Archiwum kategorii: ZŻ nr 54e sierpień 2022

Lucjan Rydel: Syreny

Morze, zielone morze w niezmiernej przestrzeni,

A nad nim księżyc mleczny w błękitnej przeźroczy;

Świetlisty nurt za nurtem z daleka się toczy

Śnieżny pianą, iskrzący błyskami promieni …

AAAA

Od czarnych skał ku niebu wionął śpiew syreni –

Leżą na głazach, w księżyc wbiwszy łzawe oczy,

Na pierś dziewczęcą woda ścieka im z warkoczy,

Od bioder łuska rybia tęczowo się mieni.

AAA

Śpiewają. I pieśń leci, omdlewa i gnie się

Dziwna, smętna, cudowna, podobna ich ciałom,

Na dnie mórz urodzona w koralowym lesie …

AAA

Nagle jedna wskazała poza skalny załom:

Żagiel, w dali, na mętnym srebrnym widnokresie –

Śpiewają … Żagiel płynie … płynie wprost – ku skałom!

AAA

Lucjan Rydel

_____________________________________________

Lucjan Rydel – (1870-1918) poeta z okresu Młodej Polski. Wydał: „Poezje” (1899; nakł. L. Idzikowskiego, Kijów, 1909); kilkanaście utworów dramatycznych wierszem; baśnie poetyckie dla młodzieży. (wg Zb. Jasiński, „Morze w poezji polskiej”)

* * *

Wiersz Lucjana Rydla „Syreny” ukazał się w opracowanej przez Zbigniewa Jasińskiego (1908 – 1984; członek AZM,współredaktor „Szkwału”) antologii poezji marynistycznych „Morze w poezji polskiej”, wydanej nakładem Głównej Księgarni Wojskowej w Warszawie, 1937 rok.

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Tym razem korespondencja jest zapowiedzią ciekawej (tak przynajmniej jest to anonsowane w mediach portugalskich) wizyty w Lizbonie szwedzkiego, największego na świecie, oceanicznego, drewnianego żaglowca.


Taka informacja ukazała się na stronie: https://www.nit.pt/fora-de-casa/na-cidade/o-maior-veleiro-de-madeira-do-mundo-esta-a-caminho-de-lisboa

Oczekiwanym żaglowcem jest Gotheborg of Sweden, współczesna – z początku obecnego wieku, replika szwedzkiego żaglowca (typ East Indiaman) Gotheborg (I) zbudowanego w XVIII wieku i wówczas eksploatowanego przez Swedish East India Company (Svenska Ostindiska CompanietSOIC).

Właścicielem żaglowca/repliki jest utworzona w 1993 roku Svenska Ostindiska Companiet Aktiebolag (Swedish East India Company Limited) – SOIC Global Trading AB, kontynuującą szwedzkie tradycje rozpoczętego przed wiekami międzynarodowego handlu. SOIC jest spółką w pełni kontrolowaną przez prywatną firmę Greencarrier Group, której właścicielem jest Stefan Bjork. Armatorem żaglowca Gotheborg of Sweden jest spółka SOIC Ship Management, spółka-córka Svenska Ostindiska Companiet (SOIC).

Rejs żaglowca ze Szwecji na Daleki Wschód, którego zakończenie przewidziane jest w Szanghaju na jesieni 2023 roku, odbywa się pod szczytnymi hasłami promocji szwedzko-azjatyckiego handlu i wykreowania nowych możliwości biznesowych z ukierunkowaniem na innowacyjność, nowe idee i zrównoważony rozwój. Te piękne, idealistyczne hasła to przyszłość szwedzkiej wersji „jedwabnego szlaku”, a rozpoczęty rejs, pobyty w portach to biznesowy plan już realizowany – możliwość udziału w kolejnych etapach rejsu, zwiedzanie żaglowca w portach do których zawinie są odpłatne i ceny podane na stronie internetowej rejsu (https://www.gotheborg.se/join-us/sail-with-us/available-sailing-legs-2022/).

Pobyt Gotheborg of Sweden w Lizbonie spodziewany jest w dniach 5 – 8 września i wówczas w korespondencji doślę materiał zdjęciowy.

 

www.mariolalandowska-art.com Mariola Landowska

_______________________________________________________________________________________________________________Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Wolińskie klify w Lubiniu. Fot. A. Szostak

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Daniel Zyzik – wywiad z Jerzym Porębskim: aaaaaaaaaaaaaa A R T Y K U Ł Y
Taki jest świat, jakim go sobie chcesz wybrać. Nie jesteś do niczego zmuszony. Lubię żyć tutaj, w moim domku w Lubiniu, na klifie. Lubię spuścić sobie łódkę na wodę, połowić sobie sandacza, na węgorza się zasadzić, to znowu w nocy skoczyć do wody, wyleźć, wrócić do domu, zjeść śniadanko i sobie odpocząć…

Tymczasem Jurek odpłynął (mija rok – red.) – tym razem w ostatni rejs… Cytując piosenkę: „gdzieś tam – na krańcach wielkiej wody; gdzie giną ludzkie drogi; gdzie siedzi stary, siwy Bóg – jest dom naszych wszystkich dusz”


_____________________________________________________________________________________________
Ludomir Mączka: ………………………….. L I S T Y: z Peru
W poniedziałek po południu pojechaliśmy do Leszka. Potem wpadli pozostali dwaj andyniści – była Mariolka i Maryśka – u Leszka na górze wypiliśmy yerbę, posłuchaliśmy muzyki. Leszek z Lili zawijał argentyńskie tango, w końcu i my ruszyliśmy w tany – Lili z Mariolką pokazały jak się tańczy „tango peruano”…


______________________________________________________________________________
Mariola Landowska: ……………………….K O R E S P O D E N C J E: z Lizbony
Tym razem korespondencja jest zapowiedzią ciekawej (tak przynajmniej jest to anonsowane w mediach portugalskich) wizyty w Lizbonie szwedzkiego, największego na świecie, oceanicznego, drewnianego żaglowca…

______________________________________________________________________
Alicja Farmus: ……………………… K O R E S P O N D E N C J E: z Toronto
Działalność szantowa jest coroczne wzmacniana przez szantowe jamboree w przystani Thompson Marine na północ od Toronto (3.5 godziny jazdy samochodem), nad zatoką św. Jerzego (Georgian Bay) jeziora Huron. Właścicielem Thompson Marine jest czołowy muzyk (gitara) zespołu Janusz Jankowski – kapitan z Polski osiadły od lat w Kanadzie i od dawna zakotwiczony nad Georgian Bay…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F O T O

Morskie akcenty na domach w Kamminke (Pomorze Przednie). Fot. A. Szostak

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F O T O

Szwedzki żaglowiec Gotheborg of Sweden w Lizbonie, w drodze na Daleki Wschód. Więcej w korespondencji Marioli Landowskiej z Lizbony. Fot. M. Landowska

Ludomir Mączka: Zapiski z rejsu – Peru, X – XI 1974

Po przejściu Kanału Panamskiego „Maria” na początku lipca 1974 roku dotarła do Peru, do Callao (pod data 08.07. Ludek zanotował w swoich zapiskach z rejsu: „O 13.30 stoimy na kotwicy w Callao w Jacht Klubie Peruano. Przyjęli nas miło. Opłat w Klubie n i e m a. Sic! Podkreślenie red.) W połowie miesiąca wyokrętowali z jachtu i powrócili polskim statkiem handlowym do kraju Wojtek Jacobson i Andrzej Marczak; Ludek pozostał sam oczekując na nową załogę. Nawiązane kontakty, wizyty u poznanych osób, w ambasadzie polskiej, u rybaków na stojących w porcie polskich statkach, a także wycieczki samochodem w interior pozwoliły mu oderwać się, choćby na trochę, od spraw morskich, jachtowych, od przedłużającego się oczekiwania na nowych współtowarzyszy rejsu. Pod koniec września, statkiem m/s „Sienkiewicz”, dotarli z Polski na „Marię” Jerzy Pisz i Kazimierz Jasica. Prace przy jachcie nabrały tempa, ale i towarzyskie spotkania, poznawanie ludzi i kraju nadal zajmowały czas załodze „Marii”. W tym czasie doszło do spotkania z uczestnikami polskiej wyprawy górskiej w Andy, a także, dzięki poznanemu mieszkającemu w Limie, polskiemu inżynierowi górnikowi Leszkowi Piotraszewskiemu, Ludek powrócił na pewien czas do swojego zawodu geologa. I właśnie ten, mało znany okres z pierwszego rejsu dookoła świata Ludomira Mączki, przybliżają prezentowane poniżej zapiski kapitana „Marii”.

Mączka, baczny obserwator zwykłych ludzi i ich życia, z przenikliwością opisuje niełatwe życie geologów, górników, ale także z fachowym znawstwem odnosi się do przedmiotu wykonywanej pracy, przedstawiając geologiczną charakterystykę terenu na którym pracuje.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

LUDOMIR MĄCZKA: ZAPISKI Z REJSU – PERU, X – XI 1974 rok

Sobota 12.10.74

Wrażenia lecą. Już dziś muszę sobie przypominać, co było w poniedziałek. (A może to też skleroza?)

W poniedziałek po południu pojechaliśmy do Leszka1. Potem wpadli pozostali dwaj andyniści2 – była Mariolka i Maryśka – u Leszka na górze wypiliśmy yerbę, posłuchali muzyki.

Leszek z Lili zawijał argentyńskie tango, w końcu i my ruszyliśmy w tany – Lili z Mariolką pokazały jak się tańczy „tango peruano”.

We wtorek około dwunastej przypłynął Jorge3, aby nas zabrać do siebie. Na jego ponaglenia, aby szybko, odpowiedzieliśmy zgodnym chórem: Calma!

Wypiliśmy herbatę, schowali wzmocnioną kiełbasę i popłynęliśmy na brzeg. Po drodze zajrzeliśmy do portu na „Cetusa” – Jorge jako agent ma prawo wjazdu do portu. Pojechałem przywitać Jacka Forembskiego – żeglarz z AKM z Gdańska. Stara znajomość sprzed 15-tu czy iluś tam lat. Nawet nie przypuszczałem, że kiedyś spotkamy się w Peru. Jest tu trzeci, za „Pana Asa” od maszyny.

Jorge Chavez mieszka na San Antonio. Dom typowo hiszpański – parterowy – kupa książek, małe muzeum kultur indiańskich, na których się zna. Rodzina też typowo peruwiańska – trzech braci, Jorge najstarszy – króluje, dwóch młodszych.

Wczoraj przy lampie gadaliśmy do późna. W pokoiku dwa żelazne łóżka, dwa krzesła, drzwi z blachy falistej. Na łóżkach śpiwory, na gwoździach i w kącie nasze graty.

Przyjechaliśmy we wtorek – poniedziałek jechaliśmy. Najpierw wzdłuż morza, przez Cañete trochę zniszczone trzęsieniem ziemi, Chincha – gdzie w winnicy kupiliśmy wino tinto á 25 $ za litr + 30 soli za balonik 4 l.

Miasteczka i osady to właściwie oazy na pustyni. Niedawno gdzieś tam było nawet lotnisko przemytników ze światłami itd. Obiad zjedliśmy w Ica.

Tutaj już było słońce, bo koło Limy to wyglądało nieładnie. Wiatr miecie po pustyni śmiecie i papiery. Szaro, chmurnie, mżawka.

Przed Nasca zjechaliśmy z drogi, aby obejrzeć rysunki na ziemi, wysypane jaśniejszym piaskiem kondor, wąż i coś tam jeszcze na ziemi widać słabo, lepiej z dachu Land Rovera. Są to jakieś wyobrażenia kultowe z okresu NASCA (kultura preinkaska). Bawi się tym jakaś stara Niemka – archeolog coś 40 lat, twierdzi, że to kalendarz, ale jak go czytać, to nikt nie wie. Leszka szef, inżynier Wolf, twierdzi, że to znaki totemiczne, którymi NASCA chcieli zwrócić uwagę bogów (Księżyc – Słońce) na swoje nowe tereny – i to „robi sens”, jak to mówią Anglicy (a czasem Jurek Wr.4).

Przenocowaliśmy w Nasca, w hotelu. Nawet się wykąpałem i ogoliłem. Rano we wtorek ruszyliśmy dalej. Trochę za NASCA spaliło się sprzęgło w LR. Zostało jakieś ca 100 km do companiento. Mieliśmy szczęście, że akurat jechał do Acari tutejszy, jakby to nazwać, inspektor górniczy Land Roverem Station Wagon i zabrał nas z gratami jako kolegów górników. Na tę okazję ubrałem hełm górniczy, jak mi poradził Leszek. To tutaj od razu ustawia, to jakby odznaka. Zresztą, ten inżynier, co nas zabrał, powiedział, że zatrzymał się, bo zobaczył górników.

W Acari (miejscowość nad rzeką Acari) jest „Planta”.

Jeszcze przed Acari kończy się asfalt „Panamericany”. Dalej droga gruntowa, od „Planty” do „Companiento” jakieś trzy kwadranse samochodem. Podwiózł nas ten sam Land Rover.

Tutaj to już tylko ścieżki dojazdowe wcięte w zbocza serpentynami pną się w górę. Wąskie, kręte, gdzieś tam widać wrak samochodu na dole, a przy drodze krzyżyk.

Tędy wywożą rudę ze sztolni, które są porozrzucane na dużej przestrzeni. Złoże mezotermalne – żyłowe. Rudy głównie ze strefy utleniania, głębiej siarczki. Leszek robi plan żył i wyrobisk.

Poniedziałek, 14.10.1974

Nazca

Wczoraj rano pożegnałem się z Marianem („III” z „Centaurusa”). Przyszedł po służbie w sobotę gadaliśmy do 2 w nocy, no i został u nas do rana.

W sobotę załatwiłem kołek pod windę. Ma być na poniedziałek. Potem się spakowałem i pojechałem do Leszka. Zrobiłem pranie. Właściwie to asystowałem, a pranie zrobiła Lili. Przymierzyłem Leszka buty potem przyszli andyniści + Maryśka i Mirella i pan Fronczak z żoną. No i dziś rano wyjechaliśmy około 08.00 LT Land Roverem. Pojechał Leszek, jego pomocnik, szofer i ja.

Środa, 16.10.1974

Campaniento koło Acari

Wieczór – siedzimy w „campaniento”. Barak ze ścianami z plecionki bambusowej, kilkanaście kilometrów od Acari. W Acari jest „planta”. Wzbogacają rudę miedzi i wysyłają dalej. Cały dzień Leszek robił zdjęcia tachymetryczne5 wychodni6 rudy. Ruda miedzi występuje tutaj w żyłach i soczewkach, które tworzą jakieś granodioryty7 i granity. Na tym jeszcze siedzi pokrywa tufów i tufitów8. Całość pocięta głębokimi jarami. Różnice względne kilkaset metrów no i to wszystko to szczera pustynia.

Tylko kilka na ogół uschłych kaktusów, czasem jakaś trawka i nic tylko kaniony – zwietrzelina, piasek. Na dole rano była warstwa chmur, tutaj słońce i błękitne niebo. Dość gorąco, no i podejście strome.

Leszek ma kilku pomocników miejscowych. Zdjęcie tachymetryczne tutaj to cholerna robota – prawie alpinistyka. Słońce grzeje, ale na razie przyjemnie – jest ciepło, ale nie za gorąco, niebo błękitne, nogi nam trochę powłaziły w d.

Companientem opiekuje się Gonzalez z żoną, małą córką (2-3 l.), małym psem i małym kotem.

Czwartek, 17.10.1974

Campaniento, Acari

Dzień dość gorący. Słońce. Dziś trochę wziąłem się do roboty. Szukałem kontaktu łupku tufowego i skał magmowych. Lepiej to widać z daleka niż z bliska. Uchodziłem się zdrowo i dopiero mi się zmąciło w głowie. Ok. 15-tej wróciłem – nogi mnie bolały od tego łażenia. Po obiedzie przyjechał szofer z Land Roverem. Naprawili mu Land Rovera w Acari. Z obozu (naszego biwaczku) pojechaliśmy do najbliższego osiedla górniczego do sklepu. Osiedle, dwa rzędy nawet porządnych baraków, sklep i szkoła.

Sklep to rzecz godna obejrzenia. Taka buda zbudowana z drągów i plecionki bambusowej. Ale nawet nieźle zaopatrzony. Jaja, ziemniaki, coca-cola, Inka Kola, nafta, kanistry. Przy wejściu na klatce siedzi papuga, za przepierzeniem na kupce świeżego grochu baraszkują dwa szczeniaki, na łóżku śpi chudy kundel – pewnie odpoczywa po nocnej służbie, kaczka o kolorowym upierzeniu też chodzi po sklepie, mały kot łazi po towarze – interesantów nie za wiele. Kupiliśmy cebulę,pieprz, jajka, oliwę. Leszek szczotkę do zębów, Hieronimo mydło. Potem obejrzeliśmy szkołę i nauczycielkę. Szkoła to porządny barak – w pierwszym pokoju skład sklepowy, stół, kilka krzeseł – salon przyjęć, obok pokój nauczycielski, dalej sala szkolna – kilka ławek, tablica – taka wiejska szkółka. Nauczycielka młoda z Arequipy. Chwilę toczyła się rozmowa, (byłem za słuchacza – bąknąłem trzy słowa). Na kolację wróciliśmy do siebie. W osiedlu spotkaliśmy inż. górnika z Limy – Leszka wiceszefa.

Piątek, 18.10.1974

Campamento

Godz. 13-ta. Przed chwilą wróciłem z roboty. Land Rover wywiózł nas w górę. Leszek zostało na p. 3 z teodolitem, ja pojechałem parę kilometrów dalej na p. 16. Odesłałem Land Rovera – miał naprawić hamulce. Jazda z kiepskimi hamulcami to widać normalne w górach – w Peru jak i w Mongolii.

Szukałem kontaktu między pokrywą tufów (raczej tufitów) luźnym piroklastycznymi metasedymentami i granodiorytem (właściwie całej gamy skał granitoidowych, w których siedzą żyły kwarcowe).

Powoli zaczynam nabierać trochę kondycji. Chodzę z Gonzalesem, który znaczy farbą punkty do triangulacji, bo plan jest marny i trudno na nim dokładnie się określić. Powoli wciągam się w to zajęcie. Ostatecznie kiedyś (jeszcze około trzech lat temu) byłem geologiem.

Niebo bez chmurki, słońce zaczyna palić, słaby wiatr trochę chłodzi. Krajobraz dziki i surowy. Klimat jest chyba za suchy, bo nawet nie ma tutaj pustynnego lakieru. Wczoraj Gonzalez pokazał mi ślady lisa i pumy (trzeba sprawdzić w książce, bo może to był duży pies?). Na górze sfalowany poziom tufitów, rozcięty głębokimi na kilkaset metrów jarami. Dość łagodne spadki w seriach falowych i piroklastycznych przechodzą w strome urwiska w granodiorytach– miejscowy gr.d. jest silnie zwietrzały i sypie się prawie jak gruboziarnisty piasek. W wielu miejscach widać ślady Ca w postaci wykwitów malachitu, azurytu9, czasem żyłek turkusu10.

Sceneria jak w kinie na dobrym westernie, tylko jeszcze większa pustynia.

Kopalnia to szereg odległych sztolni w żyłach na dużej przestrzeni. Wyrobiska połączone są wciętymi w zbocza drogami. Samochody zabierają rudę do „Planta concentrada” koło Acari.

Przy większych są małe górnicza osiedla – czasem nawet porządne baraki, czasem tylko konstrukcja z drągów pokryta matą z bambusa, deszczu nie ma. Wczoraj wieczór byliśmy Land Roverem w takim osiedlu w sklepie (już pisałem o tym). Potem poszliśmy do „kapitana” – to coś jak starszy sztygar – kierownik. Mieszka w takiej budzie, wyklejanej gazetami, kilka gołych pań z kalendarzy, dwa łóżka żelazne, stół, dwa krzesła, trochę pustych butelek po piwie, jakieś papiery na stole, dwie karbidówki.

Zaszliśmy tam na plotki – Leszek, jego pomocnik, szofer i ja. Sr. Mata wyciągnął cztery butelki piwa i szklaneczkę. Typy jak w kinie – piliśmy po kolei z jednej szklanki. Szły różne miejscowe ploteczki. Coś dwa tygodnie temu zabił się jeden „kapitan” – podejrzewają, że mu robotnicy odwiązali linę. Jakiegoś inżyniera gonili boso po górach, innego obili. Tutaj związki zawodowe to raczej mafie. Były też opowieści wesołe. Jakiś pijany inżynier dobierał się do nauczycielki, inny podał się za analfabetę i przez kilka dni nauczycielka męczyła się ucząc go liter wreszcie dostał miotłą i nauka się skończyła.

Ludomir Mączka

______________________________________________________

  1. Leszek – Leszek (Aleksander) Piotraszewski – inżynier górnik mieszkający w Limie, ożeniony z Peruwianką. Po wojnie pozostał na Zachodzie i wyjechał do Argentyny, gdzie pracował w różnych zawodach (m.in. jako górnik, kowboj), ożenił się z Peruwianką i osiadł w Limie; pracował jako inżynier górnik. O Leszku Piotraszewskim opowiada Wojciech Jacobson: „Bardzo ciekawy człowiek, imał się różnych zawodów, pracował jako górnik i jako kowboj, przeżył wiele przygód. To on zabrał Ludka ze sobą do jednej z kopalń wysoko w Andach. Spędzili tam trzy tygodnie i Ludka wiedza geologiczna była tam przydatna. Ludek pracował jako geolog w środowisku hiszpańsko-języcznym, w surowych warunkach. Była to jedna z przygód Ludka, którą wspominał jako piekną.” i Antoni Jerzy Pisz: „Leszek Piotraszewski wyjeżdżał służbowo na trzy tygodnie do jednej z kopalń w Andach i zabrał ze soba Ludka”.
  2. Andyniści – uczestnicy I Polskiej Wyprawy w Góry Patagonii w 1973/74 (uczestnicy wyprawy prowadzili działalność eksploracyjną i wspinaczkową w Andach Peruwiańskich, Boliwijskich i Patagońskich). Organizator: Krakowski Klub Wysokogórski i Komisja Turystyki Górskiej Zarządu Głównego PTTK. Kierownik wyprawy – Ryszard Rodziński, uczestnicy: Andrzej Łapiński, Zdzisław Ryn, Wojciech Jedliński, Stanisław Jaworski, Henryk Ciońćka, Antoni Pańta i inni.
  3. Jorge – Jorge Chavez, agent morski w Callao, załatwiający podczas postoju „Marii” sprawy celne, portowe i inne.
  4. Jurek Wr. – Jerzy Wróblicki, geolog, kolega Ludka ze studiów geologicznych we Wrocławiu; ściągnął Ludka do pracy w Zambii, był tam jego szefem; zmarł w Afryce.
  5. zdjęcia tachymetryczne – zdjęcia czyli zdejmowanie tachymetryczne, to znaczy pomiar geodezyjny terenu obejmujący pomiar zarówno wysokościowy jak i sytuacyjny.
  6. wychodnia – miejsce w terenie, gdzie warstwa złożowa niejako „wychodzi” na powierzchnię ziemi.
  7. granodioryty – skały magmowe, kwaśne; należą do granitoidów, skał powstałych w trakcie powolnego krzepnięcia gorącej magmy głęboko wewnątrz Ziemi.
  8. tufy i tufity – skały porowate, słabo zwięzłe, miękkie, lekie, składające się ze szkliwa wulkanicznego z domieszką minerałów i fragmentów skał magmowych; tufy osadzone w wodzie to tufity.
  9. malachit, azuryt – pospolite minerały półszlachetne z gromady węglanów.
  10. turkus – rzadki minerał półszlachetny z grupy fosforanów.

____________________________________________________________________

Przy odczytaniu i redakcji tekstu zapisków z rejsu Ludomira Mączki, oraz przy opracowaniu przypisów niecenioną pomoc okazali: Kazimierz Robak (https://periplus.pl/; https://zeglujmyrazem.com/; Floryda, USA), Andrzej Piotrowski (geolog, Szczecin) i Wojciech Jacobson.

Daniel Zyzik: Niedaleko naszego domu – opowieści przy kei.

W Świnoujściu niebawem zostanie odsłonięty jego pomnik (Świnoujście, Plac Rybaka, pomnik odsłonięty 23. lipca 2022 roku – przyp. red). Obiekty i festiwale przyjmują jego imię, a on – tak jak w swojej piosence – znów popłynął na morze… Pozostawił nam swoje piosenki, nagrania i wiele wspomnień – oto jedno z nich.

Pewnego dnia u progu lata wespół z kolegami postanowiliśmy wybrać się do przystani jachtowej na otwarcie sezonu żeglarskiego i nagrywać pierwsze kadry do filmu o muzykach. Impreza była wielce udana, a na scenie z gitarą pojawił się nasz bohater. Po koncercie wybraliśmy się na spacer nabrzeżem mariny, która w tym roku (w maju 2022 – przyp.red.) otrzymała jego imię. Tak się zaczęło nasze spotkanie z człowiekiem legendą mórz i oceanów, przede wszystkim muzykiem, ale nie tylko…

Jerzy Porębski z Autorem wywiadu, Świnoujście, Port Jachtowy, 2013 rok. Fot. Sebastian Dziekoński

Daniel Zyzik: Nagrywamy ujęcia do filmu – można by powiedzieć, że jesteśmy kolegami po fachu…

– Film nie jest mi obcy – mówi Jurek Porębski. – Kiedyś pracowałem w centralnym szpitalu górniczym w Bytomiu jako kierownik laboratorium i tam był pielęgniarz, który się interesował filmem. Chciałem mu pomóc, więc poszedłem do dyrektora i mówię: słuchaj, chcemy nakręcić film o szpitalu. Taki prawdziwy, bez znieczulenia. Dostaliśmy zgodę. Nakręciliśmy wszystko: operacje, zabiegi u okulisty i dermatologa. Pokazaliśmy, jak chorzy odpoczywają w świetlicy, jak w bufecie kupują sobie ciasteczka, jak opowiadają wszystkim wokół o swoich chorobach. Wysłaliśmy ten film na konkurs. Zajął czołowe miejsce, choć ludzie wychodzili z sali. Nie mogli wytrzymać tych skalpeli, tej krwi. Za zdjęcia operator zdobył główną nagrodę, a ja do tego filmu robiłem scenopis.

D.Z.: Czyli na planie czujesz się jak ryba w wodzie?

J.P.: Jest mi bardzo miło! Starajcie się to zrobić tak jak uważacie, że będzie najlepiej. Jestem dumny z tego, że kręcą film o starym Porębie i innych muzykach! Czy mogę wonnego papieroska sobie zapalić – czyści krew, poprawia trawienie, wzmacnia korzeń; różne rzeczy papierosek robi…

D.Z.: A gdzie ta keja?! Bo trafiłeś tu z innego grodu?

J.P.: Może sprostujemy od razu: urodziłem się w Sosnowcu, wychowałem się w Bytomiu, a studia ukończyłem na Uniwersytecie Jagielońskim w Krakowie. Pracowałem 3 lata w Bytomiu, a potem przyjechałem do Świnoujścia. Zacząłem pływać po 6 miesięcy w roku i tak minęło 30 lat. A teraz jestem wolnym człowiekiem.

D.Z.: A jak do tego doszło, że muzyka szanty Cię wciągnęła?

J.P.: Ja nie śpiewam szant – śpiewam piosenki o morzu, ballady. Głównie śpiewam o rybakach – 60% tekstów jest o rybołówstwie – to jest najcięższy zawód świata. Myślałem, co to ludzi obchodzi?! Przede wszystkim żeglarze kupili to od razu – bo to jest opowieść o życiu i pracy na oceanie. A potem okazało się, że to cieszy też ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z morzem. Pieśni o morzu i szanty są przede wszystkim ciekawe tekstowo – tam generalnie chodzi o przesłanie, które trzeba zrozumieć. Opowieści te poszerzają szczurom lądowym wiedzę o morzu. Dlatego wydaje mi się, że to śpiewanie ma przed sobą przyszłość. Niektórzy mówią: Poręba, ty zarozumiały głupcze, dlaczego ty się tak przechwalasz?! Jednak co roku jesteśmy w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, jestem honorowym członkiem Jacht Klubu w Nowym Jorku i robię tam szanty. Zawlekliśmy chorobę szantową na drugą stronę oceanu! W tym roku śpiewałem w Centrum Kościuszkowskim w Waszyngtonie, w Konsulacie Polskim w Nowym Jorku, dwa dni śpiewałem z zespołem Stare Dzwony i innymi wykonawcami w Toronto.

D.Z.: Wielu ludzi zna i śpiewa Twoją piosenkę „Gdzie ta keja” – jakie były okoliczności jej powstania?

J.P.: Pracowałem w Oddziale Morskiego Instytutu Rybackiego w Świnoujściu. Czasem szedłem sobie do baru mlecznego i kiedyś jedząc śniadanie na bibułce napisałem słowa „Gdzie ta keja” – na takiej zasadzie, że jem i rozmyślam: wróciłem z rejsu, mam teraz co najmniej pół roku czekania. Powiadam sobie: gdzie ta keja, przy której stoi ten mój statek. Jacht to przenośnia – to był statek rybacki. Później dopisałem: „gdzie ta brama na szeroki świat” – chodziło o to, że w tamtych czasach żeby mieć książeczkę żeglarską, trzeba było co jakiś czas ją odnawiać. Wzywano cię na dywanik i tam zwykle były kłopoty – trzeba było się tam nawywijać w tę i z powrotem.

D.Z.: Za to teraz popularność tego utworu bije wszelkie rekordy – tego nie mogłeś przewidzieć.

J.P.: Jakiś czas temu piosenka „Gdzie ta keja” w ogólnopolskim plebiscycie uzyskała tytuł szanty stulecia, co mi sprawiło dużą radość. Ludzie ją chętnie śpiewają – nie ma w niej nic specjalnego, ani słowa, ani melodia, ani sposób wykonania. Natomiast myślę sobie, że tak jak w tych wszystkich moich piosenkach i tej zabawie w śpiewanie jest czwarta wartość – zjawisko synergizmu – słowa, melodia, wokal, a oprócz tego poszerzanie wiedzy o morzu, jak to naprawdę w tym morzu jest. Moje piosenki pokazują jakie jest to życie na statku, jak się zarabiało pieniądze, jak się zakochiwało, jak się biznesowało, handlowało, jak się przeżywało sztormy, czy jak się łowiło duże ilości ryb, co się odczuwało w kieszeni. I tak bym opowiedział o powodach, dla których to robię. W Morskim Instytucie Rybackim jednym z punktów regulaminu była popularyzacja wiedzy o morzu. Pracując w instytucie po prostu to robiłem i nadal robię.

D.Z.: Jesteśmy tego świadkami, bo dzieje się to na naszych oczach i w naszych uszach!

J.P.: Była kiedyś taka pani Halinka Stefanowska, która napisała książkę „Rozśpiewane morze”. Ona powiedziała mi tak: – Jurek, ty pisz o konkretnych ludziach, o konkretnych Polakach, wymieniaj konkretne imiona. Wszędzie na świecie tak robią – John Kanaka, Joe Smith i wielu innych wymienionych z imienia bohaterów. Dlatego w swoich piosenkach też często tak robię. Chciałbym wam też powiedzieć o moim zadziwiającym odkryciu – zawsze jak jadę na duże festiwale, to śpiewam: „Cztery piwka”, „Jejku, jejku”, „Gdzie ta keja”. Natomiast na tych mniejszych koncertach gdzie jest sto, czy dwieście osób, wykonuję prawie że poezję śpiewaną. Ludzie proszą o takie piosenki.

D.Z.: Potrzebujemy czasem takiego klimatu, nastroju do zadumy.

J.P.: Myślę, że każdy z nas ma jakieś życie wewnętrzne. Śpiewaliśmy kiedyś w Chicago w polskim klubie Lura, w którym śpiewali wszyscy nasi piosenkarze. Klub był pełny tak, że nie było gdzie siedzieć – przed nami było dosłownie 50 cm wolnego miejsca, a w szyby pukało czworo starszych amerykanów, dwie panie, dwóch facetów – wpuszczono ich, ustąpiono miejsca. Siedzieli dwie godziny i do każdej piosenki rytmicznie uderzali w nogę. Trzeba było pogotowie wzywać, ponieważ nie mogli stanąć na dwie nogi jak się koncert skończył.

D.Z.: To znaczy, że zostali zahipnotyzowani. A co ciebie gnało w morze?

J.P.: Życie nasze jest zbiorem przypadków. Nie bez przypadku poszedłem na biologię. Potem pracowałem w szpitalu. Niezbyt to lubiłem, mimo, że byłem dobrze opłacanym pracownikiem. Z prasy dowiedziałem się, że jest miejsce tu, w Świnoujściu. Porzuciłem w ciągu miesiąca szpital, 12 laborantek i laboratorium, gdzie zarabiałem 3 tysiące, a tu dostawałem 1,5 tys. zł jako młodszy asystent. Do tego straszono mnie, że będę musiał pływać w półroczne rejsy, że są choroby morskie, że przez pół roku rodziny nie będę widział. Ja nic nie mówiłem, tylko udawałem, że jestem przerażony, a przecież oczywiście marzyłem o tym. I tu masz drugi przypadek, który sprawił, że się znalazłem w morzu.

D.Z.: Zdumiewające jest to jak bardzo można się przyzwyczaić do morza, a potem trudno się bez tego obejść.

J.P.: To jest ciężka praca – ja się nie bałem pracy. Uznałem, że chcąc mieć szansę w życiu muszę skończyć studia, muszę się nauczyć języków, muszę w czymś jeszcze być dobrym. W moim przypadku była to muzyka, która dawała jakieś większe szanse. W życiu niejeden raz byłem na statkach francuskich, angielskich, niemieckich, amerykańskich – wszędzie tam gitara pomagała mi w pracy zawodowej.

D.Z.: Świnoujście wybrałeś świadomie, mając do dyspozycji cały świat – Toronto, Nowy Jork, Południową Afrykę, miałeś propozycję pracy w Nohant we Francji.

J.P.: Wybrałem Świnoujście z wielu powodów: chodzi mi o przyjaciół, o ludzi, obyczaje, które ja mam, a których bym nie miał gdzieś tam. Musiałbym uczyć się czegoś nowego, co mi się nie podoba albo często napełnia mnie obrzydzeniem. Taki jest świat, jakim go sobie chcesz wybrać. Nie jesteś do niczego zmuszony. Lubię żyć tutaj, w moim domku w Lubiniu, na klifie. Lubię spuścić sobie łódkę na wodę, połowić sobie sandacza, na węgorza się zasadzić, to znowu w nocy skoczyć do wody, wyleźć, wrócić do domu, zjeść śniadanko i sobie odpocząć. Zawsze byłem leniwy więc pozycja naukowca na statku była najlepsza, bo nikt mną nie rządził. Kapitan mną rządził tylko wtedy jak był sztorm i trzeba było iść do szalup. Sam wybierałem czas, w którym pracowałem. Było to minimum 16 do 18 godzin – 8 godzin przeznaczałem na sen. Ale było to tak ciekawe, że ta praca była dla mnie przyjemnością. I to jest najlepsze wyjście w życiu: znaleźć taką pracę, która się wydaje rozrywką.

D.Z.: Bardzo dobra puenta na koniec – dziękuję za rozmowę!

Tymczasem Jurek odpłynął – tym razem w ostatni rejs… Cytując piosenkę: „gdzieś tam – na krańcach wielkiej wody; gdzie giną ludzkie drogi; gdzie siedzi stary, siwy Bóg – jest dom naszych wszystkich dusz”.

Fot. Radek Dobke

Wywiad przeprowadziłem w 2013 roku na otwarciu sezonu żeglarskiego w Świnoujściu w Porcie Jachtowym, od września 2021 roku noszącym imię Jerzego Porębskiego. Z Jurkiem Porębskim zagrałem jeszcze gościnnie (na akordeonie) podczas jego ostatniego koncertu w Keja Bar świnoujskiego Hotelu Trzy Wyspy.

z Jerzym Porębskim – rozmawiał Daniel Zyzik

____________________________________________________________________

Daniel Zyzik – ur. 1978 r., mieszka w Świnoujściu, muzyk; z żeglarstwem oraz z tematyką szantową zetknął się na scenie muzycznej grając z innymi wykonawcami tego nurtu.

Alicja Farmus: „Knaga” z Kanady

A właściwie knaga z Toronto w prowincji Ontario, w Kanadzie. Co to jest knaga to każdy żeglarz wie. Co to jest knaga każdy nie-żeglarz może sobie zobaczyć googlując słowo „knaga”. Ale to nie o knagę wyprodukowaną w Kanadzie chodzi, choć zapewne taka wyprodukowana w Kanadzie byłaby o niebo solidniejsza niż ta tania, chińskiej roboty, ogólnie dostępna. Upraszczając: knaga to coś do czego owija się liny elastyczne, aby nimi przyłączyć coś do czegoś, czyli coś przy czymś zacumować. Proste?

Mniej proste jest jeśli mieszka się w Toronto, bo to łączenie i cumowanie jest utrudnione. Szacuje się, że w Toronto i okolicy mieszka około 200 tys. Polaków i Kanadyjczyków polskiego pochodzenia. Po to aby utrzymać się na powierzchni i nie zatonąć w tyglu wielu społeczności kanadyjskich potrzebne jest utworzenie wielu punktów zaczepienia lin i połączń przerzuconych przez Atlantyk do Polski. Służą do tego solidne knagi. Są wśród nas w Polonii różni ludzie, tak jak i w Polsce. Zdarzają się też żeglarze, a wiadomo, dusza żeglarska odwiecznie ciągnie na morze. Ukształtowanie terenów w północnym Ontario jest wynikiem tych samych zlodowaceń co ukształtowanie Mazur, czyli Ontario to takie pojezierze mazurskie, tylko znacznie rozleglejsze, bo wszystko w Kanadzie jest duże. Wystarczy popatrzeć na mapę, aby dostrzec, że odległość z jednego końca Kanady z prowincji nad Atlantykiem (Nowa Funlandia i Labrador, Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik i wyspa Świętego Edwarda) do drugiego końca Kanady (Kolumbia Brytyjska) nad Pacyfikiem jest dłuższa, niż odległość z Toronto to Polski. Tak, to przestrzeń i niezliczone akweny przypominające nasze kochane Mazury są wymarzonym placem zabaw dla żeglarzy i innych adeptów sportów wodnych. Wielu z nas wiatry zagnały do Kanady. Tęsknota za żeglowaniem, wspomnienia niezapomnianych rejsów i chęć posłuchania opowieści morskich przy kuflu dobrego piwa skrzyknęła podobnie myślących pozytywistów i ponad 25 lat temu założono w Toronto Klub Żeglarski „Biały Żagiel”. Nasi żeglarze zacumowali swoje łódki w portach południowego Ontario. Z czasem wypracowano szereg cyklicznych spotkań i regat (w tym regaty o Puchar Ambasadora RP), szkolenia żeglarskie, słynne na całą okolicę bale kapitańskie, wspólne otwarcia i zamknięcia sezonu. Sezon w Ontario jest podobny do polskiego, takiego na przykład z Mazur. Wkrótce po założeniu klubu żeglarskiego, zimą brać żeglarska schodziła się, żeby opowiadać morskie opowieści, zjeść po żeglarsku, napić się rumiku (jak ten trunek pieszczotliwie nazwano) i pośpiewać. Spotkania te przeistoczyły się w zimowe miesięczne spotkania szantowe w „Tawernie pod Wrakiem”. Kiedy plucha za oknem, śnieg prószy, dnia prawie nie ma, a początku sezonu żaglowego jeszcze nie widać, to spotkać przy szantach się chce. Te szantowe spotkania przerodziły się w 2002 roku w festiwal szantowy z przeglądem i konkursem na najlepszy zespół i wykonawcę. To właśnie ten festiwal szantowy został nazwany „Knaga” – bo łączy to co polskie z tym co polonijne, Mazury z Ontario, starych wilków morskich z młodymi adeptami sportów wodnych, całe rodziny, i wszelakiej maści chętnych do spędzenia śpiewanego wieczoru i bycia razem.

Jednym z pierwszych laureatów „Knagi” został zespół szantowy „Roztopiony Smalec”, prowadzony przez lidera ruchu szantowego w Kanadzie ś.p. Boba Sarnę, zaś jednym z pierwszcyh laureatów festiwalu został Arek Wlizło, który tym knagowym torontońskim trofeum rozpoczął swoją szantową karierę na wielu festiwalach w Polsce (między innymi słynny festival „Shanties” w Krakowie), w Kanadzie, w Stanach, oraz żeglując po wodach i oceanach niemalże całego świata. Kiedy gwiazda Arka Wlizło wznosiła się w Polsce, festiwal „Knaga” w Toronto dostał zadyszki i zwolnił biegu. Ale… Pozostali fani szantów, żeglarstwa i dobrej zabawy nie zapomnieli dobrych chwil, bo dobrych chwil się nie zapomina i tylko o takich pamięta w świecie żeglarskim. W roku 2018 festiwal Knaga został reanimowany, głównie dzięki wysiłkom organizacyjnym Lesia Bieńczyka i Krzysia Kotusa. Również sformalizował się zespół szantowy przy klubie przyjmując nazwę „Shanty, shanty & all that Jazz”. Zespół prowadzi znakomity muzyk akordeonista Jurek Janiec, poszerzając horyzonty i muzyczne umiejętności członków zespołu, muzyczną wiedzę teoretyczną. A plany zespól ma szerokie: przygotować kompilację szant kanadyjskich i je rozpropagować w świecie.

Obecnie zespół występuje w składzie:

Józef Aleksandrowicz – patronat, dostęp do sali, prezes Gminy 1-szej, Związku Narodowego Polskiego w Kanadzie, przy 71 Judson, w Toronto

Lesio Bieńczyk – główny koordynator i animator

Jurek Drozdowski – gitara, śpiew

Alicja Farmus – chórek, dziennikarka

Beata Gadowska – asystentka koordynatora, PR

Jurek Janiec – akordeon, kierownik muzyczny

Janusz Jankowski – gitara, właściciel Thompson Marine

Krysia Kantor – chórek

Małgosia Kłys – solo, chórek

Krys Kotus – solo, gitara, ukulele

Kasia Karbowniczek – gitara basowa

Bogusia Łysenko – solo, gitara

Janusz Polak – solo, gitara, ukulele, komandor Klubu Biały Żagiel

Gosia Prusińska – chórek

Magda Stoch – chórek

Wiesiek Szczepaniak – instrumenty perkusyjne

Marian Ziomek – saksofon sopranowy (gościnne)

Działalność szantowa jest coroczne wzmacniana przez szantowe jamboree w przystani Thompson Marine na północ od Toronto (3.5 godz jazdy samochodem), nad zatoką św. Jerzego (Georgian Bay) jeziora Huron. Właścicielem Thompson Marine jest czołowy muzyk (gitara) zespołu Janusz Jankowski – kapitan z Polski osiadły od lat w Kanadzie i od dawna zakotwiczony nad Georgian Bay. Nie ma drugiego takiego, kto znałby każdą skałę w zatoce (a zatoka jest bardzo rozległa) lepiej od naszego kapitana. Odbywające się w przystani Thompson Marine szantowe spotkania są połączone z rejsami po niezwykle malowniczej zatoce świętego Jerzego (Georgian Bay). W zlotach biorą udział właściciele jachtów dokujących w marinie, przyjezdni żeglarze, jak i szanciści i szancistki z różnych stron Kanady, Stanów i Polski, oraz różni inni. Jeśli chcecie dołączyć to Thompson Marine jest jak knaga łącząca i przygarniająca wszystkich (oczywiście po ustaleniu z Jasiem, właścicielem, wolnych miejsc do zakotwiczenia i noclegów).

Jeśli ktoś będzie w Toronto, bądź w okolicy, to zapraszamy. Zapraszamy również po sezonie żeglarskim w 2022, na cykl posezonowych comiesięcznych spotkań w „Tawernie pod Wrakiem”, gdzie można po żeglarsku i zjeść, i wypić, posłuchać ciekawych opowieści wilków morskich, oraz posłuchać torontońskiego zespołu szantowego, a i samemu pośpiewać – wspólnie, albo zaprezentować się przy otwartym mikrofonie. Lokalna kapela szantowa przygotowuje przegląd szant kanadyjskich, bo to nie może być, aby nie chwalić swego. Zbyt często szanty kanadyjskie giną w ogólnym worku szant, tak jak na przykład szanta „I’m alone” („Jestem sam”) o przemycaniu do Stanów kanadyjskiej whiskey w czasie prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Przyjemnie też posłuchać lokalnych morsko-jeziornych opowieści, spotkać nieustraszonych żeglarzy (wielu z nich pływało po niezliczonych wodach świata, i wielu opłynęło kulę ziemską – niektórzy wielokrotnie) a przede wszystkim pośpiewać i poszantować z ludźmi o bratniej (niespokojnej i kolorowej) duszy. Lokalny zespoł szantowy robi duże postępy. Jeszcze trochę prób i lekcji teorii od maestro Jurka a wyląduje na jakimś festiwalu w Polsce – marzyć zawsze jest dobrze, nie? Marzenia otwierają horyzonty. W roku bieżącym (2022) w maju, po dwuletniej wymuszonej ciszy covidowej, odbyła się kolejna edycja festiwalu szantowego „Knaga”. Tym razem z gośćmi z Polski: zespołem „Nierobbers” z Elbląga. Takie odwiedziny szantymenów z Polski stały się już tradycją na polonijnym nieboskłonie Toronto. W ramach cyklu „Z morza w krainę łagodności” dwa razy do roku, Arek Wlizło zaprasza najlepszych z Polski na tournee po Kanadzie i Stanach.

XIII Festiwal „Knaga” 2022 bardzo się udał, pełna sala fanów morskiego śpiewania jest doskonałym dowodem na potrzebę takiej formy muzyki. Oczywiście nagrody były w postaci knagi. Organizatorzy zadbali, aby każdy z uczestników dostał wyróżnienie w formie knagi i dyplomu. Równocześnie zapoczątkowany został cykl szant kanadyjskich, bo jedna z członkiń zespołu Bogusia Łysenko z córką Kasią zaprezentowały szantę kanadyjską „Fisherman’s Son” („Syn Rybaka”) zespołu „The Rankin Family”, oraz własną kompozycję o żeglarzach z torontońskiego klubu żeglarskiego „Biały Żagiel”.

Bogusia i Kasia Łysenko Fot. z arch. A. Farmus

I tak to knaga nie tylko cumuje, ale i łączy: łódka do łódki, Mazury z jeziorami Ontario, szanty polskie z szantami kanadyjskimi. Co? Dalej nie wierzycie, że mamy szanty kanadyjskie? Jak się spotkamy to wam zaśpiewamy. A najlepiej to przyjeżdżajcie do nas, to nie tylko razem pożeglujemy, połowimy ryby, uraczymy was chlebem ze smalcem i najlepszymi na świecie ogórkami kiszonymi od Tymka. A i na ząb coś ostrzejszego się znajdzie, no i przede wszystkim pośpiewamy o radościach i tęsknotach wilków morskich zakodowanych w muzyce szantowej, którą tylko ludzie o szczególnej wrażliwości emocjonalnej są w stanie zrozumieć i pokochać. „Knaga” z Kanady jest takim narzędziem uwalniającym te łączące nas emocje. „Knaga” łączy Mazury z Ontario, Bałtyk z Wielkimi Jeziorami Kanadyjskimi, Polaków rozsianych po całym świecie. Szanty zaś pomagają nam, abyśmy się całkiem nie pogubili w nawigacji po oceanie życia.

Alicja Farmus – członek Klubu Żeglarskiego „Biały Żagiel” w Toronto.

________________________________________________________________________________________________________________

Alicja Farmus – pochodzi z Górnego Śląska, absolwentka socjologii (UJ) oraz informatyki (University of Liverpool), obecnie mieszka w Toronto (Ontario, Kanada). Pracowała jako IT project manager (pmp designation) w rządzie Ontario. Obecnie zarządza projektami szczebla federalnego Kanady. Pełniła wiele funkcji w organizacjach polonijnych, między innymi była prezesem Kongresu Polonii Kanadyjskiej – Okręg Toronto. Oprócz żeglarstwa, swoje zainteresowania kieruje w stronę kajakarstwa (canoe, kandyjki), głównie na akwenach Ontario. Członek polonijnego klubu żeglarskiego w Toronto „Biały Żagiel” oraz grupy szantowej „Szanty, szanty & all that Jazz”.