Archiwa kategorii: Artykuły

Grzegorz Węgrzyn: Przerwany rejs. „Regina R”: Pacyfik…

Żeglarstwo przy dużej sile przyciągania do zmierzenia się z pokusą horyzontu ciągle niesie z sobą element ryzyka, niepewności osiągnięcia zamierzonego celu. Dalekie rejsy oceaniczne, a już z pewnością samotne, są dla wielu wyzwaniem, któremu trudno się oprzeć; swoistym celem życiowym  na drodze żeglarskich dokonań. I choć otwierające się za widnokręgiem bogactwo i inność świata oszałamia, wciąga to zwykłe, życiowe kłopoty i problemy nie znikają, a wręcz przeciwnie kumulując się, prawie niezauważenie potrafią przybierać coraz większe rozmiary, by w niespodziewanym momencie brutalnie przerwać cienką linię zamierzonego kursu…                                                                                                                                                                           (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Regina R: Pacyfik…                      

Grzegorz WęgrzynAhoj przygodo!

Ostatnią swoją relację z rejsu zakończyłem zdaniem: ”Dalej już chyba pisać nie będę…”.

Minęło jednak trochę czasu i zdanie zmieniłem, nie ukrywam, że za namową redakcji Zeszytów Żeglarskich. Użyli argumentów, których nie sposób było nie uwzględnić. W międzyczasie został wydany protokół Państwowej Komisji Badania Wypadków Morskich, z którym w dużym stopniu się nie zgadzam. Ale jak to w życiu bywa, urzędnicy swoje, a ja swoje. Dzisiaj mam zamiar przedstawić fakty zapisane w dzienniku pokładowym. No, a teraz „do brzegu”:

Dnia 08.04.2017r. o godz.2100 idę spać, jacht płynie w samosterowności z V=3,5 kt, morze 5-6˚B, wiatr S 5, niebo X.                                                                                                                                 Godz. 2300 jacht robi zwrot, zrzuca mnie z koi. Wychodzę do kokpitu, patrzę co się dzieje.             Godz.2330 stwierdzam, że ster nie działa, F dół. Zapisuję pozycję w dzienniku pokładowym:          λ=154,13˚ W ; φ=46,24˚ N.

Podejmuję decyzję: zaczekać do rana i zobaczyć wszystko dokładniej…

Grzegorz Węgrzyn

___________________________________________________________________________________________________

Grzegorz Węgrzyn – ur. 1952r. w Zwierzyńcu n/Wieprzem; żeglarstwo morskie uprawia od 1976 r. w szczecińskich klubach: HOM, LOK, Stal Stocznia; w 1983 i 1984r żegluje w załodze s/y „Karfi” pod kpt. Zbigniewem Rogowskim w Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski (Mistrzostwo Polski); żeglował na Bałtyku, Morzu Północnym, Adriatyku, Morzu Czarnym; brał udział w wyprawie „Islandia 2009” na s/y „Stary”(kpt. M. Krzeptowski) w 50. rocznicę rejsu s/y „Witeż II”, w wyprawie J. Kurbiela na Grenlandię (2010) i na Svalbard (z kpt. K. Różańskim) w 2011r; w czerwcu 2015r. na jachcie „Regina R” wypłynął w rejs, z pierwotnym zamiarem samotnego, non-stop opłynięcia Ziemi, z którego to zamiaru żeglarz wycofał się na Atlantyku, a rejs przerwany został 15.04.2017r na Pacyfiku z powodu awarii steru i utraty jachtu.

 

(zs + Tomasz (Tomek) Głowacki): Po co nam żaglowce….

Po co nam żaglowce?…

No, właśnie: „Po co..?” W dobie raczkujących lotów kosmicznych, pomysłach na lądowania, a nawet rozważanych projektach zasiedlania innych planet, eksploracji pozaziemskiej zdawałoby się, że wykorzystanie wiatru na Ziemi jako siły napędowej jednostek wodnych to pieśń przeszłości, co najwyżej rozrywka dla bogatych.

Ale mocno eksploatowana Ziemia z dziwnie zmieniającym się klimatem, z rosnącą populacją ludzi przy drastycznie zmniejszającej się bioróżnorodności (zaledwie 3% biomasy kręgowców to zwierzęta dziko żyjące, pozostałe 30% to człowiek i aż 67% to zwierzęta hodowane przez człowieka dla celów głównie konsumpcyjnych), z topniejącymi lodowcami i zalewem trudno degradowanych odpadów wymusza poszukiwania bezpieczniejszych dla środowiska metod rozwoju energetycznego, transportowego, cywilizacyjnego. 

Idea wykorzystania wiatru w komercyjnej żegludze co rusz odżywa w pomysłach projektantów okrętowych. Korzyści mogą być znaczne, zważywszy na ograniczone i coraz kosztowniejsze pozyskiwanie paliw kopalnych do napędu silników okrętowych. Problemy techniczne?…, sprawność ożaglowania?…, ależ to są tylko wyzwania dla wyobraźni i nauki, dla postępu technicznego. Tym bardziej zaprzątające niejedną głowę w różnych stronach świata.

Rozpoczynamy cykl tematyczny pod roboczym tytułem „Po co nam żaglowce?…” wierząc, że „białe żagle” nie przeszły do lamusa, że przed nami „rewolucja” techniczna, która zatrzyma degradację planety, a przynajmniej ograniczy eksploatację paliw kopalnych, zmniejszy fatalne dla środowiska skutki przemysłu petrochemicznego, przemysłu tworzyw sztucznych, że wykorzystanie wiatru w żegludze, transporcie wodnym, ale także kształtowanie lepszego zrozumienia między społecznościami, w globalnym współistnieniu i współdziałaniu, że to jest wyzwanie przyszłości, które winniśmy podjąć, bo… ono jest – to wyzwanie – a taka już jest natura człowieka, że wyzwania podejmuje, że stawia pytania i szuka odpowiedzi, odwiecznie poszukuje przyczyny…                     (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tomasz (Tomek) M. Głowacki

8. jpeg 9. jpeg   Szesnaście (16 !!) największych statków wytwarza więcej zanieczyszczeń niż wszystkie samochody na świecie. Gdyby przemysł spedycyjny towarów był krajem, byłby szóstym (!) największym na świecie krajem zanieczyszczającym środowisko naturalne Ziemi. Zanieczyszczenia o których mowa to tlenki siarki (SOx) i tlenki azotu (NOx). Taka informacja musi rozbudzić wyobraźnię!

Czy zmiany klimatyczne są zasługą człowieka czy nie, jedno jest pewne, że to my, ludzkość zanieczyszczamy świat, wycinamy lasy, niszczymy środowisko i produkujemy tyle energii, że gdyby tę energię przedstawić w formie bomb atomowych to w każdej sekundzie cztery bomby o wartości cieplnej bomby zrzuconej na Hiroszimę, spadają na Ziemię. Albo inaczej: w każdej godzinie jedna taka bomba spada na każdy blok o powierzchni 20 km x 20 km pokrywając całą kulę ziemską. W tych dwóch dziedzinach: zanieczyszczenia i ilość wytwarzanej energii wiele dobrego można zrobić. Do takich czynów są potrzebni liderzy.

Dzisiaj Polska potrzebuje silnych, dojrzałych politycznie liderów dla przemysłu, zadań społecznych i obrony narodowej. Gdzie lepiej, jak nie na morzu, w środowisku naturalnym i wymagającym można wychowywać pokolenie, które stanie na czele ważnych przedsięwzięć politycznych, środowiskowych i społecznych?

Wychowując młodzież na morzu, można „ubić trzy kaczki jednym strzałem”:

  • Transport
  • Środowisko naturalne
  • Szkoła życia

TRANSPORT

Gdy w Rzymie brakowało żywności (było to w 56 r.p.n.e.), Pompejusz (Gnejusz Pompejusz Wielki – rzymski polityk i dowódca wojskowy) popłynął do Afryki, by przywieźć zasoby żywności. Kiedy statki były obładowane ziarnem, burza powstrzymała ich przed opuszczeniem portu. Żeglarze bali się żeglować po wzburzonych wodach. Pompejusz najpierw podniósł żagle, wyrwał kotwicę i krzyknął: „Navigare necesse est, vivere non est necesse” – „Żeglowanie jest konieczne, życie nie jest konieczne”.

1. jpeg                                                                                TRANSPORT                                                                                                                                                                                             „Navigare necesse est,…”

W naszych czasach powinniśmy krzyczeć: „Żeglowanie jest konieczne, ponieważ od tego zależy nasze życie” ponieważ kraje nawzajem uzupełniają się zasobami. Obecnie istnieje już ponad 30 firm na całym świecie, które zajmują się przewożeniem towarów, na razie na małą skalę, małymi żaglowcami, w ten sposób przyczyniając się do zmniejszenia zanieczyszczeń.

ŚRODOWISKO NATURALNE

„Natura jest niewinna, bogata – ale bezlitosna. Wykorzystujemy jej zasoby, a ona reaguje jak lustro, odzwierciedlając nasze obżarstwo i plądrowanie malejących zasobów zanieczyszczeniami, nieczystym powietrzem, toksyczną żywnością i rakotwórczymi produktami ubocznych technologii. Zmieniając nasze otoczenie, aby odpowiadało naszym krótkowzrocznym ambicjom, ryzykujemy przetrwanie ludzkości ”. – Dr Denis Waitley („Psychologia zwycięstwa”).

2. jpeg                                                                               ŚRODOWISKO NATURALNE                                                                               „Environmental Sailing Academy”

Pytanie jak wychowywać następne pokolenia aby zredukować zniszczenia i ograniczyć zaborczość.

SZKOŁA ŻYCIA

„Najsmutniejszym aspektem życia jest to, że nauka gromadzi wiedzę szybciej niż społeczeństwo gromadzi mądrość” pisał Isaac Asimov (1920-1992). Natomiast Herbert George Wells (1866–1946) tak określał panującą sytuację już w latach 40-tych poprzedniego stulecia: „Historia ludzkości staje się coraz bardziej wyścigiem pomiędzy edukacją a katastrofą”.

3. jpeg                                                                            SZKOŁA ŻYCIA                                                                                         „Przez ciężką prac, sprawność fizyczną, potęgę ducha i braterstwo”.

Oto jak absolwenci rejsów na żaglowcach (lub ich rodzice) mówią o wrażeniach i zdobytym doświadczeniu na morzu.

Przeżyłem na pokładzie wiele chwil pięknych i ciężkich. Zahartowałem się i dojrzałem. Dzięki rejsowi zobaczyłem świat i wiem, ile jest wart. Inaczej patrzę na wiele spraw.

To nie była wycieczka, lecz… klasówka z życia.

…najważniejszą korzyść, jaką wynieśliśmy z podróży, to to, że wkroczyliśmy w dorosłe życie. W czasie rejsu nikt nikogo nie prowadził za rączkę, tak jak w domu czy w szkole. We wszystkich sytuacjach sami musieliśmy sobie radzić.

Nauczyliśmy się solidnie pracować, wykonywać takie czynności, jakich nigdy nie robiliśmy. Inaczej patrzymy na mnóstwo spraw… Może inaczej myślimy. Dla nas ten rejs był szkołą życia.

Płynąc w tak długi i trudny rejs chciałem przede wszystkim sprawdzić się i udowodnić sobie, że do czegoś się nadaję. Jak dotąd byłem bez idei i wydaje mi się, że zajmowałem się bardzo przyziemnymi sprawami i rzeczami. Rejs był czymś większym. Udowodnił mi, że potrafię pracować, być samodzielnym, zdanym na własne siły.  

                                                                                                          
Poznałem wielu ciekawych ludzi. Ludzie ci przekonali mnie, że aby liczyć się w życiu i być człowiekiem wartościowym, należy posiąść jak najwięcej umiejętności (języki, itd). Poza tym udowodnili, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Poznałem swoje prawdziwe możliwości i przekonałem się, że są o wiele większe, niż mi się wydawało. Od kolegów nauczyłem się współżycia z ludźmi.
To była „szkoła życia”, a nie „normalna” szkoła […]. To jeden z przełomowych momentów w moim życiu. Znacząco wpłynął na moje dalsze losy.

Właśnie dzięki temu rejsowi uwierzyłem, że jak się chce, to można zrobić wszystko.

…propagowana przez Pana (K. Baranowskiego – przyp. red.) od tylu lat idea nauki przez żeglowanie nie tylko nie uległa dezaktualizacji, ale w dobie internetu zyskała nowy wymiar, poprzez nawiązanie do pierwotnych, ogólnoludzkich i uniwersalnych wartości: przyjaźni, odpowiedzialności i solidarności, stając się pożądaną przez młodych ludzi alternatywą dla elektronicznego nowinkarstwa.

To tylko kilka fragmentów udostępnionych mi przez kapitana Krzysztofa Baranowskiego z rejsów na „Pogorii” i „Chopinie”. Nie da się położyć na wadze wartości zdobytych z takich rejsów, a szczególnie w porównaniu z lenistwem, brakiem tolerancji lub nałogiem do narkotyków.
W Nowej Zelandii działa od lat, bardzo prężnie, statek szkoleniowy “Spirit of New Zealand”. Wypowiedzi absolwentów tych rejsów są podobne, a badania Uniwersytetu Otago w Dunedin potwierdzają u absolwentów takich rejsów lepsze przystosowanie do życia, pewność siebie i pozytywne usposobienie. Jeżeli na populację Nowej Zelandii, która liczy niecałe 5 milionów ludności, przypada jeden żaglowiec treningowy, to Polska aby zachować podobne proporcje powinna posiadać dziesięć (10!) takich żaglowców.

Były i są w Polsce próby zebrania funduszy na tego typu statek, ale zwykle spalają na panewce. Tymczasem wystarczy zrezygnować z zakupu jednego odrzutowca F-35, którego koszty wahają się w granicach 94 – 122 milionów dolarów amerykańskich, aby za te pieniądze wybudować (w Polskich stoczniach) co najmniej pięć (5!) żaglowców i jeszcze mieć na początkową ich eksploatację. Nie mówiąc już o ubocznych skutkach, takich jak: zatrudnienie setek ludzi przy ich produkcji oraz umocnienie polskiego wizerunku w świecie żeglarskim.

Statki obecnie funkcjonujące w przewozie towarów:

4. jpeg                                                                                                                      „Tres Hombres” – brygantyna (128 GT).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„Nordlys” – kecz (48GT)

6. jpeg                                                                                          „Kwai” – sailing vessel (179RT).

Takie statki mogą i powinny na siebie zarabiać przewozem towarów, przewozem turystów i organizowaniem konferencji na ich pokładach. Wartości szkoleniowe są bezcenne.

Tomasz (Tomek) Głowacki ( Auckland, Nowa Zelandia)

___________________________________________________________________________________________________

Tomasz M. GłowackiTomek M. Głowackiurodzony i wychowany w Polsce. Jachtowy kpt.ż.w, inż. mechanik, konstruktor jachtów, certyfikowany project manager, specjalista w zakresie jakości i ciągłego usprawniania produkcji (Lean Six Sigma Black Belt), wykładowca budowy jachtów na uniwersytecie w Auckland. Pracował przy znaczących projektach w takich krajach jak Polska (m.in. jacht „Spaniel”), Nowa Zelandia, Australia, United Arab Emirates i American Samoa. Prowadzi firmę konsultingową – projektowanie statków oraz usprawnianie stoczniowych procesów produkcyjnych. Mieszka w Nowej Zelandii.

(zs) + Periplus/Kazimierz Robak: Jimi Hendrix a sprawa polska.

Pół wieku temu na farmie w miejscowości Woodstock…. chyba wszystkich elektryzuje ta nazwa, a to co się wtedy tam wydarzyło na lata zmieniło młodzieżową, rockową scenę muzyczną, młodzieżową subkulturę, ale, że nie było to w …Woodstock, że Jimi Hendrix i cała jego historia, legenda… Czytajcie na stronie periplus.pl

Rok 1967: Jimi Hendrix w Monterey.

►► 1. „Wild Thing” (27 czerwca 2019)

►► 2. Jimi w Londynie (4 lipca 2019)

►► 3. Instrument w drzazgi (11 lipca 2019)

►► 4. Płonąca gitara (18 lipca 2019)

►► 5. Powiększenie (25 lipca 2019)

►► 6. The Troggs (1 sierpnia 2019)

Rok 1967 i dalej: Jimi Hendrix po Monterey.

►► 7. Z górki, ale pod górę (8 sierpnia 2019)

►► 8. The Monkees (15 sierpnia 2019)

►► 9. 50 lat temu (18 sierpnia 2019)

►► 10. Zenon Szostak: Hendrix a sprawa polska (22 sierpnia 2019)

►► 11. Ta trzecia (29 sierpnia 2019)

Dzięki uprzejmości Redaktora periplus.pl  dywagacje na temat: „Jimi Hendrix – hymn amerykański – Fitzgerald – Conrad” zostały włączone w cykl artykułów Kazimierza Robaka o Jimi Hendrixie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

(zs): Hendrix a sprawa polska.

„A nawiasem mówiąc…” – tak mawiał Ludek Mączka, po czym snuł opowieść na inny temat.

A nawiasem mówiąc…
Jimi Hendrix podczas Festiwalu Woodstock w 1969, w rockowej, energetycznej interpretacji zagrał amerykański hymn „The Star-Spangled Banner”.

01_HENDRIX_JIMI_500x660

Słowa tej pieśni – bo hymnem została później – napisał w 1814 roku Francis Scott Key.

02_Francis_Scott_Key

Jego dalekim kuzynem (?) w następnym wieku będzie pisarz, którego pełne imię i nazwisko brzmi Francis Scott Key Fitzgerald – autor m.in. powieści Wielki Gatsby, Czuła jest noc, Piękni i przeklęci. Znak zapytania jest stąd, że po angielsku ten stopień pokrewieństwa określa się: „second cousin, three times removed”, co znaczy, że dwaj panowie Francisowie mieli wspólnych pra-pra-pra-dziadków od strony brata pra-pra-babki po kądzieli, czyli ze strony matki.

A nawiasem mówiąc…

Francis Scott Key miał jedenaścioro dzieci. Były to: Elizabeth Phoebe, Maria Lloyd, Francis Scott Jr.; John Ross, Ann Arnold, Edward Lloyd, Daniel Murray, Philip Barton Jr., Ellen Lloyd, Mary Alicia Lloyd, Charles Henry.

Jeden z synów, Philip Barton Key II, waszyngtoński prokurator okręgowy, był jednocześnie jednym z największych stołecznych kobieciarzy i miał przydomek najprzystojniejszego mężczyzny w stolicy. Pośrednio dzięki temu przeszedł do historii: 27 lutego 1859 zazdrosny mąż jednej z uwiedzionych dam, krzycząc: „Key, ty draniu! Znieważyłeś mój dom, musisz umrzeć!”, zastrzelił Philipa Burtona na waszyngtońskiej ulicy.
Morderstwo, jakich wiele, nawet zważywszy to, że Key był bez broni. Mąż-morderca – prawnik, wojskowy (dosłuży się stopnia generała), notoryczny rozpustnik, dyplomata i kongresman (czyli poseł) – podczas procesu za linię obrony przyjął „okresową niepoczytalność”, która popchnęła go do zbrodni w afekcie i na tej podstawie sąd go uniewinnił. Było to pierwsze – a więc historyczne – użycie „okresowej niepoczytalności” w amerykańskim prawie.

03_Teresa_SicklesTeresa da Ponte Bagioli Sickles (1836-1867), dama uwiedziona przez Philipa Bartona Jr.
Była wnuczką Lorenza Da Ponte – librecisty Mozarta i mówiła pięcioma językami. Mąż, który uwiódł ją przed ślubem, gdy miała 15 lat, najpierw zostawił brzemienną żonę w domu i pojechał w misję dyplomatyczną do Londynu z prostytutką, którą pod fałszywym nazwiskiem (swego oponenta politycznego – prasa wychwyciła to natychmiast) przedstawił królowej Wiktorii, później – otwarcie żonę zaniedbywał na korzyść innych kobiet, następnie zastrzelił na ulicy nieuzbrojonego kochanka Teresy, wreszcie – uniewinniony za „działanie w afekcie w stanie tymczasowej niepoczytalności” – „pogodził się z żoną i jej przebaczył”, choć trzymał ją do końca życia w odosobnieniu, co ułatwiał mu towarzyski ostracyzm wobec Teresy. Część prasy nazwała morderstwo „oczyszczaniem społeczeństwa z elementów amoralnych” i „wybawieniem waszyngtońskich dam od tego łajdaka Key’a”, a opinia publiczna ze zgrozą przyjęła fakt wybaczenia wiarołomnej.
Teresa Sicles zmarła na gruźlicę, mając 31 lat.

Jednak z córek Francisa Scotta, urodzona w 1823 roku Ellen Lloyd, wyszła w 1846 roku za mąż za porucznika Simona Frasera Blunta. W małżeństwie tym urodziła się trójka dzieci: Alice Key (ur. 1847), John Young Mason (1849) i Mary Lloyd (1850).

Porucznik, a później kapitan Simon F. Blunt (1820) – nawiasem mówiąc – był ciekawą postacią. Zaciągnął się do marynarki wojennej USA i na jednym z okrętów, jako dyplomowany midszypman specjalizujący się w kartografii, uczestniczył w latach 1838-1842 w ekspedycji Wilkesa, która eksplorowała Pacyfik i „morza południowe” (dopływając do Antarktydy), kładąc podwaliny pod rozwój amerykańskiej oceanografii. Ukończył Akademię Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Annapolis, a następnie, w latach 1849-1850, skartował Zatokę San Francisco i część wybrzeża Kalifornii. W roku 1853 został kapitanem żagloparowca pocztowego SS Winfield Scott kursującego między San Francisco a Panama City.

04_SS Winfield Scott_Sailing_1853-11-30

Niestety: płynąc do Los Angeles, przekonany, że zna doskonale akwen, 1 grudnia 1853 wybrał trasę na skróty, niedostatecznie zmniejszył prędkość we mgle i nie uwzględnił prądu, który zniósł jego statek z kursu prosto na wyspę Middle Anacapa.

05_SS_Winfield_Scott_3_GRAY_sm
Wszystkich pasażerów (około pięciuset) ewakuowano bezpiecznie, poczta i skarbiec (sztaby złota wartości 2 miliony dolarów) – ocalały, ale jednostka była stracona.
Pięć miesięcy później, 27 kwietnia 1854, w Baltimore, gdzie musiał wyjaśniać przyczyny katastrofy, niespełna 36-letni Simon F. Blunt zmarł, osierocając trójkę dzieci i czyniąc 31-letnią Ellen Lloyd wdową.
W roku 1861 Ellen Lloyd Key Blunt wyjechała wraz z dziećmi do Paryża. Pamiętamy: jej średnim był syn, John Young Mason Blunt.
W Paryżu, po przegranej wojnie francusko-pruskiej, zaczęły się radykalizować nastroje społeczne. Po zrywie i upadku rewolucyjnej Komuny Paryskiej (1871) młody John Young Mason, mający już za sobą imponujący staż wojskowy, zaczął bywać w Marsylii i wdał się w przerzuty broni dla oddziałów hiszpańskiego pretendenta do tronów – tak: hiszpańskiego i francuskiego – którym był książę Madrytu Karol Burbon – Don Carlos, czyli: Carlos María de los Dolores Juan Isidro José Francisco Quirino Antonio Miguel Gabriel Rafael de Borbón y Austria-Este.

06_Don_Carlos_de_Borbón_smoking_sm

W brawurowych akcjach na małej „balancelle” Tremolino uczestniczył także młody, niespełna dwudziestoletni emigrant polski Konrad Korzeniowski – współwłaściciel owego stateczku!

07_Balancelle_espanole_1880_boat_planHiszpańska dwumasztowa „balancelle” z 1880 roku

„Monsieur Georges” – bo tak nazywali go marsylscy znajomi, kompani, przyjaciele – dysponował znaczną gotówką, bywał w lepszym towarzystwie, w teatrze, operze, w kawiarniach, ale i w tawernach przy bulwarach starego portu (Le Vieux Port) w starożytnym mieście Massilia, w którym aż wrzało od różnych nierzadko ciemnych spraw, afer, interesów. Do tego podkochiwał się w młodej Węgierce, Pauli Horvath, znanej jako baronowa Paula de Somoggyi (a może markiza de Trabadelo?) i przez nią został wciągnięty w owe przemytnicze działania zwolenników Don Carlosa, tzw. ruchu karlistowskiego. Taka jest wersja owych miłosnych i politycznych namiętności według Jerry Allen, amerykańskiej dziennikarki i pisarki, autorki Morskie lata Josepha Conrada i The Thunder and the Sunshine – a Biography of Joseph Conrad.

08_Allen_Jerry_Morskie_lata_Conrada

Jak to zwykle bywa w takich sprawach i emocjach – poszło o kobietę i honor, a skończyło się pojedynkiem na pistolety: Korzeniowski – pozywający vs. Blunt. Czy rzeczywiście powodem pojedynku z oficerem kawalerii kapitanem Bluntem była piękna Baskijka, doña Rita de Lastaola – „bogini karlistowska” również związana ze zwolennikami Don Carlosa?

09_Conrad_The_Arrow_of_Gold

Echa tej wersji pobrzmiewają na kartach opowieści Josepha Conrada Złota strzała. Wiemy już przecież, że występujący tam kapitan kawalerii John Young Mason Key Blunt i jego matka, Ms. Blunt to postacie rzeczywiste. Jednak szukanie szczegółów autobiograficznych w utworach pisarza zawsze jest bardzo, ale to bardzo niepewne. Zdzisław Najder nazywa Złotą strzałę krótko: „fantazja wspomnieniowa Conrada”.

Jaki by nie był powód pojedynku, wynik okazał się krwawy: obaj postrzeleni. Z tym, że o ile Blunt został trafiony w prawe ramię, to Korzeniowskiego kula trafiła w pierś i przeszła na wylot przez lewe płuco tuż koło serca. I byłby to typowy wątek na jakieś romansidło, tyle tylko, że w rzeczywistości… pojedynku nie było! Z bardzo dużym prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością!

10_Duelling_pistols_French_1860s2Para francuskich pistoletów pojedynkowych z 1880 r.

No, ale kula w piersi przyszłego pisarza utknęła – co jest pewne i bezdyskusyjne – i był to strzał samobójczy (prawie pewne)! Jedna z wersji mówi, że był to sposób na uniknięcie powołania do armii carskiej na wojnę z Turcją (Conrad formalnie był obywatelem Cesarstwa Rosyjskiego i zgodę na zrzeczenie sie tego obywatelstwa uzyskał dopiero w roku 1889, trzy lata po otrzymaniu paszportu brytyjskiego). Inna – że była to depresja. Kolejna – że samobójstwo, było przykrywką dla rany odniesionej w zakazanym wówczas pojedynku (więc jednak!). Jeszcze inna – że historia z pojedynkiem miała kamuflować samobójstwo.
Przyczyn nie dojdziemy, ale w marcu 1878 roku krótka depesza z Marsylii, od przyjaciela Konrada niejakiego Richarda Fechta:
Conrad blessé – envoyez argent – arrivez
wyrwała Tadeusza Bobrowskiego – troskliwego wuja i opiekuna młodzieńca po śmierci rodziców – z dalekiej Ukrainy. W Marsylii był już 11 marca i pierwsze, co przyszło mu zrobić „studiując najprzód sprawę całą, następnie Indywiduum”, to… uregulować długi Konrada. Pożyczka od marsylskiego bankiera – 1706 franków, opłata za wynajmowane mieszkanie dla pani Bonnard – 1000 franków, zapłata dla gospodyni pani Fagot – 233 franki, doktorowi – 100 franków, razem – 3009 franków, czyli 1228 rubli. A jeszcze musiał zwrócić zaciągniętą przez Konrada kilka dni wcześniej pożyczkę od Fechta 800 franków (Konrad pożyczkę – owe 800 franków – natychmiast przegrał w kasynie w Monte Carlo).

Pojedynku nie było, na ślad „balancelle” (a może „felukki” albo „tartany”?) Tremolino (60 RT) – pomimo intensywnych poszukiwań w różnych archiwaliach portowych, urzędowych, policyjnych – też nie natrafiono. A baronowa de Somoggyi? A markiza de Trabadelo? A doña Rita?… Czyżby „legendy marsylskie”, jak ocenia Zdzisław Najder? Hmmm…

Pozostał uroczy szkic „Tremolino” z tomu Zwierciadło morza, o którym sam Conrad mówił, że w nim „spowiada się ze swych wzruszeń”, a Tremolino pozostał mu w pamięci jako „najdzielniejszy z drobnych stateczków”, który…

         w swej krótkiej a świetnej karierze nie nauczył mnie nic, lecz dał mi wszystko. Zawdzięczam mu obudzenie miłości do morza…

11_Conrad_Tremolino_illustr_cr_sm

I pozostała opowieść Złota strzała; może i najsłabsza, jak uważa Najder, w dorobku Conrada, ale chyba jedna z dwóch (jest jeszcze Uśmiech szczęścia) wspominająca o romansowych wątkach w życiu pisarza. W przedmowie do Złotej strzały pisał, że są w niej:
[…] przeżycia związane z wtajemniczaniem się w żywioły namiętności – poprzez ogniową próbę i udrękę, którym stawianie czoła wymagało siły decyzji i wytrwania.

12_Conrad_Zlota_strzala_sm

Na tym można by zakończyć, tyle że pozostały jeszcze poważne finansowe sprawy, o których nie omieszkał wspomnieć (i zapisać na „konto” siostrzeńca) wuj Tadeusz Bobrowski. W liście do Stefana Buszczyńskiego pisze:
[…] mając owe 3000 franków na podróż przysłane, spotkał się z dawnym swoim kapitanem, Mr Duteil – który namówił go na jakąś aferę na brzegach Hiszpanii – po prostu gatunek kontrabandy. Zaangażowawszy 1000 franków zyskał z górą 400 – to im się bardzo podobało – w drugą zaangażował wszystko – wszystko też stracili.

Przy dochodach wuja Bobrowskiego w owym czasie – głównie z dzierżawy żyznych pól Kazimierówki (ukraiński czarnoziem) – o których pisze siostrzeńcowi, a które wynosiły 5000 rubli rocznie i opłaceniu należnego Imperium Carskiemu podatku 500 rubli (co? czyli 10% od przychodu???!; zaraz, zaraz: 10%!!!, a dziś… eeech); przy kursie rubla do franka francuskiego wynoszącym wówczas około 1:2,45 wysyłane pieniądze, którymi tak obficie i przez wiele lat zasilał go wuj, stanowiły jednak bardzo poważne obciążenie domowego budżetu (Bobrowski systematycznie wspierał finansowo także innych swoich krewnych).
Roczna pensja – bo tak to trzeba nazwać – wypłacana przez wuja siostrzeńcowi, wynosząca 2000 franków rocznie, podwyższona po tym marsylskim „wypadku” do 2400 franków rocznie (plus dodatkowo dosyłane pieniądze na różne „nieprzewidziane potrzeby”) pozwalała na normalne, można rzec beztroskie, życie zważywszy, że w owym czasie roczne zarobki robotnika w fabryce wynosiły 900 franków, rzemieślnik zarabiał 1800 franków, a roczna pensja porucznika francuskiej marynarki wojennej wynosiła 2000 franków. Nic więc dziwnego, że Konrad Korzeniowski, nawet jako zwykły marynarz, dysponował gotówką większą niż kapitan statku, na którym pływał.

Tak to – zaczynając od Hendrixa, przez amerykański hymn, zahaczając o Wielkiego Gatsby’ego – doszliśmy do Conrada. I kto by pomyślał, że Jimi Hendrix – hymn amerykański – Fitzgerald – Conrad mogą mieć coś wspólnego?

13_1969-08-18_Jimi_HENDRIX

14_Blunt_John_grave_1  Gdybyśmy zaś poszli dalej, na przykład śledząc dalsze losy, których doświadczał kpt. Blunt, byłoby jeszcze ciekawiej. Bo – nawiasem mówiąc – prawdziwy John Young Mason Blunt zakończył swoją karierę wojskową w mundurze oficera armii Stanów Zjednoczonych na Filipinach. Nasze koło objęłoby więc nie tylko Monterey, Woodstock i Bethel, ale i filipińską Manilę, a to już chyba byłoby nadto.
Choć nawiasem mówiąc…

15_TRIPT3_S_C_F_sm

Przypomniałem sobie o tych powiązaniach czytając ponownie artykuł Zdzisława Najdera, napisany z okazji 75. rocznicy śmierci Conrada, zatytułowany „Sienkiewicz – Conrad – Faulkner” i zaczynający się tak:
Henryk Sienkiewicz, Joseph Conrad-Korzeniowski i William Faulkner spotkali się tylko raz.
William Faulkner, odbierając w 1950 roku literacką Nagrodę Nobla przed kamerami telewizyjnymi i w obecności szwedzkiej rodziny królewskiej, wygłosił zwyczajową w takich okolicznościach mowę, w której Sienkiewicz ze swoim „ku pokrzepieniu serc”, i Conradowska Zasada Wierności… Polecam artykuł Najdera.

(zs)
sierpień 2019
Dobór ilustracji, przypisy i red.: Periplus / Kazimierz Robak

Grzegorz Węgrzyn: Przerwany rejs. „Regina R” w Australii, Nowej Zelandii i jeszcze dalej na Pacyfiku…

Żeglarstwo przy dużej sile przyciągania do zmierzenia się z pokusą horyzontu ciągle niesie z sobą element ryzyka, niepewności osiągnięcia zamierzonego celu. Dalekie rejsy oceaniczne, a już z pewnością samotne, są dla wielu wyzwaniem, któremu trudno się oprzeć; swoistym celem życiowym  na drodze żeglarskich dokonań. I choć otwierające się za widnokręgiem bogactwo i inność świata oszałamia, wciąga to zwykłe, życiowe kłopoty i problemy nie znikają, a wręcz przeciwnie kumulując się, prawie niezauważenie potrafią przybierać coraz większe rozmiary, by w niespodziewanym momencie brutalnie przerwać cienką linię zamierzonego kursu…                                                      (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Regina R w Australii .

Grzegorz WęgrzynAhoj przygodo!

W tej relacji zamierzam dokończyć opis pobytu w Australii, przybycie do Auckland w Nowej Zelandii, wydarzenia na Pacyfiku i zakończyć na powrocie do kraju. Będzie to trudne, ze względu na ogrom materiału i dynamiczną sytuację. Trzeba zacząć, jak to się mówi, od początku.

Widok Melbourne          Po zacumowaniu w Royal Club w Melbourne w dniu 15.11.2016r. i odpoczęciu od trudów żeglugi zacząłem robić bilans zysków i strat. Nie wyglądało to strasznie, tym bardziej, że zaczęły dzwonić telefony od miejscowej Polonii z pytaniami: gdzie stoisz?, kiedy mogę Cię odwiedzić?, jakie masz potrzeby?.

Pierwszym, który odwiedził mnie na jachcie, był o. Tadeusz Roztworowski, duszpasterz Polonii australijskiej. Wiedziałem, że jest to dla mnie dobry znak i jak wszędzie dotąd wspólnota parafialna dawała mi siłę i motywacją do dalszego płynięcia. Po zabraniu mnie na Mszę Świętą i przedstawieniu wspólnocie, zostałem już u nich pod opieką do samego końca pobytu w Melbourne.

Następną jakby grupę wsparcia zorganizowali Wojtek Zagała z żoną Basią, Daniel Łuszczak, Łukasz i Paulina, a wśród młodzieży: Magda Jaskulska i Wanda Drozdowska (ze szczecińskiego Niebuszewa!) z Tygodnika Polskiego, Tomki: Szwed i Uruski, Jurek Tanewski z żoną, (syn cioci Dziuni z Simons Town), Lucynka Dymorz z całą swoją rodziną, Darek Kowalewski, Piotrek Naimski i wielu, wielu innych; za sprawą Piotrka Naimskiego remontowałem jacht na slipie w Royal Yacht Club of Victoria. W tym klubie zamontowałem samoster, panel słoneczny,wymieniłem liny takielunku, wyremontowałem część podwodną Reginy R, wszystkie te prace wykonałem przy pomocy Polonii i miejscowych żeglarzy.

Do szczególnych gości, którzy odwiedzili mnie na jachcie uważam odwiedOwiedziny P.Lidii córki kpt.H.Jaskólyziny pani Lidii Morawskiej z domu Jaskuła; tak, tak, to córka kpt. Henryka Jaskuły, na stałe mieszkająca w Brisbane, która będąc na konferencji naukowej w Melbourne znalazła czas do odwiedzenia mnie i przekazania pozdrowień od swojego taty. Sam się dziwiłem, skąd tak duże zainteresowanie moim skromnym rejsem. Otóż wyglądało to tak: Kuba Miszewski z Simons Town przekazał wiadomość o „samotnym żeglarzu” do Perth, stąd za sprawą Wieśka Marszałka i Basi Wołoszyn (szczecinianki) info dotarło do Melbourne; dalej Wojtek Zagała przekazał wiadomość do Sydney, do Mietka Wykroty, a on wraz z całym „komitetem powitalnym” czekał już na mnie na przystani w Kiribili, gdzie potoczyło się już wszystko po staremu. Tomek Giese, menadżer placu znalazł dla mnie miejsce postojowe, później zajął się uzupełnieniem drobnego osprzętu, przetartych lin i alternatywnych żagli. Potem była pierwsza niedziela, odwiedziny w kościele i poznanie o. Marcina, urodzonego w szpitalu kolejowym w Szczecinie.

Po Mszy Świętej poznałem następnego szczecinianina Adama i górala z Limanowej – Mateusza, zajmującego się opieką nad panem Józefem mieszkającym w domu starców. Poznałem jego historię dzięki Mateuszowi, który mnie zabrał w odwiedziny. Dowiedziałem się, że jako szesnastoletni chłopak rozpoczął swój szlak bojowy z wojskiem polskim w Narwiku, potem była Afryka, Europa i obóz w Szkocji. Teraz mieszka, jak wspomniałem, w Sydney, bez obywatelstwa polskiego, a jego marzeniem jest złożyć swe kości w Polsce. Mietek we współpracy z Krzyśkiem Bajkowskim zorganizowali pod patronatem „Bumeranga” grilla,W towarzystwie ziemskich aniołów na którym opowiadałem o swoim rejsie. Poznałem tutaj kolejną grupę Polonii bardzo życzliwych, chcących mi pomagać. Wśród nich pani Ania Sadurska z Polskiego Radia, Marysia, mój ziomal z Lublina, która zabrał mnie na wycieczkę w góry, ”które się zapadły”. Poznałem Magdę Zahorską i Włodka Turoskiego – działaczy Solidarności Zbiorowe zdjęcie po grillu w Sydneyz „biletem w jedną stronę”, Jacka – żeglarza, który przybył do Australii na Dwustulecie i został, jak wielu innych. Opowiadał o tym, jak to było: przypłynęło sporo łódek z Polski, a nie miał kto wracać; przylecieli zmiennicy i też zostali. Jest co opowiadać.

 

 

Ale najważniejsze spotkanie miało się odbyćSpotkani z Jurkiem Piszem i Krzyskiem Bajkowskim tuż przed moim wypłynięcie, spotkanie z Jurkiem Piszem, autorem książki Marią przez Pacyfik. Spotkanie to zasługa Krzyśka Bajkowskiego, czującego klimaty żeglarskie. Wielkim wydarzeniem dla mnie podczas pobytu w Sydney było pływanie z załogą polsko-australijską w święto narodowe Australii. Regina R „ubrana” we flagi Australii i Polski wśród setek jachtów australijskich żeglujących po zatoce zrobiła wrażenie.

Regina R na Australia Days Opera nocą

Nie wspomniałem ani razu o znajomości, którą zawarłem z Agnieszką i Stevem, moich stałych opiekunów, jak też nie wspomniałem o wielu, wielu innych przyjaciołach, o których nie zapomniałem i będę pamiętać o nich do końca życia. Dlatego chcąc podkreślić to, mówię: POLONIO AUSTRALIJSKA, JESTEŚ WSPANIAŁA.

Dnia 11. lutego 2017r. wypłynąłem z Sydney i wziąłem kurs na Auckland w Nowej Zelandii. Tam będzie czekał na mnie przedstawiciel PŻMu i być może uda mi się spotkać z Kazikiem Jasicą, drugim żeglarzem szczecińskim mieszkającym na Wyspie Północnej. Morze Tasmana nie jest akwenem przyjaznym żeglarzom, a szczególnie gdy się chce płynąć pod wiatr i silny prąd. Po trzech tygodniach żeglugi w wiatrach wiejących z różnych kierunków i o sile od 4-7o B wpłynąłem do zatoki Gulf Harbour Marina w Whangaparaoa Peninsula. Coast Guard nie pozwala mi wejść do portu, bez odprawy celnej i kwarantanny zrobionej w Auckland. Rzucam kotwicę, łapię kontakt z przedstawicielem PŻMu Przemkiem Janasikiem. Przypływa policja i Border Force; robią odprawę, dają współrzędne do kwarantanny. Stawiam żagle przy spokojnej wodzie i baksztagiem płynę do Auckland. Cumuję przy nabrzeżu kwarantanny. Jest piąty marzec 2017r. godz. 2100, idę spać, w końcu sen na prostej wodzie.

W sobotę jedenastego marca spotykam się z Przemkiem Janasikiem i Kazikiem Jasicą, jedziemy na zakupy i obiad. Ustawiamy się na jutro: wyjazd do kościoła, do polskiego klubu i obiad. Poznaję Alicję, żonę Przemka, w kościele poznaję Anię i Krzyśka Jabłońskich. Rano w poniedziałek spotykam się z Kazikiem i jedziemy po techniczne zakupy: pomaga mi jak może. Po zakupach wracamy na jacht i zaczynamy żeglarskie opowieści. Kazik zaczyna opowiadać o Ludku Mączce, o ich wspólnym rejsie z Jurkiem Piszem. Wiele ciekawych rzeczy się dowiedziałem.

Następnego ranka Przemek zabiera mnie do lekarki, a lekarz też ze Szczecina. Dostaję leki, jedziemy na obiad po czym wracamy na jacht. Pojawiają się nowi znajomi, żałując o braku informacji na moje przypłynięcie. Ktoś nie przekazał gdzie trzeba, szkoda. Zbliża się dzień odpłynięcia, odprawa zgłoszona, jacht gotowy, przychodzą wszyscy znajomi, pożegnalna herbata. W załatwianiu formalności pomaga mi Tomek Wągrecki, jego żona przynosi ciasto; jest „gucio”.

18.marca 2017r. o godz.1300 odpływam z Bayswater, wychodzę na Pacyfik i biorę kurs na Horn.  Znowu mam w dziób, wieje SE o sile 5oB. Jak się mówi wśród żeglarzy, jak do domu, to wiatr w mordę. I tak jest przez kilka dni: wiatr z drugiej i trzeciej ćwiartki o sile od 4-6oB, płynę z prędkością 4,5-5,5 kn. Jest ciemno i bardzo wilgotno, zdaję sobie sprawę, że zaczyna się jesień. Przy wiatrach do 6oB samoster zaczyna nie dawać rady, przechodzę na samosterowność i sterowanie ręczne. Staram się utrzymać prędkość, udaje się. W nocy odpoczywam, prędkość spada do 2-3 kn. Zaczyna mnie to wszystko męczyć, myślę o ciszy, spokojnym śnie i wysuszeniu ciuchów. Jest już drugiego kwietnia, za kilka dni Święta Wielkanocne. Po dniu spokoju wiatr zaczyna wzrastać do 6oB z SW, prędkość 5,2 kn. Wszystko jest jak należy, żeby nie ta ciemność, wilgoć i padający deszcz. Teraz śpię po dwie, trzy godziny, wstaję, sprawdzam pokład i z powrotem w „kimę”, w mokre żagle. Już nawet nie kładę się w koję, śpię w przejściu na żaglach. Tak żegluję kilka dni, na szczęście przychodzi spokój i znowu mogę odpocząć w nocy, wysuszyć ciuchy, pocieszyć się pogodą.

Jest siódmego kwietnia, godzina piąta rano, płynę na foku w samosterowności przy wietrze NW 6-7, stanie morza – 6 i prędkości 4,1 kn. Zrzucam F i stawiam Fsz (foka sztormowego) i prędkość od razu prędkość spada do 3,3 kn.                                                                                 O godz. 0800 zauważyłem, że ciśnienie spadło o trzynaście kresek – coś się będzie działo. W południe wiatr słabnie do 3-4oB, ocean zostaje rozkołysany. Stawiam foka.                               O 2100 wiatr wzrasta z powrotem do 6-7oB, ale już z W idący na S, fok w dół, staję w dryf, ocean – stan 3-4, banery w strzępach.

8.04.2017r. rano okazuje się, że wywiało mnie 14 Mm, po zrobieniu porządku na pokładzie stawiam F2 (fok drugi); szkwał z gradem idzie za szkwałem. Zlikwidowałem dryf, płynę jak po śniegu, woda biała od piany, fale wchodzą na pokład.                                                                 O godz.1100 wiatr wieje z S, 6oB, ocean: 5-6.                                                                                 O godz.1830 notuję w dzienniku: wiatr S 5, morze 5-6, V 3,5 kn, niebo X, 1024 hPa, KD 112.        O godz. 2100 idę na drzemkę, jacht płynie w samosterowności w obranym kursie.                     O godz.2300 jacht robi zwrot, patrzę co się stało – awaria steru, zrzucam F, staję w dryf i czekam do rana. Pozycja:  dł.154,13 W, szer.46,24 S. Czekam na ranek w najgorszych oczekiwaniach, nie śpię, różne myśli chodzą mi po głowie. Sprawdzam zęzy, dławicę wału silnikowego,  dławicę szturwału. Niczego złego nie widzę. Dalej już chyba pisać nie będę…

Grzegorz Węgrzyn

P.S. Więcej wiadomości i dalsze szczegóły końca rejsu, można poznać na stronie: facebook.com/samotnyrejs lub obejrzeć na you tube: Regina R -Wegrzyn

_____________________________________________________________________________________________________

Grzegorz Węgrzyn – ur. 1952r. w Zwierzyńcu n/Wieprzem; żeglarstwo morskie uprawia od 1976 r. w szczecińskich klubach: HOM, LOK, Stal Stocznia; w 1983 i 1984r żegluje w załodze s/y „Karfi” pod kpt. Zbigniewem Rogowskim w Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski (Mistrzostwo Polski); żeglował na Bałtyku, Morzu Północnym, Adriatyku, Morzu Czarnym; brał udział w wyprawie „Islandia 2009” na s/y „Stary”(kpt. M. Krzeptowski) w 50. rocznicę rejsu s/y „Witeż II”, w wyprawie J. Kurbiela na Grenlandię (2010) i na Svalbard (z kpt. K. Różańskim) w 2011r; w czerwcu 2015r. na jachcie „Regina R” wypłynął w rejs, z pierwotnym zamiarem samotnego, non-stop opłynięcia Ziemi, z którego to zamiaru żeglarz wycofał się na Atlantyku, a rejs przerwany został 15.04.2017r na Pacyfiku z powodu awarii steru i utraty jachtu.

(zs): Zwykłe życie (opowieść zasłyszana)

   “…There were masters, too, I have known,                                                                                                                                                         whose very art consisted in avoiding every                                                                                                                                                           conceivable situation. It is needless to say                                                                                                                                                     that they never did great things in their                                                                                                                                                        craft; but they were not to be despised for                                                                                                                                                   that.  They were modest; they understood                                                                                                                                                            their limitations…”

                                                   Joseph Conrad, The Mirror of the Sea (1906)

 

Zygmunta już za młodu, jak większość chłopców w jego wieku, ciągnęła pokusa horyzontu, owa tajemnicza siła, która po spojrzeniu w dal, na pełne morze aż po widnokrąg, pcha niepowstrzymanie do poznania tego, co jest poza nim i jeszcze dalej, dalej aż do olśniewającego, empirycznego odkrycia, że Ziemia jednak jest okrągła. Tylko nielicznym to się udaje – żegluga dookoła świata – ale marzenia u pozostałych trwają latami, a czasami zawsze i potrafią całe życie podporządkować tej jednej idei.

* * *

Proszę pana, on był bardzo elegancki, szczupły i zawsze odpicowany, pachnący, bez żadnego pyłku na marynarce. Takiego go pamiętam z lat naszej młodości – Boże, kiedy to było?! – wtedy jak przypłynął na „Hetce” ze Świnoujścia  w mundurze marynarki wojennej. A wie pan, co to „Hetka”?… To taka nieduża mieczówka, potem to były „Omegi”, ale to prawie to samo.

Kiedy to było, jak on przypłynął?…, nie pamiętam już, ale to musiało być na początku lat pięćdziesiątych, bo wtedy był w wojsku, w marynarce. Wie pan, to były trudne czasy, było biednie, głodno, tamta wojna i zaraz po niej…, a nam się chciało żyć i tak jak mogliśmy, tak żyliśmy – na wesoło, i on, Zygmunt, był zawsze, prawie zawsze, uśmiechnięty, i wtedy na Boże Narodzenie przyszła do nas, do domu duża paczka. Wołam do mamy: „Ludwik – to mój brat – przysłał znowu brudną bieliznę do prania!”, ale patrzę raz jeszcze na paczkę i widzę, że nie, że paczka jest ze Świnoujścia, od Zygmunta. W środku był olbrzymi szczupak, już oprawiony, pocięty na kawałki. Zygmunt złowił go z małego beiboota, w wojsku. Nie widziałam już nigdy tak dużego szczupaka, a jak nam smakował!

A potem poznałam, tu na regatach, żeglarza niemieckiego Petera z Rostocku, wyszłam za niego i, wie pan, myśmy chcieli lepiej ułożyć sobie życie, Muru jeszcze nie było i wyjechaliśmy do NRF-u. Kontakt z moimi przyjaciółmi, kolegami, koleżankami, znajomymi i z  nim – z Zygmuntem też – urwał mi się, i kiedyś po latach odwiedził mnie Zygmunt w Hamburgu, gdzie mieszkaliśmy. Przypłynął na statku, był kapitanem i, proszę pana, on był znowu odpicowany, bez pyłku na marynarce, ale też bardzo zmężniał. Tyle jeszcze pamiętam z tamtych lat, ale, wie pan, tu w Szczecinie jest jego bliski przyjaciel, też Zygmunt, rozmawiał pan z nim?… Nie?, to niech Pan popyta Zygmunta o niego, o tamte lata…

*

Pewnie, że pamiętam Zygmunta, inaczej „Świątala”, bo wiesz, on miał taki spokojny styl bycia i zachowania, dużą kulturę osobistą, niczym jakiś święty; pamiętam go z harcerstwa. Ja byłem wtedy w podstawówce, w drużynie zuchowej „wilczków morskich”, a Zygmunt, licealista z „Pobożniaka” był w „Błękitnej Trzynastce” oraz w Komendzie Chorągwi, no i był z „Szarych Szeregów” i wtedy tu w Szczecinie w czterdziestym ósmym roku był moim drużynowym. Wiesz, po latach myślę, że to było bardzo ważne, że on wtedy pod okupacją niemiecką był w konspiracji, w „Szarych Szeregach” i to było bardzo ważne, także potem dla mnie.

Pamiętam mieliśmy kurs żeglarski w Dąbiu, na przystani, teraz tam jest HOM, to znaczy HOM-u też już prawie nie ma, Chińczycy wzięli teren, więc na ten nasz kurs Zygmunt wtedy przypłynął do przystani swoim okrętem z marwoja, w stopniu bosmana-mata jako dowódca BDM, barki desantowej małej. Barkę zacumował przy brzegu, bo tam był brzeg umocniony tylko faszyną, zarosły trawą i krzakami, więc do tych krzaków zacumował i na naszym obozie był jakiś czas instruktorem.

Po pięćdziesiątym szóstym, jak zrobiło się lżej, poszedł do pracy na morzu, a jak miał urlop to … żeglował na jachtach, jakby mu morza było za mało, ale marynarze tak mają.

Kiedyś na Saturnie byli w tzw. „krajówce” , pamiętasz chyba takie rejsy po morzu bez prawa zachodzenia do obcych, zagranicznych portów… I oni w takim rejsie, takiej „krajówce”, zawinęli do Kopenhagi, niby po wodę, że to niby im zabrakło, ale wiadomo po co: połazili po mieście, naoglądali się wystaw sklepowych, ulicy, ludzi, całego Zachodu i nic nie kupili, bo niby za co, i wrócili do Polski. I byłaby cisza, nikt by się nie dowiedział, ale w Wolnej Europie – wiesz co to było?, to takie radio, Radio Wolna Europa, amerykańska stacja, z Niemiec Zachodnich nadawali po polsku – więc w tym radiu, które wtedy chyba wszyscy w Polsce słuchali, choć nie było wolno, podali, że komunistyczny jacht Saturn zawinął do Kopenhagi. No, i z tego zrobiła się chryja, tu w kraju; kapitan miał kłopoty na milicji, to znaczy z bezpieką.

Potem wszystko przycichło i Zygmunt rybaczył w świnoujskiej „Odrze”, a jeszcze potem pływał w PeŻeteMie i gdzieś chyba na początku lat siedemdziesiątych zaczął budować jacht, nawet nazwę mu już nadał: Uparty. Chciał daleko popłynąć, bardzo daleko, dookoła świata i jeszcze w regatach samotnych przez Atlantyk. Wtedy to były bardzo ważne regaty, dziś może mniej, bo dużo jest innych regat, jeszcze dalej. No, ale nie zdążył z budową na czas i wyjechał do Anglii….

Pytasz po co wyjeżdżał jak tu budował jacht?… Serce go ciągnęło i tam ożenił się z poznaną wcześniej prawdziwą Angielką.

To była śmieszna historia, taka pomyłka, że prawie ja bym ożenił się z tą Angielką. Było to w siedemdziesiątym szóstym. W Plymouth był start do pierwszego etapu regat „Operacji Żagiel”, na Wyspy Kanaryjskie. Ja prowadziłem Dar Szczecina i właśnie w Plymouth, jak to zwykle bywa w portach, przy różnych okazjach, spotkaniach rozdawałem swoje wizytówki. Potem w USA gdzie były główne uroczystości Dwustulecia Stanów Zjednoczonych i przypłynęła cała armada „Operacji Żagiel”, na Darze, tak jak i na wielu innych jachtach, nastąpiła wymiana załóg i rejs do kraju prowadził inny kapitan, a w załodze był „Świątal” czyli Zygmunt, i też zawinęli do Plymouth, no i tam, jak to w porcie, odwiedzało ich i poznali wiele osób, a wśród nich młodą angielską dziewczynę. Potem odpłynęli do Polski, a dziewczyna, widocznie zauroczona przystojnym jachtsmenem, zaczęła szukać kontaktu z „kapitanem Zygmuntem” i ktoś dał jej moją wizytówkę.

Po jakimś czasie dotarł do mnie, na mój adres, list od przyszłej małżonki „Świątala”, w którym zapraszała do odwiedzenia jej farmy. Domyśliłem się, że zaprasza jego, nie mnie i dałem mu ten list.

I tak to się zaczęło. Wyjechał do niej, do Anglii, ożenił się z nią i osiadł na farmie, został farmerem, hodował owce, konie, a ona prowadziła dom. Piękna okolica, południowo-zachodnia Anglia, Devon, wzgórza, rozlewiska rzek, z domu widział Kanał La Manche, ocean, ale te sprawy lepiej zna Marylka i Danusia. Marylka u nich była, żeglowała z nimi. Zapytaj ją…

devon postcard

*

Oczywiście, że znałam żonę Zygmunta, Annę – „Ann” z angielska. Ona pierwsza mnie poznała na dworcu w Plymouth, choć wcześniej nigdy mnie nie widziała i ja jej jeszcze nie znałam. Przyjechałam z Hamburga pociągiem przez Hoeck van Holland, ferą do Dover – tunelu jeszcze wtedy nie było – i pociągiem do Londynu, przesiadka – i do Plymouth

I wysiadłam na dworcu z bagażami, przerażona, że nikt na mnie nie czeka, a spodziewałam się Zygmunta albo Jerzego, albo obu, a tu żadnego nie ma, sami obcy ludzie, więc od razu musiałam rzucić się w oczy i ona rozpoznała mnie, przywitała serdecznie, wytłumaczyła, że Zygmunt z Jerzym się zagadali, że jej przypadł miły obowiązek przywiezienia mnie do ich domu, do Cotmore Farm. Pojechałam tam, bo Jerzy prosił mnie, bym przyjechała i płynęła z nim, jego jachtem, do Hiszpanii i jeszcze przywiozła mu chleb, bo angielski jest okropny więc przywiozłam mu – cztery bochenki. Znałam ich obu jeszcze z lat naszej młodości i zawsze chciałam żeglować, no i chciałam zobaczyć jak Zygmunt żyje w tej Anglii, odnowić naszą znajomość.

Proszę pana, ich farma była przepięknie położona: przy dobrej pogodzie widziało się Kanał Angielski, wokół trawiaste wzgórza, a pomiędzy nimi wijąca się rzeka na której kotwiczyły jachty, łodzie, motorówki. Ich dom – dosyć stary, z pięknym, dużym kominkiem i dużo starego domowego srebra, do którego Ann chyba nie przywiązywała zbytniej wagi. Latem było tam pełno gości – letników, którym wynajmowali pokoje. Ann zawsze krzątała się wokół domu: gotowała, szyła piękne przykrycia dla koni, robiła artystyczną biżuterię ze skóry. Potem to wystawiała na wystawach i sprzedawała.

A Zygmunt?… zajmował się owcami, które hodowali, a pod plandeką przy domu miał jacht, który budował; jeszcze w Polsce go zaczął, a potem przewiózł do Anglii, no i miał tam swój wspaniale urządzony warsztat. Proszę pana, ja różne warsztaty widziałam, bo jak się pływa na jachtach, to i szykuje się je do sezonu i zawsze jakieś warsztaty, narzędzia są, ale to, co zobaczyłam u niego, to było nie do pomyślenia – jeszcze takiego porządku w życiu nie widziałam! I tak jak on był zawsze elegancki, odpicowany, bez pyłku na marynarce, tak i w tym jego warsztacie był elegancki porządek. Myślę, że taka perfekcja w życiu szkodzi i tak w jego życiu później było.

Potem pojechaliśmy w czwórkę do Darmouth, gdzie na rzece, na pływowej wodzie stał jacht Jerzego i tam cały wieczór mile spędziliśmy w żeglarskiej knajpie, a następnego dnia po przypływie odpłynęliśmy z Jerzym w kierunku na Biskaje, do Hiszpanii. Jerzy przypłynął z Polski i był po zawale serca, może trochę bał się płynąć sam, a Zygmunt też miał już wtedy kłopoty ze zdrowiem – był po wylewie, z trudnością mówił, ale tęsknił za żeglowaniem i wtedy, jak nas żegnali z Ann, to może wtedy coś w nim się ruszyło, odżyło.

Byłam jeszcze u nich dwa lata później, po rejsie z moimi niemieckimi znajomymi ich jachtem w Szkocji i na Hebrydach. Widziałam, jak Zygmunt ciągle myśli o żeglowaniu, że ten los farmera to tak nie do końca dla niego i nagle dowiedziałam się, że sprzedali Cotmore Farm i kupili duży jacht na Majorce, ponad piętnaście metrów długości. To były jeszcze lata osiemdziesiąte, przed osiemdziesiątym ósmym, bo w osiemdziesiątym ósmym, Zygmunt i Ann zaprosili nas do Gibraltaru na rejs tym jachtem i, wie pan, on wtedy, jak kupili ten jacht nazwał go Orla Korona, tak jakby już wtedy przewidział, że kiedyś korona wróci na polskiego orła. Taki był Zygmunt.

I wtedy, w osiemdziesiątym ósmym, poleciałam z moim partnerem życiowym Dieterem do Malagi, a stamtąd autobusem do Gibraltaru na rejs z Zygmuntem i Ann ich Orlą Koroną, a tam proszę pana, jacht stoi na …lądzie. Okazało się, że jak Zygmunt z jakimś Anglikiem płynęli do Gibraltaru – i Anglik stał na sterze, a Zygmunt odpoczywał na dole w kabinie – to ten jego załogant, Anglik, wpakował jacht na kamienie i uszkodzili płetwę sterową, którą teraz, po wyciągnięciu jachtu z wody, Zygmunt, z pomocą dwóch Hiszpanów, naprawiał.

Zamieszkaliśmy na jachcie stojącym na nabrzeżu, codziennie schodząc i wchodząc po drabinie, a dookoła było – i na lądzie, i na wodzie, – pełno starych, jakby porzuconych statków, łodzi na których koczowali Arabowie z całymi rodzinami, w dzień pracując „na czarno” w Gibraltarze.

W końcu, po naprawie, wypłynęliśmy do Ceuty w Afryce, a Zygmunt do pomocy przy obsłudze jachtu zabrał z kei dwóch młodych Anglików – jak się później okazało, nie mieli zielonego pojęcia o żeglarstwie – i w tym rejsie Zygmunt opowiadał mi, że chce zorganizować szkółkę żeglarską i wozić turystów; nawet wszedł w spółkę z jakimś Niemcem, ale nic z tego nie wyszło. To był ciekawy rejs: taki wesoły, pogodny, ciągle hiszpańska muzyka, tańce flamenco, śpiewy, wieczorne spotkania przy dobrym jedzeniu i winie – najedliśmy się najlepszych na świecie smażonych sardynek, a wszystko na świeżym, lekko wirującym od ciepła, wibrującej muzyki i lekkiego zefirku, powietrzu.

Wróciłam z rejsu do domu, do Hamburga, w Polsce zaczęły się duże i szybkie zmiany choć nie wiadomo było, jak to dalej będzie, i kontakt z Zygmuntem trochę mi się urwał, i pod koniec roku osiemdziesiątego dziewiątego, a może to był już dziewięćdziesiąty?, napisałam do Zygmunta, o tu, niech Pan spojrzy:

              …W myślach już Cię prawie pożegnałam. Jesteś dla mnie jak nowo narodzony, tak jak                       nowo narodzona jest Polska. Wreszcie spełniły się Twoje marzenia i korona wróciła                          na orła….

 Zaraz potem, na początku lat dziewięćdziesiątych, to było chyba w dziewięćdziesiątym pierwszym, jak był ten zlot jachtów polonijnych, Zygmunt i Ann przypłynęli Orlą Koroną do Polski, do Szczecina, bo tu już było inaczej, lepiej, a jego ciągnęło do kraju.

I nagle, chyba w połowie lat dziewięćdziesiątych Zygmunt wrócił do Szczecina sam; jacht sprzedali, dom w Anglii też, a jeszcze później on i Ann rozeszli się, a ja – nie wiedząc jeszcze wszystkiego – napisałam do Zygmunta w liście:

               … nie mogę zrozumieć dlaczego nie chcesz zostać w Hiszpanii, to przecież piękny kraj z                     przyjemnym klimatem, nie rozumiem dlaczego sprzedaliście dom w Anglii…,

ale Zygmunt był już w innym miejscu swojego życia.

Proszę, niech pan spojrzy na ten list od niego, z dziewięćdziesiątego dziewiątego roku:

              … lato spędziłem naturalnie także w Polsce. Zacząłem jednak od pokładu „Fryderyka                        Chopina”, gdzie przez miesiąc u kapitana Toniego zastępowałem pierwszego i                                 drugiego oficera…

 A potem, jak już się rozeszli z Ann i on wrócił do Szczecina, latem dwa tysiące drugiego roku, popłynęliśmy, zaproszeni przez Kazia z Hamburga, właściciela jachtu Kami, na rejs do Londynu.

Było nas wtedy cztery osoby; ten czwarty to elektronik-poeta, pierwszy raz w życiu na jachcie. Z przystani w Wedel, gdzie cumowała Kami, popłynęliśmy Łabą i dalej na Morze Północne, na wyspę Helgoland. Po zacumowaniu do kei Zygmunt zaraz zaczął coś reperować, a ja wybrałam się z poetą na zwiedzanie wyspy, którą już poznałam wcześniej, a teraz mogłam wszystko pokazywać poecie i oczywiście wstąpiliśmy do bezcłowych sklepów po zakup alkoholu. Potem była wieczorna kolacja w portowej knajpce, wśród samych rozgadanych, wesołych żeglarzy, a następnego dnia popłynęliśmy dalej w stronę Anglii.

Poeta był ze mną w wachcie, a Zygmunt i Kaziu w drugiej, bo chcieli się po prostu nagadać; kto zna Zygmunta, wie, że on lubi opowiadać. Poeta pomógł Kaziowi uruchomić GPS, komputer, samoster i takie różne urządzenia, których pełno było na tym jachcie. Zygmunt nie do końca ufał tym elektronicznym urządzeniom i jak zwykle skrupulatnie, jak to on, zaczął wykreślać pozycje, kursy na mapie papierowej. Poeta, początkowo oczarowany tą elektroniką i ekranem komputera, z czasem zaglądał z zaciekawieniem przez ramię Zygmunta na te jego kreski na mapie.

Na Północnym, było nietypowo, bo zrobiła się flauta i płynęliśmy dłuższy czas na silniku. Kaziu był dumny z silnika i uspokajał nas, że mamy dużo ropy, samoster działał, a my błogo spędzaliśmy czas racząc się drinkami robionymi z bezcłowego, helgolandzkiego alkoholu.

Chyba na trzeci dzień takiej żeglugi, pojawił się lekki wiaterek i kapitan zarządził postawienie grota, ale na tym się nie skończyło, bo wiatr stężał i to mocno, więc zarefowaliśmy grota, poeta przezornie ubrał się w kamizelkę, zszedł do komputera i szybko wyleciał z powrotem z przerażoną miną: „komputer siadł, nie ma komputera, nie ma mapy, nie ma pozycji – amen”. I wtedy wszyscy z nadzieją, szukając ratunku, spojrzeli na Zygmunta i jego pozycje i kursy na mapie. Wiemy gdzie jesteśmy!

Niestety to nie był koniec problemów, bo okazało się, że map papierowych podejściowych w Tamizę i dalej do Londynu nie ma na jachcie, a jeszcze na dodatek kapitan zatroskany zauważył, że coś jest nie tak z silnikiem, bo zużył bardzo dużo oleju napędowego i do Londynu może nie starczyć. Decyzja była jedna – wracamy.

Jeszcze w drodze powrotnej halsując blisko toru wodnego – a ja byłam na sterze – i płynąc na przecięcie kursu jakiegoś statku handlowego, mówię, że zmieniamy kurs, a Zygmunt na to, że nie, że zdążymy. Po krótkim spieraniu się zrobiłam zwrot wbrew Zygmuntowi i on wtedy powiedział mi w gniewie, że ze mną jego noga już nigdy nie stanie na pokładzie żadnego jachtu. Wieczorem przy kolacji, jak staliśmy w porcie na Helgolandzie, Zygmunt przeprosił mnie za tamto spieranie się i zarzekanie, że już nigdy ze mną nie popłynie. Rejs się skończył w Wedel, jeszcze była kolacja u mnie w Blankenese, ale to był rzeczywiście mój ostatni rejs z Zygmuntem.

W następnym roku Zygmunt i Kaziu, na Kaziowym Kami, popłynęli do Londynu – przysłali stamtąd kartkę. A potem jeszcze w grudniu, na Boże Narodzenie przysłał mi kartkę z życzeniami, o tę, niech pan spojrzy:

              …Życzę Tobie Marylko, pomyślnego spełnienia zamierzeń, planowanego spotkania w                         „Piotrusiowie”, dobrej pogody atmosferycznej i duchowej, dużo radości z                                             pielęgnacji wnucząt, wielu, wielu powodów do radości z (niestety!) szybko                                          mijającego życia, cieszmy się każdą chwilą darowaną przez Opatrzność!                                                                                                             Zygmunt

I następnego roku spotkaliśmy się jeszcze w moim domu w „Piotrusiowie” w Trzebawiu z Zygmuntem i innymi żeglarzami, a potem Zygmunt, już mocno schorowany, był w domu opieki, a jeszcze potem to już byłam u niego tylko na „Ku Słońcu”…

*

Słyszał Pan, jak pięknie Danusia mu powiedziała na pożegnaniu, tam na „Ku Słońcu”?… Nie?… Mam to na kartce, od Danusi, niech pan sobie przeczyta:

…Po ponad dwudziestu latach pobytu na obczyźnie kapitan Ł. powrócił do Szczecina mając wielkie plany związane z pięknymi rejsami. Wrócił do miejsca, w którym rozpoczęło się jego zauroczenie żeglowaniem, do nas, sprawiając nam wszystkim wielką radość.                                                                                         Niestety przeznaczenie zrządziło inaczej i wszystkie marzenia zniszczyła choroba. Na szczęście nie opuścili go przyjaciele starając się, aby nie poczuł się opuszczony; do ostatnich dni utrzymywali z Zygmuntem kontakt.                                                                                                                         Kapitan Ł. całe swoje życie, zarówno zawodowe jak i prywatne, poświęcił Morzu. Jego sposób na życie był przykładem tego, co nazywamy pasją, ale nie żeglował dla nagród ani dla sławy, po prostu robił to, co kochał.                                                                                                                 Zygmunt bardzo cenił sobie niezależność i mówił, że naprawdę wolnym czuje się na pokładzie jachtu sterując „ku Słońcu”….

*

Wie pan, ja ciągle czegoś szukam i nic nie mogę znaleźć, ciągle przekładam różne rzeczy, papiery, książki, notatki, listy, widokówki, wyrywam te zdjęcia z albumu, komuś pokażę, coś sobie przypomnę, bo to wszystko było i nie ma, i nie ma Zygmunta…

Danusia, tak ładnie powiedziała o nim na „Ku Słońcu” i na koniec przeczytała z Conrada, że „sen po pracy, port po burzliwych morzach, pokój po wojnie i śmierć po całym życiu, że są prawdziwie miłe”. Jakoś tak, to dla Zygmunta, a jego już nie ma. I nie ma: Danusi, i Ziomka, i Ludka, i Jurka, i Jerzego – jednego i drugiego – i nie ma mojego synka Piotrusia; gdzie oni są, ci wszyscy moi koledzy, przyjaciele?! Gdzie oni są?…

Zostały tylko te zdjęcia, które teraz wyrywam z albumu, nawet wspomnienia jakby odchodzą – pamięć coraz słabsza… wszystko co było – przeszło, a my jesteśmy bardzo starzy, ale to mi pomaga w przeżyciu starości….

K. Schmischke                                    Kurt Schmischke (1923-2004), akwarela.

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń nie jest przypadkowe, a wręcz przeciwnie – jest zamierzone, choć czasami zasłyszane historie uległy zmianom i dopowiedzeniom w wyobraźni autora.

                                                                                                                                                (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~  Tekst pierwotnie ukazał się na stronie periplus.pl  http://periplus.pl/archiwa/4614

i na stronie Polska Canada. Magazyn Twórczy  http://www.polskacanada.com/zenon-szostak-zwykle-zycie/

Grzegorz Węgrzyn: Przerwany rejs. „Regina R” w Australii.

Żeglarstwo przy dużej sile przyciągania do zmierzenia się z pokusą horyzontu ciągle niesie z sobą element ryzyka, niepewności osiągnięcia zamierzonego celu. Dalekie rejsy oceaniczne, a już z pewnością samotne, są dla wielu wyzwaniem, któremu trudno się oprzeć; swoistym celem życiowym  na drodze żeglarskich dokonań. I choć otwierające się za widnokręgiem bogactwo i inność świata oszałamia, wciąga to zwykłe, życiowe kłopoty i problemy nie znikają, a wręcz przeciwnie kumulując się, prawie niezauważenie potrafią przybierać coraz większe rozmiary, by w niespodziewanym momencie brutalnie przerwać cienką linię zamierzonego kursu…                                        (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Grzegorz Węgrzyn: Relacje z przerwanego rejsu – Australia.

Grzegorz WęgrzynJestem w wielkiej Australii, tej wyśnionej, tajemniczej, ogromnej. Wiem, że nie popłynę na rafę koralową, nie zobaczę wielu egzotycznych miejsc, tylko skupię się na remoncie Reginy R i w dalszą drogę do New Zealand, a potem na Horn i do domu. Do Polski, do ukochanej Polski za którą już bardzo tęsknię. Ale nim to nastąpi mam do naprawy silnik, pospawać wyrwany kosz rufowy, wymienić pozrywane stalówki i naprawić porwane żagle. Tak jak przy Good Hope, wszystkie moje modlitwy i myśli skupiły się na nadziei, czy spotkam przyjaznych mi ludzi, chętnych mi pomóc. Joshua Slocum w swojej książce o wyprawie dookoła świata, napisanej 120 lat temu miał podobne myśli, nadzieję i nie zawiódł się. Wierzyłem, że mnie Pan Bóg i szczęście nie opuści. Jeszcze wówczas nie wiedziałem o tym, że Kuba Miszewski z Simons Town zgłosił mnie jako zaginionego. Jego troska o mnie była tak wielka, że gdy dowiedział się od znajomych z Perth, że mnie nie ma w porcie w wyznaczonym terminie wszczął alarm. Nie mógł wiedzieć o moich awariach na jachcie i z jakiego powodu wolniej płynę. Ta historia wyjaśniła się kilka dni później, gdy we Frementle odwiedził mnie Border Force (służba graniczna, celna) i z wielką humorystyczną awanturką zapytali:” to my Ciebie szukamy, a Ty sobie siedzisz w porcie?” Po takim przywitaniu wszystko już było nieważne. Może tylko z jednym szczegółem, szefem Ich był Polak (nie podaję nazwiska, ale moja znajomość była  telefoniczna i zgubiłem notatki). Gdy już wszyscy w marinie ochłonęli i przyzwyczaili się do mojej obecności rozpoczęła się praca i spotkania z Polonią.

Można powiedzieć, że już tradycyjnie zostałem wzięty pod opiekę wspólnoty parafialnej, osób prywatnych, menedżera mariny i miejscowych żeglarzy. Byłem zaproszony  do dwóch klubów polonijnych „Cracovia” i „Gen. Władysława Sikorskiego”, Na spotkaniu w klubie im.Gen.Władysława Sikorskiegogdzie po spotkaniach z Polonią, byłem ugoszczony polskimi smakołykami, jak: żurek, golonka, flaki, schabowy, na deser szarlotka  i co tam jeszcze bym nie wspomniał, to i tak o czymś bym zapomniał. Przy takiej dynamicznej sytuacji nie sposób opisywać wszystko w szczegółach, chociaż bardzo bym chciał, ale jak to zrobić?  Jak na jednej kartce zamieścić doznane wrażenia ze spotkań z armią życzliwych mi ludzi i nie przeoczyć nikogo; ktoś mi podpowie? Moja wizyta we Fremantle trwała od 15. września do 18. października 2016r, w czasie której zawarte znajomości odnawiane są co rusz poprzez kontakt telefoniczny lub email. Dużo pięknych wspomnień.Z portu Fremantl wyprowadza mnie nasz morski brat

Następnym portem na kontynencie australijskim miała być Geographe Marina, mały porcik w zatoce przy „zakręcie” australijskiego lądu, płynąc na S (południe). Celowo chciałem tam wejść, zobaczyć coś innego, nie ogromną marinę z tysiącami jachtów, tylko trochę folkloru. Tutaj już wchodziłem przy pomocy naprawionego silnika, bez duszy na ramieniu i trzęsącymi się nogami. Zaraz po wejściu w obręb portu zostałem zaproszony na gościnne miejsce i, tak jak do tej pory w każdym porcie, byłem przyjmowany z honorami gościa. Postój bezpłatny, prysznic, pralka i budynek klubowy w zasięgu. Po kilku dniach postoju ruszam dalej, teraz przede mną Melbourne i groźna cieśnina Bassa, leżącą pomiędzy Australią a Tasmanią, a później wejście w Hobsons Bay na końcu której leży Melbourne. Tego wejścia, które nazywają „The Rip”  nie zapomnę jeszcze długo żeglując po różnych wodach. Trudność z żeglugą na tym akwenie powodują prądy i wiatry wiejące na W (zachód). Przy mojej żegludze na E (wschód) trzeba czujnie halsować i niekiedy wspomagać się silnikiem, gdy same żagle nie dają rady. Jak trudna jest to żegluga, mówią o tym sami australijscy żeglarze, którzy generalnie żeglują w „prawo” (ląd biorą prawą burta). Najlepszym dowodem na to są regaty Sydney-Hobart. Jest przełom października i listopada, czyli wiosna, nic strasznego się nie dzieje, pogoda jest OK, regularna żegluga. Regina R płynie w samosterowności, tylko trzeba uważać na ogromne promy i statki płynące z lub do Melbourne. Płynę, zachowując bezpieczną odległość od wysepek i raf. Trzymam się zawsze w bezpiecznej odległości. Z mapy wiem, że najgorsze czeka mnie przy wejściu w Hobsons Bay, czyli ”The Rip”. To wejście cieszy się bardzo złą sławą wśród żeglarzy i marynarzy, bo na tych rafach poległo już wielu. Z takim to bardzo optymistycznym podejściem rozpoczynam taktyczną rozgrywkę wejścia. Trzeba wycyrklować  to w taki sposób, aby wejście było w dzień, przy sprzyjającym prądzie i wietrze.

Gdy już mi się to wszystko zeszło do „kupy” zadecydowałem – wpływam. Miałem wiatr 4oB z S, fale około 1,5m, prąd wnoszący, wszystko grało, do czasu nim nie  zobaczyłem w dolinie fali kamieni. Pierwszy raz w tym rejsie tak mnie  poraziło. Jak ja zrobiłem zwrot i się cofnąłem, nie wiem do dzisiaj. Wiem, że odpłynąłem na bezpieczną wodę, zrobiłem jeszcze raz namiar i wytłumaczyłem sobie po żeglarsku (brak cytatów), gdzie był błąd. Pomyliłem się w namiarze o kabel, wystarczy! Na szczęście skończyło się wszystko dobrze i dnia 15. listopada 2016r. zacumowałem w Royal Club Melbourne.

P.S. Proszę Państwa, proszę zgadnąć jakie było pierwsze pytanie odwiedzających mnie w Melbourne?…   Opowiem o tym w następnej relacji.

Grzegorz Węgrzyn

____________________________________________________________________________________________________

Grzegorz Węgrzyn – ur. 1952r. w Zwierzyńcu n/Wieprzem; żeglarstwo morskie uprawia od 1976 r. w szczecińskich klubach: HOM, LOK, Stal Stocznia; w 1983 i 1984r żegluje w załodze s/y „Karfi” pod kpt. Zbigniewem Rogowskim w Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski (Mistrzostwo Polski); żeglował na Bałtyku, Morzu Północnym, Adriatyku, Morzu Czarnym; brał udział w wyprawie „Islandia 2009” na s/y „Stary”(kpt. M. Krzeptowski) w 50. rocznicę rejsu s/y „Witeż II”, w wyprawie J. Kurbiela na Grenlandię (2010) i na Svalbard (z kpt. K. Różańskim) w 2011r; w czerwcu 2015r. na jachcie „Regina R” wypłynął w rejs, z pierwotnym zamiarem samotnego, non-stop opłynięcia Ziemi, z którego to zamiaru żeglarz wycofał się na Atlantyku, a rejs przerwany został 15.04.2017r na Pacyfiku z powodu awarii steru i utraty jachtu.

_____________________________________________________________

Jacht Regina R:   

Runda na starcie  

Jacht Regina R:

– konstrukcja            typ „Skorpion II”

– rok produkcji         1980

– stocznia                  Hamburg

– stalowy slup, S      49m2

– długość  LOA        10,65 m

– szerokość   B           3,30 m

– silnik                       Bukh MDV24  24 kW

 

Kazimierz Robak: Kto jest kim:Henryk Widera

01_2009_Henryk_Widera_Jachtsmen_roku_2008Raz na Morzu Śródziemnym piękna pogoda, jacht sam idzie. Gram, a tu słyszę oklaski. Myślałem, że mam halucynacje. Ale obracam się, a za mną wynurzył się okręt podwodny z kilkunastoma marynarzami. Namierzyli mnie sonarami. To oni bili mi brawo. Wołają do mnie coś po francusku, machają czapkami, śmieją się. To zagrałem im jeszcze czardasza.”

 

  • ur. 30 grudnia 1930; Repty k. Tarnowskich Gór
  • absolwent Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach
  • w latach osiemdziesiątych koncertmistrz (I skrzypce) w Operze i Operetce w Szczecinie
  • pedagog w szkole muzycznej (klasa skrzypiec)
  • sternik jachtowy; żegluje od 1966 roku
  • odpłynął na wieczną wachtę ze Szczecina 26 grudnia 2018

1964 – Henryk Widera przyjeżdża na stałe do Szczecina.
Tu kupuje jacht klasy P-7[1], tzw. Petkę. Początkowo żegluje po okolicznych akwenach.

1969 – na własnej P-7 rejs na Rugię (ówczesne NRD).

1991 – przechodzi na emeryturę i kupuje jacht Piano[2].

1993 – Henryk Widera na Piano popłynął kanałami na Morze Śródziemne, do Nicei, a dalej na Korsykę, Sycylię i do Grecji.
Jacht, po przejściu blisko trzystu śluz, wymagał remontu, trzeba też było opłacić koszty zimowania.
Henryk Widera zdobywał fundusze grą na skrzypcach. Grał na ulicy, na statkach wycieczkowych, na spontanicznie organizowanych koncertach.

Wypłynąłem w rejs po Morzu Śródziemnym. Ale zabrakło pieniędzy. A tu jeszcze jacht wymagał naprawy. Dopłynąłem do Cannes.

Krępowałem się żebrać. Ale kiedy już naprawdę nie mogłem wytrzymać z głodu, poszed­łem opowiedzieć o swojej sytuacji na policję. Skierowali mnie do socjalnego. Dostałem 500 franków. Byłem taki szczęśliwy! Nigdy tak pieniędzy nie ściskałem, jak wtedy. Tam przyjmująca mnie pani poleciła, żebym poszedł na przesłuchanie do tutejszej Orkiestry Symfonicznej. Siedziałem w parku i ćwiczyłem, jak nigdy w życiu. Tam jednak mi powie­dzieli, że bez zezwolenia na pracę nie mogą mnie zatrudnić. Ale spotkałem tam też skrzypaczkę z Krakowa. Mówi „Pan idzie na ulicę, ja też tak zaczynałam”. Wypiłem dla odwagi parę piw. A w następny rejs zabrałem już studenta gitarzystę do akompa­nia­mentu.

Było mi bardzo trudno podjąć taką decyzję. Ale nie miałem wyjścia. Wziąłem moje skrzypce, stanąłem na jednej z ulic, zamknąłem oczy i zacząłem grać Beethovena, Brahmsa, Mozarta. Kiedy podniosłem powieki, zobaczyłem, że ludzie się zatrzymują, słuchają i zostawiają pieniądze. Każdego dnia było ich więcej. Zarobiłem na remont, postój jachtu w marinie, bilet lotniczy do kraju i jeszcze trochę zostało. Byłem bardzo szczęśliwym człowiekiem, bo wiedziałem, że nie zginę, że dzięki muzyce będę mógł żeglować.

Nawet [na morzu] muzyka przyciąga ludzi. Gram na skrzypcach. Płynie jacht, to od razu podpływają. Pytają, gdzie płynę, mówią: „To my też tam przypłyniemy”.

02_2014-08-14_Pohl_Krystyna_Henryk_Widera_P6060365ps Źródło: arch. Krystyny Pohl

Raz na Morzu Śródziemnym piękna pogoda, jacht sam idzie. Gram, a tu słyszę oklaski. Myślałem, że mam halucynacje. Ale obracam się, a za mną wynurzył się okręt podwodny z kilkunastoma marynarzami. Namierzyli mnie tymi sonarami. To oni bili mi brawo. Wołają do mnie coś po francusku, machają czapkami, śmieją się. To zagrałem im jeszcze czardasza.                       Fragmenty artykułów:
Podgajna, Ewa. „Rozmowa z żeglarzem, co się Putinowi postawił”. Gazeta Wyborcza, Szczecin, 2009-04-10.
Pohl, Krystyna. „Henryk Widera, czyli skrzypek na jachcie”. Portal Sailbook.pl., 2014-08-14.

 

03_2004_powrot_H_Widery_z_Wysp_Kanaryjskich_1_sm_fot_A_Kazmierczak Fot. Anna Kaźmierczak

1997

  • Henryk Widera na jachcie Gawot[3] popłynął ponownie kanałami i rzekami na Morze Śródziemne (Nicea) i do Hiszpanii. Tą samą drogą wraca do Polski.
  • Jacht Piano tonie w niewyjaśnionych okolicznościach u wybrzeży Francji. Zginęło na nim trzech żeglarzy – jednym z nich był syn Henryka, Sławomir. Według oficjalnej wersji, uznanej przez władze francuskie, powodem zatonięcia był sztorm.
    Henryk Widera sądzi, że jacht i jego załoga padli ofiarą przemytników narkotyków.

1998 – sześciotygodniowy rejs Gawotem po portach skandynawskich (odwiedził ich siedemnaście).

2001 – Henryk Widera został uhonorowany przez Zachodniopomorski Okręgowy Związek Żeglarski nagrodą „Szczeciński Żeg­larz Turysta Roku 2001”.

04_Henryk_Widera_2_arch_H_Widera Arch. Henryk Widera

2002, sierpień, wrzesień, październik, listopad – rejs na Gawocie przez Morze Północne i Biskaje na Maderę i Wyspy Kana­ryjskie.

2004 – rejs powrotny do Polski.

Zaczęły się fatalne jesienne pogody i poznałem pełne oblicze groźnego Atlantyku. W Kanale La Manche wiała dziewiątka. Złamał się maszt. Niewiele brakowało a rozszalałe fale roztrzaskałyby mojego „Gawota” o skały. Strzelałem w niebo czerwone rakiety, wzywałem pomoc. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili. Pomogli mi Francuzi, odholowali do portu Boulogne, a tam wraz z Polakami, którzy pracowali w tamtejszej stoczni, naprawili maszt. Potem znów było ciężko, bo szedł sztorm za sztormem, ale nie popisali się Holendrzy. Zamiast ratować proponowali, bym jacht sprzedał. Jak ja mogę sprzedać coś, co jest moim życiem? Z kolejnej opresji uratowali mnie Niemcy, pomogli naprawić silnik i odholowali aż do Kanału Kilońskiego. Dopiero w listopadzie 2004 roku wróciłem do Szczecina do mojej macierzystej przystani JK AZS.

Pohl, Krystyna. „Sylwetki – Henryk Widera czyli ‚skrzypek na jachcie’”. 2014-08-15.
Portal Sailbook.pl

Za rejs ten Henryk Widera otrzymał:

  • nagrodę „Rejs Roku 2004” w kategorii rejsów morskich na małych jachtach (nagroda miesięcznika Żagle);
  • wyróżnienie „Kolosy 2004” w kategorii Żeglarstwo: za samotny, bardzo inspirujący rejs jachtem śródlądowym Gawot z Polski na Wyspy Kanaryjskie, zrealizowany dla własnej satysfakcji, bez wsparcia spon­sorów i patronów medialnych.
    „Kolosy” to nagroda przyznawana od 2000 roku za dokonania eksploracyjne podczas Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów, największej w Europie imprezie podróżniczej.

2004: powrót Henryka Widery z Wysp Kanaryjskich
05_2004_powrot_H_Widery_z_Wysp_Kanaryjskich_2_fot_A_Kazmierczak
Fot. Anna Kaźmierczak

2006

Poniższe dane pochodzą z „Kalendarium rejsu Henryka Widery jachtem Gawot solo dookoła Europy (2006-2008)”, 
które zestawił Zenon Szostak na stronie szczecińskiego Jacht Klubu AZS.

11 maja 2006,  czwartek, godz. 09:00 – Henryk Widera wypłynął z przystani Jacht Klubu AZS w Szczecinie w samotny rejs dookoła Europy.

12 maja – Sassnitz (Niemcy).

14 maja – Kopenhaga (Dania).

21 maja – Helsingør (Dania).

30 maja – 7 czerwca – Kristiansand (Norwegia).

9 czerwca – Stavanger (Norwegia).

16 czerwca – Bergen (Norwegia).

25 czerwca – Lerwick (Szetlandy, Wielka Brytania).

2 lipca – Kirkwall (Orkady, Wielka Brytania).

7 lipca – Pentland Firth; awaria układu chłodzenia w silniku; do portu Scrabster przyholowuje Gawota łódź ratownicza brytyjskiego SAR.

23 lipca – Dublin (Irlandia).

7 sierpnia – Penzance (Kornwalia, Wielka Brytania).

15 sierpnia – Concarneau (Bretania, Francja).

19 sierpnia – A Coruña (Galicja, Hiszpania).

02 września – Porto (Portugalia).

05 września – Lizbona (Portugalia).

1 października – Cieśnina Gibraltarska, Morze Śródziemne.

12 października – Baleary.

31 października – Sardynia.

10 listopada – Sycylia (Włochy).

21 listopada – Malta.

05 grudnia – Kreta (Grecja).

20 grudnia – Santorini (Grecja).

27 grudnia – Psara (Grecja; wyspa blisko wybrzeża tureckiego). Gawot tam zimuje, żeglarz wraca do Polski.

2006, grudzień – 2007, 15 lutego – pobyt w Polsce.

2007

15 lutego – wyjazd z Polski do Grecji (wyspa Psara).

23 sierpnia – Stambuł (Turcja).

29 sierpnia – żegluga do Bułgarii (Burgas, Warna) i Rumunii (Konstanca).

22 października – Mariupol na Morzu Azowskim (Ukraina).
Gawot zostaje wyslipowany, Henryk Widera wraca na zimę do Polski.

2007, październik – 2008, 15 kwietnia – pobyt w Polsce.

2008

15 kwietnia – wyjazd z Polski do Mariupola (Ukraina).

19 maja – Henryk Widera dostał wizę rosyjską.

28 maja – Henryk Widera wypłynął z Mariupola do Rostowa n/Donem (Rosja).

4 czerwca – w Rostowie nad Donem władze rosyjskie zatrzymały żeglarza mimo wizy, motywując to brakiem zezwolenia ministerstwa komunikacji wodnej na pływanie po wewnętrznych wodach Rosji.

E-mail z Rostowa:

Polski konsul pomógł podróżnikowi przygotować list do Ministerstwa Transportu z prośbą o wydanie zgody na pływanie po rosyjskich wodach. Rosyjskie media poinformowały, że urzędnikom przygotowanie dokumentu zajmuje od 1 do 2 miesięcy. Tymczasem termin ważności rosyjskiej wizy Henryka Widery kończy się 15 sierpnia. Polski podróżnik poinformował, że nie zamierza zawracać, ponieważ pływa swoją łodzią już drugi rok i chce zakończyć podróż tam, gdzie planował.

Próby uzyskania zezwolenia – pisma do Moskwy do najwyższych władz Rosji (m.in. list do premiera Władimira Putina) – nie dają rezultatu. Powolność biurokracji, przedłużające się oczekiwanie na dokumenty i wy­so­kie koszty postoju spowodowały, że Henryk Widera rozpoczął głodówkę protestacyjną. Interweniują media rosyjskie i polskie. Żeglarz we wszystkich wywiadach podkreśla życz­li­wość i bezinteresowną pomoc, którą służą mu spotykani na trasie ludzie.

16 lipca – oficjalna odmowa władz rosyjskich. Żeglarz zawraca na Ukrainę i dopływa do Chersonia.

22 sierpnia – Henryk Widera razem z jachtem wyrusza drogą lądową z Chersonia do Polski.

26 sierpnia – wodowanie jachtu na Wiśle, w Górze Kalwarii k. Warszawy. Wejście na mieliznę uszka­dza płetwę sterową.

2008, 6 września: Gawot w warszawskiej przystani na Wale Miedzeszyńskim. Fot. Zenon Szostak

Henryk Widera nie decyduje się na żeglugę wiślaną i transportuje Gawota drogą lądową do Gdańska.

1 października – wodowanie Gawota w Górkach Zachodnich.

4 października – Henryk Widera wypływa z Gdańska do Świnoujścia; na wysokości Kołobrzegu napotyka silny wiatr sztormowy.

9 października – Świnoujście, Klub Żeglarski „Cztery Wiatry”.

11 października 2008, sobota, godz. 16:00 – jacht Gawot z Henrykiem Widerą na pokładzie, po przepłynięciu ok. 8 tys. Mm, cumuje w macierzystej przystani Jacht Klubu AZS w Szczecinie.
06_2008_powrot_H_Widery_z_rejsu_dookola_Europy_fot_Z_Szostak_sm 2008: powrót Henryka Widery z rejsu dookoła Europy
Fot. Zenon Szostak

2008, 31 grudnia – Henryk Widera otrzymuje II Nagrodę Honorową „Rejs Roku 2008”.

Jury przyznające najwyższe polskie trofea żeglarskie – Srebrny Sekstant, fundowany przez ministra zajmu­ją­cego się gospo­dar­ką morską oraz Nagro­dy Hono­rowe Tele­wizji Pol­skiej S.A.„Rejs Roku” – zadecydowało, że drugą nagrodę otrzymają ex aequo kapitanowie: Piotr Kuźniar i Henryk Widera. W uzasadnieniu napisano m.in.:

Żeglarska pasja, upór, hart ducha sprawiły, że rejs kpt. Widery doceniony został przez jury. Bo wspaniały świat żeglarstwa to nie tylko ekstremalne prędkości na oceanicznych trasach. To także sposób na życie inne od większości mieszkańców globu. Wymagające wyrzeczeń, dające w zamian poczucie wolności i satysfakcję z pokonywania barier ludzkiej niemożności.

2009

2009, styczeń – nagroda „Jachtsmen roku 2008” przyznana przez miesięcznik Jachting w kategorii żeglarzy samotnych.

2009: Henryk Widera – Jachtsmen roku 2008
07_2009_Henryk_Widera_Jachtsmen_roku_2008_fot_arch_H_Widera_sm
Arch. Henryk Widera

2009, marzec – ponowne wyróżnienie przez kapitułę nagrody „Kolosy 2008”: Henryk Widera otrzymuje ją w kategorii Żeglarstwo

…za koncertowy rejs do­oko­ła Europy na maleńkim jachcie Gawot, będący przejawem niezwykłej wytrwałości i hartu ducha.

W tym samym konkursie Henryk Widera otrzymał również Nagrodę Dziennikarzy.

08_Henryk_Widera_zeglarz_skrzypek_fot_W_Jacobson_Copy Fot. Wojciech Jacobson

2009 – Henryk Widera na Gawocie powraca na wokółeuropejską trasę zmieniając kierunek: na wody śród­lą­do­we Rosji wpływa z Bałtyku przez Skt. Petersburg. Jednak nawet zezwolenie z podpisem pre­miera Rosji Władimira Putina nie zakończyło sprawy: władze niższego szczebla zażą­da­ły, by żeglarz wziął ze sobą pilota za cenę ok. 35 tys. złotych. Sprawa przeciągnęła się na tyle, że Gawot zimował w peter­sburskim jachtklubie, a żeglarz wrócił do Polski.

2010

2010, sierpień – ostateczne zezwolenie na żeglugę bez pilota zostaje wydane pod koniec sierpnia.

2010, październik – Henryk Widera dopływa do Moskwy. Gawot zostaje wyslipowany na zimę, żeglarz wraca do Polski.

2011

2011, kwiecień – Henryk Widera wraca do Moskwy, ale tam otrzymuje zakaz poruszania się po wodach śródlądowych Rosji. Transportuje samochodem Gawota z Moskwy nad Zatokę Fińską. Płynie do Turku (Finlandia), a stamtąd, przez porty szwedzkie, do Szczecina.

We wrześniu, w Kalmarze (Szwecja), trafia do szpitala z dolegliwościami serca. Lekarze ostrzegają, by nie płynął w pojedynkę, jednak – z braku załogi – Henryk Widera wyrusza na morze samotnie.

2011, 3 października – Henryk Widera cumuje Gawota w porcie jachtowym Świnoujścia.

2011, 4 października – Henryk Widera kończy swój rejs na przystani JK AZS w Szczecinie

2012

2012, 1 lutego – Henryk Widera odbiera nagrodę Fundacji Szkoła Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego za swój samotny rejs wokół Europy, przerwany przez biurokrację rosyjską.

09_2012-02-01_FSzPZ_KB_02  1 lutego 2012, Warszawa, redakcja Rzeczypospolitej: (od lewej) Henryk Widera, Krzysztof Baranowski, Ziemowit Barański

W siedzibie redakcji dziennika „Rzeczpospolita” odbyła się już druga gala konkursu organizowanego przez Kapitana Baranowskiego – Żeglarz Roku. Na rozdanie nagród zjechało się sporo osób z żeglarskiego świata. […]

[…] osobą, która wywarła na mnie największe wrażenie był pan Henryk Widera. […] Na scenie obok kpt. Krzysztofa Baranowskiego i kpt. Ziemowita Barańskiego, pojawił się drobny, 80-letni człowiek. Uśmiechnięty, ale mocno zestresowany. […] Opowiedział o swoim pływaniu […] przez Rosję, o przygodach z prezydentem Putinem, rosyjskimi żeglarzami i polską dyplomacją. Namawiany przez gospodarzy wieczoru obiecał, że pojawi się jeszcze na scenie…

I chwilę później się pojawił. Z małymi, wiekowymi jak on sam drewnianymi skrzypcami. Zestresowany jeszcze bardziej, niż gdy odbierał statuetkę za nominację do nagrody. Skrzypce nie stroiły, a on sam miał drżący głos, gdy zapowiadał utwory, które będzie grał dla zebranych osób. Pamiętam, że było coś z Bacha, chyba też Beethovena. Jednej z osób na sali dał swoją kamerę video, by nagrać jego mini koncert. Filmował nią wszystkie swoje rejsy, przygody pod żaglami i w portach. Jak potem powiedział, otrzymał ją w prezencie od miejscowych żeglarzy, gdy stał w którymś z rosyjskich portów. Gdy grał, śmiały mu się oczy…

Ja byłem szczególnie rad z możliwości poznania i porozmawiania z Henrykiem Widerą. Doświadczony żeglarz, który swoją małą łódką pływa nie dla nagród, ale dla radości, jaką daje poznawanie ludzi i miejsc. Muzyk, który biorąc do ręki skrzypce równie wytarte jak swoje spodnie, po kilku dźwiękach miał śmiejące się do wszystkich oczy. Człowiek, który po kilku minutach rozmowy całkowicie mnie zauroczył swoją prostotą bycia i życia, cieszenia się z rzeczy małych. Do dziś mam przed oczami obraz, gdy z wielkim pietyzmem i ostrożnością zawijał w jakąś szmatkę szklaną statuetkę, a potem ją chował do kartonowego pudełka. Pewnie stoi w jego domu na eksponowanym miejscu…

Minkiewicz, Andrzej. „Żeglarz Roku 2011”. 2012-04-13. Portal Dobre wiatry.

2012, 18 sierpnia – w Nowym Warpnie zostaje otwarta Aleja Żeglarzy, upamiętniająca największe wyczyny polskiego żeglarstwa.

10_2012-08-18_Nowe_Warpno_Aleja_Zeglarzy_W_Jacobson_H_Widera_arch_W_Jacobson 18 sierpnia 2012, Nowe Warpno – kapitanowie: Wojciech Jacobson i Henryk Widera Fot. Jindřich Kuchejda

2013

Gawot i jego kapitan spędzają cały ten rok w Szczecinie. Henryk Widera przechodzi operację kardiologiczną, ale pracuje cały czas przy jachcie: Gawot zyskuje osłonę kokpitu.

2013, 2 maja – Henryk Widera i jego Gawot znajdują się na jednej z plansz wystawy „Biało-czerwona na morzach i oceanach” przedstawiającej najważniejsze dokonania polskiego żeglarstwa. Tym samym Henrykowi Widerze przyznana zostaje Bandera Prezydenta RP.

Odsłonięcie wystawy odbyło się w Dniu Flagi Rzeczypospolitej Polskiej przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.

2 maja 2013 – Wystawa „Biało-czerwona na morzach i oceanach”: plansza poświęcona Henrykowi Widerze
11_2013-05-02_Widera_Henryk_01
Źródło: autorzy i twórcy wystawy – firma Movida Sp. z o.o., arch. Izabela Kiriczok i Damian Święs

2014

Cały ten rok Gawot i Henryk Widera spędzają w Szczecinie. Jacht cumuje na przystani JK AZS Szczecin, a żeglarz pływa nim tylko po najbliższych akwenach.

Podczas uroczystości otwarcia sezonu dr Zbigniew Zalewski, prezes Zachodniopomorskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego, wręcza kpt. Henrykowi Widerze banderę przyznaną przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w dniu 2 ma­ja 2013 r.

2014, 5 lipca, Świnoujście – Henryk Widera dał koncert podczas zamknięcia XV Regat Klubowych o tradycyjną „Kszynkę”, których organizatorem był świnoujski Jacht Klub „Cztery Wiatry”.

13_2014-07-05_Swinoujscie_DSCF3183 Henryk Widera w Świnoujściu 5 lipca 2014.

2014, 23 lipca, Wolin – Henryk Widera uhonorowany został nagrodą specjalną podczas 50. Etapowych Regat Turystycznych (19-27 lipca 2014)  – sztandarowej imprezy żeglarskiej województwa zachodniopomorskiego, w której uczestniczyło 100 jachtów i ok. 400 żeglarzy. Pod koniec dnia odbył się koncert Henryka Widery połączony z prezentacją jego filmu z samotnego rejsu dookoła Europy.

2015

Wyprawa Gawotem z Polski do Francji kanałami.

Henryk Widera wypłynął ze znajomym studentem. Przeżyli huraganowy wiatr 200 km/godz. Na jednym z kanałów we Francji wysoka fala wytworzona przez barkę wyrzuciła Gawota na kamienie przy brzegu: uszkodziło to dno i spowodowało przeciek, jacht zaczął nabierać wody. Pomogli Francuzi, ktoś wezwał policję, sprawą zainteresowała się prasa, lokalna gazeta opublikowała na ten temat artykuł. Jacht odholowano do stoczni rzecznej. Szczególną pomoc okazała nieznana z imienia czarnoskóra dziewczyna, która wybierała wodę w czasie holowania; polskiego studenta już nie było – musiał wracać do kraju. Właściciel stoczni w ciągu kilku dni naprawił Gawota nie biorąc pieniędzy.

Henryk Widera popłynął dalej do Saony i Rodanem do Port-Saint-Louis-du-Rhône w delcie Rodanu, ok. 45 km na zachód od Marsylii.

W Port-Saint-Louis-du-Rhône Gawot został na zimę.

2016

Henryk Widera udał się pociągiem do Francji do Port-Saint-Louis-du-Rhône wioząc dużo bagażu. Tym razem towarzyszyła mu ochotniczo Wioleta Domosud – wdowa po Janie Łojce, autorka książki 8 lat na Atlantyku.

Razem remontowali jacht. Kpt. Widera bardzo chwalił Wioletę, mówił o niej: „genialna osoba, zaradna, z inicjatywą”. Po remoncie Wioleta wróciła z Port-Saint-Louis-du-Rhône do Polski bez żeglowania po Morzu Śródziemnym.

Henryk Widera pływał po portach wybrzeża francuskiego. Pod koniec sezonu popłynął na Korsykę i na wybrzeże włoskie – Portofino, Genua, Imperia.

W Imperia-Porto Maurizio pozostawił jacht na zimę.

Okres 2015-2016 jest zobrazowany na filmie nakręconym przez Henryka Widerę i utrwalonym na DVD.

2017

Henryk Widera pojechał do Włoch sam. Pojechała tam później koleżanka jego córki, pracująca w skle­pie żeglar­skim Maritim Shop Szczecin, ale wróciła do Polski bez żeglowania. Widera popłynął ponownie na Korsykę, potem na wybrzeże francuskie – m.in. do Saint-Tropez.

2017, 14 października – prowadzony przez Henryka Widerę jacht Gawot rozbił się o przybrzeżne skały w okolicy miejscowości Sanary-sur-Mer, leżącej 13 km (odległość drogowa) na zachód od Tulonu.

Żeglarz wyszedł z wypadku bez obrażeń. Na lądzie zaopiekowali się nim: Izabela Jarząbek z L’Association amicale franco-polonaise du Var  i Daniel Duval.

2017, 20 października – jacht został wydobyty i zaholowany do portu Bandol; operacja była sfinansowana przez miasto Sanary-sur-Mer, postój w porcie i należna kaucja zostały opłacone przez Daniela Duval.

Dyrekcja Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta S.A. z Warszawy podjęła decyzję o wyjątko­wym przyz­naniu Henrykowi Widerze 2500 euro z tytułu kosztów likwi­dacji szkody; pieniądze mają zostać przekazane bezpośrednio właści­cielowi jachtu.

Henryk Widera zdecydował się na likwidację jachtu, którą zadeklarował opłacić.

2018

2018, 10 marca – Henryk Widera otrzymał Nagrodę Specjalną Kolosów za 2017 rok.

Nagroda, przyznawana po raz 18. za dokonania eksploracyjne, wręczona została podczas Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów w Gdyni.

Kapituła nagrody umotywowała wybór:

za wspaniałą postawę, imponującą wytrwa­łość oraz konsek­wencję w realizo­waniu żeglar­skiej pasji, jako człowieka niezwykłego, którego nieza­leżność, umiło­wanie wolności oraz odwaga, by żyć w zgodzie z samym sobą, budzą głęboki podziw i stanowią wzór do naśladowania.

14_2018-03-10_KOLOS_Henryk_Widera_2018_fot_Wieslaw_Seidler Gdynia, 10 marca 2018: wręczenie Kolosa
Fot. Wiesław Seidler

Maciej Krzeptowski, wręczając laureatowi dyplom, przypomniał, że Henryka Widery nie załamały ani trudności admi­nistra­cyjne podczas próby żeglugi po wodach Rosji, ani nawet ubiegło­roczna strata jachtu Gawot na Morzu Śródziemnym.

Jest to już trzeci Kolos przyznany Henrykowi Widerze (poprzednie: patrz rok 2004 i 2009).

2018, 24 marca – Henryk Widera otrzymał Nagrodę im. kpt. Ludomira Mączki – główną Między­na­ro­dową Nagrodę Żeglar­ską Szcze­cina 2017. Kapituła nadała ją „za wierność idei swobod­nego żeglo­wania i żeglo­wa­nie za horyzont, ku słońcu”.

Jeszcze w roku 2006 Anna Kaniecka-Mazurek pisała na łamach Zeszytów Żeglarskich (nr 18; 2006-08-18):

Trzymam kciuki za naszego dzielnego kolegę i już obmyślam uzasadnienie zgłoszenia jego kandy­da­tury do nagrody im. Ludomira Mączki za swobodną żeglugę. Myślę, że przy Waszym wsparciu uda mi się przekonać wysoką prawdopodobnie międzynarodową komisję, że Widera jest konku­ren­cyj­nym kandy­datem do tej nagrody. Żeby on tylko zechciał być trochę bardziej „medialny” – pewnie nie zechce, to też część jego uroku, ale to już nasza w tym głowa, żeby tak wybitna postać, jak Henryk Widera, stała się naszym kolej­nym Klubowym znakiem rozpoznawczym.

Życie nie znosi pustki, po śmierci Ludka myślę, że właśnie Heniu objawił się nam jako żeglarski waga­bunda, człowiek wolny, pływający dla czystej przyjem­ności żeglo­wania bez epoletów i kapi­tań­skich galo­wych garniturów.

15_2018-03-24_H_Widera_3_cr

Oprócz dyplomu oraz okolicznościowej statuetki laureat otrzymał czek na 10.000 zł, „atrybuty” Ludomira Mączki (butelka chilijskiego czerwonego wina, czosnek i yerba mate), a jego nazwisko znalazło się w szczecińskiej Alei Żeglarzy na nadodrzańskich bulwarach.

Żeglarską Nagrodę Specjalną (kategoria IX) otrzymała Izabela Jarząbek „za bezin­te­re­sow­ną pomoc udzieloną rozbitkowi wyrzuconemu przez morze na brzeg i za serce okazane temu żeglarzowi.” Żeglarzem był kpt. Widera, a wszechstronna pomoc p. Jarząbek, działającej w organizacji L’Association amicale franco-polonaise du Var, dotyczyła wypadku Henryka Widery i jego jachtu Gawot (14 października 2017).

16_2018-03-24_P1150806_fot_Timm_Stütz 24 marca 2018, gala wręczenia Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina 2017: Izabela Jarząbek
Fot. Timm Stütz

Podczas gali Henryk Widera powiedział m. in:

Jestem wdzięczny za wyróżnienie, ale przede wszystkim chciałem podziękować kapitule nagród za zaproszenie i uhonorowanie mojego opiekuna podczas trudnych i dramatycznych dni, gdy mój jacht zatonął, pani Izabeli Jarząbek.
Pomimo wieku, wielu lat, które mam, tego starego wilka wciąż ciągnie do morza…

17_2018-03-24_H_Widera_2_I_Jarzabek_cr2 24 marca 2018: Izabela Jarząbek i Henryk Widera podczas gali wręczenia Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina 2017

Wręczenie nagród odbyło się w Centrum Kultury Euroregionu znajdującym się w zabytkowym szczecińskim budynku Starej Rzeźni.

18_2018-03-24_Laureaci 24 marca 2018: Laureaci Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina 2017

2018, wrzesień/październik – Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie wystąpiła z projek­tem koncertu benefisowego dla swego emerytowanego skrzypka. Rozpoczęło się ustalanie z Henrykiem Widerą planu uroczystości.

19_Henryk_Widera_2

2018, 21 listopada – Henryk Widera przewieziony został na oddział neurologiczny jednego ze szczeciń­skich szpitali z rozpoznaniem udaru. Później trafia do kliniki Kardio­logii Szpi­tala Kli­nicz­nego Pomor­skiego Uniwer­sy­tetu Medycz­nego w Szczecinie.

2018, 26 grudnia – kpt. Henryk Widera odszedł na wieczną wachtę.

Msza św. pogrzebowa odprawiona zostanie w piątek 4 stycz­nia 2019 o godzinie 13:00 w kościele św. Jana Ewan­ge­listy przy ul. Św. Ducha w Szczecinie, skąd zmarły zostanie odprowadzony do miejsca spoczynku na Cmen­tarzu Centralnym w Szczecinie.

20_2018-12-26_fot_Tomasz_Gontarz_JK_AZS Fot. Tomasz Gontarz / JK AZS

W liście z Malty, z dn. 25 listo­pa­da 2006, opublikowanym przez Zygmunta Szostaka w Zeszytach Żeglarskich (nr 20; 2006-11-25), Henryk Widera napisał:

[…] W tej relacji jest sporo momentów bardzo trudnych, niebezpiecznych, wprost dramatycznych, może pomyś­lisz, że przesa­dzam. Masz do tego prawo, bo przecież nie było świadków, a pisać można Bóg wie co, ale ja to piszę, bo to przeżyłem i to siedzi głęboko we mnie. Zresztą i tak nie jestem w stanie, chociaż nie wiem jak bym się starał, opisać tej grozy, tego potwornego napięcia, strachu. Wiem, niejeden mnie potępi za takie ryzyko. Kiedy byłem na pogrzebie Ludka, jeden z przema­wia­ją­cych powiedział, że Ludek był wzorem bezpiecz­nego pły­wania. Przyznam Ci się, że moja natura nie jest w stanie takiego wzoru przyjąć, nie mógłbym, żeglując, usiedzieć pół roku w jednym miejscu, już po tygodniu ciągnie mnie do nowego, a to nowe pociąga za sobą większe ryzyko, ale czy Wy nie ryzyku­jecie, kiedy wsiada­cie do samo­chodu?; takie jest życie, zresztą nikt nie jest pewien czy dożyje jutra. To nowe pociąga za sobą możli­wość popeł­nienia więcej błędów.

Nie bójmy się za bardzo popełniania błędów. Najważniejsze, aby ich nie powtarzać. Wiem, w żeg­lar­stwie najmniej­szy błąd może pociągnąć za sobą nieobli­czalne skutki, ale za to więcej się na nich uczymy. Ale błędy mogą również pociągnąć za sobą wspaniałe przeżycia, przygody. […]

Moje ryzyko przyniosło mi ogromne korzyści, poznałem tyle pięknych krajów, wspaniałych ludzi. To niebez­piecz­ne życie – czuję to. Zrobiło mnie to bardziej odważ­nym i tym samym wzrosło moje zaufanie do siebie… Myślę, że najważniejszą z tych korzyści jest to, że stałem się bardziej radosny, tym bardziej teraz, kiedy jestem już tak blisko zaplanowanego na ten rok etapu rejsu. […]

Żeglujmy Razem / Periplus
Kazimierz Robak, 2010/2018
Dane z lat 2014-2018 zestawił kpt. Wojciech Jacobson (serdeczne podziękowania!),
na podstawie rozmowy z Henrykiem Widerą 11 października 2018.

[1] Dł.: 4,5 m; szer.: 1,4 m; pow. żagli 8 m2; mieczowy; konstr.: Mieczysław Pluciński.

[2] Typ Micro; dł.: 5,5 m; szer.: 2,45 m; pow. żagli 18,5 m2; zanurzenie: 110 cm; kadłub: włókno szklane, włókno węglowe.

[3] Typ Tango Family; budowa: 1995, stocznia jachtowa Janmor, Głowno k. Łodzi; dł.: 7,70 m; szer.: 2,8 m; zanurzenie: 1,45 m; pow. żagli: 25,0 m2; kadłub: laminat poliestrowo-szklany. Przed rejsem dookoła Europy Henryk Widera zainstalował na nim m. in. stacjonarny silnik o mocy 19 KM ze stałą śrubą na długim wale.

Tekst opublikowany pierwotnie na stronie periplus.pl

_____________________________________________________________________________________________________
Kazimierz Robakpolonista, historyk, dziennikarz, żeglarz, obecnie wykładowca akademicki w USA; organizator i uczestnik pierwszej Szkoły pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego 1983-1984 na „Pogorii” (kierownik sekretariatu i nauczyciel); dyrektor i nauczyciel SzPŻ KB na „Pogorii” 2013, 2015 i 2016; redaktor i współwłaściciel www.zeglujmyrazem.com i www.periplus.pl; autor książek „Pogorią na koniec świata”, „Szkoła” , „Gibraltar: Cieśnina-Skała-Państwo” i „Kto jest kim: Krzysztof Baranowski”

(zs): NORTHWEST PASSAGE – wyprawa jachtem „Vagabond’eux” z zachodu na wschód, 1984-1988.

Maria wpłynęła do Rio; do Rio de Janeiro. Wreszcie będzie czas na uroki lądowego życia, na bogate życie towarzyskie, na chłonięcie mozaiki kolorów, zapachów, wrażeń, na dalsze plany żeglarskie. Zatoka Guanabara, Corcovado z posągiem Chrystusa, Góra Cukru, bajecznie kolorowe plaże Copacabana i  inne atrakcje turystyczne, nowo poznani ludzie, spotkania, rozmowy. Jeden z poznanych, przebywający „na kontrakcie” Zbyszek Siniecki i jego żona Inga niezwykle serdecznie opiekują się Marią i jej załogą (Ludomir Mączka, Wojciech Jacobson, Marek Kowalski). Gdy wypłyną z Rio będą z nimi w kontakcie; wysyłają im przychodzącą do Rio na adres Marii korespondencję. Z Rio żeglarze płyną do Vitorii, potem do Salvadoru (Baia de Todos os Santos). I właśnie w Salvadorze dostają wiadomość od Sinieckiego, że szuka z nimi kontaktu Janusz Kurbiel, prosi o telefon. Znają go jeszcze z kraju, ze Szczecina, z klubu żeglarskiego; mieszka we Francji, żegluje, najczęściej na daleką Północ. Wojtek dzwoni do Paryża, do Janusza; rozmowa krótka – połączenie telefoniczne drogo kosztuje – więc umawiają się, że Janusz napisze list do Cayenne (ich kolejnego portu); list z pewną propozycją dla nich. Maria żegluje dalej; wpływa do Cayenne w Gujanie Francuskiej, gdzie na poczcie odbierają listy, dużo listów, a wśród nich ten jeden, jak się okaże bardzo ważny, z Paryża od Janusza. W mesie Marii czytają na głos, tak żeby do wszystkich dotarło – Kurbiel pisze o rejsie arktycznym na Northwest Passage, jego jachtem, z nimi w załodze. Kolejne telefony do Paryża i umawiają się na spotkanie, na rozmowy o szczegółach arktycznego rejsu. Wkrótce do Cayenne przylatuje Janusz z żoną Joelle; przywożą dużo prezentów dla Marii – radionamiernik, echosondę, samoster na rumpel – tak jakby chcieli jej wynagrodzić, może przeprosić, że odciągają Ludka od niej…  Na kotwicowisku, na Marii, omawiają szczegóły: najpierw przeprowadzenie jego jachtu Vagabond II (piętnastometrowy stalowy kadłub, powierzchnia ożaglowania 120m2) z Francji do Kanady, na zachodnie wybrzeże. Na zapoznanie się z jachtem, omówienie dalszych szczegółów r1a. na paryskim brukuejsu umawiają się w Paryżu, na dwudziestego piątego maja (1984r.) – w tym dniu będzie otwarcie wystawy pt. „Retour du Pôle” („Powrót z bieguna”) o niezwykłym rejsie jachtem a potem wyprawie zorganizowanej przez Janusza Kurbiela saniami motorowymi – 2000 km do bieguna magnetycznego; w Paryżu, na nabrzeżu Sekwany stoi jacht, vis a vis wieży Eiffla – „łatwo znajdziecie”.                                                                                                                 Fot. W. Jacobson

Maria kolejny raz  – już czwarty – przepływa Atlantyk; po 65 dniach cumują w Brest. Do Paryża na spotkanie z Kurbielem pociągiem jadą Wojtek i Ludek, Marek Kowalski zostaje na Marii, dla niego rejs kończy się definitywnie – wyjedzie z Francji do krewnych w Niemczech. Omawiają szczegóły – Janusz przedstawia plan całej wyprawy: rejs Francja – Kanada to początek, prolog, celem jest wyprawa z zachodu na wschód Przejściem Północno-Zachodnim (Northwest Passage). Jeszcze Marię przeprowadzić z Brest do Le Havre, wystawić na ląd, na keję, zabezpieczyć na postój – roczny, wg planów wyprawowych Janusza. Włączają się w przygotowania jachtu, wyprawy; do załogi – na zaproszenie Kurbiela – dołącza córka Wojtka, Magda, studentka architektury.

13 października 1984, start z Le Havre (Wojtek Jacobson jako kapitan, Ludek Mączka, Magda Jacobson); postój techniczny w Brest, potem dwukrotnie będą wychodzić w morze i wracać – kłopoty z silnikiem – by ostatecznie 1-go listopada wypłynąć z Europy. Atlantyk – Gran Canaria – Antyle – Wenezuela – Kanał Panamski – zachodnie wybrzeże Meksyku i USA – Vancouver (Canada, B.C.); jest 30.04.1985r. Za rufą Vagabond II pozostało 12520 mil morskich, osiemnaście portów i kotwicowisk w których się zatrzymywali.

W kraju pogrążonym w siermiężnych warunkach gospodarczych, w napiętych relacjach społecznych, przy ograniczeniach swobodnej aktywności, również żeglarskiej ich rejs do Vancouver budzi zaciekawienie, uznanie dla żeglarskiej dobrej roboty; rejs uzyskuje prestiżową, I nagrodę i „Srebrny Sekstant” w konkursie Rejs Roku 1985.

 

Do Arktyki – sezon 1.

4 czerwca 1985 roku wypływają dalej na Północ Kanady; przed nimi wyprawa na Northwest Passage. W załodze Vagabond II jest właściciel jachtu i organizator wyprawy Janusz Kurbiel jako kapitan, jego żona Joelle, Wojtek Jacobson i Ludek Mączka. Akweny Kolumbii Brytyjskiej – Pacyfik – Dutch Harbor (Aleuty) – Morze Beringa – Nome (Alaska) – kotwicowisko w Clarence Bay (tuż przed Cieśniną Beringa).

„…Krajobraz był już subarktyczny, brak lasów, niska roślinność, tundra pokryta kwiatami. Wokół na brzegach rozłożone były namioty obozów letnich Inuitów i rozciągnięte sieci do połowu ryb. Na sąsiednich wzgórzach, koło osady Teller, lądował w roku 1926 Roald  Amundsen po przelocie sterowcem Norge nad biegunem północnym…”     

                                                                              (ze wspomnień Wojciecha Jacobsona)

18 lipca 1985 roku, Cieśnina Beringa, przekraczają koło podbiegunowe (krąg polarny).

„…przy słonecznej pogodzie, wpłynęliśmy między dwie wyspy leżące pośrodkuCieśniny Beringa –  Małą i Dużą Diomede, przez Rosjan zwaną Ostrowem Ratmanowa. Jednym rzutem oka mogliśmy ogarnąć dwa widoczne w oddali kontynenty i dwa regiony – Amerykę i Azję, Alaskę i Syberię , dwa państwa – USA i ZSRR,  dwa oceany – Spokojny i Arktyczny, dwa morza – Beringa i Czukockie,  i … dwa dni – dziś i jutro! Tak – środkiem cieśniny biegnie bowiem linia zmiany daty!…”

                                                                             (ze wspomnień Wojciecha Jacobsona)

Na Morzu Czukockim pojawiają się pierwsze pola kry lodowej; na razie jest to luźny pak lodowy, jeszcze niegroźny dla żeglugi dopóki nie zgęstnieje i nie unieruchomi jachtu. Wzdłuż północnego wybrzeża Alaski ciągną się płycizny, skały podwodne, podwodne pingo – wypiętrzone formy geomorfologiczne. Na szczęście kadłub Vagabond’eux jest przystosowany do żeglugi po płytkich wodach. Ma to jeszcze i tę zaletę, że spychane wiatrem dolądowym większe kry lodowe osiadają „zaczepiając” o dno, pozostawiając przybrzeżne płycizny możliwymi do żeglugi, ale dla jachtu o małym zanurzeniu, takiego jak ich Vagabond’eux.

10 sierpnia 1985 roku, kotwicowisko koło dużej osady Inuitów i portu arktycznego Tuktoyaktuk (ujście rzeki Mackenzie). Z powodu znacznego zalodzenia dalsza żegluga staje się zbyt niebezpieczna, a nawet wręcz niemożliwa (podejmują jeszcze próby żeglugi wśród gęstniejących pól lodowych, ale bezskutecznie) .

2a.Vagabond II_NW Passage 1985

 

3a. J309_b

 

 

  Fot. J. Kurbiel

Trzeciego września Vagabond’eux zostaje wyciągnięty spychaczem Inuitów na ląd (ma płaskie dno, podnoszony miecz, jest do takich manewrów przystosowany). Arktyczna zima nadchodzi szybkimi krokami; Kurbielowie wracają do Francji; Ludek z Wojtkiem zabezpieczają jacht na zimę, przenoszą wyposażenie do użyczonych, ogrzewanych pomieszczeń działających tam firm naftowych.

23 września odlatują: najpierw do Inuvik – to jeszcze Arktyka – i po kilku dniach (po prawie tygodniu kwerendy naukowej w Arctic Research Centre) lotem z przesiadką w Edmonton do Londynu, Paryża (we Francji zdążą jeszcze pojechać do St. Nazaire na próby żeglowania katamaranem ojca francuskiej sławy żeglarskiej Marca Pajota) i do Polski – Wojtek (do pracy na uczelni), bo Ludek zostaje we Francji do czerwca następnego roku (w styczniu następnego roku Ludek z Januszem Kurbielem pojawią się na krótko w Polsce).

Bilans sezonu w Arktyce to: 4100 mil morskich i 25 portów i kotwicowisk.

 

Arktyka – sezon 2.

 W połowie czerwca 1986 roku Wojtek i Ludek przylatują do Tuktoyaktuk; przygotowują jacht do dalszej żeglugi. Z początkiem lipca pojawiają się Kurbielowie i wraz z nimi kanadyjski filmowiec Jerome del Santo.

27.07.1986 opuszczają Tuktoyaktuk; Zatoka Amundsena – Zatoka Koronacyjna – Zatoka Królowej Maud – Gjoa Haven (Wyspa Króla Williama). Żegluga trudna, częściowo w lodach, tworzące się zatory lodowe ograniczają możliwości płynięcia w pożądanym kierunku, zamykają wolną od lodu drogę wodną; sytuacja staje się coraz trudniej przewidywalna, niebezpieczna, z trudem osiągają zatokę przy osadzie Gjoa Haven.

4a. 0007bis09.1986Jest już koniec września i uświadamiają sobie, że jest to koniec możliwości żeglugowych w tym sezonie – bariera lodowa zamyka dalszą drogę. Zresztą, sama osada swoją nazwą jakby chciała zatrzymać i przypomnieć, że byli tu więksi od nich i też ulegli arktycznej zimie: Amundsen na swoim statku Gjöa zimował tu, w tym miejscu – wówczas jeszcze nie osadzie – przez dwa sezony i nadał mu obecną nazwę.                    Fot. J. Kurbiel

Nie było rady, z pomocą miejscowych Inuitów, na specjalnie przygotowanych w tym celu saniach, podczepiając Vagabond’eux do buldożera wyciągnęli jacht na brzeg. I był to ostatni moment – w nocy przy mrozie minus 15˚C zatoka zamarzła; arktyczna zima rozpoczęła się na dobre.

Kurbielowie odlatują do Montrealu; Wojtek leci do Polski przez Yellowknife (nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym), Edmonton, Toronto, Londyn, Paryż, a Ludek, po krótkim pobycie w Yellowknife (szuka pracy), jako autostopowicz zabiera się dużym truckiem do Edmonton (tu też, bezskutecznie, szuka pracy), potem autobusem za ostatnie pieniądze dociera do Vancouver i do Victorii, gdzie zatrzymuje się u poznanego w Ar5a. North Starktyce w Tuktoyaktuk skipera jachtu Belvedere Svena Johanssona. Na jego trzymasztowej, rejowej fregacie North Star of Herschel Island, przebudowanej z inuickiego arktycznego kutra, Ludek znajduje opiekę i lokum na okres zimy; podejmuje różne prace dorywcze. Wiosną następnego roku, jeszcze przed powrotem do Arktyki, na zaproszenie szczecińskiego kolegi żeglarza, Ludek pojedzie do San Diego, u którego                                                                                                                        Fot.  W. Jacobson                                                                         znajdzie dach nad głową, wikt i zarobek przy pracach budowlanych, i co równie ważne – nagrzeje się ciepłymi promieniami słońca południowej Kaliforni.

Sezon nawigacyjny 1986 roku w eksploracji Arktyki zamykają bilansem przebytych 1850 mil i odwiedzanych 21 kotwicowisk i portów.

 

Arktyka – sezon 3.

1.07.1987 Wojtek z Ludkiem pojawiają się w Gjoa Haven. W drugiej połowie sierpnia 6a. Vagabond'eux w lodach_1987_ fot.J.Kurbiel correctedprzylatują Janusz i Joelle Kurbielowie, kilka dni później Jerome del Santo; wodują jacht i 25 sierpnia podejmują próbę żeglugi, choć sytuacja lodowa wokół nie nastraja optymistycznie.

Po kluczeniu w polach lodowych, widząc zatory lodowe w cieśninach i po przeżeglowaniu trzystu mil (postoje w 4 miejscach) Arktyka zatrzymuje ich na kolejną zimę.

7a. wyciaganie w Gjoa Haven corrected

 

 

                                               Fot. Jerome del Santo

Wracają do Gjoa Haven i jak przed rokiem wyciągają jacht na brzeg.

Rekonesans lotniczy dokonany dzięki zaprzyjaźnionym pilotom nad pobliskimi akwenami po widnokrąg pokrytymi lodem, bez śladu wolnej od lodu, żeglownej wody tylko utwierdził ich w słuszności podjętej decyzji.                                                                                      Fot. W. Jacobson

Bilans żeglugi to zaledwie trzysta mil, ale postęp w pokonywaniu Northwest Passage – zero; pozostali w tym samym miejscu co w poprzednim sezonie.

Na szczęście w bilansie wyprawy nie tylko liczą się przebyte mile; jest coś znacznie cenniejszego w wyprawie, coś co jest ważniejsze od „zaliczania” kolejnych mil, portów, kotwicowisk. I właśnie ten sezon, „dzięki” nie do pokonania trudnościom nawigacyjnym, pozwolił im nawiązać bliższe kontakty z lokalną społecznością osady Inuitów: tradycyjne zabawy, tańce, igrzyska sportowe, wizyty w domach mieszkańców wioski, i rewizyty Inuitów na stojącym na brzegu jachcie, a nawet pomoc w pochówku zmarłych. Utrwaliły się nazwiska: Eddie Kikoak, Georg Porter i ich rodziny, mały Allan; i właśnie Allan, prawie dwadzieścia lat później w 2006 roku witając załogę Starego i Nektona wyciągnie z kieszeni pomiętą, ale cenną dla niego małą karteczkę z pieczątką jachtu Vagabond II i zapisanymi poniżej nazwiskami „Wojtek Jacobson, Ludek Mączka”. „Jak byłem młodym chłopcem, to tu byli Polacy. Dali mi karteczkę z nazwiskami i powiedzieli, że tu kiedyś przypłyną ich przyjaciele”  – opowiadał żeglarzom ze Starego zadowolony i dumny Allan. Po rejsie Starego Wojtek Wejer z Kanady odszukał w Gjoa Haven Inuitę z tą osobliwą karteczką, korespondował z nim i okazało się, że w rzeczywistości nazywa się William Aglukkag.

 

Arktyka – sezon 4.

 15.08.1988, po miesięcznych przygotowaniach jachtu, wyruszyli z Gjoa Haven – Ludek i Wojtek, bo Kurbielowie w tym czasie podjęli próbę żeglugi od strony wschodniej Przejścia Północno-Zachodniego ich nowym jachtem, również przystosowanym do żeglugi polarnej Vagabond III,  z nadzieją pomyślnego kontynuowania żeglugi przez Northwest Passage.

Tym razem sytuacja lodowa w Arktyce sprzyjała im. Lody cofnęły się na północ, otworzyła się wolna woda i 25 sierpnia przepłynęli Cieśninę Bellota przedostając się na atlantycką stronę działu wodnego.8a. Vagabond 2 i 3 spotkanie w NW Passage

W Zatoce Prince Regent Inlet spotykają się z Kurbielami na Vagabond III (jacht na cześć sponsora nazywa się Tupperware)i dalej żeglują przez Cieśninę Lancaster, Admiralty Inlet do osady Inuitów Arctic Bay, Cieśnin Baffina, Davisa i portów Grenlandii.

                                                                                                     Fot. J. Kurbiel                                                              Radość z przebycia całego Northwest Passage i to jako pierwszy polski jacht, pierwszy jacht żaglowy płynący z zachodu na wschód, a 38. jednostka, wg statystyki kanadyjskiego Coast Guard, która przepłynęła całą trasę Przejścia Północno-Zachodniego.

9a. Trasa wyprawy przez NWP 1985-1988

Rys. St. Matusiewicz    

Po czteroletnich trudach żeglugi polarnej pozostawała tylko (!) żegluga jachtem z powrotem, z Grenlandii do Francji. Dziewiętnastego września odpływają; Wojtek i Ludek. Znany im już Atlantyk pokazuje swój pazur; oddech Arktyki jakby chciał ich jeszcze dosięgnąć, choć z każdym stopniem szerokości temperatury rosną.

Tropikalny sztorm Helene o sile huraganu dosięga Vagabond’eux. Wysokie fale, huraganowy wiatr kładą jacht na burcie z masztem pod wodą.  Relacja Ludka jest dramatyczna, budzi przerażenie i grozę, a przecież trudno posądzać wytrawnego wilka morskiego o nadmierne ekscytowanie sensacją:                                                                                                                      „Piekło trwało trzy dni. Nieśliśmy zaledwie płachetek grota, a i tak trzy razy  maszt poszedł pod wodę. Najgorsza była pierwsza wywrotka. Byliśmy szczelnie zamknięci pod pokładem, mimo to do kabiny zaczęła wlewać się woda. Aha, to tak wygląda koniec żeglarskiej zabawy!” – pomyślałem i zrobiło mi się jakoś nieswojo. Gdybym powiedział, że się wtedy nie bałem, to bym skłamał. Jacht jednak powoli podniósł się i choć na maszcie nie było ani anteny radarowej, ani żadnego z innych urządzeń tam zainstalowanych, wiedziałem, że przetrwaliśmy…”.

Duże zniszczenia, stracone urządzenia elektroniczne, radary, anteny masztowe, kompas; nie działa radio; na szczęście maszt stoi. Do Brestu docierają 16 października w gęstej mgle; wyczerpani, poobijani, z licznymi uszkodzeniami na jachcie, ale szczęśliwi.

Na Ludka, na nabrzeżu w Le Havre, czeka – niczym wierna narzeczona – Maria

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tekst powstał przy życzliwej, merytorycznej pomocy Wojciecha Jacobsona.

 

 

Maciej Krzeptowski: W 80 lat dookoła świata – wystawa fotograficzna.

Kopia mk 001Większość prezentowanych zdjęć robionych była z myślą, by za wszelką cenę zatrzymać dla siebie spotkanych ludzi, miejsca i sytuacje. Jest tam przede wszystkim zdziwienie, że tak wygląda Atlantyk, przylądek Horn, pingwin, pani Latimer, szczyt Dhaulagiri…! Za to brak w nich zupełnie zamysłu i przekonania, że kiedyś mogłyby posłużyć do przygotowania wystawy. Wyraziste, czasami trudne wyprawy w góry, rejsy na jachtach i statkach rybackich dostarczyły mi niezapomnianych przeżyć, nic dziwnego, że właśnie tam fotografowąłem najczęściej…

                                                                                                                  Maciej Krzeptowski

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

1. Tatry

W miejscu, gdzie się urodziłem, góry całkowicie zasłaniają widoki. Grań Tatr Wysokich z Polany Rusinowej.

 

SONY DSC

 

 

 

Nad brzegiem Bałtyku po raz pierwszy przekonałem się, co znaczy odległy horyzont. Niechorze, poranny powrót łodzi z pławnicowych połowów śledzi.

 

SONY DSC

Niemcy. Łodzie rybackie Zeesbooty przeżywają dzisiaj swoją drugą młodość. W regatach rozgrywanych na wodach Saaler Bodden uczestniczą co roku żeglarze z rotariańskiej Floty Pomerania.

9.Porto

Portugalia. Łodzie używane do transportu beczek z winem, zakotwiczone w Porto na rzece Douro.

SONY DSC Wenecja. Gondole na Canal Grande widziane z mostu Rialto.

SONY DSC

 

 

Spitsbergen. „Stary” przy czole lodowca podczas pobierania prób dla Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie.

27.Madera.Maki

Madera. Wybrzeże Półwyspu Świętego Wawrzyńca. W kolistych sadzach, zakotwiczonych w osłoniętej zatoczce, hodowane są ryby.

30.Fernando de Noronha

 

 

 

„Maria” w drugim rejsie dookoła świata kotwiczyła na Fernando de Noronha.

 

34.Lew.

Młody król zwierząt (Panthera leo).

36.Latimeria nr 1

 

Pierwszy okaz latimerii złowiony przez rybaków w 1938 roku. Aleksandra Kropiwnicka-Hall oprowadza nas po East London Museum.

 

37.P.Dobrej Nadziei Przylądek Dobrej Nadziei widziany z pokładu „Marii”.

40.Georgia Płd.

„Tazar” zawinął do dawnej faktorii wielorybniczej w Grytviken na Georgii Południowej. Jako pierwszy grań tę pokonał Ernest Shackleton w maju 1916 roku, po zatonięciu statku „Endurance”.

42.Ludek szyje

Z Ludomirem Mączką płynąłem na „Marii” w jego drugim rejsie dookoła świata. W drodze do Cieśniny Magellana kilka sztaksli zostało mocno nadwątlonych. Ludek naprawia porwany róg szotowy kliwra.

49.Bracia Wybrzeża.0 

Zafarrancho. Spotkanie z chilijskimi Braćmi Wybrzeża.

52.Torres 

 

 

Wieże Torres del Paine. Wspinacze tygodniami czekają w pobliskim obozowisku na okno pogodowe, które pozwoliłoby im podjąć próbę wejścia na szczyt.

58.Tonga.Stroje

 

 

 

Tonga. Nukualofa. Niedzielnie wystrojona rodzina udaje się do kościoła.

63.Matuki 

Wyspa Południowa. Dolina Matukituki. Po niedawnym deszczu, tylko dzięki kijkom udało mi się pokonać wyjątkowo strome zejście z grani.

70.Zapasy żywności.0

Przygotowywanie prowiantu na dalszą część rejsu. Mistrzostwem jest usunięcie włóknistej skorupy kokosa trzema celnymi uderzeniami w ostrze kotwicy pługowej.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Wybrane zdjęcia można otrzymać w zamian za darowiznę na rzecz Rotary Clubu Szczecin.

Grzegorz Węgrzyn: Przerwany rejs. „Regina R” w Simon’s Town (RPA).

Żeglarstwo przy dużej sile przyciągania do zmierzenia się z pokusą horyzontu ciągle niesie z sobą element ryzyka, niepewności osiągnięcia zamierzonego celu. Dalekie rejsy oceaniczne, a już z pewnością samotne, są dla wielu wyzwaniem, któremu trudno się oprzeć; swoistym celem życiowym  na drodze żeglarskich dokonań. I choć otwierające się za widnokręgiem bogactwo i inność świata oszałamia, wciąga to zwykłe, życiowe kłopoty i problemy nie znikają, a wręcz przeciwnie kumulując się, prawie niezauważenie potrafią przybierać coraz większe rozmiary, by w niespodziewanym momencie brutalnie przerwać cienką linię zamierzonego kursu…                                           (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Grzegorz Węgrzyn: Relacje z przerwanego rejsu – Republika Południowej Afryki.

 Regina R w Simon’s Town (RPA) .

Grzegorz WęgrzynPrzypłynąłem do portu Marynarki Wojennej w Simon’s Town (Simonstad, Republika Południowej Afryki). Jest to małe miasteczko w stylu wiktoriańskim, leżące nad całkiem sporą zatoką, a bezpośrednio sąsiadujące przez górę z Cape Town (Kapsztad). Obrazowo wygląda to tak, że jest to najbardziej wysunięte miasteczko na południe w Afryce. Z tego miejsca idzie się, lub jedzie na Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei).

Jeszcze dobrze się nie wyspałem, a już zaczęli przychodzić goście, wszyscy na galowo, w czapkach z „naleśnikami” na głowie. Miałem zaszczyt uścisnąć prawicę komendanta portu, komendanta szkoły i ich adiutantów. Po chwili przypłynęła motorówka robiąca za holownik i Regina R, razem ze mną została odholowana do pobliskiej mariny. A w marinie już wszyscy wiedzieli, że jestem żeglarzem z Polski i że płynę samotnie dookoła świata. Jak to się mówi, wiadomości szybko się rozchodzą. Jeszcze dobrze cum nie obłożyłem, a już „komitet powitalny” zaprosił mnie na wieczornego grilla i przekazał wiadomość o poinformowaniu Polonii o moim przybyciu. Nie było to trudne, gdyż Holender Arnold w tej marinie trzyma swój jacht, a który ma żonę Polkę Jadwigę Głowacką. Dalej poszło jak po sznurku. Jednocześnie poznałem sir Spili, menadżera mariny, który po zapoznanie się ze stanem technicznym jachtu, umówił służby celne, emigracyjne i kwarantannę na przyjazd tutaj, do mnie. Gdyby nie jego dobra wola, musiałbym płynąć do Cape Town, czyli opłynąć przylądek; jest to około 80 Mm.

Tego samego dnia, wczesnym wieczorem rozpoczął się grill i trwał do drugiej na d ranem. Byli na nim żeglarze z różnych stron: Amerykanie z Alaski, Kanadyjczycy z Vancouver, Niemcy, Szwed, Francuzi, Holender. Polacy jeszcze nie dotarli. Na drugi dzień, bladym świtem około dziewiątej rano poszedłem do kościoła, gdzie wspólnie z miejscową wspólnotą podziękowałem Panu Bogu za szczęśliwe dotarcie do portu. Gdy wróciłem na przystań już czekał na mnie Arnold z wiadomościami od Jadzi. Jadzia od pierwszego dnia wzięła się za metodyczne działania. Umówiła lekarza, umówiła Krysię Żyluk przewodniczącą Polonii, umówiła Dziunię Tanewską, która roztoczyła nade mną opiekę duchową. Po chwili przybyła Basia Lasek, dentystka i szczecinianie Jola i Rysiek Nardy. Nie sposób wymienić wszystkich i opisać wszystkie działania na rzecz remontu Reginy R. Ale nie można wspomnieć o uroczystości Flagi Polskiej, która odbyła się po Mszy Świętej pierwszego maja, tylko dlatego, że wypadało to w niedzielę. Cały program i organizacyjnie przygotowała Krysia – przewodnicząca Polonii. Podczas tego spotkania podziękowałem wszystkim zebranym za okazaną mi pomoc i zaprosiłem wszystkich na jacht w dniu 3.maja, Święto Konstytucji. Uroczystość odbyła się w pełnej gali, w towarzystwie żeglarzy innych nacji, a co dla niektórych było dziwne, Amerykanin z Alaski doskonale wiedział co to jest za uroczystość.

Spotkania towarzyskie odbywały się przeważnie wieczorami, już po pracy, gdy każdy miał chwilę wolną, ale ja całymi dniami musiałem pracować przy jachcie. W tych pracach pomagała mi cała grupa przyjaciół: Andrzej Żyluk jeździł ze mną po całym mieście w sprawie lin stalowych, Rysiek Nardy załatwiał gaz, Krzysiek Tanewski prowiant, „lokalsi”, których imion nie pamiętam, pomagali na przystani. Arnold ze swoim kumplem Holendrem sprawy spawalnicze, Basia Laska przegląd i naprawa uzębienia, Jola Nardy i Jadzia Głowacka obiady po całodziennej pracy, Conni i Kristyn (Kanadyjka i Niemka) czuwały nade mną w trakcie pracy, przynosząc przekąski i napoje. Nie jestem w stanie zmieścić w jednym artykule wszystkich dobroci, jakie doznałem.

 Któregoś dnia, przy porannej kawie z Arnoldem i uzgadnianiu zakresu zajęć na dziś Regina R na slipie w Simons Town w towarzystwie Ryśka Nardyprzychodzi sir Spili i proponuje wyciągnięcie jachtu na slip, pod warunkiem, że wszystkie prace w części podwodnej wykonam w przeciągu tygodnia. Kto by z takiej propozycji nie skorzystał?

Taka wspaniała atmosfera towarzyszyła mi podczas postoju w Simon’s Town. Gdy już byłem obrobiony z technicznymi rzeczami, poprosiłem Krzyśka Tanewskiego o zorganizowanie spotkanie z przedstawicielem powojennej emigracji i udało się.

 

Spotkałem siSpotkanie z Panem Witoldemę z panem Witoldem Jarmołowiczem, kadetem gen. Andersa. Cały dzień opowiadał mi o swoich przeżyciach, ale najciekawszą opowieścią była opowieść o ostatniej wizytacji wojsk polskich przez gen. Sikorskiego. Potem już tylko łzy, łamiący się głos i cisza. W ostatni dzień pobytu w Cape Town, pan Witold przyjechał do mnie na jacht, posiedzieliśmy chwilkę; herbata, wymiana książkowych prezentów. Nie zapomniane chwile spędzone z żywą historią Polski.

Następną ciekawą opowieścią o losach Polski i Polaków opowiedział mi Kuba Miszewski, syn lotnika z dywizjonu 302. Kuba urodził się już tutaj w RPA, jak całe jego rodzeństwo i jak opowiadał języka uczyli się słuchając wieczornych opowieści mamy, a później czytając książki. Jego tato, po kampanii wrześniowej dostał się do Francji, a później do Anglii. Po zakończonej wojnie Miszewski senior skończył studia architektury w Liverpoolu, po czym na zaproszenie swojego kolegi z RPA wyemigrował do Johannesburga i rozpoczął pracę w zawodzie. Po krótkim czasie założył swój zespół (co było na ówczesne czasy, dla cudzoziemca ewenementem). Był bardzo cenionym architektem, czego wyrazem było to, że uczestniczył w zespole budującym słynną operę Kapsztadzką.

W takiej historycznej atmosferze mijały mi ostatnie dni postoju w Simon’s Town. Gdy już wszystko po stronie technicznej było gotowe, wyruszyłem do Cape Town aby zrobić odprawę i z czystym kontem wypłynąć dalej. Tym razem przylądek Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei), był dla mnie bardzo łaskawy. Płynąłem jak po gładziutkim jeziorze.

Pożegnanie w międzynarowym towarzystwiePo uzupełnieniu pieczątek i innych dokumentów w kilku urzędach, wyruszyłem w kierunku Australii. Było to 17 maja 2016r.,o godz.0000, razem z odpływem wypłynąłem z waterfront, żegnając przyjaznych mi ludzi i kraj.   Zadałem sobie tylko jedno pytanie, co mi zafunduje Ocean Indyjski, po tym jak mi pokazał swoją siłę, gdy wpłynąłem na niego po raz pierwszy. Jest druga połowa maja, za chwilę zacznie się zima. Miałem ułożoną trasę na podstawie Routering Chart (specjalne mapy na których zamieszczone są statystyczne dane co do wiatrów, temperatury, ciśnienia, itd.), wybrałem szerokości po których chciałem płynąć, gdzie statystycznie było najmniej sztormów, ale czy to mi się uda?

Na odpowiedz nie musiałem czekać długo, po tygodniu dość spokojnej żeglugi przyszła pierwsza 7-8˚B. Powiało około dwunastu godzin i zeszło do 3-4˚. I tak było niemal przez cały Ocean Indyjski. W sumie miałem taką pogodę przez 16-cie tygodni. Do tego niska temperatura i mokre ciuchy przez cały czas, przypominały mi, że płynę po Indyjskim w zimie. O tym też zaczynały przypominać mi żagle, które robiły się coraz bardziej „rzadkie”, zaczęły się rozłazić na brytach(szwach) i na likach (krawędziach). Na szczęście miałem kilka żagli zapasowych, więc jak jeden szedł do szycia, to drugiego stawiałem i płynąłem dalej. Było tak do momentu, aż pewnej nocy zostałem zaskoczony podczas snu i podstawowy komplet żagli został całkowicie podarty. Już nie było co szyć, zacząłem płynąć na rezerwowych (dużo mniejszych) żaglach, co odbiło się na prędkości i dryfie. Do tego wszystkiego zaczęły pękać liny takielunku te, których nie wymieniłem w Simon’s Town. Żeby wymienić popękane liny musiałem czekać aż się ocean na tyle uspokoi, że będę mógł wejść na top, a i tak siedząc na topie bujałem się po kilka metrów, jak wahadło w zegarze. Do wchodzenia na maszt służyły mi feet strepy, które wciągałem w likszparę w maszcie i tak jak po schodkach szedłem na top. Poobijany przy tym niemożliwie z duszą na ramieniu naprawiałem co trzeba i z powrotem. Droga powrotna na deck zawsze jest gorsza od wchodzenia. Zmęczenie materiału zaczęło dotykać wszystkiego i mnie też.

Sto dwadzieścia mil morskich od brzegów Australii silnik przestał działać, jedyne źródło zasilania akumulatorów, a więc i całej nawigacji. Jednak nie to było najważniejsze, wpływałem na bardzo silne prądy wzdłuż brzegów Australii, nie mając dobrych żagli i silnika zacząłem się zastanawiać jak wpłynąć do Perth. Jedynym rozwiązaniem było czekać na sprzyjające wiatry, które mnie wepchną do portu. I tak też zrobiłem, trwało to prawie tydzień jak pływałem do przodu i do tyłu, aż w końcu byłem w takiej odległości, że podjąłem ryzyko wpłynięcia na małym foku do mariny we Fremantle. Było to 18.09.2016r. Tutaj przez najbliższy miesiąc, przy pomocy australijskiej braci żeglarskiej i Polonii naprawiałem Reginę R. Jak to się wszystko odbywało opowiem w następnym odcinku.

Kpt. G.W.

P.S. Chciałem jeszcze wrócić na chwilkę w okolice przylądków Dobrej Nadziei i Igielnego.  Jest Przylądek Dobrej Nadzieito miejsce gdzie jest duży ruch statków. W tym miejscu jest jakby mijanka, tych co wracają z Oceanu Indyjskiego płynąc na Atlantyk i tych którzy wchodzą na Ocean Indyjski z Oceanu Atlantyckiego. Trzeba tutaj zachować szczególną ostrożność. Z kilkoma to się mijałem na „grubość lakieru”. Chociaż to wszystko było pod kontrolą, to jednak niepotrzebny stres osłabiał organizm. Takich statków jak tam, nie widziałem jeszcze nigdzie. Ogromne, ogromne kontenerowce, które jakby zaprzeczały prawom fizyki; jak to może pływać, jak to się utrzymuje na wodzie?

Grzegorz Węgrzyn

________________________________________________________________________________________________________

Grzegorz Węgrzyn – ur. 1952r. w Zwierzyńcu n/Wieprzem; żeglarstwo morskie uprawia od 1976 r. w szczecińskich klubach: HOM, LOK, Stal Stocznia; w 1983 i 1984r żegluje w załodze s/y „Karfi” pod kpt. Zbigniewem Rogowskim w Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski (Mistrzostwo Polski); żeglował na Bałtyku, Morzu Północnym, Adriatyku, Morzu Czarnym; brał udział w wyprawie „Islandia 2009” na s/y „Stary”(kpt. M. Krzeptowski) w 50. rocznicę rejsu s/y „Witeż II”, w wyprawie J. Kurbiela na Grenlandię (2010) i na Svalbard (z kpt. K. Różańskim) w 2011r; w czerwcu 2015r. na jachcie „Regina R” wypłynął w rejs, z pierwotnym zamiarem samotnego, non-stop opłynięcia Ziemi, z którego to zamiaru żeglarz wycofał się na Atlantyku, a rejs przerwany został 15.04.2017r na Pacyfiku z powodu awarii steru i utraty jachtu.

___________________________________________

Jacht Regina R:

Runda na starcie

– konstrukcja            typ „Skorpion II”

– rok produkcji         1980

– stocznia                  Hamburg

– stalowy slup, S      49m2

– długość  LOA        10,65 m

– szerokość   B           3,30 m

– silnik                       Bukh MDV24  24 kW