Ludomir Mączka: Listy z wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej.

Z zachowanej bogatej korespondencji i zapisków Ludomira Mączki uwagę zwracają teksty z okresu wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej1, w którym to rejsie na trasie od Buenos Aires ich Autor uczestniczył.

Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika „Poznaj Świat”, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, wyspy Galapagos, Kanałem Panamskim na Atlantyk i z powrotem do Polski. Wyprawa zorganizowana przez Polskie Towarzystwo Geograficzne była dużym przedsięwzięciem mającym – obok żeglarskiego i sportowego, jak wówczas uznały i doceniły to władze polityczne – także wymiar naukowo-badawczy.

Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby mające kwalifikacje i doświadczenie w żeglarstwie morskim, jak i z przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy. Kapitanem Śmiałego został Bolesław Kowalski.

Ludomir Mączka, zakwalifikowany na rejs jako osoba rezerwowa, dołączył do załogi w momencie jej uszczuplenia z przyczyn zdrowotnych przez jednego z uczestników.

Pozostawione zapiski i listy Ludomira Mączki są pełne barwnych opisów oglądanego świata, ludzi, przyrody a także osobistych spostrzeżeń, refleksji i ocen; nierzadko dotykają wzajemnych relacji osób przebywających przez tak długi czas w małej przestrzeni jachtu, w warunkach dalekich od zapewniających względny komfort psychiczny.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

4.04.1966
Dziś wyszliśmy z Puerto Aisén. Jutro kończę trzytygodniową turę gotowania. Na koniec wysiadł prymus i pichcę na takim małym benzynowym. Nowy kupimy w Puerto Montt. Swoją drogą to paskudna robota i ciężko mi idzie. Coraz bardziej podziwiam K.B. (Krzysztof Baranowski – przyp. red.), że poszedł na kuka i że to jakoś znosi. Zresztą z siebie nie jestem tak zbyt zadowolony, za dużo się przy tym złoszczę. No, ale cóż, człowiek jest ułomny.

Przedwczoraj był dzień wolny i w pięciu – B.K. (Bolesław Kowalski – przyp. red.) został na jachcie – pojechaliśmy autobusem do Coyhaique – czytaj: Koziejke. 67 km w głąb kraju, wzdłuż Rio Aisén, która dalej nazywa się Rio Simpson. Pogoda była piękna, droga gruntowa kręta i stroma. Widoki piękne, tylko że cały czas po obu stronach wypalony las. Lasy tutaj palą, aby były pastwiska. W tym „przeobrażaniu przyrody” zaszli już dość daleko, zresztą to „przeobrażanie przyrody” to jest wszędzie. Straszą kikuty drzew, rosną jakieś krzaki. Obfite deszcze spłukują glebę, tworzą się lawiny skalne, osuwiska. Za kilkadziesiąt lat będzie tutaj pustynia. Rio Aisén zamuliła zatokę i ujście. Jeszcze parę lat temu wchodziły tutaj kilkusetonowe statki, a teraz tylko małe kuterki. Budują Chacabuco. W Koziejke lasy już dawniej wypalili i kotlina jest dość sucha. Dookoła góry z poziomo ułożonych przekładańców tufów i lawy (tak z daleka wygląda).

W Koziejke podzieliliśmy się. K.B. i J.K. (Krzysztof Baranowski i Jerzy Knabe – przyp. red.) poszli po mieście, a my trzej za miasto i w interior. Daleko nie zaszliśmy, bo głowa i żołądek mnie bolały. Takie zatrucie. Trułem innych przez trzy tygodnie, aż sam się zatrułem. Szliśmy taką polną drogą, obok szeroki trakt dla bydła. Wzdłuż drogi druciane ogrodzenia bez przerwy. Wreszcie przeleźliśmy przez jedno i położyliśmy się nad rzeczką. Było bardzo ciepło, nawet gorąco, niebo błękitne, żółte topole, tak jakoś nie amerykańsko, tylko te góry to trochę tak jak na obrazkach z Arizony czy Colorado.

Jest pięknie, ale czuję się dość podle. Br. S. i K.W. (Bronisław Siadek i Krzysztof Wojciechowski – przyp. red.) idą dalej trochę w góry, ja zostaję na miejscu i wracam do miasta.

Wracam z jakimś robotnikiem, który w rzeczce przesiewał żwir. Usiłujemy rozmawiać o różnych rzeczach i tak czas leci. Potem popijam u niego mate. Przeglądam hiszpańskie wydanie „Life” i idę dalej do centrum mista. Miasteczko ciut większe od Aisén, ale niewiele. Komunikacja lotnicza z Punta Arenas i Północą oraz z Argentyną. Dużo hotelików dla przyjezdnych z interioru i Argentyny, bo tędy idzie komunikacja z Conidon Rivodiwie – czyt. centrum naftowe. Zresztą tutejsze restauracje robią dopiero na zamówienie gości, bo by inaczej zbankrutowały i chyba z tego to żyją tylko ubocznie.

Wczoraj wieczorem w autobusie jadą jeszcze sportowcy. Rowery za autobusem, a oni w środku rozrabiają, tak jak g….. u nas. Żadnych różnic.

Poprzedniego dnia z przyjaciółmi z Chacabuco Carlosem (pochodzenia niemieckiego, ale umie tylko kilka słów), Pauchem i Juarezem byliśmy w takiej właśnie prywatnej knajpce na kolacji. Popiliśmy sporo wina i było całkiem miło. Z Jurkiem K. uzupełniliśmy swój słownik hiszpański o zwroty i wyrazy potrzebne, a rzadko w słownikach spotykane. Taka „Lecion Especial” teraz w tej konkurencji jestem chyba lepszy niż w angielskim i niemieckim. Żeby tylko w ogóle (!).

Tutaj w Aisén taki tzw. gubernator maritime (taki tutejszy urzędnik SUM) zrobił nas na jajo i kazał do Puerto Montt wziąć pilota i to z Valparaiso. No, ale cóż zrobić. No i mamy teraz takiego na głowie. Wczoraj wieczór przyszedł na jacht Stanisław Bragiel z Wilna, emigrant z 1938 roku. Sporo już polskiego zapomniał, ale opowiedział dużo ciekawych rzeczy. Jak żyją vaquero i ouchero, z jedną różnicą, że vaquero owiec poić nie będzie, ile zarabiają, itd., ale to chyba będzie w korespondencjach Siadka.

Na entraneje 30 km od Aisén. Dojazd tylko konno. Konia trzyma gdzieś w mieście. Przyniósł nowe książki o Aisén (całej prowincji). Był nawet autentyczny biskup, doktor, ciało nauczycielskie i w ogóle całe miasto.

7.04.1966, czwartek
Już drugi dzień, jak skończyłem dolę w kambuzie. Pogoda taka różna, jak u nas w jesieni. Wczoraj w nocy lało, dmuchało tęgo przy słabej widoczności. Nasze tzw. „sztormiaki” ciągną wodę jak ścierki. Było zresztą już dość chłodno, 7- 10 °C. Wczoraj wyszliśmy z wąskich kanałów i żeglujemy już po Golfo Corcovado – to taka zatoka po E stronie wyspy Chiloé.

Noc była spokojna – księżyc przeświecał przez chmury – wiatr ok. 4-5 °B, tyle że z N. No i tak halsujemy, aby na północ. Jacht idzie samosterownie. Rano założyliśmy drugi ref na grota. Wiało 5-6 °B, teraz zelżało, wieje chyba 4. Chmurno i wcale mi się nie zdaje, że żegluję wzdłuż Ameryki Południowej. Jednak to Ameryka Południowa, przed chwilą odsłonił się wulkan Corcovado (2290 m n.p.m.) pokryty czapą śnieżną. Wilgat już wyleciał z Polski i chyba już jest w Santiago. Zacznie się etap lądowy. Nasz pilot (proetier) choruje, prawie nie je i w ogóle nie przeszkadza.

11.04.1966 Poniedziałek – drugi dzień świąt. Puerto Montt.
Tak w trakcie podróży zupełnie zapomnieliśmy o świętach. Jakoś tak dopiero w piątek K.W. zajrzał do kalendarza i powiedział – ku naszemu zaskoczeniu, że to Wielki Piątek. No i tak jakoś zeszło. W sobotę weszliśmy do Puerto Montt. Przyjechał Wilgat. Pilot nas pożegnał. Celnicy i inne władze portowe trochę się wygłupiały. Ostatecznie nawaliły wszystkie przymusy, tak że chyba jutro się coś kupi. Na ogół pada deszcz. Zjawili się Hermanos de la Costa – Bracia Wybrzeża – takie stowarzyszenie ludzi związanych z morzem – lepsza tradycja piratów z Morza Karaibskiego powstała coś 7 lat temu i obejmuje już Peru, Chile, Argentynę, Włochy, Francję i coś tam jeszcze. Główna siedziba chyba w Valparaiso, gdzie wychodzi pismo „Abrdoche”. Mamy kupę roboty, bo to i motor coś wysiadł, i żagle, i prymus, i za ściągnięcie z mielizny chcą 500$, no i trzeba by już do Valparaiso – (800 Mm) i zacząć te lądowe roboty.

W niedziele wieczór we czterech byliśmy na kolacji u jednego z „braci wybrzeża”. Lał deszcz. Wilgat, Bronek i K.W. zostali. Bracia byli przeważnie niemieckiego pochodzenia, ale mnie to nie przeszkadza. Teraz to właściwie jesteśmy przed aresztem. Aż do wyjaśnienia sprawy roszczeń. Poza tym ktoś tam w Santiago coś brzydkiego o nas napisał, że nie wiadomo kto i po co, i dlaczego. Tutaj też mają takiego zajoba na tym tle, ale poza tym jest tutaj ładnie. Widać wulkan Osorno – (ostatnio czynny w 1962 roku). Całe popołudnie z Jurkiem K.spędziłem rozbierając motor. Teraz siedzę w wyrku i piszę. Przed chwilą wrócili Br. S. i Wilgat z wycieczki do Petrohué, obejrzeć jak to tam wygląda, ta cała geologia i w ogóle teren, bo tutaj to zupełnie inaczej. Świeże tereny polodowcowe, tufy wulkaniczne i licho wie co jeszcze. Jakieś zastoiska, moreny.

                                                                                                                         Ludomir

Fot. z arch Wojciecha Jacobsona

___________________________________

  1. Wyprawa jachtem „Śmiały” (Lc – 18m, S=144m2) dookoła Ameryki Południowej w okresie od 29 lipca 1965 do 30 października 1966 roku zorganizowana pod patronatem Polskiego Towarzystwa Geograficznego o charakterze naukowo-badawczym. Trasa rejsu: Szczecin, Wyspy Kanaryjskie, Wyspy Zielonego Przylądka, Argentyna, Cieśnina Magellana, Chile, Kanał Panamski, Karaiby, Szczecin. Załogę stanowili: Bolesław Kowalski – kapitan, Tomasz Romer – I of icer (płynął do Santos, Brazylia), Jerzy Knabe – I oficer od Rio de Janeiro, Bronisław Siadek, Tadeusz Wilgat – kierownik naukowy wyprawy (płynął na trasie Puerto Montt, Chile – Kanał Panamski), Krzysztof Wojciechowski, Krzysztof Baranowski, Mieczysław Kluge (brał udział w pierwszym etapie rejsu do Wlk. Brytanii), Ludomir Mączka (uczestniczył w wyprawie od Buenos Aires).

_______________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.