Archiwa kategorii: Listy

Ludomir Mączka: Nie tylko żeglarstwo jest życiem …

„Zapiski Ludomira Mączki” z okresu pobytu w Darwin, Australia, 1981 roku (od 19. kwietnia1981, kotwicowisko w Darwin – do 12. sierpnia 1981r.), gdzie zasmakował w lotach spadochronowych (w Darwin Parachute Club) oraz listy z tego okresu do Wojciecha Jacobsona i bliskiej znajomej w Szwecji, Ireny Karpowicz (Irena Karpowicz-Balcerkiewicz – architekt, wraz z mężem była właścicielem jachtu Krzyż Południa – przyp. red.) przybliżają mało znane i pozornie dalekie od żeglarstwa epizody w życiu Ludomira Mączki, które jednakże w naturalny sposób wpisują się w pełen przygody i zaciekawienia rytm życia niespokojnego ducha Ludka.                                (zs)

________________________________________________________________________

Scan098L.Mączka_Darwin_1981_ Nie tylko żeglarstwo jest życiem27.04.  poniedziałek

Wczoraj byłem z Neville’m T. (Thomas – przyp. red.) (VK8NT) w Batchelor. Nevill teraz działa w klubie spadochronowym. Zabrał mnie tam. To jest ca 100 km S od Darwin. Małe lotnisko, kilkanaście osób. Jako pasażer byłem w powietrzu na małej „Cesna”. Bush, bush, dalej morze. Skaczą z ok. 10000’ (ft, stóp – przyp. red.), na 4000’ otwierają spadochron. Ta zabawa jest naprawdę emocjonująca, choć dość kosztowna. Wróciłem z Garrym samochodem do pół drugiej. Bar po drodze. Reszta dołączyła skacząc z samolotu na łąkę za barem. Na łódce byłem po 1200tej, syt wrażeń i piwa. Może też sobie poskaczę. Spróbuję. Dziś drobna reperacja „Boberka” (składana łódź wiosłowa typu „stynka” otrzymana z Klubu – Jacht Klub AZS Szczecin dzięki staraniom kierownika Klubu Czesława Bobera – przyp. red.), dalsza wymiana nitów na miedziane. Wieje jakieś 5oB, trochę kiwa, siedzę na łódce.

07.05,  kotwicowisko Darwin

Chyba tutaj postoję trochę. Sprawy się klarują. Czekam na przedłużony paszport. Dziś jestem na łódce. Cały prawie tydzień byłem poza Marią – dwa razy tylko byłem w porcie zobaczyć czy jest ok. Wziąłem się za spadochroniarstwo. Nowa Przygoda, sprawdzian, trzeba „uzasadnić swoje istnienie”. Mam już 6 skoków za sobą (i ca 200$). Każdy skok to 10$, ale chyba warto. Krótki moment czegoś w rodzaju strachu potem lot i lądowanie. Ostatnio bardzo kiepskie. Zbytnia pewność siebie, zagapienie. Piękne późne popołudnie, daleki bush i twarde lądowanie z wiatrem. Kilka siniaków i trochę więcej doświadczenia. W sobotę c.d. Teraz siedzę na łódce, chlupie odpływ wzdłuż burty. Prąd do 2 kn, mętna woda, dochodzi południe, gorąco, ale trochę bryzy. Chyba nie ruszę się przed wieczorem choć warto zajrzeć do znajomych. O 2000-tej do Clubu właściwie do miejsca gdzie składa się spadochrony. Chyba niedługo będę składał sobie sam. Na razie robię to pod okiem Neville’a lub Mike’a i pomagam innym. Mike jest Niemiec z Prus Wschodnich, ale on urodził się chyba już po wojnie. Czasem trochę praktykuję z nim po niemiecku. Po spakowaniu spadochronu do baru na piwo i chyba ok. 1200 (pm) do Neville’a. Jutro wizyta u lekarza (wyniki krwi i siniaków).

12.05, wtorek,  kotwicowisko

… W sobotę byliśmy koło Noonamah (ca 50 km) na weselnym party Billa (Darwin Parachute Club) . Część gości lądowała na spadochronach (na to trzeba „C” klasę). Wróciliśmy z Nevillem ok. północy. W niedziele rano polecieliśmy „Cesną” do Batchelor na 4000’; było zimno jakieś 4oC, ale ładnie wygląda z góry. Bush, jakieś osiedla. ale niewiele; kraj płaski, tu i ówdzie dymy z „bush fire”. Nad Batchelor najpierw wyskoczyło 3 – z Nevillem z 4000’ z opóźnionym otwarciem. Potem nad lotniskiem Rasia z ca 800m; dwóch pasażerów lądowało z pilotem. Pogoda była ładna, ale wietrzna. Skakania było mało, nawet instruktorzy dużo nie skakali. Potem po południu się uspokoiło. Miałem jeden skok. Nawet nienajgorszy, ale wyniosło mnie jakieś ca 200m poza cel. Przełamałem już opory przed skakaniem. Lądowanie było miękkie. Powrót po południu ok. 18tej do klubowego baru w Noonamah; reszta dołączyła z powietrza; kilka piwek. Umiarkowane zachwyty nad moim skokiem od Neville’a..

21.05,  Katherina

Chmury przeszły. Wczoraj miałem jeden skok. Trudno o więcej bo mistrzostwa. Nie było źle. Wprawdzie wystartowałem głową w dół. Nie wygiąłem się dobrze do tyłu, ale przynajmniej lądowałem 22 m od celu. Zresztą to zasługa nie moja tylko „jump master’a”  który mnie w odpowiedniej chwili wyrzucił. Słucham meteo z Darwin, ale wiatry słabe z E więc Maria powinna być ok. Wieczorem były filmy. Neville ma „Video recorder” więc najpierw dzienne skoki potem filmy z różnych mistrzostw i skoków. Ten „sky diving” to duża zabawa, ale wydaje mi się, że bardziej mi leży „HALO”  „High Altitude – Low Opening”. Zobaczymy. Na razie jeszcze skaczę na sznurku (Static Line).

23.05, Manbulloo                Manbulloo jest kilka mil od Katherine

Jest rano, sobota, ok. 11tej, już gorąco, noce są miłe i chłodne, ranki piękne, w dzień upał. Pogoda słoneczna. Wczoraj miałem 12ty i 13ty skok; 12ty był niezły, ale lądując wpadłem prawą nogą w małą dziurę w trawie i teraz noga na podbiciu spuchła. Dobrze, że nie złamałem, ale dzisiaj nic ze skakania i chyba parę dni spędzę na jachcie – „o chlebie i wodzie”. Zanim noga dobrze spuchła miałem pierwszy FF (Free Fall). Ron (Davidson – przyp. red.) był mój „jumpmaster” – skok był OK. Przy wyciąganiu „rip card” nie rozpostarłem rąk i przez chwilę leciałem głowa w dół. Lądowanie było OK. Trochę twardo. Wiatru nie było prawie zupełnie i wtedy lądowanie jest trochę twarde. Czuję tyłek (ale to nie szklanka). Ten FF to jest właśnie „to”. Wychodzisz na zewnątrz, puszczasz się, wyginasz do tyłu – i jesteś wolny, nie ma instruktora, static line która robi za ciebie. Wyciągasz rączkę i po 1-2 minut jesteś na dole z lekko potłuczonym tyłkiem, ale chyba szczęśliwy. Zawsze ten moment wyjścia jest emocjonujący. Potem wieczorem była fiesta. Pierwszy FF kosztuję skrzynkę piwa dla instruktora (15$) potem było więcej i cider jabłkowy. Gratulacje z okazji FF i 53 urodzin. Złożyłem podanie do klubu starszych panów. Powyżej 40 laty i w USA to już „old boye” i nie ma ich zbyt wielu. Klub jest dość ekskluzywny. Zresztą nie czuję różnicy wieku. Neville też zwichnął nogę i dziś nie skacze; ma kaca. W ogóle wieczór był OK. Nawet miałem „mowę do ludu” (po ang, być może coś dodałem po hiszp, ale wszyscy byli zadowoleni). Jutro do Darwin. Podskakuję na jednej nodze, druga spuchła, ale nie boli i palcami mogę ruszać bez bólu. Więc życie jest ok. nawet po 50-tce.

Poniedziałek, 25.05,  kotwicowisko  Fannie Bay

Wczoraj wcześnie p.p wyjechaliśmy z Manbulloo. Noga trochę lepsza. Sanitariusz z ambulansu, który miał „służbę” obejrzał nogę, obmacał, założył elastyczny bandaż i zaraz poczułem się lepiej. Wygląda, że wszystko jest OK, ale nie wiem czy w przyszłą niedzielę będę skakał (?). Wieczór barak klubowy przypominał trochę Africa Corps Headquarter po odwrocie – kilka połamanych nóg, jedna ręka i kilku uszkodzonych, jak ja. Na łódce byłem ok. 19.00, było już ciemno. Neville pomógł mi zwodować „Boberka”. Maria była na miejscu, trochę obesrana przez mewy. Przyjemnie być na własnych śmieciach po tygodniu. Przywitały mnie na pokładzie po zaświeceniu świateł pokładowych dwa duże karaluchy, które wyszły przez chyba kluzę kotwiczną, jak nadmuchałem przed odjazdem „muchobija”. Po kolacji („Tatar” a la Maria – kupiłem cebulę, wino i ziemniaki w Noonamah na stacji benzynowej) złożyłem potłuczone kości na koi. Stłuczony lewy pośladek, nadszarpnięta noga i ogólne pobicia. Zresztą wszyscy prawie odczuli „uścisk ziemi”, ale te kilka siniaków nic nie znaczą. Trudno to opisać, ale moment skoku jest kulminacją. I ciągnie – dodaje życiu smak. Krzykiem dodajesz sobie odwagi i lecisz i żadna siła już cię nie wciągnie do samolotu. Sam już pakuję swój spadochron, tylko końcowe zamknięcie wymaga jeszcze oka instruktora. (rezerwa zawsze jest pakowana przez uznanego „pakowacza” (riper).

______________________________________________

Listy do Wojciecha Jacobsona

06.05, Darwin kotwicowisko

Wojtek!

Od Wielkanocy stoję w Darwin. Pogoda się ustaliła. Stoję w Francis Bay, koło portu….. W Darwin odwiedzam stare kąty, starych znajomych, trochę nowych. Neville Thomas (VK8NT) zabrał mnie do Batchelor ca 100km S od Darwin gdzie działa jako instruktor w Darwin Parachute Club. Spodobało mi się to i zapisałem się na członka – no i znowu jestem „student”, że na ogół wszyscy poniżej 30. lub ciut wyżej więc Neville zabrał mnie do lekarza. Jakoś jeszcze przeszedłem, coś tam znalazł że wątroba za twarda. Może po malarii, a może po winie, ale to nie przeszkadza. Dwa dni – piątek , sobota, był krótki kurs ze skakaniem na materac u Neville’a w domu; 6 osób w tym dwie babki; w niedzielę rano wyjazd do Batchelor. Pierwszy skok, jeszcze z „static line”- linka przeciągniętą do samolotu, która otwiera spadochron. Z emocji nie liczyłem – zresztą spadochron się otworzył na „3 thousend” – (po 3 sekundach) – lądowanie było ok. – no i wzięło mnie. Może to dlatego że trochę jest energii przy skoku. Jeszcze się podniecam wyobrażając sobie, że to 17 sekund i mały czarny placek na ziemi. Mam już 6 skoków, szósty najgorszy; się zagapiłem i lądowałem z wiatrem. Rezultat – stłuczony tyłek i nauka, że po 5ciu skokach jeszcze się nie jest spadochroniarzem. Zresztą cel nie jest „spadochroniarz”, ale „skydiver” loty z opóźnionym otwarciem, skoki zbiorowe. Szkoda, że tak późno zacząłem. Za dwa dni rezultat dwie skręcone nogi, nie liczę swojego tyłka. Zabawa trochę kosztowna – 10 $ za skok, ale trudno „You have the cake or you eat it” – jak tutaj mówią. Więc chyba wykreślę z kalendarza Mauritius i Rodriques, i Christmas Is. Clearence z Customs mam do końca lipca. Może do tego czasu trochę poskaczę czekając na paszport….

Przyszły weekend znów w Batchelor; może zrobię pierwsze „Freefall” (bez sznurka). Porównując z innymi – jestem wolniejszy, ale mam mniej zahamowań. Może więcej ambicji  aby tego nie pokazać i skoczę na pierwsze „go”…

Ludomir

30.07 kotwicowisko Fannie Bay

… W niedzielę byliśmy z Mikiem w Batchelor. Wynajął samochód (15$ dzień). Miałem trzy skoki. Wyjście ok., lądowanie na drzewie. Parasol (spadochron) na drzewie ja ca 3 m nad ziemią. Brakło kilka metrów do sukcesu. Wylazłem z uprzęży i zlazłem z drzewa, ale później trzeba było drzewo ściąć siekierą i zdjąć spadochron, ale lądowanie było miękkie i spadochron się nie podarł. Mike Brown (instruktor) nawet nie rzekł złego słowa, choć mogłem przedryfować bokiem i siąść na pasie  startowym, ale wyglądało że można będzie przelecieć nad drzewami i siąść na celu, i następny miałem Free Fall – był ok. Następny z 5 sek. opóźnieniem nie bardzo mi wyszedł i Mike spisał mi, ale do 3 sek. FF. Ze static line definitywnie skończyłem. ….

Ludomir

________________________________________

List do Ireny Karpowicz

„Obiegowy” – prześlij do Wojtka                                                                             04.08.1981

Siedzę u Stefana. Kuruję nogi … W niedzielę w głupi sposób przy lądowaniu pękła mi pięta. Koniec na razie ze skakaniem. Wieczorem przyleciałem samolotem do Darwin i Kathy podrzuciła mnie do Stefana. W poniedziałek Stefan zawiózł mnie do szpitala. Prześwietlenie, pęknięta kość w pięcie (prawej). Przy okazji prześwietlili kręgosłup czy też nie chrupnął. Dostałem parę kuli do użytku. Pojutrze jeszcze raz do lekarza. Obiecał, że za tydzień będzie OK. Dziś odebrał Stefan mój paszport z poczty – do końca 82. ważny. Woda już nabrana. Zakupy i gdzieś za kilka dni – niedziela, wtorek – na Cocos Keeling. Dobrze mi było w Darwin. Może do Cocos Ilands wezmę Morissa z klubu; będę miał pielęgniarkę fachową; jeszcze nie wiem. Czekam jeszcze na listy od Ali i Wojtka. Stefan z Jimem gdzieś się wynieśli na piwko; z radia idzie portugalska muzyka. Siedzę z zabandażowaną noga na drugim krześle, usiłuję sklecić list. Coś jest w tropiku: żal mi i smutno. Brak będzie podniecenia przed skokiem, widoku buszu, zasnutego dymem i pyłem horyzontu i w ogóle Australii….

Ludomir

____________________________________________________________

Ludek spadochroniarz Scan1054

Ludek parachutist 1

Ludek spadochroniarz Log Book 22 majaScan1057

Ludek parachutist 3

Ludek parachutist 2

Szwecja 1972_ z Irena Karpowicz Ludomir Mączka z Irena Karpowicz, Szwecja, 1972r.

______________________________________

Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach z innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Superkolos 2001,Conrady -2003.

Wojciech Jacobson: o żaglowcu w rejsie do Wietnamu

Dostałem wiadomość od Piotra Leszczyńskiego, kapitana Le Quy Dong, że dotarli do Wietnamu (Nha Trang). Płynęli via Atlantyk, Kanał Panamski, Isla Cocos, Atol Farakawa, Tahiti, Majuro i Atol Bikini. Przez Filipiny szli Cieśniną San Bernandino. Ze względów formalnych płynęli pod polską banderą.
Załoga była mieszana – częściowo polska (żeglarze PZŻ) i częściowo wietnamska.
Łączę fotografię – foto red. Bohdan Sienkiewicz i mapki z 19.01 (z www.vesselfinder.com)
Pozdrawiam,
wj

____________________________________

F O T O

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

03_MAPA_Lê_Quý_Đôn_Pacific_route_sm

Le Quy Don 19.01.2016_bis Le Quy Don 19.01.2016

Ludomir Mączka: Listy z Francji

Na początku r.1988 Ludomir Mączka przebywał we Francji. Było to związane z zimową przerwą wyprawy Janusza Kurbiela przez Przejście Północno-Zachodnie gdy jacht Vagabond’eux (Vagabond 2) pozostawał w Arktyce. Janusz Kurbiel znalazł dla Ludka zajęcie we Francji na nowym jachcie Vagabond 3 przygotowywanym do rejsu do Grenlandii i Północnej Kanady. Ludek przebywał na pokładzie jachtu w porcie Le Havre i stamtąd pochodzą jego zapiski i list.                                       (wj)

_______________________________________________________________________________________________________

                                                                                                                      Piątek, ok. 20.01.1988, Le Havre
Sztorm – wiatr w szkwałach ponad 55 kn. To przy wysokiej wodzie było takie małe piekiełko w porcie. Morze przelewało się przez molo wewnętrzne. Duża stroma fala. W końcu zaczęło się rwać. Najpierw pękła cuma dziobowa jakiegoś małego jachtu i stanął bokiem na szpringu i cumie rufowej. Poszedłem szukać kogoś z kapitanatu ale bez skutku – byli już na wodzie. Potem zaczął się urywać nasz ponton. Już poprzednio nawiązałem kupę cum ale część nawietrzna była obciążona Vag3 i dużą motorówką, więc puściła. Wyglądało bardzo brzydko, ale zjawił się Jean Michele z motorówką i odbijaczem; w sam czas. Założyliśmy cumy na motorówkę i teraz trzyma nas i motorówkę. Jak odjechali zaczęła się urywać druga nasza sąsiednia motorówka Afoirso Maritime, a że jest po naszej nawietrznej więc wyciągnąłem nową cumę z forpiku i jakoś ją umocowałem. Dochodzi 20-ta, księżyc, chmury lecą, ale wiatr już siadł do przyzwoitych 25-30 kn i dalej siada (oby). Barometr idzie w górę, ale już wolniej. Mieliśmy się przestawiać, ale na razie wygląda ok., do jutra. Jutro przyjeżdża J. (Janusz Kurbiel – przyp. red.). Jeszcze do niego zadzwonię to się przestawimy. Wczoraj akurat miałem rozgrzebany silnik; turbina od „turba”. Nie mogłem nijak odkręcić pokrywki aby ja oczyścić. Wczoraj kupiłem klucz fajkowy 8 mm i dziś oczyściłem i złożyłem przed samym najgorszym wiatrem. Przynajmniej czułem się lepiej. Jakaś szansa obcięcia cum i kręcenia się po porcie. Teraz słucham radia. Zrobię herbatę. Chciałbym już stać w porządnym miejscu.

                                                                                                                        24.01.1988 Niedziela
Vag 3, Basen de Citadele (Bassin de la Citadelle)
W piątek wieczorem poszedłem dzwonić do J. aby był na pewno w sobotę rano – przestawić łódkę ale rozmówiłem się tylko z „reponderem”. Okazało się, że J. i J. (Janusz i Joelle Kurbiel – przyp. red.) wyjechali z Paryża i przyjechali ok. 23.00. Wiatr się trochę uspokoił – 20-30 kn, ale niska woda. Przestaliśmy do rana. W sobotę ok. 12 tej przyjechali znajomi: Maurice – ze stoczni co robiła Vag 2 (jacht Vagabond 2 – przyp. red.) z synem i kimś tam jeszcze i stary członek załogi Vag 1, z Francuskiej Telewizji. Dwaj starsi panowie, chłopak ca 20 lat i „telewizor” ok. 40-35 lat. Mówił po angielsku.
Ok. 15 tej wysoka woda i otwarte śluzy. Przeszliśmy do basenu „Citadele” (Bassin de la Citadelle) i zacumowaliśmy przy nabrzeżu betonowym. Woda tutaj chodzi ok. ½ m, no i kamienne nabrzeże, nie urwiemy. Odetchnąłem z ulgą. Po zacumowaniu Maurice zaprosił nas do knajpy na obiad. Były bardzo dobre mule – z czosnkiem i pietruszką, i wino ale dużo nie piłem bo w moim „wieku” już nie idzie; zresztą jakoś mnie nie ciągnęło.
Wieczór zostaliśmy sami na łódce – J.+J.+L. Do J. przyjedzie w sobotę na kilka miesięcy syn Daniel (15-16 lat). J. dał mi dodatkowe zajęcie co dawniej w Polsce to się nazywało ‘Piastun” teraz wychowawca. Tak awansowałem na pedagoga. Chyba za tydzień lub dwa przyśle go na Vag 3.
Dziś ciepło, prawie bez deszczu (do wieczora) byli znajomi Szwedzi – małżeństwo. On ca 35 (?) inżynier od instrumentów geodezyjnych, ona typowa blond Szwedka, ale całkiem OK; oboje mówili po angielsku lepiej jak po francusku, tak że rozmowa była mieszana. Teraz zostałem sam na łódce z listą drobnych robót.

                                                                                                                          26. wtorek, Le Havre
Pogoda z grubsza OK. W Havre omal jak w Polsce. Automaty telefoniczne zepsute lub automaty na karty magnetyczne (tego zdaje się jeszcze nie ma w Polsce ?). Godzinę łaziłem po mieście rano na deszczu aby zadzwonić do J.

                                                                                                                                                   27.01
Rano telefonowałem do szefa. Potem relax kompletny. Deszcz, szaro, chłodno. Leżę na kanapie pod śpiworem. Słucham muzyki. RWE, BBC, itd. Deszcz bębni. To nawet miłe. ½ godziny ładowania baterii. Teraz napisałem list do „Mrówy” (Jerzy Łubisz w Kanadzie – przyp. wj) jest ok. 20. Coś poczytam i znów dzień przeszedł.

                                                                                                                             02.02.88, Le Havre
Ciągle sztorm, deszcz, szaro. 7o – 9o, chwilami lepiej ale na razie jeszcze od przejścia na „basen de Citadele” 11oB nie było. Łódka stoi OK, ale jak muszę wyjść do telefonu do J.; najbliższy dopiero w mieście (tam i z powrotem ca 1 godz.) to ciągle myślę o łódce. Ta pogoda powoli wchodzi mi na nerwy. Niby OK w środku sucho, radio, nie ma roboty (bo deszcz co chwila) ale jakoś niemiło. Nawet pisanie listów nie pomaga. No bo co tu pisać. Wszystko OK plany ciekawe i duże, a mnie jest smutno. Chandra nie chandra? Nie wiem ….

                                                                                             Czwartek, ok. połowy lutego, Le Havre
Basen de Citadele (Bassin de la Citadelle)
W ub. weekend było sporo gości. Francis + Kathrine + mały (8 l.) Frank, ich syn, Jean Pierre (wydawca), Nicole ta co robiła wystawę Vag 2 (Retour de J.K. du Pole Nord) na Nomadicu w 1984 w Paryżu, J + J. + Daniel – syn J. (15 l.), 1.8m – w okularach (+2) wygląda OK.
Wyszliśmy w sobotę rano. Do Honfleur jest ca 95Mm. Wiatr był dość dobry. Takie 20 kn. Rzadkość teraz. W Honfleur byliśmy tuż po 12tej. Śluzę otwierają tam na krótko. Coś 1h przed do 1 h po HW. Z biedą ustawiliśmy się przy kutrze rybackim. Zrobiło się nawet spokojnie i trochę słońca. Byłem całkiem zadowolony siedząc w kokpicie i patrząc na stare kamieniczki – pociągając kawę. J. porobił trochę zdjęć. Przestaliśmy noc. Wróciliśmy wczesnym popołudniem w niedzielę. Wiatr znów wrócił, z W – 30 kn. Wróciliśmy na swoje stare miejsce, które nam nie zajęli. No i „rozduło” się z powrotem. Takie regularne szkwaliste 30-50 kn z deszczem. J. zostawił na poniedziałek Daniela aby mi pomagał zdjąć achtersztagi. Pogoda nie pogoda bo to idzie do skrócenia do „Nirwany”. W poniedziałek ok. 10tej przestało lać, ale duło nadal 8-9o. Robota prosta, ale przykra ze względu na wiatr (i grypę którą podłapałem), zajęło to ze 4 godziny. We wtorek przyjechał J. i jacyś znajomi. Żaglomistrz z St. Malo. Poszli załatwiać interesy. Zostaliśmy z Danielem. Po południu wszyscy się zjechali. J. zabrał Daniela. Zostałem sam z Vag 3 i kolejnym sztormem. O 18tej w szkwałach z deszczem z W było ponad 62 kn. Łódka kładzie się na samym maszcie. Wyjąłem dwie sztyce aby się nie połamały. Dobrze, że wiatr dociskał. Do rana przeszło. Następny dzień znów pod wieczór ponad 50 kn z gradem i błyskawicami. Uspokoiło się ok. północy (zeszło poniżej 35 kn). Dziś przerwa, barometr nisko, deszcz. Dzwoniłem do szefa. Też ma grypę, leży i chyba na weekend nie będzie. Od Joelle dostałem kilka kryminałów francuskich. No i czytam. Dużo nie rozumiem ale idzie czytać. Barometr znów idzie w dół, pewnie w nocy będzie duło. Achtersztagu (antena) nie ma więc jestem bez radia. Może za to napiszę kilka zaległych listów.

                                                                                                                 Niedziela – połowa lutego
Dziś pierwszy piękny dzień od już nie wiem jak dawna. Błękitne niebo, prawie bez wiatru, w słońcu ciepło. W samej koszuli grzebię się przy łódce.
Wczoraj skończyłem pierwszy francuski kryminał. Dziś zacząłem drugi. Jeszcze daleko do doskonałości, ale idzie czytać. Siedzę sam na łódce. Czeka kupa zaległych listów. Radia nie ma bo anteny zdjęte, tylko lokalna stacja „radio Albatros” nadaje ładną, lub nie, muzykę przeplataną jakąś treścią religijną ale to mi nie przeszkadza, bo i tak nie rozumiem.
                                                                                                                                               Środa ?
Wyż, pogodnie, w południe ciepło. Mam przedłużoną visę do 07.05. Przedłużona w Jersey. Byłem tam 3 tyg. albo więcej na Vag 3 i złożyłem formularze. Przyszła pocztą. Czytam trzeci kryminał francuski. Czy nauczę się tym systemem francuskiego to nie wiem, ale kryminały idą coraz lepiej. Zamiast pisać listy zaległe (ok. 10 szt.) czytam kryminały.

                                                                                                                Czwartek 18.02., Le Havre
28.02 Niedziela
Dziś pisałem listy. Sporo się tego zebrało. Irena Karpowicz już na emeryturze, w Hiszpanii. Wczoraj J. przywiózł agregat – 3 kW, 60 kg, diesel 220 AC. Robiliśmy przymiarkę. Wygląda na to, że nie popłynę na Vag 3 tylko wrócę do Kanady robić Vag 2. A roboty sporo. Pogoda średnia.

                                                                                                                     Sobota 15.03, Le Havre
Powoli robi się wiosna. Temperatury takie sobie 5-6 oC, ale mniej duje.
Na łódce spokojnie, ale to niedługo bo za kilka dni chyba będzie instalowanie kupy gratów. Czekam już na Leszka, który mnie tutaj jako „cieć” i załoga zastąpi. Bo już prawie pewne, że ja polecę do Kanady z gratami na Vag 2. Trochę straciłem tym samym zainteresowanie w schematach elektrycznych Vag 3. A w ogóle to jakoś tak poza francuskimi kryminałami to wiele nie robię. Już zainwestowałem chyba ponad 10 Fr w tę naukę. Z ciekawostek tutaj na targu widziałem calamary po 80 Fr/ kg – prawie jak w Polsce jak tam byłem. Poziom się wyrównuje (1 Fr = 1 zł).
Sandy (Sandy Davidson z Victorii B.C. – żeglarz poznany w Arktyce – przyp, wj) kupił w Victorii 37’ gaff cutter, drewniany i pisał, że narcyze1 czekają na mnie. Trzeba wysłać kilka kartek Wielkanocnych bo to już chyba niedługo Wielkanoc.

Ewa !                                                                                                           15.03.88 Le Havre, Vag 3
Kilka dni temu dostałem list od Wojtka z Pogorii. Wydaje się, że pobyt na Pogorii lepiej mu służy niż w służbie NW Passage. Wydaje się z listu, że się odprężył, uspokoił i chyba trochę utył, bo pisze, że koryto dobre. Zresztą trudno się dziwić w naszym towarzystwie trudno odpocząć, niezależnie od roboty. Ja, – stary, trochę zramolały histeryk. Nawet teraz dręczy mnie chandra. J. trochę despota, czasem trochę szorstki, ale teraz trochę jakby też się odprężył. To chyba dlatego, że mu znów otworzyli konto. Tak, że od lutego dostaję na życie 1000 Fr/miesięcznie. Joelle podlizuję się jak umiem i na razie z nią nie mam kłopotów. Kupuję jej raz na tydzień kwiatki (ca 10-15 Fr). Ona zabiera moje brudy do prania (przyjeżdżają raz na tydzień). Nawet mi zacerowała skarpetki !!. Poza tym siedzę głównie na jachcie; pada deszcz, słońce rzadko. Drobne roboty. Ostatnio zacząłem czytać francuskie kryminały (ca 1 FR/sz., na placyku). Na Vag 3 prawie na pewno nie popłynę, bo trzeba zabrać kupę gratów na Vag 2 do Kanady. To może i lepiej bo i tak jak przejdziemy to i tak zobaczę Grenlandię no i zaoszczędzę nerwów. Trzy miesiące z J. jest OK ale więcej to trudno. Zresztą to chyba nie tylko jego wina. W związku z tym straciłem zainteresowanie tajnikami instalacji Vag 3. To zostanie dla Leszka2 – Janusza kolegi-żeglarza, który ma się zjawić ok. 20-25 marca.
Na razie program na Vag 3 jeszcze nie jest ustalony. J. działa w Paryżu. W trakcie małych pływań poznałem kilku zupełnie ciekawych ludzi, ale francuski idzie mi słabo a zacząłem zapominać hiszpański. Cóż starość nie radość.
Jakieś dwa tygodnie temu dostałem list od Ireny Karpowicz (Balcerkiewicz) z chyba września ub. r. Szedł via Victoria B.C. Przeszła w stan spoczynku i przeniosła się do Hiszpanii. Adres dałem w liście Wojtkowi, ale nic mu z tego bo bez telefonu i w okolicy Alicante. Ale melina jakaś jest. Zb. Kosiorowski przysłał mi list i Skarby kpt Flinta. Podziękuj ode mnie. Czyta się to nawet nieźle, choć Ocean Pierwszy bardziej mi się podobał. No ale „recenzję” to mu przy okazji napiszę.
A tak ogólnie to korespondencja na ogół smutna. Wiktor O.3 (Wiktor Ostrowski – pisarz, podróżnik, alpinista – Argentyna. – przyp. wj) ponoć poważnie chory. Nic nie pisze od dawna. Los machos no lloran – (samce nie płaczą) Irena Bg (Bogdańska) też ma problemy trudne i smutne. Może to lepiej nie mieć rodziny wtedy nawet chandra jest jakby prostsza. Z lokalnych wieści – przyjechał syn Janusza – Daniel 15 l. Wygląda całkiem OK jak na młodego człowieka. Ma być chyba ½ roku. Zobaczymy co J. z niego zrobi. No to tylko na razie – Wesołych Świąt. Pozdrowienia dla znajomych i Przyjaciół – Jureczka – Pań Kurowskich E. i T. (Elżbiety i Teresy). – Do Ty…. i D. Kopacewicz może napiszę.
Kontakty b.z.                                                                                                                      Ludomir
Przysyłam przy okazji notatki które robię coraz rzadziej bo nie ma o czym.
Ludomir

_______________________________________

1 „narcyze czekają” – aluzja do pracy dorywczej jaką miał Ludek w czasie pobytu w Victorii, B.C. – ścinanie i zbieranie narcyzów/żonkili (ang.Daffodils) na polach kwiatowych.                                                                                                                (wj)

2 Leszek Pukowski z Krakowa, pływał cały sezon na Vag 3 z Kurbielem do Grenlandii i Kanady. Towarzyszył nam na
   Vag 2 przez jeden dzień w Prince Regent inlet i Lancaster Sound w drodze do Arctic Bay.                                                         (wj)

3 Wiktor Ostrowski (1905 – 1992)
Studiował na wydziale budowy dróg i mostów Politechniki Warszawskiej.
W latach 1930–1935 dokonał szeregu pierwszych wejść wspinaczkowych w Tatrach, m.in. południowym filarem Smoczego Szczytu (w 1930 r., wespół z Bolesławem Chwaścińskim) i dolną połową środka północnej ściany Małego Kieżmarskiego Szczytu (w 1932 r., z Chwaścińskim i Wiesławem Stanisławskim), a także pierwszego wejścia zimowego na Smoczy Szczyt (w 1935 r., wespół z Justynem Wojsznisem).
Uczestniczył w polskich wyprawach w Alpy (1932 i 1937) i Andy (1933–1934) oraz w Kaukaz (1935).
Debiutował jako reportażysta w 1934 r. Był uczestnikiem kampanii wrześniowej 1939 r., następnie był internowany na Litwie, a potem przez obozy jenieckie w ZSRR dostał się do armii Andersa. Przeszedł kampanię włoską, walczył m.in. pod Monte Cassino. Po wojnie przebywał w Afryce, w 1947 r. osiadł w Buenos Aires.
Po powrocie do Polski (w 1975 r.) był autorem licznych odczytów radiowych i publicznych, poświęconych swoim wyprawom.
Członek honorowy Klubu Wysokogórskiego, Polskiego Związku Alpinizmu w Warszawie i licznych organizacji górskich za granicą.
Więcej na:       https://pl.wikipedia.org/wiki/Wiktor_Ostrowski

________________________________________________________________________________________________________
Jacht Vagabond 3 pod nazwą sponsora wyprawy Tupperware wyruszył ostatecznie 21 maja 1988 r. z portu Honfleur z Ludomirem Mączką na pokładzie. W połowie lipca Ludek opuścił jacht w Grenlandii i poleciał do osady eskimoskiej Gjoa Haven, gdzie na lądzie stał Vagabond 2. Tam spotkał się z Wojtkiem Jacobsonem.
Przed wyruszeniem z Honfleur odbył się tam chrzest jachtu z udziałem ważnych osób, z biskupem i merem miasta na czele. Uroczystość zakończyła się dość nieszczęśliwym wydarzeniem – przygodą, o którym opowiedział sam Ludomir. Po zakończeniu ceremonii miał się odbyć krótki rejs z zaproszonymi gośćmi. Mimo wielu prób silnik jachtu nie chciał jednak zapalić. Okazało się, że Ludek pomylił wlewy na pokładzie i napełnił wodą zbiornik z paliwem ! Tylko obecność duchownego i VIP’ów wstrzymała Janusza Kurbiela od obrzucenia Ludka ciężkim mięsem…                                                                                                          (wj)

________________________________________________________________________________________________________

Narcyze/żonkile – daffodils; Ludek zbierał je na kanadyjskiej plantacji. Miał dar obserwacji, tworzenia skojarzeń, przywoływania wspomnień; łatwość odtwarzania z pamięci zdarzeń, faktów. W odludnych przestrzeniach dalekiej Mongolii, z dala od dobrodziejstw cywilizacyjnych, na biwaku przy wieczornym ognisku, z siodłem pod głową i karabinem obok przywoływał z pamięci opisy koni jakuckich z Sieroszewskiego albo recytował fragmenty czytanych ongiś a przesuwających się pod wpływem chwili wierszy, jak np. z Wadswortha Longfellowa:
                                            ……..
                                            The day returns, but nevermore
                                            Return the traveller to the shore,
                                                                     And the tide rises, the tide falls.

Zapewne podobnie i we Francji, pola narcyzów kanadyjskich mogły przywołać mu z pamięci znane w kulturze zachodnioeuropejskiej strofy jednego z „Poetów Jezior”, Williama Wordswortha:
                                           ……..
                                           And then my heart with pleasure fills,
                                           And dances with the Daffodils.

Ale radosny nastrój jaki udzielił się poecie podczas samotnych wędrówek po wzgórzach Anglii, mile zaskoczonego widokiem poruszających się na wietrze żonkili (golden daffodils), niestety nie był dany Ludkowi; zapewne ani na plantacjach kanadyjskich ani podczas czytania listu od Sandy’ego Davidsona z Victorii B.C. Jak wspomina jego Przyjaciel, …Ludek narzekał, że była to jedna z najgorszych prac: cały dzień zajęty, z pochylonym grzbietem, chodząc w gumiakach po polu żonkili…

                                                                                                                                                                                                       (zs)

______________________________________________________________________________________________________

F O T O

Kamieniczki w Honfleur Kamieniczki w Honfleur.

Kamieniczki w Honfleur Kamieniczki w Honfleur.

Vagabond'eur w Honfleur 1988 Na jachcie Vagabond’eur w Honfleur. Fot. z arch. J. Kurbiela.

Chrzest Vagabond 3_Honfleur. Od lewej ksiądz_Daniel_Leszek Pukowski_Ludek_Janusz_Joelle_1988 Chrzest jachtu Vagabond 3, Honfleur. Od lewej: ksiądz, Daniel, Leszek Pukowski, Ludek, Janusz, Joelle; 1988. Fot. z arch. J. Kurbiela.

Vagabond 2 i 3  spotkanie w NW Passage foto J. Kurbiel Vagabond 2 i 3 spotkanie w NW Passage. Fot. J. Kurbiel.

Vagabondeur_Tupperware 1988r foto J. Kurbiel. Vagabondeur (Tupperware), 1988. Fot. J. Kurbiel.

List z Nowej Zelandii

Od Wojciecha Jacobsona nadszedł mail informujący o kontakcie z zamieszkałym w dalekiej Nowej Zelandii Tomaszem Głowackim; fragmenty korespondencji zamieszczamy poniżej. (zs)

_____________________________________________________________________________________________________

Przesyłam fwd list od Tomka Głowackiego… Odpisałem do Tomka od razu, obiecując rozpowszechnianie informacji…
Wśród przytoczonych przez Tomka recenzji znalazłem nazwisko byłego studenta – ucznia kanadyjskiego z „Concordii”- Mike’a Michele’a Discepolę.
Teraz to blisko 40 latek (przedział 35-38), pracujący w poważnej firmie w Singapurze… Czasem miło się do mnie  odzywa.
Pozdrawiam,
wj

***********

Drogi Wojtku

7gdMBr95 Moja pierwsza książka
„successful, win-win strategies for a super yacht project”
Chcę się podzielić wiadomością, że pod koniec Marca wydałem książkę pod tytułem: “Successful, win-win strategies for a superyacht project – what makes or breaks the creation of a superyacht”. Ta książka otrzymała bardzo entuzjastyczne recenzje od znanych postaci z przemysłu jachtowego oraz ze świata żeglarskiego, akademickiego i prawniczego. Ta książka to kolekcja moich spostrzeżeń i doświadczeń na przestrzeni ponad 40 lat. Zatem przez chwilę chciałbym celebrować ten fakt ze wszystkimi, którzy albo pośrednio albo bezpośrednio byli częścią tych doświadczeń i Ty się też do nich zaliczasz.
Oto skróty kilku komentarzy:

“…Ta niesamowita książka powinna stać się obowiązkową lekturą dla wszystkich klientów, projektantów, kierowników projektów i budowniczych yachtów.” Alan Warwick – Yacht designer, Auckland

“…Wymagane czytanie, przed rozpoczęciem projektu, a następnie ponowne w trakcie i po projekcie! Dobre dzieło oparte na doświadczeniach i wiedzy życiowej…” –Nick Gladwell – Former Director, Cayman Island Shipping Register

“…Przed wydaniem jakichkolwiek funduszy na jakikolwiek projekt super jachtu, ta książka i konsultacja z Tomkiem jest koniecznością.” – Michele Discepola, Lawyer, Singapore

“…Ta książka powinna być obowiązkową lekturą dla kierowników stoczni, maklerów, menedżerów jachtów, a nawet projektantów, bo sukces jest niemal pewny, jeśli w praktyce zostanie zastosowana cała mądrość zawarta w tych kartkach.” – Butch Dalrymple-Smith. Naval architect, France

“…Jeszcze nie widziałem żeby ktoś napisał coś takiego – interesujące i będzie to na pewno tematem rozmów w branży jachtowej..”- Ken Freivokh, designer

Korzystając z tej okazji chcę również poinformować, że doczekałem się wieku emerytalnego ale jednocześnie zacząłem działalność konsultingową w takich tematach jak zarządzanie projektami, ulepszanie biznesu, koordynacja projektowania, zapewnianie jakości, wprowadzanie zmian w biznesie, stale ulepszanie, i strategie, a jako prezydent Polsko – Nowozelandzkiego Stowarzyszenia Biznesowego – POLANZ, zajmuję się również rozwijaniem kontaktów handlowych pomiędzy tymi dwoma krajami. A wiec: “retired, but not-tired” czyli “na emeryturze ale nie zmęczony”…
Książka jest dostępna w wersji papierowej na “Amazon” a w wersji elektronicznej na “Smashwords”
Amazon: http://amzn.to/1IsZ0aK
Smashwords: http://bit.ly/1RmYcJm

Serdecznie pozdrawiam
Tomek

 clip_image001

 

David Walsh: List do Ludomira Mączki

 Scout Camp,
Mount Keira,
N. S. W.   2500.
                                                                                                                                                                               27th  Dec, 1979                                                                                                                                                                                        Dear Ludomir,

I have just received a‘phone call from John Booth telling me that they have received a letter from you in which you send Christmas greetings also that you are temporarily established in Fremantle. The main interest to us was to learn that you had arrived safely in Australia and that all going well you will be back to see us about Easter time. That was really good news and pleased me a great deal for I had certainly been thinking about you and wondering where you were and how you were getting along. Now I have your address I am straight away sending you this brief communication to first wish you the compliments of the season and fair winds and good sailing and happy times for 1980, also to let you know that we are keenly looking forward to meeting you again. I must confess that I am also keenly anticipating the excitement of once again making contract with “Maria”, to feel the deck under my feet and to absorb the atmosphere of security and friendship that grew part of me during my brief association with you and “Maria”, both in a mid Tasman Sea gale or the calm of being ashore at Darwin. Yesterday I watched the start of race to Hobart, well over a hundred beautiful sailing craft, many with massive, brilliantly coloured spinnakers making a most impressive spectacle, but even then I was recollecting my experiences on “Maria”, and honestly, there was not a craft among that mighty fleet that I would exchange for your wonderful little sailing vessel. But enough of this, I could go on and on with my thoughts dominated by an imagination which keeps returning to “Maria”.

We are all quite well and the whole family group assembled for Xmas festivities which was most enjoyable. Marion and I keep very busy with our association with many divers activities. Marion concluded her Bachelor of arts degree most successfully with five distinctions, and is now occupied with research for some sections of University. I don’t know which of my activities I should refer to, which might interest you, and I don’t want to appear egotistical, talking about myself, however I had what I consider a most unique priviledge, being selected to represent one of only three community groups to address the Cabinet of the N. S. W. Government when they met in Wollongong.

Sorry for selden conclusion.
Wishing you all the very best,
                                                                                                                                                                                       Sincerely,
                                                                                                                                                                                             Dave.

____________________________________________

F O T O

David Walsh i Ludek_fot.K.Jasica_1976  Dave Walsh i Ludomir Mączka w rejsie z Wollongong (Australia) do Nowej Zelandii; 1976 r. Toast winem jeżynowym. Fot. K. Jasica

W Wollongong Ludek poznał Davida Walsha, który w latach 1938 – 1939 żeglował z Władysławem Wagnerem na Zjawie III z Australii do Anglii. Tak oto wspominał Ludek spotkanie z Walshem:  „…Przyszedł do mnie starszy pan, przyniósł zdjęcie Zjawy III, i powiedział, że on płynął tym jachtem z Australii do Anglii. Bardzo ciekawy człowiek, emerytowany górnik, działacz skautowy, był nawet szefem ośrodka skautów na  Mt. Keira, koło Wollongong. Miał szerokie zainteresowania. Zaprzyjaźniłem się z nim; dzięki niemu nawiązałem kontakty z Polakami w Wollongong, z tzw światem nauki z miejscowego uniwersytetu, a także z radioamatorami. Odnalazł dla mnie Johna Mattesitcha, z którym miałem łączność radiową na oceanie. Któregoś dnia zaproponowałem mu wspólny rejs Marią do Nowej Zelandii. Zjawił się wkrótce z ciuchami i skrzynką wina jeżynowego…”

Spotkanie na Marii Le Havre 1991- od lewej Dave Walsh, L.Jacob, Francis Dumarsky, Ludek Maczka_fot.Louis B Spotkanie na Marii, Le Havre 1991 r. Od lewej Dave Walsh, Jean Lossec, Francis Dumarsky, Ludek Mączka. Fot. George Bourque

Ludek_David Walsh_Kazik Jasica 1976r. Ludomir Mączka, Dave Walsh, Kazimierz Jasica na Marii, 1976 rok. Fot. z arch. W. Jacobsona

 

Pacyfik ! Pacyfik ! Oddech oceanu, dalekie przestrzenie morskie i mała Maria z trzema żeglarzami. W zapiskach Ludka wśród opisu codziennych zajęć pokładowych, kontaktów na falach radiowych, zmagań załogi z astronawigacją, przewija się wątek wspomnieniowy – nostalgiczne obrazy pamięci, wyobraźni, które z pasatowym wiatrem przyniosły czar minionych lat przeżytych na wodach Jeziora Dąbskiego i Zalewu Szczecińskiego. Dla lepszego poznania tego etapu żeglugi Marii przytaczamy fragmenty owych dni w opowieściach Antoniego Jerzego Pisza z jego książki Marią przez Pacyfik.
Ludkowe zapiski – notatki z rejsu Marii, jak już uprzednio wspominaliśmy, przedstawiamy dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona, który olbrzymim zaangażowaniem i wytrwałością, gromadził i zachował spuściznę po Przyjacielu. W większości prezentowanych zapisków pozostawiono niepoprawiony, pisany na gorąco tekst, bez nadmiernej ingerencji w charakter i styl.                                                                                                                                                (zs)
________________________________________________________________________________________________________

Ludomir Mączka: Zapiski – notatki z rejsu Marii

23.03.75
Jest 02.00 LT. Minęła Niedziela Palmowa. Piękna noc, słaby SW – 1o B, gładkie morze, trochę chmur. Po zrobionej przez Jurka1 kulminacji wyszło, że wyniosło nas ca 100 Mm na N od Galapagos i chyba ze 30 na W od Wenmana. Marzenie o spokojnej wyspie rozwiało się. Trzeba to było przyjąć jako fakt, i „pomyłkę nawigacyjną”. Bo to nie pech – tylko błąd w sztuce. Zawsze w sztuce potrzeba trochę szczęścia, ale też i artyzmu. Ale to już przeboleliśmy. Idziemy teraz na S, bo tak nas ustawił wiatr; szukać pasatu. Okazało się, że ten koncentryk, który mam z Polski, nie nadaje się do anteny. Spróbowałem, za radą Jurka, założyć tą 15m (21 Mc) anteny na Luisowy koncentryk z 14-to Mc i od razu chwyciło.
Wieczorem spotkanie towarzyskie z Luisem2 (OA4RE – przyp. red), Alfredem i Ricardem + Andres z Salwadoru – ale on tylko na QSL. Alfredo z Kolumbii robi kumys, ale z krowiego mleka, Jurek nauczył go robić kwas chlebowy. Potem Jurek pracował na Dxy, a ja poszedłem się zdrzemnąć; była już 23.00. Przed 24-tą Jurek mnie zbudził na łączność z Australią, Kolumbią i znalazł się też Luis. Skończyliśmy około 02.00. Trzeba będzie jutro ładować baterie. Ricardo jutro odwiedzi Madejskiego3 w Buenos Aires; telefonu nie ma. Będę wiedział co u niego. Kazio4 pokleił trochę „stynkę”5 na przetarciach. Jutro złożymy i już na „oceanicznie” popłyniemy dalej. Żal Galapagos. Przybliżona pozycja 93 o W, 1o N.

24.03.75
Kazio polutował antenę na 15m pasmo. Antena jest dobra (SWR 1,2), ale nic nie ułowiliśmy. Tak zeszło do południa. Trochę pomęczyłem z Kaziem szachy i dzień zeszedł.

25.03.75, noc
Księżyc, łagodna fala. Maria lekko kołysze się i idziemy jakieś 4 węzły na SW. Łódka idzie sama. Ciche wyładowania, bokiem lecą cumulusy. Chyba już jesteśmy w pasacie. Do 23.30 rozmawiałem z Luisem (jakiegoś Carlosa z LU i Jose z HC nie liczę; to tylko jakby przechodnie, którym się mówi dzień dobry i koniec). Potem wylazł rozespany Kazio, mówiąc, że to za 4 godziny wachta, a tu tylko OA4RE. Spać nie można, za cztery godziny wachta. To niby drobnostki na lądzie. Tutaj mogą wyrosnąć problemy. Nie nadawać? Po to mam radio. Zresztą, czy ja wiem? Właśnie – to wszystko składa się na rejs. Mój? Nasz? Noc piękna, prawie pełnia (księżyca) i chyba szczęścia. To o czym marzyłem – i drobnostka – a może nie? Jak to ustawić. Siebie głównie, aby było ok., no i dobrze? Samotna żegluga? Też nie. Jestem moralnie i w ogóle zbyt marnym żeglarzem. Zamiast uspokoić, staję się nerwowy. Z byle powodu, np. palnę głową lub nogą o coś twardego, to lecą brzydkie słowa i to od serca, rejs raczej wzmaga napięcie nerwowe. Nie zawsze, ale właściwie jednak cały czas jest się napiętym, nie rozluźnionym – to specyfika żeglarstwa – ale nie relaks. I nie wiem czy to szukałem. Z wyniku osobiście jestem zadowolony. Jakoś trudno zbliżyć się do ideału. Do jakiegoś wzorca. I znów problem, który kiedyś już poruszyłem w dyskusji w Klubie (z kolegami – tymi bliższymi), czy żeglarstwo kształci charakter? W moim wypadku nie. Bardziej rozprężony i w lepszej formie wróciłem z Mongolii. Zresztą to kwestia wieku – 10 lat różnicy.

25.03 środa
Noc – zacząłem wachtę. Parno, pada deszcz. Po południu lało mocno. Jurek i Kazik nazbierali wody do wszystkich kanistrów i uzupełnili beczkę. Pragnienie nie grozi. Wymyliśmy się w deszczowej wodzie. Podładowaliśmy akumulatory. Łódka leci właściwie sama. Tylko trzeba przypilnować. Wiatr do 4oB, zmienny w sile. Po południu przez chwilę było chyba 5-6o z NW przy cichej ulewie. W ogóle pogoda jak u Gładysza (podręcznik meteorologii: Bronisław Gładysz „Meteorologia dla żeglugi morskiej”, Wydawnictwo Morskie – przyp. red.). Taka odmiana jest przyjemna, bo odświeża powietrze. Krótko pogadaliśmy z Luisem i Carlosem (LV1ET)6 i jeszcze jednym z Argentyny. Jacek Forembski7 był u Luisa. Cetus8 słucha mnie o 3.00 GMT na 14 Mc. Czy słyszy? Chyba tak. Więc zawsze pozdrowienia i krótki „komunikat” dla Cetusa po polsku. Te codzienne gadki dobrze robią – takie wprawki. Choć zaczynam hiszpanizować polskie wyrazy i wydaje mi się, że to po hiszpańsku. Np. wczoraj opowiadałem o „passato”, co się tłumaczy na „olisios”, ale moi odbiorcy (moich audycji) to ludzie inteligentni i jakoś się domyślają.

25.03
Całą noc lało, było duszno i gorąco. Około 06.00 przyszedł dość silny szkwał z ulewą. Kazio nas wywołał. Rzuciliśmy żagle, aby nam nie zabrało bączka, którego jeszcze nie złożyliśmy. Najpierw czekaliśmy na Wenmana, potem Kazio przykleił łatki, a ja malowałem patyki formaliną, bo się na bączku pokazały na patykach jakieś dziurki. Wygląda na robaki, oby się nie zapuściły na Marii. Teraz wiatr siadł, jest chmurno, ciepło, wiatr SE 3-4o i całkiem nieźle płyniemy. W nocy Jurek nie mógł spać i całą swoją wachtę przesiedział na pokładzie, na deszczu. Odrobiłem w tym czasie lekcję hiszpańskiego i przypomniałem sobie metodę długościową. To się zapomina i trzeba trochę czasu aby samo szło bez myślenia – tak jak idą „azymuty” Achmatowa („Tablice Astronomiczne. Wysokość i azymut w 3 minuty” opracowane na podstawie tablic prof. W. W. Achmatowa – przyp. red.) – ale tutaj lepiej robić długość rano i kulminację. Do kulminacji nie mam cierpliwości. Wczoraj Kazio robił astro. Wychodzi mu OK., tylko liczenie jeszcze trwa. Przykra sprawa, bo już wypiliśmy pół kanistra wina – tego z Floreany.

28.03.75
Wczoraj Luis połączył mnie z Giniewiczem i Fronczakiem w Limie. Działa prawie jak urząd pocztowy. Przez radio znajomym udziela porad lekarskich. Dziś miałem Luisa z Tahiti i Antarktydę. Powoli płyniemy do przodu. Dziś mamy już 97oW i 2oS. Ale Nuku-Hiva daleko: 140oW i 10oS. Pogoda normalna – przelotne opady. Drobne roboty na jachcie. Z Kaziem szachy. Obserwacje astro – to teraz robimy wszyscy. Próbując różne tablice i metody. Kazik się mocno zapalił do tego i robi to zupełnie dobrze (w każdym razie nie gorzej od nas).

29.03.75
Słaby wiatr (1-2o) z SW (2o), rzadki tutaj, trochę nas spycha z kursu, ale to się odrobi. Idziemy z grubsza na W. Cały dzień Jurek i Kazik zapamiętale łapali słonce i liczyli pozycję. Ja robiłem antenę na 20m, bo ta Luisowa się urwała. Cały dzień mi to zajęło. Wydłużałem, skracałem, aż w końcu mi się zdawało, że zepsułem radio, ale tylko odłączyła się antena. Wreszcie na wyliczonej długości zacząłem próbować zmieniać kąt między ramionami dipola – i okazało się, że o to chodziło. Zresztą, to mi mówił taki Felix z Meksyku, ale mi wyleciało z głowy. Teraz coś mi nie pasuje „Almanach” – poprawka na Ariesa – ale dojdę chyba do tego.


Astronawigacja, sztuka, dziś w dobie GPS niemalże tajemna i zapominana, ale pełna wrażeń i emocji, zajmowała żeglarzy Marii nieustannie, wprowadzając element rozsądnej niepewności. Antoni Jerzy Pisz w swojej książce Marią przez Pacyfik (Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1972, str. 134), tak oto opisuje, w ten sam co w Ludkowych zapiskach okres czasu, zmagania z sekstantem, pomiarami, obliczeniami:

„…Koniec z tą niepewnością, musimy wiedzieć, gdzie jesteśmy. Od rana sekstant przechodzi z rąk do rąk, spocone dłonie kleją się do arkuszy z obliczeniami. Każdy ślęczy nad swoją linią pozycyjną, wyrywa sąsiadom tablice nawigacyjne i rocznik astronomiczny. Ten ostatni jest z ubiegłego wieku i aby odczytać bieżące dane dotyczące Słońca, trzeba przeprowadzić dodatkowe obliczenia. Ludek i Kazik liczą Achmatowem, ja wybrałem Dreisonstoka, który nie wymaga kartowania i jest znacznie szybszy. Oczywiście to moja opinia, Ludek ma inną, a oprócz tego uważa, że Dreisonstok jest niedokładny. Usiłuję go przekonać, że zaokrąglenie długości pozycji zliczonych nie ma wpływu na dokładność linii pozycyjnej, ale Ludeczek przerywa mi, że nie ma przygotowania teoretycznego do dyskusji i że tak gdzieś wyczytał, czym ucina dyskurs.
Dreisonstok czy Achmatow – nieważne. Dość, że wyniki obliczeń są raczej urozmaicone. Linie pozycyjne, aby dać pozycję, winny się przeciąć po przesunięciu o przebytą drogę. Ba, ale jak się mają przeciąć, skoro są prawie równoległe. Jeżeli już się przecinają, to w tak odległych miejscach, że gdybyśmy tam mieli być, musiałbym stracić resztę zaufania do starego poczciwego kompasu. Na nasze usprawiedliwienie muszę dodać, że żeglujemy w pobliżu równika i to w czasie wiosennej równonocy, kiedy wszystkie azymuty słońca są przed południem prawie E, a po południu prawie W.
Dzisiaj słońce kulminowało na wysokości 89 stopni z hakiem. Jak można obliczyć dokładnie szerokość z kulminacji, skoro pomiar wysokości słońca wymaga zamiatania sekstantem prawie połowy widnokręgu, a do tego ucieka spod nóg beczka przymocowana do masztu, na która włazimy, aby mieć lepszą „wysokość obserwatora”? …”


Wielkanoc, 30.03.75
Noc. Wiatr z W (antypasat?). Długopis się skończył. Mieliśmy na Jurka wachcie silny szkwał z W – do 8o. Przedryfowaliśmy go na bezanie. Teraz idziemy na NW. Może z prądem na WNW – oby ! Ciepło, mży deszcz. Wypiliśmy po filiżance pomarańczowego wina (casa Wittmar – Floreana). Kazio też się zbudził. Przy okazji wspomniałem Hipcia10 i Mongolię (opowieści pijackie – wspomnienia młodości ?). Jurek na wachcie najechał na małego kaszalota (z 5-6 m)? Jak chlasnął ogonem, to aż do mnie do forpiku chlusnął trochę wody. Radio oszczędzałem. Luisa nie ma, był Alfredo (HK6CHK) i Andres z Salvadoru. Starzy znajomi. Luisa z Tahiti nie było.
Kiedy będzie pasat? Prawie cisza. Okazało się, że jesteśmy jeszcze na N od równika w pasie cisz i zmiennych wiatrów. Na Isabeli zgubiliśmy jeden dzień. Potem nasza nawigacja (moja) była obarczona tym błędem. Prąd zrobił swoje. Oczywiście trudno było w tym wypadku znaleźć Wenman. Kulminację tutaj ciężko złapać, a jak się okazało, to zamiast na N, to te półtora stopnia odłożyłem na S. Dobrze, że Jurek to jakoś wykombinował, no i Luis też zasugerował przez radio, że ten typ pogody jest na N od równika. Znaczenia wielkiego praktycznie nie ma, ale musiałem Luisowi przez radio dziś (GMT) powiedzieć, że to taka „mancho negra” na mojej nawigacji. Święta się skończyły. Jutro „papa seca”. Jedną puszkę szynki wyrzuciliśmy. Była prawie okrągła. Jurek (chemik) ją jednak „dla nauki” otworzył – smród i czarna ciecz. Opanowało nas lenistwo. Z Kaziem gramy w szachy – ale klasa się nie poprawia. Noc jest piękna i spokojna. Maria sama płynie wolno na S. Świeci księżyc, trochę cumulusów. W smudze księżyca łagodnie i cicho wzdyma się długa oceaniczna fala – oddech oceanu (Mar de fondo). Codziennie „rodzinne” łączności trochę mnie mobilizują do hiszpańskiego. Jurek łapie jakieś ciekawe stacje, a Kazio, jak to każdy bosman, płacze nad akumulatorami. Długopisy się skończyły. Coś tam jeszcze resztki ma Kazio i Jurek, ale to na działalność literacką. Moja już w ołówku.

2.04.75, środa
Prima Aprilis. Jurek zbudził mnie okrzykiem, że jest wąż morski. Dzień był piękny. Ciepły. Słaby wiatr. Pod tentem (od Jurka Borowca) z Kaziem graliśmy w szachy. Potem wprawka w strzelaniu z pistoletu. Flauta zrobiła się całkowita. Nurkując oczyściliśmy dno z „Krokusów”, jak je nazywał Wojtek (Wojciech Jacobson – przyp. red.). Potem na 15m złapaliśmy (Jurek) na FT „Głos Ameryki” – ok. 21,500 Mc – akurat wieści z Afryki – Zambia, Rodezja, Angola itd. Potem na 15m dłuższa rozmowa z Salvadorem, Argentyną, Brazylią, Nikaraguą. Ładowanie akumulatorów. Na 14.100 – Luis, Chile, Argentyna. No i już jest 2.04. Noc, czasem coś dmuchnie, księżyc, cisza.

3.04.75
Chyba wyszliśmy ze strefy cisz i N prądu. Mamy 2o B SE. Gwiazdy, za chwilę będzie księżyc. Po południu wyszedł nas ruski hydrograficzny statek z Władywostoku. Stanął w dryf – podeszliśmy na odległość głosu – 10m lub mniej. Ze względu na rozkołys nie można było stanąć przy burcie. Spytali czy nam czego nie trzeba. Na rzutce podali chleb, świeży, jeszcze ciepły (mamy parę bochenków), 3 kanistry ropy – (podaliśmy na sznurku). Podrzucili polski samouczek ang. („In London, Warsaw and Elsewhere” J. Przybyła, PWN, Warszawa – przyp. red.) – przyda się. Pogadaliśmy. Przekazałem wiadomość do Finy Stiekłowej do Ałma-Ata, tłumaczki na ruski, którą poznałem u Wiktora Ostrowskiego. I do zobaczenia. Na 18 (00.00 GMT) na radio nie zdążyłem. Takie spotkanie towarzyskie na 21.240 Mc. Wieczór rozmawiałem z Luisem. Innych znajomych nie było. Jakiś mecz piłkarski. Luis chwalił moją nową antenę. Jestem z niej dumny, jakbym sam wymyślił. Potem z Jurkiem przy filiżance (szklanek nie mamy) wina, gadka na tematy afrykańskie. No i już wachta. Dzień przeszedł. Tyle, że wyciągnęliśmy ruski sekstant, aby go „rozgryźć”. To zapasowy, który dostałem od Romana (Kality) w Szczecinie. Roman przyszedł jak szykowałem Marię: – „Wiesz, ja też szykowałem się w rejs. Ne wyszło, ale Tobie może się przyda”. To było, nie wiem jak to określić – miłe?, wzruszające? W moim wieku – ale jakieś takie życzliwe – i to sobie najwyżej cenię. Czy to dodatek do rejsu – a może to właśnie jest najważniejsze – życzliwość – Przyjaźń. Nie wiem.
Wieje chyba już pasat SE. Maria idzie sama: 3-4 węzły. Jurek i Kazio śpią. Trzeba sobie ukroić chleb – z czosnkiem. Aby to docenić też trzeba być właśnie tutaj. Żegluga po Polinezji będzie ciekawsza, ale nie taka beztroska jak tutaj. Trzeba będzie znów się zmobilizować do napiętej czujności – prądy, pogoda itd. A tutaj – łódka płynie, książka, szachy. Nawet wróciłem do Geologia Nafty po rusku.


Ten sam fragment żeglugi pasatowej oczami A. J. Pisza w książce Marią przez Pacyfik, str. 141:

„… złapaliśmy prawdziwy pasat południowo-wschodni. Niebo w cumulusach, ale tych ładnych, bez ciemnego podcienia, równy wiatr 4-5 stopni Beauforta, prędkość 6 węzłów. Mile lecą, wszyscy jacyś raźniejsi, nawet sterowanie sprawia przyjemność. A jeszcze prąd pomaga, dziś „utarg” będzie niezły.
I nie wiadomo skąd przyszły wspomnienia. Kilkanaście lat temu, ba, przecież to przeszło dwadzieścia, nie przypuszczałem, że zamienię Jezioro Dąbskie na Pacyfik. W owych czasach wyprawa do Inoujścia, Lubczyny czy na Świętą była równie ekscytująca jak rejsy pierwszych żeglarzy w nieznane. Przecieraliśmy szlaki (tak nam się przynajmniej wydawało) na łódkach własnoręcznie skonstruowanych ze szczątków poniemieckich jachtów. Gięliśmy wręgi w parniku zrobionym ze starej rynny, szyliśmy żagle, w czym niektórzy doszli do perfekcji, że wspomnę tylko o Jurkach: Borowcu i Szałajce, czy Zbyszku Gerlachu.
Pamiętam zapach tych bawełnianych żagli, przewianych wiatrem i wygrzanych w słońcu, żagli, pod którymi spaliśmy na twardych deskach koi. Nie zastąpią ich najlepsze śpiwory ani miękkie materace i wyściełane koje.
Dawne to czasy, lecz do dziś przetrwały nazwy różnych zakątków Dąbskiego, takich jak Meduzostan, Ziemia Umbriagi, Marysin, Przylądek Białego Słonia – któż jednak pamięta, że ochrzcili je żeglarze AZS? Wielu z nich już nie żegluje, lecz wystarczy przypomnieć im Kaczorka, Tuńczyka, Przygodę czy Wicherka, a krew szybciej zatętni w żyłach. A Witeź II i Swantewit? Pod okiem niezmordowanego „prezesa” – Jurka Borowca wstawialiśmy wręgi i deski poszycia tym rozsypującym się wrakom, nie mając pojęcia o szkutnictwie, Witezia już nie ma, podobnie jak wielu innych jachtów, ale pozostały wspomnienia, pełne zabawnych historyjek, ciekawych postaci, a przede wszystkim owej radości życia, którą mogliśmy znaleźć w żeglarstwie. …”


5.04.75
Ciepło, przelotne opady. Złapaliśmy kanister wody. Żyjemy teraz chlebem (ruskim) ze słoniną, czosnkiem i aji11 i herbatą. Odmiana po kaszkach …

6.04.75
Wreszcie znów na półkuli S. Pogoda zmienna. Trochę słońca, trochę chmur. Dzień zeszedł normalnie. Kazio przykręcał poduszki pod kotwicę, po południu poszedłem z książkami na luk. Zobaczyłem rozprucie na genui. Rzuciłem brzydkie słowo, potem genua i czas do zmroku zeszedł. Wiatr słaby SE-ESE, kiwa nas. O 00.00 na początku wachty rzuciłem grota i założyłem spinakerbom do genui. Wiatr słaby, może pójdzie samo – ale nie bardzo to działa. Radziecki chleb się kończy. I znów zupa mleczna, ale to od poniedziałku. Radio, – tylko pogadałem z Luisem, Ricardem (Buenos Aires) i Rolfem z St. Marii. Potem nic nie chciało mi się słuchać. W forpiku jutro trzeba będzie robić porządek.
                                                                                                                             Ludomir Mączka

_________________________________

1Jurek – Antoni Jerzy Pisz, członek załogi jachtu Maria na trasie Peru – Australia, 09.1974 – 06.1976.
2Luis – Calderon, radioamator z Limy, lekarz i człowiek światowy. Luis uruchomił i ustawił amatorską radiostację Ludka. Radiostacja była kupiona taxfree jeszcze w strefie kanału Panamskiego (maj 1974) i nigdy nie używana. O Luisie pisał A. J. Pisz w książce Marią przez Pacyfik, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982, str. 54-57.                                                                           (wj)
3 Madejski – znajomy Ludka jeszcze z okresu pobytu w Buenos Aires i oczekiwania na Śmiałego (1965/66).
4 Kaziu – Kazimierz Jasica, członek załogi jachtu Maria na trasie Peru – Australia – Nowa Zelandia – Australia, 09.1974 – 05.1977.
5 „stynka” – łódź składana wiosłowa produkcji Wytwórni Wyrobów Precyzyjnych ”Niewiadów” w Niewiadowie; produkcja, m.in. kajaki składany „Neptun”, łodzie żaglowe „Mewa”, przyczepy campingowe, młynki do kawy, elektryczne roboty kuchenne, przyczepy bagażowe, podłodziowe.
6 Carlos (LV1ET) – radioamator z Buenos Aires.
7 Jacek Forembski – żeglarz z Gdańska, kpt j.ż.w. od 50 lat; był w tym czasie w Peru służbowo.
8 Cetus – polski statek rybacki (baza) na łowisku peruwiańskim.
9Giniewicz – przedstawiciel PLO w Callao; bardzo pozytywna postać, życzliwa osoba, pomagał jak mógł załodze Marii. Ludkowi pożyczał buty na przyjęcie w konsulacie i ambasadzie. Ludek wybierał się tam w białych tenisówkach.                                     (wj)
10Hipcio – „Hipcio” to Janusz Kuchciński, geolog (dr), kolega ze studiów we Wrocławiu. Janusz wyciągnął Ludka na wyprawę naukową do Mongolii. Ta wyprawa była najwspanialszą przygodą Ludka w życiu (w/g jego oceny). Janusz był też szefem Ludka w pracowni terenowej Instytutu Geologicznego w Szczecinie. Tam Ludek pracował wraz z Romanem Racinowskim.
Nie umiem z pamięci powiedzieć jak długo tam Ludek pracował, a w jakim okresie pracował w Geoprojekcie. Chyba od 1964 w Instytucie z przerwą na Śmiałego, a potem do Zambii (grudzień 1968 – maj 1972)
Janusz zmarł w Krakowie niedługo po Ludku, 26 grudnia 2006 r..
Łączę zdjęcia z Mongolii. (wj)

1Hipcio” na koniu (2 z lewej) obok Ludka.
2. 100_2462 „Hipcio” i Ludek.                                     Fot. z arch. J. Kuchcińskiego
Więcej o Instytucie Geologicznym w Szczecinie na     http://www.pgi.gov.pl/pl/oddzial-pomorski/historia-szczecin

11aji – aji pepper (capsicum baccatum) – przyprawa, ostra papryczka chilijska (południowoamerykańska).
_____________________________________________________
F O T O

6. Na Pacyfiku. Fot A.J.Pisz

2. F1000006

4. F1000019

5. F1000011 Załamujące się fale na rafie koralowej; Pacyfik. Fot. A. J. Pisz.

Ludomir Mączka: List z Francji

                                                                                                                   Martigues, niedziela 20.04.86
Słońce – zimno – mistral – od Wielkanocy jestem w Martigues koło Marsylii – na Marlinie¹, który tutaj reperuje silnik. Janusz2 chętnie mnie odpuścił z Paryża, bo nie ma tam teraz co robić. Wracam gdzieś chyba po połowie maja. Chyba, żeby Marlin był wcześniej gotów. Janusz + Joelle ok.10.05 → Montrealu. Ja ok. 14.06 → Londynu i dalej do Kanady do Vagabonda3. Mam nadzieję, że doszły do Ciebie poprzednie listy z kserokopią i drugi z taśmą klejącą. Bibkowi4 szukam uszczelek do expressu – ale można cały express (kupić nowy – przyp. red.), prawie jak u nas. Mam teraz sporo czasu i tracę go bez planu. Trochę pomagam Marlinowi, ale niewiele. Odwiedzałem Krystynę, Martę i Józka5 (w Paryżu – przy. red.)

Martigues, to takie ładne małe miasteczko koło Marsylii – szumnie zwane „Wenecją Prowansji”, ale jest naprawdę ładnie. W kanałach bardzo dużo jachtów i łodzi rybackich. Bardzo dużo bardzo brzydkich jachtów, takie różne „samosiejki”. Mam kontakt listowy z Darkiem Sell6. Może coś z tego będzie jak skończę z Vagabondem. Janusz myśli w tym roku wrócić z Vagabondem do Francji. To w październiku i listopadzie może być całkiem ciekawe. Przed wyjazdem chcę zajrzeć do Marii. Śpiwór bardzo się przydaje, jak również ciuchy od Jureczka i Marka7 (duża buźka).
Pozdrów Andrzeja Szczepańskiego8 , jak go złapiesz. W Martigues będę chyba do połowy maja lub trochę dłużej.

                                                                                                                                                     Martigues, 21.04. poniedziałek
Mistral ustał – jest nawet ciepło – ogoliłem się (po tygodniu); zmieniłem koszulę, skarpetki … – też po tygodniu. Tutaj większa swoboda niż u Joelle. Śmierdzę (pachnę) czosnkiem i tęsknię do Marii. Chyba jak Staszek (Stanisław Szymański – przyp. red) ściągnie silnik i trochę mu pomogę, pojadę do Marii. Jakieś oświadczenie odnośnie UKF-ki dla H. B.9 uklecę w Paryżu i opieczętuję. Jak będzie złe to zmienię. Czekałem na jakieś wytyczne. Pozdrów wszystkich znajomych. Irenie10 podziękuj za słownik francuski.

                                                                                                                                                                                              Ludomir
____________________________________

1 Marlin – szczeciński jacht (PZ – 1256), właściciel Stanisław Szymański.
2 Janusz – Janusz Kurbiel, ur.1946r.; organizator i lider rejsu Przejściem Północno-Zachodnim (Arktyka kanadyjska) w latach   1985-1988 na jachcie Vagabond ‘eux; od wielu lat żegluje wraz z żoną Joelle w rejony arktyczne; w 1991 na   jachcie Vagabond’eur dotarł do 82.02’ N, na płn. od Szpitcbergenu – do 2013 (s/y Barlovento II, 82o10,544′N 60o48,020′E) nie pobity rekord jachtu w żegludze na północ  (nagroda Rejs Roku 1991); współpracuje z placówkami naukowymi i przemysłowymi wielu krajów; publikował w Morzu, Żaglach; autor książek i filmów o żeglarskich wyprawach; mieszka we Francji.                     (wj)

3 Vagabond – jacht Vagabond’eux pozostawiony wówczas w Tuktoyaktuk w Arktyce kanadyjskiej.                                              (wj)
4 „Bibek” – Bogumił Pierożek 1923 – 2004, ur. we Lwowie; po wojnie członek AZM-u Gliwice, później innych klubów
    żeglarskich; członek honorowy Jacht Klubu AZS w Szczecinie (1958); jachtowy kapitan morski; profesor spawalnictwa.         (zs)
5 Krystyna, Marta, Józek – Krystyna Magońska, Marta Garlicka, Józef Kuzian – przyjaciele z Paryża; Józek płynął z nami i na Marii z Brestu do le Havre, w lipcu 1984r.                                                                                                                                                     (wj)
6 Darek Sell – krewny Ludka z Wrocławia.                                                                                                                                          (wj)
7 Jureczek, Marek – Jerzy Janiszewski, Marek Kopczyński (brat Ewy Jacobson); koledzy z Jacht Klubu AZS Szczecin.
8 Andrzej Szczepański – zaprzyjaźniony starszy mechanik ze statku rybackiego m/t Amarel; wycinał piękne pieczątki dla Marii i potem dla  Vagabonde’a 2.                                                                                                                                                              (wj)
9 H. B. – Henryk Bednarek; wypożyczył UKF-kę na Marię, która zginęła; prosił o jakiś protokół zniszczenia, straty.                          (wj)
10 Irena – Irena Bogdańska ze Szczecina (z Politechniki i z JK AZS Szczecin).                                                                                     (wj)

______________________________________________________________________________________________________

Ludomir Mączka ur. 22.05.1926r. we Lwowie, zm. 30.01.2006r. w Szczecinie; żeglarz, geolog; na jachcie Maria w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim; w latach 1984-1988 na jachcie Vagabond 2 wraz z W. Jacobsonem, i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP); laureat wielu nagród (m.in. Rejs Roku – 1984,1988, 2003, Kolosy – 2001: Suprkolos 2001,Conrady – 2003).                                                                             (zs)   ___________________________________________________

FOTO

Księga Gości MARII 21.11.85 Z „Księgi Gości” Marii.

Martigues, Francja_fot.wikipedia Martigues, Francja.

Henryk Jaskuła: e-mail

Dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona i za zgodą nadawcy e-maila, Henryka Jaskuły, publikujemy list kapitana Daru Przemyśla, który to list jest interesującą refleksją – reminiscencją, wywołaną odkrytą fotografią sprzed lat. Zdjęcie dokumentuje moment tuż po starcie żeglarza; pierwsze nawet jeszcze nie mile a dopiero kable, w samotnej wokółziemskiej żegludze bez zawijania do portów. Rejs kpt. Henryka Jaskuły na Darze Przemyśla (344 dni; 12.06.1979 – 20.05.1980 był trzecim takim osiągnięciem na świecie, po Anglikach: Robin Knox-Johnstonie na jachcie Suahili (312 dni; 14.06.1968 – 22.04.1969) i Chay Blyth’u na jachcie British Steel (292 dni; 18.X.1970 – 6.VIII.1971).                                                                                                                                (zs)
                                                                                                                                                                                                          _______________________________________________________________________________________________________

Henryk Jaskuła: e-mail

Temat: Start 12.VI.1979
Data: Thu, 8 Jan 2015 16:37:28 +0100
Nadawca: Henryk Jaskuła
Adresat: Undisclosed-Recipient:;

Zdjęcie poniżej, nigdzie nie publikowane, odkryte dzisiaj, 8. stycznia 2015 roku.
Start Daru Przemyśla do rejsu solo non-stop dookoła świata, 12. czerwca 1979.
Pierwsza minuta rejsu, już za główkami portu jachtowego – zwrot na Hel. Wyjście bez silnika. W tle po prawej widać brzeg na południe od portu. Nikt jachtu nie odprowadza. Nikt nie wie, że przed grotmasztem, przywiązana linkami do pokładu, leży pusta beczka tratwy ratunkowej; nikt nie wie, oprócz mnie, że samoster nie działa (jeszcze), ze radiostacja do końca rejsu nie będzie działać.
Widać przegłębienie na dziób, bo achterpik jest pusty, a nie można go załadować bo po podłodze biegną linki steru wewnętrznego. Gdyby je przykryto korytkami z PCV, achterpik byłby ładowny.
Nad grotmasztem sterczy antena UKF-ki, nikt nie wie, nawet ja, że nie jest podłączona należycie, na skutek czego zasięg łączności na UKF wynosi tylko 300 metrów (gdy ją podłączono po rejsie, jej zasięg wynosił 37 mil) .
Na topie grotmasztu jest reflektor radarowy, drugi niżej, na stenwancie bezanmasztu (zerwał się na Indyjskim).
Na sztormrelingu w pobliżu rufy, tylko jedno koło ratunkowe, zgodnie z przepisami (nikt by mi go nie rzucił, gdybym wypadł za burtę). Już na Bałtyku powędrowało do forpiku, skorupy beczki tratwy ratunkowej (po zdrapaniu numeru atestu tratwy), poszły za burtę dopiero na Atlantyku.
Wąs przy topie grotmasztu to wiatraczek wskaźników siły i kierunku wiatru (przestały działać na Indyjskim).
Przy sterze, ubrany na wyjściowo, kończę zwrot. Zdejmę odbijacze z burty, sklaruję cumy i przebiorę się na roboczo. W bajdewindzie, na wiatr, jacht pójdzie sam, z dociśniętym hamulcem koła sterowego. Przez miesiąc, aż po Atlantyk, będzie bajdewind i halsowanie na przeciwnych wiatrach.
Wyjście z Gdyni, a nie z Las Palmas, to pierwszy sukces rejsu, to duże szczęście od pierwszej chwili. Drugim wielkim szczęściem będzie trawers Hornu 14. stycznia, a trzecie, największe, powrót do Gdyni po 344 dniach.

                                                                                                                                                                                                 Hen

clip_image002 12.VI.1979r. Dar Przemyśla wychodzi w rejs solo non-stop dookoła świata. Pierwsze minuty: za główkami basenu Zaruskiego zwrot na Hel. Genua przelatuje na prawą burtę. Przed grotmasztem przywiązana linkami leży pusta beczka tratwy ratunkowej, na burcie nie zdjęte jeszcze odbijacze. Na stenwancie bezanmasztu drugi reflektor radarowy. Wyjście bez silnika.

______________________________________________________________________________________________________

Henryk Jaskułaur. 22.X.1923. ; wsławił się pierwszym polskim rejsem dookoła świata bez zawijania do portów na
                                 trasie Gdynia – Gdynia (1979-1980), na jachcie Dar Przemyśla.

 

 

 

Łukasz Natanek: e-mail

E-mail od Łukasza i Gosi

Dnia Piątek, 5 Września 2014 18:28 Łukasz Natanek <lukasz.natanek@gmail.com> napisał(a)

lukasz i gosia Witam Kochani!,
W zeszły poniedziałek (25.08) o 16.00 dobiliśmy do kei w Toronto. Wykonałem ostatni manewr w porcie (udany!) i cumy zostały podane. Od tego czasu lataliśmy tu i tam i dopiero teraz mam chwilkę czasu naskrobać parę ostatnich słów. W przyszłym tygodniu mamy samolot do Polski, a jeszcze dużo zostało do zrobienia.
Myślę, ze jeszcze do mnie nie dotarło, ze to już koniec tego etapu (etap, bo mam nadzieję że będą jeszcze inne rejsy), i że się przeprowadzam na ląd. Razem z łódką zrobiliśmy kolo 40,000Mm (74,000km) w 4 lata i 3 miesiące. Te ostatnie 4,5 lat spędziłem prawie całkowicie na jachcie. Oprócz 2 tygodni w szpitalu i 2,5 tygodnia w Polsce w czerwcu to żyłem i spałem na „Nektonie”, czyli 99.98% czasu z tych 4,5 lat.
Wiele ludzi pyta się mnie, jak to teraz będzie na lądzie…nie buja, a horyzont to rzadko kiedy widać. Jako to mówił Szwejk: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Teraz też będzie dobrze i też sobie poradzę. Ostatnie 1,5 roku było trochę napięte czasowo i przelotowo (dużo mil, mało czasu), ale to wszystko jest częścią czegoś większego wiec też do tego podchodzę inaczej. Ważne żeby mieć plan i żeby wszystko prowadziło do kolejnego celu.
Wiec teraz jak zsiadam z jachtu, to myślę, że to tylko na chwilę (może to tylko sztuczka, ale działa!).
Od zeszłego roku Gosia jest ze mną na jachcie i też teraz kończy swoją podróż, więc oczywiście jest to moment sentymentalny. Bardzo dużo przepłynęliśmy tylko we dwójkę, razem z najdłuższym przelotem do tej pory: 57 dni bez zawijania do portu. Spędzamy nasze dni na jachcie pakując się i wywożąc nasze rzeczy, porządki itd. Trochę ciężko coś napisać, jakoś wyrazić co się teraz dzieje, emocje oraz przedstawienie konkretnej konkluzji. Generalnie są to pozytywne uczucia, z lekkim poczuciem nostalgii.
Z tej okazji wstępnie się żegnamy i trzymamy wszystkie adresy zapisane, żeby znów wysyłać relacje. Dziękuję i dziękujemy wszystkim za śledzenie naszej przygody, za wsparcie i zainteresowanie. Chciałbym również bardzo podziękować załodze która pływała i uczestniczyła podczas całego rejsu, ale zwłaszcza za to, że skrobała, naprawiała i sprzątała! To wszystko nie było by możliwe bez wsparcia rodziny i przyjaciół.
Pozdrawiamy,
Łukasz i Gosia

 

Mapka Rejsu  Trasa rejsu             logo 5 final_podglad  Logo rejsu

Łukasz Natanek  Horn_TEN6917 Łukasz Natanek przy Cape Horn. Fot. arch „Nektona”

Nekton jachttt100_0387 „Nekton”. Fot. W. Wejer

Nekton po powrocie 100_0416 Od lewej: Piotr Natanek, Łukasz Natanek, Gosia Czujko. Fot W. Wejer

Ludomir Mączka: Zapiski-notatki z rejsu „Marii”.

 

Publikujemy ciąg dalszy zapisków Ludomira Mączki, z okresu żeglugi „Marią” po archipelagu Wysp Galapagos, w lutym i marcu 1975 roku. W kolejnym już fragmencie, po raz pierwszy publikowanych, osobistych notatek żeglarza, człowieka wolnego; notatek pełnych osobistych, emocjonalnych zwierzeń, duchowych uniesień, intelektualnych odniesień i uwag; bystrego obserwatora przyrody i świata całego, przenosimy się w rejon Wysp Zaczarowanych, jak nazywali je owiani romantyczną legendą, choć nie najlepszej reputacji, penetrujący tę część świata, XVI-XVII wieczni bukanierzy. Archipelag Wysp Galapagos to miejsce, do którego w swojej wędrówce po świecie, w drodze na Morza Południowe, dociera „Maria” i jej załoga. Młodzieńcza ciekawość świata u ludzi z pewnością młodych duchem, choć już nie wiekiem, londonowski zew Przygody i ten niepohamowany zachwyt nad otaczającą Przyrodą: florą i fauną a także krajobrazem z niebywałymi formami geologicznymi wysp i potężnym oceanem – oto koloryt i esencja tych niezwykłych zapisków…

Ludkowe zapiski – notatki z rejsu „Marii”, jak już uprzednio wspominaliśmy, przedstawiamy dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona, który olbrzymim zaangażowaniem i wytrwałością, gromadził i zachował spuściznę po Przyjacielu. W większości prezentowanych zapisków pozostawiono niepoprawiony, pisany na gorąco tekst, bez nadmiernej ingerencji w charakter i styl.
                                                                                                                                                                                                         (zs)
________________________________________________________________________________________________________

Ludomir Mączka: Zapiski – notatki z rejsu „Marii”.

25.02.75
Jesteśmy drugi dzień w Zatoce Pocztowej, na wyspie Santa Maria (Floreana – przyp. red.). Ładnie tutaj. Stoimy na kotwicy. Otwarta zatoka, ale spokojna. Od E i NE chronią płycizny i pojedyncze skały. Fala się tam łamie, a tutaj jest spokojnie: od W zasłania przylądek Daylight. Z wizami słabo – bo ich nie dają. Jak nas tu przydybią, to wyrzucą. Wprawdzie będę twierdził, że potrzebuję wody i dopiero co przyszedłem, ale co to da, to nie wiem. Wczoraj wieczorem rozmawiałem z Leszkiem Piotraszewskim¹ przez OA4RE (sygnał wywoławczy radiostacji Luisa Calderona z Peru – przyp. red.), z Rolfem² przez Guayaquil przez innego Niemca, i tak czas zszedł od 10 do 12 w nocy. Było też słychać Tahiti, ale słabo. Wyspa Santa Maria ma ca 10 Mm dł x 10; prawie okrągła. Sterczą stożki wulkaniczne; wszędzie lawa i popioły. Niskie krzaki i drzewka, teraz nawet zielone – pora deszczowa – listki grube i lśniące – jakby nawoskowane. Na brzegu (ok. 100m) stoją dwie beczki (Postbarrel – przyp. red.) z drzwiczkami, na biało pomalowane, na listy. Jest trochę listów, ale wszystkie nie w naszym kierunku. Zostawimy też swoje.

Środa 26.02, Santa Maria
Straciliśmy rachubę czasu. Wczoraj była długa dyskusja: czy to wtorek czy środa. Kalendarz wprawdzie mamy, ale na postoju dziennika nie prowadzimy. Ja mam radiowy, ale został też poddany w wątpliwość. Pogoda ciepła, fala umiarkowana, pora deszczowa bez ulew, tylko trochę popada, czasem nawet dość gęsty deszczyk. Potem mniej lub więcej słońca. Dzisiaj Jurek³ popłynął bączkiem rozejrzeć się za „tematem”. Kaziu4 skończył tablicę pamiątkową (deskę z napisem „Maria”… itd.; 20×40 cm), którą zostawimy przy beczce – skrzynce pocztowej. W tym czasie przypłynęły ze 4 czy 5 pingwinów. Trochę większe od kaczki. Z góry wyglądają prawie jak delfiny. Polowały koło jachtu na małe rybki, które chodzą ławicami. Potem było kilka raji; takie chyba metrowe. Teraz Kazik z Jurkiem popłynęli fotografować. Ja zostałem na jachcie. Trochę posiedziałem w wodzie, przy burcie, zbierając małe „tulipanki”, które dość szybko tutaj rosną. Są ponoć rekiny. Jurek nawet widział, ale mam nadzieję, że przy burcie mnie za tyłek nie złapie. Na razie, tylko żółwi z bliska nie widzieliśmy, choć są ślady na piasku. Jurek widział morsa i kupę młodych fok. To naprawdę piękny zakątek. Na brzegu przy pocztowej beczce są deszczułki z nazwami jachtów. Niestety „Opty”5 nie widziałem. Ze znajomych to „Nike” Konkolskiego6, „Zew Morza”7 i „Baghena”8 koło której staliśmy w Balboa. Zwraca uwagę duża ilość jachtów szwajcarskich. No, to chyba wyraz jakiejś dążności do morza, no i stopy życiowej. Jest też deska – wizytówka po jakimś jachcie japońskim, tureckim. Większość – Niemcy i różne rodzaje Anglików (GB, South Afrika, New Zealand, Australia). Zwierzęta, rzeczywiście, niezbyt się boją – takie małe, ciekawe skrzyżowanie wróbla z kanarkiem to prawie na głowę siada, no a muchy, to są już zupełnie oswojone – wchodzą do nosa i oczu. Przestawiliśmy się jakieś 100m bliżej brzegu. Winda działa i stoimy na 10 m łańcucha.

27.02 czwartek, Santa Maria
Wczoraj na wszelki wypadek zapytałem (przez radio – przyp. W. J.) Luisa9 o datę. Nawet się zgodziło. To radio, to zaczyna wciągać. Jurek też siedzi i kręci, może coś ciekawego wyjdzie. Po Luisie i Carlosie10 (LV1ET) z Buenos Aires, którzy są stałymi odbiorcami moich audycji, jeszcze Jurek zaczął kręcić i złowiliśmy kilku znajomych z Limy, jakiegoś Meksykanina, ale słabo i na koniec bardzo słabo, ale dość czytelnie dwóch Nowo Zelanderów. Poszliśmy spać ok. 0200 LT. Noc była piękna. Księżyc w pełni, ciepło i komary – nie za dużo, ale dostatecznie. Dziś dzień chmurny, parny; kropi deszczyk. Wstaliśmy ok. 10 tej. Po śniadaniu, z Jurkiem, bączkiem, popłynęliśmy obejrzeć foki. Są tego całe stada, na plażach i skałach. Miłe to zwierzaki, wcale się nie boją. Tylko przykro, że znaczna część choruje. Widać wyraźnie, jak leci im ropa z oczu. Trochę widać padłych i kilka wyraźnie chorych. Nie wygląda to jakoś normalnie. Jak stąd odpłyniemy, to poproszę przez radio Luisa aby zawiadomił kogo trzeba od tego rezerwatu; może jest ktoś, kto się tym opiekuje, niech sprawdzi. Może Ekwador nie tylko zrobił z tego skarbonkę, ale rzeczywiście rezerwat. Teraz jeszcze przez te 2-3 dni, jak tu stoję, to wolę nic nie mówić – gości nie potrzebuję. Zresztą to chyba i słusznie, że zrobili te wszystkie ograniczenia, ale właśnie to. Nie rzucę marzenia całego życia dlatego, że się te 2-3 lata spóźniłem. Trudno – Galapagos to był dla mnie cel wycieczki. Teraz Kazik popłynął na brzeg. Zabrał kuszę. Może upoluje raję. Okazało się, że kupa tego świństwa siedzi na tej plaży, gdzie moczymy tyłki. Jakoś to nas zniechęciło do kąpieli.

28.02.75 piątek, Santa Maria
Dziś niestety będziemy wychodzić na Santa Cruz. Przed południem przypłynął jacht ekwadorski z załogą, która służy w Dyrekcji Parku. Wprawdzie byli bardzo mili, ale rezerwat jest rezerwat. Zresztą mają piękną robotę. Taka straż parkowa. Potem, na chwilę przyszła wycieczkowa motorówka – wywieźli na chwilę, na brzeg 6 osób i za godzinę już ich nie było. Rocznie jest to ponoć ca 7000 turystów. Mieszkańców ca 4000. Głównie na San Cristóbal – połowa Santa Maria (Floreana), Santa Cruz, Isabela – inne, pewno puste. Są czynne wulkany, w części W – głównie Wyspa Fernandina, to taki duży wulkan. Uchwaliliśmy, że Jurek jest chory na żołądek i szukamy doktora na Santa Cruz, bo teraz mamy ponad miesiąc żeglugi i lepiej, aby go zbadał. Coś w tym jest, ale nie cała prawda. Pocztę w beczce zostawiliśmy, tablicę pamiątkową też. Te chłopaki ekwadorskie wyglądają całkiem miło. Zobaczymy, co się da uzyskać na Santa Cruz. Będziemy tam starali się kilka dni leczyć Jurka. Ostatecznie Nuku-Hiva zaczeka. Mieliśmy szczęście spotkać pingwiny, bo one żyją normalnie głównie na Isabela. Tam jest chłodniej. Foki rzeczywiście, w czasie pory ciepłej (teraz) chorują. To jakaś sprawa wirusowa. Rekiny są, ale ponoć, jak mówili ci od Parku, nie było wypadków. W związku z tym, uczciwie sobie popływaliśmy. Woda na powierzchni – 28o C. Można pływać.

1.03.75, Bahia Academy – Santa Cruz
Ok. 17tej (LT) weszliśmy do Santa Cruz. Głównie na silniku, bo była flauta i tylko przelotne szkwały z NE o sile 1º B. Przynajmniej, naładowały się trochę akumulatory. Odwiedzili nas sąsiedzi z jachtu obok i Kapitan Portu. Mamy 3 dni na swoje sprawy, jesteśmy por emergencia. Woda, paliwo, no i żołądek Jurka, ale chyba z lekarza zrezygnujemy. Zresztą, zobaczymy co się da utargować. Jest ciepło, parno, komary. Tutaj, to prawie miasteczko. Sporo domów, dwa hotele, Stacja im. Karola Darwina (Charles Darwin Station – przyp. red.). Zobaczymy, jak to będzie. Pogadałem z Luisem i Carlosem (b. słabo). Wyłączyłem radio; Jurek i Kaziu śpią. Ja chyba zrobię to samo.

02.03 niedziela, Santa Cruz
Kapitan Portu przysłał nam 10 Gallons ropy (4$). Zapłaciliśmy za różne inne sprawy portowe 30 $ i mamy spokojnie prawo pobytu na 72 godz. w Santa Cruz. Jeszcze dolać 5 kanistrów wody. Jutro, ewentualnie Jurka do medyka z żołądkiem (5-6 $ ?), no i dalej w świat. Taniej niż w Paita. Pogoda piękna – gorąco i słońce. Nad wyspą w górze deszcz. Osiedle ma nawet coś w rodzaju ulicy. Hotel Forest Nelson z pawilonami, coś jakby domki wczasowe. Kapitanat Portu, bar, hala z jarzynami – trochę zielonej cebuli, homary, banany. Zauważyliśmy ze dwa Land Rovery – reszta komunikacji konna lub ośla. W porcie kąpie się kupa bachorów – i nie ma tablicy, że wzbrania się: „Kąpiel w porcie i łowienie ryb wzbronione – SUM”.
Nawiązałem bezpośredni kontakt z WB5ERR – Stoi obok, były pilot, ma na jachcie całą radiostację „Heathe’a”. Jest i coś tam jeszcze oraz różne ustrojstwa do dopasowania anten. Odwiedziłem z nim kilku jego znajomych. Jakiś znajomy Teligi. Kaziu wie lepiej, jak się nazywa, z książki. Po domu włóczy się sporo jaszczurek do 1 m długości. Łażą po podwórzu, po dachu, zresztą, jak je wołać do jedzenia to się złażą. Całkiem to miłe zwierzaki. Nawet małe jaszczurki, takie 10 cm, ludzi się nie boją i szczypią w palec. No, a ptaki to z rąk jedzą. Najbardziej są oswojone komary. Kąpać się można, bo rekiny prawie też oswojone. Potem z Leonardem (tym od radia) byliśmy w jakimś warsztacie zapuścić silnik, który nie chciał zaskoczyć. Nalał trochę oliwy i złapał kompresję, no i zaskoczył. W domu, takim kolonialnym przewiewnym i zabałaganionym, pani Davis przyjęła nas kawą. Sympatyczna pani ca 50-60, radioamator ale znaku nie pamiętam. Rozmowa po angielsku – z biedą łapałem o czym mówią. Na pytanie jakim językiem porozumiewałem się w Zambii, powiedziałem, że murzyni przypuszczali, że to angielski. Obok, stoi duży, blaszany szkuner. Pod flagą Ekwadoru wozi turystów – 4 szt. załogi, 8 turystów. Bywa różnie, ale ponoć nawet ciekawi ludzie.

3.03.75, Santa Cruz
W nocy komary dały trochę w kość. Noc była piękna. Do 0100 siedziałem przy radiu – 2 godz. – zajęcia towarzyskie. Wprawki w hiszpańskim – Luis, potem Antarktyda. Jakiś Luis z 8 pułku pancernego na manewrach pod Magdaleną. Potem Buenos Aires. Na chwilę słabo Brazylia. Potem jakiś statek argentyński na Atlantyku. Gorąco, w środku – komary gryzą. Jutro trzeba będzie wychodzić. Chyba jeszcze gdzieś tu zanocuję.
Oglądałem wyspę przez lornetkę. Widać kilka ścieżek, jakieś domki w lesie, ślady upraw ale nie za wiele. Krajobraz jest dla mnie trochę dziwny – wulkaniczny, takie zielone stożki wystające z łagodnie wznoszących się zboczy wyspy. Właściwie, to zazdroszczę tutejszym mieszkańcom – mają swoje zmartwienia, ale chyba nie za wiele, no i klimat, mimo much i komarów. Nie wiem, jak to będzie później w Szczecinie, ale chyba bardzo ciężko – klimat i codzienna robota, i miesiąc urlopu. Zresztą, całe szczęście, że to na razie jeszcze dość odległe.

3.03.75, koniec Galapagos
Jutro wychodzimy. Kapitan Portu trochę podejrzliwy. Coś mu to nie pasuje. Wczoraj byliśmy u Angermeyera11 – tego od „Opty”. Ciągle śladami „Opty”. Tylko czasy gorsze. Bo „Opty” nie miał trudności z wizami. Czy jeszcze gdzieś się przyzwolimy, to zobaczę. Parny upał. Z Angermeyerem przegadaliśmy cały wieczór. Wczoraj był deszcz. Taki uczciwy. Przyjemnie było u Angermeyera. Dużo widział i umie opowiadać. Szkoda, że bardzo dużo mi ucieka, jak mówi po niemiecku. Jurek jest o wiele lepszy. Dziś byliśmy w Stacji Karola Darwina. Spotkaliśmy szypra od jachtu co nas spotkał na Floerana. Ma kupę roboty. Skarży się, że teraz władza (Kapitan Portu) wymaga papierów od szypra na jachcie. Cóż, tutaj też robią „porządki”. Upał – kaktusy, kolczaste krzaki, lawa. W porcie łazi czapla, kapią się dzieci (temat dla Wojtka. Jurek woli jaszczurki). Są też, i pięknie pływają.

05.03 środa
Ok. 0800 odeszliśmy na silniku z Santa Cruz. Jurek, wczoraj w Kapitanacie wywołał film. Rano odebrał. Żegnał nas gęsty, krótki deszcz i piękna tęcza, aż prawie dochodząca do rufy. Szkoda, że trzeba odpływać. W Kapitanacie wczoraj, po otrzymaniu papierów, powiedziałem zastępcy kapitana (bardzo miły chłopak; sam kapitan jest trochę, jak mówią: żłobowaty, chytry i chciwy), że byłem tutaj por emergencia. Przyznał mi rację i pożegnaliśmy się przyjaźnie. Szkoda, że on tutaj nie jest za szefa. Wieczór. Kazia imieniny, był na jachcie Carl Angermeyer. Tym razem gadkę wybrałem po hiszpańsku, dla nauki, zresztą, mocno zapomniałem niemiecki. Długo ciągnęły się opowieści. Komarów nie było tym razem. W środku dmuchnąłem im zresztą spraya i z satysfakcją patrzyłem jak sypał się deszcz komarów na mapę. Potrafią życie obrzydzić. Wachty rozdzieliliśmy znów inaczej – na próbę 0-5 ja, 5-10 Kaziu, 10-15 ja, 15-20 Kazik, 20-24 Jurek plus kuchnia. Zobaczymy jak to zagra. Dwa dni nie miałem łączności radiowej z Luisem.

06.03.75, Isla Plaza
Wczoraj późno po południukotwica (zakotwiczyliśmy – przyp. red.) między wyspami Plaza. Przy W brzegu Santa Cruz. Pogoda w kratkę – trochę deszczu, trochę słońca. Wczoraj zidentyfikowałem Roca Gordon i wysepki. Wprost ok. 20 Mm. Trochę prąd, trochę wiatr. Weszliśmy o 1720. Stała „Orca”12, potem przyszło 2 rybaków i jeszcze jakiś jacht francuski. Pomachaliśmy sobie rękoma i jakoś nie chciało się ruszać. Wrażenie – raczej Norwegia, tylko ciepło. Czarne i szare skały. Wyspy są niskie – jakieś 20 m, może 30. Skąpa roślinność i foki. Dziesiątki we wodzie i na brzegu. Pływają, stękają, szczekają i bawią się. Spuściliśmy bączka, to kilka od razu zaczęło go podrzucać, popychać, podpływać pod spód. Również jacht, a zwłaszcza śruba to obiekt zainteresowań. Kazik wychylił się za burtę i złapał jedną za ogon, ale też się nie wystraszyła. Ciemne chmury, kolorowy zachód słońca. Siedziałem długo na pokładzie. Jurek załatwił pisanie. Potem usiłowałem zrobić lekcję hiszpańskiego. No i radio. Złapałem bez trudu znajomych. Luis (Lima), Luis (Papetee), Carlos (Buenos Aires) i później słabiutko Juan (Concepcion – Chile).

06.03, Isla Plaza
Z Santa Cruz wysłaliśmy kilka kartek – niewiele, bo dość drogo. Kartka ze znaczkiem 11sucrów (23 sucre = 1$ US). Czy dojdą ?, to też pytanie. W nocy prąd trochę nas wyniósł, ale niegroźnie. Rybacy odeszli nocą. Jachty, chyba też. Niemiło zaskoczyła nas obecność turystów. Przypłynęli dużą motorówką – statkiem, ale szybko odpłynęli, nie pytając nas o nic. To trochę zepsuło nastrój. To nie te Galapagos sprzed 30tu lat. Szkoda, ale i tak są piękne. Na dzisiaj umówiłem się z Rolfem przez Luisa na radio. Luis z Papetee mówił, że nie ma dla nas żadnych listów. Ciekawe, bo sądziłem, że tam będzie kupa poczty. Z licencją radiową w Papetee będą zdaje się kłopoty, bo Polska i Francja nie zawarły umowy na ten temat. Luis już zaczął starania. Dziś może będę wiedział dokładnie. Taka ciekawostka. Rozmawiałem długo z radioamatorem argentyńskim (ruchoma stacja), który wziął ją ze sobą na manewry wojskowe i opowiadał, że ma teraz czas, więc może porozmawiać z przyjaciółmi w eterze. U nas jeszcze tego nie ma a ostatecznie ten pobór mocy, np. z czołgu to pestka. Co kraj to obyczaj.

07.03, Las Plazas
Tutaj byłoby jeszcze lepiej, ale za dużo ludzi. W nocy znów napędzał mi trochę strachu jacht. Pokazało się wysoko nocą mocne światło i śmiało wszedł do zatoczki między wyspami. Wiadomo, że tutejszy, ale kto? Poświecił po nas reflektorami i z silnym topowym światłem stanął na kotwicy. Okazało się, że jacht. Tylko kto? – tutaj służba z Rezerwatu też pływa jachtami. Rano okazało się, że to ekwadorski jacht z Santa Cruz. Gdzieś ok. 0600 odpłynął. Chyba nam biedy nie napyta. Aż żal opuszczać te wyspy. Jurek uwija się z aparatem. My łazimy leniwie. Kąpać się trudno. Na zewnątrz widzieliśmy sporo rekinów. Wprawdzie ponoć też oswojone, ale a nuż trafi się jakiś „dziki”. Tutaj też trudno, bo pływa kupa fok. Są przyjaźnie nastawione, ale w wodzie pieszczoty mogą być przykre. Są takie już bezczelne, pakują się do bączka, nawet jak się w nim siedzi. Toby znów nie szkodziło, ale też może ugryźć albo zatopić bączek. Jurek sfotografował, jak się taki bydlak pchał do bączka. Teraz bączek trzymamy na pokładzie. Ale dokument jest. Wczoraj było trochę deszczu, chmurno z przejaśnieniami – gorąco. Dziś niebo czyste – jest 0800 rano. Kazik śpi, Jurek robi filmy. Spałem na pokładzie więc wstałem wcześnie. Skały na brzegu, gdzie żyją foki są ogładzone i zbielałe. Guano? Coś w tym stylu – skała wyraźnie zbielała. Widziałem czubek.

08.03.75, Galapagos
Odeszliśmy o 0630 w kierunku na Floreanę. Zobaczyć się z Rolfem (HC8WW). Wiatr słaby, morze spokojne. Już jest gorąco. Łazimy nago. Kąpiel raczej niewskazana.

09.03, Floreana, Black Beach
Nocą weszliśmy na silniku – wiatru nie było, do Correo Bay. Mimo, że już tutaj byliśmy to jednak wejście nocą – zresztą łatwe, daje dużo emocji. Zwłaszcza szum bliskiego przyboju. Weszliśmy ok. 0200 w nocy. Przestaliśmy do rana. Ok. 0600 odeszliśmy na Black Beach. Podnieśliśmy kotwicę i Kazik został na wachcie. Wiatru nie było. Tuż przed zatoką Kazik mnie zbudził. Ładnie tutaj, cicho, na kotwicy stoi „Tip Top”, jacht Rolfa. Przerobiony z miejscowego kuterka. Od razu z werandą na
rufie – coś takiego    weranda Rolfa
Łódka ładnie utrzymana. Rolf, jak pływa na niej to jest HC9WW; na lądzie HC8WW. Taki domek nad kokpitem jest dobry, ale na Morzu Północnym czy Bałtyku nie do pomyślenia. Jest wieczór. Jesteśmy na jachcie. Ciepło. Spokojna zatoczka. W osadzie (ok. 60 osób) świecą się światła „na ulicy”. Ok. 10tej przypłynął Rolf. Wymieniliśmy się kartami QSL. Potem ok. 16tej popłynęliśmy do niego. Przedtem u Kapitana Portu zostawiliśmy „papiery” z Santa Cruz. Powiedzieliśmy, że idziemy do Rolfa i że w drodze na Markizy chcielibyśmy tutaj być 2-3 dni. U Rolfa było bardzo miło. Dom z werandą, kilka kotów, dwa psy, kury, osły, troje dzieci, żona i dwie teściowe. Rozmowa hiszpańsko-niemiecka. Jurek robi to nieźle. Ja zrezygnowałem po kilku zdaniach. Wczoraj spotkaliśmy Kapitana Portu. Bardzo miły. Przedstawił żonę i syna. Zaprosił na jutro, na łowy, na langusty. Zobaczymy jak to będzie, na pewno ciekawie. Szkoda, że trzeba będzie opuścić te Zaczarowane Wyspy13.

11.03, Floreana
Byłem wczoraj z Kaziem i trzema marinos ekwadorskimi (18 lat sztuka – miłe chłopaki) na łowach na langusty. Jeden z nich złowił 2 szt, my nic, ale zabawa była ładna. Mam odrapane nogi i ręce. Pływa się w strefie przyboju i pod kamieniami szuka langust. Przychodzi fala i wszystko niknie w pianie, a ja walczę aby mnie nie poniosło na kamienie. Czasem się uda, czasem nie. Woda włazi do maski (czasem ją ściągnie). Powoli jakoś trochę się z tym oswoiłem. Woda ciepła. Czarna lawa, zupełnie jakby ktoś wylał smołę. Wróciliśmy na jacht. Jurek grzebał się przy fotografiach. Ma zacięcie do tego. W wieczór poszliśmy do Rolfa. Jurek aby wywołać zdjęcia, my aby pogadać. Zajrzał też capitan del puerto Velasco Ibarra z żoną. Oglądałem Rolfa QSL, ma ich sporo. Potem zgłosili się znajomi Ricardo z Argentyny i Luis. Była jakaś znajoma Rolfa u Luisa, aby sobie pogadać – takie zebranie towarzyskie przez radio.

11.03, Floreana
Jak wracaliśmy, to światła były pogaszone. Tutaj nawet są latarnie na głównej uliczce. Coś ok. 50-60 osób. Przehandlowałem z Rolfem kawał liny holowniczej i małą kotwicę. Dostaliśmy firmowe koszulki z napisem „Floreana …” itd., kanister wina i 50$. To nam wróciło wydatki z Santa Cruz. A hol mam drugi (wino pomarańczowe dobre). Pożegnaliśmy Rolfa, poszedł na farmę w głębi wyspy. Jurek kończy korespondencję (ja też). Trzeba dziś wieczór opuścić Floreanę. Jakaś władza ma być jutro. Szkoda, bo nie połaziłem po wyspie. Za namową Jurka założyłem topensztag, nakląłem się i naobijałem tęgo – jest jednak rozkołys.

13.03 czwartek, Galapagos Isla Isabela
Stoimy na kotwicy w zatoce Istmo Perry. Po E stronie Wyspy Isabeli, 35’ na S od równika. W tym miejscu Isabela ma ok. 6 Mm i jest niska. Zatoka wchodzi dość głęboko. Czarna, żużlowata lawa, mangrowce i cholerne komary. Noc była bardzo ciężka. Chmary komarów właziły wszędzie i teraz włażą. Weszliśmy dziś po ciemku i zakotwiczyliśmy na jakiś 10m. Dziś przestawiliśmy się bliżej wyjścia i kawałka piaszczystej plaży na 4-5 m.

14.03, Isla Isabela
Komary były trochę słabsze. Może przywykliśmy. Gorąco. Słońce. Widoczność umiarkowana. Pinzon, Rábida i dalsze części Isabeli zamazane siwą mgiełką. Rano Kazik został na łódce. Z Jurkiem poszliśmy na spacer. Wyspa robi tutaj silne wrażenie. Za strefą mangrowców kilometrami ciągnie się pole lawy. Czarna, rdzawa, lekko zielonkawa; miejscami kępy i smugi krzaków. Lawa w olbrzymich blokach, jakby ktoś wypróżnił ze szlaki olbrzymi piec hutniczy. Przejść trudno. Jurek w butach zdecydował się iść na przylądek lądem, ja brzegiem brodząc w ciepłej wodzie. Odpływ – daleko wystają skały, korale, jakieś chyba gąbki. Woda brązowa nad rafą, zielono-niebieska nad piaskiem. Trochę tną gzy i dzienna zmiana komarów, ale poza tym to „To”. Brodzę po wodzie, miejscami po kilkanaście metrów przepływam. Spodnie założyłem na plecy, tylko w sandałach (dobrze, że mnie trochę płetwonurki nauczyły pływać), ze złomiska skalnego wyskakują iguany, w wodzie pod nogami dosłownie 2-3 m kręci się pingwinek. Strasznie miły ptaszek. Inny, na wystającej skałce wybiera sobie, chyba, pchły z piór. Podpływam powoli i siadam na skałce jakiś metr (dosłownie na wyciągniętą rękę). Powoli odwraca głowę i potem dalej tyłem do mnie grzebie leniwie w piórach. Lekko przygwizduję. Odwraca się z niesmakiem i z godnością odsuwa się jakieś pół metra dalej. Jakiś krewny naszego bąka (ptaka – nie Dyrektora ze Stoczni Jachtowej) łazi 2m ode mnie, nawet gwałtowne odganianie się od gzów nie robi na niego wrażenia. Jakieś ptaszki wielkości małej mewy – szare, krążą nad wodą, jeden siada na głowie pelikana na chwilę i później leci dalej. Foki na przylądku podchodzą do ręki, ale boję się głaskać, bo a nuż ugryzie. Nie ze złości, tylko na próbę. Po powrocie do naszej zatoczki, zastaję już Jurka w wodzie. Wraca bączkiem na jacht po garnek, rękawice i Kazia. Zbieramy trochę krabów, wrzucamy do garnka i obiad gotów. Zresztą nie jest tak łatwo złapać. Jest już wysoka woda, a one choć pływają słabo, to po skałach chodzą dobrze. Ok. 5tej po południu zaczyna padać deszcz. Wracam „na piechotę” (płetwy od Kazia) na jacht. Teraz jest chmurno. Deszcz przestał padać. Jurek i Kazio jeszcze na brzegu. Z Jurkiem spaliliśmy 4 plastikowe flaszki i kawał liny znaleziony na brzegu. To konserwacja Przyrody. Nasz wkład w Ochronę Galapagos.
Galapagos – to żółw lądowy. Tortura – morski. Te lądowe z każdej wyspy są inne i się nie krzyżują, Stacja Darwina w Santa Cruz zbiera jaja, wylęga młode i po odchowaniu puszcza na rodzime wyspy. Głównym wrogiem są zdziczałe świnie i osły. Foki obecnie zbyt już się rozmnożyły, a że nie umierają więc za to gnębi je jakaś choroba wirusowa i trochę ich ginie. To samoregulacja, ale wygląda przykro. O tym wszystkim mówiła przez radio trzy dni temu żona Rolfa. Taki wykład z Galapagos dla znajomych radioamatorów. Największe wrażenie jednak robi widok na wnętrze wyspy. To duża wyspa i te kilometry czarnego żużla robią wrażenie. Tutaj jakoś czuje się i widzi Przyrodę. To nie da się opisać, ale to coś jest jak jakaś świątynia. Widać potęgę przyrody. Tutaj czuje się oddalenie od świata, ale jest mi tutaj naprawdę dobrze i nie odczuwam żadnej potrzeby płynięcia dalej. No, a Europa jest mi już zupełnie obca. Chwila zachłyśnięcia się pięknem Galapagos. To naprawdę Wyspy Zaczarowane. Urzekła mnie kiedyś Mongolia, ale chyba Galapagos też mogą zaczarować. Choć są inne. Też widać tutaj jakiś inny świat. Czy na stałe?, ale pożyłbym sobie tutaj. Wczoraj „spotkałem” rodaka – Edwarda14 z LU4AEF.

16.03, Isla Rabida
Wczoraj ok. 14tej wyszliśmy z Istmo Perry (Isabel). Wiał nawet pomyślny wiatr z W, ale ucichł szybko. Trochę kropił deszcz. Jurek kombinował z żaglami, ale w końcu wiatr ucichł i szliśmy na silniku. To jakieś 20-25 Mm do Isla Rábida. Zrobiło się ciemno, ale widoczność niezła. Z namiarów wyszło, że kotwicowisko tuż za cyplem. I rzeczywiście, za cyplem ukazała się zatoczka i światełka dwóch jakiś łódek. Dobrze, bo wiadomo, że to tutaj. Źle, bo nie wiadomo kto. Zaświeciliśmy światła topowe i rzuciliśmy kotwicę na 12m, ale ok. 30m od brzegu. Z sąsiedniego jachtu (jacht z turystami z Santa Cruz) przypłynął szyper z pomocnikiem. Chłopaki młode, szyper tutejszy, pomocnik z Kalifornii. Popytali skąd i jak. Trochę powiedziałem prawdę, trochę nie. Rano sobie poszli. Drugi jacht to „Nixe” – brata Carla Angermeyera. Wybieraliśmy się go odwiedzić, ale zanim zebraliśmy się, odpłynął. Też z 3 turystami. Rábida to niewielka wyspa – ca 2Mm x1,5, ok. 400 m wysokości. Czerwone tufy i frakcje wulkaniczne. Strome klify. Rzadki lasek. W ogóle wyspa jest czerwono-rdzawo-zielona. W lagunie, za wałem brzegowym, stado flamingów z gracją przebiera nogami w nagrzanej wodzie. Kupki jaszczurek po 5-8 szt. wygrzewają się na skałkach. Foki fukają, że się im przerywa drzemkę. Strome klify, różowo-czerwone. Przyglądają się nam różne ptaszki. Nawet Jurek już się zgubił. Określamy po swojemu – wróbel, turkawka, skowronek, szpak, itd. Widok z klifów na małe zatoczki – piękny. Kilkanaście mil dzieli nas od San Salvador – to duża wyspa. Przez szkła wygląda dziwnie pusta i tajemnicza. Trudno opisać wrażenia.
                                                                                                                              Ludomir Mączka
_________________________________
1 Leszek (Aleksander) Piotraszewski – inżynier górnik, mieszkający w Limie, ożeniony z Peruwianką. Bardzo ciekawy człowiek, imał się różnych zawodów, pracował jako górnik i jako kowboj; przeżył wiele przygód. To on zabrał Ludka ze sobą do jednej z kopalń, wysoko w Andach. Spędzili tam 3 tygodnie i Ludka wiedza geologiczna była tam przydatna. Ludek pracował jako geolog w środowisku hiszpańsko-języcznym, w surowych warunkach. Była to jedna z przygód Ludka, którą wspominał jako piękną. (wj)
2 Rolf – Rolf Wittmer, radioamator (sygnał wywoławczy HC8WW) z Galapagos, z wyspy Floreana. Rodzina Wittmerów   przybyła na Floreanę w 1932 r.

3 Jurek – Antoni Jerzy Pisz, członek załogi jachtu „Maria” na trasie Peru – Australia, 09.1974 – 06.1976.
4 Kaziu – Kazimierz Jasica, członek załogi jachtu „Maria” na trasie Peru – Australia – Nowa Zelandia – Australia, 09.1974 – 05.1977.
5 „Opty” – jol typu Konik Morski na którym Leonid Teliga, w latach 1967-69, odbył samotny rejs dookoła świata. Na wyspach Archipelagu Galapagos żeglarz przebywał w okresie wrzesień – październik 1967 r.
6 „Nike” – jacht typu „Zośka” konstrukcji Zb. Milewskiego (mocno zmodyfikowana wersja, dostosowująca jacht do wymogów regat OSTAR ‘72), na którym Richard Konkolski (Czechosłowacja), w latach 1972-75, odbył rejs dookoła świata trasą pasatową, odwiedzając po drodze Wyspy Galapagos.
7 „Zew Morza” – 2-masztowy szkuner gaflowy, który w latach 1973-74 odbył rejs dookoła świata (kpt Zdzisław Michalski) odwiedzając w Archipelagu Galapagos wyspy: San Cristóbal, Floreanę i Baltrę.
8 „Baghena” – jacht, który wcześniej załoga „Marii” spotkała w Balboa. Tabliczka z nazwą jachtu pozostawiona przy skrzynce pocztowej, świadczyła o obecności w tym miejscu jachtu.
9 Luis –– Luis Calderon, radioamator z Limy, lekarz i człowiek światowy. Luis uruchomił i ustawił amatorską radiostację Ludka. Radiostacja była kupiona taxfree jeszcze w strefie kanału Panamskiego (maj 1974) i nigdy nie używana. O Luisie pisał A. J. Pisz w książce „Marią” przez Pacyfik”, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982, str.54-57. (wj)
10 Carlos (LV1ET) – radioamator z Buenos Aires.
11 Angermeyer – Carl Angermeyer. Wraz z bratem przybył na Galapagos, na wyspę Santa Cruz, w latach trzydziestych XXw. Byli pierwszymi kolonistami; początkowo mieszkali w głębi wyspy by z czasem przenieść się nad Zatokę Akademii, gdzie zbudowali jacht i dom. Postać bardzo znana i ceniona wśród naukowców badających archipelag.
12 Orca” – poznany jacht na Galapagos.
13 Wyspy Zaczarowane – Las Encantadas, nazwa Archipelagu Wysp Galapagos (oficjalna nazwa nadana przez Ekwador  Archipiélago de Colon) nadana przez bukanierów (korsarzy) w poł. XVI w.
14 Edward (LV4EF) – polski radioamator.

______________________________________________________________________________________________________________________

FOTO

1. 1975.02.24 Pod wyspa Enderby. Galapagos Luty 1975, Galapagos. Przy wyspie Enderby. Fot. A. J. Pisz

2. 1975.03.00 Wejscie do Kapitantu Puerto Ayora. Galpagos. LM KJ  i straznik Marzec 1975, Galapagos. Ludek i Kazik w rozmowie z oficerem z Kapitanatu Portu.                                                           Fot. A. J. Pisz

3. 1975.03.00 LM u wejscia do knajpki Nimfa. Puerto Ayora  Galpagos Marzec 1975, Galapagos. Ludek u wejścia do knajpki Nimfa w Puerto Ayora.                                                             Fot. A. J. Pisz

4. Postbarrel Galapagos. Postbarrel na wyspie Floreana. Fot. A. J. Pisz

5. Fot A.J.Pisz Galapagos 1975 Galapagos. Carl Angermeyer w swoim domu na wyspie Santa Cruz                                                                              w głębi „Maria” na kotwicy. Fot. A. J. Pisz

6. Na Pacyfiku, Fot A.J.Pisz Po opuszczeniu Galapagos. Przed dziobem „Marii” Pacyfik. Fot. A. J. Pisz

7. A.J.Pisz, 1975 fot.K.Jasica Antoni Jerzy Pisz, 1975. Fot. K. Jasica

08.Karta QSL Ludka Karta QSL Ludomira Mączki.