Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Marek Słodownik: 89-lecie pierwszego polskiego Hornu

1 marca 1937 roku „Dar Pomorza” minął Przylądek Horn jako pierwszy polski statek. Dla polskiej bandery było to wydarzenie symboliczne, pokazywało odrodzenie Rzeczypospolitej i rosnące ambicje środowiska morskiego. Dziś, w 89. rocznicę tego wydarzenia wracamy do historycznego rejsu Białej Fregaty.

W życiu każdego kapitana i jego statku dwa dokonania są szczególnie ważne: opłynięcie świata i pokonanie Przylądka Horn. Konstanty Maciejewicz na „Darze Pomorza” świat opłynął w latach 1934-1935, teraz chciał zdobyć drugi żeglarski szczyt.

15 września 1936 roku z Gdyni w daleki rejs wypłynęła Biała Fregata z 20 członkami załogi stałej, 6 instruktorami i 63 uczniami. Rejs przebiegał bez poważnych problemów, choć statek miał opóźnienie.

                          

Pierwszym portem był St. Thomas na Karaibach, a następnie „Dar” pożeglował do Kanału Panamskiego.

Na Galapagos załoga miała chwilę wytchnienia, ale później szybko wróciła do stałego rytmu wacht. Na Tahiti wypoczynku już nie było, czas postoju wypełniało intensywne szkolenie żeglarskie i szalupowe.

Kiedy ruszyli w stronę Hornu, równolegle do służby załoga przygotowywała statek na spotkanie z oceanem szczególnie groźnym w tym rejonie. Statek nękany był początkowo przez pasmo ciszy, ale schodząc w ryczące czterdziestki coraz częściej napotykał silne wiatry. Załoga sposobiła się na najgorsze, na pokładzie dawało się wyczuć niepokój. O przygotowaniach komendant pisał na łamach prasy:
Główną naszą troską było zabezpieczyć statek przed utratą sterowności, w razie zaś wdarcia się fali – przed utratą ludzi i inwentarza od zmycia za burtę. Przygotowaliśmy grube, długie liny, które wypuszczone z rufy, miały zmniejszyć ewentualność zepchnięcia statku w bruzdę fal. Przenieśliśmy posterunek sterowy bliżej śródokręcia zabezpieczając sterników i samo urządzenie dla sterowania od bezpośredniego zetknięcia się z wałem wodnym. Szalupy zostały również zamocowane, nad nadburciem zaś przeciągnięta została prowizoryczna siatka z lin okrętowych, zabezpieczając w ten sposób ludzi od wyniesienia wraz z falą za burtę. Żagle i liny zostały zamienione na najnowsze i najmocniejsze.1

Z każdym dniem było już tylko gorzej, a wśród załogi rosło zaniepokojenie. Wszyscy jednak chcieli zobaczyć legendarny przylądek. Komendant wspominał kulminacyjny moment rejsu: (pisownia oryginalna):
Tymczasem, podchodząc do przylądka Hoorn, mieliśmy już mocny, pomyślny wiatr, który marynarze nazywają pół-sztormem. Jednocześnie barometr stale opadał […] W dniu 28 lutego po południu zobaczyliśmy nieco z lewej strony grupę wysp. Były to wyspy Diego Ramirez, leżące 40 mil na południo-zachód od właściwego przylądka Hoorn. Mamy je wreszcie. Widać niegościnne brzegi. Wprost z wody piętrzą się niegościnne skały. […] W noc na 1 marca przychodzi sztorm, lecz wiatr wieje od lądu, dużej fali nie ma. Przylądek Hoorn przechodziliśmy w dość znacznej odległości, tak, że tylko dobrą lornetką mogliśmy odróżnić go od szeregu innych skał, leżących na tle gór pobliskiego lądu.2

W podsumowaniu Konstanty Maciejewicz podkreślił, że wyprawa udała się, jej cele zostały zrealizowane, a statek bezpiecznie powrócił do domu.

Właściwie można śmiało powiedzieć, że ostatnia podróż „Daru Pomorza” miała przebieg pomyślny ze względu na brak chwil niebezpiecznych dla statku i obsady statku, bo niestety, dla żaglowca dziś cisze są groźniejsze niemal od burz.3

           *      *       *

Przez lat żadna polska jednostka żaglowa nie opłynęła Przylądka, ale w początku roku 1973 dokonały tego aż trzy jachty.

  • Krzysztof Baranowski na „Polonezie” podczas wokółziemskiego rejsu dotarł do Hornu 23 lutego. Żeglował samotnie, a pod kątem tego etapu dokonał istotnych zmian na jachcie demontując bezanmaszt i zabudowując kokpit. Przedłużony rumpel pozwalał na sterowanie bez wychodzenia z kabiny.

  • Aleksander Kaszowski na „Eurosie” dowodził 7-osobową załogą, która z Polski do Valparaiso dotarła na pokładzie statku. Rejs zaczął się w tym porcie, a kolejnym było Buenos Aires. Na Hornie byli 27 lutego.

  • Tomasz Zydler dowodził 5-osobową załogą „Konstantego Maciejewicza” złożoną z bardzo młodych ludzi, głównie studentów w rejsie dookoła Ameryki Południowej. Żeglowali ze wschodu na zachód i Przylądek opłynęli 26 marca.

Tak uwiecznili ten moment w swoich wspomnieniach. Eugeniusz Moczydłowski pisał:
[…] w odległości kilku mil od wyspy Deceit ukazuje się nad jej górami czarny palec. To jest On! Najsłynniejszy z przylądków, surowy egzaminator żeglarzy i statków – Przylądek Nieprzejednany. We mnie wszystko się gotuje. Niewielu oglądało Go z tak bliska! Przechodzimy między skałami Deceit, jak przez bramę Jego królestwa. Pionowa ściana coraz bliżej. Wyciągamy spod koców aparaty, trzaskają migawki, gęby już uśmiechnięte – napięcie powoli ustępuje.4

Leszek Kosek na kartach swojej książki wspomina:
Siny, spiczasty pagórek wyłania się tam, gdzie go oczekiwano. Na jachcie wybucha radosne podniecenie.5

Jerzy Jaszczuk w artykule prasowym wspomina:
W odległości 2-3 mil stajemy się powoli „caphornerami”. Następuje szał robienia zdjęć. Najbardziej popularne są portrety a la Chay Blyth. Robimy oczywiście także tradycyjne, grupowe zdjęcie z kołem ratunkowym. O godzinie 1730 trawersujemy przylądek w odległości niecałej mili. Idziemy jak najbliżej, aby tylko ominąć kamienie wystające z wody u stóp wyspy. Locja twierdzi, że Horn nie robi przypisywanego mu zazwyczaj, groźnego wrażenia. Na mnie zrobił!6

Marek Słodownik

1Maciejewicz, Konstanty, Przez Cape Hoorn, Morze, 7/1937, str. 18-19
2tamże
3tamże
4Moczydłowski, Eugeniusz,” Pod żaglami i na cumach”, Warszawa , KAW, 1979.
5Kosek, Leszek, „Ze wschodu na zachód wokół Hornu”, Gdańsk, Wyd. Morskie, 1976.
6Jaszczuk, Jerzy, Ze wschodu na zachód, cz. 2, „Żagle i Jachting Motorowy”, 3/1974, str. 8

_____________________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

Małgorzata Krautschneider: Żeglarskie świniobicie.

Któregoś dnia mój mąż oznajmił mi, że kupił świniaka i zamierza urządzić „świniobicie”. Co więcej, twierdził, że umówił się już z rzeźnikiem.

„Będziemy się integrować z mieszkańcami, a dzieci poznają prawdziwe wiejskie życie” – powiedział z entuzjazmem.
Zaskoczona, poczułam ciężar na sercu, jakby przede mną wznosiła się kolejna góra.
Świniobicie to w Czechach rytuał, wręcz święto, do którego podchodzi się bardzo poważnie. Przeczuwałam, że nie sprostamy wszystkim obrzędom, a jak każdy pomysł Rudy, także i ten będzie wymagał mojego zaangażowania.

Żyliśmy skromnie, ale nasz styl życia różnił się od codzienności mieszkańców wioski. Dom, w którym mieszkaliśmy, należał do PGR (w Czechosłowacji było to JZD, czyli Jednotné zemědělské družstvo – przyp. red.) – firmy, w której Ruda pracował jako drwal. Stał na rozdrożu dróg. Przed domem stał jacht, który wzbudzał ciekawość przejeżdżających. To już drugi raz zamieszkaliśmy w Rzetůvce, wsi malowniczo położonej w wąwozie. Mieszkańcy okazywali nam sympatię – w końcu nie każda czeska wioska mogła pochwalić się własnym „żeglarzem”.   

Na świniobicie Ruda zaprosił zaprzyjaźnionych żeglarzy z drugiego końca republiki. Karel, szef klubu żeglarskiego w Pribram, w którym Ruda oficjalnie działał, pomagał mu zdobywać potrzebne pieczątki i dokumenty na rejsy. Przyjechać miał z żoną Jožką – energiczną Czeszką, którą znałam już wcześniej.

Pewnego dnia niewielki prosiaczek został przywiązany za nogę do trzepaka przed domem i czekał na rozwój wydarzeń. Na moje pytanie, gdzie jest rzeźnik, mąż odparł, że niestety nie przyjdzie. Był zajęty innym świniobiciem we wsi, ale zapewniał, że „jakoś sobie poradzimy”. Rzeźnik miał nam doradzać na odległość – wykonamy jedną czynność, a potem pójdziemy do niego zapytać o następną. Ruda najwidoczniej blefował.

Nasze życie było ciekawe, pełne humoru i improwizacji. Ruda potrafił zrobić „show” z każdej sytuacji. Ludzie patrzyli na niego z podziwem i chętnie mu wtórowali. Z czasem ten czeski humor oczarował i mnie. Jednak obecność gości, którzy spodziewali się dostać pół świni, wywoływała mój niepokój.

Był piękny, słoneczny dzień. Zbliżało się południe. W domu byłam sama. Nagle przyszła nowina: rzeźnik zmienił zdanie. Zlitował się nad nami i obiecał, że „urwie się” z innego świniobicia i przyjedzie osobiście wszystkiego dopilnować. Do tego czasu nie wolno nam było dotykać świniaka, aby niczego nie zepsuć.

Świniobicie przesunięto więc na godzinę drugą po południu. Ruda beztrosko wybrał się z dziećmi i gośćmi do lasu na grzyby, a ja usiadłam na parapecie w kuchni, wystawiając twarz do słońca. Takie chwile ciszy zdarzały się rzadko, więc czułam się rozgrzeszona z chwilowego lenistwa.

Wkrótce zjawiła się Růženka, czyli „Chroust”, przyjaciółka domu. Była obecna w naszym życiu od zawsze, odkąd zamieszkałam w Czechach. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, więc i tym razem nie mogło jej zabraknąć. Razem cieszyłyśmy się jesiennym słońcem, gdy nagle rozległ się ostry dzwonek. Rzeźnik!

Pojawił się wcześniej. Najwyraźniej nasze świniobicie było dla niego priorytetem. „Ech, tamci sobie poradzą” – rzucił, widząc moją zatroskaną minę. Uspokoił go widok nietkniętego prosiaczka, cierpliwie czekającego na swój los.
„A gdzie panienki mają wrzątek?” – zapytał od razu.
Spojrzałyśmy na siebie zaskoczone. Automatycznie napełniłam wodą czajnik i po chwili zaniosłam go do garażu, gdzie rzeźnik zaczynał przygotowania.
Na widok czajnika złapał się za głowę.
„To ma być kocioł! Duży kocioł wrzątku!”
Na szczęście wrócił Ruda z gośćmi i zajął się udobruchaniem rzeźnika. Wyciągnęliśmy różne garnki, żeby zagotować jak najwięcej wody. Energiczna Jožka przejęła dowodzenie w kuchni, a Růženka jej asystowała. Garaż wypełnił się ludźmi — wszyscy pracowali w skupieniu pod komendą doświadczonego rzeźnika, który jak kapitan na statku wydawał rozkazy.

Szczęśliwie nie miałam wyznaczonej roli. Chciałam oszczędzić dziewczynkom oglądania tej krwawej sceny, więc poszłam na górę je uspokoić. Zadawały wiele pytań i same domyśliły się, że przytłumiony wystrzał oznaczał koniec życia zwierzęcia.

Jednak nie było mi dane pozostać na uboczu. Po paru godzinach z garażu dobiegły mnie krzyki, żebym zeszła. W końcu wysłano po mnie delegację podnieconych ludzi, którzy niemal siłą zaciągnęli mnie przed oblicze rzeźnika.

W garażu wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Dookoła leżało mięso, w wielkim kotle gotowała się zupa, a ludzie z zakrwawionymi rękami patrzyli na mnie z napięciem.

W końcu dotarło do mnie, że jako Pani Domu to ja decyduję o podziale mięsa, zwłaszcza o losie najlepszych kawałków. Rzeźnik zwracał się do mnie z szacunkiem, a pozostali czekali na moją decyzję. Natychmiast podpowiedział, co powinnam zrobić — przytakiwałam gorliwie, a wszyscy ruszyli do pracy.

Wieczorem nie było już śladu po świniobiciu. Połówkę świni Jožka fachowo spakowała na drogę. Wszyscy uczestnicy otrzymali podarunki, jak nakazuje tradycja. Nam dodatkowo zostały słoiki pełne mięsa na zimę.

Z czasem coraz bardziej doceniałam to doświadczenie. Zapasy ułatwiały mi życie, ale najbardziej zapadła mi w pamięć chwila, gdy rzeźnik dowartościował mnie w roli gospodyni.

Tego dnia naprawdę poczułam się jak królowa.

                                                                                                             Małgorzata Krautschneider

___________________________________________________________
Małgorzata Krautschneider – w połowie lat siedemdziesiątych XX w. ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA i tam napisała i wydała książkę „The Vela” – opis i wrażenia z rejsu zaledwie 23. stopowym jachtem sklejkowym z Polski na Islandię i z powrotem; organizowała regaty Liberty Single Handed Race i inne wydarzenia sportowe i kulturalne w USA. 

 

 

 

Wojciech Jacobson: Pochówek Eskimosów (Inuitów).

 

Tekst, napisany przez Wojciecha Jacobsona i odczytany na spotkaniu przy grobie Ludomira Mączki w 20 rocznicę śmierci Brata Wybrzeża, „Monje del Mar” („Mnich Morski”), #6,  pierwotnie ukazał się pod tytułem „Ludomir w Arktyce” na portalu internetowym Periplus.pl
Korekta tekstu, dobór zdjęć, podpisy pod zdjęciami – Kazimierz Robak (Periplus.pl)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Prosiłem Michała Jósewicza, Kapitana Mesy Szczecińskiej Bractwa Wybrzeża, o odczytanie tych kilku słów, przy grobie Ludka Mączki w 20 rocznicę Jego odejścia. Jednak Michał stwierdził, że – jak na lata przyjaźni i wspólnych rejsów z Ludkiem – to za mało. Prosił, bym uzupełnił to jakimś opowiadaniem. W moim „Archiwum Ludkowym” jest folder zatytułowany „Historyjki”, w którym są zawarte różne anegdoty związane z osobą Ludka. Jedną z historyjek chcę teraz przytoczyć, chociaż jej treść była opowiadana przeze mnie wielokrotnie i opisywana w dwóch książkach.

Było to prawie 40 lat temu. Pierwszego lipca 1987 r. przyleciałem wraz z Ludkiem do wioski inuickiej Gjoa Haven. Ludek z Edmonton w Kanadzie, ja z Polski, ale przez Edmonton. Nasz jacht, „Vagabond 2”, stał na piaszczystym, nieco pochylonym lądzie, blisko wody Zatoki Gjoa Haven.

1987, lipiec, Gjoa Haven: Vagabond’eux na brzegu zatoki. Foto. W. Jacobson

Po dotarciu do jachtu, stwierdziliśmy, że wejściówka, starannie przez nas w 1986 r. zaszalowana, została wyłamana.

Ludek wchodzi na jacht, ja układam to, co przywieźliśmy, Gjoa Haven, lipiec 1987 r. Foto. J. Łubisz

Nie weszliśmy więc do wnętrza, chcąc najpierw zawiadomić policję o włamaniu. Biały policjant, złapany gdzieś w terenie, orzekł, żeby wejść do środka bez niego; on sam jest bardzo zajęty, zjawi się nazajutrz. W wiosce był wypadek: zginęły dwie osoby, ojciec i syn, przy czyszczeniu zbiorników po paliwie. Trwało śledztwo i uroczystości żałobne z udziałem pastora anglikańskiego i księdza katolickiego. Obaj misjonarze, obaj przyjezdni. Grunt był jeszcze zamarznięty i trumny nie były pochowane. Zostały pozostawione na otwartym polu.

We wnętrzu jachtu nie było większych szkód. Zginęła, dość cenna, latarka stroboskopowa i zanieczyszczony został kibel, czyli WC. Nasze dalsze życie potoczyło się zgodnie z zasadą szefa wyprawy i właściciela jachtu : ”do roboty”, (z francuskiego „au boulot”): znaczyło to przygotowanie łódki do wodowania i rejsu.

Trumny na zamarzniętej ziemi, Gjoa Haven, 16 sierpnia 1987 r. Foto. W. Jacobson

16 sierpnia 1987 roku, czyli po 6 tygodniach od wypadku w Gjoa Haven i uroczystościach żałobnych, zaprzyjaźniony Eskimos (Inuk), Eddie Kikoak, katolik, zwrócił się do nas o pomoc przy pochowaniu trumien: ziemia zmiękła, koparka przygotowała doły, pozostał pochówek.

Oczywiście obaj przystąpiliśmy do akcji, szczególnie przykładał się Ludek. To była ciężka praca fizyczna: zasypanie trumien twardą, wpół zamarzniętą ziemią i utworzenie grobów z drewnianymi krzyżami. Groby stanęły w miejscu cmentarnym, widocznym z daleka, nawet z wody.

1987, 16 sierpnia, Gjoa Haven: cmentarz nad brzegiem zatoki. Fot. W. Jacobson

Obaj mieliśmy podobne odczucia: dusze zmarłych Eskimosów – Inuitów pomogą nam w żeglarskich i morskich poczynaniach. 

Pozostało tak do dziś: dusze Ludka i zmarłych przyjaciół żeglarzy sprzyjają nam w żeglarskich i morskich poczynaniach …

„Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie…”

                                                                                                                         Wojciech Jacobson

___________________________________
Wojciech Jacobson – ur. 1929 r.; jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem, m. in., z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II”, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP – Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Za współpracę z kanadyjską szkołą pod żaglami – Class Afloat, wyróżniony nagrodą Derek Zavitz Memorial Award – „za postawę godną naśladowania” (1998). Nagroda Conrady – 2009, Honorowy Ambasador Szczecina – 2011, członek honorowy PZŻ, AZS, członek Bractwa Wybrzeża.

Zenon Szostak: Ludek i literatura

Życie Ludomira Mączki – jego biografia, wędrówki po świecie, rejsy i wyprawy opisane są w kilku, a może już kilkunastu książkach, w niezliczonej ilości artykułów prasowych i internetowych, pokazane w trzech filmach, kilku filmach na You Tube, były prezentowane na kilku wystawach; ba, o Ludku pisano wiersze (doliczyłem się kilkanaście wierszy i to nie tylko w języku polskim).

Ale mniej znane jest, i nie dotarło tak bardzo do powszechnej świadomości, pisanie Ludka; jego teksty, listy, karty pocztowe, widokówki i zapiski – to przede wszystkim. I tych listów i zapisków dziennych z okresu ponad półwiecza jest pokaźna ilość – może i kilka tysięcy.

Czasami słyszy się opinie, że Ludek tyle jeździł po świecie, tyle żeglował, widział, spotykał ludzi, a książki żadnej nie napisał.

Można zaryzykować twierdzenie, że chyba żaden polski żeglarz, a może i na świecie, nie napisał aż tyle co Ludomir Mączka, choć faktem jest, że nie wydał żadnej książki.

I jest jeszcze jedna opinia, niesłusznie zawężająca osobę Ludomira Mączki do kojarzenia go tylko z czosnkiem, chilijskim winem i yerba mate.

Więc, to nie tak.

Dlatego właśnie, w takim ujęciu – pod hasłem „Ludek i literatura”, chciałbym powiedzieć słów kilka, przywołać trochę mniej znane fakty z jego życia, zasygnalizować temat, wiedząc, że go nie wyczerpuję.

Pierwszy, najstarszy tekst Ludomira Mączki, który zachował się i jest znany, otrzymałem od Ziemowita Ostrowskiego, jego kolegi klubowego ze szczecińskiego Jacht Klubu AZS. Tekst został napisany przez Mączkę, jako felieton, krytyczny głos Ludomira na X-lecie szczecińskiego żeglarstwa akademickiego, czyli w 1956 roku. Pisał go dla społeczności żeglarskiej przedstawiając swoje poglądy na ówczesne żeglarstwo i wartości jakie ono niesie.

Pozwólcie, że dla przybliżenia zmysłu obserwacji Ludomira przytoczę krótki fragment z tego felietonu: (przypominam: jest rok 1956):

„… ci wszyscy co sobie wyobrażają żeglarstwo jako „wczasy”, białe spodnie na kant, białe czapki i wycieczkę jachtem do Międzyzdrojów mogą już z góry kupić sobie bilet na statek „Żeglugi Przybrzeżnej”, bo w żeglarstwie nie mają wiele do szukania”.

Dalej Ludomir pisze o żeglarstwie jako szkole charakterów – powątpiewając czy tak jest; pisze o trzech gatunkach ludzi, których można wyróżnić w żeglarstwie, to jest: wczasowicze-turyści, sportowcy i żeglarze właściwi, dając charakterystykę, jak pisze, „każdego typu z tych gatunków”.

Tekst z roku 1956, z 17. kwietnia, został po latach opublikowany w „Zeszytach Żeglarskich”, w nr 3, z listopada 2002 roku.

Po wielu latach od napisania tego felietonu, Ludek będąc wówczas w dalekiej Kanadzie, w Toronto, przeczytał opublikowany tekst i w styczniu 2003 roku przysłał list w którym podzielił się pewnymi refleksjami z mijającego półwiecza, pisząc, m.in:

„W zasadzie to co napisałem z okazji 10 lecia Jacht Klubu AZS w Szczecinie nadal jest aktualne, być może obarczone młodzieńczym entuzjazmem i zapałem, ale z biegiem lat przeszedłem, cytując Conrada, swoją: „Młodość”, „Wtajemniczenie”, „Smugę cienia” i chyba „U kresu sił”.

W latach 1962 – 1963 Ludomir Mączka uczestniczył w Polskiej Ekspedycji Geologicznej w Mongolii. Do znajomych w Polsce przysyłał listy opisujące ten czas, o którym po latach, w wywiadzie dla „Zeszytów Zeglarskich”, w grudniu 2003 roku, powie:

„... wyjazd do Mongolii, na kartowanie kraju dzikiego, zupełnie dziewiczego i to była chyba największa przygoda w moim życiu jaką miałem; i to była przygoda raz w stylu Karola Maya, a drugie też intelektualna, jako geologa …”

Foto. J. Kuchciński

I właśnie w jednym z listów z Mongolii, pisanym na biwaku w górzystym, dzikim terenie, z dala od cywilizacji, Ludek cytuje z pamięci fragment wiersza XIX wiecznego amerykańskiego poety, Henry’ego Wadswortha Longfellowa:

W liście Ludek zachwyca się dziewiczym, surowym górzystym krajobrazem, opisuje nocleg pod namiotem w jednej z dolin, wreszcie pisze:

„…Wyjeżdżając z doliny Ara Chaszjatu, tak mi się nasunął kawałek wiersza Longfellowa:

The day return, but nevermore
Returns the traveller to the shore,
And the tide rises, the tide falls.

Nie wiem czy kiedyś jeszcze ujrzę tę dziwną, dziką dolinę, świecącą w słońcu, grzmiącą swym strumieniem …„

W tamtych latach poezja amerykańska nie była popularna w Polsce, a o wydaniu wierszy Longellowa nikt poważnie nie myślał. Ludek znał wiersz z oryginalnego amerykańskiego wydania.

Pisze o książce Jacka Londona „Wyga”:

„... W „Wydze” Londona jest taki opis jak Bellow siedzi sam, w zimie, przy ogniu i rozmawia z psami: że tam znalazł sam siebie. Czułem chyba to samo.”

Foto. J. Kuchciński

Dalej w liście pisze o książce Wacława Sieroszewskiego przywołując informacje o Jakutach i koniach. Mongolię przemierzał konno prowadząc prace geologiczne i konfrontując opinię miejscowych Mongołów o koniach i jeźdźcach, z opinią Sieroszewskiego.

W kolejnym liście z Mongolii pisze:

„… kupcie mi książki: „Poradnik medyczny dla kapitanów żeglugi” i „Dawne żaglowce”.

Na biwaku czyta pożyczoną od kolegi geologa książkę Bronisława Gąbczewskiego „Podróże po Azji Centralnej w latach 80-90 ubiegłego wieku”.

Tych odniesień do literatury: prozy, poezji, do książek podróżniczych, przygodowych jest bardzo dużo w listach Ludkowych.

W listopadzie 1965 roku, płynąc statkiem do Ameryki Południowej na rejs jachtem „Śmiały” przywołuje w swoich zapiskach „Meteorologię” Bronisława Gładysza – znany i ceniony podręcznik dla wyższych szkół morskich.

Czekając w Buenos Aires na przypłynięcie „Śmiałego”, pisze w zapiskach:

„Pożyczyłem w Domu Polskim w Buenos Aires książkę o Argentynie po niemiecku i czytam”.

A oglądany wspólnie z Wiktorem Ostrowskim (podróżnik, taternik, alpinista, uczestnik walk pod Monte Cassino) znany film „Grek Zorba” przywodzi mu na myśl postać Colas Breugnon, z powieści Romain Rolanda pod tym samym tytułem. I tak właśnie zanotował w swoich zapiskach.

Wspomina czytany „Pamietnik żeglarza” Richarda Dany – książkę wydaną w Polsce o życiu na żaglowcu w XIX wieku.

Z Afryki, z wyjazdu geologicznego do Zambii, z obozowiska nad Mkushi River Ludomir Mączka przysyła swoje listy, zapiski, a także egzotyczne widokówki na odwrocie gęsto, zapisane drobnym pismem. Pisze do Wojtka Jacobsona, do dr Romana Racinowskiego – geologa, profesora Politechniki Szczecińskiej, lwowiaka; pisze do dawnego kolegi klubowego z żeglarstwa szczecińskiego, profesora Bogdana Fijałkowskiego; do wielu, bardzo wielu osób.

I w jednym z takich listów, pisze:

„ z literatury to tutaj mam mały słownik angielski, rozmówki angielsko-polskie i angielsko-hiszpańskie i krótką ruską petrografię oraz kilka opracowań z tego terenu”.

Z rejsu „Marią”, z Darwin (1978 rok) pisze w liście:

„ Do czwartej rano czytałem o wojnie Burskiej. Powieść, ale niezła. Jednak ta Afryka to też mi weszła w krew. Książki pożyczam od Dawida z „Akeli” (to inny jacht w porcie).

 

Foto. z arch W. Jacobsona

W wywiadzie udzielonym „Zeszytom Żeglarskim” w grudniu 2003 roku tak mówił:

„…”Młodość”, „Zwierciadło Morza” to jest na jachcie moja Biblia do której lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć …”

Foto. M. Krzeptowski

Biblię, tę prawdziwą, też zresztą miał na jachcie i ją czytał.

W korespondencji z Toronto, w listach z kwietnia 1994 roku do Wojciecha Jacobsona, Ludek cytuje dwa wiersze. Przytoczył je dwukrotnie w dwóch kolejnych listach – musiały być dla niego ważne, wywarły duże wrażenie. Jeden z wierszy opatrzył swoim komentarzem. To uwagi Kazimierza Robaka z Florydy, który zainteresował się tą korespondencją, tym wierszami i szczegółowo omówił temat na swojej stronie internetowej Periplus.pl

Najciekawsze jest to, że te wiersze cytowane w listach Ludek napisał po hiszpańsku, ale autorem ich był chiński poeta Bai Jui (wymowa: Baj Dziu-i), żyjący na przełomie VIII/IX wieku naszej ery.

Skąd ta chińska poezja? Na samym początku listu z Toronto Ludek wyjaśnia, że dostał je – te wiersze – od Ireny Karpowicz.

Wojtek Jacobson:
„Po roku 1990 Ludek odwiedzał Irenę w Alicante. Irena wiedziała, że Ludek lubi język hiszpański i że czytuje poezję, dlatego podesłała mu te wiersze chińskie po hiszpańsku. Ludek pisze o wymianie kulturalnej: on do Ireny wysłał wiersz portugalski, w rewanżu otrzymał dwa chińskie”.

W połowie lat 90-tych na przystani PTTK w Szczecinie pojawił się jacht, przybył ze śródlądzia na lawecie. Żeglarze, którzy go przywieźli, tak wspominają:
„Tuż po naszym przyjeździe ok. 6 rano przyszedł Pan ubrany miedzy innymi w bluzę moro, z zapytaniem skąd przybyliśmy, co to za łódka. Następnie przedstawił się w następujący sposób: „Cześć, Ludek jestem”. No i już wiedzieliśmy kto to jest. Pokazał nam swoją „Marię”, która stała wtedy na przystani PTTK. Przez te kilka dni naszego pobytu, Ludek był częstym gościem na naszym jachcie. Jego zdolność do nawiązywania kontaktów sprawiła, że szybko stał nam się bardzo bliski. Na pożegnanie wpisał do naszego dziennika jachtowego, który jeszcze nie został wypełniony, wiersz po portugalsku. Powiedział nam, iż będąc na Azorach nauczył sie tego języka, określając go jako jeden z najpiękniejszych jakie poznał i w tym języku dokonał wpisu z pamięci.”

A wiersz – właściwie pierwsza zwrotka – wpisany przez Ludka z pamięci jest autorstwa portugalskiego poety XX wieku Fernando Pessoa.

Przed świętami Bożego Narodzenia, w grudniu 2004 roku, z Toronto, Ludek pisał w liście do Wojtka Jacobsona:
„Pisanie idzie różnie, ale się nie zrażam. Załatwiam świąteczną korespondencję – ca 30 szt. Dla zachowania szacunku dla siebie twardo czytam niemieckie, rosyjskie i ukraińskie, bo to już 50 lat jak jako tako używałem. Teraz z Bolkiem śledzimy sprawy ukraińskie. Oby Rosja nie zagarnęła Ukrainę! Bo Polska następna w kolejce.

Monje del Mar – Ludomir

Bardzo ciekawe i celne spostrzeżenie na temat Ludka wniósł Maciej Krzeptowski, tak oto charakteryzując spotkania z Ludomirem:
„Mistrz dygresji. Żeglarze lubią opowiadać, każdy czymś się tam jakoś chwali. Opowiada o tym, o tamtym. Ludek zwykle siedział, słuchał. I nagle wtrącał: „A nawiasem mówiąc…”. Zaczynał mówić o czymś zupełnie innym, niezwykle ciekawie, by przez rozmaite analogie wrócić do punktu wyjścia. Ludzie słuchali go z otwartymi ustami”.

Kapitan Wojciech Jacobson, tak wspomina Ludomira Mączkę:
„Gdziekolwiek i cokolwiek robił zawsze towarzyszyły mu książki. Połykał wszystko, co pisane. W Arktyce oparzyłem sobie rękę. Poszliśmy we dwóch do ambulatorium. Siostry opatrywały ranę a Ludek siedział w poczekalni. Tam dorwał się do czasopism. W końcu zabrał wszystkie gazety, które tam leżały. I przez dwa dni go nie było, bo czytał. Ja się denerwowałem, bo była praca do zrobienia. Ale Ludek był nie do zdarcia w tej sprawie.

W każdym porcie Ludomir brał bączek, pakował przeczytaną literaturę i płynął w odwiedziny na inne jachty. To był jego ulubiony zwyczaj. Z każdym pogadał, poopowiadał swoje przygody. I wymieniał książki na nowe.

Pamiętał wszystko co czytał. Magazynował w głowie fakty, cytaty. Dzięki Dumasowi historię Francji miał w jednym palcu. Zaginał rodowitych Francuzów.

Dzięki tej ogromnej wiedzy błyszczał na każdym spotkaniu”.

   

          Fot. W. Jacobson

Więc to pisanie Ludkowe (i czytanie) było bardzo ważne dla niego; żeglarstwo było sposobem na poznanie świata i ludzi, na przeżywania życia; jacht – środkiem do realizacji a sztuka epistolarna posłużyła mu do opowiedzenia nam tego świata i ludzi.

(zs), 27.02. 2026

Wojciech Jacobson: List do Braci Wybrzeża na Zafarrancho Mesy Szczecińskiej

Ludomir – geolog i żeglarz

Ludomir Mączka i Wojciech Jacobson na „Marii”, Atlantyk, 1974 rok. Fot. A. Marczak

 

Drodzy Zebrani, Bracia i Branki oraz Goście!

Michał Jósewicz, # 143, nasz Kapitan, zobowiązał mnie do przedstawienia paru słów o Ludomirze. Ponieważ nie mogę przyjść na obecne Zafarrancho, przekazuję moje słowa w formie opowiadania Bratu Zenkowi Szostakowi, # 181, z góry dziękując za odczytanie.

Wspominałem wielokrotnie, że w moim „Archiwum Ludkowym” jest folder, w którym są zawarte różne historie z Ludkiem związane, a jest ich ogromna ilość. Kilka z nich, w skrócie, przytoczę teraz, a ich wspólnym mianownikiem będą dwa słowa: „geolog” i „żeglarz”.

Właśnie w tej kolejności, bo cała żegluga „Marią” to efekt pracy Ludomira jako geologa – przez dwa sezony (1962-1963) w Mongolii, co Ludek później nazwał swoją największą „przygodą intelektualno-geologiczną”; a także przez trzy i pół roku (1968-1972) w Zambii, gdzie otrzymywał wypłatę w „twardej walucie”, za którą później mógł w PRL kupić jacht.

Jednocześnie żeglował. Po studiach we Wrocławiu, pracował w Warszawie potem przeniósł się do Szczecina, aby być bliżej morza. W 1957 roku popłynął szkunerem „Zew Morza” do Narviku, a w 1959 – jachtem „Witeź II” na Islandię. Po powrocie z Mongolii wziął udział w wyprawie Polskiego Towarzystwa Geograficznego dookoła Ameryki Południowej na jachcie „Śmiały”. Po rejsie „Śmiałego” wyjechał, jako geolog, do Zambii.

Swoje dwie pasje – geologię i żeglarstwo – Ludomir potrafił łączyć przez całe życie. Podczas wyprawy na „Śmiałym”, gdy tylko mógł, wyruszał w teren z geologicznym młotkiem.

Pracując w Instytucie Geologicznym w Szczecinie zawsze starał się tak sterować, by prace, które zlecano mu do wykonania, były związane z morzem. W ten sposób Ludek został „przypisany” do tematu: „Perspektywy występowania minerałów ciężkich w piaskach plażowych południowego Bałtyku na odcinku Świnoujście – Bagicz”.

Żeglować, a równocześnie pracować jako geolog i jeszcze dostawać za to wynagrodzenie!; czyż można sobie wyobrazić bardziej pomyślny układ?! Ludek prowadził więc rejsy na jachtach: „Piana”, „Witeź II” i „Pegaz”, których celem było badanie piasków cyrkonowych w strefie przybrzeżnej. Uczestnicząca w ostatnim rejsie Maria Gerlach wspomina w wywiadzie dla Macieja Krzeptowskiego: (patrz: książka „Mam na imię Ludomir”)

Prace na „Pegazie” trwały od 19 do 29 czerwca 1968 roku, przepłynęliśmy 277 mil, zachodziliśmy do Dziwnowa, Kołobrzegu i Darłowa. Na mapach wyznaczono wcześniej punkty, gdzie należało pobrać próby. Stawaliśmy na kotwicy bardzo blisko brzegu. Najpierw rzucaliśmy sondę, mającą w ciężarku wgłębienie wypełnione tłuszczem, do którego przyklejały się fragmenty dna. Później następowała najtrudniejsza operacja, a więc pobranie właściwej próby. Używaliśmy specjalnego czerpaka, materiał z odpowiednim opisem pakowaliśmy do woreczków. Przy większej fali było z tym sporo kłopotów.

Z Jacht Klubu AZS Szczecin płynął wtedy także Zbyszek Faberski.

Z kolei w Zambii, gdzie Ludek robił zwiad geologiczny w dzikim terenie, do ustaleń topograficznych przydawała mu się znajomość astronawigacji.

Oszczędność, umiejętność prowadzenia traperskiego życia przy minimalnych wymaganiach, których nauczył się podczas wypraw geologicznych – zgodnie z zasadą prof. Józefa Zwierzyckiego z Wrocławia, że „geolog i pies jada raz dziennie” – pomagała mu zarówno podczas forsownych wypraw, jak i rejsów.

Po naszym wspólnym rejsie do Peru, w latach 1973-1974, Ludek przysłał mi do Szczecina opis swojego wypadu w Andy, gdy „Maria” stała w Callao, a na jej pokładzie zostali Kazik Jasica i Antoni Jerzy Pisz. Wyjazd zorganizował mieszkający w Peru inżynier-górnik Leszek Piotraszewski, który zabrał Ludka do jednej z kopalń, wysoko w Andach.

Z Limy, 14 października 1974 r, pojechali na południe, przez miejscowości Cañete, Chincha, Ica, Nazca (widzieli tam geoglify) do Acarí i dalej – terenowymi drogami – do kopalni Huarato Viejo. W górach, w surowych warunkach, na wysokości 1400 m n.p.m, Leszek i Ludek spędzili 2 tygodnie. Wyprawa w Andy była jedną z przygód, którą Ludek wspominał jako piękną. Opis – w korespondencji Ludka – przytacza obserwacje zawodowego geologa, przywołuje piękno Andów i przedstawia relacje z fiestas w miejscowych wioskach, gdzie Ludek tańczył, śpiewał i… strzelał z pistoletu. Szersze opisanie tej przygody jest przytoczone w mojej książce „Od równika do bieguna…” oraz w kwartalniku „Zeszyty Żeglarskie”.

Gdy w 1999 roku Ludek wyruszył ze Szczecina na kolejną wyprawę – „Szlakiem Magellana”, zbierał, razem z Maciejem Krzeptowskim, geologiczne okazy, głównie w Patagonii. Tego rejsu, Ludomir ze względu na komplikacje zdrowotne, nie dokończył, ale zbiory dotarły na prowadzonej przez Macieja „Marii” do Szczecina i trafiły do muzeum.

Żeby zakończyć te geologiczno-żeglarskie przygody Ludka anegdotą prawdziwą, opowiem o tym, co przydarzyło się latem 1987 roku w Gjoa Haven, inuickiej (eskimoskiej) osadzie w kanadyjskiej Arktyce. Było to podczas trzeciego, przedostatniego roku naszej żeglugi na jachcie „Vagabond’eux” przez Przejście Północno-Zachodnie.

Wiadomość o kwalifikacjach geologicznych Ludka rozeszła się szybko w Gjoa Haven.

8 lipca 1987 r. przyszła do nas, a właściwie do Ludka, grupa Inuitów – poważni ludzie z szefem wioski na czele oraz przyjezdny Inuk z Yellowknife.

Goście wystąpili z propozycją eksploracji górzystego rejonu odległego ok. 30 mil od Gjoa Haven, w odludnych, niedostępnych częściach Półwyspu Boothia. Mieliśmy popłynąć „Vagabondem” do jednej z dalszych zatok, której strome brzegi pełne były niezbadanych minerałów, może nawet ze srebrem lub złotem. Ludek miał być ekspertem, a „Vagabond’eux” – bazą zakotwiczoną w pobliżu.

Ludek otrzymał do zbadania próbki minerałów. Następnego dnia przedstawiał wyniki swojej analizy, omawiając po kolei każdą z próbek, a ja spisywałem to, co mówił. Określenia były fachowe i brzmiały bardzo mądrze. Ekspertyza była niepomyślna dla naszych rozmówców, tym niemniej sprawa ciągnęła się przez jakiś czas. Wygasła po przylocie Janusza Kurbiela – szefa wyprawy i właściciela jachtu: musieliśmy skoncentrować się na przygotowaniu jachtu do wodowania i dalszej żeglugi.

Wodowanie odbyło się 21 sierpnia 1987, wyjście z Gjoa Haven – 25 sierpnia. Zdołaliśmy jednak przepłynąć na północ zaledwie 150 mil – dalszą drogę zamknął nam zwarty lód. 26 września, znów slipowaliśmy „Vagabond’eux” w Gjoa Haven i przygotowywaliśmy go na kolejne zimowanie.

O poszukiwaniach złota nie było już więcej mowy.

                                                                                                        Wojciech Jacobson, # 44
                                                                                                               26 lutego 2026 roku

___________________________________
Wojciech Jacobson – ur. 1929 r.; jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem, m. in., z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II”, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP – Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Za współpracę z kanadyjską szkołą pod żaglami – Class Afloat, wyróżniony nagrodą Derek Zavitz Memorial Award – „za postawę godną naśladowania” (1998). Nagroda Conrady – 2009, Honorowy Ambasador Szczecina – 2011, członek honorowy PZŻ, AZS, członek Bractwa Wybrzeża.

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Lloyd Images / Sodebo

Trophee Jules Verne. Fot. Team Sodebo, materiały prasowe.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Marek Słodownik:                                                   ARTYKUŁY
Najpierw 32-metrowy trimaran „Sodebo ULTIM 3” dowodzony przez Thomasa Coville’a opłynął świat w czasie 40 dni i 10 godzin, 45 minut i 50 sekund, a kilka dni później wyczyn opłynięcia świata pod żaglami non stop powtórzyła żeńska załoga kierowana przez Alexię Barrier kierująca 30-metrowym trimaranem „IDEC Sport”. Dziewczyny uzyskały wynik 57 dni, 21 godzin i 20 minut,

_________________________________________________________________________________________________________

(zs):                                                                             ARTYKUŁY
W tych pierwszych latach żeglarstwa akademickiego, jeszcze przesiąkniętych przedwojennymi tradycjami azetemowskimi, wysokimi wartościami moralnymi, wzorcami postępowania, etosem organizacji, obok Wodzyńskiego, zaznaczają swoją aktywność żeglarską pierwsi członkowie zarządu AZM: Bernard Quandt – był bez ręki; czy to skutek wojny?, Mieczysław Babczyński, Jerzy Szelestowski

______________________________________________________________________
Ludomir Mączka:                                                       LISTY
Wreszcie ok. 1800 wyszliśmy na żaglach. Noc była piękna. Śliczny zachód słońca, księżyc, potem sflaciało. Szliśmy 3 godziny na silniku. I tak powoli zaczynamy wpadać w rutynę.

_________________________________________________________________________________________________________
Fernando Pessoa:                                                       WIERSZE
Przy omawianiu literackich fascynacji Ludomira Mączki, zwraca uwagę jego pamięć do cytatów, fraz, całych fragmentów wierszy. I właśnie jeden z takich wierszy, wiersz portugalskiego poety Fernando Pessoi – we fragmencie – utrwalił się i pozostał w pamięci Ludomira na lata.
(…)
_____________________________________________________________________
Mariola Landowska:                                                 KORESPONDENCJA:     z Lizbony
Klasyczne łodzie z żaglem łacińskim nadal pływają po Tagu; łodzie z czasów, gdy nie było jeszcze mostów na rzece Tag. I właśnie taki widok zainspirował mnie do malarskich tematów.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~F  O  T  O  G  A  L  E  R  I  A
Regaty, regaty w obiektywie Jolanty Raczyńskiej
XXVIII Regaty Damskie o Bukiet Jeziora Dąbie w Szczecinie, 07 VI 2025

 

Fot. Jolanta Raczyńska.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

G A L E R I A   O B R A Z U

                                                                                          Paweł Przybyłowski, olej na płótnie

 

                                                                                                                       Paweł Przybyłowski, olej na płótnie

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

 

Marek Słodownik: Jules Verne Trophy

Aż dwa rekordy opłynięcia świata pod żaglami zostały ustanowione w ostatnim czasie. Jak to możliwe? Otóż najpierw 32-metrowy trimaran „Sodebo ULTIM 3” dowodzony przez Thomasa Coville’a opłynął świat w czasie 40 dni i 10 godzin, 45 minut i 50 sekund, a kilka dni później wyczyn opłynięcia świata pod żaglami non stop powtórzyła żeńska załoga kierowana przez Alexię Barrier kierująca 30-metrowym trimaranem „IDEC Sport”. Dziewczyny uzyskały wynik 57 dni, 21 godzin i 20 minut, ale w ich przypadku nie on był najważniejszy; przeszły do historii jako pierwsza całkowicie kobieca załoga, która świat opłynęła bez zawijania do portów. Pobicie tego kultowego rekordu wyścigów morskich zajęło dziewięć lat i trzynaście prób, w tym trzy „Sodebo Ultim”.

Panowie

Skipper Thomas Coville świat opłynął już 11 razy, pozostali członkowie zespołu w żegludze po wielkiej pętli nie mieli jeszcze doświadczeń, choć nie są to w żeglarskim fachu nowicjusze. Część z nich z Thomasem już żeglowała, dla dwójki załogantów był to pierwszy wspólny rejs. Ekipa „Sodebo” żeglowała znakomicie bijąc po drodze rekordy prędkości na odcinku z Francji do równika, do Przylądka Leeuwin i Hornu. „Sodeboys”, jak określiła ich prasa żeglarska, świetnie wystartowali; po 4 dniach i 4 godzinach po wypłynięciu z Francji zameldowali się na równiku, a na południowym Atlantyku notowali nawet 1300-milową przewagę nad dotychczasowymi rekordzistami. Wydaje się, że to dużo, jednak w praktyce oznaczało to zaledwie półtoradniową przewagę, bowiem jachty klasy ULTIM mkną z prędkością nawet powyżej 40 węzłów osiągając regularnie dobowe przeloty na poziomie nawet 850-880 Mm.

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Lloyd Images / Sodebo

 

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Lloyd Images / Sodebo

Były momenty, że przewaga stopniała do zera, nawet tracili do swych wirtualnych rywali. Krytycznym etapem było przejście Oceanu Indyjskiego. Podczas gdy Francis Joyon na trimaranie „IDEC Sport” „przejechał” ocean w 5 dni na jednym halsie, „Sodeboys” musieli wykonać aż 34 zwroty, ponieważ gonili układ niżowy. Mimo wszystko gnali jednak bezprzykładnie i systematycznie odrabiali utracony dystans. Do Przylądka Dobrej Nadziei panowie dopłynęli po 11 dniach, na Hornie meldowali się w 26 dniu wyprawy.

Po pięciu tygodniach ponownie przekraczali równik, aby do mety dopłynąć w czasie 40,5 dni żeglugi. Najtrudniejszym etapem rejsu nie był południowy Pacyfik, Horn, czy Ocean Indyjski. Najbardziej w kość załoga dostała w ciągu ostatnich 48 godzin rejsu, kiedy z pełną świadomością podejmowanego ryzyka wpłynęli w strefę sztormu Ingrid szalejącego z prędkością wiatru w porywach do 65 węzłów i falami wysokimi na 8-10 metrów. Ryzykowali, ale do końca walczyli o rekord, wygrali, ale najwięcej strat na jachcie odnotowali właśnie wówczas. Jachtem rzucało niemiłosiernie, wszyscy trwali w napięciu obawiając się, że ostatnie dwie doby mogą zniweczyć prawie sześciotygodniowy wysiłek.

BI embarquee Sodebo Trophee Jules Verne
credit Vincent Curutchet/Team Sodebo

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Vincent Curutchet / Sodebo

Uwagę obserwatorów przykuł jeszcze jeden element. 40-dniowy rejs w ekstremalnych warunkach nie spowodował istotnych awarii w sprzęcie, poza rolerem jednego z foków i utratą osłony steru w ostatnich dniach, kiedy jacht mierzył się ze sztormem Ingrid; nic nie wymagało spektakularnych działań. Załoga na bieżąco kontrolowała najważniejsze elementy jachtu obserwując krytyczne miejsca dzięki kilkuset czujnikom zainstalowanym w newralgicznych punktach. Dzięki temu załoga decydowała na bieżąco, na ile może sobie pozwolić w „żyłowaniu” jachtu bez ryzyka awarii.

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : The Abeille Bretagne activates her water jets to celebrate Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, after they win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Jean-Louis Carli / Sodebo

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Jean-Louis Carli / Sodebo

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, celebrate winning the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Vincent Curutchet / Sodebo

Panie

W tym samym czasie o to samo trofeum walczyła 8-osobowa żeńska załoga The Famous Project dowodzona przez Alexię Barrier. Dziewczyny do tej próby przygotowywały się prawie 2 lata, trenowały nie tylko na jachcie, ale także w basenie, na siłowni, ba, nawet na ringu. Doskonale zdawały sobie sprawę, że męskiego rekordu nie pobiją, ale walczyły o swój, kobiecy. Dotąd miała miejsce zaledwie jedna próba z paniami na pokładzie, w 1997 roku Tracy Edwards próbowała ustanowić rekord na jachcie „Royal & Sun Aliance”, ex „ENZA New Zealand”, ale rejsu nie ukończyły z powodu złamania masztu. W 2003 roku kolejnym katamaranem, „Kingfisher”, dowodziła Ellen Mac Arthur, ale była to załoga mieszana. Oni także nie ukończyli próby, nota bene z tego samego powodu. Teraz 8 ambitnych i doświadczonych żeglarek popłynęło na jachcie „IDEC Sport”, tym samym, którego rekord pobili „Sodeboys”. Jacht został generalnie odnowiony, dostał nowy takielunek, nowe żagle, wymieniono niemal całą elektronikę, jest w świetnym stanie chociaż jest to jednostka niemal 20-letnia. Ich jacht to jeden z ostatnich wielkich wielokadłubowców nieposiadający foili, ponadto jako model nieco już historyczny, nie zapewniał załodze komfortu żeglugi z dachem nad głową, ponieważ stanowisko sternika osłonięte jest zaledwie odchylanymi klapami.

 

Skipper Alexia Barrier and his crew training onboard the Maxi-Trimaran The Famous Project CIC, off Groix island, on July 8, 2025, Photo © Jean-Marie LIOT / The Famous Project CIC

BREST, FRANCE – NOVEMBER 29, 2025 : Boat and crew of The Famous Project CIC, 100% women crew, are photographed before start for Trophée Jules Verne on November 29, in Brest, France – (Photo by Jean-Marie Liot / The Famous Project CIC)

Rejs przebiegał pod znakiem problemów technicznych. Już na południowym Atlantyku awarii uległ system obsługi grota na fale, dziewczyny nie mogły go zrzucić, co skutkowało poważnymi konsekwencjami, rozważano nawet zawinięcie do Kapsztadu. Uporały się z tym kłopotem, ale pojawiały się kolejne: z generatorem, autopilotem, posłuszeństwa odmawiała część elektroniki pokładowej. Kiedy 38. dnia żeglugi minęły Horn, uwierzyły, że mogą osiągnąć cel, ale nie był to jeszcze kres problemów technicznych. Na tysiąc mil przed metą porwały grota na tyle poważnie, że dokonanie naprawy stało się niemożliwe, a zapasowego nie było. Mogły postawić jego górny fragment, ale bardzo spowolniło to jacht. Teraz już jednak nie czas opłynięcia świata stał się nadrzędnym celem, a samo dopłynięcie i ustanowienie pierwszego kobiecego rekordu. Kiedy u wybrzeży Portugalii szalał sztorm Ingrid, dziewczyny schowały się za Azorami czekając na poprawę pogody. Ruszyły, kiedy Brest szykował się na powitanie załogi „Sodebo”. Ostatecznie do celu dopłynęły 26 stycznia uzyskując czas 57 dni, 21 godzin i 20 minut. Ich jacht żeglował regularnie ponad 500 mil w ciągu doby, ale odnotowały też skok 700-milowy. Dla nich jednak priorytetem było samo ukończenie rejsu, wynik był sprawą drugorzędną.

Na pokładzie ramię w ramię płynęły żeglarki z siedmiu krajów, w różnym wieku, najmłodsza miała 23 lata, najstarsza 57, o różnych doświadczeniach życiowych o żeglarskich, a mimo to potrafiły skupić się na wyniku i osiągnąć cel. Marzenie Alexii z Francji, Dee i Deborah z Wielkiej Brytanii, Annemieke z Holandii, Rebekki ze Szwajcarii i Nowej Zelandii, Molly z Włoch i USA, Tamary z Hiszpanii i Stacey z Australii. Dziewczyny z The Famous Project CIC żyły wyłącznie w rytmie swoich trzygodzinnych zmian na pokładzie. Na mecie stwierdziły zgodnie, że nie mają siebie dosyć, choć na pokładzie nie brakowało trudnych chwil i różnicy zdań.

BREST, FRANCE – NOVEMBER 29, 2025 :
Skipper Alexia Barrier (FRA) is photographed with 100% women crew before start of The Famous Project CIC for Trophée Jules Verne on November 29, in Brest, France – (Photo by Jean-Marie Liot / The Famous Project CIC)

Obydwie załogi były entuzjastycznie witane w Breście. Kilkadziesiąt tysięcy kibiców na brzegu to we Francji standard, ale tym razem prowadzono bezpośrednią transmisję telewizyjną, a ceremonia powitania zyskała dopracowaną oprawę.

Historia Jules Verne Trophy

33 lata rywalizacji na najwyższym poziomie to wielkie emocje i okazja do kreowania bohaterów. Trofeum zdobyło zaledwie 8 kapitanów (jeden trzykrotnie, drugi dwukrotnie), płynęło 9 jachtów zwycięskich jachtów, zaliczono tylko 10 udanych prób i 23 zakończone niepowodzeniem. Tak w skrócie można opisać historię najbardziej niezwykłego współzawodnictwa żeglarskiego w dziejach oceanicznej żeglugi. To najwyższa liga w oceanicznym żeglarstwie, do tej próby nie przystąpi nikt, kto nie ma odpowiedniego jachtu, wsparcia z brzegu i budżetu wyrażonego sumą siedmiocyfrową.

Założenia i nagroda

Jules Verne Trophy to nagroda za najszybsze opłynięcie świata dowolnym typem jachtu bez ograniczeń co do wielkości załogi, pod warunkiem zarejestrowania statku w organizacji i opłacenia wpisowego. Nazwa nagrody nawiązuje do powieści Juliusza Verne’a „W 80 dni dookoła świata”, w której Phileas Fogg przemierza planetę (choć koleją i parowcem) w 80 dni. Świeżo upieczony posiadacz rekordu, Thomas Coville, okrążył świat na czele 7-osobowej załogi w czasie 40 dni, 10 godzin, 45 minut i 50 sekund, a więc niemal w czasie dwukrotnie krótszym.

Zasady tej rywalizacji są proste; opłynięcie świata pod żaglami dowolnej konstrukcji jachtem w rejsie załogowym trasą wokół trzech przylądków w czasie poniżej 80 dni. Dystans teoretyczny to 21600 tysięcy mil morskich, czyli około 40 tysięcy kilometrów, ale zdarza się, że załogi nadkładają kilka tysięcy mil w poszukiwaniu optymalnej pogody i uciekania przed ekstremalnymi warunkami pogodowymi. Żeglarze startują na trasę w dowolnym momencie, mogą żeglować razem z rywalami lub w pojedynkę, trzeba swój zamiar zgłosić wcześniej i uregulować niemałe wpisowe. Dla zwycięzców chwała i stałe miejsce w historii żeglarstwa, dla niespełnionych okazja do ponownej próby. Żegluga w najcięższych sztormach wód południa, ale także w ciszach na Atlantyku. Zmiana stref klimatycznych tak szybka, że nawet wytrenowane organizmy zawodowych żeglarzy mają kłopoty z aklimatyzacją.

Opłynięcie świata pod żaglami w rejsie załogowym dzisiaj nie jest już wyczynem spektakularnym, dokonały tego setki żeglarzy. Ale perspektywa się zmienia diametralnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że najszybsi z nich na wokółziemski rejs potrzebują zaledwie 6 tygodni.

„Trofeum Julesa Verne’a” zaprojektował Amerykanin Tom Shannon na zlecenie francuskiego Ministerstwa Kultury. Dzieło przedstawia unoszący się dzięki polu magnetycznemu kadłub, a wszystkie wymiary mają ścisłe znaczenie symboliczne i nawiązują do średnicy Ziemi i promienia. Rzeźba umieszczona jest na odlewanej aluminiowej podstawie, na której wygrawerowane są nazwiska skipperów, którzy zdobyli Trofeum. Musée National de la Marine w Paryżu jest gospodarzem i opiekunem Trofeum. Każdy zwycięzca otrzymuje miniaturę trofeum, namagnesowaną tak jak oryginał.

Po pobiciu rekordu odbywa się oficjalna ceremonia, podczas której poprzedni rekordziści wręczają trofeum nowym rekordzistom. Otrzymują oni kadłub i muszą umieścić go w miejscu cumowania w polu magnetycznym.

Geneza

Na tak szalony pomysł rywalizacji wpadł w połowie lat 80. francuski żeglarz regatowy Yves le Cornec. Wrócił właśnie z atlantyckich regat z Kanady do Francji i w gronie znajomych celebrował sukces. Jego jacht przepłynął dystans 3 tysięcy mil z oszałamiającą wówczas średnią prędkością 12,8 węzłów. Rozpromieniony Yves rzucił hasło: „A co byłoby, gdybyśmy z taką prędkością opłynęli świat?” Na kalkulatorze szybko policzył, że żeglując z identyczną prędkością Ziemię można okrążyć w 80 dni bez 5 minut. Tyle trwała hipotetyczna podróż dookoła świata Phileasa Fogga, bohatera powieści Julesa Verne’a. Wydawało się, że to zwykła zabawa, przechwałki, ale w gronie rozrywkowych żeglarzy siedziała Florence Arthoud, dziewczyna ambitna, szukająca swego miejsca w życiu, a przy tym doskonała żeglarka. Razem ze swym przyjacielem, Titouanem Lamazou opracowała regulamin takiego rejsu i wspólnie rozesłali do przyjaciół żeglarzy. W tamtym czasie światowe żeglarstwo oceaniczne było na innym poziomie rozwoju. Trwała właśnie 4 edycja regat załogowych Whitbread Round the World Race, rozegrano także jedną edycję etapowych regat wokółziemskich samotnych żeglarzy – BOC Challenge. Rekordowe opłynięcie świata w rejsie etapowym to wówczas 109 dni, a jachty wielokadłubowe dopiero raczkowały w oceanicznych wyścigach.

Florence w 1990 roku wygrała Regaty Rumowe na Atlantyku pokonując ponad 60 mężczyzn na trasie z Francji do Ameryki Południowej. Titouan w tym samym roku wygrał pierwsze regaty dookoła świata non-stop – Vendee Globe Challenge i wówczas machina organizacyjna nowego współzawodnictwa ruszyła. 109 dni Francuza na wokółziemskiej trasie wydawało się znakomitym wynikiem, ale do poprzeczki ustawionej przez Phileasa Fogga było to wciąż dużo. Taka wizja rozpalała jednak umysły ambitnych żeglarzy, którzy w nowym współzawodnictwie widzieli postęp techniczny, wielkie wyzwanie i hojnych sponsorów finansujących niezwykłe projekty. Pod koniec stycznia 1991 roku Florence i Titouan zarejestrowali stowarzyszenie „Dookoła świata w 80 dni”, które miało się stać wkrótce koordynatorem nagrody Jules Verne Trophy. Swoim projektem para postanowiła zainteresować dwóch wielkich żeglarzy: Robina Knox-Johnstona i Petera Blake. Pierwszy z nich to rekordzista z roku 1969, kiedy jako pierwszy człowiek na świecie opłynął świat w 313 dni na jachcie „Suhaili”, drugi to weteran regat Whitbread, w których startował pięciokrotnie i ostatecznie wygrał je w roku 1990. Obydwaj zapalili się do pomysłu i rozpropagowali go w prasie brytyjskiej i nowozelandzkiej, tym samym projekt Jules Verne Trophy stał się marką globalną. W połowie października 1992 roku oficjalnie powołano do życia nagrodę dla załogi, która opłynie świat w czasie poniżej 80 dni, rozpoczęły się gorączkowe przygotowania. Kolejki do najbardziej wziętych projektantów jachtów wydłużyły się, chętnych do zmierzenia się w nowej rywalizacji nie zabrakło. Lamazou zdobył środki na budowę 44-metrowego jachtu jednokadłubowego nie dowierzając trimaranom. Arthoud negocjowała budowę 40-metrowego trimarana, obydwa projekty zakończyły się fiaskiem. O ile jacht Florence nigdy nie powstał to Titouan swój zbudował, ale błędy popełnione podczas budowy spowodowały, że jacht omal nie zatonął podczas jednego z rejsów treningowych i wkrótce został porzucony jako zbyt niebezpieczny.

Wyzwanie trafiło na podatny grunt; swoje zamiary ogłosiła wkrótce rzesza żeglarzy, ale istotną barierą stały się koszty. Zbudowanie jachtu, który zdolny byłby okrążyć świat pod żaglami w niecałe trzy miesiące wymagało dużych nakładów zarówno na samą jednostkę, jak i na przygotowanie rejsu. Dlatego też pionierzy zdecydowali się wykorzystać jachty już istniejące, które wymagały tylko dopracowania. – Wówczas wszyscy zaczęli nerwowo rozglądać się za wielokadłubowcami zdolnymi do takiego wyzwania. Ceny dużych jachtów skoczyły w ciągu roku o prawie 25 procent– mówiła po latach Florence Arthaud, jedna z inicjatorek powołania nagrody.

Pierwsze nowe jachty do takiej próby powstały dopiero w 2000 roku i to za sprawą nie Jules Verne Trophy, a regat The Race, wymyślonych przez Bruno Peyrona. Wówczas nawet doszło do paradoksu, że zwycięzca tej imprezy, Grant Dalton żeglujący na „Club Med.” opłynął świat szybciej o prawie 9 dni niż wynosił ówczesny rekord, ale nagrody nie dostał. Jak to możliwe? Regulamin JVT mówi, że rejs musi zaczynać się i kończyć na linii leżącej nieopodal Brestu, a The Race zaczynały się w Barcelonie, a kończyły w Marsylii.

Jako pierwsza w szranki stanęły załogi Bruno Peyrona na katamaranie „Commodore Explorer” oraz Petera Blake’a i Robina Knox-Johnstona na katamaranie „Enza New Zealand”. Wystartowali w połowie stycznia 1993 roku, ale tylko Francuzowi udało się dopłynąć do celu. 79 dni, 6 godzin, 15 minut i 56 sekund, wówczas ten wynik uważano za przełamanie bariery, nową jakość w żeglarstwie. Zaledwie 5-osobowa międzynarodowa załoga poradziła sobie z olbrzymim jachtem, ale kiedy pytano żeglarzy na mecie o wrażenia, odpowiadali, że cieszą się, że w ogóle przeżyli. Wyczyn Bruno Peyrona i jego ludzi rozgrzał emocje, kolejni śmiałkowie rozpoczęli przygotowania.

Charakterystyczną cechą tej rywalizacji jest ogromna determinacja żeglarzy podejmujących kolejne próby. Francuz Bruno Peyron próbował aż siedmiokrotnie zdobyć nagrodę, powiodło mu się w trzech próbach (1993, 2002 i 2005), czego nie dokonał nikt inny. Dwukrotnie (1997, 2004) po trofeum sięgał inny francuski żeglarz, Olivier de Kersauson, który potrzebował na to aż sześciu prób. Pozostali żeglarze: Loick Peyron (1 próba), Franck Cammas (3 próby), Francis Joyon (3 próby) oraz płynący wspólnie Robin Knox-Johnston i Peter Blake (2 próby) nagrodę Julesa Verne zdobywali tylko raz. Obecny posiadacz rekordu, Thomas Coville, sięgnął po trofeum w trzeciej próbie. Na przełomie wieków, w latach 1997-2005 walka o nagrodę Julesa Verne nabrała cech osobistej rywalizacji pomiędzy Olivierem de Kersausonem i Bruno Peyronem. Trofeum przechodziło z rąk do rąk, a żeglarze nie szczędzili sobie uszczypliwości. Pięć lat nagroda była w rękach Oliviera, także pięć trzymał ją Bruno, ostatecznie pogodził ich Franck Cammas, który w 2010 roku przerwał tę rywalizację.

Jest także grono żeglarzy, którzy pomimo prób nagrody wciąż nie zdobyli. Ellen MacArthur, która przeżyła na jachcie „Kingfisher” w 2003 złamanie masztu, Tracy Edwards kończąca z podobnym efektem swą próbę w 1998 roku, Pascal Bidegorry (2011), któremu oderwał się fragment pływaka, wreszcie Yann Guichard, który trzykrotnie próbował, w jednym sezonie aż dwukrotnie wycofywał się po awariach, a w roku 2015 rejs ukończył, ale z wynikiem gorszym o 2 dni od rekordu.

Wydawać by się mogło, ze skoro zaledwie ósemka kapitanów sięgała po trofeum to jego zasięg jest ograniczony. Otóż jest dokładnie odwrotnie, a wąskie grono triumfatorów pokazuje, że jest to wyjątkowo trudne wyzwanie, wymagające niezwykłych umiejętności, doskonale przygotowanego jachtu, zasobnego sponsora oraz niezbędnej dawki szczęścia. Właśnie aspekt szczęścia, lub jego braku, podnosili wielokrotnie żeglarze po zakończeniu swoich zmagań na oceanach. Wspomniana Tracy Edwards mówiła po latach, że jej jacht stracił maszt, bo załoga skoncentrowała się na usuwaniu awarii lewej wanty, a w tym czasie pękła kolejna, tym razem z prawej burty i wówczas nie było już ratunku dla 25-metrowego węglowego masztu, który runął na pokład niwecząc doskonale przygotowaną próbę. Franck Cammas w 2008 roku przeżył oderwanie się pływaka trimaranu i wywrotkę jachtu, która zakończyłaby się niechybnie utratą jachtu, ale szczęśliwie wszystko to działo się w zasięgu wzroku nowozelandzkiego brzegu dzięki czemu pomoc nadeszła błyskawicznie i jacht uratowano. O wyjątkowym pechu może mówić Yann Guichard, który w 2014 roku aż dwukrotnie zmuszony był do przerwania prób; w pierwszej uszkodzeniu uległa rufa jednego z pływaków wkrótce po starcie, w drugiej, podjętej kilka miesięcy później, także w pierwszej dobie rejsu stwierdził, że jego 40-metrowy jacht nie słucha steru. Gdyby taka awaria przydarzyła się na wodach południa, strata jachtu wartego kilkanaście milionów euro byłaby w zasadzie przesądzona. Przed laty, w 2002 roku Bruno Peyron wystartował do rejsu po wielomiesięcznych przygotowaniach, ale już pół godziny po starcie złamał się top masztu i jacht, ku rozpaczy załogi i nerwowej reakcji sponsora, musiał zawrócić. Wystartowali trzy tygodnie później i zdobyli nagrodę, ale była to chyba największa huśtawka nastrojów w dziejach tej rywalizacji. Kiedy ten sam Bruno dwa lata później wystartował dwukrotnie do próby ponownie zabrakło mu szczęścia, bo najpierw na wysokości Hiszpanii zniszczył pływak jachtu po uderzeniu w niezidentyfikowany obiekt, a w kolejnej próbie nieopodal Wysp Zielonego Przylądka jacht uderzył tym samym pływakiem w kolejną dryfującą przeszkodę. Tym razem z odebraniem nagrody rywalowi musiał czekać aż do następnego sezonu.

Kto może płynąć i kto wygrywa?

Praktycznie każdy żeglarz może zgłosić zamiar opłynięcia świata zgodnie z zasadami JVT. Aby jednak zostać sklasyfikowanym i móc ubiegać się o nagrodę, musi przed rejsem wpłacić 30 tysięcy euro. Kto nie wpłaci, zostaje tylko rekordzistą trasy. Przez lata na ten wymóg boczył się Kersauson, ale odkąd jego sponsorem został światowy gigant Schneider Electric, przestał się obrażać, bo kasa na wpisowe zawsze się znajdowała. Steve Fosset, milioner amerykański, zaproponował organizatorom, że zapłaci, ale tylko w przypadku, gdy rekord pobije. Francuzi pozostali jednak nieugięci i zgody nie wyrazili, co skutkowało tym, że jego nazwisko nie znalazło się na oryginale nagrody, a on sam pozostawał tylko rekordzistą trasy. Jego rekord utrzymał się jednak tylko kilkanaście dni, w tym samym bowiem czasie płynął Bruno Peyron, który ustanowił kolejny rekord.

Interesujący jest wynik zaglądania w PESEL-e zwycięzców. Najmłodszym posiadaczem trofeum był Franck Cammas, który miał wówczas 38 lat i jako jedyny z ósemki zdobywców trofeum nie przekroczył wówczas jeszcze czterdziestki. Peter Blake liczył sobie 45 wiosen, pozostali przekroczyli 50 lat i więcej. Najstarszym triumfatorem tej rywalizacji jest Francis Joyon, kończył 61 lat, kiedy sięgał po trofeum. Sześćdziesiątkę przekroczył także Olivier de Kersauson w rejsie z 1997 roku.

Trasa i terminarz

Punkt startowy Jules Verne Trophy wyznacza wyimaginowana linia między latarnią morską Créac’h na wyspie Ouessant (Ushant) we Francji a latarnią Lizard Lighthouse w Wielkiej Brytanii. Łodzie muszą okrążyć świat, okrążając przylądki Good Hope, Leeuwin i Horn lewą burtą i przekroczyć linię startu w przeciwnym kierunku.

Linia startu jest otwarta od oficjalnej ratyfikacji regulaminu trofeum przez Światową Radę Rekordów Prędkości Żeglarstwa.

Do próby żeglarze startowali zazwyczaj późną jesienią aby na wodach południa i Przylądku Horn być w okresie lata na półkuli południowej. Oznacza to, że do Europy wracają w lutym. W ostatnich latach jednak podejmowano wiele prób dopiero w grudniu, co zawdzięczamy szybkości jachtów docierających w krótszym czasie na Horn. Nie brakowało jednak prawdziwych ryzykantów, wspomniany już Kersauson wypłynął z Brestu dopiero 25 lutego 2004 roku i powrócił pod koniec kwietnia. Po latach powraca do tamtego rejsu: To było nadludzkie wyzwanie: było potwornie zimno, mokro i wilgotno, wiało makabrycznie. Cholerne doświadczenie, dwa miesiące w ciągłym napięciu w okropnych warunkach i z ciągłym zagrożeniem lodowym. Przesadziliśmy! Inni mieli więcej pokory i po nadejściu kalendarzowej zimy już nawet nie próbowali. Ale i w historii tego przedsięwzięcia nie brakuje odważnych posunięć, jak choćby pionierski rejs Bruno Peyrona, w którym wzięło udział zaledwie pięciu żeglarzy. – Było naprawdę bardzo ciężko, a miewaliśmy momenty, kiedy śmierć zaglądała nam do oczu. Sztorm nieopodal Hornu, w który dostaliśmy się wówczas zapamiętam do końca moich dni – powiedział Bruno Peyron.

Jachty

We wszystkich próbach brało udział stosunkowo niewiele jachtów, zaledwie kilkanaście, ale płynących aż pod 18 różnymi nazwami. Dzieje się tak dlatego, że zazwyczaj po zakończeniu kilkuletniego projektu sponsorzy wycofują się z kontynuacji działań i jacht zostaje sprzedany kolejnym chętnym. Tak działo się na przykład z trimaranem „IDEC Sport”, zdobywcą trofeum w 2017 roku, który zdobywał Jules Verne Trophy pod nazwą „Groupama 3” w roku 2010 czy z jachtem „Spindrift 2”, który jest dawnym „Banque Populaire V” sięgającym po trofeum pod poprzednią nazwą w 2012 roku. Mniej uważnym obserwatorom wydaje się trudne do zrozumienia, że kilkuletni jacht w nowych rękach jest w stanie żeglować szybciej niż dotąd, sięgając po rekordy. Dzieje się tak, ponieważ każda zmiana właściciela pociąga za sobą poważny remont jednostki, zazwyczaj także odchudzenie jednostki o kilkaset kilogramów oraz oczywiście z powodu naturalnego postępu technologicznego skutkującego lżejszymi linami takielunku, żaglami czy wyposażeniem oraz stosowaniu nowocześniejszych technologii pozwalających na bardziej efektywne żeglowanie.

Zdarza się, że po zakończeniu sponsorowania jachtu żeglarz zostaje z jednostką, pozyskuje kolejnego sponsora i ten sam jacht żegluje w nowych barwach. Zdobywca nagrody w 1997 roku, trimaran „Sport Elec”, wcześniej żeglował pod nazwami „Lyonnaise des Eaux” (1994) i „Charal” (1993). „Royal SunAllience” Tracy Edwards z 1998 roku to dawna „Enza New Zealand”, zwycięzca sprzed czterech lat. „Kingfisher” Ellen MacArthur z 2003 roku to „Orange” Bruno Peyrona, który rok wcześniej rekord ustanowił. Inny przypadek to kontynuacja projektu z nowym jachtem po uzyskaniu satysfakcjonującego wyniku w poprzednich sezonach. Tak stało się z katamaranami „Orange” i „Orange II”, jachtami odpowiednio z 2000 i 2003 roku.

Wszystkie wspomniane rozwiązania są możliwe także z tego powodu, że wielokadłubowe jachty, które zdominowały tę rywalizację, są jednostkami długowiecznymi, żeglującymi wiele lat i przez wiele lat modyfikowanymi przez swoich właścicieli. W kontekście wielokadłubowców warto także porównać trimarany i katamarany. Jeszcze 20 lat temu problem wyższości jednych nad drugimi wydawał się być nierozstrzygnięty, dzisiaj już jednak wiadomo, że w walce o nagrodę i wyścigu o prędkość, dominują jachty trzykadłubowe. Spośród dziesięciu zdobywców nagrody cztery to katamarany, ale po raz ostatni ten typ jachtu zwyciężył w 2005 roku, a więc ponad 20 lat temu. Najszybszy katamaran, „Orange II” opłynął świat w 50,5 dnia, obecny rekord trimarana „Sodebo ULTIM 3” jest lepszy o 10 dni.

Wyniki

Pierwszy zdobywca Jules Verne Trophy na opłynięcie świata potrzebował 79 dni, 6 godzin, 15 minut i 22 sekund. Żeglował wówczas ze średnią prędkością 11,35 węzła, co wydawało się wynikiem z kosmosu. Tak szybko wokół świata nie żeglował jeszcze nikt, ale rywalizacja, wysiłki żeglarzy i sponsorów bardzo szybko przesuwały kolejne granice. Aktualny rekord, ustanowiony przez Thomasa Coville’a i jego 6-osobowej załogi wynosi 40 dni, 10 godzin, 45 minut i 50 sekund, a średnia prędkość to niemal 29,17 węzłów, czyli 54km/h. Statystycznie jacht każdego dnia próby pokonywał 700 mil morskich. Prawie dwukrotnie szybszy rejs na wokółziemskiej trasie był możliwy dzięki rozwojowi technologii i inżynierii materiałowej. To naturalny proces, ale skala zmian zaskakuje chyba wszystkich. Dziś na okrążenie świata potrzeba zaledwie niespełna 6 tygodni, a rekordowe dobowe przebiegi osiągają nawet 900 mil morskich.

Analizując tabele rekordów łatwo dostrzec, że poprawa wyników następowała skokowo. Zaledwie dwukrotnie rekordy poprawiano rok po roku, w latach 1993/1994 oraz 2004/2005. Zdarzyło się, że na nowy rekord czekaliśmy aż 5 lat od roku 2005 do 2010, czy pomiędzy latami 2012 a 2017, a najdłużej posiadaczem rekordu był Francis Joyon, który dzierżył go aż 9 lat, od 2017 roku. W przeszłości wyniki poprawiano o przysłowiowy włos, kiedy w 2004 roku Olivier de Kersauson żeglując przez 63,5 dnia poprawił rekord Bruno Peyrona zaledwie o 18 godzin, nowy rekord jest lepszy od dotychczasowego o godzin 12, ale zdarzały się skoki zaskakujące nawet fachowców. Tak było w roku 2005, kiedy ten sam Bruno dopłynął do mety w czasie krótszym o prawie 14 dni od ówczesnego rekordu. Jeśli zsumujemy wszystkie próby rekordzistów to mimo wszystko najdłużej z posiadania rekordu cieszył się Francis Joyon, mimo, że w tym czasie odnotowano cztery próby. Bruno Peyron był posiadaczem aż trzech rekordów, łącznie należał on do niego przez 8 lat. 6 lat trofeum Julesa Verne’a dzierżył Olivier de Kersauson, także na raty, bo zdobywał je dwukrotnie. Przez 5 lat rekordzistą wokółziemskiej trasy pozostawał Loick Peyron.

Obserwując rekordowe wyniki nie sposób pominąć także liczebność załóg. Tutaj ścierają się dwie tendencje. Pierwsza z nich mówi, że na pokład należy zabrać jak najwięcej żeglarzy, bo daje to wytchnienie ludziom w ciężkiej pracy pokładowej i pozwala na bardziej efektywne rotowanie wacht podczas wielotygodniowej żeglugi. Na „Banque Populaire V” żeglowało 14 żeglarzy, spędzających czas w obszernych stosunkowo wnętrzach jachtu. Oni rekord pobili. Ten sam jacht, już jako „Spindrift 2” z tak samo liczebną załogą w trzech próbach rekordu jeszcze nie ustanowił. Druga tendencja nakazuje zabranie jak najmniej licznej załogi, bo każdy człowiek na pokładzie to około 100 kilogramów wagi plus zapasy żywności. Zwiększenie liczebności załogi to także wzrost masy całkowitej jachtu. Wprawdzie większy jacht, to większa powierzchnia żagli, ale nie zawsze jest to oczywista przewaga. 40-metrowej długości „Banque Populaire V” zdobył wprawdzie trofeum w 2012 roku, ale znacznie od niego krótszy, zaledwie 30-metrowy „IDEC Sport” był szybszy o prawie 5 dni. Bruno Peyron w pierwszej próbie z 1993 roku żeglował w towarzystwie 4 żeglarzy, późniejszemu rekordziście, Francisowi Joyonowi towarzyszyła piątka ludzi, ale starannie wyselekcjonowanych spośród ponad 60 chętnych do wzięcia udziału w tej niezwykłej próbie. Nowi rekordziści to 7-osobowa załoga.

Dalsze losy żeglarzy

Pomysłodawca współzawodnictwa, Yves le Cornec, nie popłynął w swój wymarzony wokółziemski rejs, nie wystartował później w żadnych poważnych regatach oceanicznych. Zajmuje się prowadzeniem rejsów czarterowych, żegluje do dzisiaj. Titouan Lamazou, po wpadce z eksperymentalnym i przewymiarowanym 44-metrowym jachtem, także nigdy już nie popłynął w żadnych regatach. Zajął się malarstwem, żegluje na swojej mobilnej pracowni, organizuje wystawy, jest popularnym twórcą marynistycznym. Florence Arthoud zginęła w wypadku helikoptera podczas pracy nad filmem 10 lat temu. Peter Blake został w połowie lat 90. zwycięzcą regat o Puchar Ameryki, który obronił 5 lat później. W grudniu 2001 roku został zastrzelony na Amazonce na pokładzie swego jachtu badawczego podczas realizacji projektu ekologicznego. Robin Knox Johnston żegluje po dziś dzień pomimo 80 lat na karku, ale już tylko rekreacyjnie. Za swój rekordowy rejs z 1994 roku obaj z Blake’m odebrali z rąk królowej Elżbiety II tytuły szlacheckie, a ich instrumenty nawigacyjne z tamtego rejsu są elementami ekspozycji w muzeum w londyńskim Greenwich. Olivier de Kersauson już nie żegluje, ostatnio pełnił rolę patrona francuskiego zespołu regatowego przygotowującego się do regat o Puchar Ameryki. Bruno Peyron także jest na żeglarskiej emeryturze, pływa wyłącznie dla przyjemności w krótkich rejsach, jego brat Loick wciąż ściga się w regatach, ale w ostatnich kilku latach startował na historycznych jednostkach znanych powszechnie sprzed kilkudziesięciu lat. Franck Cammas kilka lat temu był skipperem zespołu startującego w rywalizacji o Puchar Ameryki, kilka lat temu w wypadku na jachcie omal nie stracił nogi. Francis Joyon dobiega siedemdziesiątki, rozstał się ze swoim jachtem „”IDEC Sport” i przeszedł na żeglarską emeryturę, a panie obecny rekord ustanowiły na jego dotychczasowym jachcie.

 Rekordy

Rok      skipper                      nazwa jachtu           typ jachtu            czas(dni,godz,min,s)  średnia                                                                                                                                                prędkość (kn)
______________________________________________________________________________

1993   Bruno Peyron             „Commodore Explorer”      katamaran      79,06,15,56                   11,35

1994   Peter Blake                 “ENZA New Zealand”       katamaran      74,22,17,22                    12
Robin Knox-Johnston

1997   Olivier de Kersauson   “Sport Elec”        trimaran                       71,14,22,08                    12,66

2002   Bruno Peyron              “Orange”             katamaran                   64,08,37,24                    13,98

2004   Olivier de Kersauson   „Geronimo”         trimaran                      63,13,59,46                     15,52

2005   Bruno Peyron              “Orange”            katamaran                   50,16.20,04                     17,89

2010   Franck Cammas          “Groupama 3”    trimaran                       48.07.44,52                     18,70

2012   Loick Peyron           “Banque Populaire V”    trimaran                45,13,42,53                    19,75

2017   Francis Joyon             “IDEC Sport”              trimaran               40,23,30,30                    21,96

2026   Thomas Coville          „Sodebo ULTIM 3”     trimaran               40.10.45.50                    29,17

Wyprawa Phileasa Fogga

Książkowy bohater Juliusza Verne’a potrzebował 80 dni na zrealizowanie zamiaru okrążenia świata. Harmonogram jego podróży ilustruje ramka. Wystartował 2 października 1872 roku. Geneza podróży to kłótnia (sic!) brytyjskich gentlemanów w słynnym Reform Clubie na temat możliwości objechania świata w ciągu 80 dni po otwarciu linii kolejowej w kolonialnych Indiach.

Londyn – Suez 7 dni pociąg i statek
Suez – Bombaj 13 dni statek
Bombaj – Kalkuta 3 dni pociąg
Kalkuta – Hong Kong 13 dni statek
Hong Kong – Jokohama 6 dni statek
Jokohama – San Francisco 22 dni statek
San Francisco – Nowy Jork 7 dni pociąg
Nowy Jork – Londyn 9 dni statek

Razem 80 dni

Fotografie – materiały prasowe, Lloyd Images/Sodebo, The Famous Project CIC

                                                                                                               Marek Słodownik

_______________________________________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Bogdan Sobiło: Periploi czyli starożytne locje.

Niemal każdy żeglarz wyruszając w rejs zabiera ze sobą nie tylko mapy na dany akwen, ale także locję, czyli szczegółowy przewodnik opisujący wybrzeże, warunki hydro-meteorologiczne i same porty-mariny. To na podstawie locji planujemy wejście do portu. Ogólnie przewodniki te możemy podzielić na profesjonalne-przeznaczone dla dużych jednostek oraz napisane z myślą o żeglarzach. Nową jakość w polskim żeglarstwie morskim stworzył znany żeglarz z Gdańska-Jerzy Kuliński. Przez wiele lat, „na swoim jachcie i za swoje pieniądze”, jak ma zwyczaj mówić, penetrował różne zakamarki Bałtyku i Morza Północnego. Te „locyjki” pozwoliły wypłynąć na szerokie morskie wody całej rzeszy „szuwarowo-bagiennych” żeglarzy. Dla niektórych samo nazwisko „Kuliński” stało się synonimem locji.

W naszych czasach postęp techniczny odbywa się w niesamowitym tempie. Coraz częściej obok tradycyjnych pomocy nawigacyjnych korzystamy z programów i aplikacji na różnych nośnikach: telefony komórkowe, tablety, laptopy. Możemy na nich zainstalować elektroniczną wersję pomocy papierowych albo też specjalny program nawigacyjny. Obecnie nawet na statkach podlegających Konwencji o bezpieczeństwie życia na morzu (SOLAS) zamiast papierowych map, locji, spisów świateł czy tablic pływów, dopuszczalne jest użycie ECDIS (Elektroniczny System Zobrazowania Nawigacyjnego). Na potrzeby żeglarzy powstają specjalne aplikacje. Jedną z bardziej popularnych o charakterze locji jest Navily. Możemy dzięki niej czerpać wiedzę o kanałach roboczych portów i marin, udogodnień, jakie tam spotkamy, a nawet kierunku i sile wiatru oraz prądzie na wejściu. W wielu marinach na Morzu Śródziemnym za pośrednictwem tej aplikacji można zarezerwować miejsce w marinie i zapłacić za postój. Dodatkowo użytkownicy Navily mogą umieszczać swoje uwagi i komentarze. Jednak mało kto z nas zastanawia się nad tym, jak daleko w przeszłość sięga historia locji.

Jedno z najstarszych i najważniejszych arcydzieł literatury europejskiej, Odyseja, opisuje trwający aż dziesięć lat powrót głównego bohatera na rodzinna Itakę. Po drodze spotyka go wiele niezwykłych przygód, jak cyklop Polifem, czy tajemnicza czarodziejka Kirke. Odyseusz nie pozwolił się sprowadzić na manowce Syrenom, wabiącym żeglarzy słodką pieśnią, uniknął też Scylli i Charybdy. Cała jego podróż z Troi na Itakę odbywała się drogą morską. Od najdawniejszych czasów podejmowano bardziej lub mniej udane próby rekonstrukcji wędrówek Odyseusza. Jeden z francuskich badaczy wysunął nawet hipotezę, że Odyseja oparta jest na fenickich opisach morskich dróg, czyli locjach.

Takie opracowane na potrzeby żeglarzy i kupców „przewodniki” nazywane były przez Greków periploi, dosłownie: „opływanie”. „żegluga dookoła”.

Autorem pierwszej takiej locji miał być Skylaks z Kariandrii, który na polecenie króla perskiego Dariusza I (522-486 p. Chr.) spłynął Indusem aż do Suezu i sporządził sprawozdanie z tej podróży. Opis Skylaksa nie zachował się, ale wiemy, że korzystali z niego późniejsi autorzy dzieł historycznych i geograficznych.

W tej samej epoce wojen grecko-perskich Hekatajos z Miletu tworzy Opisanie świata (gr. Periegesis tes ges). Dzieło składało się z dwóch części: Europy i Azji, która obejmowała także Afrykę. Pisma Hekatajosa, jak i wielu innych autorów dzieł geograficznych nie przetrwało do naszych czasów. Często jednak późniejsi pisarze cytowali je lub powoływali na nie.

Współczesny Skylaksowi i Hekatajosowi był wódz kartagiński Hanno. Miał przepłynąć przez „Słupy Merkalta” (cieśnina gibraltarska), a następnie penetrował od strony morza wybrzeże Maroka i południowej Hiszpanii.

Jednym z najbardziej znanych greckich żeglarzy jest Pyteasz z Massali (ob. Marsylia), żyjący na przełomie IV i III wieku przed Chr. Dowodem jego pasji naukowej jest fakt, że precyzyjnie obliczył szerokość geograficzną rodzinnego miasta. W swojej podróży wyszedł z Morza Śródziemnego na Atlantyk i pożeglował daleko na północ. Chyba jako pierwszy Grek zobaczył zamarznięte morze. Opłynął Brytanię, dotarł do dzisiejszych Wysp Fryzyjskich, a być może nawet wpłynął na Bałtyk. Istnieją przesłanki by twierdzić, że dotarł aż do ujścia Wisły. Być może te dywagacje uczonych zainspirowały wybitnego tłumacza Szekspira, Macieja Słomczyńskiego, który pod pseudonimem Joe Alex napisał ciekawą powieść historyczną dla młodzieży Czarne okręty.

Pyteasz jako północny kraniec znanego sobie świata wymienia Thule. Według badaczy antycznej geografii była to Islandia albo Norwegia. Przez późniejszych pisarzy antycznych ten na pół mityczny ląd nazywany był „Ultima Thule”, co w swobodnym tłumaczeniu można oddać po prostu jako „koniec świata”. Termin ten powrócił w epoce wielkich odkryć geograficznych, kiedy Kolumb, Magellan i inni żeglarze odkryli nieznane wcześniej lądy.

Żeglarski przewodnik czyli periplous „popełnił” także jeden z wodzów Aleksandra Wielkiego, Nearchos. Kiedy na skutek kolejnego buntu żołnierzy niechętnych ciągłemu marszowi na nieznany i niezbadany Wschód, Aleksander podjął decyzję o odwrocie, część armii, głównie chorych i inwalidów, odesłał do domu statkami. Być może na polecenie Aleksandra albo chcąc utrwalić pamięć o sobie Nearch sporządził opis swojej podróży.

Czy locję można napisać wierszem? Ależ oczywiście i to bez pomocy sztucznej inteligencji! Dość mierny rzymski poeta Avienus (IV wiek po Chr.) napisał Ora maritima (Wybrzeże morskie). Wartość literacka tego dziełka nie była duża, ale przekazane tam informacje na temat portów i przystani wykorzystywali później inni autorzy.

Czytelnik książki Włodzimierza Głowackiego Wspaniały świat żeglarstwa dowiaduje się, że słynne regaty w 1851 roku wygrał żaglowiec America, dzięki pochyłym masztom, płaskim żaglom i nowatorskiej konstrukcji kadłuba. Rzeczywistość była jednak inna. Bogaci przybysze zza oceanu wynajęli najlepszego miejscowego pilota. Dzięki jego wiedzy popłynęli krótszą trasą i wcześniej zameldowali się na mecie. Podobno sama królowa Wiktoria, obserwująca regatowe zmagania była w szoku na wieść o tym, że America pokonała brytyjskich rywali. Cóż, jak widać dobry pilot (locja) jest wart każdych pieniędzy, a skąpstwo zwyczajnie nie popłaca.

Otwierając Navily czy inną aplikację locyjną warto pamiętać o tym, że nie myśmy pierwsi.

                                                                                                      Bogdan Sobiło
http://www.kyma.pl/

____________________________________________________________
Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Krakowie.

Ludomir Mączka: Listy z rejsu statkiem m/s Wyspiański do Buenos Aires na wyprawę jachtem Śmiały dookoła Ameryki Południowej.

W latach 1965-1966 Polskie Towarzystwo Geograficzne zorganizowało wyprawę naukowo-żeglarską na jachcie Śmiały dookoła Ameryki Południowej. Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika Poznaj Świat, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrżeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, wyspy Galapagos, Kanałem Panamskim na Atlantyk i powrót do Polski. Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby z doświadczeniem żeglarskim, jak i przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy.

Ludomir Mączka znalazł się w załodze wyprawy, lecz jako członek rezerwowy. Ze Szczecina na Śmiałym nie wypłynął, ale ponieważ w pierwszym etapie rejsu, w Londynie, z przyczyn zdrowotnych, musiał opuścić wyprawę jeden z członków załogi, więc Ludek wypłynął z Gdyni statkiem PLO m/s Wyspiański, aby dołączyć do załogi Śmiałego w Buenos Aires.

Publikowane poniżej listy Ludomira Mączki do przyjaciół i znajomych w Polsce są o tyle odmienne od dotychczasowej korespondencji żeglarza, że pokazują świat oglądany w rejsie, ale tym razem z pozycji pasażera statku handlowego; nawet nie załoganta.                                                                          (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

2350 (kotwica) Santos. 12.12. ʍ w Santos ok. 0700, pada deszcz. Port wzdłuż jakby rzeki. To wejście na jakieś rozlewisko – lagunę czy coś takiego. Do miasta kawałek przez taką dość zakazaną dzielnicę małych domków. Tutaj można pewnie oberwać.

13 XII, poniedziałek. Wczoraj byłem z tym Mirkiem (współtowarzysz podróży z kabiny na statku – przyp. red.) w São Paulo. Szukaliśmy ich znajomych. Przez to nie obejrzałem może paru ciekawych rzeczy, jechałem autobusem, a nie pociągiem jak planowałem, no ale trudno, taki los. Droga do São Paulo naprzód idzie taką napływową śródgórską doliną, która tak na pierwszy rzut oka wygląda na zasypaną przez dużą zatokę. Potem zaczyna piąć się stromo serpentynami i tunelami do góry. Chyba na jakieś 800-1000 m npm. Góry z jakiś chyba gnejsów i innych skał krystalicznych.Gleba wszędzie tutaj czerwona, a raczej czerwono-brunatna. Po drodze punkty kontrolne z policją, ale tylko machają ręką, aby jechać dalej. Lasy nieco inne niż u nas, jakieś takie – powiedziałbym, że zieleń jest ciemniejsza. Wrażenie psuje kupa reklam ustawiona na rusztowaniach. To wpływ USA, ale paskudny, szpeci naprawdę piękny krajobraz. Na górze, a raczej na płaskowyżu, cały szereg jezior i jeziorek, chyba zaporowe dla wodociągów, bo widziałem coś w rodzaju stacji pomp i rurociągi. Na jeziorkach widać kilka przystani z motorówkami. Ruch samochodów znaczny i jeżdżą dość szybko. Tak jakby São Paulo, dla mnie raczej coś pośredniego między miastem europejskim i amerykańskim. Dużo większe od Rio, klimat też lepszy, ale wydało mi się trochę bezbarwne. Murzynów bardzo mało, tak jak i w Santos. Przedmieście europejskie, raczej brzydkie, choć takich favelos jak w Rio nie widziałem.

W São Paulo szukaliśmy wskazanego adresu bardzo długo, bo tutaj taksówkami nawet na lotnisko nie znają drogi. To jest ponoć charakterystyczne dla taksówkarzy w São Paulo i Rio. Wreszcie znaleźliśmy tę Avenidę głęboko za miastem, koło lotniska, ale nikogo nie było. Zostawiliśmy tę torbę w stolarni, zapoznaliśmy się z psem – taki młody przyjacielski kundel i po dłuższym błądzeniu ok. 2100 byliśmy z powrotem na statku. Droga powrotna była jeszcze ciekawsza, bo w dół do rzeki, większe wrażenie. Padał deszcz, później nawet lało, ale już byliśmy w mieście. Deszcz był ciepły. Nauka dla mnie, że trzeba dobrze patrzeć, jak i którędy się jedzie, bo dogadać się trudno, trudniej niż w Mongolii. Chyba Mongołowie to jednak wcale nie gorsi, a może i bystrzejsi, od przeciętnego Mulata. Jednak ta biało-czarna mieszanka może nawet czasem dość ładna, ale mózgowcy to oni nie są.

Dzisiaj tylko wyskoczyłem na jakieś 2-3 godz. do miasta. Obejrzałem Santos, ale po Rio i nawet São Paulo – trudno coś o nim napisać. Jeżdżą tramwaje, takie jak w Rio. Plaże ponoć brudne (wg relacji Petera). W mieście trochę punktowców, kupa niskich domków i zaułków, dość parno. Peter pojechał do São Paulo, ja zostałem pomóc wyemigrować pp. Miłaszewskim. Egzotyka to patrzeć na robotników, drugą stronę rzeki, góry, łódź z bananami przy burcie. Ciemne góry, palmy i gorące, wilgotne powietrze. Do pocenia się przyzwyczaiłem, to tylko z początku trochę przeszkadza, teraz już przestało.

Jutro chyba wypłyniemy do Buenos. Patrzyłem na plan miasta. Ujście rzeczywiście nazwane jest Estuario. Byłem na plaży, taka Copacabana z przeceny. Trochę punktowców, nawet dość ładnie utrzymany bulwarek z palmami, sraczyki, ale na plaży kupa śmiecia, mimo że przegrzebują plażę spychaczami. No i, o co już nie można winić mieszkańców, piasek jest silnie zielony, bo to nie jest piasek morski tylko trochę przemyte aluwia, a woda morska strąca i koaguluje ???, podczas gdy plaże Rio – Copacabana, Ipanema i Leblon – to plaże typu bay-head beach, gdzie materiał piaszczysty donoszony jest z morza, a przylądek przeciwdziała transportowi piasku wzdłuż brzegów.

Ze statku widok na stronę przeciwną miasta jest jakby dekoracją do Conrada. Niskie brzegi, podmokłe, zarośnięte niskimi krzakami, ciągną się głęboko w głąb lądu. Nieco z boku niskie domki kryte czerwoną dachówką. Domki te są bardzo ciekawe. Małe. Front tak ok. 3-4 m, często na słupach nad ziemią, za to dość długie. Jeśli chodzi o czystość, to od wychuchanych do ruder. Przeważnie parterowe, czasami piętrowe. Telewizorów kupa. Materiał – cegła lub drzewo. Opalanie, przeważnie gaz z butli. To oczywiście takie średnie domki na biedniejszym przedmieściu.

No, sąsiedzi się już wyprowadzili. Wcale mi to nie przeszkadza, że siedzę sam, a właściwie leżę. Radio gra i piszę te bajki. Mirek zostawił zbitą podstawkę pod mydło, ale tak ułożoną aby nie było widać, to trochę śmieszne i dziecinne, ale trochę złości, bo głupie.

14 XII, wtorek. Za chwilę wychodzimy do Buenos. Jest 2000 LT. Przed południem, do ok. 1400 łaziłem z Peterem po mieście i plaży. Wziąłem z plaży garść piasku. Bardzo dużo miki. Przepiliśmy (na Coca Cola) resztę cruseirów. Potem przesiedzieliśmy ze 3 godziny nad mapą Brazylii i okolic snując względnie słuchając planów P.
I tak trochę się cieszę, że niedługo Buenos, trochę mi żal i trochę mam taki jakby lekki niepokój. Jak to będzie.

Wieczór jest piękny, ciepły, parny, rzeka ciemna, dalej czarne prawie góry. Chmury takie deszczowe, światła statków, miasta i znowu pożegnanie Santos, w perspektywie Buenos i tak już, aż do końca.

15 XII 1965. W drodze do Buenos. Całkiem miło jak pasażerów mało. ????? chora i jej praktycznie nie ma. Z Peterem trenuję niemiecki. Trochę deszczu, pochmurno i zimno, 21o C. Noc była deszczowa, trochę wiatru. W czasie wyjścia czasami błyskało. Morze, góry wyglądały bardzo pięknie w świetle błyskowym. Dzisiaj brzegi przypominały raczej Norwegię niż Amerykę Południową. Jakieś góry, wysepki skaliste, wszystko to w deszczu i mgle. Płynęliśmy w odległości kilku mil od brzegu.

16 XII, (piątek?). Widać już brzegi. Wchodzimy niedługo w La Platę. Pogoda piękna, choć nie upał. Morze już nie granatowe, ale bardzo zielonawe. Obijam się cały dzień po statku. Jutro będziemy w Buenos.

17 XII. Płyniemy La Platą. Rzeka olbrzymia, rodzaj zatoki, woda mętno-żółta, brzegi widoczne tylko z lewej. Pochmurno, 23o. Do Buenos jeszcze ok. 50 Mm (godz. ok. 0800). Wczoraj znów cofaliśmy zegarki o 1 godzinę. U nas już 12. Trzeba się powoli pakować. O 1200 z drobnym haczykiem cumujemy w Buenos. Farwater wąski, woda żółta. Przez śluzę wchodzimy do wewnętrznego portu. Śluza jest wąska. W porcie ruch. Obłażą nas celnicy. Myszkują po statku. Nasze graty poszły do cła. Moje do depozytu, bo w paszporcie nie mam wizy. Ciekawym czy czego nie zakoszą, no ale trudno. Jachtu jeszcze nie ma, ani tu, ani w Montevideo. Na razie do poniedziałku jestem na statku, a dalej to nie chcą widzieć. Dziś dostałem list z domu. Przyszedł pilot. To przyjemnie dostać list i to od pilota, który wprowadził statek. Teraz pada deszcz, słucham radia. Muzyka ładna, połowa to reklamy, ale że nie rozumiem, to nawet można słuchać.

18 XII, sobota – ranek deszcz, siedzę i czytam podły kryminał i czekam co z tego wyjdzie.

20 XII, poniedziałek. Siedzę jeszcze na statku. Dziś statek wychodzi. Przez sobotę i niedzielę nic nie załatwiłem. W sobotę czekałem na jakiś cynk z konsulatu, ale się nie doczekałem. W niedzielę też. Tak się trochę zacząłem martwić. Bo to paszport miejscowa glina zabrała, aby ewentualnie wpisać wizę (jeśli jest), bez paszportu nigdzie nie przyjmą do hotelu, ani gdziekolwiek. No, ale dzisiaj był konsul i agent, i po południu chyba się wyniosę. Odbiorę graty z cła, zobaczę co zostało. No i dalej czekam. Jacht, jak wyszedł z Santos, to go nie ma.
Deszcz pada z przerwami.
Buenos Aires wcale mi się nie podoba, takie europejskie miasto.

21 XII 65. Buenos Aires. Taki podły hotelik. Wczoraj w końcu się wypogodziło. Czekałem do godz. 2000. O 2000 przyszedł agent (tubylec) i zabrał mnie do hotelu. No, na razie jestem zostawiony. „Śmiały” jest w Montevideo. Chyba do Nowego Roku będziemy w Buenos. „Wyspiański” odszedł do Rio Grande do Sul ok. 2400. Pożegnałem się, pomachałem ręką i wróciłem do hotelu.

21 XII 65, wtorek (22 Środa)

Rano byłem w ambasadzie . O „Śmiałym” jeszcze nic nie wiedzą. Potem na 13. poszedłem do Wiktora Ostrowskiego. Byłem do ok 2400. Ale to osobny rozdział.

23 XII 65. Pogoda piękna, niebo bez chmurki, ciepło, ale bez upału. Wczoraj (22.) byłem po południu u W. Ostrowskiego. Potem poszliśmy do Domu Polskiego na kolację i o 2300 byłem w hotelu. Teraz czekam w hotelu na agenta PLO, aby odebrać moje graty. „Śmiały” jest już w Montevideo. Pożyczyłem książkę o Argentynie po niemiecku i czytam.

26 XII, niedziela. Do 1600 24-go łaziłem po mieście, czytałem „Argentynę” i ok 1600 poszedłem do W. Ostrowskiego i razem pojechaliśmy do jego przyjaciół na przedmieście. Było bardzo miło choć raczej „Wielkie nudzenie”. Nauczyłem się rzucać błyszcz metodą „a’la Patagonia” to coś dla ??? Wróciłem wczoraj ok. 2400, dziś na 1000 umówił mnie ze znajomym z samochodem, tak że obejrzę miasto.

27 XII. Od rana z agentem PLO usiłowałem wyciągnąć swoje graty z cła, ale g…. z tego. Bo mojego statku jeszcze nie ma i cholera wie co jeszcze. Że zatrzymali chronometr, sekstans, lunetę i aparat to cholera z nimi, ale mydło, ręcznik i jakąś koszulę to mogli wydać. Zresztą na razie chodzę w koszuli W. Ostrowskiego i ostatecznie źle nie jest, ale jestem zły.

Wczoraj samochodem przyjaciół W.O. objechaliśmy trochę. Obejrzałem kawałek La Platy. Jakieś kluby jachtowe, błotniste plaże, trochę kanałów. Prawie Wenecja, choć jak twierdzi mój przewodnik Wenecja mocniej śmierdzi. Woda żółta, muliste, zielone kanały, kupa jachtów i to ładnych, ale prawie w większości dalej jak do Montevideo nie chodzą i to rzadko, ale jest w dobrym stylu w pewnych warstwach mieć jacht.

Po południu byłem z W. O. na „Zorba el Griek”, ??? film, który mi się podobał. Tragedie i poprzez wszystkie zmiany na radość życia. Coś jak Colas Breugnon, ale ostrzejsze i gwałtowniejsze, bardziej zaskakujące.

La Plata to osobna historia, żółta woda, płytka na 3-5 m. Raczej żółta rzeka, niż srebrna. Wahania poziomu dochodzą do ok. 4m. Wiatrowe ??? tysiące km2 jest zalane, a w czasie deszczów woda jest jeszcze bardziej gęsta. Ziemia ponoć tak żyzna, że jak na delcie mówią, to miotła wetknięta zacznie rosnąć. Dolna część jest cywilizowana, a górna to ponoć dziki kraj w odległości paru godzin od Buenos.

Mam trochę skamieniałych drzew z Junin de los Andes, z podnóża Andów. Stwierdziłem, że właściwie to o Ameryce South to nic nie wiem. Bo i w Andach jest lądolód o pow 80000 km2, to już przecież nie lodowiec o którym nikt mi nic nie mówił, nawet Mieciu Klimaszewski. W Buenos widziałem już kolibra, ptaka który lata nawet do tyłu i te kolibry żyją aż głęboko do końca prawie Patagonii. Mapucze – „ludzie tej ziemi” – w dosłownym tłumaczeniu, nie wiadomo dlaczego nazwani Araukanami twierdzą, że to serce spalonej wiedźmy wyrwało się (przy paleniu) i tropią kolibry. Chyba ze względu na niesamowity lot.

W Misjones są motyle ok. 20 m wielkie. Na ok. 3 mln km2 Argentyny ok. 1,5 mln km2 to obszary bezodpływowe. Że na suchej pampie na drogach robi się taka sama „pralka” jak w Mongolii. Tutaj też jedzą baranie kiszeczki z treścią jak mówił „Wściekły Piotruś”, ale nie gotowane, a smażone. Wczoraj próbowałem w restauracji z W. Ostrowskim. Ze względów oszczędnościowych poniedziałek i wtorek są bezmięsne (powiedzmy bezwołowe i bezbaranie). Poza związkiem zawodowym pogrzebowym wszystkie inne już robiły strajki. Ostatnio śmieciarze i na ulicach przez święta były kupy śmieci, które często palono na ulicy. W sklepie można nabyć spluwy, ale poniżej kaliber 9mm bez nikakich, choć dość drogie. W ogóle Argentyna jest teraz dość droga. W porównaniu z naszymi cenami to tutaj jest nawet drożej, zwłaszcza jeśli chodzi o artykuły spożywcze i to licząc w stosunku do pensji, a nie do 100 zł za $. Brazylia jest grubo tańsza, mimo inflacji. Jeśli chodzi o mój adres, to chyba najlepiej pisać na adres ambasady w Buenos Aires, a wtedy to nam chyba prześlą dalej, ale jeszcze nie wiem gdzie.
Embajada de Rep. Polonie
Av. Alejandro Maria de Aguado 2870

                                                                          Pozdrowienia
                                                                                                                  Ludomir M.

________________________________________________________________________________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.