Archiwa kategorii: Listy

Ludomir Mączka: Zapiski-notatki z rejsu „Marii”.

 

Publikujemy ciąg dalszy zapisków Ludomira Mączki, z okresu żeglugi „Marią” po archipelagu Wysp Galapagos, w lutym i marcu 1975 roku. W kolejnym już fragmencie, po raz pierwszy publikowanych, osobistych notatek żeglarza, człowieka wolnego; notatek pełnych osobistych, emocjonalnych zwierzeń, duchowych uniesień, intelektualnych odniesień i uwag; bystrego obserwatora przyrody i świata całego, przenosimy się w rejon Wysp Zaczarowanych, jak nazywali je owiani romantyczną legendą, choć nie najlepszej reputacji, penetrujący tę część świata, XVI-XVII wieczni bukanierzy. Archipelag Wysp Galapagos to miejsce, do którego w swojej wędrówce po świecie, w drodze na Morza Południowe, dociera „Maria” i jej załoga. Młodzieńcza ciekawość świata u ludzi z pewnością młodych duchem, choć już nie wiekiem, londonowski zew Przygody i ten niepohamowany zachwyt nad otaczającą Przyrodą: florą i fauną a także krajobrazem z niebywałymi formami geologicznymi wysp i potężnym oceanem – oto koloryt i esencja tych niezwykłych zapisków…

Ludkowe zapiski – notatki z rejsu „Marii”, jak już uprzednio wspominaliśmy, przedstawiamy dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona, który olbrzymim zaangażowaniem i wytrwałością, gromadził i zachował spuściznę po Przyjacielu. W większości prezentowanych zapisków pozostawiono niepoprawiony, pisany na gorąco tekst, bez nadmiernej ingerencji w charakter i styl.
                                                                                                                                                                                                         (zs)
________________________________________________________________________________________________________

Ludomir Mączka: Zapiski – notatki z rejsu „Marii”.

25.02.75
Jesteśmy drugi dzień w Zatoce Pocztowej, na wyspie Santa Maria (Floreana – przyp. red.). Ładnie tutaj. Stoimy na kotwicy. Otwarta zatoka, ale spokojna. Od E i NE chronią płycizny i pojedyncze skały. Fala się tam łamie, a tutaj jest spokojnie: od W zasłania przylądek Daylight. Z wizami słabo – bo ich nie dają. Jak nas tu przydybią, to wyrzucą. Wprawdzie będę twierdził, że potrzebuję wody i dopiero co przyszedłem, ale co to da, to nie wiem. Wczoraj wieczorem rozmawiałem z Leszkiem Piotraszewskim¹ przez OA4RE (sygnał wywoławczy radiostacji Luisa Calderona z Peru – przyp. red.), z Rolfem² przez Guayaquil przez innego Niemca, i tak czas zszedł od 10 do 12 w nocy. Było też słychać Tahiti, ale słabo. Wyspa Santa Maria ma ca 10 Mm dł x 10; prawie okrągła. Sterczą stożki wulkaniczne; wszędzie lawa i popioły. Niskie krzaki i drzewka, teraz nawet zielone – pora deszczowa – listki grube i lśniące – jakby nawoskowane. Na brzegu (ok. 100m) stoją dwie beczki (Postbarrel – przyp. red.) z drzwiczkami, na biało pomalowane, na listy. Jest trochę listów, ale wszystkie nie w naszym kierunku. Zostawimy też swoje.

Środa 26.02, Santa Maria
Straciliśmy rachubę czasu. Wczoraj była długa dyskusja: czy to wtorek czy środa. Kalendarz wprawdzie mamy, ale na postoju dziennika nie prowadzimy. Ja mam radiowy, ale został też poddany w wątpliwość. Pogoda ciepła, fala umiarkowana, pora deszczowa bez ulew, tylko trochę popada, czasem nawet dość gęsty deszczyk. Potem mniej lub więcej słońca. Dzisiaj Jurek³ popłynął bączkiem rozejrzeć się za „tematem”. Kaziu4 skończył tablicę pamiątkową (deskę z napisem „Maria”… itd.; 20×40 cm), którą zostawimy przy beczce – skrzynce pocztowej. W tym czasie przypłynęły ze 4 czy 5 pingwinów. Trochę większe od kaczki. Z góry wyglądają prawie jak delfiny. Polowały koło jachtu na małe rybki, które chodzą ławicami. Potem było kilka raji; takie chyba metrowe. Teraz Kazik z Jurkiem popłynęli fotografować. Ja zostałem na jachcie. Trochę posiedziałem w wodzie, przy burcie, zbierając małe „tulipanki”, które dość szybko tutaj rosną. Są ponoć rekiny. Jurek nawet widział, ale mam nadzieję, że przy burcie mnie za tyłek nie złapie. Na razie, tylko żółwi z bliska nie widzieliśmy, choć są ślady na piasku. Jurek widział morsa i kupę młodych fok. To naprawdę piękny zakątek. Na brzegu przy pocztowej beczce są deszczułki z nazwami jachtów. Niestety „Opty”5 nie widziałem. Ze znajomych to „Nike” Konkolskiego6, „Zew Morza”7 i „Baghena”8 koło której staliśmy w Balboa. Zwraca uwagę duża ilość jachtów szwajcarskich. No, to chyba wyraz jakiejś dążności do morza, no i stopy życiowej. Jest też deska – wizytówka po jakimś jachcie japońskim, tureckim. Większość – Niemcy i różne rodzaje Anglików (GB, South Afrika, New Zealand, Australia). Zwierzęta, rzeczywiście, niezbyt się boją – takie małe, ciekawe skrzyżowanie wróbla z kanarkiem to prawie na głowę siada, no a muchy, to są już zupełnie oswojone – wchodzą do nosa i oczu. Przestawiliśmy się jakieś 100m bliżej brzegu. Winda działa i stoimy na 10 m łańcucha.

27.02 czwartek, Santa Maria
Wczoraj na wszelki wypadek zapytałem (przez radio – przyp. W. J.) Luisa9 o datę. Nawet się zgodziło. To radio, to zaczyna wciągać. Jurek też siedzi i kręci, może coś ciekawego wyjdzie. Po Luisie i Carlosie10 (LV1ET) z Buenos Aires, którzy są stałymi odbiorcami moich audycji, jeszcze Jurek zaczął kręcić i złowiliśmy kilku znajomych z Limy, jakiegoś Meksykanina, ale słabo i na koniec bardzo słabo, ale dość czytelnie dwóch Nowo Zelanderów. Poszliśmy spać ok. 0200 LT. Noc była piękna. Księżyc w pełni, ciepło i komary – nie za dużo, ale dostatecznie. Dziś dzień chmurny, parny; kropi deszczyk. Wstaliśmy ok. 10 tej. Po śniadaniu, z Jurkiem, bączkiem, popłynęliśmy obejrzeć foki. Są tego całe stada, na plażach i skałach. Miłe to zwierzaki, wcale się nie boją. Tylko przykro, że znaczna część choruje. Widać wyraźnie, jak leci im ropa z oczu. Trochę widać padłych i kilka wyraźnie chorych. Nie wygląda to jakoś normalnie. Jak stąd odpłyniemy, to poproszę przez radio Luisa aby zawiadomił kogo trzeba od tego rezerwatu; może jest ktoś, kto się tym opiekuje, niech sprawdzi. Może Ekwador nie tylko zrobił z tego skarbonkę, ale rzeczywiście rezerwat. Teraz jeszcze przez te 2-3 dni, jak tu stoję, to wolę nic nie mówić – gości nie potrzebuję. Zresztą to chyba i słusznie, że zrobili te wszystkie ograniczenia, ale właśnie to. Nie rzucę marzenia całego życia dlatego, że się te 2-3 lata spóźniłem. Trudno – Galapagos to był dla mnie cel wycieczki. Teraz Kazik popłynął na brzeg. Zabrał kuszę. Może upoluje raję. Okazało się, że kupa tego świństwa siedzi na tej plaży, gdzie moczymy tyłki. Jakoś to nas zniechęciło do kąpieli.

28.02.75 piątek, Santa Maria
Dziś niestety będziemy wychodzić na Santa Cruz. Przed południem przypłynął jacht ekwadorski z załogą, która służy w Dyrekcji Parku. Wprawdzie byli bardzo mili, ale rezerwat jest rezerwat. Zresztą mają piękną robotę. Taka straż parkowa. Potem, na chwilę przyszła wycieczkowa motorówka – wywieźli na chwilę, na brzeg 6 osób i za godzinę już ich nie było. Rocznie jest to ponoć ca 7000 turystów. Mieszkańców ca 4000. Głównie na San Cristóbal – połowa Santa Maria (Floreana), Santa Cruz, Isabela – inne, pewno puste. Są czynne wulkany, w części W – głównie Wyspa Fernandina, to taki duży wulkan. Uchwaliliśmy, że Jurek jest chory na żołądek i szukamy doktora na Santa Cruz, bo teraz mamy ponad miesiąc żeglugi i lepiej, aby go zbadał. Coś w tym jest, ale nie cała prawda. Pocztę w beczce zostawiliśmy, tablicę pamiątkową też. Te chłopaki ekwadorskie wyglądają całkiem miło. Zobaczymy, co się da uzyskać na Santa Cruz. Będziemy tam starali się kilka dni leczyć Jurka. Ostatecznie Nuku-Hiva zaczeka. Mieliśmy szczęście spotkać pingwiny, bo one żyją normalnie głównie na Isabela. Tam jest chłodniej. Foki rzeczywiście, w czasie pory ciepłej (teraz) chorują. To jakaś sprawa wirusowa. Rekiny są, ale ponoć, jak mówili ci od Parku, nie było wypadków. W związku z tym, uczciwie sobie popływaliśmy. Woda na powierzchni – 28o C. Można pływać.

1.03.75, Bahia Academy – Santa Cruz
Ok. 17tej (LT) weszliśmy do Santa Cruz. Głównie na silniku, bo była flauta i tylko przelotne szkwały z NE o sile 1º B. Przynajmniej, naładowały się trochę akumulatory. Odwiedzili nas sąsiedzi z jachtu obok i Kapitan Portu. Mamy 3 dni na swoje sprawy, jesteśmy por emergencia. Woda, paliwo, no i żołądek Jurka, ale chyba z lekarza zrezygnujemy. Zresztą, zobaczymy co się da utargować. Jest ciepło, parno, komary. Tutaj, to prawie miasteczko. Sporo domów, dwa hotele, Stacja im. Karola Darwina (Charles Darwin Station – przyp. red.). Zobaczymy, jak to będzie. Pogadałem z Luisem i Carlosem (b. słabo). Wyłączyłem radio; Jurek i Kaziu śpią. Ja chyba zrobię to samo.

02.03 niedziela, Santa Cruz
Kapitan Portu przysłał nam 10 Gallons ropy (4$). Zapłaciliśmy za różne inne sprawy portowe 30 $ i mamy spokojnie prawo pobytu na 72 godz. w Santa Cruz. Jeszcze dolać 5 kanistrów wody. Jutro, ewentualnie Jurka do medyka z żołądkiem (5-6 $ ?), no i dalej w świat. Taniej niż w Paita. Pogoda piękna – gorąco i słońce. Nad wyspą w górze deszcz. Osiedle ma nawet coś w rodzaju ulicy. Hotel Forest Nelson z pawilonami, coś jakby domki wczasowe. Kapitanat Portu, bar, hala z jarzynami – trochę zielonej cebuli, homary, banany. Zauważyliśmy ze dwa Land Rovery – reszta komunikacji konna lub ośla. W porcie kąpie się kupa bachorów – i nie ma tablicy, że wzbrania się: „Kąpiel w porcie i łowienie ryb wzbronione – SUM”.
Nawiązałem bezpośredni kontakt z WB5ERR – Stoi obok, były pilot, ma na jachcie całą radiostację „Heathe’a”. Jest i coś tam jeszcze oraz różne ustrojstwa do dopasowania anten. Odwiedziłem z nim kilku jego znajomych. Jakiś znajomy Teligi. Kaziu wie lepiej, jak się nazywa, z książki. Po domu włóczy się sporo jaszczurek do 1 m długości. Łażą po podwórzu, po dachu, zresztą, jak je wołać do jedzenia to się złażą. Całkiem to miłe zwierzaki. Nawet małe jaszczurki, takie 10 cm, ludzi się nie boją i szczypią w palec. No, a ptaki to z rąk jedzą. Najbardziej są oswojone komary. Kąpać się można, bo rekiny prawie też oswojone. Potem z Leonardem (tym od radia) byliśmy w jakimś warsztacie zapuścić silnik, który nie chciał zaskoczyć. Nalał trochę oliwy i złapał kompresję, no i zaskoczył. W domu, takim kolonialnym przewiewnym i zabałaganionym, pani Davis przyjęła nas kawą. Sympatyczna pani ca 50-60, radioamator ale znaku nie pamiętam. Rozmowa po angielsku – z biedą łapałem o czym mówią. Na pytanie jakim językiem porozumiewałem się w Zambii, powiedziałem, że murzyni przypuszczali, że to angielski. Obok, stoi duży, blaszany szkuner. Pod flagą Ekwadoru wozi turystów – 4 szt. załogi, 8 turystów. Bywa różnie, ale ponoć nawet ciekawi ludzie.

3.03.75, Santa Cruz
W nocy komary dały trochę w kość. Noc była piękna. Do 0100 siedziałem przy radiu – 2 godz. – zajęcia towarzyskie. Wprawki w hiszpańskim – Luis, potem Antarktyda. Jakiś Luis z 8 pułku pancernego na manewrach pod Magdaleną. Potem Buenos Aires. Na chwilę słabo Brazylia. Potem jakiś statek argentyński na Atlantyku. Gorąco, w środku – komary gryzą. Jutro trzeba będzie wychodzić. Chyba jeszcze gdzieś tu zanocuję.
Oglądałem wyspę przez lornetkę. Widać kilka ścieżek, jakieś domki w lesie, ślady upraw ale nie za wiele. Krajobraz jest dla mnie trochę dziwny – wulkaniczny, takie zielone stożki wystające z łagodnie wznoszących się zboczy wyspy. Właściwie, to zazdroszczę tutejszym mieszkańcom – mają swoje zmartwienia, ale chyba nie za wiele, no i klimat, mimo much i komarów. Nie wiem, jak to będzie później w Szczecinie, ale chyba bardzo ciężko – klimat i codzienna robota, i miesiąc urlopu. Zresztą, całe szczęście, że to na razie jeszcze dość odległe.

3.03.75, koniec Galapagos
Jutro wychodzimy. Kapitan Portu trochę podejrzliwy. Coś mu to nie pasuje. Wczoraj byliśmy u Angermeyera11 – tego od „Opty”. Ciągle śladami „Opty”. Tylko czasy gorsze. Bo „Opty” nie miał trudności z wizami. Czy jeszcze gdzieś się przyzwolimy, to zobaczę. Parny upał. Z Angermeyerem przegadaliśmy cały wieczór. Wczoraj był deszcz. Taki uczciwy. Przyjemnie było u Angermeyera. Dużo widział i umie opowiadać. Szkoda, że bardzo dużo mi ucieka, jak mówi po niemiecku. Jurek jest o wiele lepszy. Dziś byliśmy w Stacji Karola Darwina. Spotkaliśmy szypra od jachtu co nas spotkał na Floerana. Ma kupę roboty. Skarży się, że teraz władza (Kapitan Portu) wymaga papierów od szypra na jachcie. Cóż, tutaj też robią „porządki”. Upał – kaktusy, kolczaste krzaki, lawa. W porcie łazi czapla, kapią się dzieci (temat dla Wojtka. Jurek woli jaszczurki). Są też, i pięknie pływają.

05.03 środa
Ok. 0800 odeszliśmy na silniku z Santa Cruz. Jurek, wczoraj w Kapitanacie wywołał film. Rano odebrał. Żegnał nas gęsty, krótki deszcz i piękna tęcza, aż prawie dochodząca do rufy. Szkoda, że trzeba odpływać. W Kapitanacie wczoraj, po otrzymaniu papierów, powiedziałem zastępcy kapitana (bardzo miły chłopak; sam kapitan jest trochę, jak mówią: żłobowaty, chytry i chciwy), że byłem tutaj por emergencia. Przyznał mi rację i pożegnaliśmy się przyjaźnie. Szkoda, że on tutaj nie jest za szefa. Wieczór. Kazia imieniny, był na jachcie Carl Angermeyer. Tym razem gadkę wybrałem po hiszpańsku, dla nauki, zresztą, mocno zapomniałem niemiecki. Długo ciągnęły się opowieści. Komarów nie było tym razem. W środku dmuchnąłem im zresztą spraya i z satysfakcją patrzyłem jak sypał się deszcz komarów na mapę. Potrafią życie obrzydzić. Wachty rozdzieliliśmy znów inaczej – na próbę 0-5 ja, 5-10 Kaziu, 10-15 ja, 15-20 Kazik, 20-24 Jurek plus kuchnia. Zobaczymy jak to zagra. Dwa dni nie miałem łączności radiowej z Luisem.

06.03.75, Isla Plaza
Wczoraj późno po południukotwica (zakotwiczyliśmy – przyp. red.) między wyspami Plaza. Przy W brzegu Santa Cruz. Pogoda w kratkę – trochę deszczu, trochę słońca. Wczoraj zidentyfikowałem Roca Gordon i wysepki. Wprost ok. 20 Mm. Trochę prąd, trochę wiatr. Weszliśmy o 1720. Stała „Orca”12, potem przyszło 2 rybaków i jeszcze jakiś jacht francuski. Pomachaliśmy sobie rękoma i jakoś nie chciało się ruszać. Wrażenie – raczej Norwegia, tylko ciepło. Czarne i szare skały. Wyspy są niskie – jakieś 20 m, może 30. Skąpa roślinność i foki. Dziesiątki we wodzie i na brzegu. Pływają, stękają, szczekają i bawią się. Spuściliśmy bączka, to kilka od razu zaczęło go podrzucać, popychać, podpływać pod spód. Również jacht, a zwłaszcza śruba to obiekt zainteresowań. Kazik wychylił się za burtę i złapał jedną za ogon, ale też się nie wystraszyła. Ciemne chmury, kolorowy zachód słońca. Siedziałem długo na pokładzie. Jurek załatwił pisanie. Potem usiłowałem zrobić lekcję hiszpańskiego. No i radio. Złapałem bez trudu znajomych. Luis (Lima), Luis (Papetee), Carlos (Buenos Aires) i później słabiutko Juan (Concepcion – Chile).

06.03, Isla Plaza
Z Santa Cruz wysłaliśmy kilka kartek – niewiele, bo dość drogo. Kartka ze znaczkiem 11sucrów (23 sucre = 1$ US). Czy dojdą ?, to też pytanie. W nocy prąd trochę nas wyniósł, ale niegroźnie. Rybacy odeszli nocą. Jachty, chyba też. Niemiło zaskoczyła nas obecność turystów. Przypłynęli dużą motorówką – statkiem, ale szybko odpłynęli, nie pytając nas o nic. To trochę zepsuło nastrój. To nie te Galapagos sprzed 30tu lat. Szkoda, ale i tak są piękne. Na dzisiaj umówiłem się z Rolfem przez Luisa na radio. Luis z Papetee mówił, że nie ma dla nas żadnych listów. Ciekawe, bo sądziłem, że tam będzie kupa poczty. Z licencją radiową w Papetee będą zdaje się kłopoty, bo Polska i Francja nie zawarły umowy na ten temat. Luis już zaczął starania. Dziś może będę wiedział dokładnie. Taka ciekawostka. Rozmawiałem długo z radioamatorem argentyńskim (ruchoma stacja), który wziął ją ze sobą na manewry wojskowe i opowiadał, że ma teraz czas, więc może porozmawiać z przyjaciółmi w eterze. U nas jeszcze tego nie ma a ostatecznie ten pobór mocy, np. z czołgu to pestka. Co kraj to obyczaj.

07.03, Las Plazas
Tutaj byłoby jeszcze lepiej, ale za dużo ludzi. W nocy znów napędzał mi trochę strachu jacht. Pokazało się wysoko nocą mocne światło i śmiało wszedł do zatoczki między wyspami. Wiadomo, że tutejszy, ale kto? Poświecił po nas reflektorami i z silnym topowym światłem stanął na kotwicy. Okazało się, że jacht. Tylko kto? – tutaj służba z Rezerwatu też pływa jachtami. Rano okazało się, że to ekwadorski jacht z Santa Cruz. Gdzieś ok. 0600 odpłynął. Chyba nam biedy nie napyta. Aż żal opuszczać te wyspy. Jurek uwija się z aparatem. My łazimy leniwie. Kąpać się trudno. Na zewnątrz widzieliśmy sporo rekinów. Wprawdzie ponoć też oswojone, ale a nuż trafi się jakiś „dziki”. Tutaj też trudno, bo pływa kupa fok. Są przyjaźnie nastawione, ale w wodzie pieszczoty mogą być przykre. Są takie już bezczelne, pakują się do bączka, nawet jak się w nim siedzi. Toby znów nie szkodziło, ale też może ugryźć albo zatopić bączek. Jurek sfotografował, jak się taki bydlak pchał do bączka. Teraz bączek trzymamy na pokładzie. Ale dokument jest. Wczoraj było trochę deszczu, chmurno z przejaśnieniami – gorąco. Dziś niebo czyste – jest 0800 rano. Kazik śpi, Jurek robi filmy. Spałem na pokładzie więc wstałem wcześnie. Skały na brzegu, gdzie żyją foki są ogładzone i zbielałe. Guano? Coś w tym stylu – skała wyraźnie zbielała. Widziałem czubek.

08.03.75, Galapagos
Odeszliśmy o 0630 w kierunku na Floreanę. Zobaczyć się z Rolfem (HC8WW). Wiatr słaby, morze spokojne. Już jest gorąco. Łazimy nago. Kąpiel raczej niewskazana.

09.03, Floreana, Black Beach
Nocą weszliśmy na silniku – wiatru nie było, do Correo Bay. Mimo, że już tutaj byliśmy to jednak wejście nocą – zresztą łatwe, daje dużo emocji. Zwłaszcza szum bliskiego przyboju. Weszliśmy ok. 0200 w nocy. Przestaliśmy do rana. Ok. 0600 odeszliśmy na Black Beach. Podnieśliśmy kotwicę i Kazik został na wachcie. Wiatru nie było. Tuż przed zatoką Kazik mnie zbudził. Ładnie tutaj, cicho, na kotwicy stoi „Tip Top”, jacht Rolfa. Przerobiony z miejscowego kuterka. Od razu z werandą na
rufie – coś takiego    weranda Rolfa
Łódka ładnie utrzymana. Rolf, jak pływa na niej to jest HC9WW; na lądzie HC8WW. Taki domek nad kokpitem jest dobry, ale na Morzu Północnym czy Bałtyku nie do pomyślenia. Jest wieczór. Jesteśmy na jachcie. Ciepło. Spokojna zatoczka. W osadzie (ok. 60 osób) świecą się światła „na ulicy”. Ok. 10tej przypłynął Rolf. Wymieniliśmy się kartami QSL. Potem ok. 16tej popłynęliśmy do niego. Przedtem u Kapitana Portu zostawiliśmy „papiery” z Santa Cruz. Powiedzieliśmy, że idziemy do Rolfa i że w drodze na Markizy chcielibyśmy tutaj być 2-3 dni. U Rolfa było bardzo miło. Dom z werandą, kilka kotów, dwa psy, kury, osły, troje dzieci, żona i dwie teściowe. Rozmowa hiszpańsko-niemiecka. Jurek robi to nieźle. Ja zrezygnowałem po kilku zdaniach. Wczoraj spotkaliśmy Kapitana Portu. Bardzo miły. Przedstawił żonę i syna. Zaprosił na jutro, na łowy, na langusty. Zobaczymy jak to będzie, na pewno ciekawie. Szkoda, że trzeba będzie opuścić te Zaczarowane Wyspy13.

11.03, Floreana
Byłem wczoraj z Kaziem i trzema marinos ekwadorskimi (18 lat sztuka – miłe chłopaki) na łowach na langusty. Jeden z nich złowił 2 szt, my nic, ale zabawa była ładna. Mam odrapane nogi i ręce. Pływa się w strefie przyboju i pod kamieniami szuka langust. Przychodzi fala i wszystko niknie w pianie, a ja walczę aby mnie nie poniosło na kamienie. Czasem się uda, czasem nie. Woda włazi do maski (czasem ją ściągnie). Powoli jakoś trochę się z tym oswoiłem. Woda ciepła. Czarna lawa, zupełnie jakby ktoś wylał smołę. Wróciliśmy na jacht. Jurek grzebał się przy fotografiach. Ma zacięcie do tego. W wieczór poszliśmy do Rolfa. Jurek aby wywołać zdjęcia, my aby pogadać. Zajrzał też capitan del puerto Velasco Ibarra z żoną. Oglądałem Rolfa QSL, ma ich sporo. Potem zgłosili się znajomi Ricardo z Argentyny i Luis. Była jakaś znajoma Rolfa u Luisa, aby sobie pogadać – takie zebranie towarzyskie przez radio.

11.03, Floreana
Jak wracaliśmy, to światła były pogaszone. Tutaj nawet są latarnie na głównej uliczce. Coś ok. 50-60 osób. Przehandlowałem z Rolfem kawał liny holowniczej i małą kotwicę. Dostaliśmy firmowe koszulki z napisem „Floreana …” itd., kanister wina i 50$. To nam wróciło wydatki z Santa Cruz. A hol mam drugi (wino pomarańczowe dobre). Pożegnaliśmy Rolfa, poszedł na farmę w głębi wyspy. Jurek kończy korespondencję (ja też). Trzeba dziś wieczór opuścić Floreanę. Jakaś władza ma być jutro. Szkoda, bo nie połaziłem po wyspie. Za namową Jurka założyłem topensztag, nakląłem się i naobijałem tęgo – jest jednak rozkołys.

13.03 czwartek, Galapagos Isla Isabela
Stoimy na kotwicy w zatoce Istmo Perry. Po E stronie Wyspy Isabeli, 35’ na S od równika. W tym miejscu Isabela ma ok. 6 Mm i jest niska. Zatoka wchodzi dość głęboko. Czarna, żużlowata lawa, mangrowce i cholerne komary. Noc była bardzo ciężka. Chmary komarów właziły wszędzie i teraz włażą. Weszliśmy dziś po ciemku i zakotwiczyliśmy na jakiś 10m. Dziś przestawiliśmy się bliżej wyjścia i kawałka piaszczystej plaży na 4-5 m.

14.03, Isla Isabela
Komary były trochę słabsze. Może przywykliśmy. Gorąco. Słońce. Widoczność umiarkowana. Pinzon, Rábida i dalsze części Isabeli zamazane siwą mgiełką. Rano Kazik został na łódce. Z Jurkiem poszliśmy na spacer. Wyspa robi tutaj silne wrażenie. Za strefą mangrowców kilometrami ciągnie się pole lawy. Czarna, rdzawa, lekko zielonkawa; miejscami kępy i smugi krzaków. Lawa w olbrzymich blokach, jakby ktoś wypróżnił ze szlaki olbrzymi piec hutniczy. Przejść trudno. Jurek w butach zdecydował się iść na przylądek lądem, ja brzegiem brodząc w ciepłej wodzie. Odpływ – daleko wystają skały, korale, jakieś chyba gąbki. Woda brązowa nad rafą, zielono-niebieska nad piaskiem. Trochę tną gzy i dzienna zmiana komarów, ale poza tym to „To”. Brodzę po wodzie, miejscami po kilkanaście metrów przepływam. Spodnie założyłem na plecy, tylko w sandałach (dobrze, że mnie trochę płetwonurki nauczyły pływać), ze złomiska skalnego wyskakują iguany, w wodzie pod nogami dosłownie 2-3 m kręci się pingwinek. Strasznie miły ptaszek. Inny, na wystającej skałce wybiera sobie, chyba, pchły z piór. Podpływam powoli i siadam na skałce jakiś metr (dosłownie na wyciągniętą rękę). Powoli odwraca głowę i potem dalej tyłem do mnie grzebie leniwie w piórach. Lekko przygwizduję. Odwraca się z niesmakiem i z godnością odsuwa się jakieś pół metra dalej. Jakiś krewny naszego bąka (ptaka – nie Dyrektora ze Stoczni Jachtowej) łazi 2m ode mnie, nawet gwałtowne odganianie się od gzów nie robi na niego wrażenia. Jakieś ptaszki wielkości małej mewy – szare, krążą nad wodą, jeden siada na głowie pelikana na chwilę i później leci dalej. Foki na przylądku podchodzą do ręki, ale boję się głaskać, bo a nuż ugryzie. Nie ze złości, tylko na próbę. Po powrocie do naszej zatoczki, zastaję już Jurka w wodzie. Wraca bączkiem na jacht po garnek, rękawice i Kazia. Zbieramy trochę krabów, wrzucamy do garnka i obiad gotów. Zresztą nie jest tak łatwo złapać. Jest już wysoka woda, a one choć pływają słabo, to po skałach chodzą dobrze. Ok. 5tej po południu zaczyna padać deszcz. Wracam „na piechotę” (płetwy od Kazia) na jacht. Teraz jest chmurno. Deszcz przestał padać. Jurek i Kazio jeszcze na brzegu. Z Jurkiem spaliliśmy 4 plastikowe flaszki i kawał liny znaleziony na brzegu. To konserwacja Przyrody. Nasz wkład w Ochronę Galapagos.
Galapagos – to żółw lądowy. Tortura – morski. Te lądowe z każdej wyspy są inne i się nie krzyżują, Stacja Darwina w Santa Cruz zbiera jaja, wylęga młode i po odchowaniu puszcza na rodzime wyspy. Głównym wrogiem są zdziczałe świnie i osły. Foki obecnie zbyt już się rozmnożyły, a że nie umierają więc za to gnębi je jakaś choroba wirusowa i trochę ich ginie. To samoregulacja, ale wygląda przykro. O tym wszystkim mówiła przez radio trzy dni temu żona Rolfa. Taki wykład z Galapagos dla znajomych radioamatorów. Największe wrażenie jednak robi widok na wnętrze wyspy. To duża wyspa i te kilometry czarnego żużla robią wrażenie. Tutaj jakoś czuje się i widzi Przyrodę. To nie da się opisać, ale to coś jest jak jakaś świątynia. Widać potęgę przyrody. Tutaj czuje się oddalenie od świata, ale jest mi tutaj naprawdę dobrze i nie odczuwam żadnej potrzeby płynięcia dalej. No, a Europa jest mi już zupełnie obca. Chwila zachłyśnięcia się pięknem Galapagos. To naprawdę Wyspy Zaczarowane. Urzekła mnie kiedyś Mongolia, ale chyba Galapagos też mogą zaczarować. Choć są inne. Też widać tutaj jakiś inny świat. Czy na stałe?, ale pożyłbym sobie tutaj. Wczoraj „spotkałem” rodaka – Edwarda14 z LU4AEF.

16.03, Isla Rabida
Wczoraj ok. 14tej wyszliśmy z Istmo Perry (Isabel). Wiał nawet pomyślny wiatr z W, ale ucichł szybko. Trochę kropił deszcz. Jurek kombinował z żaglami, ale w końcu wiatr ucichł i szliśmy na silniku. To jakieś 20-25 Mm do Isla Rábida. Zrobiło się ciemno, ale widoczność niezła. Z namiarów wyszło, że kotwicowisko tuż za cyplem. I rzeczywiście, za cyplem ukazała się zatoczka i światełka dwóch jakiś łódek. Dobrze, bo wiadomo, że to tutaj. Źle, bo nie wiadomo kto. Zaświeciliśmy światła topowe i rzuciliśmy kotwicę na 12m, ale ok. 30m od brzegu. Z sąsiedniego jachtu (jacht z turystami z Santa Cruz) przypłynął szyper z pomocnikiem. Chłopaki młode, szyper tutejszy, pomocnik z Kalifornii. Popytali skąd i jak. Trochę powiedziałem prawdę, trochę nie. Rano sobie poszli. Drugi jacht to „Nixe” – brata Carla Angermeyera. Wybieraliśmy się go odwiedzić, ale zanim zebraliśmy się, odpłynął. Też z 3 turystami. Rábida to niewielka wyspa – ca 2Mm x1,5, ok. 400 m wysokości. Czerwone tufy i frakcje wulkaniczne. Strome klify. Rzadki lasek. W ogóle wyspa jest czerwono-rdzawo-zielona. W lagunie, za wałem brzegowym, stado flamingów z gracją przebiera nogami w nagrzanej wodzie. Kupki jaszczurek po 5-8 szt. wygrzewają się na skałkach. Foki fukają, że się im przerywa drzemkę. Strome klify, różowo-czerwone. Przyglądają się nam różne ptaszki. Nawet Jurek już się zgubił. Określamy po swojemu – wróbel, turkawka, skowronek, szpak, itd. Widok z klifów na małe zatoczki – piękny. Kilkanaście mil dzieli nas od San Salvador – to duża wyspa. Przez szkła wygląda dziwnie pusta i tajemnicza. Trudno opisać wrażenia.
                                                                                                                              Ludomir Mączka
_________________________________
1 Leszek (Aleksander) Piotraszewski – inżynier górnik, mieszkający w Limie, ożeniony z Peruwianką. Bardzo ciekawy człowiek, imał się różnych zawodów, pracował jako górnik i jako kowboj; przeżył wiele przygód. To on zabrał Ludka ze sobą do jednej z kopalń, wysoko w Andach. Spędzili tam 3 tygodnie i Ludka wiedza geologiczna była tam przydatna. Ludek pracował jako geolog w środowisku hiszpańsko-języcznym, w surowych warunkach. Była to jedna z przygód Ludka, którą wspominał jako piękną. (wj)
2 Rolf – Rolf Wittmer, radioamator (sygnał wywoławczy HC8WW) z Galapagos, z wyspy Floreana. Rodzina Wittmerów   przybyła na Floreanę w 1932 r.

3 Jurek – Antoni Jerzy Pisz, członek załogi jachtu „Maria” na trasie Peru – Australia, 09.1974 – 06.1976.
4 Kaziu – Kazimierz Jasica, członek załogi jachtu „Maria” na trasie Peru – Australia – Nowa Zelandia – Australia, 09.1974 – 05.1977.
5 „Opty” – jol typu Konik Morski na którym Leonid Teliga, w latach 1967-69, odbył samotny rejs dookoła świata. Na wyspach Archipelagu Galapagos żeglarz przebywał w okresie wrzesień – październik 1967 r.
6 „Nike” – jacht typu „Zośka” konstrukcji Zb. Milewskiego (mocno zmodyfikowana wersja, dostosowująca jacht do wymogów regat OSTAR ‘72), na którym Richard Konkolski (Czechosłowacja), w latach 1972-75, odbył rejs dookoła świata trasą pasatową, odwiedzając po drodze Wyspy Galapagos.
7 „Zew Morza” – 2-masztowy szkuner gaflowy, który w latach 1973-74 odbył rejs dookoła świata (kpt Zdzisław Michalski) odwiedzając w Archipelagu Galapagos wyspy: San Cristóbal, Floreanę i Baltrę.
8 „Baghena” – jacht, który wcześniej załoga „Marii” spotkała w Balboa. Tabliczka z nazwą jachtu pozostawiona przy skrzynce pocztowej, świadczyła o obecności w tym miejscu jachtu.
9 Luis –– Luis Calderon, radioamator z Limy, lekarz i człowiek światowy. Luis uruchomił i ustawił amatorską radiostację Ludka. Radiostacja była kupiona taxfree jeszcze w strefie kanału Panamskiego (maj 1974) i nigdy nie używana. O Luisie pisał A. J. Pisz w książce „Marią” przez Pacyfik”, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982, str.54-57. (wj)
10 Carlos (LV1ET) – radioamator z Buenos Aires.
11 Angermeyer – Carl Angermeyer. Wraz z bratem przybył na Galapagos, na wyspę Santa Cruz, w latach trzydziestych XXw. Byli pierwszymi kolonistami; początkowo mieszkali w głębi wyspy by z czasem przenieść się nad Zatokę Akademii, gdzie zbudowali jacht i dom. Postać bardzo znana i ceniona wśród naukowców badających archipelag.
12 Orca” – poznany jacht na Galapagos.
13 Wyspy Zaczarowane – Las Encantadas, nazwa Archipelagu Wysp Galapagos (oficjalna nazwa nadana przez Ekwador  Archipiélago de Colon) nadana przez bukanierów (korsarzy) w poł. XVI w.
14 Edward (LV4EF) – polski radioamator.

______________________________________________________________________________________________________________________

FOTO

1. 1975.02.24 Pod wyspa Enderby. Galapagos Luty 1975, Galapagos. Przy wyspie Enderby. Fot. A. J. Pisz

2. 1975.03.00 Wejscie do Kapitantu Puerto Ayora. Galpagos. LM KJ  i straznik Marzec 1975, Galapagos. Ludek i Kazik w rozmowie z oficerem z Kapitanatu Portu.                                                           Fot. A. J. Pisz

3. 1975.03.00 LM u wejscia do knajpki Nimfa. Puerto Ayora  Galpagos Marzec 1975, Galapagos. Ludek u wejścia do knajpki Nimfa w Puerto Ayora.                                                             Fot. A. J. Pisz

4. Postbarrel Galapagos. Postbarrel na wyspie Floreana. Fot. A. J. Pisz

5. Fot A.J.Pisz Galapagos 1975 Galapagos. Carl Angermeyer w swoim domu na wyspie Santa Cruz                                                                              w głębi „Maria” na kotwicy. Fot. A. J. Pisz

6. Na Pacyfiku, Fot A.J.Pisz Po opuszczeniu Galapagos. Przed dziobem „Marii” Pacyfik. Fot. A. J. Pisz

7. A.J.Pisz, 1975 fot.K.Jasica Antoni Jerzy Pisz, 1975. Fot. K. Jasica

08.Karta QSL Ludka Karta QSL Ludomira Mączki.

 

Ludomir Mączka: Zapiski-notatki z rejsu „Marii”.

Ludomir Mączka, wbrew powszechnej opinii, pisał dużo i systematycznie: były to listy do przyjaciół i znajomych; z wyjazdów zawodowych, z rejsów, listy z Afryki do kolegi geologa. Wysyłał widokówki z wypraw, rejsów gęsto zapisane na odwrocie, ba nawet napisał artykuł – głos w dyskusji na temat walorów estetycznych, wychowawczych żeglarstwa. Pozostawił po sobie skrupulatnie prowadzone, niemalże dzień po dniu, zapiski – notatki z rejsu „Marii”.

Czytaj dalej

Ludomir Mączka: List z Mongolii

„Wyjazd do Mongolii, na kartowanie kraju dzikiego, zupełnie dziewiczego – to była chyba największa przygoda w moim życiu jaką miałem…” tak w wywiadzie dla „Zeszytów Żeglarskich”, w grudniu 2003 r. ocenił swój udział w Polskiej Ekspedycji Geologicznej Ludomir Mączka. Jak doszło do tej przygody opisuje kolega Ludomira ze studiów na Uniwersytecie Wrocławskim i z pracy w Mongolii, Andrzej Grocholski…

Czytaj dalej