Archiwa kategorii: Korespondencje

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Specjalnie dla Zeszytów Żeglarskich przesyłam pozdrowienia z Figueira da Foz, nadmorskiego (nadoceanicznego) miasta, w którym rzeka Mondego wpada do Atlantyku. Przy oceanie, ale bezpiecznie osłonięta, znajduje się marina albo raczej porcik dla kutrów rybackich i jachtów cumujących razem, nierzadko obok siebie. Takie małe spaghetti morskie.

Odwiedziłam tę miejscowość przy okazji promocji win z nalepkami przedstawiającymi obrazy artystów. Zostałam zaproszona z okazji 17-lecia lokalnego Związku Artystów, właśnie w Figueira da Foz.

Galeria mieści się w budynku obok portu. Pamiętając o , “strzeliłam” parę fotek portu, przystani telefonem z komórki. I jeszcze dołączam  kolekcje „moich win”, edycja „limitowana”. Niestety, nie można ich kupić w sklepie. Te wina były tylko z okazji miejscowego święta artystów i ich galerii.

Dziękuję Katarzynie Pileckiej (KAT PIWECKA PHOTOGRAPHY), fotografce z Poznania, która wykonała mnóstwo moich portretów w mojej pracowni w Paço de Arcos pod Lizboną. Jestem na okładce – załączniku do butelki.

Jednego dnia było piękne słońce, a drugiego dnia pochmurno. Jest naturalnie i normalnie, jak w wielu portach, wiec zdarza się mnóstwo alg pływających wśród jachtów i kutrów, a także…zardzewiałe barierki wejściowe. Przyjazd tu albo postój jachtem jest jednak wart klimatu miejsca i lokalnego kolorytu, choćby dla dobrej kuchni. Ryby, frutti di mare i wino, wino, wino.

Pozdrawiam tęskniąc do naszej klubowej mariny w Szczecinie, gdzie w tawernie można było zjeść pierogi (chyba wciąż tam je serwują?).

Uroki zakątków na świecie są różne.  Przypomina się aforyzm portugalskiego poety Fernando Pessoa: „Wszystko jest warte, gdy dusza jest wielka”. To moje, wolne tłumaczenie, bo w oryginale, po portugalsku to tak brzmi, a jak pięknie się rymuje, no i ta cudowna melodia języka: “Tudo vale a pena se a alma não é pequena”.

                                                                                                                                     Mariola Landowska

www.mariolalandowska-art.com

unnamed  unnamed (1)  unnamed (2)  unnamed (3)  unnamed (4)

Rudolf Krautschneider – z Czech – o Antonim Jerzym Piszu

Od: Wojciech Jacobson <…….@wp.pl>                                                                                                                                                                Komu: Ruda Krautschneider <……@seznam.cz>                                                                                                                                               Datum: 1. 6. 2020 19:25:25                                                                                                                                                                                   Předmět: Antoni Jerzy Pisz

Cześć Ruda,                                                                                                                                                                                                             Wczoraj przesłałem Ci wiadomość o śmierci Jurka Pisza. Nie mam nowych wiadomości, ale mam prośbę. Gdybyś chciał napisać coś o Jurku od siebie to zawsze znajdzie się miejsce w Zeszytach Żeglarskich dla Twojego tekstu. (…) Wiem, że lubiliście się z Jurkiem nawzajem. On napisał o Tobie artykuł „Szaleństwo Krautschneidera”,  którego nie mam. (…)                                                                                                                                                                                                                             Pozdrawiam, Wojtek
Temat: Antoni Jerzy Pisz                                                                                                                                                                                        Data: Tue, 02 Jun 2020 18:46:07 +0200 (CEST)                                                                                                                                                  Nadawca: Rudolf Krautschneider <……..@seznam.cz>                                                                                                                                    Adresat: Wojciech Jacobson <……@wp.pl

Cześć Wojtek,
ostatnie lata do mnie dochodzą same smutne wieści. Oczywiście, że jest mi bardzo przykro, że Jurka Pisza już na świecie nie ma. Dla mnie był bardzo bliskim człowiekiem. Jego towarzystwo w Sydney miało dla mnie ogromne znaczenie, bo mogłem Australię oglądać Jego oczami. Przez wiele lat miałem nadzieję, że przyleci do Polski i do Czech. Cieszyłem się, że mu Jego sydneyską opiekę oddam. Napisałem krótkie wspomnienie na Jurka, ale w mojej książce Piórko Pingwina są opowieści o Jurku. Nakręciłem też o Nim dokument, w którym grają również Jego dwa labradory.                                                                                                                                                        Nie tak dawno odszedł na wieczną wachtę Henryk Jaskuła. Jedyne co mnie cieszy, że jak się my, Wojtek, wybierzemy na wieczną wachtę, będziemy w fajnym towarzystwie.                                                                                                                                                            To wspomnienie jest w załączniku. (…)

Pozdrawiam Twoich bliskich i przyjaciół
Ruda

— Rudolf Krautschneiderwww.moreplavecruda.cz

                     *   *   *

Żeglarz Jurek Pisz

W osobowości Jurka Pisza tracimy nietuzinkowego człowieka, który kochał żeglarstwo, ale też pisarza i bliskiego przyjaciela. Jego artykuły w czasopismach żeglarskich były zawsze wysokiej klasy. Napisał świetną książkę „Marią przez Pacyfik“ o rejsie z Ludomirem Mączką. Jurek ostatnie dziesiątki lat zamieszkał w Sydney. Był zawsze chętny do pomocy żeglarzom, którzy się w Sydney zatrzymali.

I ja zatrzymałem się w Australii. Nie mówię w Sydney, ale u Jurka Pisza. Poznałem sporo jego przyjaciół i oczywiście też jego dwa psy labradory. Pokazał mi piękno australijskiej przyrody. Był świetnym chemikiem na poziomu naukowca, jego romantyczne podejście do życia było podstawą jego morskich eskapad. Jako instruktor żeglarstwa był lubiany za humor, którym znane były jego wykłady.

Zły stan zdrowia w ostatnich latach nie pozwolił mu przyjechać do Polski, gdzie ma dużo przyjaciół.

Jestem dumny że mnie nazywał swoim przyjacielem. Wierzę, że teraz jest na wiecznej wachcie w gronie żeglarzy, którzy odeszli wcześniej.

Ruda Krautschneider

________________________________________________________________

J.Pisz_1949                                                                       Antoni Jerzy Pisz, 1949 r.

 

Golęcin 1950 Grupa Pisz_Bąkowski_Pogonowski_Borowiec_ i inni  Na Golęcinie, przy remoncie jachtu, pierwszy od lewej AJP, Szczecin 1950 r.

Kania Karsibórz_1951

Regaty Etapowe, Karsibór, pierwszy od lewej AJP, 1953 r.

A.J.Pisz, 1975 fot.K.Jasica         AJP na Marii, Pacyfik, 1975 r. Fot. K. Jasica

IMAG1034aB- J.Pisz-ChrisBBlack      W Australii. Fot. K. Bajkowski

Fot. z arch.

Wojtek Wejer: Korespondencja z Toronto

Ż E G L A R S T W O    W    C Z A S A C H    Z A R A Z Y

07.05.202Wojtek Wejer a0                                                                                                        W całej Kanadzie obostrzenia dotyczące żeglarzy są wynikiem zarządzeń władz administracyjnych. W związku z tym każda prowincja ma trochę inne praktyczne podejście do rozwiązania problemu. Rząd federalny Kanady wydaje tylko bardzo ogólne wytyczne, zalecenia, wskazówki.

Ontario lub też dokładniej Ontario Sailing (okręg) zabronił w ogóle wchodzenia do portów i marin. Kluby zostały pozamykane, a walne zebrania w klubach przesunięte.

Od kilku dni zezwolono właścicielom jachtów na dostęp do miejsc gdzie stoją ich jachty, aby przeprowadzić sezonowe konserwacje. Zezwolono na wodowanie jachtów, ale nadal nie wolno wypływać.

Żeglarze Ontario złożyli petycję do rządu i została ona częściowo uwzględniona.

Podobnie jest w prowincji Maritime (Nova Scotia & Newfoundland), ale tam było to wszystko „zrelaksowane” od samego początku, bez zabraniania wchodzenia do marin. Pogoda tam wcale jeszcze nie sprzyja na pływanie szczególnie w Newfoundland.

W dalszym ciągu granica pomiędzy USA i Kanadą jest zamknięta i nie ma połączenia lotniczego. Nowy Jork jeszcze jest zamknięty i nawet promy stanęły w mieście Nowy Jork. Chesapeake Bay (Maryland i Virginia), największy rejon żeglarstwa w USA już 15 marca wydało zakaz pływania, lecz praktycznie większość żeglarzy nic sobie z tego nie robiła, a policja nie ingerowała, bo tam nie jest od tego.

Obecnie są w całej Kanadzie naciski publiczne aby dalej relaksować zarządzenia.

Grenlandia jest kompletnie zamknięta dla przybyszów. W tym roku rejsy w Arktyce nie odbędą się, choć tam jeszcze nie było żadnego wykrytego przypadku tego wirusa.
Najlepszym miejscem na te wszystkie informacje z całego świata jest www.noonsite.com , ja tam też wstawiam swoje komentarze.
To tak na razie.
Trzymajcie się dzielnie, zwyciężymy.
Wojtek

09.05.2020                                                                                                                                                         Załączam zdjęcie z Azorów: słynny właściciel Peter’s Cafe Sport, Jose Azevedo, z pomocnikami rozwozi swoim RIB od jachtu do jachtu zaopatrzenie i gotowe obiady. Atmosfera czysto rodzinna wśród tych 20 jachtów które obecnie tam kotwiczą. Radio VHF tam nie milknie.

1. JoseAzevedo-PeterCafeSport źródło: internet
Cheers,
Wojtek

14.05.2020                                                                                                                                                         Pod naciskiem opinii publicznej władze prowincji Ontario zezwalają na wejście szerokiej „publiki” do marin, ale pod warunkiem trzymania dystansu 2 metry.
Zacznie się to od 15 maja.                                                                                                                              Cheers,
Wojtek

___________________________________________________________________________________________________Wojciech Wiktor Wejerur. 1942r, w Warszawie, inżynier mechanik (University of Alberta, Edmonton, Kanada), z Polski wyjechał w 1967r, od 1969r w Kanadzie; żeglował w Szczecinie w klubie Pogoń i w JK AZS; z powodzeniem startował w regatach – Cadet, Finn; w Kanadzie praca w Arktyce w przemyśle naftowym; od wielu lat wspomaga w nawigacji żeglarzy pływających w Arktyce, przez Northwest Passage; autor locji żeglarskich rejonów arktycznych; w 2015 nominowany do nagrody Ocean Cruising Club: Merit Award i nagrodzony.

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Ż E G L A R S T W O    W    C Z A S A C H    Z A R A Z Y

27.04.2020

Mariola Landowska 2003Oeiras Marina na ujściu Tagu do Oceanu. Pusto. Nie można za bardzo dojeżdżać. Tylko osoby z Oeiras mogą się poruszać tutaj. Na wodzie pusto. Żadnej jednostki.

 

IMG-20200427-WA0005   IMG-20200427-WA0006   IMG-20200427-WA0007   IMG-20200427-WA0008   IMG-20200427-WA0009

Mariola Landowska

___________________________________________________________________________________________________Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Jerzy Kuśmider: Korespondencja z Vancouver, CAN

 Ż E G L A R S T W O    W    C Z A S A C H    Z A R A Z Y

Żeglowanie w Vancouver w okresie epidemii COVID-19

OLYMPUS DIGITAL CAMERANie będę tutaj polemizować na temat całej tej epidemii, bo można na to patrzeć z różnych punktów widzenia. Chciałbym jednak przedstawić to z punktu widzenia żeglarza z Vancouver, czyli od strony wody i wybrzeża Pacyfiku w pięknej Prowincji Kolumbii Brytyjskiej. Aktualność tych informacji dotyczy końca kwietnia 2020 roku.

Jak to wygląda w innych rejonach Kanady? Nie ma jednej odpowiedzi, ponieważ Kanada składa się z Prowincji i terytoriów, które mają własne rządy. Każdy z tych rządów ma inne podejście do sprawy i wprowadził różne ograniczenia. Dodatkowo poszczególne miasta mają też coś do powiedzenia i wprowadzają swoje, często odmienne regulacje. Na przykład w Prowincji Ontario, gdzie stolicą jest Toronto obowiązuje całkowity zakaz żeglowania. Mariny, kampingi, jeziora i nawet brzeg jest zamknięty do użytku.

Na szczęście w Kolumbii Brytyjskiej nie jest tak bardzo źle, bo żeglować można. Większość marin jest otwarta, ale tylko dla żeglarzy trzymających swoje jachty, jedynie problem jest z odwiedzaniem innych marin, które często nie przyjmują gości, co bardzo ogranicza żeglowanie. Przypominam, że w Vancouver jachty stoją cały rok na wodzie i nie ma sezonowego wyciągania na zimę.

Moja marina będąca pod zarządem miasta, znajduje się w samym centrum Vancouver. Od początku tej „koronkowej” paniki systematycznie wprowadzane były kolejne ograniczenia. Na początek utrudnienia parkingowe. Olbrzymi parking został zamknięty i można tylko parkować obok biura gdzie znajduje się kilkanaście miejsc. Biuro zostało praktycznie zamknięte i można tylko kontaktować się telefonicznie i milowo, co utrudniło proceder odnawiania od 1 kwietnia rocznego kontraktu. Cały czas właściciele jachtów są straszeni, że jak nie będą zachowane zasady dystansu do innych osób i będą przychodzić do mariny goście to marina może być zamknięta.  Dodatkowo woda, która jest zakręcana na okres zimowy, nie została jeszcze podłączona. Wszystko to, żeby zniechęcić i utrudnić odwiedzanie swoich jachtów.

b 9303Obok mojej mariny znajduje się Granville Island, czyli popularny deptak i Public Market. Market jest zamknięty, ale spacerować można. Małe promiki, zwykle wożące mieszkańców i turystów po False Creek zostały uziemione i cumują przy swoim pomoście.

c 9321Są tam też gościnne pomosty, do których normalnie można bezpłatnie cumować na trzy godziny. Obecnie pomosty te są zamknięte i wisi nad wodą żółta taśma zabraniająca wpływania. Miejsce to jest bardzo znane dla żeglarzy z Polski, Właśnie tu odbywały się wszystkie powitania jachtów, które przepłynęły z Polski przez Przejście Północno Zachodnie, Northwest Passage. Ja byłem koordynatorem tych wszystkich powitań.

d 9310Na pomoście tym ustawione są tablice informujące nie tylko o zakazie cumowania, ale nawet wysadzania osób. Jaki to ma sens, jeżeli po nabrzeżu i całym tym „deptaku” można spacerować? Trudno to logicznie wytłumaczyć. Nawet mewa patrząc na te napisy nie potrafi zrozumieć. Może gdyby chodziło o „ptasią grypę” to by pewnie zrozumiała.

e 9307W tej sytuacji w całym False Creek widać bardzo mało łódek, jedynie kajakarze nie maja problemu i samotnie trenują na wodzie.

Podobnie jest z okolicznymi plażami w Vancouver. Oficjalnie plaże na English Bay są otwarte, można spacerować, ale zamknięto większość parkingów. Na tych plażach od lat leżały duże pnie drzew, które służyły, jako siedzenia i oparcia dla plażowiczów. Chroniły one również przed przemieszczaniem się piasku pchanego przez wiatr, podobnie jak polskie wydmy nad Bałtykiem. Widać, że ktoś bardzo „mądry” z władz miejskich zdecydował żeby je zabrać i poukładać, jako zapory do wjazdów na liczne parkingi położone wzdłuż kilkukilometrowego brzegu. Przez wiele dni pracownicy miejscy wykonywali tą pracę z użyciem ciężkiego sprzętu budowlanego. Nic dziwnego, że obecnie burmistrz Vancouver ubolewa, że miasto jest na skraju bankructwa i chce pomocy od rządu prowincjonalnego.

Jako ciekawostka powiem, że kawałek dalej, w rejonie uniwersytetu znajduje się tzw. Park Regionalny, gdzie jest słynna i chyba największa w Ameryce plaża nudystów. Parkingi tam nie zostały ograniczone i bez większych problemów można parkować i zejść z wysokiej skarpy dróżką prowadzącą na plaże. Przy każdej z tych dróżek są tablice przypominające o zachowaniu odległości 2 metrów. Wprowadzono też ruch jednokierunkowy. Jena dróżka w dół a inna kilkaset metrów dalej w górę. Nic dziwnego, że na tej plaży pojawiło się bardzo dużo tzw. „tekstylnych”. Władze Vancouver chciały żeby tam też były większe restrykcje, ale zarząd parku regionalnego stwierdził, że ludzie zachowują się zdyscyplinowanie, przestrzegają przepisowe dystanse i nie ma potrzeby dodatkowych ograniczeń. Nadmierne nieprzemyślane i nieskoordynowane ograniczenia parkingowe powodują, że ludzie zmieniają miejsca rekreacji.

Żeby ułatwić parkowanie pracownikom służby zdrowia i usług niezbędnych, żeby nie jeździli oni komunikacją miejską, tymczasowo zawieszono opłaty parkometrów. Zezwolono również wszystkim parkować na miejscach normalnie wyznaczonych tylko dla mieszkańców centrum Vancouver. Okazało się, że ci, co nie mogli parkować przy plażach na English Bay przenieśli się na plaże w rejonie sławnego Stanley Park. Po kilku dniach zmieniono tą decyzję, ale tylko w rejonie sąsiadującym z parkiem, co spowodowało dezinformację i ogólny chaos.

Inne parki w rejonie metropolii Vancouver cały czas są otwarte dla spacerowania, biegania i jeżdżenia na rowerach. Z ograniczeniami parkingowymi jest różnie. Na przykład w Richmond, gdzie mieszkam nie ma ograniczeń parkingowych przy parkach miejskich. Jedynie zamknięte są, miejsca zabaw dla dzieci, korty tenisowe, boiska do koszykówki itp.

i 9359Zupełnie inaczej jest z Morskimi Parkami Narodowymi i Prowincjonalnymi, bo te są całkowicie zamknięte i to najbardziej dotyka żeglarzy, bo ogranicza to możliwości pływania. Normalnie w sezonie są one wypełnione łódkami a teraz straszą tylko napisy, że nie wolno cumować. Nawet podana jest kara 120 dolarów za złamanie zakazu. W porównaniu z polskim mandatami to „taniocha”.

g 9366Ruch promowy pomiędzy stałym lądem i wyspą Vancouver został bardzo ograniczony. Zawieszono do odwołania jedną trasę z Horseshoe Bay do Nanaimo. Została inna trasa gdzie ograniczono ilość połączeń. Jedyny kursujący prom miał „twarde lądowanie” na terminalu w Tsawwassen. Efekt był taki, że trap do wyjazdu samochodów z promu został uszkodzony i przez kilka godzin kierowcy czekali na prowizoryczna naprawę i możliwość wyjechania z promu. W związku z tym zrobił się wielki tłok na terminalu, bo pasażerowie z tego rejsu i następnych ściśnięci byli bez zachowania wzajemnej odległości. Niby ograniczenie miało być dla zmniejszenia ilości podróżujących a wyszło odwrotnie. Podobnie jak dużo innych bezsensownych „koronkowych” ograniczeń, które działają dokładnie odwrotnie.

l 9381Ciekawa sprawa była celulozownią w Nanaimo, która od lat jest źródłem dużego zanieczyszczenia środowiska. Ostatnio firma ta trafiła na pierwsze strony mediów kanadyjskich w związku z zakazem wywozu z USA bardzo pożądanych maseczek. Władze USA zablokowały transport do Kanady, który był dużo wcześniej zamówiony z amerykańskiej firmy 3Z. Okazało się, że ponad 80% potrzebnego do produkcji surowca, czyli celulozy z drzewa cedrowego pochodzi właśnie z tej fabryki w Nanaimo. Szybka interwencja rządu kanadyjskiego spowodowała, że maseczki dotarły do Kanady, bo zagrożono zablokowaniem exportu tego surowca do USA.

o 9374A to jest końcowy efekt tej obróbki, czyli zanieczyszczenie środowiska stworzone przez tą fabrykę. Zdjęcie to dedykuje wszystkim tym, którzy dla „zdrowia” noszą maseczki, żeby pamiętali o zdrowiu tych, co, na co dzień ocierają się o to, co tu widać.

w StevestonDla przykładu kolejna ciekawostka. Steveston, gdzie jest popularny „deptak” podobny do Granville Island oraz pomost dla rybaków sprzedających ryby, które sami złowili. W połowie kwietnia były tam tylko tablice przypominające o zachowaniu odległości. Niedługo potem wprowadzono ruch z wydzielonymi kierunkami chodzenia po trapie. Ograniczono też ilość do 15 osób jednocześnie przebywających na dużym pomoście i kupujących ryby. Dużo kutrów, dużo ryb i tylko klientów nie dopuszcza się do zakupów.

Przy tych wszystkich ograniczeniach w różnych miejscach, dla odmiany w innej marinie a właściwie bardziej można określić stoczni remontowej dla małych jednostek pływających życie wygląda normalnie, jakby nic się nie działo, żadna panika epidemiczna. Jachty i kutry rybackie wyciągane są z wody i remontowane. Jedyna nowość to w biurze i sklepiku postawiono przenośne szyby oddzielające klientów od personelu, które jak minie panika pewnie szybko znikną.

Mam nadzieję, że trochę przybliżyłem koleżankom i kolegom żeglarzom sytuacje jak panuje w Vancouver w okresie tej epidemii. Może być to pewnym porównaniem z innymi miejscami na świecie. Muszę podkreślić, że pisałem to w końcu kwietnia, bo oczywiście sytuacja zmienia się dość szybko. Obecnie jest już tendencja do częściowego redukowania ograniczeń, ale idzie to bardzo powoli.

Jerzy Kuśmider

___________________________________________________________________________________________________Jerzy Kuśmiderur. 1950 r. kapitan jachtowy.  Od 1977 na emigracji; w Vancouver (Kanada) od 1981. Właściciel i budowniczy jachtu s/y „Varsovia”. Od 1985 liczne rejsy – głównie samotne po Pacyfiku (ok. 40 tys. Mm). Działacz polonijny. Autor książek: „Samotnie przez Pacyfik”, „Varsovią na Hawaje” oraz licznych publikacji w Kanadzie, USA i w Polsce.

Andy Pęcherzewski: Korespondencja z Los Angeles, CA, USA

Ż E G L A R S T W O    W    C Z A S A C H    Z A R A Z Y

25 kwiecień 2020

Jak niemal na całym świecie także tu, w Kalifornii i w całych Stanach, jest panika, mówiąc po prostu i skrótowo. W budownictwie, a także w szeroko pojętych służbach miejskich wszyscy pracują w zasadzie normalnie.

W moim przekonaniu, tak jak to wszystko widzę dookoła, coś tu jest nie tak, bo szpitale prawie puste, działają normalnie, nie ma tłoków. Wydaje mi się, że ci ,,najbiedniejsi” czyli wszyscy ważniacy są w czołówce paniki i lepiej z nimi na te tematy nie dyskutować. Reszta prostego narodu podporządkowuje się, bo musi, ale zaczynają się protesty, bo jak do tej pory nic się nie dzieje, a ludzie chcą mieć normalne życie.

Z ważnych ograniczeń to od początku wprowadzono limitowany czas otwarcia małych biznesów i usług. Jakie będą skutki – zobaczymy.

Młodzież szczególnie – i to nie najstarsze pokolenie – nadal, w małych grupach urządzają sobie party, oczywiście bez masek, bo trunków nie da się pić w masce. Oficjalnie, przez władze stanu jest zalecane obowiązkowe noszenie masek zasłaniających usta, nos, ale to jest przestrzegane tylko w bliskich kontaktach, w sklepach, itd.

W zasadzie nie ma wyraźnego zakazu używania sprzętu wodnego. Możesz wypłynąć na wodę i wrócić do swojej przystani. Problem zaczyna się gdyby popłynąć do innego portu, nie swojego w którym trzyma się jacht. Praktycznie nie można tak żeglować, bo wpłynięcie do obcego portu, przystani wiąże się z obowiązkiem poddania się kilkudniowej (ok. dwa tygodnie) kwarantannie, czyli ścisłej izolacji, a to już jest bardzo uciążliwe i nie do zaakceptowania dla wielu. Jak będzie dalej trudno ocenić, sytuacja jest dynamiczna, zmienna.

mdr vir1 (1)     mdrvir2

7 maj 2020

Jak pisałem, nadal wokół jest więcej paniki niż ludzi umierających. Oczywiście wszyscy chcą być politycznie poprawni. Szczególnie kluby a także różne instytucje stanowe, rządowe MUSZĄ postępować zgodnie z ogólną polityką i wprowadzanymi zarządzeniami w tym zakresie.

W sprawach żeglarskich i wodniackich nie ma wyraźnych i zdecydowanych ograniczeń. Jeśli ktoś ma ochotę to nikt nie ma nic przeciwko, żeby używał swój jacht, ale odważnych do tej pory było niewielu. Ale jak pisałem sytuacja jest dynamiczna, zmienia się i coraz więcej osób korzysta ze swoich jednostek wodnych, porusza się na nich po przyległych akwenach. Na szczęście nie są prześladowani, ścigani ani przez Policję, ani przez kluby. Owszem, są w klubach, na przystaniach informacje, ogłoszenia o zarazie, o postępowaniu w celu ograniczenia jej rozprzestrzeniania. Ale te wszystkie ogłoszenia mają za zadanie przede wszystkim zwolnienie zarządów i administracji klubów od odpowiedzialności cywilnej w przypadku ewentualnych procesów o odszkodowania.

W ostatnią niedzielę razem z żoną i znajomymi pływaliśmy na oceanie w strefie przybrzeżnej i było w zasięgu wzroku około dwudziestu jachtów, zupełna swoboda! Dużo ludzie pływało przy brzegu na deskach i jetski. W sumie było jakby normalnie, na wodzie nie czuło się jakiś ograniczeń, ale w klubach, na przystaniach trzeba chodzić w maskach na twarzy.

Tak to wygląda dzień codzienny żeglarzy, jak na razie, bo co będzie to czas pokaże.

 

Andrzej Pęcherzewski

Mariola Landowska: Trimaran „Côte d’Or II”, ciąg dalszy.

Trimaran CÔTE d’OR II i  jego właściciel  Miguel Subtil w Portugalii.                                                                                                    Ciąg dalszy korespondencji Marioli Landowskiej z listopada 2019 (ZŻ nr 43,  listopad 2019).

Mariola Landowska 2003…Wielu żeglarzy z Francji, Hiszpanii zabiegało o zakup Côte d’Or II. Migiel de Brito Subtil miał wtedy 22 lata i niewielkie środki finansowe na zakup jachtu, ale poszedł do urzędu celnego na Maderze przedstawić kapitanowi swoje zamiary. Okazało się, że był jedynym Portugalczykiem w gronie chętnych do zakupu. Kapitan, nadmiernie obciążony problemami jachtu stojącego na kotwicy w basenie, na dodatek okradanego regularnie, spytał Miguela: – Chcesz kupić ten trimaran?… O key, będzie twój i będzie w Portugalii.

Potem ogłoszono licytację, ale żeby nie było zbyt głośno, informacje o licytacji, o jej dacie  podano „małymi literkami”. Jednak mimo to na licytacji jacht kupił człowiek, który znalazł trimarana. Potem Miguel wynegocjował z nim, że zapłaci mu za części, które on zabrał podczas postoju i zapłaci za jacht więcej niż cena za którą on go kupił.

Doszło do transakcji i Miguel został właścicielem jachtu. Nareszcie mógł wejść do środka. Zadzwonił do przyjaciół żeglarzy w Lizbonie, aby przylecieli i pomogli mu w naprawie uszkodzeń. Trimaran był pełen mewich gniazd i odchodów. Czyścili kadłub i spali na siatkowym pokładzie. Transport trimarana z Madery do Lizbony na pokładzie statku handlowego był bardzo drogi, dlatego wyruszyli sami przez wodę, na „własnym kilu”. I jak to zwykle w bajkach bywa w pobliżu „nagle” znalazł się dobry statek Careiro, który zabrał trimarana na pokład. Okazało się, że kapitanem tego statku był ojciec Miguela, powiadomiony przez kapitanat w Funchal o planach syna.

Przybyli do Lizbony. Trzeba było szukać miejsca na naprawę. Pomogli mu znajomi żeglarze; zjawił się Eric Tabarly, który pomógł przeprowadzić trimarana na północ Francji. W drodze niestety pękł maszt, a potem złamał się. Z trudem dotarli do Francji gdzie jacht pozostał na kolejne dziewięć lat. Miguel zaczął tam – we Francji – prawie żyć, bo musiał naprawiać i szukać sponsorów. Mieszkał w porcie urzędu morskiego. Francuzi pozwolili mu przebywać w porcie za darmo. Też mieli sentyment do tego trimarana uratowanego na portugalskich wodach.

W 2010 roku trimaran startował w transatlantyckich regatach samotnych żeglarzy Route du Rhum, w klasie z ośmioma innymi trimaranami. Jacht prowadził czarterujący go francuski żeglarz, niestety nie ukończył regat z przyczyn medycznych skipera. Tym niemniej udział jachtu w regatach pozwolił Miguelowi przygotować  technicznie jacht, wyposażyć go w nowe części, uzyskać klar regatowy.

Obecnie trimaran jest w Lizbonie. Miguel jeździ do niego prawie codziennie; naprawia go i szuka możliwości aby pływać na nim. Z mojej pracowni, z Paço de Arcos do Almada jest ”krok”, ale przez wodę rzeki Tag.

Wiele opowieści słyszałam o przygodach Tabarly’ego i Miguela. Patrzę na ten piękny, “uskrzydlony”, pokaleczony, trójkadłubowy kształt. Sentymentalna podróż w nietuzinkową przeszłość – już historię żeglarstwa oceanicznego i niewiadomą przyszłość tego pięknego jachtu Côte d’Or II.

Trimaran 3 Trimaran 4 Trimaran 6 Trimaran 7 Trimaran 8 Trimaran 9

Tekst i Foto Mariola Landowska        ___________________________________________________________________________________________________ Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

 

Korespondencja z Auckland: wywiad z Karolem Jabłońskim.

Tomek M. Głowacki: Mistrzostwa Świata w Auckland, Nowa Zelandia, 3-8 grudnia, 2019 roku, w klasie 49er, 49erFX i Nacra 17  — zakończone. Tym razem walczyłeś o zwycięstwo, ale w inny sposób niż zwykle. W takiej samej roli byleś, jak współpracowałeś z Mateuszem Kusznierewiczem. A więc, była to podobna rola jak na Igrzyskach Olimpijskich w Savannah 1996r?  Jakbyś określił swoją rolę i co w takiej roli uważasz za najtrudniejsze?

Karol Jabłoński: Moja rola jest ściśle określona już od dłuższego czasu. Ja jestem trenerem głównym polskiego teamu olimpijskiego i z większością żeglarzy pracuję już od półtora roku. Praca polega na przekazaniu całego mojego doświadczenia w sposób umiejętny, co nie jest łatwe do zrealizowania, ponieważ mam problem z ,,dotarciem’’ do większości zawodników. I jest to niestety bardzo frustrujące. Od tamtych Igrzysk minęło już bardzo wiele lat… sport olimpijski też się zmienił ogromnie. Praca z Mateuszem zabrała mi prawie cały rok i zakończyła się bardzo dobrze. To wyjątkowy żeglarz o mocnej psychice, a moja pomoc okazała się na tyle skuteczna, że osiągnęliśmy tam ogromny sukces. Obecnie jest zupełnie inaczej…

TG. Ważne jest to, aby każdą imprezę odpowiednio podsumować. W jednej z Twoich wypowiedzi mówisz: “Jeśli wygrywam, to jest super, ale jak nie wychodzi, to świat się nie wali. Trzeba dokładnie przeanalizować, co się wydarzyło. Znaleźć przyczyny, dlaczego nie wyszło, i nazwać je po imieniu. Nie wolno się oszukiwać…”.
Jak byś podsumował te mistrzostwa. Co było dobre, co złe i jaką drogą pójść dalej?

KJ. To są moje ,,procedury’’, sposób myślenia oraz funkcjonowania. Według tego schematu pracuję już od bardzo wielu lat. Teraz jest za wcześnie aby przedstawić takie dokładne podsumowanie tych mistrzostw, choć swoją analizę mam już prawie gotową … Z pewnością były to jedne z najtrudniejszych mistrzostw świata, trwały 7 dni, a rozgrywano codziennie po cztery lub trzy wyścigi. Do tego zmienne warunki wietrzne i falowe powodowały, że nie było takiej szablonowej jazdy. Trzeba było mieć oczy zawsze otwarte i przewidywać, co wydarzy się z wiatrem.                                                                                                                                                             Najważniejsze jest to, że zawodnicy zdobyli dla Polski klasyfikację olimpijską. Bardzo dobrze oceniam start naszej żeńskiej załogi w klasie 49erFX, Oli Melzackiej i Kingi Łobody, których trenerem jest Tomek Stańczyk. One żeglują dopiero drugi rok i mają najmniejszy staż. Ola miała kontuzję i nie wiedzieliśmy czy tutaj wystartuje, a zajęły doskonałe 12-te miejsce, nawiązując równą walkę z czołówką światową, która jest dużo bardziej doświadczona. Naturalnie, cieszę się też ze zdobycia kwalifikacji przez załogę męską. Faktem jest, że nie jestem absolutnie zadowolony z ich stylu żeglowania. Konkretna analiza musi nastąpić bardzo szybko ponieważ następne Mistrzostwa są już w lutym w Australii. Tak więc, dużo czasu na korektę i przemyślenia nie ma. Co innego jest wiedzieć nad czym trzeba pracować, a co innego wdrożyć to podczas wyścigów. Na to potrzeba sporo czasu, szczególnie jeżeli chodzi o podniesienie odporności na stres sportowy oraz ,,opanowanie “ presji. Podejmowanie właściwych decyzji podczas wyścigów w regatach mistrzowskich jest możliwe tylko z ,,zimną’’ głową, a takiej brakuje wszystkim naszym zawodnikom.

TG. W oczekiwaniu na samolot nasza rozmowa musi być siłą rzeczy krótka i dlatego odwołam się do książki, którą mi podarowałeś Czarodziej Wiatru. Jest to obszerny wywiad z Tobą prowadzony przez Wojciecha Zawioła. Dawno tak szybko nie przewracałem kartek jak tym razem. To jest bardzo inspirujące wyznanie, które powinien przeczytać każdy młody człowiek, a szczególnie ci, którzy nie mają jeszcze celu w życiu, albo mają cel, ale nie wiedzą jak go osiągnąć. Gdzie można kupić tę książkę?

KJ. Cieszę się, że Ciebie też ,,wciągnęła’’ . Książka jest dostępna w Internecie, a najlepiej szukać jej wpisując tytuł: Czarodziej Wiatru – życie na regatach, czyli historia wyjątkowego żeglarza.

Czarodziej Wiatruhttps://www.ceneo.pl/45163983

TG. W książce piszesz: “żeglowanie na dużych jachtach nastąpiło po kilku latach ścigania się na mniejszych żaglówkach, które nawiasem mówiąc, budowałem w stoczni jachtowej w Steinhude koło Hanoweru, gdzie mieszkałem przez kilka lat po wyjeździe do Niemiec
Czy chodzi Ci po głowie taki pomysł, aby otworzyć nową stocznię. Teraz! W Polsce!, np. “Jabłoński Offshore Design” i budować na przykład takie jachty jak ten – “Wilk w owczej skórze”.

Wilk w owczej skorze“Wilk w owczej skórze”

(Śmiech) Tomek, ja zbliżam się pomału do sześćdziesiątki i to jest zdecydowanie za późno, aby otwierać stocznię. Gdybym chciał to zrobić to może zrobiłbym to w latach 90-tych kiedy zacząłem importować jachty do Niemiec z Polski, ale nigdy nie rozważałem takiej opcji. Wyznaję zasadę, że aby jeść bułki, nie trzeba budować piekarni. Koncentrowałem się na tym co umiem robić najlepiej czyli na żeglarstwie. A w Polsce stoczni jest dużo. Budują praktycznie wszystko, w różnych technologiach.

TG. W twoich dążeniach zawsze było, aby zasiąść za sterem “dużych” jachtów. Czy widzisz się za sterem statku rejowego, jak ten poniżej?

statek rejowyKJ. To jest mały stateczek, który tu widzę. Ja żeglowałem jako taktyk na 68 metrowym Hetairos’ie, nie włączając 10 metrowego bukszprytu. Powierzchnia żagli na wiatr wynosi 1800 m2, a jak postawiliśmy wszystkie to mieliśmy 3800 m2. To jest niesamowite przeżycie i zarazem wielka odpowiedzialność. Dowodzenie trzydziestosześcioosobową, bardzo doświadczoną załogą, wymaga ogromnego doświadczenia. Podjąłem się tego wyzwania, bo byłem przekonany, że sobie dobrze poradzę, I tak też było. Ja kocham żeglarstwo, inaczej nie wytrzymałbym w tym trudnym sporcie przez tyle lat. Każdy jacht ma swoją specyfikę i swoją urodę, i trzeba to tylko odnaleźć. Jestem szczęśliwy, obojętnie na jakim jachcie żegluję.

Czas wsiadać do samolotu. Jeszcze przez chwilę słuchamy muzyki Klausa Schulze. Dziękuję za rozmowę. Przyjemnej podróży.

***

Rezultaty polskiego zespołu w Mistrzostwach Świata 2019 na podstawie:
https://49er.org/event/2019-world-championship/#49erresults

49er Łukasz Przybytek i Paweł Kołodziński   – finałowy rezultat   – 10-ta pozycja
49er Dominik Buksak i Szymon Wierzbicki   – finałowy rezultat    – 25-ta pozycja
49erFX Alexandra Melzacka i Kinga Łoboda – finałowy rezultat    – 12-ta pozycja

Łukasz Przybytek i Paweł KołodzinskiŁukasz Przybytek i Paweł Kołodziński

https://49er.org/event/2019-world-championship/?event_id=16331

http://karoljablonski.pl/?p=3026

Rozmawiał: Tomek M. Głowacki

 

 

Mariola Landowska: Trimaran „Côte d’Or II”

Trimaran CÔTE d’OR II i  jego właściciel  Miguel Subtil w Portugalii.

Mariola Landowska 2003Miguela de Brito Subtil poznałam w 2013 roku, gdy wynajęłam pracownię w Paço de Arcos (dzielnica w Oeiras, w dystrykcie Lizbona – przyp. red.). Obok był warsztat, w którym stały piękne “canoe”, a na ścianach wisiały fotografie – i wiszą nadal – pięknego jachtu trzykadłubowego, trimarana Côte d’Or II w całej swojej okazałości, prężącego się pod żaglami niczym zmysłowa modelka na wybiegu. Fotografie były robione podczas regat, z helikoptera, w 1986 roku. Jednostka zbudowana we Francji, ale przez Belgów, w tym roku obchodzi swoje 33. urodziny.

Siedzę z Miguelem na nabrzeżu stoczniowym w Lizbonie. Przed nami trimaran Côte d’Or II kołysze się na wodzie w wąskim kanale, uwiązany na linach. Ujarzmiona “pantera”, która imponuje piękną linią i detalem.

Słucham opowieści Miguela: „…Jacht był ochrzczony przez królową Belgii, która uwielbiała ciasteczka, czekoladki, robione specjalnie dla niej z kakao sprowadzanego z afrykańskich kolonii znad Zatoki Gwinejskiej (Côte d’Or – Złote Wybrzeże w Ghanie – przyp. red.). Francuzi budujący jednostkę szukali sponsora dla Erica Tabarly’ego, który wtedy rozpoczynał swoją przygodę na trimaranach. Jacht więc nazwano Côte d`Or II, w nawiązaniu do znanego producenta czekolad Côte d’Or. Czekoladki sprzedawały się fantastycznie, a Tabarly (Eric i jego brat Patrick – przyp. red.) mógł “ujarzmiać” wiatry i burze na różnych oceanach, z materialną pomocą słodkiego sponsora…*”.

co2_001  co2_003  co2_004  co2_007  co2_010

co2_012 From left to right: Eric Tabarly, Xavier Joubert (owner of the ACX shipyard in Brest who built Cote d’Or II) and his brother Patrick Tabarly (he had a large input on the design of Cote d’Or II and won the 3 F1 races in 1987)…

co2_014  co2_017  co2_019  co2_020  co2_031  co2_032  co2_033  co2_034  co2_038  co2_039

Photos from 1986 to 1988 racing in France.
All Photos kindly supplied by Gilles Klein (c)Sipa Press.

W 1987 roku w kwietniu, maju i lipcu odbywały się kolejne regaty, w których dużo jednostek miało kłopoty, ale trimaran Tabarly’ego szczęśliwie żeglował na najlepszych pozycjach. Niestety szczęście odwróciło się w regatach atlantyckich w październiku tamtego roku. Po minięciu Madery, na wysokości afrykańskiego Dakaru, w ciężkich warunkach sztormowych, trimaran wywrócił się. Eric i Patrick – obaj wtedy żeglowali na nim – na przewróconym kadłubie jachtu przeczekali dziesięć godzin na ratunek portugalskich marines i zostali zabrani z trimarana; porzucony jacht pozostawiono na oceanie.

Przewrócony Côte d’Or czekał na nurków i żeglarzy, którzy potem brali udział w ratowaniu jednostki. Portugalczycy przyholowali na Maderę odnaleziony na oceanie trimaran i stał tam, w porcie na Maderze, na kotwicy, zniszczony i niezdolny do płynięcia.

Mijały miesiące, okradano go ze sprzętu. Kapitanat miejscowego urzędu morskiego w Funchal miał problem. W końcu urząd celny wystawił trimarana na sprzedaż. Po dziewięciu miesiącach w sierpniu w 1988 roku Miguel Subtil kupił jacht. Nie było to jednak takie łatwe i proste….

…ale o tym w kolejnej korespondencji z Lizbony.

Mariola Landowska                                                                                                                                          _______________________

* Novembre 1986 : Route du Rhum, abandon après casse du flotteur.                                                                                                      Avril 1987 : vainqueur du grand prix de Brest avec Patrick Tabarly.                                                                                                      Mai 1987 : vainqueur du trophée des multicoques de la Trinité/Mer, avec Patrick Tabarly comme skipper.                              Juillet 1987 : 5e de la course de l’Europe aux mains des frères Tabarly.                                                                                        Octobre 1987: Abandon de la Baule Dakar.                                                                                                                                                      Źródło: wikipedia https://fr.wikipedia.org/wiki/C%C3%B4te_d%27Or_II

* Second set of photos from 1986 to 1988 racing in France.
All Photos kindly supplied by Gilles Klein (c)Sipa Press.   ___________________________________________________________________________________________________ Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Doubravka Krautschneider: Wakacyjna Przygoda z Atlantykiem

Doubrava Krautschneider 2019 Pawła Kocourka poznałam kilka lat temu na dorocznym zlocie polonijnych żeglarzy Polonia Rendez-vous w stanie Connecticut (USA), dokąd przypłynął na jachcie znanego morskiego wagabundy Jacka Rajcha. Uśmiechnięty, czeski matematyk od razu wzbudził sympatię wśród żeglarzy. Po zakończeniu regat, w czasie wspólnej biesiady, przedstawił nas sobie mój kolega żeglarz Jan Fryzel przeczuwając, że chętnie porozmawiam w ojczystym języku. Miał rację, spotkać Czecha w Stanach Zjednoczonych to jest rarytas!
Rozmawialiśmy do świtu. Rano można było go widzieć jak śpi na kei między rozbujanymi jachtami.

Paweł był już wtedy armatorem trzech (!) jednostek pływających co sprawiało mu niemało kłopotów. Na studiach doktoranckich na uniwersytecie NYU (New York University) prowadził skromny, oszczędny tryb życia, ale kosmiczne ceny wynajmu w Nowym Jorku zmusiły go do szukania możliwości zamieszkania bez wydawania pieniędzy. Próbował nocować w parkach oraz na dworcach, kiedy więc nadarzyła się okazja taniego zakupu jachtu, kupił od razu dwa. Zamieszkał na jednym z nich i zajął się wynajmowaniem drugiego jako bazy noclegowej dla turystów.

Pierwsze doświadczenia Paweł zdobywał w czasie rejsów z polskimi żeglarzami. To od nich oprócz żeglarskiego rzemiosła nauczył się, jak radzić sobie z niskim budżetem przy naprawach jachtu w trakcie realizacji swoich ambitnych planów. Z kapitanem Jackiem Rajchem przepłynął ze Stanów do Europy.

W maju 2019 roku Paweł zakończył studia doktoranckie, a gdy został przyjęty do pracy na Uniwersytecie Karola w Pradze, rozpoczął przygotowania do rejsu przez Atlantyk do Europy na jachcie White Bird.

Załogę dobierał przypadkowo: z ogłoszeń w internecie. Miał okazję ją przetestować podczas rejsu do Virginii, wzdłuż wschodniego wybrzeża USA. Tylko jeden człowiek z załogi – Trevis posiadał doświadczenie żeglarskie. Na pokładzie pojawiły się też nowojorska artystka Esmeralda i studentka biologii morza Esther z Niemiec.

Przed wypłynięciem wysłałam do Pawła elektronicznie kilka pytań. W nocnym klubie Cafe Paris, w Harlemie grała tak wspaniała muzyka, że raczej słuchaliśmy muzyki w wykonaniu świetnych jazzowych zespołów; na rozmowę w cztery oczy nie było okazji. W czasie pożegnalnego wieczoru poznałam osobiście jego załogę, weterana Joe (który jednak w ostatniej chwili zrezygnował z rejsu), Trevisa z Virgini i Esther.
Paweł odpowiadał na moje pytania w trakcie rejsu, kiedy tylko udało mu się podłączyć do sieci w pobliżu Azorów.

Od następnego roku akademickiego Paweł zasili kadrę Uniwersytetu Karola w Pradze. Rejs ten jest jego powrotem do rodzinnych stron. Jacht zamierza trzymać nad Bałtykiem, skąd planuje kontynuować przygodę z żeglarstwem. Wirtualny wywiad z morza zakończyłam tuż po jego dopłynięciu do portu docelowego, niemieckiego Bremen.
Podczas rejsu, Pawła spotkało szczęście, miłość, przyjaźń i przede wszystkim spełnienie marzenia o wielkiej przygodzie.

Doubravka Krautschneider: Kiedy zdecydowałeś się wrócić do Europy jachtem?
Pavel Kocourek: Oceaniczna włóczęga była we mnie od dawna od kiedy w listopadzie 2015 roku kupiłem jacht, White Bird (typ: Cheoy Lee 41 Offshore). Najpierw chciałem płynąć, dokąd mnie wiatr zawieje. Decyzja o rejsie przez Atlantyk była spontaniczna. Pozwól, że wytłumaczę tło całego przedsięwzięcia i z tym związanych decyzji.
Najpierw na uczelni NYU przedłużyłem termin ukończenia doktoratu z ekonomii matematycznej, żeby ten czas wykorzystać na naukę żeglowania i przygotowania się do pływania po zakończeniu studiów.
W lipcu 2018 dostałem ostatnie przedłużenie na rok amerykańskiej wizy studenckiej. Zaliczyłem już wtedy rejs oceaniczny na jachcie Osprey. Wydawało mi się, że nie będę miał czasu na przygotowanie jachtu i skończenie studiów doktoranckich. Różne pomysły przychodziły mi do głowy. Zacząłem rozglądać się za pracą i plany żeglarskie miałem najpierw skromne. Myślałem, że w najlepszym wypadku mogę popłynąć do Meksyku lub krajów Ameryki Południowej. Kocham ludzi z Ameryki Łacińskiej żyjących z dnia na dzień z otwartym sercem i liczyłem, że uda mi się zatrudnić właśnie tam. Programowo odrzuciłem możliwość pracy na uczelniach w USA, choć było by to najbardziej korzystne dla mojego kierunku. Przekonałem się, że styl życia w USA nie pasuje do mojej osobowości.
Wysłałem swój życiorys w świat. Okazało się, że w moim przypadku sytuacja na rynku jest specyficzna. Chociaż zdobyłem dyplom na jednym z najbardziej prestiżowych fakultetów ekonomicznych w USA, miałem dobre referencje i list polecający od prowadzącego mnie profesora, niektóre uczelnie odrzuciły mnie, bo wydawałem im się zbyt dobry. Inne instytucje przyjrzały mi się bliżej i zauważyły, że studia „naciągałem” aż osiem lat, zamiast 5-6 lat, jak jest powszechnie przyjęte i przez ten czas nie publikowałem, dopiero pod koniec studiów. Kiedy sprawdzali mnie przez Google, pojawiły im się artykuły w New York Post i New York Times, opisujących mnie jako kloszarda mieszkającego na jachcie z zepsutą toaletą. Odezwały się natomiast placówki akademickie z Turcji, Kazachstanu i Ukrainy. Biorąc to wszystko pod uwagę, jestem wdzięczny za możliwość powrotu na czeską uczelnię, gdzie mnie zatrudnili, wiedząc jaki tryb życia prowadzę.
Po podpisaniu umowy o pracę w Pradze, wróciłem w połowie kwietnia 2019 roku do Nowego Jorku aby obronić pracę doktorską. Miałem nadzieję, że pozostawię jacht w USA, żeby przyjeżdżać tutaj na wakacje. Wydawało mi się to znacznie bardziej rozsądne niż sprzedaż. Jacht stał się dla mnie symbolem moich marzeń i nie chciałem z niego rezygnować.
Rozpocząłem intensywne prace remontowe, bo stał zaniedbany w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy to skupiłem się na pracy naukowej. Tydzień lub dwa zajęło mi łatanie nieszczelności, czyszczenie silnika, uruchomienie pieca, zmywanie pleśni. Będąc znowu na mojej łodzi, wstąpiło we mnie nowe życie i wrócił dawny blask w oczach, który przygasł, kiedy próbowałem robić dobre wrażenie poważnego kandydata na objęcie pracy. Zdałem sobie sprawę z tego, że jacht znaczy dla mnie znacznie więcej niż się spodziewałem. Ciężka praca nad doktoratem nauczyła mnie dyscypliny, dzięki której nagle byłem w stanie dokończyć wiele prac na jachcie w krótszym czasie niż się spodziewałem. I w tym momencie szalony plan zaczął nabierać konkretnych kształtów. Uwierzyłem, że mogę przeprowadzić jacht do Europy i trzymać go w marinie w Szczecinie, dokąd z Pragi jedzie się około sześciu godzin. Mam tam przyjaciół, którzy mnie mogą zapoznać z miejscowym środowiskiem żeglarskim. Bardzo się zbliżyłem z polskimi żeglarzami. U Polaków podoba mi się ich serdeczność, gościnność i życzliwość, czego mi brakuje w Pradze. W ciągu kilku dni zrobiłem listę rzeczy, które muszę zrobić, aby wypłynąć i plan jak to zrobić, żeby zdążyć przed sezonem huraganów. Byłem zorganizowany i w pełni skupiony, jak nigdy wcześniej. Sam siebie nie poznawałem i zacząłem odkrywać na nowo.

DK: Jak spędzałeś czas oprócz przygotowań do rejsu? Z czego się najbardziej cieszyłeś?
PK: Przed wypłynięciem szukałem rozrywki, żeby oderwać się od uporczywego myślenia o przygotowaniach do rejsu. Chciałem się wyłączyć i pobawić, ale jednocześnie nie mogłem się doczekać momentu, kiedy sobie powiem: „Dałem z siebie wszystko. Jesteśmy na środku oceanu, jeżeli o czymś zapomnieliśmy, nic nie możemy na to poradzić”. Z drugiej strony myśl o tym, że jakaś brakująca rzecz może być czymś niezbędnym, nie dawała mi spokoju.

DK: Jak znalazłeś załogę?
PK: Zwykle zdaję się na szczęśliwy los. Rzucam hasło między couchsurferów (użytkownik serwisu internetowego, w którym można zaoferować bezpłatne zakwaterowanie lub znaleźć użytkowników oferujących nocleg w swoim mieszkaniu lub domu – przyp. red.), którym proponuję zakwaterowanie w zamian za pomoc w sterowaniu. Tym razem nie było tak łatwo. Z Nowego Jorku na Azory płynie się około trzech tygodni. Więc znaleźć kogoś, kto ma tyle czasu, da sobie radę z chorobą morską i wybrykami oceanu, było trudne. W dodatku potrzebowałem od nich zdobyć część środków finansowych na utrzymanie jachtu. Nie chciałem ponosić wszystkich kosztów tylko dlatego, że jestem właścicielem łodzi. W zamian oferowałem wspólną przygodę. Myślę, że większość żeglarzy uważało mnie za szaleńca, który bez odpowiedniego doświadczenia ogłosił się kapitanem i oczekuje jeszcze, że załoga mu zapłaci za sterowanie starą łódką, którą trzeba najpierw błyskawicznie naprawić.
Moje przedsięwzięcie przyciągało różnorodnych ludzi. Najpierw znalazłem Travisa w Virginii, którego poznałem przez coachsurfing dwa lata temu szukając przyjaciół w Deltaville, małym miasteczku na pustkowiu w zatoce Chesapeake, gdzie tymczasowo trzymałem jacht. Travis miał już doświadczenie żeglarskie i świetne umiejętności w zakresie konserwacji łodzi. Rok wceśniej popłynąłem z nim z Deltaville do Nowego Jorku. Na facebooku zgłosiła się do mnie pięćdziesięcioletnia dama z Niemiec, która uprawiała sporty ekstremalne, pomimo utraty nogi (spadła ze skały). Myślałem, że byłaby dobrym kumplem do przetrwania na oceanie, lecz im więcej rozmawialiśmy tym bardziej miałem wrażenie, że jej upartość stanowiłaby problem na oceanie. Doceniłem jej radę, że jako młody, niedoświadczony kapitan nie mogę wziąć zbyt dominujących załogantów.
Co ciekawe, druga odpowiedź nadeszła też od Niemki. Była pasjonatem nurkowania i jej podejście do rejsu było podobne do mojego. Była gotowa ponieść część kosztów oraz ryzyko związane z podróżą. Tak samo jak ja, nie była doświadczonym żeglarzem. Podobało mi się jej pozytywne podejście, ale biorąc ją, poczułem nagle ciężar odpowiedzialności za powodzenie rejsu.
Dałem ogłoszenie na craigslist (amerykański serwis internetowy drobnych ogłoszeń – przyp. red). Otrzymywałem odpowiedzi od różnych ludzi. Nie było między nimi ludzi spoza USA. Można mi zarzucić stereotypowość, ale większość Amerykanów, których spotkałem, miała podobne cechy: indywidualność, egocentryzm, przesadne przekonanie o swoich umiejętnościach oraz wymaganie ogromnej uwagi. Dodatkowo czują się bezradni poza strefą komfortu. Pomimo tego, co powiedziałem, mam całkiem niezłą „kolekcję” znajomych Amerykanów, którzy tacy nie są. Wielu z nich zaangażowało się w pomoc przed rejsem przez Atlantyk. Na przykład bardzo jestem wdzięczny za wyposażenie, które otrzymałem ze sklepu żeglarskiego Buddy’s na wyspie City Island. Wyspa ta stała się moim domem w Ameryce i wiele miejscowych osób mi pomagało.

DK: Od kogo czerpałeś doświadczenia żeglarskie?
PK: Kiedy 5 lat temu kupiłem swoją pierwszą żaglówkę jako miejsce do życia, nie wiedziałem absolutnie nic o jachtingu. Silnik był maszyną zardzewiałego diabła, a żagle były dużymi torbami zajmującymi przestrzeń pod moim trójkątnym łóżkiem. Dwa lata później zaliczyłem kurs żeglarski dla początkujących, oferowany przez TASCA (mały klub dla emerytów). Kurs był tani i podobało mi się poczucie wspólnoty między żeglarzami. Nauczyłem się tam podstawowych zasad, lecz kurs jako taki nie zainspirował mnie do żeglowania.
W marinie, gdzie stały moje trzy jachty, poznałem dwa typy żeglarzy. Jedni palili trawkę i używali łódek do spania oraz ci, którzy mieli lśniące łodzie do wynajęcia i zarabiania pieniędzy.
Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem polskiego żeglarza Jacka Rajcha. Kiedy zakotwiczył w marinie, kupiłem butelkę wina i podpłynąłem do jego łodzi. Jacht wyglądał jak kraina skarbów – pełna pomysłowych wynalazków. Niemal wszystko było poskładane ze znalezionych części wraków statków.
Kilka dni później odpłynęliśmy razem na zlot żeglarski „Polonia Rendez-vous” do Connecticut. To było we wrześniu 2016 roku. Nie miałem umiejętności żeglarskich, ale zrobiłem na Jacku wrażenie profesjonalnego ”skrobacza” kadłuba. Potem zaczął się rok akademicki, prowadziłem zajęcia i kolejna okazja dopiero nastała w styczniu 2017 roku. Z rodzinnych świąt przyleciałem z Czech na Florydę na Sylwestra. Myślałem, że będzie impreza. Na jachcie nie było kobiet. Troska Jacka o Nowy Rok skończyła się dwie godziny przed północą. Wypiliśmy kieliszek rumu, posłuchaliśmy radia i poszliśmy spać.
Następnego ranka poszliśmy do supermarketu. Zakupy z Jackiem były może bardziej ciekawe niż żegluga. Nie kupił nic poza cebulą, czosnkiem, winem i piwem, ale jego komentarze dotyczące tego, co próbowałem kupić, były takie: „Pomarańcze??? Jabłka? Dlaczego?” Przy śniadaniu nie spodobał mu się mój pomysł gotowania płatków na śniadanie, więc mieliśmy chleb z cebulą i pomidorami. Jacek zasugerował, żeby zjeść najpierw starszy chleb zanim zaczniemy ten świeżo kupiony. Nie miałem nic przeciwko temu. Kromka była twarda jak kamień i jej zapach był dziwny. Pokazałem Jackowi i zapytałem, czy mogę wziąć nowo kupione pieczywo. Powiedział: „Nieważne, sam to zjem.” – „Ale chleb jest zapleśniały”. „Gdzie? Nic nie widzę”. „Wszystkie te miejsca…” – pokazałem palcem. Jacek wziął brudny ręcznik, wytarł nim powierzchnię chleba, komentując: „Paweł, to jest po prostu penicylina. Pamiętaj: biała – to drożdże, zielona – to penicylina”. – „Jacek, ta pleśń jest czarna, śmiertelna!” – „Cokolwiek tam jest, sam zjem. Jestem starcem, zależy mi, żeby umrzeć przed żoną”.
Wystartowaliśmy wczesnym popołudniem, gotowi do wypłynięcia na Karaiby. Jednak tyle szczęścia nam nie było dane. Nagle silnik się przegrzał i zatrzymał w miejscu. Cały olej silnikowy był w zęzie. Natychmiast zaczęliśmy jego wypompowanie. „Czy powinniśmy trzymać olej w butelkach, aby się go później pozbyć na stacji benzynowej?” „Nie, wlewamy z powrotem do silnika” – odparł Jacek. Po przeczytaniu podręczników, jak olej i paliwo muszą być czyste i wielokrotnie filtrowane, ta praktyka była dla mnie całkowicie nowa.
Nie udało się uruchomić silnika. Wreszcie nadeszła chwila do nauki żeglarstwa. Lekka bryza pod przybrzeżny prąd i próba przejścia pod mostem były taką lekcją. Zgodnie z przeczuciami Jacka wiatr zgasł w momencie, gdy cały ruch czekał, aż przejedziemy. Próbowaliśmy poruszać łodką chwytając za drewniane stosy przy filarach mostu, ale przeciwny prąd był zbyt silny. Musieliśmy się poddać.
Zakotwiczyliśmy przed mostem czekając na korzystny prąd, ale kotwica zaczęła ciągnąć i wkrótce skończyliśmy na drugim brzegu kanału. Byłem szczęśliwy, że mogłem nauczyć się profesjonalnego sposobu na zejście z mielizny bez użycia silnika. Czekaliśmy na przypływ, więc zaproponowałem gotowanie obiadu. – „Gotować? Dlaczego mamy gotować, kiedy mamy świeże jedzenie?” Wieczór się zbliżał i nie jedliśmy nic od śniadania. Podjąłem inicjatywę zrobienia sałatki na obiadokolację. Zrobiłem skromne dwie porcje. Jacek spojrzał i powiedział: – „Ile tego narobiłeś! Będziemy to jeść cały tydzień. Włożyłeś całą paprykę? I jeszcze cały pomidor? Dwa pomidory?” Jacek wziął garść sałatki i zasugerował, że już się poczęstował, a resztę zostawimy na kolejne dni. Zapytałem, czy nie miałby nic przeciwko, gdybym skończył sałatkę, ponieważ byłem naprawdę głodny. Tym razem odpowiedział pozytywnie. – „Jasne, jeśli naprawdę chce ci się to wszystko zjeść, to bardzo proszę, przynajmniej nie będziemy mieli resztek”.
Następne trzy tygodnie spędziłem obserwując Jacka naprawiającego silnik pod kierownictwem jego kolegi Jurka. Po raz pierwszy od 25 lat musiał całkowicie rozebrać silnik i wymienić tuleje cylindrów. Miałem okazję uczyć się na cudzym nieszczęściu, choć nie wolno mi było dotknąć silnika. Zamiast pomagać Jackowi z silnikiem, spędziłem dużo czasu szukając sposobu włamania się do pobliskiej sieci wi-fi, aby Jacek mógł mieć połączenie internetowe na swoim jachcie. Nie miałem doświadczenia z „hackowaniem”, ale podjąłem to wyzwanie, bo chciałem Jackowi zrobić jakąś przysługę. W końcu zrezygnowałem, bo zdałem sobie sprawę, że nie jestem lepszym hackerem niż mechanikiem. Udało mi się za bitcoiny kupić dane logowania do sieci od anonimowego hackera i Jacek został podłączony do internetu.

Pod koniec stycznia pojechałem na swój jacht do Nowego Jorku. Po trzech tygodniach na jachcie Jacka, słuchając dużo morskich opowieści, czułem, że załapałem bakcyla do pływania. Ponieważ nikt nie chciał dołączyć do mnie w tak mroźną pogodę, musiałem się nauczyć samotnego żeglowania.

Jacka spotkałem jeszcze kilka razy. Kiedy się dowiedziałem, że dokuje swój jacht przy wybrzeżu Virginii, podążyłem za nim swoją łódką. Żeby być blisko mojego guru, musiałem cały tydzień około 10 godzin dojeżdżać do Nowego Jorku żeby uczyć studentów i spać na podłodze w swoim biurze na uczelni. Kiedy Jackowi zepsuł się maszt, żałowałem, że mnie tam nie było, aby podpatrzeć go podczas naprawy.

W lipcu 2018 roku nadarzyła się okazja do przepłynięcia z Jackiem Atlantyku. Podczas rejsu ledwo mi pozwolił zmienić żagle i brać udział w nocnych wachtach. Samoster i generator wiatrowy robiły za mnie większość roboty. Złapała nas burza. Zerwało nam żagle, roztrzaskał się wiatrak. Jacek musiał wiele czasu poświęcić naprawie latarni z taniego sklepu „dolarowca”. Naprawiliśmy wszystko, zanim dopłynęliśmy na Azory. Cieszyłem się, że można było się czegoś nauczyć!

DK: Jaką trasę rejsu planujecie?
PK: Popłyniemy na Azory, potem wzdłuż wybrzeża Europy, do Szczecina. Tylko nie jestem pewien, czy wystarczy na to czasu. Może jednak na ten sezon zostaniemy w Niemczech. Wypłynęliśmy za późno i we wrześniu zaczynają się zajęcia na praskiej uczelni.
Po wypłynięciu śledziliśmy łódź Jacka przez trzy dni, używając VHF, potem straciliśmy połączenie.

DK: Kto jest twoją „prawą ręką”?
PK: Dwie osoby najbardziej mi pomogły w przygotowaniu tej podróży: Esther i Travis. Moje szczególne podziękowania należą się Janowi Aniołowi, który uczestniczył w próbnym rejsie do Virginii i pomagał nam bezinteresownie, gdyż nie miał zamiaru popłynąć przez Atlantyk. Jan kupił bilet lotniczy do Nowego Jorku, żeby mnie odwiedzić i poznać to miasto z innej perspektywy. Był jednak elastyczny i zamiast zwiedzania popłynął z nami w rejs do Virginii i cały swój urlop spędził przy naprawie i przeróbce żagli.

Rejs pewnie by się nie odbył bez umiejętności mechanika Travisa. Omawialiśmy codziennie różne szczegóły techniczne. Dostałem od niego wiele potrzebnych części za darmo. Travis nauczył mnie dobrej praktyki żeglarskiej. Wie, jak pracować na jachcie i zna standardy pływania, natomiast ja jestem większym śmiałkiem, energicznie rzucam się w improwizacje. Myślę, że się wzajemnie inspirujemy. Jan Anioł naszą współpracę porównał do bohaterów czeskiej wieczorynki „Sąsiedzi”.

Wreszcie osoba, która mnie wspierała podczas rejsu – Esther, faktycznie spadła mi z nieba. Nie tylko harowała więcej niż wszyscy, ale też z uśmiechem na twarzy rozwiązywała konflikty społeczne. Chociaż nie miała żeglarskiego doświadczenia, ani znajomości prac konserwatorskich, zawsze zaskakiwała mnie szybkością, z jaką uczyła się nowych rzeczy. Pewnego razu podczas składania dławicy byłem wkurzony, bliski przeklinania. Wtedy zaoferowała mi swoją pomoc. Tylko przez grzeczność pozwoliłem jej to zrobić, bo sam byłem wykończony i skaleczony, więc dałem jej szansę.
Pracowała w szybszym tempie ode mnie i cały czas się uśmiechała i na jej rękach nie było śladu po zadrapaniach. Sprawdziła się lepiej ode mnie i kolegi Anioła. Kiedy skończyła, zapytałem ją, jak może być w dobrym humorze po tylu godzinach nieprzerwanej, nużącej i monotonnej pracy. Odpowiedziała: – „Miałam w słuchawkach program radiowy o mitologii starożytnej Grecji i w tym czasie udało mi się to zrobić”.

DK: Na koniec chciałabym zadać ci osobiste pytanie. Jaki miałeś, jako dziecko, stosunek do morza i do wody?
PK: Kiedy miałem trzy lata, byliśmy z całą rodziną w ówczesnej Jugosławii na wczasach nad morzem, na terenie dzisiejszej Chorwacji. Morze mi się wtedy bardzo spodobało.
Moja siostra wcześniej brała udział w zawodach pływackich. Uwielbiała chodzić na basen. Ja basenu nie cierpiałem. Zimny niebieski kolor działał na mnie ponuro, chlor śmierdział. Moje cierpienie skłoniło rodziców do tego, że przestali mnie zmuszać do uczęszczania na te zajęcia.

Następne wspomnienie to właśnie te fantastyczne wakacje w Jugosławii. Przyjechałem zachwycony. Oglądałem wtedy bajkę Dysney’a, jak kaczory kopiąc głęboko w piasku dotarli aż na plażę nad morzem. W przedszkolu mieliśmy piaskownicę i ja tam godzinami grzebałem głębiej i głębiej. Nauczycielka potem zapytała się mojej mamy co się ze mną dzieje, dlaczego ciągle kopię dziury? A ja wtedy myślałem, że się podkopię aż do morza i ucieknę z tego głupiego przedszkola… To chyba wszystko na ten temat.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wiadomość z 5 września 2019 z profilu facebookowego Pawła:
„Wczoraj wieczorem bezpiecznie dotarliśmy do Bremy i zadokowaliśmy łódź. O ile przejście przez Atlantyk nie było trudne, o tyle podróż z La Coruny do Bremy była pełna przygód. Dzięki szczęściu, które nas nie opuszczało, udało nam się przetrwać bez poważnego uszkodzenia jachtu. Wkrótce udostępnię zdjęcia i filmy.
Wielkie podziękowania dla wszystkich ludzi, którzy sprawili, że ta podróż się odbyła!, wszystkim tym, którzy udzielali mi porad i wsparcia w przygotowaniach do rejsu.
Moja przygoda zaczęła się od Toma Millera, który sprzedał mi pierwszą łódkę Amarena i zainteresował mnie „Duchem Wody”. Pierwszą osobą, którą spotkałem na City Island, gdzie stała moja łódka, był Mike Bird. To on mnie wciągnął w to środowisko, w świat jachtów i żeglarzy.
Specjalne podziękowania należą się mojemu Wydziałowi Ekonomii NYU, którego profesorowie (zwłaszcza mój doradca i żeglarz Ennio Stachetti) tolerowali mój koczowniczy tryb życia przez całe osiem lat studiów doktoranckich i jeszcze wspierali mnie w poszukiwaniu pracy.
Nigdy bym nie kupił mojej obecnej łodzi White Bird, gdyby cztery lata temu Adva Yemini nie nalegała, abyśmy kontynuowali jazdę na rowerze po Brooklynie w poszukiwaniu marin nadających się na dokowanie dwóch łodzi, które wtedy posiadałem. Mocno wiało i padał deszcz, byliśmy już przemarznięci z biwakowania na ulicy, Adva jednak nalegała, żebyśmy jeszcze sprawdzili przystań Gateway (dziś Moonbeam Marina), gdzie zobaczyłem duży napis: „Łodzie na sprzedaż”. Zauroczył mnie jacht typ: Cheoy Lee Offshore (rzekomo jedyny z okrągłym stołem w mesie). Kupiłem tę łódkę. Adva uwielbiała ją dekorować. Wykorzystywała swój talent do wyczucia detalu i elegancji, aby jeszcze spotęgować jej piękno.
Podekscytowanie ze zdobycia jachtu nie trwało długo. Przez półtora roku stawiałem czoła wyzwaniom, remontom i finansowania jachtu przez wynajem w Airbnb. Wyobraźcie sobie, że macie trzy jachty do wynajęcia w różnych odległych od siebie częściach Nowego Jorku i nie macie samochodu, tylko stary rower i podręczny wózek. Pomimo, że dostawałem pozytywne oceny od gości, który spali na jachtach, ledwo byłem w stanie pokryć wydatki. Podczas tego zmagania się odkryłem, że mogę zarobić podwójną ilość pieniędzy w Akademii Biznesu, po przeciwnej stronie NYU, udzielając lekcji matematyki. W ten sposób znalazłem czas i energię na początki żeglowania na „Białej Ptaszynie”.

Szczęśliwy traf losu przyprowadził mnie do Polskiego Klubu Żeglarskiego, który znajduje się w marinie, gdzie kupiłem White Bird. Dzięki członkom tego klubu udało się uruchomić silnik Volvo, 40-latka, który został mi sprzedany jako niesprawny. Nie mogę zapomnieć o wielkim wsparciu Marka Kurka (aktualnie vice-komandora klubu), mojego sąsiada w marinie, który naprawdę się o mnie troszczył. Dziękuję również wiele razy wspominanemu Jackowi Rajchowi, który mnie zainspirował do tego, żebym się stał żeglarzem, a nie tylko niemądrym właścicielem łodzi. Podczas wspólnego rejsu z tym legendarnym kapitanem poznałem Doubravkę Krautschneider, córkę dwóch wielkich czesko-polskich żeglarzy, która wraz z swoją mamą Małgorzatą nie tylko zapewniły mi wsparcie, ale także dały poczucie opiekuńczej rodziny w Nowym Jorku. (…)
Na koniec wielkie podziękowania również dla Karola Cześnikowskiego (PL) i Ondry Ruckiego (CZ), którzy byli moją załogą przez większą część europejskiego rejsu i świetnie się bawili, pomimo intensywnych zajęć oraz trudnych warunków do odpoczynku. Gdyby nie zdecydowali się spontanicznie dołączyć do nas w ostatnim etapie podróży, musiałbym jacht zostawić w Hiszpanii.
I WRESZCIE: WIELKIE DZIĘKI NEPTUNOWI ZA CZUWANIE NAD BEZPIECZEŃSTWEM ŁODZI I ZAŁOGI PRZEZ CAŁY CZAS REJSU!

image1(9)

DSC01291  DSC01294  DSC03610  DSC03622  image1(1)  image1(4)

image1(7)

image1(6)

Wywiad oraz tłumaczenie z języka angielskiego: Doubravka Krautschneider, 2019r.
Zdjęcia: Paweł Kocourek, Małgorzata Krautschneider.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Artykuły o ludziach mieszkających na wodzie w Nowym Jorku (między innymi – Pavel Kocourek)
https://nypost.com/2016/08/31/the-crazy-but-true-tales-of-new-yorkers-who-live-on-boats/
https://www.nytimes.com/2019/04/26/realestate/house-boat-living.html
Artykuły w czeskich mediach:
https://wave.rozhlas.cz/zit-jako-kdybych-byl-porad-na-cestach-pavel-kocourek-vyzkousel-studium-v-ny-7588172
Film nakręcony przez brazylijską telewizję:
https://www.facebook.com/pakopublic/videos/10161886585245427/

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pavel Kocourekabsolwent Uniwersytetu Zachodnioczeskiego w Pilźnie (University of Western Bohemia; matematyka, finanse; 2008r.), uniwersytetu na Tajwanie (National Sun Yat-sen University), uniwersytetu w Barcelonie, doktorat z ekonomii na New York University; wcześniej laureat międzynarodowych olimpiad matematycznych (2005: Silver Medal, 46th International Mathematical Olympiad, 2003: Bronze Medal, 44th International Mathematical Olympiad). Rejs oceaniczny, załogowy z USA do Europy zakupionym w Stanach jachtem.

Doubravka Krautschneider – jest teatrologiem z wykształcenia i zamiłowania. Obecnie przebywa w USA gdzie zajmuje się animacją kultury, prowadzi warsztaty teatralne, pisze recenzje do portalu www.scena.cz i do polskich mediów. Śpiewa w polonijnym chórze. Córka Małgorzaty i Rudy Krautschneiderów.