdę się o mnie troszczył. Dziękuję również wiele razy wspominanemu Jackowi Rajchowi, który mnie zainspirował do tego, żebym się stał żeglarzem, a nie tylko niemądrym właścicielem łodzi. Podczas wspólnego rejsu z tym legendarnym kapitanem poznałem Doubravkę Krautschneider, córkę dwóch wielkich czesko-polskich żeglarzy, która wraz z swoją mamą Małgorzatą nie tylko zapewniły mi wsparcie, ale także dały poczucie opiekuńczej rodziny w Nowym Jorku. (…)
Na koniec wielkie podziękowania również dla Karola Cześnikowskiego (PL) i Ondry Ruckiego (CZ), którzy byli moją załogą przez większą część europejskiego rejsu i świetnie się bawili, pomimo intensywnych zajęć oraz trudnych warunków do odpoczynku. Gdyby nie zdecydowali się spontanicznie dołączyć do nas w ostatnim etapie podróży, musiałbym jacht zostawić w Hiszpanii.
I WRESZCIE: WIELKIE DZIĘKI NEPTUNOWI ZA CZUWANIE NAD BEZPIECZEŃSTWEM ŁODZI I ZAŁOGI PRZEZ CAŁY CZAS REJSU!

image1(9)

DSC01291  DSC01294  DSC03610  DSC03622  image1(1)  image1(4)

image1(7)

image1(6)

Wywiad oraz tłumaczenie z języka angielskiego: Doubravka Krautschneider, 2019r.
Zdjęcia: Paweł Kocourek, Małgorzata Krautschneider.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Artykuły o ludziach mieszkających na wodzie w Nowym Jorku (między innymi – Pavel Kocourek)
https://nypost.com/2016/08/31/the-crazy-but-true-tales-of-new-yorkers-who-live-on-boats/
https://www.nytimes.com/2019/04/26/realestate/house-boat-living.html
Artykuły w czeskich mediach:
https://wave.rozhlas.cz/zit-jako-kdybych-byl-porad-na-cestach-pavel-kocourek-vyzkousel-studium-v-ny-7588172
Film nakręcony przez brazylijską telewizję:
https://www.facebook.com/pakopublic/videos/10161886585245427/

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pavel Kocourekabsolwent Uniwersytetu Zachodnioczeskiego w Pilźnie (University of Western Bohemia; matematyka, finanse; 2008r.), uniwersytetu na Tajwanie (National Sun Yat-sen University), uniwersytetu w Barcelonie, doktorat z ekonomii na New York University; wcześniej laureat międzynarodowych olimpiad matematycznych (2005: Silver Medal, 46th International Mathematical Olympiad, 2003: Bronze Medal, 44th International Mathematical Olympiad). Rejs oceaniczny, załogowy z USA do Europy zakupionym w Stanach jachtem.

Doubravka Krautschneider – jest teatrologiem z wykształcenia i zamiłowania. Obecnie przebywa w USA gdzie zajmuje się animacją kultury, prowadzi warsztaty teatralne, pisze recenzje do portalu www.scena.cz i do polskich mediów. Śpiewa w polonijnym chórze. Córka Małgorzaty i Rudy Krautschneiderów.

Mariola Landowska: Korespondencja z Lisbony.

unnamed 2 Rzeka Tag w niedzielne popołudnie z pomnikiem „Cristo Rei” (Chrystusa Króla) którego autorem jest architekt Paul Landowski. Fot. M. Landowska

unnamed 3 Po drugiej stronie Tagu w Trafaria. Fot. M. Landowska

unnamed Pomnik Żeglarzy w Lisbonie. Fot. M. Landowska

Małgorzata Krautschneider: Korespondencja z Nowego Jorku.

Małgorzata Krautschneider28 sierpnia 2019, środa, 17:46

Wreszcie wydarzenie żeglarskie!
Greta Thunberg dopłynęła do NY na jachcie Malizia II.
Czekamy na nią w marinie North Cove nad rzeka Hudson.
Atmosfera oczekiwania jak za czasów powitania naszych żeglarzy na Wałach Chrobrego w Szczecinie.
Ta 16-letnia dziewczyna z  syndromem Aspergera (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zesp%C3%B3%C5%82_Aspergera – przyp. red) wlazła wszystkim za skórę. Ma wielbicieli i wrogów, ale ona to bierze serio, tak jak tylko Aspergerzy potrafią.
Stała się w tej chwili celebrytką  z którą utożsamia się nie tylko młodzież, ale i wielu dorosłych. Jest nominowana do Nagrody Nobla.
Siedzę na ławce w marinie i pomału szpaler telewizyjnych kamer zaczyna zasłaniać widok na Hudson i na Statuę Liberty. W lewo góruje nad mariną nowa wieża WTC (World Trade Center – przyp. red.).
Żeglarze z miejscowego klubu szykują żagle. Na pewno wypłyną ją powitać na wodzie.
Szykuje się wielka pompa! Dziś wielki meeting z Gretą na Battery Park i cały miesiąc przed konferencją klimatyczną w NY 23. września (Climate Acction Summit, ONZ – przyp. red.); będzie dużo się działo.
Zapowiedziany jest strajk szkolny: 20-23.09, przed konferencją. Greta jest twarzą tego strajku. Wzięła wolne ze szkoły na rok żeby ratować planetę!
Chciałabym więcej o niej napisać.
Na razie
P.S. dla krytyków: rewolucje w 1989 w Czechach, tzw. aksamitną, zrobili studenci bo nikt nie wierzył, że można.
Gosia

IMG_7826

DSC04242

DSC04268

DSC04287

31.08.2019, 00:46

Przypłynęła około 3:30 po południu. Później niż było zaplanowane. Dłużej trwała kontrola celna i immigration. Wcześniej już stanęli za cyplem Coney Island w zatoce Nowojorskiej na noc. Wpłynęli do przystani Nord Cove Marina na Manhattanie na placu Brookfield nad rzeką Hudson na wysokości budynku „1 World Trade Center”; na żaglach, aż do wejścia do mariny. Halsowali. Do basenu wpłynęli na holu bocznym z pontonu i inercji własnej. Silnik byłby krytykowany, zapewne.                                                                                                                                                            Zaraz po zacumowaniu Greta z załogą udała się na konferencję prasową zorganizowaną w parku na nabrzeżu: Kapitan Boris (Boris Hermann – przyp. red), Svante – tata Grety, który płynął z nią przez cały rejs.

Jacht jest bardzo nowoczesny, zbudowany na regaty dookoła świata (wg klasy IMOCA 60 – przyp. red.). Głównym sponsorem jest Księstwo Monako. Wnuk księżnej Grace Kelly był drugim kapitanem – Pierre Casiraghi.

Gosia

IMG_7823

IMG_7827

DSC04203

DSC04200

31.08.2019, 03:49

W każdym razie, w poniedziałek byli jeszcze pod Nową Szkocją i mieli 740 mil do NY, a na drugi dzień już byli w pobliżu NY, na końcu Long Island czyli przepłynęli 540 mil przez 24 godziny! Widziałam na „liczniku”: 27-25 węzłów. Mieli dobry, ale silny wiatr.                                                       Na jacht weszła natychmiast druga ekipa, która będzie wracać do Europy. Załoga składała się z pięciu osób. Wyposażenie jachtu było skromne, przystosowane do regat. Jedzenie liofilizowane i konserwy. Silnik był zapieczętowany, aczkolwiek gotowy do użycia w razie potrzeby.

Team Malizia zajmuje się edukacją ekologiczną i badaniami klimatu. Rejs odbyli w ramach poparcia dla idei Grety.

Greta nie chorowała na morzu!

01.09.2019, 03:21

… jeszcze dodam tylko że jacht Malizia II będzie startował z tym samym kapitanem który przywiózł Gretę – Borisem Herrmannem w 2020 roku w regatach Vendee Globe, a ten rejs z Gretą pomógł mu zaliczyć odpowiedni, wymagany do regat staż żeglarski.                                                    Gosia

02.09.2019, 03:49

Frequently Asked Questions on the transat with Greta Thunberg – News | Boris Herrmann Racing –

https://www.borisherrmannracing.com/news/frequently-asked-questions-on-the-transat-with-greta-thunberg/

Małgorzata Krautschneider                                                                                                                            ___________________________________________________________________________________________________ Małgorzata Krautschneiderw połowie lat siedemdziesiątych XX w.  ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego  w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA i tam napisała i wydała książkę „The Vela” – opis i wrażenia z rejsu zaledwie 23 stopowym jachtem sklejkowym z Polski na Islandię i z powrotem, a także organizowała regaty Liberty Single Handel Race. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Więcej o jachcie Malizia II (klasa IMOCA 60) na stronie https://www.borisherrmannracing.com/

Głównym sponsorem jachtu Malizia II jest Yacht Club de Monaco.

Inne głosy o całej sprawie, np. https://tvnmeteo.tvn24.pl/informacje-pogoda/swiat,27/bild-podroz-grety-thunberg-obciaza-klimat,297383,1,0.html
(red.)

Tomek Głowacki: Korespondencja z Auckland

Amfibie SEALEGS

https://www.slg-technology.com

Tomasz M. GłowackiW Auckland (New Zealand) w dniach 16–19 maja br. odbyła się wystawa łodzi motorowych (pod dachem). Oprócz łodzi motorowych był również rekreacyjny sprzęt wodny, modele dla modelarzy, sprzęt wędkarski i mnóstwo elektroniki. Moją uwagę zwróciły nowe modele łodzi na kółkach. Firma „Sealegs”, która zapoczątkowała te rozwiązanie i tę technologię, istnieje już ponad 15 lat i nie byłoby w tym nic nowego, gdyby nie to, że oprócz dotychczasowych pontonów zaczęli produkować całkiem spore łodzie aluminiowe, a przede wszystkim to, że zaczęli udostępniać tę technologię innym producentom łodzi.

clip_image002

Ponton firmy „Sealegs”.

Amfibie “Sealegs” zostały wymyślone jako rozwiązanie problemów związanych z wodowaniem i wyciąganiem łodzi. Używając opatentowanej technologii, łodź „Sealegs” może jeździć po lądzie i jednym naciśnięciem przycisku przekształca się w szybką łódź motorową na wodzie. A więc, nigdy więcej czekania w kolejkach na rampach, slipach; nie ma potrzeby używania przyczepy, nie ma też już czekania na odpowiedni pływ. Amfibie „Sealegs” poruszają się po lądzie bez uszczerbku dla osiągów na wodzie (może za wyjątkiem większej wagi – uwaga autora). Zastosowanie jest olbrzymie: transport, rekreacja, obrona terytorialna – by wymienić kilka. Cechy konstrukcyjne jakie posiada „Sealegs” mogą być zastosowane do ogromnej liczby konstrukcji łodzi, które już istnieją dla różnych celów i wymagań. Firma „Sealegs” opracowała system: Amphibious Enablement System (AES), aby inni konstruktorzy mogli przekształcić swoje łodzie w amfibie. Przykładem tutaj może być firma „McLay”.

clip_image003

       Łódź aluminiowa firmy McLay. https://www.mclayboats.co.nz/

Firma „Sealegs” opracowala Amphibious Enablement System (AES), aby inni konstruktorzy łodzi mogli przekształcić swoje łodzie w amfibie. Ich łodzie znajdują się w ponad pięćdziesięciu pięciu krajach, wybudowali ich ponad tysiąc. Polskie firmy mogą dołączyć do tej rewolucji tworząc nowy produkt, przenosząc w ten sposób swój biznes na kolejny poziom i kolejne rynki zbytu. „Sealegs” produkuje amfibie pomagając ludziom zrozumieć korzyści płynące z takich pojazdów-łodzi na całym świecie.

IMG_6551  IMG_6552 IMG_6553

                                                                                           Tomek Głowacki (Auckland, NZ)

_____________________________________________________________________________________________________  Tomek M. Głowackiurodzony i wychowany w Polsce. Jachtowy kpt.ż.w, inż. mechanik, konstruktor jachtów, certyfikowany project manager, specjalista w zakresie jakości i ciągłego usprawniania produkcji (Lean Six Sigma Black Belt), wykładowca budowy jachtów na uniwersytecie w Auckland. Pracował przy znaczących projektach w takich krajach jak Polska (m.in. jacht „Spaniel”), Nowa Zelandia, Australia, United Arab Emirates i American Samoa. Prowadzi firmę konsultingową – projektowanie statków oraz usprawnianie stoczniowych procesów produkcyjnych. Mieszka w Nowej Zelandii.

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Mariola Landowska 2003Farol do Esteiro czyli latarnię do Esteiro wybudowano i uruchomiono w 1914 roku. Położona w lesie na małym wzgórzu w Cruz Quebrada, dzielnicy należącej do dystryktu Lizbony w kierunku na Oeiras, wskazuje drogę żeglującym po akwenie ujścia Tagu do Oceanu Atlantyckiego.

 

 

20190310_164838

Spacerując ścieżkami prowadzącymi pod latarnię, już z daleka, co rus20190310_164553z pojawiają się na widoku charakterystyczne białe mury czworokątnej wieży z czerwoną szczytową kolumną z ukrytymi wewnątrz niej światłami, soczewkami i innymi elementami, mechanizmami ważnymi dla działania latarni. Widać, że ktoś o to dba: o latarnię i jej podstawową funkcję, ale także o całe otoczenie; nawet są firanki w oknach na parterze wieży, obok stoi jakiś rower, jest taczka ogrodowa. Cały teren, z dominującym obiektem nawigacyjnym, robi bardzo sympatyczne wrażenie i choć nie można wejść do środka – bo jest obudowany siatką – to można podejrzeć to co widać z zewnątrz, wokół.

 

Latarnia służy, w20190310_164916raz z innymi rozlokowanymi na tym wybrzeżu, latarniami jednostkom morskim, które wpływają do Lizbony. Nie łatwo ją zobaczyć z lądu, bo jest schowana w gęstej zieleni parkowej drzew, krzewów. Tylko trochę czerwonej kopuły wychyla się zza wysokich świerków. Właśnie to miejsce ma dość dużo roślinności podobnej do naszej, polskiej. Wiele dróżek do zdobycia. Są szlaki oznaczone wiec nie ma jak zgubić się. Trzeba tylko dojechać  do stadionu Jamor (Estádio Nacional, Estádio do Jamor), a wszędzie będzie blisko i ciekawie.

 

Com os melhores cumprimentos      Mariola Landowska

_____________________________________________________________________________________________________   Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.            (zs)

Mariola Landowska: Paryska wystawa

50714506_1161572024009563_2993443371810291712_n

Mariola Landowska:

1. Tell me, 68x48cm, acrilico  Tell me; acrillico,68x48cm, 2019

                                                  I’m wait; arcillico,68x48cm, 2017   2. Im wait, 68x48cm,acrilico_tela

3. IMG_1539 copy  Perfumy ziemi, akryl na płótnie, 2018

                                           Tristes Tropicos, mista,70x60cm, 2018    4. Tristes Tropicos, 70x60cm, mista

 

49898476_1147240835442682_793466461719887872_n

Com os melhores cumprimentos                           Mariola Landowska

Mariola Landowska: Farol znaczy latarnia.

Mariola Landowska 2003Szesnastowieczny Forte de Santo António da Barra w portugalskim Cascais nad brzegiem oceanu na zdjęciach Marioli Landowskiej.

Fort jest pięknie położony. Kolor ochry fortu kontrastuje z turkusem wody, ze skałami w dole pośród których wyrastają duże, ciemnozielone agawy. Ponieważ inżynier – projektant fortu był Włochem, mam wrażenie, że zakamarki fortu, prawie romantyczne, zostały celowo tak zaprojektowane, by prócz funkcji obronnych czuć było pewną atmosferę miejsca; choćby pomieszczenia z balkonami wychodzącymi na Ocean.

Jest w forcie wiele pięknych starych kafli (azulejos), ułożonych, pozostałych? w różnych, czasami odległych od siebie miejscach; zapewne są to pozostałości posadzek, ścian ocalałe z trzęsienia ziemi i bitew. Atmosfera pustki panuje wokół .. bo nie ma mebli, jest tylko jedna szafa typu biblioteka, ale pusta.

2. Forte de Santo António da Barra    3. Forte de Santo António da Barra

IMG_1125    IMG_1134

A po drugiej stronie Atlantyku, w brazylijskim stanie Bahia w mieście Salvador strzegąc wejścia na Bahia de Todos os Santos Portugalczycy zbudowali w XVI wieku Forte de Santo Antônio da Barra. W połowie XIX w. na jego szczycie dobudowano latarnię morską (Farol da Barra). (…)ten farol czyli latarnia da Barra albo inaczej – św. Antoniego, w Salvadorze – to druga, najstarsza latarnia morska po latarni w Recife, która to latarnia była starym pałacem Fryburga, czyli Farol da Barra, w Salvador. Sam Forte de Santo Antonio da Barra to jedna z najstarszych (XVI w.) budowli europejskich na kontynencie południowoamerykańskim.

Farol da Barra i fort to jedno z emblematycznych miejsc w Salvadorze dzięki swojemu położeniu – prawie w centrum miasta, na atlantyckim brzegu. Wzgórze posiane  zieloną trawą wypełnia się popołudniem tłumami ludzi podziwiających zachód słońca. Wspaniałe miejsce na spotkania dla zakochanych i poszukujących refleksji po całym dniu. W dobrym tonie jest bywać tam. Powietrze rozgrzane po całym dniu ochładza około godziny siedemnastej bryza morska.

Dopełniając dzień patrzymy na słońce, słuchając  rytmów bębnów na których grają i młodzi i starsi, ale zawsze następne pokolenia niewolników przywiezionych z Afryki w czasach kolonialnych.

Dzisiaj Salvador to miasto najbardziej afrykańskie. Mają swoje bóstwa – Orixá, mają swoją muzykę, tańce condomblé. To już kultura, a nie tylko religia.

Ogólnie bardzo dobrze wspominam trzy i pół miesięczny pobyt w Salvadorze, gdzie powstały moje obrazy do cyklu ORIXAS. Wysyłam fotki. Malowałam także życie rybaków na brzegu plaży Boca do Rio, gdzie mieszkałam.

Bahia3,33x33 Bahia5-33x33 Bahia 2, 33x33 Bahia 7,33x33Bahia 33x33

Com os melhores cumprimentos.                        

Mariola Landowska, Lizbona, listopad 2018

________________________________________________________________________________________________________

Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.                                                                                                                                    (zs)

 

Mariola Landowska: Żeglarskie azulejos nad Tagiem.

Przesyłam malarstwo portugalskie, ale na… kafelkach ceramicznych, tzw. azulejos czyli dekoracyjne płytki ceramiczne, których technikę wykonania wprowadzili na Półwysep Iberyjski Maurowie. Cały ten „panel” jest wbudowany w osiemnastowieczną fontannę miejską Paço de Arcos, między rzeką Tag i Oceanem Atlantyckim. Na dość dużej powierzchni przedstawiono ważne momenty z dziejów żeglugi portugalskiej, budowę karawel, postać Henryka Żeglarza.

                                                                        Com os melhores cumprimentos         Mariola

12346789IMG_0770

 

Mariola Landowska: Korespondencja z Brazylii

Oto żeglarze z Fortaleza, miejsca, które posiada dwie mariny. Jedna z tych, którą odwiedziłam, to Iate Clube.  Poznałam  dwóch wspaniałych  mistrzów żeglarskich o światowej sławie: Robert Gil i Daniel Notthingam.

Zasiadłam do stołu z przyjaciółmi z Fortalezy. Opowiadając im o mojej marinie w Szczecinie, wspomniałam o naszym  jachcie Stary, jak dla mnie legendarnym jachcie. Tutaj  królowały tylko plastikowe łodzie, a najbardziej plażowe katamarany Hobie Cat.

Obserwowałam wyciągających łodzie z turkusowej wody, w ciepłym wietrze. Pomimo to mieli pianki. Jako, że byłam z bywalcami klubu, przyszli do nas do stolika. Uśmiechnięci sportowcy. Właśnie skończyli trening.

Mówiłam im o Zeszytach, w których żeglarze opisują swoje podróże, osiągnięcia etc. Był to ostatni  dzień mojego pobytu w Fortaleza. Zapraszali na pływanie na Hobie Cat 16. Ominęła mnie okazja  … ulecenia na fali.

Okazja bycia wśród ludzi wody, niezależnie od szerokości geograficznej ma w sobie coś wspólnego. No właśnie, radość z żagla niosącego nas daleko do horyzontu. A tam znów nowy horyzont. ….Dobrze jest znać to uczucie.

Com os melhores cumprimentos

Mariola, 22 XI 2017, Fortaleza

1        2  3  4

_____________________________________________________________________________________________________

Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.            (zs)

Mariola Landowska: Wśród Indian Kayapó.

Mariola Landowska, polska malarka zamieszkała w Portugalii, odważnie wychodzi na spotkanie drugiego człowieka; obcego, o innej kulturze, innym wychowaniu, o innych uznawanych wartościach. Nie ma oporów przed wyciągnięciem ręki, przed nawiązaniem rozmowy, uśmiechem do innych. Okazuje zainteresowanie drugim człowiekiem, jego życiem, zabawą. Bierze na ręce małe dzieci, choćby były nieziemsko umorusane, czasami zaniedbane. Czerpie radość i natchnienie do swojej malarskiej twórczości z takich spotkań. W listopadzie ubiegłego roku, po długich staraniach o pozwolenie kontaktu z Indianami Kayapó, dotarła na ich tereny położone nad Rio Pau d’Arco, w dorzeczu rzeki Xingu, prawym dopływie Amazonki.                                                                                                                                                                                   (zs)

_____________________________________________________________________________________________________

Mariola Landowska 2003Wyjazd do Brazylii: spotkało mnie tam wiele nowych zdarzeń. Odczułam emocje, wzruszenia jak chyba nigdy przedtem; każdego dnia nowe. Najlepiej było zapomnieć o sobie i żyć jak Indianie Kayapó. Oni siebie nazywają „Mebêngôkre”, co w tłumaczeniu znaczy „people of the wellspring” czyli „ludzie o oczach koloru wody” albo „ludzie źródła”.

Przyleciałam samolotem do Belem, potem poleciałam do Marabá (ok. 450km na S od Belem – przyp.red.), a stamtąd czekała mnie długa droga z nowymi trzema osobami i Lane, która była moim przewodnikiem. Lane zabrała ze sobą trzech młodych 30-latków; dwóch Brazylijczyków i Portugalczyka. Poznaliśmy się w aucie, które wynajęliśmy; jechaliśmy sześć godzin do umówionego miejsca, gdzie czekał Indianin z plemienia Kayapó, mający dla nas pozwolenia na wejście do wioski. Uzyskanie pozwolenia było ważnym, niełatwym działaniem, trwającym około roku.

          Map of the Amazon Basin with the Xingu River highlighted      https://en.wikipedia.org/wiki/Xingu_River

12

Gdy znaleźliśmy się w wiosce, zamieszkaliśmy razem na pięciu metrach kwadratowych:  cztery hamaki plus mata na podłodze. Spaliśmy w jednym pomieszczeniu, przy  słabym ogarku świeczki. Wszyscy byliśmy w minutę zintegrowani. Okazało się to cudownym początkiem przyjaźni z nimi. Byli wrażliwi i chętni poznania nowego – nawet Brazylijczycy, bo dla nich też jest trudno wjechać na teren Indian Kayapó.

Kobiety, mężczyźni, dzieci przyszli do naszej chaty przyglądać się jak rozkładamy biwak. Mieliśmy małą kuchenkę z butlą gazową i nasze jedzenie, na tydzień. Nie mogliśmy im zabierać jedzenia, bo oni sami nie mają jego za dużo. Byliśmy o tym wcześniej poinformowani.

Starałam się jeść nasze produkty, takie jak: ryż, makaron, jajka, owoce. Codziennie rano dzieliłam się jajkiem sadzonym, albo chlebem, albo papają z jakąś rodziną. Wcześnie, bo około siódmej rano już krążyli koło nas aby coś zjeść, a potem zabierali nas na swoje codzienne czynności.

11Wioska, patrząc na nią, wydaje się jakby uśpiona, spokojna, ale tak nie jest. W chatach mieszkają rodziny, które bywa, że zakładane są w bardzo młodym wieku; czasami już 14. – 15-to letnie dzieci zostają rodzicami.

 

15   3 6

Indianie żywią si8ę tym co upolują w dżungli, co zbiorą dziko rosnące, a co nierzadko ma właściwości lecznicze. Największym dobrodziejstwem dla życia w wiosce są, wg mnie, drzewa mangowe, które wydają ogromne ilości owoców mango. Można jeść je do woli, do przejedzenia.

 

Inną osobliwością jest to, że nie mówią w moim języku, a ja w ich. Akceptujemy się i chcemy sobie wzajemnie pokazać nasze dobre strony. Używają wobec mnie miłych słów, uczą mnie, a ja powtarzam te dźwięki – słowa i gdy jestem w nowej grupce i mówię “meikme” to zaraz wita mnie uśmiech od ucha do ucha. Czyli warto uczyć się języków. Nawet tych trudnych i raczej na krótko przydatnych. Zapisuję sobie słowa. Będę je mogła użyć na obrazach – słowa  z energią. Kobiety dużo mówią, przygarnęły mnie szybko, od razu zaplanowały sobie namalować mnie i nadały mi imię „Patù”.

Czasami było polowanie na pancernika, zbieranie roślin leczniczych z nacinaniem drzew, z których wyciekał biały płyn (nie latex), takie jakby mleko różane; dobre na choroby wrzodowe żołądka.

5Najważniejszym jednak było, na następny dzień pod przybyciu, malowanie ciała. Indianki wzięły mnie za rękę i wyciągnęły z chaty.  Szłam, bo nie mogłam tłumaczyć, że nie teraz, że może później. Stanęłyśmy pod wielkim drzewem pequi. Nawoływały się wysokimi tonami jak ptaki leśne. Śmiały się i były radosne. Ja byłam zdenerwowana w tej nowej sytuacji. Kazały mi zdjąć górę od bikini; no dobrze, ostatecznie one też były gołe, wiec… co mi tam; zdjęłam.17

Kobiety miały mały garnuszek czarnej mazi; była to mieszanka oleju babaçu, owocu jenipapo i węgla roślinnego, który rośnie na drzewach. Zaczęło się malowanie; powolnym ruchem prowadziły kreski z liścia palmy niczym z jakiejś giętkiej listewki. Wzory pojawiały się – piękna kaligrafia. Pomyślałam sobie, że zawsze ja malowałam, a teraz sama jestem obrazem.

Rytuał trwał trzy godziny. Potem było malowanie czerwonym kolorem twarzy i nóg. Czerwone urucum ma cudny kolor i do tego chroni przed insektami. Miałam nowe imię i nowy ubiór. Byłam Indianką tylko na pozór, bo jasne włosy i niebieskie oczy  kłóciły się z resztą „pejzażu”. Było to dla mnie to w czym czułam się, że mogę z nimi przebywać godzinami i nie nudzić się.

1 4 IMG_20161113_124059

Następnego dnia były tańce.

162

 

 

 

 

Malowane ciało służyło do końca pobytu, dlatego ubrałam na siebie jakieś szare wdzianko, aby nie było tak “goło”. Zresztą najważniejsza golizna jest podczas tańców, potem ubierają się i mają sukienki specjalnie szyte dla ich plemienia. Można ich po tych sukienkach rozróżnić od innych plemion z okolicy.

IMG_20170222_084629a          IMG_20170222_085129_604a

Czasami wybierałam się z nimi nad rzekę. Wioska położona jest daleko od rzeki i aby wykąpać się, trzeba iść w upale na otwartym terenie ok. 40 minut. Jedyną radością i ulgą jest wskoczenie do wody w ubraniu po uciążliwej drodze w upale i w powietrzu o dużej wilgotności – wydaje się, że prawie sto procent.

Co rzeka ma ciekawego? Kolor jest rdzawy, dookoła palmy i drzewa mi nieznane. Pytałam jak nazywają się, ale nie zawsze mogłam i potrafiłam zapisać. Indianie mieli nawet pięć różnych słów na jeden przedmiot; już spotkałam się z tym w innych plemionach. Rzeka nazywa się Pau d’Arco i jest dopływem rzeki Araguaia, znanej ze swojej malowniczej krętości, a nawet plaż w niektórych miejscach. W rezerwacie rzeka jest wąska z bystrym nurtem. Porywa gałęzie i nas też mogła porwać. Indianki pływały, ale nie odpływały daleko, a ja trzymałam się ich. Czułam, że muszę mieć kamienie pod nogami, aby utrzymać się w razie czego. Na śIMG-20161123-WA0021rodku rzeki prąd był porywający. Niektórzy z Indian płynęli na drugą stronę i skakali z wiszących lian, ale to mężczyźni i czasami  silniejsze Indianki. Dzięki pomalowanemu ciału na czarno i czerwonym urucum, podobno nic mi nie zagrażało w wodzie. Wręcz odwrotnie byliśmy chronieni przed piraniami i wężami i innymi niebezpiecznymi stworzeniami; spokojnie kąpałam się. Chciałoby się tam być cały dzień, ale trzeba było wracać do wioski znów przez otwarte przestrzenie rejonu Cerrado. Z wykładu antropologa Rosangela Corea z Uniwersytetu w stolicy Brazylii dowiedziałam się, że obszar ten jest największym w Ameryce Południowej biome; zawiera w sobie ok 30%  i 5% różnorodności fauny i flory światowej. Mówią o tym obszarze, że to najbardziej bogata przyrodniczo na świecie savanna . Indianie są jedynymi strażnikami tej bioróżnorodności, a to dzięki temu, że zajmują się rolnictwem tylko i wyłącznie dla swojego użytku.

Wróciłam szczęśliwie do Portugalii; zostały wspomnienia, zdjęcia i inspiracje do malowania.

Com os melhores cumprimentos

                      Mariola Landowska

_____________________________________________________________________________________________________

Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych; z pasją oddaje się malowaniu i  podróżom; miała wystawy w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii; od kilku lat mieszka w Oeiras, koło Lizbony.    (zs)