Archiwa kategorii: Wspomnienia

Marek Słodownik: „Jantar”, 1937-1939

100 lat logo.jpg

Marek SłodownikJantar – organ Instytutu Bałtyckiego, Przegląd kwartalny zagadnień naukowych pomorskich i bałtyckich ze szczególnym uwzględnieniem historii, geografii i ekonomii regionu bałtyckiego”

Periodyk o charakterze naukowym, adresowany do wąskiej grupy czytelników, poruszający się w obszarze zagadnień zawartych w podtytule, a więc historycznych, geograficznych oraz ekonomicznych zawężonych do spraw regionalnych. Niezwykle ważne pismo dla środowiska naukowego Gdyni i Gdańska, skupiające w gronie współpracowników elitę ówczesnego świata naukowego Pomorza. Komitet Redakcyjny składał się z uczonych z całego kraju, on nadawał pismu ogólny kierunek naukowych dociekań rozwijanych następnie na łamach. W jego skład wchodzili profesorowie: Stanisław Arnold z Warszawy, Franciszek Bujak z Lwowa, Jan Bystroń z Warszawy, Edward Lipiński z Warszawy, Jerzy Smoleński z Krakowa i Witold Staniewicz z Wilna. Redaktorami pisma byli Józef Borowik i Józef Bieniasz. Redakcja znalazła swoją siedzibę w gdyńskim gmachu Instytutu Bałtyckiego znajdującym się przy ulicy Świętojańskiej 23. „Jantar” ukazywał się regularnie jako kwartalnik, jego cena została ustalona na poziomie 3 złotych, a prenumerata roczna kosztowała 10 złotych.
Tytuł miał niezwykle konserwatywny układ, składał się z trzech zasadniczych działów: „Rozprawy”, „Sprawozdania” oraz „Recenzje”. Łamany był dwuszpaltowo, co ułatwiało lekturę, a na treści pomieszczone na łamach pisma złożyło się wiele prac naukowych i omówień badań zagadnień interesujących dla redakcji. Okładka pozostała niezmieniona przez cały okres przedwojenny, podobnie było także z papierem, na którym tytuł drukowano, a który miał wysoką jakość.

                     JANTAR_1937     JANTAR_ 1939

              Okładka pierwszego – z marca 1937 roku – i ostatniego – z czerwca 1939 roku – wydania czasopisma „Jantar”.

Wiele miejsca zajmowała tematyka historyczna koncentrująca się na zagadnieniach morskich, co w sposób oczywisty wynikało z profilu periodyku. Dużo publikowano także na tematy gospodarcze koncentrując się na szlakach wodnych i ich wykorzystaniu w rozwoju transportu, ale też dokonując naukowych porównań pomiędzy wybranymi portami. Bardzo obszernym działem były recenzje, w którym publikowano materiały na temat wybranych nowości książkowych o tematyce morskiej w bardzo różnych aspektach. W dziesięciu wydanych numerach zamieszczono aż 60 recenzji dotyczących publikacji samodzielnych oraz czasopism poświęconych tematyce bałtyckiej i pomorskiej. Oprócz tekstów autorów polskich sięgano także po tłumaczenia artykułów, głównie z kręgu naukowców skupionych wokół innego pisma naukowego wydawanego wówczas na Wybrzeżu, „Baltic Countries”.
„Jantar” odegrał niezwykle ważną rolę na rynku wydawniczym choć nie miał nigdy aspiracji bycia pismem masowym. Publikował jednak ważkie teksty poruszające problematykę bałtycką w ujęciu naukowym, pokazując stan badań uczonych w nowej dziedzinie. Skupiał wielkie autorytety naukowe i integrował środowisko wokół zagadnień morskich, inspirował kolejnych badaczy do podejmowania tej problematyki w swoich pracach.
Marek Słodownik

_________________________________________________________________________________________________ Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

_________________________________________________________________________________________________

100 lat logo.jpgRok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl                                                              Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.com, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, lmir.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ,

 

Marek Słodownik: „Flota Polska – organ Towarzystwa Polsko-Amerykańskiego Żeglugi Morskiej”, 1919

100 lat logo.jpg

Marek SłodownikJuż w listopadzie 1919 roku ukazało się pismo popularne związane z morzem, adresowane do szerokiego kręgu czytelników. Jego specyfiką było wydawanie go nie w Polsce, a w Stanach Zjednoczonych, w warunkach wolności politycznej, dojrzałej demokracji oraz swobody gospodarczej. Wydawano je w Nowym Jorku, a w roli wydawcy wystąpiło Towarzystwo Polsko-Amerykańskie Żeglugi Morskiej. Siedzibą redakcji było biuro przy ulicy Broadway 206, a cenę egzemplarzową ustalono na 20 centów. Pismo miało skromną, choć staranną, szatę graficzną, adresowane było do Polonii amerykańskiej zainteresowanej sprawami gospodarki morskiej Polski i kontaktami z macierzą. „Flota Polska” wydawana była jako pismo czarno-białe, ale zawierała dużo ilustracji, zarówno zdjęć jak i rycin. Papier, na którym drukowano pismo, był stosunkowo cienki, ale wysokiej jakości, co skutkowało dużą czytelnością druku i atrakcyjnym wyglądem tytułu.

DSCN0032 — kopia — kopia Okładka pierwszego numeru czasopisma „Flota Polska” wydawanego w Nowym Jorku.

W artykule wstępnym redakcja pisała: Mając więc charakter polskiej placówki, Towarzystwo Polsko-Amerykańskiej Żeglugi Morskiej, pragnie obecnie dać się poznać i zawiązać bliższe stosunki z polska publiczną opinją.(…) Tak więc my, Towarzystwo Polsko-Amerykańskiej Żeglugi Morskiej, przystępujemy do wydawania „Floty Polskiej” – miesięcznika poświęconego sprawom Polskiej Żeglugi Morskiej w ogóle; sprawom naszego Towarzystwa w szczególe, oraz, w miarę możności, i innym sprawom życiowym blisko obchodzącym bjaśnieni polskie w Ameryce. Nasze motto jest, iż w Polsce potrzebna jest wielka Flota Handlowa i, że ona może być uzyskana w drodze prywatnej inicjatywy i za pomocą zbiorowego ludowego grosza. Tak ważna sprawa, jak tworzenie się Floty Handlowej, zwłaszcza za wolą szerokich mas ludowych – musi mieć uwagę Rządu Polskiego zwróconą ku sobie, o ile ten Rząd jest rządem ludu, z ludu i dla ludu. (pis. oryg)
Już słowa redakcji zawarte w materiale wstępnym pokazują znaczącą odmienność w postrzeganiu rzeczywistości, zarówno politycznej jak i gospodarczej. Realia amerykańskie w bezpośredni sposób rzutują na poglądy, w których akcentowana jest swoboda gospodarcza, prywatna własność i przedsiębiorczość obywateli, uwagę zwracają także inaczej rozłożone akcenty dotyczące wizji rozwoju floty polskiej. Nieco inaczej wyrażane są poglądy autorów na łamach pisma, a dotyczy to zarówno kwestii bieżących jak też aspektów oceny wydarzeń historycznych.

DSCN0059

Strona redakcyjna pierwszego numeru czasopisma „Flota Polska” wydawanego w Nowym Jorku.

DSCN0062 — kopia (1)

Stopka redakcyjna pierwszego numeru nowojorskiej „Floty Polskiej” z listopada 1919 roku.

Pismo miało charakter bardzo eklektyczny, co wskazuje, że redakcja dopiero starała się pozycjonować je rynkowo i dopracować formułę wydawniczą. Opublikowano reportaż, wzbogacony fotografiami, poświęcony wodowaniu w Nowym Jorku statku „Kościuszko”, pierwszemu statkowi pod polską banderą zwodowanemu w USA. Sporo miejsca poświęcono również historii. Zamieszczono materiał o historii Gdańska, w którym odwoływano się do kilkuwiekowych dziejów Pomorza w kontekście walk z Niemcami, a także esej na temat Powstania Listopadowego. W ten nurt wpisywał się również artykuł poświęcony historii polskich dokonań na Bałtyku, w którym przypomniano okres tworzenia floty królewskiej za panowania Zygmunta Augusta, a więc w okresie największego rozkwitu polskiej floty. W materiale poświęconym konieczności budowy statków i okrętów wskazywano na długotrwałość procesu tworzenia floty, ale zarazem podkreślano konieczność jej budowy w kontekście narastającego zagrożenia niemieckiego. Akcentowano zarazem fakt posiadania dwóch statków; „Kościuszki” i „Wisły”, widząc w tym początek procesu odradzania polskich zasobów na morzu i zachęcano zarazem sugestywnie do podejmowania kolejnych kroków w dziele budowania silnej Polski na morzu. Osobny artykuł poświęcono dziejom powstania Towarzystwa będącego wydawcą pisma, w którym uwypuklono zagadnienia patriotyczne i konieczność utrzymywania łączności z macierzą w trudnej chwili odbudowy od podstaw państwa polskiego.
Wobec zachowania w polskich zbiorach jedynie numeru pierwszego „Floty Polskiej” trudno jest dokonać wiarygodnej analizy tytułu. Nie wiadomo, czy inicjatywa związana z kontynuowaniem wydawania tytułu morskiego w Nowym Jorku ziściła się i czy w tym przypadku pismo odegrało istotną rolę. Prawdopodobnie jest to jedyny numer wydany w USA, a poświęcony polskiej flocie. Niektóre źródła podają, wszelako bez podbudowy dowodowej, że „Flota Polska” prawdopodobnie ukazywała się jeszcze w roku 1920, pewną poszlaką może być rozwiązanie Towarzystwa Polsko Amerykańskiego Żeglugi Morskiej właśnie w tym roku, jednak jest to zaledwie hipoteza.

                                                                                                                                            Marek Słodownik

___________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Marek Słodownik: „Przegląd Morski – miesięcznik Marynarki Wojennej”, 1928-1939

Marek SłodownikJeden z nielicznych periodyków morskich, który w czasie wydawania przez 12 lat nie zmienił swego tytułu ani podtytułów, mimo, że zmieniali się nie tylko redaktorzy, ale nawet wydawcy. Pismo ważne z punktu widzenia spraw Marynarki Wojennej, ale przez ograniczony zasięg odegrało znaczącą rolę tylko w swoim środowisku. Wzorem były podobne periodyki ukazujące się w Wielkiej Brytanii czy Francji, a więc krajach o ugruntowanej tradycji morskiej, ale także w Związku Radzieckim, który swoją flotę dopiero budował.
W wolnej sprzedaży pismo nie ukazywało się, było rozsyłane na zasadzie prenumeraty oraz sprzedawane w Toruniu w jednostkach i w szkołach związanych z Marynarką Wojenną. Przygotowywane było przez zespół oficerów Marynarki Wojennej i dydaktyków związanych ze szkołą tej formacji, decydując się na wydawanie tego periodyku w ogóle zatem nie myślano o sprzedaży kioskowej. Z założenia trafiać miało do oficerów marynarki w celu podniesienia ich wiedzy fachowej.

1 Okładka pierwszego wydania pisma z grudnia 1928 roku.

2

Strona tytułowa pierwszego numeru „Przeglądu Morskiego” z grudnia 1928 roku.

W pierwszym numerze w tekście odredakcyjnym jasno sformułowano zasady nowego tytułu: „Nasz organ fachowy, pojawiający się poraz pierwszy w Polsce jest przeznaczony przedewszystkiem dla naszych oficerów Marynarki Wojennej. Dla nich więc głownie otwieramy stronice naszego wydawnictwa.(…) Niech „Przegląd Morski” będzie punktem ambicji i honoru każdego oficera marynarki i posłuży do wszechstronnego rozważania w celu wytknięcia prawidłowej drogi przy tworzeniu własnej, narodowej, silnej duchem i umysłem floty polskiej.’ ((ba), „Od redakcji”, „Przegląd Morski” nr 1/1928) „Przegląd” wydawano w formie książkowej, już od drugiego numeru w sztywnej okładce, a wkrótce też okładkę wzbogaciły zdjęcia.

3Okładka numeru lutowego z 1929 roku.

4

Okładka numeru kwietniowego z 1929 roku.

Wydawcą była Szkoła Podchorążych Marynarki Wojennej w Toruniu, a redaktorem, począwszy od numeru czerwcowego w 1929 roku był Karol Korytowski, komandor podporucznik w stanie spoczynku.

5Okładka numeru 13/1930.

6Fot. 6. Okładka numeru 18/1930.

Od numeru 75 – z czerwca 1935 roku zmienił się wydawca „Przeglądu”. Wskutek rozkazu Kierownictwa Marynarki Wojennej pismo zmieniło siedzibę na Warszawę, a nowym wydawcą zostało Biuro Wydawniczo-Oświatowe Kierownictwa Marynarki Wojennej. Charakterystyczne przy tym dla struktur wojskowych było, że szkole toruńskiej odebrano pismo, a po przenosinach do Warszawy powołano zupełnie nową jego redakcję. Nowym redaktorem naczelnym został komandor porucznik Sokołowski, natomiast redaktorem porucznik marynarki Olgierd Żukowski. Od stycznia 1936 roku nowym redaktorem naczelnym został Roman Stankiewicz. Pismo zdołało utrzymać dotychczasowy zespół współpracowników tak więc linia programowa tytułu pozostała niezmieniona. W 1934 roku wprowadzono tematyczny spis treści całego rocznika, co bardzo ułatwiało posługiwanie się zestawem obszernych numerów periodyku, zwłaszcza w kontekście paginacji, a od 1935 roku pismo zmniejszyło format, co było wynikiem zmiany drukarni, jednak nie wpłynęło to na zmianę w układzie graficznym.
„Przegląd Morski” był tytułem o wysokich ambicjach merytorycznych, ale w początkowej fazie swego istnienia miał kłopoty z redakcją. Wskutek publikowania długich, problemowych artykułów każdy numer miał inną objętość, a próby usystematyzowania tego zagadnienia spełzły na niczym. W efekcie w pierwszym roku swego istnienia liczyło sobie od 68 do 114 stron. Od roku 1930 zmieniono paginację na narastającą w każdym numerze, co w konsekwencji doprowadziło do sytuacji, w której numer grudniowy numerowany był 969-1166. Od 1931 roku wprowadzono ilustracje fotograficzne, które jednak zawsze były prezentowane na wklejkach i bardzo często także nie miały żadnego związku z artykułami wewnątrz numerów. Były jednak dobrze przygotowane pod względem technicznym i drukowane na dobrej klasy kredowym papierze. Całe pismo drukowano na papierze gazetowym, stosunkowo niskiej jakości, ale z punktu widzenia redakcji to część merytoryczna periodyku, a nie jego wygląd, była priorytetem. Dominowały strony pozbawione w ogóle ilustracji, zdjęcia pełniły rolę ozdobników i najczęściej nie odnosiły się do treści artykułów i drukowano je bez podania źródła.
Po ukazaniu się stu numerów redakcja zamieściła notkę, w której można było przeczytać pochwałę redakcji: Wydanie setnego numeru „Przeglądu Morskiego” jest dowodem nieustającej aktywności umysłowej oficerów Marynarki Wojennej oraz świadczy o energii i umiejętności kierowników pisma ((ba), Od redakcji”, Przegląd Morski” nr 100/1937). Pismo było na wskroś fachowe, zajmowało się różnymi aspektami służby na morzu, ale też wykraczało zakresem wiedzy i ujęcia tematu poza stricte profesjonalne materiały. Zdecydowano się na taki krok aby przekazać możliwie zróżnicowaną wiedzę dostrzegając tym samym szansę na powiększenie kręgu czytelników mimo, że tytuł z założenia trafiał do marynarzy floty wojennej. Oczywiście było całkowicie pozbawione materiałów lekkich, rozrywkowych, wykraczających poza precyzyjnie ustalony schemat. Najwięcej jednak miejsca poświęcano na sprawy szkolenia i doskonalenia kadr oraz różne aspekty służby morskiej, co nie dziwi w kontekście budowanej struktury szkolenia w tej formacji wojskowej.
W każdym numerze redakcja starała się zamieszczać materiały o broni, taktyce, jej wykorzystaniu na współczesnym polu walki, przy czym sięgano nie tylko po artykuły polskich autorów, ale również drukowano często bardzo obszerne tłumaczenia z zagranicznej prasy fachowej. Bardzo często publikowano również artykuły polemiczne, które stawały się przyczyną ożywionej dyskusji prowadzonej na łamach pisma. W piśmie nie brakowało także materiałów poświęconych historii polskiej marynistyki, także w nieco szerszym, kulturowym kontekście, co bardzo tytuł wzbogacało. Poza tym widoczne były materiały na temat nowych i wartych uwagi rozwiązań technicznych, czasem wykraczających poza stricte morskie zastosowania. Wiele miejsca poświęcano na zagadnienia obronności na morzu, także konieczność budowy silnej floty wojennej i handlowej.
Bardzo trafnie sformułowano oczekiwania środowisk wojskowych w tej mierze: „Polska ażeby zaspokoić swe potrzeby morskie i stać się naprawdę morskim mocarstwem oraz by zatrzymać w kraju 400 miljonów złotych rocznie, które płaci obcym za wywóz naszych i przywóz zamorskich towarów, musi posiadać najmniej trzysta okrętów handlowych. Doskonale zdawano sobie sprawę z potrzeb marynarki, jednak ówczesne możliwości państwa nie mogły sprostać tym oczekiwaniom. Bardzo dużo miejsca poświęcono zagadnieniom wojny światowej na morzu, wskazywano dobitnie na nowe rozwiązania taktyczne, nowe rodzaje broni, zmianę w sposobie pojmowania działań wojennych na morzach i były to materiały problemowe, wnoszące wiele do zagadnienia szkolenia teoretycznego oficerów marynarki. Tematyka ważna w pismach o wolnej dystrybucji tutaj znajdowała wprawdzie także swoje miejsce, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Zagadnień związanych z wychowaniem morskim młodzieży praktycznie nie było, podobnie jak artykułów na temat sportów wodnych. Żeglarstwo ograniczało się praktycznie do publikowania materiałów o charakterze newsowym przy okazji znaczących rejsów żaglowca Marynarki Wojennej ORP Iskra, czasem pisano także o wyprawach Daru Pomorza. Tematyka Ligi Morskiej była okazjonalnie prezentowana na łamach pisma, ale większe jej natężenie można zaobserwować dopiero po roku 1930, a więc po zjeździe gdyńskim Ligi Morskiej i Kolonialnej, podczas którego uchwalono ofensywę propagandową. Natężenie akcji propagandowej było wówczas tak silne, że materiały na tematy organizacji znalazły się także i na łamach „Przeglądu Morskiego”. Wkrótce też rozpoczęto regularne drukowanie komunikatów Ligi Morskiej i Kolonialnej, taką bowiem nazwę przyjęła ta organizacja w 1930 roku. Nigdy jednak tematyka ligowa nie zdominowała zasadniczego nurtu pisma utrzymując konsekwentnie linię programową.
Pismo zachowało dużą stabilność z uwagi na charakter wydawcy, dzięki niej potrafiło nie tylko zachować jednolity tytuł przez prawie 12 lat, ale też zgromadzić wokół redakcji wielu cennych współpracowników, którzy łączyli pracę naukowo-dydaktyczną z działalnością publicystyczną na łamach pisma. Dzięki takiemu połączeniu „Przegląd” był wartościowym periodykiem, choć z uwagi na ograniczoną dystrybucję i zasięg trudno mówić w tym przypadku o jego funkcjonowaniu na rynku. Z punktu widzenia fachowości, zakresu tematyki i sposobu ujęcia problemów „Przegląd” był jednym z najcenniejszych tytułów morskich okresu międzywojennego.

7 Okładka „Przeglądu Morskiego” z sierpnia 1939, ostatniego wydania pisma przed wybuchem II wojny Światowej.

8Strona tytułowa „Przeglądu Morskiego” z sierpnia 1939, ostatniego wydania pisma przed wybuchem II wojny Światowej.

9

Komunikat Komitetu Floty Narodowej pióra generała Mariusza Zaruskiego, zamieszczony na łamach „Przeglądu Morskiego”.

W segmencie pism fachowych wypełniło swoją misję jaką była bez wątpienia celowość podnoszenia kwalifikacji przez czytelników, przybliżało zagadnienia techniki i strategii wojskowej opartej na wzorach zagranicznych oraz przypominało także zapomniane czasem zagadnienia z historii marynistyki. Dzięki stabilnej pozycji wydawcy uniknęło problemów finansowych i mogło koncentrować się na pracy merytorycznej. W okresie międzywojennym stanowiło chlubny wyjątek pisma tworzonego bardzo konsekwentnie, o niezwykle stabilnym zespole redakcyjnym, co w efekcie przyniosło bardzo wysoko oceniany produkt w postaci periodyku doskonale wypełniającego swą misję.

                                                                                                                                             Marek Słodownik
_______________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.
_______________________________________________________________________________________________________

Rok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl                                                                                                            Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.com, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, lmir.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ.

Marek Słodownik: „Wiadomości Stowarzyszenia Techników Okrętowych Polskich”, 1936-1939

100 lat logo.jpg

Marek SłodownikPismo powstało z inicjatywy nowopowołanego Stowarzyszenia Techników Okrętowych Polskich (STOP), które zdecydowało o założeniu swojego periodyku. Dla zawiązania ścisłej łączności ze wszystkimi członkami i jego sympatykami w całej Polsce – rozpoczynamy wydawnictwo własnego organu przeznaczonego głównie do propagowania oraz wszechstronnego badania i analizowania wszechstronnego zagadnień związanych z okrętownictwem, techniką portową i żeglugą z punktu widzenia technicznego, gospodarczego i społecznego.

fot. 1 Okładka pierwszego numeru czasopisma „Wiadomości Stowarzyszenia Techników Okrętowych Polskich” z grudnia 1936 roku.

fot. 2 — kopia    Strona redakcyjna pierwszego numeru czasopisma „Wiadomości Stowarzyszenia Techników Okrętowych Polskich” z grudnia 1936 roku.

„Wiadomości” były pismem starannie wydawanym, miały wysoki poziom edytorski, atrakcyjną szatę graficzną, były łamane dwuszpaltowo z dużymi marginesami, co sprawiało, że było bardzo przejrzyste. Tytuły były staranni wyodrębnione, zróżnicowane, stosowano wiele ilustracji w postaci fotografii i rysunków na ogół korespondujących z tekstem publikowanych artykułów. Egzemplarz kosztował 2 złote, były więc „Wiadomości” tytułem relatywnie drogim zważywszy, ze czytelnik otrzymywał pismo o objętości zaledwie 20 stron. Redaktorem początkowo był Adam Grudziejewski, a następnie został on zastąpiony przez Michała Kisielewskiego. Redakcja mieściła się w Gdyni przy ulicy Jana z Kolna 55 by w 1937 roku przenieść się do biura usytuowanego przy Skwerze Kościuszki 10. Ważnym dla pisma był numer 1/1938; wówczas dokonała się zmiana tytułu, który teraz uzyskał brzmienie: „Morskie Wiadomości Techniczne”.

fot. 2   Okładka wydania czasopisma „Morskie Wiadomości Techniczne” z listopada/ grudnia 1938 roku wydanego jak  dwumiesięcznik.

Redakcja uzasadniała tę zmianę lepszym dostosowaniem tytułu tematyki czasopisma, zapewne liczyła również, że oderwanie się w tytule od wąskiego kręgu członków stowarzyszenia wpłynie pozytywnie na powiększenie grona odbiorców.

Tytuł nie miał stabilnej pozycji na rynku wskutek stosunkowo wąskiej grupy czytelniczej, notował także opóźnienia w druku wynikające z kłopotów finansowych, co zmuszało redakcję do łączenia edycji. Mimo zaledwie dziewięciu wydań odegrało jednak ważną rolę integrującą rozproszone środowisko. Niewątpliwym hamulcem w rozwoju była również zmiana tytułu pisma mało znanego, które poza nielicznymi czytelnikami nie funkcjonowało w społecznej świadomości.

Pismo miało bardzo ściśle sprecyzowaną formułę wydawniczą, zajmowało się wyłącznie sprawami związanymi z zagadnieniami morskimi w ujęciu technicznym i gospodarczym i nie wychodziło poza wąski profil opisany w artykule wstępnym. Najwięcej pisano o przemyśle stoczniowym i pracy portów, które z natury rzeczy stanowiły wspólny mianownik dla czytelników. Poza tym jednak publikowano materiały na tematy stricte techniczne, pokazujące rozwój techniki i technologii okrętowej. Szczególnie ważnym tekstem był artykuł pióra jednego z twórców portu gdyńskiego, Tadeusza Wendy, który podzielił się informacjami na temat kulis pracy wielkiego organizmu portowego. Publikowano także materiały związane z rybołówstwem, ale największe zainteresowanie wzbudził tekst poświęcony budowie portu w Wielkiej Wsi, obecnym Władysławowie, w którym niezwykle skrupulatnie omówiono zagadnienia hydrologiczne, meteorologiczne, a także gospodarcze i społeczne. Okazjonalnie poruszano również tematykę żeglarską, głównie w kontekście budowy jachtów morskich w polskich stoczniach, co było dużym wyzwaniem nie tylko technologicznym, ale również gospodarczym w tamtych latach.

fot. 3    Okładka wydania czasopisma „Morskie Wiadomości Techniczne” z listopada/ grudnia 1938 roku wydanego jako dwumiesięcznik. 

W roku 1938 opublikowano kilka tekstów poświęconych problematyce zbrojeń światowych na morzu, a najważniejszym materiałem z tej dziedziny był niewątpliwie tekst poświęcony marynarce wojennej Wielkiej Brytanii.

„Morskie Wiadomości Techniczne” były wydawane również w 1939 roku, jednak fragmentaryczność zbiorów bibliotecznych nie pozwala na dokładniejszą analizę tego okresu. Wydano numer kwartalny styczniowo-lutowo-marcowy, a następnie jeszcze jeden, w drugim kwartale tegoż roku. Zachował się numer 2(12) sygnowany kwiecień – czerwiec 1939 i jest to prawdopodobnie ostatnie wydanie pisma zważywszy jego dwumiesięczny lub nawet kwartalny cykl wydawniczy.

fot. 4   Okładka ostatniego znanego wydania z roku 1939, kwietniowo-czerwcowego wydanego jako kwartalnik.

Numer ten zawierał 22 strony plus 4 strony wklejki poświęconej sprawom organizacyjnym, a redakcja informowała, że począwszy od tego roku, cena egzemplarzowa uległa obniżeniu do 1,50 zł. Obniżka cen prenumeraty i ceny egzemplarzowej wskazuje na kłopoty tytułu z zasięgiem pisma, który nie był wielki, bo ograniczony tylko do wybrzeża. Zwiększeniu zasięgu nie sprzyjała również hermetyczność pisma i jego wąska specjalizacja.

Tytuł odegrał jednak znaczącą rolę w integracji inżynierów i techników przemysłu pracującego na rzecz morza, skupiał większość specjalistów działających w tym obszarze. Po rozszerzeniu formuły stał się pierwszym czasopismem okresu II RP w zakresie spraw morskich, ale widzianych z perspektywy technicznej. Wniósł wiele do prezentacji najważniejszych zagadnień technicznych, wziął także na siebie ciężar promowania tych kwestii wobec władz. Stanowił istotne narzędzie wykorzystywane do lobbowania środowiska na rzecz upowszechnienia wiedzy o sprawach morza.

Ewolucja tytułu i podtytułów:
„Wiadomości Stowarzyszenia Techników Okrętowych Polskich” 1936
„Morskie Wiadomości Techniczne – organ Stowarzyszenia Techników Okrętowych Polskich, czasopismo poświęcone sprawom okrętownictwa, żeglugi i techniki portowej” 1938.

Marek Słodownik

 

Marek Słodownik: „Kurier Morski” („Żeglarz Polski”) 1926-1933

100 lat logo.jpg

Marek SłodownikPismo o często zmieniającej się formule wydawniczej, częstotliwości ukazywania się i zmianie formatu należało, podobnie jak „Żeglarz Polski” do Józefa Klejnot-Turskiego. To skromna gazeta ukazująca się na wybrzeżu trzykrotnie w ciągu tygodnia w pierwszym roku istnienia, przechodziła podobnie burzliwe koleje losu aby od roku 1927 stać się dziennikiem pod zmienionym tytułem, ukazywała się w latach 1926-32, a jego geneza wynika wprost z ukazującego się już od kilku lat pisma „Żeglarz Polski”. Redakcja obu tytułów skupiona była w tych samych rękach, a niektóre materiały publikowane na łamach obydwu pism były bardzo podobne. „Kurjer” miał liczne mutacje; ukazywał się w jednocześnie w czterech wydaniach jako tygodnik (wydanie A), dwutygodnik (wydanie B) i miesięcznik (wydanie D), co -obok niekompletności istniejących zbiorów- bardzo utrudnia ich dzisiejszą analizę.
Wzorem dla „Kurjera” były pisma o charakterze żeglugowym wydawane w dwóch największych portach brytyjskich: Londynie i Liverpoolu, które miały swoich stałych odbiorców w postaci przedstawicieli firm żeglugowych, przedstawicieli handlowych, a także administracji morskiej. Specyfiką polską było, że dwa położone obok siebie porty – Gdańsk i Gdynia, należały do dwóch państw i posługiwano się w nich różnymi językami, co w praktyce uniemożliwiało wydawanie gazety dla obu tych organizmów, na co skarżył się Klejnot-Turski, redaktor naczelny i wydawca „Żeglarza Polskiego” na łamach swego pisma. Mimo sześciokrotnego wzrostu obrotów w obu portach nie udało się stworzyć wspólnej gazety, co skłoniło zarazem wydawcę do podzielenia treści zawartej w „Żeglarzu” na dwa tytuły, lepiej sprofilowane i dzięki temu skuteczniej zaspokajające potrzeby czytelników. „Kurjer Morski” był rozprowadzany w agendach portu gdyńskiego, ale z czasem trafił także do Gdańska, gdzie napotykał problemy z kolportażem.
„Kurjer Morski” odtąd zawierać będzie wszystkie działy dotychczasowe tygodnika „Żeglarz Polski”, który się przekształca jednocześnie na miesięcznik – magazyn żeglarski i handlowo-morski. Wszystko co ma charakter informacyjny przechodzi do codziennego „Kurjera Morskiego. Nowy podział materiału pomiędzy codzienny „Kurjer Morski” a miesięcznik „Żeglarz Polski” ma za zadanie lepsze zaopatrzenie czytelników w informację bieżącą z jednej strony oraz poważne materiały i artykuły z drugiej strony” pisał w „Żeglarzu Polskim” Józef Klejnot-Turski. Problemy z pismem miały jednak głębszy charakter, ponieważ niebawem wydawca opublikował krótką notkę, która bardzo wiele mówiła o kondycji pisma: Równoległe prowadzenie codziennego „Kurjera Morskiego” i niezakończenie reorganizacji tygodniowego wydania uniemożliwiły jeszcze regularne wypuszczanie tego wydania. Zapewniamy niniejszem naszych Szanownych Prenumeratorom pełną rekompensatę za rzadsze wypuszczanie numerów, przechodząc w drugiej połowie sierpnia do intensywniejszej czynności wydawniczej. Obecne jej osłabienie trwa z przyczyn nieprzewidzianych i niedających się od razu usunąć.
Pismo było typową gazetą gospodarczą bardzo ściśle związaną z gospodarka morską, nie poruszało zatem zagadnień ogólnych, ważnych z punktu widzenia władzy. Nie zajmowało się promocją morza, aktywnego wypoczynku, pomijało zupełnie sprawy wychowawcze i sporty wodne. Jego misją było dostarczenie informacji o pracy portów i dróg śródlądowych odbiorcom wywodzącym się z kręgów gospodarczych, była to bowiem gazeta precyzyjnie sprofilowana i konsekwentnie redagowana. Brak było w ogóle tekstów publicystycznych, analitycznych czy polemicznych, „Kurjer” skoncentrował się na przekazie newsowym. Gazeta liczyła od 4 do 6 stron i miała bardzo konserwatywny układ. Okładka to miejsce publikacji reklam i przez kilka lat były to te same reklamy firm związanych z gospodarką morską. Żegluga Polska, C. Hartwig, Warta, Bydgoski oddział Lloyda zajmowały niemal niezmienione miejsce, całość uzupełniała niewielka modułowa reklama pisma „Żeglarz Polski”. Wewnątrz numeru podobnie dominowały stałe działy, na które składały się informacje na tematy bliskie pracy portów. Alfabetyczny spis statków znajdujących się w porcie Gdynia, Ruch portowy Gdyni, oraz ruch statków na Wiśle przez Tczew. W sezonie zimowym podawano stan lodu na Bałtyku, w sezonie żeglugowym drukowano notowania wodostanu, czyli poziom wody na Wiśle w węzłowych miejscach. Osobnym zagadnieniem były komunikaty prasowe Agencji Portowej z informacją o dostępności przedruków dla prenumeratorów gazety. Od sierpnia 1929 roku do gazety dołączano regularnie dodatek poświęcony pracom portów pisany w języku angielskim, The Daily Harbour News, który był źródłem informacji dla armatorów obcych korzystających z polskich portów.
W latach 1928 i 1929 pismo wydawano w formacie gazetowym, ale charakterystyczne było, że zadrukowywano tylko jedną kolumnę. „Kurjer” wyglądał jak gazeta ścienna, ale w istocie taką nie było. Zapewne przyczyną tego niecodziennego rozwiązania było obniżenie kosztów druku jednostronnego arkusza, ponieważ z chwilą zwiększenia zakresu tematycznego i ilości materiałów będących w dyspozycji redakcji dokonywano zadruku drugiej strony aby w kolejnych miesiącach dodać jeszcze jeden arkusz.
W 1931 roku zaszła istotna zmiana w redakcji i doszło do połączenia pism „Żeglarz Polski” i „Kurjer Morski” Józef Klejnot-Turski tak uzasadniał konieczność tych modyfikacji: Trudna sytuacja ogólna nie pozostała bez wpływu na wydawnictwa „Żeglarza Polskiego” i codziennego „Kurjera Morskiego” Mimo, iż w pierwszym kwartale wypuściliśmy 12 numerów „Żeglarza Polskiego” kolportaż zaś pisma się zwiększył, równocześnie nieprzewidziane wycofanie z dniem 10go kwietnia w 100% poparcia, jakie wydawnictwo miało w formie bezpośredniej i pośredniej od pewnych instytucyj zmusiło nas do ponownego skoncentrowania wysiłku wydawniczego na fachowem piśmie codziennem, którego regularność w niczem nie naruszyliśmy do chwili obecnej. To też podkreślając utrzymanie codziennego wydawnictwa przekształcamy czasopismo „Żeglarz Polski” na dwutygodniowy dodatek do niego, który wysyłamy również z osobna wszystkim prenumeratorom „Żeglarza Polskiego” Z biegiem czasu to wydanie dwutygodniowe zostanie przekształcone na tygodniowe i równowaga zostanie przywrócona. Niestety, tytuł ostatecznie zniknął z rynku w połowie 1932 roku. Dokonując oceny pisma należy uwypuklić niezwykła determinację wydawcy tytułu, Józefa Klejnota-Turskiego, który samodzielnie finansował czasopismo mające cztery niezależne mutacje. Pomimo kłopotów finansowych i zmieniającej się sytuacji na rynku prasowym udało mu się utrzymać tytuł przez siedem lat, co wskazuje na potrzebę tego rodzaju prasy w państwie rozwijającym swoją gospodarkę morską.

Ewolucja tytułu i podtytułu:
„Komunikaty Agencji Portowej” 1926
„Express Handlowo-Portowy” 1927
„Kurjer Morski Codzienny i Gazeta Dróg Żeglownych” 1928
„Codzienny Kurjer Morski i Gazeta Dróg Żeglownych” 1929
„Kurjer Morski (Żeglarz Polski) przegląd dwutygodniowy” 1931
„Kurjer Morski (Żeglarz Polski) 1931

01.10.1931 jeden z ostatnich numerów .  1 wydanie Kurjera Morskiego z 15 lutego 1929 r.  2  3 wydanie z 10 listopadsa 1931 r.  4 wydanie z 16.09.31  14 winieta  15 winieta  nr 14.1931 otatni przed włączeniem Żeglarza Polskiego  nr 15.1931, pierwszy po połączeniu z Żeglarzem Polskim  P1390364 - Kopia

Marek Słodownik

___________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Waltraud Witte-Pośpiech: Nowicjuszka na pokładzie. Australijskie przeżycia nowicjuszki

„Masz wszelkie dane, żeby zostać dobrą żeglarką!” powiedział Ludek, nasz skipper,  ostatniego wieczoru przed opuszczeniem przez nas łódki. To, co się wydarzyło do tego momentu, wprawiło mnie w dumę i bardzo mnie podbudowało.  

A tak to się wszystko zaczęło:

Telefon z Australii w środku nocy. ” A więc wszystko jasne? Odbierzemy Cię z lotniska w Sydney i pojedziemy do Wollongong, tam stoi „Maria”. Wyobraź sobie, z Adelaide do Wollongong potrzebowaliśmy tylko dziewięć dni na 977 mil morskich. Mieliśmy ciągle dobry, świeży wiatr, cudownie”.

Myślałam tylko o Boże, o Boże, czy ja też to wszystko przetrwam. Tadek odłożył słuchawkę i znowu zostałam sama z moimi myślami. Później – lotnisko Sydney – stałam już od godziny, stercząc nad moim wózkiem z bagażem i stając się coraz mniej pewna.  Następną godzinę maszerowałam przez halę i przyglądałam się pytająco każdemu mężczyźnie, który wydawał się czekać na mnie – jednak żadnej reakcji. Byłam już więcej niż zdenerwowana, gdy w końcu po 2,5 godzinie pojawili się obydwaj przede mną – Ludek Mączka, nasz kapitan, około 50 lat, od 7 lat na wszystkich morzach świata i Tadek, mój przyjaciel. Byłam szczęśliwa i poczułam ulgę.

A więc, teraz dalej –  klamoty, żeglarski worek i torba w taksówkę i na dworzec. Kierunek Wollongong, gdzie na „Marii” czekał Jurek Boehm, przez ostatnie dwa lata żeglarski towarzysz Ludka, który teraz chciał zostać w Sydney.

Ale teraz muszę wam wytłumaczyć kim, albo czym, jest s/y „Maria”, Szczecin. Ja także widziałem ten jacht po raz pierwszy w naturze dopiero teraz. Moje amatorskie oczy widziały kształt kadłuba szpicgat, wysoki grotmaszt i mniejszy bezan maszt, a więc „otaklowanie kecz”. Na rufie samoster – dzięki Bogu – łódka pozostawiona naturalnie w drewnie – przepięknie, na dziobie „Marii” 50 centymetrowy galion o płynnych liniach wyrzeźbiony w drewnie. Na pokładzie wszystko wyglądało mocno i solidnie, jednym słowem, budziło zaufanie.

Dla wszystkich fachowców parę danych technicznych: „Maria” zbudowana w 1971 w Gdańsku, LOA 11,20 m, LWL 9,80 m, BOA 3,20 m, ciężar całkowity 7 t, ożaglowanie kecz-bermudzki 46 m2,  żagle – kliwer, fok, grot, bezan, do tego żagle sztormowe, genua, apsel, spinaker. Silnik 15 KM, Volvo- Penta MD-2, 2 zbiorniki na wodę po 160 l, zbiornik paliwa 120 l, samoster typu skrzydło, zbudowany własnoręcznie przez Jurka Bohema w Durbanie, a więc już wystarczająco wypróbowany. Poza moją skromną osobą, wszystko  na pokładzie było polskie.

Siedzieliśmy na deku i mieliśmy przed sobą powitalny trunek, zwany „Blonk”, domowej roboty białe wino, prezent od przyjaciela „Marii”.

Zakwaterowano mnie najpierw w forpiku, obok worka na żagle znalazłam wystarczająco dużo miejsca do spania. Do czasu kiedy byliśmy w Sydney miała być to moja koja, później miało zacząć się prawdziwe żeglowanie i byłoby tam dosyć mokro.

Ten jeden tydzień w Wollongong był burzliwy, każdego dnia jakieś zaproszenie od znajomych naszego kapitana. Uroczystości polskiego klubu, grill i naturalnie wciąż na nowo goście na pokładzie. Tymczasem załoga i kapitan przyzwyczaili się, że jest na pokładzie kobieta, której przypadał poczęstunek i gotowanie. Tak, tak, w porcie określony podział ról, a jak to będzie na morzu ?

I wtedy skiper się zdecydował: „ jutro po południu płyniemy do Sydney!”. Następnego poranka (12.05) zjawili się na pokładzie jeszcze wszyscy znajomi pożyczyć nam szczęścia, a wraz z nimi worki z cytrynami, warzywami, cebulą i butelkami z własnym wyrobem, byliśmy zaopatrzeni.

Następnego dnia weszliśmy na silniku do portu w Sydney. Po prawej i lewej stronie farwateru otwierają się przed nami małe i większe zatoczki, nie było łatwo się tu zorientować. Dopiero po godzinie dotarliśmy do naszej mariny, w której chcieliśmy przybić do brzegu. Okazało się jednak, że opłaty portowe są za wysokie dla naszego portfela, tak więc następnego ranka udaliśmy się do Cammeray Marina. Tutaj cenowo nam się podobało. Spokojna zatoka z małymi odnogami, w których można było idealnie popływać. Tadek odkrył mieliznę z ostrygami, tak więc na kolacje podano naturalne ostrygi z sokiem cytrynowym i białym pieczywem.

Podczas dwóch tygodni, które spędziliśmy w tej marinie, robiliśmy wycieczki  po okolicach Sydney i poznaliśmy mnóstwo Australijczyków, najczęściej o polskich pochodzeniu.

Nie mogę oczywiście opisać tu wszystkich wypraw, trzeba byłoby wszystko kiedyś zobaczyć samemu, ogrom kraju z tak wielką różnorodnością roślin i krajobrazów. Lasy eukaliptusowe, busz, lasy tropikalne obok palm albo pustyń. Migoczące gorącem  równiny  i pokryte śniegiem góry, kraj pełen kontrastów. Można tu karczować busz i szukać opału na pustyniach. Odkrywać jeszcze nie zbadaną wyspę, ale także leżeć nad basenem w luksusowym hotelu.

Jurek pomógł nam jeszcze zakupić prowiant i dał nam parę porad, jak najlepiej pomieścić wszystko na Marii.

Po południu, 1 czerwca nasi nowi przyjaciele oddali nam cumy i pomogli odpłynąć. Skierowaliśmy się na silniku do wyjścia z portu Sydney. Przed nami trzy tygodnie żeglugi po najpiękniejszej rafie świata.

Po postawieniu żagli odpoczęliśmy trochę od pożegnalnej wrzawy i wypiliśmy herbatę. Ludek podzielił nasze wachty i omówiliśmy jeszcze moją niewielką wiedzę żeglarską. Oczywiście bałam się czterogodzinnej samotnej wachty, ale Ludek i Tadek uspokoili mnie trochę, mówiąc, że zawsze są gotowi wyskoczyć z pomocą, a przy manewrach tak czy siak wszyscy muszą być obecni. Niestety znowu się to nie zgadzało, ponieważ obydwaj profesjonaliści byli samodzielni na swoich  wachtach. Tylko ja byłam właśnie żółtodziobem, bez doświadczenia  poza małym rejsem po Bałtyku i kawiarnianym żeglowaniu po Karaibach.

Popłynęliśmy fordewindem ok. 15 mil morskich od wybrzeża w kierunku Lady Musgrove, małego atolu przy Barrier Reef,  robiąc 5-6 węzłów.  Morze było lekko wzburzone i – jak już się wcześniej zdarzało – odczuwałam  chyba chorobę morską a niepewne uczucie w żołądku już mnie o tym przekonywało.

O 20 zaczęła się moja pierwsza wachta, Michałek, nasz samoster, pracował wspaniale. Oczywiście z początku nie wierzyłam w niego, pomimo dwujęzycznych zapewnień, ale nie spuszczałam kompasu z oka i po dwóch godzinach, odchylenia utrzymywanego  kursu nie były większe niż  5-10 stopni. Obsługa też nie była trudna, ale jestem i  pozostanę tchórzem, taka była moja pierwsza wachta.

O północy szybko do  koi, moja choroba morska stała się jeszcze bardziej ewidentna.  Następnego ranka dałam radę jeszcze dotrzeć do wyjścia i już się zaczęło. Tadek robił śniadanie, a ja siadłam na zewnątrz na deku, kilka rozweselających  słów wystarczyło by mój humor się poprawił  Wewnątrz muliło, a tu na zewnątrz było wprawdzie mokro, padał deszcz i było zimno, ale czułam się o wiele lepiej. Można było dostrzec albatrosa i kilka petreli, obserwowałam ich elegancki lot.

Żeglowaliśmy półwiatrem z postawionymi grotem, bezanem i fokiem, „Maria” tańczyła i była szczęśliwa. Wieczorami wiatr stawał się coraz bardziej świeży, było mi nieprzyjemnie, padało coraz mocniej, a bryzgająca woda wlewała się do kokpitu. Tadek zwinął bezan, a „Michał” nie dawał już  rady silnemu falowaniu. Kiedy o godzinie 20 miałam objąć swoją wachtę, nie wierzyłam moim oczom – Tadek siedział przy rumplu i szczerzył się do mnie, za nim góra wodnej masy, mój Boże, coś takiego z fal, mieliśmy prawdziwą wichurę i co najgorsze, ja pośród tego. Usiadłam w kokpicie, moje nogi trzęsły się jak osika, Tadek rozmawiał ze mną, ale mało co słyszałam, widziałam tylko te ogromne fale i czułam mój strach…

Waltraud Witte-Pośpiech                                                                     (tłum. z niem. Bartek Ostrowski)

 

Czyje przezrocze W1000003  PF1000003

PF1000006  PF1000010

Fotografie pochodzą z archiwum Waltraud i Tadeusza Pośpiechów z rejsu na Marii w kwietniu – czerwcu 1980 roku na trasie Adelaide – Sydney – Wielka Rafa Koralowa.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wpis Waltraud Witte-Pospiech w Księdze Gości jachtu Maria.

08.5.1980_wpis_Waltraud_Pospiech

Drogi Ludku,                                                                                                                                                   dzisiaj po raz pierwszy widziałam Twoją Marię i weszłam na pokład. Jest pięknie u Ciebie i Maria bardzo mi się podoba. Przebywanie tutaj jest jak marzenie. Maria jest przepięknym domostwem. Zazdroszczę Ci. Wszystkiego dobrego na przyszłość i zawsze stopy wody pod kilem                         życzy Waltraud

(tłum. z niem Bartek Ostrowski)

Marek Słodownik: „Opowieści Morskich Fal” – ilustrowany dwutygodnik dla młodzieży poświęcony sprawie polskiego morza i ziemi przymorskiej”.

100 lat logo.jpg

Marek SłodownikPismo adresowane było do młodego czytelnika i miało lokalny charakter. Ukazywało się w Gdyni w roku 1932, wydano łącznie 6 numerów, z czego ostatnie dwa miały charakter podwójny. Wydawano je na dobrej jakości papierze, w grubej okładce, w niewielkim formacie i miało ono mało atrakcyjną szatę graficzna. Redaktorem i wydawcą był Kazimierz Śliwkowski, a poza nim do nr-u 3., w stopce znajdowało się również nazwisko Kazimierza Barańskiego, a następnie Bolesława Justa. Od przedostatniego wydania, sygnowanego numerem 5-6, w roli redaktora wystąpił znany gdyński dziennikarz, Henryk Wawrzyniak. W żadnym z wydań nie podano adresu redakcji ani nakładu, pismo nie osiągnęło jednak wysokiego nakładu, na co wskazuje bardzo lokalna tematyka pomieszczona na łamach. Cenę pojedynczego egzemplarza skalkulowano na poziomie 60 groszy, roczna prenumerata kosztowała 13 złotych, a więc niemało jak na ówczesne realia. „Opowieści” były jednym z bardzo nielicznych tytułów morskich wydawanych w dwudziestoleciu międzywojennym całkowicie prywatnie i bez subwencji rządowych czy lokalnych.
Okładka pisma miała stały charakter; publikowano tam ilustrację żaglowca, zmieniono ją dopiero w numerze przedostatnim. W pierwszym numerze redakcja tak postrzegała swoją misję: „Zadaniem niniejszego czasopisma jest zapoznanie Was, młodzieży polska, z polskim morzem i z ziemią przymorską – kaszubską. Wtedy jedynie zdolni będziecie pokochać swoje morza, gdy je znacie i kiedy rozumieć będziecie fal mowę.”
Pismo realizowało nakreślone zadania w sposób niekonsekwentny, co było jedną z przyczyn jego szybkiego upadku. Problemy finansowe pojawiły się już po pierwszych wydaniach, co zmusiło redakcję do łączenia numerów.
Tematyka „Opowieści” była bardzo eklektyczna, zajmowano się zarówno sprawami gospodarczymi jak też życiem społecznym, na podstawie zachowanych numerów pisma trudno jednak wskazać jego strategię. Często publikowano materiały poświęcone historii, pisano je językiem pozwalającym na zrozumienie nawet mało wyrobionemu czytelnikowi. Osobnym nurtem była tematyka patriotyczna i kolonialna, która w tym tytule była zaledwie zaznaczona i nie odgrywała istotnej roli.

1 MORSKIE_ nr 1 Okładka pierwszego numeru „Opowieści Morskich Fal” z 10 lutego1932 roku.

   2 MORSKIE_stopka (1) Strona redakcyjna pierwszego numeru „Opowieści Morskich Fal”. z 10 lutego 1932 roku.

3 MORSKIE_nr 2 Okładka numeru 2.

  4 MORSKIE_ostatnie wydanie 7-8 Okładka ostatniego wydania, 7-8, numeru „Opowieści Morskich Fal”.

Marek Słodownik

___________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

100 lat logo.jpgRok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl
Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.com, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, lmir.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ.

Marek Słodownik: „Polska na Morzu” – pismo Ligi Morskiej i Kolonjalnej dla młodzieży, wydanie B”, 1938-1939.

100 lat logo.jpgSukces ryMarek Słodowniknkowy i propagandowy „Polski na Morzu”, miesięcznika wydawanego przez Ligę Morską od 1934 roku, spowodował, że organizacja zdecydowała się przygotować kolejny projekt wydawniczy, tym razem skierowany wyłącznie do młodego czytelnika. W numerze pierwszym tak opisano genezę pisma: Od dawna już młodzież kół szkolnych Ligi Morskiej i Kolonjalnej domagała się własnego pisma. I słusznie. Praca młodzieży i jej zainteresowania różnią się od pracy i zainteresowań dorosłych, a wyrazem tej odrębności powinno być pismo poświęcone sprawom młodzieży. Chcemy by to pismo było jak najbardziej dostosowane do potrzeb młodych, a tak licznych czytelników.( Redakcja, „Własnym torem”, „Polska na Morzu”, nr 1/1938).

P1390663Okładki pierwszego numeru pisma 1/1938.

„Polska na Morzu”, bo taki tytuł nosił nowy miesięcznik, nawiązywał wprost do pisma ligowego dla dorosłych o tym samym tytule, ale innym podtytule. Planowano w początku 1939 roku zmianę tytułu i zapowiedziano ją nawet na łamach pisma, ale planu ostatecznie nie zrealizowano.

P1390667 - Kopia Zasadniczo podobna była także koncepcja nowego periodyku; miał informować o sprawach morza w sposób bardzo przystępny, możliwy do zrozumienia nawet przez słabo zorientowanego w tematyce odbiorcę. Temu służyły zarówno krótkie teksty oraz chwytliwe tytuły. Charakter ten potwierdza także dystrybucja tytułu. Na czas wakacji był on zawieszany, aby powrócić do czytelników wraz z rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego. W odróżnieniu jednak od wydawanej podobnie „Gazetki Morskiej” ten tytuł numerowany był tradycyjnie, od stycznia do grudnia.

Tytuł w ciągu niecałych dwóch lat egzystencji miał aż trzech redaktorów naczelnych, pomimo, że wydano zaledwie 10 numerów. Oczywiście nie sprzyjało to utrzymaniu konsekwencji w redagowaniu, bo chociaż nad wszystkim czuwał wydawca, to jednak każdy redaktor odcisnął charakterystyczne piętno na tytule. Pierwszym redaktorem był Stanisław Zadrożny, od numeru trzeciego, wydanego w maju 1938 roku, pismem kierował już Bronisław Miazgowski, a od lutego 1939 roku w fotelu redaktorskim zasiadł Stanisław Szymborski. Zmieniali się nie tylko redaktorzy, ale także sama gazeta. Po pierwszym okresie, w którym nie było ilustrowanej okładki, co w kontekście adresata tytułu było – jak się wydaje – dużym błędem, redakcja zastosowała rysunek charakterystyczny dla wydania „dorosłego” „Polski na Morzu”, co jeszcze bardziej upodobniło obydwa tytuły czyniąc wiele niepotrzebnego zamieszania.

 P1390667Okładka pisma 1/1939, po zmianie szaty graficznej

„Polska na Morzu wydanie B” była do pewnego stopnia kalką swej starszej siostry w zakresie poruszanych zagadnień, ale materiały zamieszczane na jej lamach były już zupełnie inne. Gazeta koncentrowała się na kwestiach interesujących młodych ludzi, stąd też bardzo często odwoływano się spraw przez nich akceptowanych. Pisano o historycznych dokonaniach na morzu wielkich Polaków silnie akcentując wątki wychowawcze w kontekście spraw morskich. Bardzo wiele artykułów poświęcono również zagadnieniom kolonialnym i konieczności podjęcia ekspansji zamorskiej, które w piśmie ligowym nie mogły dziwić. Dużo pisano także o sprawach wychowawczych na tle morza, a materiały te nacechowane są silną agitacją. Począwszy od roku 1939 w piśmie znajduje się coraz więcej materiałów o tematyce żeglarskiej, co było realizacją spójnej strategii ligowej widocznej na łamach także innych pism organizacji.

  P1390670Okładka numeru 6-7/1939, ostatniego wydanego przed wojną

Pismo było elementem strategii Ligi Morskiej w zakresie upowszechniania wiedzy o morzu i wypełniało lukę w dostępie do prasy młodzieży. Było redagowane starannie, choć nieco mało konsekwentnie, a z uwagi na masowość i niską cenę trafiało do czytelnika w głębi kraju, dla którego często był to jedyny kontakt z prasą morską. Zbyt krótki czas ukazywania się na rynku nie pozwala na dokonanie bardziej szczegółowej analizy, chociaż można uznać, że wysoki nakład pisma przyczynił się do wzrostu zainteresowania morzem i jego problematyką.

Marek Słodownik

_________________________________________________                                                                                        Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

___________________________________________________________________________________________________ 100 lat logo.jpgRok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl
Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.com, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, lmir.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ.

Tomek Głowacki: Wspomnienie Kolegi.

Tomasz M. GłowackiZ „Marynarzem”, Ryszardem Stasiakiem, (żeglarz, zm. 01.2020r. – przyp. red.) pływałem na Karfi pod dowództwem Czesława Gogołkiewicza, konstruktora jachtowego, żeglarza, regatowca, a jednocześnie kierownika stoczniowego biura konstrukcyjnego. Rysiu będąc załogantem na Karfi, raz po raz wpadał do biura, aby porozmawiać z Czesławem i uzgodnić przygotowania do następnych regat. Czesław, najczęściej był zajęty rysowaniem linii teoretycznych kolejnego kadłuba jachtu. Ten kto kiedykolwiek rysował linie kadłuba wie jakiej to koncentracji uwagi wymaga.

Tak wiec, tak oto wyglądała wizyta “marynarza”: po wymianie kilku grzecznościowych słów przez obu „Marynarz” zaczynał swój monolog. Czesław słuchał, przytakiwał, czasem coś uzupełniał, ale było widać, że bardziej myśli jak „upłynnić” linie teoretyczne kadłuba, niż włączyć się do rozmowy.

Tutaj muszę dodać, że w stoczni panowała wyjątkowo koleżeńska, serdeczna atmosfera. Wszyscy mówili do siebie po imieniu, nie tak jak wówczas ogólnie w Polsce przyjęte było zwracanie się formalne: “proszę pana” lub “panie inżynierze”. I nie ma się co dziwić, bo w czasie żeglowania często nasze życie zależało od siebie wzajemnie, od całej załogi.

A wiec, po kilkunastu minutach i wypaleniu kilku papierosów Czesław bardzo uprzejmie i spokojnie zwracał się w kierunku swojego gościa i w swój znamienny sposób wymawiania litery “r” mówił: ”Rysiu, no to teraz wypie..dalaj”. Rysiu, nie miał mu nigdy tego za złe, bo oboje doskonale nawzajem się rozumieli.

Rysiu “Marynarz” był bardzo lubiany wśród całej załogi stocznoweji, za swoją uczynność, dobre poczucie humoru, a przede wszystkim bardzo praktyczne podejście do życia i pozytywne nastawienie. Mówiąc o nastawieniu do życia i praktycznym podejściu przypominam sobie, jak to po tym tragicznym wypadku na statku rybackim, kiedy chirurdzy składali mu prawą rękę (dłoń) padło właściwie retoryczne pytanie: “co my mamy z tym zrobić?”, bo po jego prawej dłoni niewiele zostało. Rysiu dal im prostą odpowiedź, a właściwie prośbę: “tak długo, jak będę mógł utrzymać w dwóch kikutach moją lufkę, to będzie OK.”

I tak jakoś mu tę dłoń połatali, że jak przyjechał do mnie do Nowej Zelandii do Tauranga (było to w okolicach roku 2002-2003) to mogliśmy wypić kilka solidnych toastów za spotkanie.

W Stanach pierwszy raz wylądował, jak pojechał, aby jachtem s/y Raczyński wrócić razem z Czesławem Gogołkiewiczem i załogą do Polski. Ta podróż skończyła się tragicznie dla Czesława, ale Rysiu polubił Amerykę do tego stopnia, że po powrocie do Polski i uregulowaniu swoich spraw w kraju natychmiast tam powrócił, aby rozpocząć nowe życie. Jechał prawie bez grosza, ale jak mówił, „mnie wystarczy tylko kilka dolarów na pierwszy telefon i ja dam sobie radę”. I Rysiu dał sobie radę do tego stopnia, że mógłby być wzorem dla młodych, którzy nie wiedzą, co ze sobą zrobić.

Polskie środowisko żeglarskie straciło wspaniałego człowieka, żeglarza, towarzysza przygód, przyjaciela.

Karfi - seria Taurus

Tomek Głowacki, 01.2020, Auckland. Fot Autora.

___________________________________________________________________________________________________ Tomek M. Głowackiurodzony i wychowany w Polsce. Jachtowy kpt.ż.w, inż. mechanik, konstruktor jachtów, certyfikowany project manager, specjalista w zakresie jakości i ciągłego usprawniania produkcji (Lean Six Sigma Black Belt), wykładowca budowy jachtów na uniwersytecie w Auckland. Pracował przy znaczących projektach w takich krajach jak Polska (m.in. jacht „Spaniel”), Nowa Zelandia, Australia, United Arab Emirates i American Samoa. Prowadzi firmę konsultingową – projektowanie statków oraz usprawnianie stoczniowych procesów produkcyjnych. Mieszka w Nowej Zelandii.

Marek Słodownik: „Polska na Morzu”, 1934-1939

100 lat logo.jpg

Marek Słodownik W lutym 1934 roku na rynku ukazał się pierwszy numer pisma „Polska na Morzu”. Był to miesięcznik o charakterze popularnym, skierowany głównie do czytelnika mało wyrobionego, o podstawowych potrzebach w zakresie informacji. Pismo wydawane było przez Zarząd Główny Ligi Morskiej i Kolonialnej (LMiK), co definiowało niejako zawartość periodyku. W artykule wstępnym numeru pierwszego, wydanego 1 lutego 1934 roku czytamy (pisownia oryginalna): „Zadaniem „Polski na Morzu” jest przeniknięcie do najszerszych warstw społeczeństwa i młodzieży polskiej. Równolegle z bratnim organem „Morzem” szerzyć mamy propagandę najistotniejszych haseł morskich i kolonialnych, by rozbudzić i pogłębić stosunek mas do spraw, którym mamy służyć. (…) „Polska na Morzu” ma być organem mas, przenikniętych sentymentem i zrozumieniem dla morza. „Polska na morzu” ma być w równym stopniu pismem dla ludu jak i dla młodzieży, by w sposób poglądowy dawać wyraz wszelkim przejawom pracy polskiej nad morzem. Znajdą tu swe omówienie sprawy związane z rozbudową żeglugi morskiej; wojennej i handlowej, portów oraz handlu i rybactwa morskiego”.( (ba), bez tytułu, „Polska na Morzu”, nr 1/1934)

1 Okładka pierwszego numeru pisma z lutego 1934 roku.

Ową równoległość władze Ligi skonstruowały nieprzypadkowo, o ile bowiem „Morze” trafiało w większości do rąk czytelników w miastach to organizacja potrzebowała tytułu adresowanego do czytelnika wiejskiego.
Pismo ukazywało się przez sześć lat, do sierpnia 1939 i cały czas redakcja usytuowana była w warszawskiej siedzibie LMiK przy ulicy Widok 10. Przez ten czas redakcją kierowało aż czterech dziennikarzy. Pierwszym redaktorem naczelnym był Henryk Sikorski, który kierował tytułem przez cztery lata, od jego założenia w lutym 1934 do grudnia roku 1937. Po nim stanowisko objął Stanisław Zadrożny, który szefował pismu od stycznia 1938 roku do kwietnia roku następnego. Bronisław Miazgowski w fotelu redaktora naczelnego zasiadał od maja 1938 roku do stycznia roku 1939, a przez ostatnich siedem miesięcy tytuł reprezentował Stanisław Szymborski.
Przez sześć lat wydawania „Polski na Morzu” wydano 65 numerów, a działo się tak za sprawą łączenia w latach 1934-35 numerów sierpniowego i wrześniowego bez dodawania objętości. Zawierało 16 kolumn w stałym dwuszpaltowym układzie graficznym, choć w latach 1935 i 1936 numery lutowe zyskiwały zwiększoną do 24 kolumn objętość za sprawą rocznicowych celebracji zaślubin Polski z morzem dokonanych 10 lutego 1920 roku przez gen. Józefa Hallera i wynikającą stąd koniecznością zamieszczenia obszernych materiałów 2propagandowych.
Szata graficzna, choć skromna, to na ówczesne lata była atrakcyjna wizualnie. W piśmie tym drukowano dużą liczbę fotografii, oczywiście czarno-białych, infografik, wykresów oraz rysunków. Zwłaszcza infografiki zwracały uwagę swoją oryginalnością i atrakcyjną formą, łatwo zrozumiałą nawet przez mniej wyrobionego czytelnika. Dominowała jednak treść słabo urozmaicona materiałem ilustracyjnym. Tytuł ukazywał się jednak na słabej jakości papierze, co

                                                                                                                       Przykład infografiki z „Polski na Morzu” z nr 8-9/1936.

rzutowało na niską cenę, ale czyniło zeń produkt nieatrakcyjny wizualnie.
Tematyka pisma koncentrowała się wobec kilku kluczowych zagadnień. Było to kształtowanie postaw patriotycznych i budowanie więzi z morzem, sprawy Ligi Morskiej i Kolonialnej, zwłaszcza w kontekście szkolnych kół organizacji, kwestie obronności Polski na morzu i wynikająca stąd konieczność budowy floty Marynarki Wojennej oraz problematyka kolonialna, zbieżna z zasadniczymi celami Ligi Morskiej i Kolonialnej. Praktycznie już od pierwszego numeru pisma ta tematyka zajęła najwięcej miejsca i zarazem kluczową pozycję w periodyku. Ważne miejsce zajmował także Fundusz Obrony Morskiej, kierowany przez Ligę.
Uwagę zwraca dominująca pozycja tematyki Ligi Morskiej i kolonii oraz gospodarki morskiej, co nie może dziwić zważywszy wydawcę i profil jego działalności. Także tematyka związana z koniecznością budowy floty wojennej i handlowej zajmowała stałą, wysoką pozycję w doborze tematów. Dominująca pozycja tematyki kolonialnej i patriotycznej ulega zahamowaniu po 1936 roku, a dzieje się tak z uwagi na śmierć gen. Orlicz-Dreszera, który pełnił funkcję prezesa Zarządu Głównego LMiK. W to miejsce zaczęła dominować tematyka gospodarki morskiej, podnoszono konieczność istnienia silnego kraju wykorzystującego swój potencjał morski w każdym numerze i w bardzo zróżnicowany sposób.
Odwoływano się do historii podnosząc rdzenność piastowskich ziem nad morzem, co miało legitymizować niezbywalność tych ziem na rzecz agresywnego sąsiada. (Czesław Zagórski, „Przykazania morskie”, „Polska na Morzu” 1934). Systematycznie na łamach „Polski na Morzu” publikowano materiały historyczne mające przekonać czytelników o spuściźnie słowiańskiej na ziemiach piastowskich, odwoływano się do czasów sprzed tysiąca lat, kiedy na terenach Pomorza i Pomorza Zachodniego zamieszkiwały plemiona słowiańskie.
Publikowano także odezwy nawołujące do wspierania Funduszu Obrony Morskiej, któremu patronowała Liga, prezentowano fragmenty ważnych przemówień kluczowych postaci polskiej polityki odwołujące się do zagadnień morskich. Bardzo często na łamach pisma gościł gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, od 1934 roku prezes Zarządu Głównego Ligi, który za jedno z najważniejszych zadań organizacji uważał możliwie szybkie powiększenie jej szeregów i kultywowanie patriotycznych tradycji.
Bardzo dużo miejsca poświęcano rocznicy zaślubin Polski z morzem dokonanego 10 lutego 1920 roku w Pucku przez generała Józefa Hallera. W piętnastą rocznicę, przypadającą w 1935 roku, poświęcono temu wydarzeniu okolicznościowe teksty oraz okładkę.
Niezwykle dużo miejsca poświęcano także wydarzeniom związanym ze śmiercią najważniejszych osób w państwie, którzy wywarli znaczące piętno na sprawach obronności. Po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego 12 maja 1935 roku, w czerwcowej „Polsce na Morzu” poświęcono mu okładkę oraz osiem kolumn, po tragicznej śmierci prezesa Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Kolonialnej, generała Gustawa Orlicz-Dreszera, który niezwykle zasłużył się organizacji, pismo także oddało na tę tematykę okładkę i osiem kolumn. Dla Ligi był to prawdziwy wstrząs, ponieważ Orlicz-Dreszer niezwykle ją rozwinął czyniąc z niej masową organizację społeczną.

34

Okładki numerów 6/1935 i 8/1936 dedykowanych zmarłym marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu i generałowi Gustawowi Orlicz-Dreszerowi.

Wiele miejsca pismo poświęcało dorocznemu Świętu Morza, które od roku 1932 organizowano w Gdyni pod koniec czerwca. Uroczystości koncentrowały się wokół demonstracji postaw, głównie młodzieży, akcentowano przywiązanie Polaków do morskich spraw i wskazywano bardzo zróżnicowane sposoby czerpania korzyści z dostępu kraju do morza, począwszy od gospodarczych poprzez obronne aż po rekreacyjne. Teksty te miały zazwyczaj bardzo silne zabarwienie agitacyjne, raziły niewyszukaną argumentacją i dużym zabarwieniem emocjonalnym. Przy tej okazji także namawiano czytelników do wstępowania w szeregi organizacji, co miało przyczynić się do szybszej odbudowy kraju i wyjścia na morze. „Każdy kto pragnie spółdziałać w utrwalaniu siły polskiej na morzu – niech wstąpi do szeregów Ligi Morskiej i Kolonialnej, jedynej w Polsce organizacji społecznej, strzegącej naszych interesów morskich i dążącej do wyrównania wiekowych zaniedbań na Bałtyku. (Gustaw Orlicz-Dreszer, „Na Święto Morza”, „Polska na Morzu” 1934). Podobne apele kierowano za pośrednictwem pisma corocznie kreując atmosferę wielkiego święta, w którym każdy młody człowiek powinien uczestniczyć. Corocznie także redakcja publikowała artykuły mające charakter odezwy do czytelników mobilizując ich do działania na rzecz odzyskania morza dla Polski, ale zarazem także namawiała do dumy z dotychczasowego dorobku na rzecz włączenia spraw morskich do katalogu ważnych dla kraju spraw. (Bronisław Miazgowski, „Nasza Ojczyzna jest wielka”, „Polska na Morzu”1939).
Bardzo dużo miejsca poświęcano wojennej edukacji morskiej rozumianej jako prezentacja różnych typów okrętów wojennych. Opracowywano je szczególnie starannie, obok obszernych tekstów zamieszczano także rysunki okrętów by ułatwić mało wyrobionemu czytelnikowi zrozumienie poruszanych zagadnień. Pisane były prostym językiem, co zważywszy poziom percepcji odbiorcy, znajdowało swoje uzasadnienie. Aby krzewić idee Ligi na szczeblach lokalnych, w każdym niemal numerze zamieszczano materiały związane z wewnętrzną działalnością organizacji. Były to teksty stricte instruktażowe, podkreślające na przykład korzyści z założenia szkolnego koła LMiK, apele do członków organizacji o wsparcie Funduszu Floty Morskiej czy krótkie materiały o charakterze newsowym, publikowane pod wspólnym tytułem „Z życia kół szkolnych”( Z. Raykiewicz, „Idziemy na wodę”, „Polska na Morzu” nr 2/1935, (ba), „Jak założyć szkolne koło szkolne”, „Polska na Morzu” 1936). Od roku 1937 publikowano gotowe deklaracje przystąpienia do Ligi z jednoczesnym apelem aby każdy członek organizacji pozyskał co najmniej jednego nowego członka Ligi. Dla najbardziej aktywnych przygotowano nagrody rzeczowe oraz bezpłatną prenumeratę pism ligowych.
Niezwykle ważnym aspektem działalności Ligi Morskiej, która po zjeździe w 1934 roku zajęła się również sprawami polskich kolonii włączając człon kolonijny do nazwy organizacji, była problematyka ekspansji zamorskiej Polski. Już od pierwszego roku istnienia pisma publikowało ono szeroko materiały poświęcone korzyściom płynącym posiadania kolonii akcentując konieczność ubiegania się Polski o terytoria zamorskie. Niemal w każdym numerze zamieszczano materiały poświęcone różnym aspektom kolonizacji, a najwięcej miejsca poświęcono polskiej kolonii „Nowa Wola” w Paranie. Tematyka ta powracała na łamy pisma niezwykle często, od roku 1935 zamieszczono wiele materiałów o Liberii i Kamerunie. Prezentując różnorodne aspekty osadnictwa i uwypuklając zarazem korzyści dla gospodarki odradzającego się kraju jak też dla poszczególnych obywateli. (Janusz Makarczyk, „Nieznana Liberja”, „Polska na Morzu” 1935, Stanisław Zieliński, „Kamerun – niedoszła kolonja Polski”, „Polska na Morzu” 1935, „O krajach, które mają surowce”, „Polska na Morzu” 1938).
Sprawy żeglarskie nie były obce redakcji, choć nie była to tematyka zajmująca szczególnie wiele miejsca. W roku 1934 odbyła się wyprawa oceaniczna jachtu „Dal”, której trasa wiodła z Polski do USA. Znalazło to odbicie na łamach „Polski na Morzu”, która zamieściła obszerną relację z wyprawy. W następnym roku miało miejsce kolejne spektakularne wydarzenie żeglarskie w postaci wyprawy studentów Szkoły Morskiej w Gdyni na pokładzie „Daru Pomorza”. ((ba), „Z Darem Pomorza naokoło świata”, „Polska na Morzu” 1935). Ponadto od następnego roku zainaugurowano publikację materiałów o charakterze instruktażowym pod wspólnym tytułem „Abecadło żeglarza”, w którym popularyzowano tę formę aktywności wskazując na liczne korzyści jakie niesie ze sobą uprawianie żeglarstwa rekreacyjnego. ((ba), „Abecadło żeglarza”, „Polska na Morzu” 1935, kontynuacja w kolejnych numerach, 1935).

5 5a 5b 5c P1370105 P1370114 - Kopia
Marek Słodownik

__________________________________________________

Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl
Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.com, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, lmir.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ.