Archiwum autora: Zenon Szostak

Bogdan Sobiło: Czterdzieści lat minęło, czyli krótka historia „Trygława”.

Bogdan Sobiło XI 2017Lata siedemdziesiąte XX wieku były bardzo pomyślne dla polskiego żeglarstwa. Nasi żeglarze startowali w oceanicznych regatach OSTAR w 1972, 1976 i 1980 roku.  Kazimierz „Kuba” Jaworski na Spanielu II zajął w tych regatach pierwsze miejsce w swojej klasie.  Polacy jako jedyni przedstawiciele bloku wschodniego ścigali się także w nieoficjalnych morskich mistrzostwach świata, regatach Admiral’s Cup. Podczas słynnego wyścigu Fastnet 1979 wszystkie polskie jednostki dopłynęły do mety. Otago i Copernicus okrążyły świat w pierwszej edycji regat Whitbread 1973/4. Na te czasy przypada także szybki rozwój polskiego przemysłu stoczniowego. Dzięki włączeniu stoczni jachtowych w Szczecinie i Gdańsku do Zjednoczenia Przemysłu Okrętowego, konstruktorzy i szkutnicy mieli dostęp do nowoczesnych technologii. Bardzo często na jachtach morskich budowanych w Polsce montowano osprzęt czołowych firm: Brooks & Gatehouse, Proctor czy Volvo Penta. Zgodnie z polityką ówczesnych władz stawiano na eksport. Dokonano zakupu licencji udanej konstrukcji amerykańskiej jachtu Carter 30. Na przestrzeni ponad dwudziestu lat Stocznia im. Conrada w Gdańsku zbudowała ponad 1800 tych jednostek. Większość trafiła do armatorów zagranicznych. Tłuste lata stoczni i sukcesy żeglarzy morskich żeglarzy regatowych skończyły się niestety wraz z kryzysem politycznym i gospodarczym początku lat osiemdziesiątych.

Kilka udanych rodzimych konstrukcji powstało w Stoczni Jachtowej im. L. Teligi w Szczecinie. Na początku lat siedemdziesiątych powstał Taurus, jacht który zrewolucjonizował morskie żeglarstwo regatowe. Taurusy ( Lc 10, 57m,  Bc 3, 69m, S 54 m. kw.) budowane były z kilku warstw obłogów mahoniowych. Jednostki te wykazały się dużą szybkością, dzielnością i po prostu nowoczesnością.

Trygław 4a  Kolejnym dziełem biura konstrukcyjnego stoczni szczecińskiej był Trygław, jacht typu Draco (Lc 12,87m, Bc 3,86m, S 77 m. kw.). Konstruktorzy: Edward Hofmann, Czesław Gogołkiewicz i Kazimierz Jaworski byli aktywnymi regatowcami. „Kuba” Jaworski wielokrotnie zdobywał tytuł Mistrza Polski w żeglarstwie morskim. Draco (łac. Smok, nazwa jednego z gwiazdozbiorów, podobnie jak Antares, Rigel, Arcturus, Cetus i Taurus)) zbudowany został według stosowanej wówczas formuły pomiarowej IOR (Internatonal Offshore Rule). Podobnie jak w przypadku Taurusa, kadłub zbudowano z obłogów mahoniowych grubości ok. 3 cm. Konstrukcja wzmocniona jest dębowymi wręgami rozstawionymi co  30 cm.  Maszt, bom, kabestany i wiele elementów wyposażenia pochodziło z importu. Jacht zaopatrzony został w komplet aż 13 żagli!

Zamówienie na prototyp złożył w stoczni jachtowej Piotr Stelmarczyk, ówczesny Komandor Klubu Żeglarskiego Wyższej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Uroczysty chrzest odbył się 8 maja 1976 r. w Szczecinie. Jednostce nadano imię Trygława, pogańskiego bożka czczonego przez plemię Wolinian (jego pomnik znajduje się w Wolinie). Krótko po chrzcie jacht pod dowództwem znanego regatowca Zygfryda Perlickiego ruszył w rejs do Kanady. Oficjalnym celem wyprawy była promocja polskiego przemysłu stoczniowego. Funkcję pierwszego oficera pełnił w tym rejsie Edward Hofmann, główny konstruktor jachtu. Po powrocie z tego oceanicznego rejsu Trygław brał udział w wielu regatach krajowych i zagranicznych. Okazał się konstrukcja wyjątkowo udaną. Trygław 2aNiezwykle dzielny, szybki, łatwy do ustawienia na samosterowność.  Gorzej jednak było z sukcesami regatowymi. W czasie kiedy w Polsce powstał Draco, większość jachtów regatowych na Zachodzie  budowano już z laminatu. Mahoniowy kadłub był zbyt ciężki, by skutecznie rywalizować ze znacznie lżejszymi jachtami z włókien sztucznych, zwłaszcza przy słabych wiatrach. Szczecińscy konstruktorzy bacznie obserwując światowe trendy zaprojektowali więc kolejny jacht regatowy typu Cetus. Była to również niezwykle udana konstrukcja. Swojej dzielności i walorów nautycznych dowiodły jachty typu Draco w regatach Admiral’s Cup w 1977 i 1979 roku. Trygław 3a          Trygław 5   Zbudowano co najmniej osiem jednostek. Poza Trygławem powstały: Bumerang, Kapitan 2, Zbigniew Boliński, Hajduk, Stomil. Sześć innych jednostek tego typu pływa w republikach nadbałtyckich. Trudno ustalić ile jednostek trafiło do zagranicznych armatorów. W chaosie początku lat dziewięćdziesiątych zaginęła dokumentacja stoczniowa. Czas zabrał też wszystkich konstruktorów. Jednak Trygław, podobnie jak inne jachty tej klasy, wciąż pozostaje żywym świadectwem światowych osiągnięć polskich inżynierów i szkutników tamtej epoki.

Przez ponad dziesięć lat opiekunem  Trygława pływającego w barwach Jachtklubu WSM w Szczecinie był kapitan Antoni Brancewicz. Pod koniec lat osiemdziesiątych jacht trafił w prywatne ręce. Jego kondycja znacznie się pogorszyła. Nowy właściciel zmienił nazwę na Gust. W 2014 roku kolejni armatorzy  przywrócili jachtowi pierwotną nazwę. Dzięki znacznym nakładom finansowym i wyjątkowemu zaangażowaniu szkutników, przede wszystkim Andrzeja „Andera”, który oddał jachtowi nie tylko swoje niezwykłe umiejętności, ale wręcz duszę, jacht odzyskał dawną świetność. Obecnie Trygław wyposażony jest w dwa plotery map elektronicznych, UKF z DSC, radar, system AIS, komplet żagli marszowych i sztormowych, a także spinaker, genaker i dryfter! Komfort załogi podnosi znacząco łazienka z ciepłą wodą i szereg innych udogodnień. W każdym porcie jacht swoją zachwycającą, rasową linią kadłuba i pokładu przyciąga wzrok żeglarzy. Dla Armatorów i załogi jest przedmiotem jak najbardziej uzasadnionej dumy.

Niemal cały sezon letni 2016 jacht spędził na wodach Morza Północnego i w norweskich fiordach. W 2018 odbył rejs na trasie Górki Zachodnie – Oslo i z powrotem. Co roku z powodzeniem bierze z powodzeniem udział w regatach „Bitwa o Gotland” czy „Doublehanded”.

Trygław i inne jachty z tamtej epoki zbudowane w Polsce są świadectwem, że propagandowe hasło epoki Gierka „Polak potrafi” często znajdowało potwierdzenie w rzeczywistości.

Za pomoc w poszukiwaniu materiałów pragnę podziękować: Grzegorzowi Raciowi,  Piotrowi Stelmarczykowi, Antoniemu Brancewiczowi i Krzysztofowi Kędzierskiemu. Fotografie pochodzą z archiwum Toniego Brancewicza.

Bogdan Sobiło

_____________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na  Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Krakowie.

Marek Słodownik: ŻOT – Żeglarska Odznaka Turystyczna.

Marek SłodownikPolskie żeglarstwo turystyczne swoje korzenie czerpie jeszcze z okresu zaborów. Polonijne środowiska kijowskie, władywostockie, ryskie żeglowały na długo przed odzyskaniem niepodległości. Bardzo znaczący jego rozwój przypadł na lata międzywojenne, kiedy to wykorzystywano żeglarstwo jako narzędzie wychowania morskiego nie umniejszając znaczenia żeglowania po śródlądowych drogach wodnych. Po wojnie, w obliczu nowej sytuacji politycznej i społecznej, zmianie granic i pozyskaniu nowych akwenów, stało się jasne, że będzie to sport masowy. Pomysł ustanowienia Żeglarskiej Odznaki Turystycznej pojawił się w PTTK jeszcze w latach pięćdziesiątych, kiedy turystyczne żeglarstwo stawiało ponownie swoje kroki po wojennej zawierusze. Największym oczywiście problemem był sprzęt, a raczej jego permanentny brak, na którym żeglarze mogliby szlifować własne umiejętności i zdobywać kolejne punkty do ŻOT. Ostatecznie 25 listopada 1960 roku Zarząd Główny PTTK zatwierdził regulamin Żeglarskiej Odznaki Turystycznej „ŻOT” wprowadzając pięć stopni: brązowy, srebrny, złoty, duży srebrny, duży złoty. Za każde powtórzenie punktów uzyskuje się kolejny szmaragd do odznaki dużej złotej.

brazowa srebrna zlota dsrebrna  dzlota      

Co w praktyce daje posiadanie ŻOT? Zupełnie nic, ale ŻOT mobilizuje każdego żeglarza do precyzyjnego dokumentowania swojego dorobku. Wielu wodniaków nie przywiązuje uwagi do dokonywania wpisów do książeczki żeglarskiej na bieżąco, odkładając tę czynność na później. Niesłusznie. Pamięć jest zawodna, po latach nie pamiętamy już kiedy żeglowaliśmy, jak nazywał się jacht, jak na imię mieli członkowie naszej załogi, zacierają się w pamięci nazwy portów i liczba przepłyniętych mil. 1 ŻOT

Tymczasem warto posiadać Turystyczny Dzienniczek Żeglarski, aby dokumentować nasze rejsy wpisując w nim znacznie więcej informacji niż do książeczki żeglarskiej. Dzienniczek jest potrzebny, bo to w nim dokumentuje się rejsy, ale także zdobywa potwierdzenia. Wystarczą pieczątki placówek muzealnych, pocztowych, nawet instytucji publicznych czy sklepów. Potwierdzenie naszej bytności jest ważne, bo ułatwia weryfikację dokonań żeglarskich niezbędnych do przyznania ŻOT.

O ŻOT może ubiegać się każdy turysta żeglarz, który ukończył 12 lat, niezależnie od posiadanego stopnia żeglarskiego, przynależności organizacyjnej, również niezrzeszony, po spełnieniu określonych, wcale nie trudnych do spełnienia, warunków. Regułą jest, że jeśli rodzice zdobywają ŻOT to często ich dzieci także znają tę ideę i chętnie ubiegają się o kolejne stopnie. Warto zaznaczyć, że nawet długie przerwy w żeglowaniu nie powodują utraty zdobytych punktów, ponadto nadwyżka punktów z jednej odznaki automatycznie przechodzi na poczet wyższego stopnia.

Przez prawie 60 lat regulamin ŻOT poddawany był zaledwie kosmetycznym zmianom, jego szkielet pozostał niezmienny. Dziś stwierdzić należy, że jego twórcy sprzed ponad pół wieku nie przewidzieli do końca rozwoju żeglarstwa, turystyki, dostępności żeglarstwa oraz zmian społecznych, jakim zostało ono poddane. W konsekwencji preferowany jest staż zdobyty w rejsach morskich. Kiedy w 1960 roku tworzono ŻOT, w rejsie 10-dniowym, których tak wiele przecież nie było, przepływano 250-300 mil, dziś w tym czasie nowoczesne jachty są w stanie pokonać dystans nawet czterokrotnie większy, co w naturalny sposób preferuje żeglarzy ze słonej wody.

ŻOT pozostał wielostopniowy, ale dziś ma już sześć stopni, życzliwi mówią, że sąpopularna to stopnie wtajemniczenia. Dodano stopień popularny w celu szerszego rozpropagowania idei odznaki. W grudniu odznaka została wzbogacona o trzy stopnie dla dzieci, które teraz już od roku życia mogą ubiegać się o odznakę „Optymistka”. Niezmienne pozostały zasady zdobywania odznaki, za każde powtórzenie zdobycia sumy punktów potrzebnych do przyznania kompletu odznak od popularnej do dużej złotej, niezależnie od czasu ich uzyskania, nadaje się wyróżnienie „Za Wytrwałość”. ŻOT nie jest trudno zdobyć, oczywiście mówimy o niższych stopniach. Odznakę popularną można zdobyć już za 100 punktów, czyli za cztery dni spędzone pod żaglami. Kolejne stopnie wymagają większego stażu, ale wciąż nie są to wymagania wyśrubowane. Przy wyższych stopniach odznaki brane są pod uwagę zróżnicowane akweny i wydłuża się też czas na zdobywanie kolejnych stopni ŻOT. Szczegółowy regulamin ŻOT można znaleźć klikając w poniższy link

http://ktz.pttk.pl/backup/index.php?option=com_content&view=article&id=55&Itemid=24.

Łatwość w zdobywaniu odznaki niższego stopnia powoduje, że wielu chętnych ją zdobywa, późniejsze trudności trochę pewnie zniechęcają. Stopnie „Za Wytrwałość” wymagają dużej systematyczności w pokonywaniu kolejnych szczebli, nie jest bowiem łatwo zdobyć ich ponad 10 tysięcy. To jakby przepłynąć w rejsach morskich ponad 10 tysięcy mil lub 5 tysięcy kilometrów po śródlądziu.

Paradoksalnie największą trudność naszym żeglarzom sprawia systematyczne uzupełnianie wpisów do książeczki żeglarskiej i prowadzenie dzienniczka i to często stoi na przeszkodzie do zdobycia wysokich stopni odznaki. Zazwyczaj żeglarze uzupełniają go przy pokonywaniu kolejnych barier punktowych niezbędnych do uzyskania wyższego stopnia odznaki. Inną trudność sprawia zdobywanie pieczątek, często dzienniczki nie są znane w lokalnych sklepach na szlakach, często bywają zamknięte, nawet w sezonie, trzeba jednak pamiętać, że brak pieczątki nie dyskwalifikuje żeglarza w staraniach o kolejne stopnie odznaki.

W przypadku ŻOT nie ma podziału na żeglarstwo śródlądowe i morskie. Nawet do zdobycia najwyższych stopni nie jest wymagany staż morski, mogą to być zarówno rejsy po śródlądziu jak też obozy stacjonarne. Trzeba tylko zwrócić uwagę, aby przy wyższych stopniach różnicować akweny. Warto dodać, że za zwiedzanie obiektów także można zdobyć punkty, za udokumentowane zwiedzenie obiektu krajoznawczego, zabytki kultury materialnej, rezerwaty przyrody, miejsca pamięci narodowej itp. zdobywamy 20 punktów, przy czym miasto lub zespół zabytków uważa się za jeden obiekt. Przy weryfikacji odznaki nie ma znaczenia także trudność rejsu; niezależnie, czy płyniemy na weekend z Gdyni do Władysławowa, czy na Przylądek Horn, liczba punktów będzie taka sama. Pamiętajmy, że ŻOT jest przede wszystkim odznaką turystyczną. Nie promuje się wyczynów żeglarskich, PTTK stara się upowszechniać turystykę dostępną dla każdego.

Jeszcze słowo o kosztach. Sam dzienniczek to koszt 4 złotych, do tego każda odznaka kosztuje około 10 złotych. Można powiedzieć, że opłaty są symboliczne.

Czy wiadomo, ile odznak dotychczas wręczono? Nie do końca, – PTTK nie dysponuje pełnymi wykazami, zwłaszcza z lat 50 i 60 ubiegłego wieku, w miarę pełny obraz wyłania się w latach 70. Myślę, że do tej pory zweryfikowano odznaki różnego stopnia dla około 10 -12 tys. żeglarzy, mówi dyrektor Centrum Turystyki Wodnej PTTK i przewodniczący Komisji Turystyki Żeglarskiej tej organizacji, Wojciech Skóra.

Czy wiadomo kto jest posiadaczem najwyższych stopni Żeglarskiej Odznaki Turystycznej? Ile sezonów trzeba pływać, aby dojść do tak wysokich stopni? Ile czasu poświęcić na żeglowanie? Czy są to żeglarze morscy, czy też śródlądowi, ale o bardzo długim stażu? W zestawieniu, opartym o kartoteki odznak przyznawanych w przeszłości, znajduje się prawie 600 żeglarzy z całej Polski, którzy są posiadaczami odznaki Dużej Złotej lub wyższej ŻOT. Z tego aż 533 osoby legitymują się odznaką Dużą Złotą. Pierwszy Szmaragd zdobyło 47 osób, a zestawienie CTW obejmuje odznaki przyznane po 1977 roku. Wśród nich znajdują się znane żeglarskie postacie, kapitanowie: Henryk Wolski, Wojciech Górski, Franciszek Bogdół, Paweł Tiunin, Jan Marian Rothert czy Norbert Szymała.

2 Szmaragdy uzyskało 18 osób. Aby uzyskać tę odznakę, należało zdobyć ponad 30 tysięcy punktów, a więc naprawdę niemało, ponadto w tym wypadku liczył się staż co najmniej 14 sezonów. Zapewne większość stażu na ten stopień została zdobyta w rejsach morskich, ale wśród uhonorowanych odznaką tego stopnia znalazło się także kilku  żeglarzy na wskroś śródlądowych.

3 Szmaragdy wywalczyło 8 osób. Wśród nich znani żeglarze; kapitanowie Mieczysław Miller, Ziemowit Barański, Jerzy Musiał, a także prof. Marek Jaczewski czy były przewodniczący KTŻ ZG PTTK Edward Kozanowski.

Zaledwie 1 osoba może się poszczycić 4 Szmaragdami. To red. Marek Słodownik, Słodownikdziennikarz żeglarski, autor ponad 1000 artykułów o żeglarstwie, przed laty korespondent prasy żeglarskiej w Londynie. Autor kilku poradników żeglarskich, okazjonalnie konsultant filmów o tematyce żeglarskiej. Żegluje od 1973 roku, przez lata związany z Klubem Żeglarskim Pałacu Młodzieży. Żeglował po Bałtyku i Morzu Północnym, ale także w Grecji, Australii, na Sri Lance, we wschodniej Afryce, Tajlandii i USA. – Dawniej wiele żeglowałem i wszystkie plany urlopowe były temu podporządkowane. Po latach aktywności osiadłem na lądzie i teraz więcej piszę o dokonaniach innych, mówi red. Słodownik.  Jego odznaka została zweryfikowana w 2018 roku.

Także 1 osoba legitymuje się 5 Szmaragdami. To kapitan Stefan PufalPufal. Przez lata związany był z Yacht Klubem Stoczni Północnej, na jachtach którego odbył kilkadziesiąt rejsów. Był doskonałym żeglarzem i kapitanem, również doskonałym szkoleniowcem, spod którego skrzydeł wyszło wielu żeglarzy, sterników i kapitanów. Zmarł 25 kwietnia 2017 roku w wieku 87 lat. Swoje 5 Szmaragdów nosił od 1989 roku.

 

Najwięcej w Polsce zweryfikowanych szmaragdów, aż 11, ma 36-letni żeglarz z Warszawy Michał Palczyński.Palczyński Michał to armator jachtu Crystal, na którym od prawie 10 lat żyje na morzu organizując etapowe rejsy. W roku 2016 ukończył  trzyletni rejs dookoła świata, w którym przepłynął 55.555 Mm. Rok później ukończył półroczny rejs do Arktyki, a w kwietniu tego roku (2018 – przyp. red.) wyruszył na 6-letnią wyprawę dookoła świata, aby penetrować mniej znane archipelagi Oceanu Spokojnego. Jego ŻOT z tyloma Szmaragdami został zweryfikowany w 2018 roku.

Marek Słodownik

____________________________________________________________________________________________________

Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

 

Rok Prasy100 lat logo.jpg Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl, Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.pl, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ,

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Marek Słodownik: „Bandera Polska”

PierwMarek Słodownikszy w odrodzonej Polsce tytuł poświęcony sprawom morskim, jego premierowy numer datowany jest na maj 1919 roku, a więc wydany zaledwie pół roku po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w czasie tworzenia zrębów państwowości oraz kształtowania granic i porządku publicznego. 1. P1370572Ukazało się zaledwie 5 numerów, ale pismo odcisnęło trwały ślad na świadomości morskiej ówczesnych elit. Kiedy pierwszy numer pisma ukazywał się 2 maja na rynku, trwała jeszcze wojna polsko-bolszewicka i niejasny był jej rezultat, co świadczy o dalekowzroczności założycieli tytułu i ich chęci budowania nowego państwa. „Bandera Polska” to pismo, które za cel stawiało sobie informowanie o najważniejszych sprawach związanych z morzem i gospodarką morską z punktu widzenia eksperckiego, stawiało liczne pytania problemowe i dawało na nie wyczerpujące odpowiedzi. Trudno mówić o szerokim odbiorze społecznym pisma wydawanego w tym czasie, a poświęconego tematyce, która w świadomości Polaków nie istniała przez prawie 150 lat i nie miała szans za większe społeczne zainteresowanie.
W podtytule znajdował się zapis: „czasopismo poświęcone sprawom żeglugi polskiej, organ Towarzystwa Bandera Polska”. Redakcja w artykule uzasadniała konieczność powołania nowego pisma w sposób oczywisty wskazując na niepodległość gospodarczą i korzyści wynikające z możliwości tworzenia własnej gospodarki morskiej.

2. P1370640
Pismo jak na ówczesne czasy było imponujące, 80, staranna szata graficzna oraz wysoki poziom merytoryczny zamieszczonych artykułów. Redaktorem był Leon Władysław Biegeleisen, a szefem działu artystycznego został malarz i grafik Włodzimierz Nałęcz, autor wielu ilustracji zamieszczanych w kolejnych wydaniach. Siedziba redakcji mieściła się w Warszawie, początkowo przy ulicy Kruczej 47a, następnie przy ulicy Królewskiej 16, by ostatecznie zająć lokal przy ulicy Marszałkowskiej 63, w siedzibie wydawcy, Ligi Morskiej i Rzecznej. Pojedynczy egzemplarz „Bandery Polskiej” kosztował 5 marek polskich, reklam w nim nie było poza okładkową, w której reklamowano zakład krawiecki jednego z członków Towarzystwa.
Czas powstania pisma to początek polskiej państwowości po 123-letniej przerwie spowodowanej zaborami. Bardzo wiele spraw związanych z odbudową państwa wymagało pilnego działania, a wszystkie problemy wydawały się priorytetowe. Wokół pisma skupiła się grupa wizjonerów planujących szeroko zakrojone działania związane z morzem i obronnością. Dostrzegano w tym gronie nie tylko potrzebę szybkiej odbudowy dróg wodnych i włączenia ich do systemu komunikacyjnego, ale także zajęto się w sposób metodyczny planowaniem na długie lata, kreśleniem dalekosiężnej wizji nowoczesnej floty handlowej, stworzeniem marynarki wojennej, szkolnictwa morskiego czy budowy dróg wodnych.
Pismo padło ofiarą ówczesnej bardzo niestabilnej sytuacji politycznej i gospodarczej, ponieważ po wydaniu zaledwie dwóch numerów zmuszone zostało do zawieszenia działalności, co redakcja wyjaśnia czytelnikom w numerze 1/1921, który ukazał się po ponadrocznej przerwie: „Rozpoczynamy pracę, przerwaną wśród najcięższych warunków wydawniczych, olbrzymiej drożyzny papieru i druku, która poprzednio uniemożliwiała nam kontynuowanie wydawnictwa. Jeśli obecnie przystępujemy ponownie do stałego wydawania „Bandery Polskiej” to czynimy to w przeświadczeniu, iż jedyne pismo na ziemiach polskich poświęcone sprawom żeglugi polskiej jest w chwili obecnej decydującej walki o dostęp do morza niezbędne.”
Pismo nieoczekiwanie powróciło na rynek z początkiem 1921 roku, ale zdołano wydać 3. P1370643zaledwie trzy numery: styczniowo-lutowy, marcowo-kwietniowy oraz majowo-sierpniowy, po czym tytuł zniknął z rynku bez uprzedzenia. Próbowano go odtworzyć w kolejnym roku, ale już bez powodzenia.
„Bandera Polska” od początku swego istnienia ukazywała się nieregularnie, numer pierwszy wydano w maju, drugi w lipcu, a na kolejne trzeba było czekać prawie półtora roku, wydano je dopiero w 1921 roku. Także cena zmieniała się w tym czasie radykalnie, a jej zmiany wywołane były kryzysem gospodarczym i inflacją. Pierwsze dwa numery kosztowały 5 marek, kolejne trzy już 100 marek, co trzeba uzasadnić szalejącą wówczas inflacją i niekontrolowanym wzrostem cen.
„Bandera” to tytuł, który wywarł ogromny wpływ na postrzeganie spraw morza w Polsce w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości, głównie w sferach władzy, pomimo faktu, że wydano zaledwie pięć numerów. Tytuł bardzo opiniotwórczy, o charakterze informacyjnym i publicystycznym, prezentujący bardzo dojrzale tematykę morską w różnych jej aspektach. Pozbawiony zupełnie elementów agitacyjnych, koncentrował się na założonej problematyce w sposób analityczny, pogłębiony, zmuszający do refleksji. Nie było to z pewnością pismo masowe, ale miało zupełnie inne zadania i rolę swoją wypełniło w czasach kształtowania się gospodarki morskiej odrodzonej Polski.
Pismo miało wyważony układ graficzny, nie epatowało wielkimi barwnymi ilustracjami, w całym pierwszym numerze było ich zaledwie kilka i to czarno-białych, ale skoncentrowało się na publikacji kilku ważnych problemowych artykułów mających wzbudzić dyskusję w gronie czytelników, osób wpływowych w swoich środowiskach. Artykuły były obszerne, ilustrowane, złamane jednoszpaltowo na wąskich kolumnach.
Zamieszczono w nim niezwykle istotne teksty na tematy najważniejsze w środowisku zajmującym się kształtowaniem polityki morskiej nowego państwa. Poczesne miejsce zajmowały teksty o pożytkach płynących z regulacji Wisły, co uważano za wielkie inżynierskie wyzwanie. Prezentowano także sieć dróg śródlądowych odrodzonego państwa by pokazać potencjał tkwiący w polskich rzekach. Ważny był również artykuł problemowy na temat polskiej floty handlowej, który wywołał ożywioną dyskusję. Zajmowano się także kwestiami może mniej ważnymi z gospodarczego punktu widzenia, ale istotnymi z powodów symbolicznych, dotyczące bandery odradzającej się floty. Wiele miejsca poświęcono konieczności budowy polskiego portu, gdyż Gdańsk wskutek Traktatu Wersalskiego został włączony do Wolnego Miasta pod administracją niemiecką i słusznie przewidywano narastające kłopoty. W materiale poświęconym tej kwestii jako cztery najważniejsze warunki dla polskiego portu wskazano: że musi on wyłącznie należeć do Polski, być dostatecznie wielkim, urządzonym współcześnie i odpowiadać ogólnym potrzebom kraju. Odpowiedzią na zagrożenia pojawiające się na łamach pisma były konkretne propozycje rozwiązania problemów. Postulowano rozbudowę portu w Tczewie, który w początku odrodzenia Polski zyskał charakter portu morskiego, ale też kreślono wizję budowy nowego polskiego portu nad Bałtykiem, który uniezależniłby Polskę od rosnących wpływów niemieckich. Autorzy publikowanych tekstów akcentowali korzyści płynące z faktu posiadania dostępu do morza i kreślili korzyści wynikające z możliwości rozwoju gospodarki morskiej. Podkreślano, że ważne jest nie tylko posiadanie wybrzeża i portów, ale również infrastruktury towarzyszącej w postaci nabrzeży, dróg dojazdowych i sprawnego systemu komunikacyjnego w głębi lądu, który będzie w stanie obsłużyć port. W ten nurt publicystyki autorów pisma wpisywał się doskonale materiał na temat projektowanych kanałów żeglugowych w Polsce, które miały w znaczący sposób wpłynąć na poprawę komunikacji. Już wówczas dostrzegano konieczność budowy systemu dróg wodnych wskazując na duże koszty budowy, ale późniejsze niskie nakłady na utrzymanie sieci wodnej oraz niebagatelne korzyści wynikające z posiadania takiego systemu komunikacji. Kanał Węglowy, Zachodnio-Wschodni, Małopolski i sieć kanałów Warszawskich oraz kanał Warszawa-Bug, będącego w istocie przodkiem Kanału Żerańskiego, notabene jedynej zrealizowanej, dopiero w okresie PRL, inwestycji hydrotechnicznej z tego katalogu.
Wprawdzie sprawy żeglarskie stały się od początku marginesem w tematyce pisma, to jednak numer marcowo-kwietniowy z 1921 roku przyniósł ciekawy materiał podnoszący konieczność zunifikowania nazewnictwa żeglarskiego, o co zabiegało środowisko. Materiał ten wywołał wiele komentarzy, także prasowych, w których nie negując zasadniczo konieczności dokonania unifikacji, wskazywano na wiele niekonsekwencji w podjętej pracy i wskazywano inne rozwiązania w konkretnych kwestiach. Redakcja nie stroniła również od materiałów krajoznawczych, czego przykładem jest bardzo obszerny reportaż ze spływu Wisłą, który w 1919 roku miał pierwszą część, a do kontynuacji nie powrócono po reaktywacji tytułu dwa lata później. Podobny charakter, choć nieco bardziej teoretyczny, miał cykl artykułów omawiający charakter żeglugi po Kresach Wschodnich, w którym autor, Roman Ingarden, kreślił charakterystyczną kreską opis życia na szlakach wodnych regionu i w sposób bardzo sugestywny opisywał korzyści płynące z wykorzystania tych dróg. Materiał był bardzo obszerny, wymagał więc podzielenia go na części, czego redakcja dokonała ze szkodą dla całości z uwagi na wysoce niezadowalający zasób materiału ilustracyjnego do tekstu. W tym cyklu zaprezentowano także obszerny artykuł o Kanale Augustowskim jako o przykładzie wielkiego poprzez swoją dalekowzroczność przedsięwzięcia gospodarczego przynoszącego konkretne korzyści gospodarcze dla kraju, a okazją do publikacji tego tekstu było zbliżające się 100-lecie rozpoczęcia budowy kanału przypadające na rok 1924.
Odrębną grupą zagadnień był rozwój floty handlowej jako warunek konieczny rozwoju gospodarki morskiej. Na ten temat pisano niemało, a konkluzją wszystkich materiałów opublikowanych na łamach „Bandery Polskiej” była narastająca w bardzo szybkim tempie konieczność budowy własnej floty w celu sprostaniu wyzwaniu gospodarczemu oraz szukaniu nowych rynków zbytu na wyroby polskie. W piśmie zaskakiwało wyraźne zaznaczenie tematyki śródlądowej, zwłaszcza w pierwszym roku istnienia pisma, należy jednak wziąć pod uwagę, że sprawy gospodarki morskiej zyskały na znaczeniu, także w prasie, dopiero po podjęciu przez rząd RP decyzji o budowie portu morskiego w Gdyni, a miało to miejsce w 1922 roku, kiedy „Bandera Polska” zniknęła już z rynku.
Gospodarka morska była oczywiście na łamach pisma dominująca, a autorami tekstów było liczne grono autorów zewnętrznych, o zróżnicowanych poglądach, ale wszyscy prezentowali głęboką troskę o rozwój gospodarki i stan zapóźnienia w tej mierze. Tematyki Ligi Morskiej nie było wiele, ale w latach 1919-21, kiedy tytuł ukazywał się na rynku, Liga Morska dopiero raczkowała i nie była jeszcze organizacją ani silną ani masową, w związku z tym nie poświęcano jej działalności wiele miejsca.
„Bandera Polska” wypełniła swoją misję informowania w sposób rzetelny o najważniejszych problemach gospodarczych związanych z żeglugą, jej znaczenie było tak duże, że nawet po latach często na łamach innych pism tego segmentu przywoływano teksty i opinie wybranych autorów jako ilustrację niezależności i obiektywizmu dziennikarskiego.

Ewolucja podtytułów:
• „Bandera Polska – czasopismo poświęcone sprawom żeglugi polskiej, organ Towarzystwa Bandera Polska”

Marek Słodownik

___________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

Fotogaleria

6a 6b 5 4 3 b 3 a 1 a 6 5 4b 4a 3b 3a 2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marek Słodownik: 60-lecie „Żagli” – pierwsze 10 lat.

Marek SłodownikPrasa żeglarska w pierwszych latach po wojnie związana była ściśle z Polskim Związkiem Żeglarskim (PZŻ). Organizacja, której geneza sięga roku 1924 i konieczności stworzenia struktury firmującej start w konkurencjach żeglarskich polskich olimpijczyków na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu, przetrwała II wojnę i w dniu 23 lutego 1948 doszło do zorganizowania pierwszego powojennego Sejmiku PZŻ. Wówczas to działacz z Poznania, Edward Jankowski, przedstawił w imieniu delegatów z Wielkopolski dziewięć dezyderatów przyjętych jednogłośnie przez zebranych. Czwarty z nich, w brzmieniu „należy prowadzić własne, ściśle fachowe czasopismo żeglarskie[1] zyskał szczególne zainteresowanie delegatów, jednak ówczesne środki finansowe nie pozwalały na realizację tego postulatu. Jako kompromis przyjęto porozumienie z redakcją magazynu „Morze”, w myśl którego jedna kolumna miała być przeznaczona na komunikaty związkowe. Redakcja nie chciała jednak publikować oficjalnych dokumentów związku, a w jego składzie nie było wówczas nikogo, kto pisałby materiały o charakterze publicystycznych czy choćby informacyjnym. Z początkiem stycznia 1950 roku Związek postanowił więc sam redagować i drukować komunikaty i drogą pocztową rozsyłać je do żeglarzy. 9 stycznia ówczesny prezes PZŻ, Witold Zakrzewski, na zebraniu Zarządu Związku doprowadził do przyjęcia uchwały mówiącej o powołaniu zespołu, który przygotowywać miał comiesięczne materiały zatytułowane „Komunikaty Zarządu PZŻ”. Pierwszy z nich, datowany na styczeń/luty 1950 i liczący trzy strony maszynopisu, został rozesłany do członków Związku, którymi w myśl ówczesnych regulacji prawnych były sekcje, kluby i organizacje terytorialne. Osoby prywatne mogły zaprenumerować biuletyn, a roczna opłata ustalona została na 200 złotych, co było kwotą niewysoką, zważywszy wartość złotego sprzed tzw. reformy walutowej. Późniejsza wartość tej prenumeraty wynosiła 6 złotych rocznie. W tym samym roku ukazało się siedem komunikatów, w lutym nr 1, w marcu nr 2, w maju nr 3 i 4, w lipcu nr 5 i w listopadzie nr 6-7.  „Komunikaty” zawierały najważniejsze informacje o wydarzeniach oficjalnych, wydawnictwach związkowych, imprezach sportowych i decyzjach władz żeglarskich koncentrujących się wówczas na reformie ustawodawstwa związanego z kulturą fizyczną. Nie było to pismo żeglarskie, raczej biuletyn związkowy, ale ponieważ cieszył się on dużym zainteresowaniem środowiska, uznawano powszechnie we władzach PZŻ, że istnieje potrzeba rozwijania tego typu działań i powołanie w przyszłości wydawnictwa zawierającego nie tylko informacje oficjalne, ale również materiały prasowe, takie bowiem potrzeby i oczekiwania formułowano w listach do Polskiego Związku Żeglarskiego.

Na przeszkodzie tym planom stanęła wspomniana reforma kultury fizycznej. 4 lutego 1951 roku, w myśl zapisów nowej ustawy, Polski Związek Żeglarski został przekształcony w Sekcję Żeglarską Głównego Komitetu Kultury Fizycznej (GKKF), a dokonano tej reformy na wzór rozwiązań radzieckich, odbierając przy tym znaczną część autonomii związku. Porzucono zatem myśl o rozwijaniu „Komunikatów”, ale w dotychczasowej formie nie przestały się one ukazywać. Józef Marczewski, historyk żeglarstwa, działacz żeglarski szczebla centralnego i późniejszy długoletni członek zespołu redakcyjnego „Żagli”, zgromadził dwa „Komunikaty” z 1951 roku, siedem z 1952, pięć z 1954 roku i trzy z 1956. Łącznie było ich zatem siedemnaście, z pewnością było ich jednak więcej, bo numeracja biuletynów zawiera 21 pozycji.[2] Żadne z tych „Komunikatów” nie zachowały się, po śmierci Marczewskiego jego archiwum uległo rozproszeniu, w dokumentach Związku nie ma tych publikacji, a ponieważ nie miały one charakteru periodyków w myśl kryteriów Biblioteki Narodowej, także w jej zbiorach nie zachowały się żadne „Komunikaty”. Warto wspomnieć, że wraz z przejściem Polskiego Związku Żeglarskiego do struktur Sekcji Żeglarskiej GKKF zmienił się nieco charakter tego wydawnictwa i koncentrowało się ono na publikacji suchych wyników z regat żeglarskich organizowanych w różnych rejonach Polski oraz nadawaniu tytułów Mistrzów Sportu. Publikacji materiałów problemowych nie sprzyjała także sytuacja polityczna, lata stalinowskiego terroru charakteryzujące się również skrępowaniem mediów i ograniczaniem ich swobody.

O potrzebie wydawania własnego biuletynu działacze polskiego Związku Żeglarskiego dyskutowali już od roku 1956, kiedy to dokonano reaktywacji tego związku sportowego po okresie centralizacji przeprowadzonej na wzór radziecki w latach 1951-55. W tamtym okresie związki sportowe uległy likwidacji, a ich struktury włączono do struktur Głównego Komitetu Kultury Fizycznej. W okresie tzw. odwilży reaktywowano dawne związki, wśród których poczesne miejsce zajął Polski Związek Żeglarski. Sprawami reaktywacji związku kierował Włodzimierz Głowacki, działacz żeglarski, prezes PZŻ. Z jego inicjatywy podjęto kroki zmierzające do powstania biuletynu, który zająłby się w sposób metodyczny i konsekwentny sprawami polityki informacyjnej związku, popularyzacją żeglarstwa w wybranych jego aspektach oraz uaktywniałby lokalne środowiska klubowe. Dzięki staraniom Głowackiego, przeznaczono w budżecie związku środki finansowe na działalność nowej struktury wydawniczej. Oczywiście do powołania biuletynu konieczne były środki finansowe i zezwolenie Głównego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk czyli Cenzury. 8 grudnia 1958 roku wydano zgodę „na wydawanie na powielaczu wewnętrznego biuletynu, objętość 20 stron, formatu A4”[3]

Redakcji udostępniono niewielki pokój w biurze związku mieszczącym się przy Placu Dąbrowskiego 8 w Warszawie. Wyposażeniem były dwa biurka, linia telefoniczna ze starym bakelitowym aparatem, maszyna do pisania i czajnik elektryczny. W skład pierwszego zespołu redakcyjnego wchodzili: Włodzimierz Głowacki, Magdalena Liszewska, redaktor techniczny Donat Czerewacz jako komitet redakcyjny oraz Jerzy Kunce będący administratorem, Magdalena Jankowska i Krystyna Szloser jako sekretarka i osoba zajmująca się płatnościami. W późniejszym okresie została ona kierownikiem administracyjnym redakcji.

Biuletyn nie miał imponującej szaty graficznej, wydawany był techniką powiela1aczową, a nakład wynosił 1.400 egzemplarzy[4]. Okładka w początkowym okresie istnienia druku była taka sama dla wszystkich wydań, stylizowane łódki z numerem wydania na żaglu największej z nich. Była wyraźnie grubsza niż wnętrze numeru, nie była objęta również numeracją. Objętość tytułu to 20 kolumn, oczywiście wydane w czarno-białej tonacji.

Prenumerata roczna została skalkulowana na poziomie 48 złotych, półroczna 26 złotych, kwartalna 15 złotych, nie podawano ceny egzemplarzowej, jednak redakcja deklarowała bezpłatną dystrybucję do wybranych odbiorców. Siedemset egzemplarzy dystrybuowano odpłatnie, kolejne siedemset wysyłano bezpłatnie w formie promocji nowego wydawnictwa.

Ponieważ pismo wydawane było techniką powielaczową, nie pozwalającą na zapewnienie atrakcyjnej szaty graficznej, redakcja stosowała różne techniki podnoszące jej wartości wizualne. Wykorzystywano fotograficzne zmniejszanie maszynopisów na wybranych kolumnach, układ dwu i trzyszpaltowy, wyrównaną do prawego marginesu szpaltę oraz kreskowe ilustracje. Łamanie tytułu było oczywiście ręczne, a stosowanie różnych zabiegów podnoszących ich atrakcyjność powodowało wydłużenie tego procesu.

W pierwszym numerze „Żagli” datowanym na styczeń 1959 roku, założyciele biuletynu charakteryzowali jego formułę. „Z NOWYM ROKIEM 1959 wychodzi dla wszystkich polskich żeglarzy pierwszy biuletyn „Żagle”. Nie jesteśmy dyscypliną, o której zbyt często piszą dziennikarze 2asportowych pism – problematyką żeglarską trudno jest często zainteresować szersze rzesze Czytelników, goniących za sensacją. (…) Mierzymy zamiary na siły. A siły te, to szeroka społeczność żeglarska, od której oczekujemy pomocy w redagowaniu biuletynu. Czekamy i na krytykę i na życzenia a przede wszystkim na artykuły. (…) Oddając ten numer do Waszych rąk, Czytelnicy, apelujemy – traktujcie „Żagle” jak swoją trybunę! Naszą dewizą „wszystko, co się dzieje pod żaglami, nie jest nam obce.” Czytajcie i rozpowszechniajcie „Żagle”, będą one tym lepsze, im więcej będzie czytających” (pisownia oryginalna)[5]

„Kto finansuje „Żagle”? Jego czytelnicy, i ci, co w „Żaglach” się ogłaszają. Znaczy to, że „Żagle” utrzymują się z opłat za prenumeratę, nadsyłanych przez w s z y s t k i c h czytelników. Czy to jest dobre? Napewno tak! Dzięki temu „Żagle” są nasze własne, ż e g l a r s k i e. Budżet PZŻ nie przewiduje niestety subwencjonowania biuletynu – jest na to za szczupły, szczególnie w roku przygotowań przedolimpijskich.[6](pisownia oryginalna)

Od numeru trzeciego pojawiły się reklamy zewnętrzne, co wspomagało skromny budżet biuletynu. Reklamie oddano kolumny 19 i 20, a dominowały tam reklamy związane z działalnością PZŻ. Jednak wśród nich pojawiły się ogłoszenia zachęcające do kupna jachtu czy żagli, a nawet ozdobnych znaczków żeglarskich.[7]

Opóźnienia w druku były na tyle poważne, że na wakacje wydano numer łączony – 6-7/59, o podwójnej objętości. Podobnie było dwa miesiące później, kiedy połączono numery sierpniowy i wrześniowy, zmniejszając przy tym objętość do 36 kolumn. W tej sytuacji nie dziwił fakt, że numer łączony listopadowo-grudniowy liczył już tylko 32 kolumny.

Redakcja wysoko oceniała pierwszy rok istnienia biuletynu, a redaktor naczelny podsumował krótko ten fakt „Dziewięć zeszytów w 1959 roku, w tym 3 numery podwójne, uważaliśmy za wielki sukces wydawniczy. Na 228 stronach pierwszego rocznika „Żagli” zamieszczaliśmy wiadomości z wszystkich dziedzin żeglarskiego ruchu. „Żagle” czytano więc od pierwszej do ostatniej stronicy, nie omijając ogłoszeń, które w pierwszym roczniku zajęły 5% miejsca.[8]

Rok 1960 przyniósł istotne zmiany. Dotąd drukowano go na powielaczu, techniką, która nie pozawalała na stosowania rozwiązań edytorskich zadowalających czytelników. Techniką powielaczową wydrukowano 14 pierwszych numerów. Od numeru marcowego 1960 roku „Żagle” powstawały techniką drukarską, co oczywiście także wymagało uzyskania stosownego zezwolenia GUKPiW, co stało się 5 marca 1960 roku. Drukowane były dotąd w Stołecznych Zakładach Graficznych, a dla redakcji druk pisma nową techniką oznaczał możliwość stosowania ilustracji fotograficznych i znaczącej poprawy jakości. Druku pisma podjęła się drukarnia przy ul. Podchorążych w Warszawie, zakład nienowy, ale mający pewną swobodę w tzw. mocach przerobowych, co było decydujące w realiach gospodarczych PRL-u. Wkrótce jednak okaże się, że pismo szybko z tym zakładem będzie musiało się rozstać.

Problemów nie brakowało; drukarnie niechętnie podejmowały się druku pism niskonakładowych, a sytuacja „Żagli” była skomplikowana. Oto bowiem biuletyn związku sportowego przynależący do wydawnictwa „Sport i Turystyka” zajmującego się książkami, usiłuje zyskać stały harmonogram w przeciążonych zazwyczaj drukarniach. To powodowało częstą zmianę drukarni by w ogóle „Żagle” mogły się ukazywać. „Nie mieliśmy stałych terminów, byliśmy w każdej kolejnej drukarni piątym kołem u wozu, przyczepionym z łaski i z łaski tolerowanym. W tej sytuacji nie było żadnych szans na terminowe wydawanie pisma. Opóźnienia dochodziły do trzech miesięcy, robiło się parę razy w roku numery podwójne.”[9]

Początkowo „Żagle” miały po 16 kolumn, numer podwójny lipcowo-sierpniowy, liczył 34 kolumny, a kolejne po 18 stron. Pojawiła się również stopka redakcyjna, z adresem redakcji i z adnotacją „Do użytku wewnętrznego”, co oznaczało, że biuletyn nie wypełniał jeszcze kryteriów wyznaczonych prasie. Dopisek ten zniknął ostatecznie wraz z końcem 1961 roku.

W tym samym roku z funkcją redaktora naczelnego pożegnał się Włodzimierz Głowacki. Nowym redaktorem naczelnym zostaje Zbigniew Laskowski, działacz żeglarski szczebla centralnego. Sekretarzem redakcji została Magdalena Jankowska. Pismo rozwijało się, ale wciąż miało kłopoty z dystrybucją, a co za tym idzie, z wpływami od prenumeratorów. Nowy redaktor naczelny w płomiennym apelu do czytelników, ogłoszonym w numerze styczniowym z 1961 roku pisał: „Ukazywanie się „Żagli” jest najściślej związane z odpowiednią ilością stałych, regularnie płacących prenumeratorów. Gdy ich zabraknie, pismo straci po prostu warunki swego istnienia. „Żagle” nie są bowiem gazetą, której każdy numer można kupić w kiosku osobno – tylko prenumerata zapewnia pieniądze.[10] Autor przypomina także, że mocą uchwały Sejmiku Polskiego Związku Żeglarskiego, najwyższego organu władzy w żeglarstwie, wszystkie kluby zostały zobowiązane do prenumerowania „Żagli”. Żalił się również, że niektóre z nich traktują przesyłkę jako prezent, nie uiszczając żadnych należności.[11]

Pismo zmieniało się na lepsze z każdym miesiącem. Od numeru wrześniowego w stopce, w skaldzie komitetu redakcyjnego pojawił się Wiesław Rogala, etatowy pracownik PZ, późniejszy sekretarz generalny Związku. Publikowano coraz więcej fotografii, pojawiali się nowi współpracownicy publikujący swoje materiały z rejsów oraz artykuły teoretyczne. W numerze grudniowym ogłoszono wielki konkurs  pod hasłem „Będę korespondentem”. Ideą było pozyskanie materiałów z tzw. terenu, dokąd nie docierali redaktorzy „Żagli”, Apelowano o nadsyłanie materiałów obiecując, że z autorami najciekawszych tekstów redakcja podejmie stałą współpracę. Pierwszą nagrodą był rejs morski w sezonie 1962.[12] Powód organizacji konkursu był oczywisty. Trafnie podsumował to Leszek Błaszczyk, który od roku 1962 znalazł się w składzie kolegium redakcyjnego „Żagli”. „… byłem  nieco zaskoczony kłopotami tego szacownego ciała. Podstawowym kłopotem był bowiem chroniczny brak materiałów do numeru. Dlatego też na posiedzeniu kolegium, w którym po raz pierwszy uczestniczyłem, było nie to, co poruszyć w bieżącym numerze „Żagli”, ale co w ogóle dać, ponieważ teczki redakcyjne świeciły prawie pustkami.[13]

Błaszczyk, młody dziennikarz z Olsztyna, został włączony w skład kolegium redakcyjnego i szybko  pokazał sprawność organizacyjną. „Przychodziłem na każde zebranie kolegium mając swój „własny” plan bieżącego numeru „Żagli”. Ponieważ najczęściej nikt nie proponował innego, moje propozycje przechodziły bez większych dyskusji.(…) Drugą sprawę, to jest kontakt z terenem (…) rozpocząłem od wysłania do każdego klubu i okręgu „płomiennego” wezwania do współpracy oraz propozycji zgłoszenia korespondenta. Na około 300 wysłanych deklaracji korespondentów, nadeszło blisko 50 zgłoszeń, niektóre z pierwszymi wiadomościami o pracy klubu”[14]

W następnym roku Leszek Błaszczyk został mianowany, decyzją Zarządu Polskiego Związku Żeglarskiego, zastępcą redaktora naczelnego „Żagli” i od tej chwili rozpoczęła się jego długoletnia kariera kierownicza w tym piśmie. Już w styczniu opublikował pierwszy artykuł problemowy[15], później publikował wiele materiałów, ale skupił się także na pracy redakcyjnej. W stopce redakcyjnej pojawił się od numeru łączonego, 3-4/1963. W tym numerze rozbudowano, bardzo dotąd skromną, stopkę redakcyjną i pojawiły się w niej nazwiska Z. (Zygmunta przyp. MS) Jędrzejkiewicza i K. (Krzysztofa przyp. MS) Jaworskiego.

W maju 1963 roku następuje prawdziwa rewolucja. Redakcja rezygnuje wówczas ze stałego 3awzoru okładki, który pozostawał niezmienny od początku biuletynu, czyli od stycznia 1959 roku i na okładce publikuje zdjęcie zajmujące większość jej powierzchni. Okładka jest drukowana na papierze tej samej gramatury co pozostała część numeru, co było dużym wyłomem od tradycji tytułu. Pismo nabrało innego charakteru, swoim wyglądem zbliżyło się do innych magazynów branżowych.

Zdjęcie okładkowe na większość zadruku strony nie było jednak regułą; redakcja stosowała także rozwiązanie polegające na publikowaniu szczególnie ważnych tekstów na okładce, kosztem wielkości fotografii, działo się tak w numerach czerwcowym, w którym anonsowano Dni Morza, październikowym, w którym rozpoczęto dyskusję pod hasłem „Społeczno-wychowawcze wartości żeglarstwa[16] oraz grudniowym, w którym dokonano podsumowania pięciolecia wydawania biuletynu.[17] Strona tytułowa biuletynu została włączona do paginacji numeru, co było wówczas nowością.

Numer wakacyjny, lipcowo-sierpniowy przyniósł także ankietę dla czytelników, których pytano o kształt „Żagli” Podsumowano ją w styczniu roku następnego, wskazując na słabości biuletynu, wśród których najczęściej wymieniano małą objętość „Żagli”, słabą dostępność tytułu, i nieterminowość ukazywania się biuletynu. Podnoszono także wysoką cenę egzemplarzową oraz złą jakość rysunków technicznych[18]. Nie brakowało także ocen pozytywnych. Najczęściej wskazywano potrzebę ukazywania się pisma, dostępność w otwartej sieci sprzedaży oraz wyróżniano poszczególne rubryki zyskujące najwięcej ocen pozytywnych.[19] Sformułowano także konkretne wnioski pod adresem redakcji, z których najważniejszymi było zwiększenie liczby publikacji dotyczących szkolenia żeglarskiego, metodyce szkolenia i aspektach dydaktycznych, prezentowanie konstrukcji jachtowych, publikować teksty dla szkutników-amatorów oraz informować o krajowych i zagranicznych nowościach technicznych.[20]

Redakcja zabiegała także pozyskanie opinii na temat pisma innymi metodami. W listopadzie 1964 roku zorganizowano w Warszawie spotkanie redaktorów „Żagli”. Poświęcone ono było podsumowaniu działalności pracy redakcji, a zgromadziło aż szesnastu byłych i obecnych twórców pisma. Zebranym przygotowano wcześniej specjalnie przygotowane materiały, „Każdy otrzymał przed spotkaniem problemowy plan pracy „Żagli” na 1965 rok, miał więc możność  wcześniejszego opracowania swych wniosków.”[21]

Numer styczniowy z 1964 roku przynosi dużych rozmiarów stopkę redakcyjną, w której pojawiają się współpracownicy pisma, warunki prenumeraty i dystrybucji zagranicznej oraz ceny ogłoszeń drobnych. Dowiedzieć się z niej można, że całokolumnowa reklama kosztowała 3.000 złotych, półkolumnowa 1.800 złotych, a reklama zajmująca jedną czwartą powierzchni to wydatek rzędu tysiąca złotych. Ogłoszenie drobne skalkulowano na 5 złotych za słowo.[22] Na okładce po raz pierwszy pojawia się cena egzemplarzowa w wysokości 5 złotych, co wskazywało na możliwość zakupu pisma w otwartej sprzedaży. Okładka została wzbogacona o kolor niebieski, który wkrótce stał się ściśle związany z pismem będąc niejako jego znakiem rozpoznawczym.

W tym samym roku pojawiają się pierwsze materiały o charakterze ideologicznym. „Na wniosek Komisji Obchodów 40-lecia PZŻ, Prezydium Zarządu PZŻ w dniu 20.I.1964 r. postanowiło wydać następujące zalecenia:

  1. Połączyć w jedną całość zagadnienie obchodów 40-lecia PZŻ z obchodami 20-lecia Polski Ludowej.
  2. Jako imprezę 20-lecia Polski Ludowej uznaje się imprezę okręgu warszawskiego, która odbędzie się 11-13 września br na Zalewie Zegrzyńskim”[23]

Tego typu materiały dotąd nie pojawiały się w piśmie sportowym, jednak Leszek Błaszczyk, zastępca redaktora naczelnego, a zarazem aktywista partyjny, włączał tę tematykę na łamy pisma.

Nową postacią wśród osób tworzących „Żagle” został Jan Dominowski, żeglarz-fotoamator, który odpowiedział na apel redakcji w sprawie nawiązania współpracy. Dominowski w stopce w charakterze współpracownika po raz pierwszy pojawił się w czerwcowym numerze, z przekręconym na Jerzy imieniem[24], w późniejszych latach stał się jednym z filarów pisma i związany był z nim aż do przejścia na emeryturę.

Już w styczniu 1965 roku dokonuje się przełom w historii „Żagli”. W komunikacie 4azamieszczonym w styczniowo-lutowym numerze redakcja informuje, że od stycznia wydawcą pisma zostało Wydawnictwo „Prasa Sportowa” Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa” i opisuje to jako przełomowy moment w życiu miesięcznika. W tym samym komunikacie stwierdza także, że Leszek Błaszczyk został, decyzją Zarządu Polskiego Związku Żeglarskiego, nowym redaktorem naczelnym pisma.[25]. Dotychczasowy naczelny został szefem działu ogólnomorskiego. „Żagle” stały się pismem wydawanym przez RSW na zlecenie Polskiego Związku Sportowego. Nowy wydawca zajął się także kolportażem tytułu, także jego prenumeratą, oraz ogłoszeniami drobnymi i reklamami.[26]

Zmiany zaszły także w samym piśmie. Wyodrębniono wyraźnie poszczególne działy, którymi kierowały osoby związane z pismem będące członkami kolegium redakcyjnego, a ich kierownicy otrzymali do zagospodarowania określoną ilość miejsca na łamach.

W stopce styczniowego numeru po raz pierwszy wydrukowano nazwisko Witolda Tobisa, konstruktora jachtowego, który stał się formalnie redaktorem działu budownictwa jachtowego i który z tytułem związany był przez ponad trzydzieści lat. To właśnie za sprawą Tobisa redakcja wkrótce zaczęła w sposób skoordynowany i zunifikowany przybliżać konstrukcje polskich projektantów i ujednoliciła sposób ich prezentacji na łamach pisma. Przyczyniło się to do lawinowego wzrostu prezentacji krajowych konstrukcji na łamach miesięcznika, który stał się nieformalną trybuną krajowych projektantów jachtów[27] Jego także zasługą w późniejszych latach było pokazywanie znanych światowych konstrukcji jachtowych z punktu widzenia projektanta oraz technologii ich budowy. Inny ważny debiut publicystyczny to Leonid Teliga, który w numerze grudniowym opublikował artykuł o sekstancie i który znalazł się w gronie oficjalnych współpracowników pisma.[28] Począwszy od numeru styczniowego z 1968 roku do grona oficjalnych twórców pisma dołączył Stanisław Zakrzewski, któremu powierzono funkcję sekretarza redakcji.

W lipcu po raz pierwszy zaprezentowano rubrykę 5a. P1410437„Żagle na znaczkach”, która z pismem związana była przez wiele kolejnych lat. Doszły też nowe elementy graficzne zwiększające atrakcyjność pisma, wprowadzono krótkie notki tematyczne i newsowe, lepiej ilustrowane, odczuwalnie więcej było publikowanych rysunków, głownie były to prezentacje nowych konstrukcji jachtowych. Od numerów zimowych regularnie publikowano materiały na temat żeglarstwa w środowisku harcerskim pod zbiorczym tytułem „Pod harcerską banderą”[29], których głównym redaktorem, jak zaznaczono w apelu do harcerskich drużyn wodnych zamieszczonym na łamach pisma[30] jest Centrum Wychowania Morskiego ZHP w Gdyni.

W styczniu 1966 roku dość nieoczekiwanie dokonano modyfikacji logotypu pisma, co 6a. P1410459zwiastowało proces zmian pisma zaplanowany na ten rok. Z winiety zniknęło logo Polskiego Związku Żeglarskiego (PZŻ), które teraz znalazło się na pasku dolnym, przy opisie zawartości numeru. Wydanie kwietniowo-majowe wydrukowano jako numer łączony z uwagi na trudności w dotrzymaniu harmonogramu druku miesięcznika. Sytuacja powtórzyła się jesienią, kiedy wydrukowano numer listopadowo-grudniowy. „Na skutek różnych trudności ostatnie numery naszego pisma wychodziły z pewnym opóźnieniem. Mamy nadzieję, że ten okres jest już za nami.”[31] Redakcja bardzo się jednak myliła, opóźnienia stały się nierozerwalną częścią procesu wydawniczego i dochodziły nawet do trzech miesięcy.

Rok później „Żagle” zwiększyły format, co wpłynęło na poprawę ich walorów wizualnych. Magazyn był teraz znacząco większy, powiększono także marginesy, co powodowało subiektywne wrażenie „lekkości” pisma i jego przejrzystości. Do podtytułu „Miesięcznik Polskiego Związku Żeglarskiego” dodano  „poświęcony sprawom żeglarstwa regatowego i turystycznego”, co zdaniem redakcji bardziej precyzyjnie definiowało zakres tematyczny magazynu. Bez zmian pozostał gatunek papieru, szary, gazetowy, szybko żółknący oraz terminowość ukazywania się pisma na rynku wydawniczym. Bez zmian także pozostała objętość „Żagli” – 16 kolumn, choć w nowym formacie materiałów redakcyjnych mieściło się więcej.

Redakcja borykała się z niedostatkiem materiałów z tzw. terenu, czyli klubów i okręgów żeglarskich. Wysyłanie dziennikarzy „Żagli” na lokalne imprezy było niemożliwe z uwagi na koszty tej operacji, duży nacisk kładziono na pozyskanie lokalnych korespondentów kusząc potencjalnych kandydatów stosownymi legitymacjami. W grudniu 1966 roku ogłoszono nabór na korespondentów terenowych, jesienią roku następnego przyszła pora na podsumowanie akcji. W obszernym artykule redakcja przypomina zasady naboru do grona korespondentów, przywileje dla wybranych oraz podpowiada jak pisać interesujące redakcję materiały. Zakres tematyczny to 21 zagadnień z życia klubów i środowiska żeglarskiego, do tego praktyczne wskazówki na temat zwięzłego pisania i zasad nadsyłania materiałów tekstowych i fotograficznych.[32] Konkretnym plonem akcji była rubryka „Na wodach Polski” zamieszczana od numeru grudniowego, której integralną częścią były notki zebrane pod hasłem „Krótko o wszystkim”[33]

Niezależnie od akcyjności związanej z pozyskiwaniem współpracowników, redakcja ściągała do swego grona osoby wyspecjalizowane w wybranych wąskich zagadnieniach związanych z profilem tytułu. W czerwcu debiutuje na łamach rubryka „Wodna moda” przygotowywana następnie przez wiele lat przez Irenę Petrusewicz, współpracowniczkę pisma. W grudniu po raz pierwszy opublikowano rubrykę „Sławne i ciekawe jachty” przygotowaną przez Witoldsa Tobisa, w której przybliżał on interesujące jachty ze świata koncentrując się na ich technicznych aspektach.

Czerwcowy numer z 1967 roku był setnym w dziewięcioletnich dziejach pisma co uwypuklono na okładce i okolicznościowym materiale pióra Magdaleny Jankowskiej.[34]

Redakcja nie stroniła, niestety, od polityki i to polityki w wydaniu PZPR-owskim. W numerze lipcowym z 1968 roku zamieszczono tekst rezolucji „aktywu dziennikarzy prasy sportowej i turystycznej” pod symptomatycznym tytułem „Pełne poparcie linii politycznej Partii deklarują dziennikarze sportowi i turystyczni”[35] Sama rezolucja to odpowiedź środowiska dziennikarskiego na wydarzenia marcowe, które szerokim echem odbiły się w kraju burząc ustalony porządek społeczny. Niezwykle charakterystyczny był język tego dokumentu wpisującego się w pejzaż gorących nastrojów społecznych wiosny 1968 roku (pisownia oryginalna). „Warszawski aktyw partyjny dziennikarzy, zajmujących się problemami sportu i turystyki (…) w pełni popiera polityczną linię określoną w referacie I Sekretarza KC PZPR towarzysza Władysława Gomułki; ujawnienie się wichrzycielskich, reakcyjnych, rewizjonistycznych elementów usiłujących siać zamieszanie i rozbić jedność polskiego społeczeństwa, próbuje zyskać dla swych brudnych celów młodzież akademicką, spotkało się z powszechnym i zdecydowanym potępieniem naszego środowiska. Z niepokojem stwierdzono, że praca ideowo-wychowawcza wśród sportowców, trenerów i działaczy jest niedostateczna. Nie przeciwdziała się skutecznie wypadkom postaw sprzecznych z zasadami patriotyzmu internacjonalizmu. (…) W dziedzinie turystyki i krajoznawstwa często biorą górę mieszczańskie wzory obyczajowe. Ludzie odpowiedzialni za turystykę w kraju niedostatecznie uwzględniają zapotrzebowanie środowiska robotniczego i pracowniczego. Aktyw partyjny dziennikarzy z oburzeniem stwierdził, że ludzie pokroju  m.in. dyrektora Instytutu Naukowego Kultury Fizycznej – Aleksandra Gutowskiego, lub radcy przewodniczącego GKKFiT – Tomasza Lemparta odpowiedzialni za wiele niedostatków naszego życia sportowego, nadal działają w polskiej kulturze fizycznej i turystyce, mimo wielokrotnej społecznej krytyki ich postaw i działalności. Aktyw partyjny warszawskich dziennikarzy sportowych samokrytycznie stwierdził, że w dotychczasowych publikacjach prasowych, radiowych i telewizyjnych niedostatecznie uwzględniane było społeczne uwarunkowanie ruchu sportowego i turystycznego. Kierując się więc linią polityczną Partii, zebrani na naradzie postanowili w większym niż dotychczas stopniu zwrócić uwagę na postawę ideową ludzi, piszących o sporcie i turystyce. Większa odpowiedzialność dziennikarzy w dziele krzewienia kultury fizycznej i turystyki będzie niewątpliwie ważkim elementem w socjalistycznym wychowaniu społeczeństwa.”[36]

Tekst rezolucji opublikowany w piśmie o sportowo-turystycznym charakterze dowodził, że nastroje społeczne wiosną tego roku były prawdziwie wybuchowe, a po wydarzeniach z marca nie zostały jeszcze wygaszone. Nie bez znaczenia była także postawa redaktora naczelnego, Leszka Błaszczyka, partyjnego aktywisty w strukturach Wydawnictwa „Prasa Sportowa”, który publikacją wspomnianego materiału wykazywał niebywałą gorliwość w realizacji zadań tamtejszej Podstawowej Organizacji Partyjnej (POP). Publikacja tego dokumentu stanowi dowód zaangażowanej politycznie postawy  redaktora naczelnego, który nie dość, że nie bronił swojej gazety przed mieszaniem się do polityki, to wręcz stał na pierwszej linii frontu ideologicznego branżowego tytułu udostępniając jego łamy na potrzeby bieżącej walki politycznej. Kampania antysemicka 1968 roku, której skutkiem była emigracja tysięcy obywateli polskich, pozbawianie obywatelstwa i zmuszanie do emigracji niewinnych ludzi, szykany w miejscu pracy i wzbudzanie niechęci do osób innej narodowości, była jedną z najczarniejszych kart w dziejach PRL-u, a jej zakres i skala zachowań władz różnego szczebla dowiodła słabości systemu obnażając przy tym jego prawdziwe oblicze. Uwagę zwraca również fakt, że w rezolucji o charakterze ideologicznym pojawiają się nazwiska dwóch urzędników średniego szczebla, z którymi aktyw rozprawia się w dokumencie w sposób bezwzględny czyniąc z nich czarne owce środowiskowe i obarczając ich za niedostatki życia sportowego.[37] Takie praktyki w mediach nie należały do rzadkości w okresie Marca ’68, jednak na łamach prasy specjalistycznej pojawiały się okazjonalnie i dowodziły nie tyle potwierdzeniu słuszności linii partii, a bardziej służyły budowaniu pozycji ich redaktorów naczelnych.

Ta rezolucja odbiła się jednak dużym echem w prasie sportowej i turystycznej włączając się w nurt antysemityzmu obecnego wówczas w życiu społecznym i politycznym. Przedrukowały ją w całości lub we fragmentach niemal wszystkie gazety i czasopisma, co dowodzi, że miała duże znaczenie dla ówczesnej władzy, osłabionej wydarzeniami marcowymi i starającej się o odzyskanie traconych wpływów. Był to niebywale mocny akcent w kampanii antysemickiej wywołanej pamiętnym wystąpieniem Gomułki w Sali Kongresowej w dniu 19 marca tegoż roku.[38] I Sekretarz KC PZPR wystąpił z niespotykanym atakiem na obywateli polskich pochodzenia żydowskiego a zarazem na wybranych przedstawicieli inteligencji w osobach Pawła Jasienicy i Antoniego Słonimskiego.[39]

Oczywiście sprawa nie miała dalszego ciągu, nie publikowano żadnych materiałów 7a. P1410726polemicznych czy dyskusji. Jednorazowa publikacja tekstu rezolucji wypełniała swoje zadania potwierdzenia pryncypialności szefostwa redakcji oraz zaakcentowania swojej ideologicznej postawy.

Podobna sytuacja zaistniała w listopadzie tego samego roku, kiedy to w „Żaglach” opublikowano tekst poświęcony konsekwencjom V Zjazdu PZPR.[40] Autor szeroko omawia tezy na zjazd partii w kontekście wypoczynku ludzi pracy, przekonuje do zapisów zawartych w partyjnych dokumentach i interpretuje na swój sposób materiały zjazdowe. W konkluzji stwierdza: „Toteż jesteśmy przekonani, że V Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wytyczając kierunek rozwoju naszego kraju na przyszłość dla każdego z nas będzie tym czynnikiem, którego decyzje będą zgodne z naszymi własnymi pragnieniami, zarówno w pracy zawodowej, jak i społecznej, na terenie żeglarstwa.”[41]

Błaszczyk potwierdza tym tekstem swoje zaangażowanie ideologiczne posuwając się nie po raz pierwszy do indoktrynacji czytelników, a zarazem bardzo zdecydowanie krytykuje działaczy PZŻ za bezczynność w rozwoju turystyki żeglarskiej. Bezkompromisowo obnaża słabość struktur żeglarskich i PTTK-owskich, które nie służą realnym działaniom społecznym, ale czyni to w materiale poświęconym zjazdowi partii, co –jak się wydaje- ma powodować wrażenie u czytelników doniosłości tez redaktora naczelnego i ich uniwersalności, choć drukowane były w magazynie o nakładzie ledwo przekraczającym 9 tysięcy egzemplarzy.

Sytuacja powtórzyła się w następnym roku, kiedy w Polsce uroczyście obchodzono 25-lecie PRL. Redakcja zamieściła fotoreportaż ilustrujący Defiladę 25-lecia, na której wystąpili także żeglarze na jachtach transportowanych ciężarówkami. „Młodzież znakomicie prezentowała się tysiącom widzów na ulicach stolicy oraz milionom telewidzów. Demonstracja tężyzny fizycznej, hartu i piękna młodzieży wypadła imponująco.[42]

W powakacyjnych numerach opublikowano natomiast ankietę, która w zamyśle miała podpowiedzieć redakcji jakie tematy ważne są z punktu widzenia czytelników. Pytano w niej o działy i tematykę pisma, o stopień wykorzystania tytułu w pracy klubowej, o pozytywne i negatywne strony magazynu.[43] Wyniki ankiety nie zostały jednak upublicznione.

 

Nakład pisma

W początkowym okresie tytuł ukazywał się w niewielkim nakładzie, zaledwie 1.400 egzemplarzy, z czego połowa była rozsyłana do okręgów i klubów. Z czasem pismo zwiększało zasięg, aby po 10 latach, w 1968 roku, uzyskać 9.500 egzemplarzy. W późniejszym okresie dane na temat nakładu i sprzedaży nie były ujawniane, ale począwszy od 1999 roku można było je znaleźć w materiałach ogólnodostępnych na stronach ZKDP (Związek Kontroli i Dystrybucji Prasy).

Dok1-page-001

 

 

Nakład „Żagli” w latach 1959-69 (źródło: Leszek Błaszczyk, „O „Żaglach” mówią ich redaktorzy”, Żagle” nr 1/1969, str. 4-5)

____________________________________________

[1] Włodzimierz Głowacki, „Zanim doszło do „Żagli”, „Żagle”, nr 1/1984, str. 6-7

[2] Włodzimierz Głowacki, „Zanim doszło do „Żagli”, „Żagle”, nr 1/1984, str. 6-7

[3] Włodzimierz Głowacki, „O ”Żaglach” mówią ich redaktorzy”, „Żagle” nr 1/1969, str. 4-5

 [4] tamże

[5] (ba) „Żagle nr 1/1959, str. 3

[6] (ba) Sytuacja „Żagli”, „Żagle” nr 3/1959, str. 2

[7] „Żagle” nr 3/1959, str. 19-20

[8] Włodzimierz Głowacki, „O ”Żaglach” mówią ich redaktorzy”, „Żagle” nr 1/1969, str. 4-5

[9] Magdalena Jankowska, „O „Żaglach” mówią ich redaktorzy”, „Żagle” nr 1/1969, str. 4-5

[10] Redakcja „Bez Was „Żagle” nie popłyną, „Żagle”, nr 1/1961, str. 6

[11] tamże

[12] konkurs „Będę korespondentem”, „Żagle” nr 12/1961, str. 2

[13] Leszek Błaszczyk „O ”Żaglach” mówią ich redaktorzy”, „Żagle” nr 1/1969, str. 4-5

[14] tamże

[15] Leszek Błaszczyk, „”Nowy” w klubie”, „Żagle” nr 1/1963. Str. 3

[16] Tadeusz Olchowy, „Społeczno-wychowawcze wartości żeglarstwa”, „Żagle” nr 10/1963, str. 1-3 i 14

[17] „To już 5 lat”, „Żagle” nr 12/1963, str. 1

[18] (ba) „Jakie mają być „Żagle?”, „Żagle” nr 1/1964, str. 5

[19] tamże

[20] tamże

[21] (ba) „Zjazd  redaktorów „Żagli”, „Żagle” nr 11-12/1964, str. 27-28

[22] „ Żagle” nr 1/1964, str. 2

[23] „Jak będziemy obchodzić 20-lecie Polski Ludowej i 40-ecie PZŻ”, „Żagle”, nr 3/1964, str. 7

[24]  Stopka redakcyjna, „Żagle” nr 6/1964, str. 3

[25] Kolegium „Żagli”, Komunikat, „Żagle” nr 1-2/1965, str. 2

[26] (ba), „Uwaga czytelnicy i prenumeratorzy”, „Żagle” nr 1-2/1965, str. 2

[27] (ba), „Do kolegów konstruktorów”, „Żagle” nr 5/1965, str. 2

[28] Leonid Teliga, „O rodzinie sekstansu słów kilkoro”, „Żagle” nr 12/1965, str. 9

[29] „Pod harcerską banderą”, „żagle” nr 1/1968, str. 11

[30] tamże

[31] (ba), „Do czytelników „Żagli”, „Żagle” nr 11-12/1966

[32] (ba), „Uwagi dla przyszłych korespondentów”, „Żagle” nr 10-11/1967, str. 14

[33] „Na wodach Polski”, „Żagle” nr 10-11/1967, str. 30

[34] Magdalena Jankowska, „Setka już za nami”, „Żagle” nr 6/1967, str. 3

[35] (ba) „Pełne poparcie linii politycznej Partii deklarują Dziennikarze sportowi i turystyczni”, „Żagle” nr 5/1968, str. 3

[36] tamże

[37] tamże

[38] 19 marca 1968 r. w Sali Kongresowej doszło do osławionego ogólnopolskiego zebrania aktywu partyjnego PZPR. To tu padały haniebne słowa Władysława Gomułki o syjonizmie, stąd atakował inscenizację „Dziadów”, Pawła Jasienicę, Antoniego Słonimskiego i Stefana Kisielewskiego. Przemówienia Gomułki oznaczało bankructwo zaufania, jakiego udzielili mu Polacy 12 lat wcześniej

[39] TOWARZYSZE! W wydarzeniach, jakie miały miejsce, aktywny udział wzięła część młodzieży akademickiej pochodzenia lub narodowości żydowskiej. Rodziny wielu z tych studentów zajmują mniej lub bardziej odpowiedzialne, a także wysokie stanowiska w naszym państwie. Ta przede wszystkim okoliczność spowodowała, iż na fali tych wydarzeń wypłynęło, opacznie nieraz pojmowane hasło walki z syjonizmem. Czy w Polsce są żydowscy nacjonaliści, wyznawcy ideologii syjonistycznej? Na pewno tak. Byłoby jednak nieporozumieniem, gdyby ktoś chciał dopatrywać się w syjonizmie niebezpieczeństwa dla socjalizmu w Polsce, dla jej ustroju społeczno-politycznego […]. Nie oznacza to jednak, że w Polsce nie ma w ogóle problemu, który nazwałbym samookreśleniem się części Żydów — obywateli naszego państwa. O co mi chodzi, przedstawię na przykładach. Chodzi tu o protesty studenckie w marcu 1968 r.  W roku ubiegłym podczas czerwcowej agresji Izraela przeciw państwom arabskim określona liczba Żydów w różnych formach objawiała chęć wyjazdu do Izraela celem wzięcia udziału w wojnie z Arabami. Nie ulega wątpliwości, że ta kategoria Żydów obywateli polskich uczuciowo i rozumowo nie jest związana z Polską, lecz z państwem Izrael. Są to na pewno nacjonaliści żydowscy. Czy można mieć do nich za to pretensje? Tylko takie, jakie żywią komuniści do wszystkich nacjonalistów, bez względu na ich narodowość. Przypuszczam, że ta kategoria Żydów wcześniej lub później opuści nasz kraj. W swoim czasie otworzyliśmy szeroko nasze granice dla wszystkich, którzy nie chcieli być obywatelami naszego państwa i postanowili udać się do Izraela. Również i dziś tym, którzy uważają Izrael za swoją ojczyznę, gotowi jesteśmy wydać emigracyjne paszporty […]. Nie ulega wątpliwości, że i obecnie znajduje się w naszym kraju określona liczba ludzi, obywateli naszego państwa, którzy nie czują się ani Polakami, ani Żydami. Nie można mieć do nich o to pretensji. Nikt nikomu nie jest w stanie narzucić poczucia narodowości, jeśli go nie posiada. Z racji swych kosmopolitycznych uczuć ludzie tacy powinni jednak unikać dziedzin pracy, w których afirmacja narodowa staje się rzeczą niezbędną. Jest wreszcie trzecia, najliczniejsza grupa naszych obywateli pochodzenia żydowskiego, którzy wszystkimi korzeniami wrośli w ziemię, na której się urodzili i dla których Polska jest jedyną ojczyzną. Wielu z nich zajmuje odpowiedzialne stanowiska państwowe i partyjne, pracując na kierowniczych stanowiskach, w różnych dziedzinach naszego życia. Wielu z nich swą pracą i walką rzetelnie zasłużyło się Polsce Ludowej, sprawie budowy socjalizmu w naszym kraju. Partia ceni ich za to wysoko. Niezależnie jednak od tego, jakie uczucia nurtują obywateli naszego kraju pochodzenia żydowskiego, partia nasza przeciwstawia się z całą stanowczością wszelkim zjawiskom, które noszą cechy antysemityzmu. Syjonizm zwalczamy, jako program polityczny, jako nacjonalizm żydowski — i to jest słuszne. Nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem. Antysemityzm ma miejsce wówczas, jeśli ktoś występuje przeciwko Żydom dlatego, że są Żydami. Syjonizm i antysemityzm — to dwie strony tego samego nacjonalistycznego medalu […].  Warszawa, 19 marca  Przemówienie tow. Wł. Gomułki do aktywu partyjnego, „Trybuna Ludu”, nr 79, Warszawa 1968,

[40] Leszek Błaszczyk, „V ZJAZD PARTII CAŁEGO NARODU”, „Żagle” nr 11/1968, str. 3

[41] tamże

[42] (ba), „Żeglarze w Defiladzie 25-lecia”, „Żagle” nr 9/1969, str. 2

[43] „Jubileuszowa ankieta pod hasłem „Weź udział w ocenie „Żagli”, „Żagle” nr 9/1968,   str. 10

Marek Słodownik

Zamieszczone scany okładek czasopism żeglarskich pochodzą z prywatnego archiwum Autora artykułu.

_______________________________________________________________________________________________________

Marek Słodownikdziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Marek Słodownik: Zanim ukazały się „Żagle”…

 Zanim ukazały się „Żagle” – w styczniu 1959 roku – na polskim rynku prasowym okresu powojennego funkcjonowało już z powodzeniem kilka tytułów prasy żeglarskiej; pierwsze, ukazało się już w 1945 roku. Interesujące w szacie graficznej, przyciągały czytelników zachęcając do aktywności na wodzie, do pracy na morzu, pokazując inny, nieznany, ale pociągający, czasami egzotyczny świat żagli i morza.

Jeszcze wcześniej, wkrótce po odzyskaniu niepodległości, sto lat temu, w maju 1919 roku ukazało się pierwsze czasopismo o problematyce morskiej „Bandera Polska”.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

                              Marek Słodownik

  Żeglarstwo i sprawy morskie w mediach do roku 1959.

Zanim w 1959 roku na scenę mediów w Polsce wkroczył magazyn „Żagle” w sprawach czasopiśmiennictwa poświęconego nie tylko sprawom wodnym w ogóle, ale także żeglarstwa, działo się wiele.

Prasa poświęcona morzu po wojnie ukazuje się już od 1945 roku. Już w listopadzie wydano pierwszy numer miesięcznika „Młodzież Morska” z podtytułem „Miesięcznik Młodzieżowy Ligi Morskiej”.

M_Strona_06  2a. M_Strona_04  3a. M_Strona_05 4a. M_Strona_02  5a. M_Strona_03  6a. M_Strona_01

W numerze marcowym z następnego roku w stopce pojawiło się nazwisko Wacława Słobczyńskiego, którego następnie zamienił Walery Przyborowski. Od numeru lipcowego osobę redaktora zamienia kolegium redakcyjne. W połowie roku 1948 pismo zostaje połączone z miesięcznikiem „Żeglarz”[1], które wszelako nie miało nic wspólnego z zasłużonym przedwojennym tytułem.

1a. MORZE_Strona_05  2a. MORZE_Strona_04  3a. MORZE_Strona_03

Było to pismo wydawane przez Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, miało charakter szkoleniowo-instruktażowy i koncentrowało się na popularyzacji zawodów związanych z morzem i gospodarką morską.

Z połączenia tych dwóch tytułów powstał w 1949 roku magazyn „Młody Żeglarz” ukazujący się w nakładzie od ośmiu do dziesięciu tysięcy egzemplarzy.

1a. M_Strona_11  2a. M_Strona_12  3a. M_Strona_13 4a.M_Strona_14  5a. M_Strona_09  6a.M_Strona_10 7a. M_Strona_07  8a. MORZE_Strona_04

Wydawcą została organizacja Służba Polsce przy aktywnym współdziałaniu wspomnianego już Państwowego Centrum Wychowania Morskiego oraz Ligi Morskiej i Marynarki Wojennej.[2] Już rok później samodzielnym wydawcą zostaje Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, a od roku 1951 zmienia podtytuł na „Młodzieżowe pismo popularyzacyjno-szkoleniowe Ligi Morskiej” i wkrótce także dokonuje się zmiana szaty graficznej. Na łamach odnowionego tytułu coraz mniej miejsca poświęca się sprawom żeglarstwa, pismo zyskuje charakter periodyku agitacyjnego wobec nowej władzy, co nie zyskuje aprobaty czytelników i w efekcie w listopadzie tegoż roku ukazał się jego ostatni numer.

Nieco wcześniej, bo już w październiku 1945 roku, reaktywowano czasopismo „Morze”, ale zmieniła się zupełnie jego formuła w stosunku do okresu międzywojennego.

1. MORZE_Strona_01  2. MORZE_Strona_12  3. MORZE 2_Strona_5

4. MORZE 2_Strona_7  5. MORZE_Strona_03  6. MORZE_Strona_05

7. MORZE_Strona_06

Wkrótce połączono go z innym tytułem, „Marynarz Polski” by w kilka lat później powrócić do swego pierwotnego tytułu.

1a. RE_Strona_8  2a. RE_Strona_9  3a. P1410699

4a. RE_Strona_6  5a. RE_Strona_7  6a. MORZE 2_Strona_3Pismem kierowali kolejno: Franciszek Walicki (w późniejszym czasie dziennikarz muzyczny, ojciec polskiego big-beatu i rocka – przyp. red.), Bronisław Miazgowski, Alicja Azembska i Józef Wójcicki.[3] Ważną postacią związaną z „Morzem” był Jerzy Miciński, który pracował w redakcji od 1946 roku, a od roku 1967  kierował pismem jako redaktor naczelny. Na emeryturę przeszedł w roku 1987. Zmarł w marcu 1996 roku. Drogę do pracy dziennikarskiej i swoje związki z pismem podsumował krótko w numerze sześćsetnym, z listopada 1980 roku: „Od „Morza” zaczęła się moja cała morska kariera. (…) Najpierw było czytanie, później kurs korespondencyjny prowadzony przez redakcję, wreszcie-w 1952 roku- kurs żeglarski. W tym czasie, zgodnie z radą „Morza” miałem już złożone podanie do Szkoły Morskiej”[4]

Współpracownikami pisma byli min: Karol Olgierd Borchardt, Wincenty Milenuszkin, Czesław Adamowicz, Wiesław Gawłowicz, Krzysztof Baranowski, Waldemar Łysiak. Od roku 1957 zaczęły ukazywać się regularne materiały poświęcone żeglarstwu, pisywał je Stanisław Wilga, a za tym pseudonimem krył się Włodzimierz Głowacki. O wielkich imprezach żeglarskich pisał również komandor Julian Czerwiński oraz Bolesław Kowalski. Wielokrotnie publikowano również relacje w ważnych wypraw żeglarskich, których w latach siedemdziesiątych było coraz więcej.

W czerwcu 1955 roku na rynku prasowym dość nieoczekiwanie pojawił się nowy tytuł. „Wodami Polski” wydawało Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, a redakcja mieściła się w Warszawie, przy ulicy Senatorskiej 11.

1a. 5kolor  3a. kolor  4a. kolorRedaktorem naczelnym był Marian Sobański, a nad pismem sprawował pieczę Komitet Redakcyjny, na którego czele stał Lesław Dobrucki. Pismo od początku napotkało niemałe trudności wydawnicze wynikające w dużej mierze z sytuacji politycznej i gospodarczej kraju. Pierwsze cztery numery wydano jeszcze przed przemianami politycznymi Października 1956 roku, co w istotny sposób rzutowało na politykę personalną oraz na linię redakcyjną. Tematy polityczne sporadycznie gościły na łamach tytułu, jednak bez wątpienia miały istotny wpływ na kształt nowego czasopisma. Redaktor naczelny po przemianach październikowych pisał na ten temat: Od VIII Plenum upłynęło już trochę czasu. Cała Polska żyje zagadnieniem naprawiania i przestawiania na nowe tory panujących dotychczas stosunków. Również w PTTK przedsięwzięto w tej sprawie pierwsze kroki. Uchwałą Plenum ZG PTTK przekazuje się program z zakresu turystyki kwalifikowanej do wykonania komisjom społecznym wraz ze środkami finansowymi.[5] Kiedy w 1958 roku obchodzono uroczyście Tydzień Ziem Zachodnich, redakcja stanęła w pierwszym szeregu frontu ideologicznego informując o zwartych szeregach i mobilizacji całego środowiska żeglarzy turystycznych: Cały kraj obchodzi w dniach 5 – 14 maja br Tydzień Ziem Zachodnich. Społeczeństwo polskie w ciągu tego tygodnia manifestuje wszelkimi formami silną więź tych ziem z resztą kraju. I żeglarze-turyści obchodzą również Tydzień Ziem zachodnich. Dziwny jednak jest ten tydzień, ma on bowiem 365 dni. Tak jest, gdyż cały okrągły rok trwa praca Klubów i Sekcji Turystyki Żeglarskiej Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego nad utrwaleniem związku ziem zachodnich z Macierzą.[6] Tak pryncypialne materiały były jednak rzadkością na łamach pisma turystycznego, a przez czytelników były przyjmowane jako naturalna danina na rzecz dysponenta politycznego decydującego o dalszym istnieniu tytułu ważnego dla środowiska.

Pismo zawierało zmienną liczbę stron, ukazywało się również bardzo nieregularnie, a przerwy w publikacji kolejnych wydań sięgały nawet kilku miesięcy. Zmienny był również nakład czasopisma, co pokazuje na jakie problemy napotykał zespół redakcyjny w codziennej pracy. Mimo to nie poddawano się i kontynuowano misję wydawania pierwszego czasopisma o profilu turystycznym adresowanym do środowiska wodniackiego.

  „Wodami Polski” to skromny tytuł, wydawany w technice czarno-białej na słabej jakości papierze, zawierał niewiele zdjęć, ale poza nimi starano się zamieszczać rysunki i tabele podnoszące walor ilustracyjny periodyku. Redakcja nie trzymała się ściśle przyjętych na wstępie rozwiązań graficznych, dokonywała zmian na okładkach, modyfikowano logotyp pisma, zmieniano także układ graficzny wewnątrz kolejnych numerów. Problemem były zapasy redakcyjne, chociaż w tych latach turystyka wodniacka istniała, to jednak bariery formalne były wciąż bardzo silne, niewielu turystów dokumentowało swoje wyprawy zdjęciami, a ponadto wyprawy te ograniczały się do terenów Polski, co notabene wpisywało się w zakres tematyczny nowego pisma.

W słowie wstępnym redakcja zwracała się do czytelników nie kryjąc satysfakcji: „Wodami Polski” (…) pierwsze drukowane we własnym organie wodniackie słowo. Długie i mozolne starania działaczy turystyki wodnej o swoje pismo znalazły wreszcie rozwiązanie.[7]

W kolejnych miesiącach wokół pisma skupiła się grupa wielu bardzo aktywnych działaczy związanych z różnymi nurtami wodnej turystyki. Tematyka żeglarska od początku znalazła poczesne miejsce na stronach pisma, a do najważniejszych publicystów należeli wspomniany już Marian Sobański, Tadeusz Jabłoński piszący pod pseudonimem Paweł Dzianisz, Marian Mickiewicz, Janusz Drzewiecki, Witold Tobis, jeden z późniejszych filarów miesięcznika „Żagle” czy Lech Jankowski, postaci bardzo popularne w środowisku  żeglarskim.

Zagadnienia żeglarskie poruszane na łamach „Wód Polski” koncentrowały się wokół kilku głównych grup zagadnień. Najważniejszym była prezentacja rodzimych akwenów i konieczność dobrego utrzymania szlaków żeglownych dla turystyki, co postulowano wielokrotnie na łamach pisma.[8] Prezentowano także najbardziej popularne wówczas konstrukcje jachtowe pod kątem wykorzystania ich w rekreacji i radzono jak dostosować je do dłuższych wypadów, a także prezentowano ofertę producentów zagranicznych, oczywiście wyłącznie z krajów bloku socjalistycznego.[9] Radzono jak manewrować łodziami na prądzie rzecznym i jak przygotować jacht do wyprawy.[10] Postulowano również rozwój turystyki morskiej, a także nawiązywano wprost do uchwał gremiów zajmujących się turystyką na szczeblu centralnym.[11] Najbardziej zaangażowany materiał w tej sprawie dotyczył umasowienia żeglarstwa morskiego, na co wówczas nie było jeszcze zgody politycznej. Marian Mickiewicz, znany warszawski kapitan, pisał nawiązując wprost do poetyki Mariusza Zaruskiego: Czas już i u nas skończyć z tą kompromitującą polskie żeglarstwo sytuacją – nie dziesiątki, lecz setki żeglarzy powinny w sezonie pływać po naszym morzu. To zupełnie możliwe, a nawet więcej – to jest konieczne, jeżeli mamy wszechstronnie wykorzystywać dobrodziejstwo posiadania wybrzeża morskiego, jeżeli mamy wszechstronni szkolić i wychowywać naszą młodzież.[12]

Pojawiały się także zagadnienia z dziedziny ekologii, wówczas określanymi jako ochrona wód, ale nie pisano o tych zagadnieniach w sposób zorganizowany choć na uwagę zasługuje fakt, że już wówczas dostrzegano zagrożenie ze strony przemysłu i wskutek złych nawyków właścicieli gospodarstw domowych.[13]

Pismo było pionierem w segmencie periodyków turystycznych i wywarło istotny wpływ na czytelników. Kolejne tytuły nawiązywały do niego czerpiąc doświadczenie zarówno z tematyki, sposobu jej ujęcia jak też angażując autorów periodyku do swoich zespołów redakcyjnych. Dla wielu pozostaje wciąż, mimo wielu słabości i wydaniu zaledwie 14 numerów, wzorem dobrze redagowanego czasopisma.

Przełomem w latach powojennych był rok 1956. Wówczas, na fali październikowej odwilży zmieniły się całkowicie realia polityczne. Dla żeglarstwa oznaczało to przywrócenie możliwości organizowania rejsów morskich, choć do prawdziwej swobody droga była jeszcze bardzo daleka. „Regaty” weszły na rynek prasowy dość nieoczekiwanie na dwa miesiące przed zmianami politycznymi, w sierpniu 1956 roku, a jego debiutem zaskoczone zostało nawet środowisko wodniackie.

1a. RE_Strona_1  2a. RE_Strona_2  3a. RE_Strona_3     Wydawcą była RSW Prasa, Wydawnictwo Prasa Sportowa, Redakcja Miesięczników Fachowych, ale w praktyce był to organ sekcji wioślarstwa, kajakarstwa, żeglarstwa i sportu motorowodnego GKKF.[14] Redaktorem naczelnym była Magdalena Godlewska, pracownica etatowa tej instytucji, a biuro redakcji usytuowano w Warszawie, przy ulicy Kredytowej 1. Pismo wydawane w formacie A4 jako dwubarwne, o nieujawnionym nakładzie i zmiennej objętości, wahającej się od 16 do 28 kolumn. Cenę egzemplarza ustalono na 5 złotych, było to zatem pismo relatywnie drogie. Miało atrakcyjną szatę graficzną, dwułamowy układ ułatwiający czytanie, dużo materiałów ilustracyjnych, zarówno zdjęć jak i rysunków ułatwiających zrozumienie skomplikowanych czasem tekstów. Staranny druk i dobrej klasy papier dopełniały wrażenia pisma profesjonalnie przygotowanego przez kompetentny zespół redakcyjny. Nowy periodyk miał grubą okładkę, która stwarzała wrażenie pisma bardziej obszernego niż było w rzeczywistości, a ponadto także ten element ułatwiał lekturę. Okładka miały stały wzór, wymieniano na niej tylko zdjęcie.

Pismo ukazywało się ale regularnie, ale z niewielkimi opóźnieniami, w roku 1956 wydano 5 numerów, kolejny rok przyniósł tylko jedno wydanie, po czym „Regaty” zniknęły z punktów sprzedaży.

W pierwszym numerze redakcja zwraca się do czytelników: „Regaty” wypływają na szerokie wody. Oczekujecie zapewne poważnego artykułu wstępnego. Nie znajdziecie go. Redakcja postanowiła zerwać z utartymi, powszechnie stosowanymi zwyczajami i w miejsce artykułu wstępnego zwrócić się do wszystkich żeglarzy, wioślarzy, kajakarzy motorowodniaków” – Pamiętajcie- „Regaty” są naszym wspólnym pismem. (…) Chcemy, by „Regaty” stały się przyjacielem wszystkich, którzy ukochali sporty wodne.[15]

Pismo starało się godzić interesy kilku niezależnych grup wodniaków i dzieliło miejsce na łamach według specyficznego klucza. Zbyt eklektyczna zawartość nie zachęcała do lektury czytelników zajmujących się aktywnie wybraną dziedziną wodnej rekreacji. Starano się pisać pobieżnie o wszystkim, co nie zadowalało chyba żadnej ze wspomnianych grup. Ale zdarzały się materiały godzące wszystkie, nierzadko zwaśnione stron, kiedy pisano o planach rozwoju akwenów przeznaczanych do turystyki i rekreacji. Bardzo ciekawy materiał z tego nurtu ukazał się już w pierwszym wydaniu pisma, a dotyczy planowanej budowy stopni wodnych na Wiśle.[16] Żeglarstwo na łamach nowego periodyku znalazło swoje miejsce i jego znaczenie z miesiąca na miesiąc rosło. Podzielone było na kilka niezależnych wątków, których autorami byli specjaliści różnych żeglarskich zagadnień. Technika reprezentowana była przez profesora Czesława Marchaja, największego w Polsce specjalisty od zagadnień teorii żeglowania, który w początku lat 60-tych emigruje do Anglii. Materiały o technice koncentrowały się konstrukcji jachtów i ich utrzymaniu w należytym stanie technicznym. [17]

Redakcji udało się skupić wokół spraw żeglarskich znakomitych autorów. Sprawami wychowawczymi i organizacyjnymi zajmował się na łamach pisma Włodzimierz Głowacki. Na łamach „Regat” opublikował on słynny artykuł, w którym udowadniał wyższość żeglarstwa klubowego nad indywidualnym.[18] O regatach śródlądowych pisywało do „Regat” kilku autorów, najbardziej aktywni byli Andrzej Dąbkowski i Wojciech Roszak, a plonem ich pracy były głównie relacje w etapowych regat Warszawa-Gdańsk, bardzo wówczas popularnych w środowisku.[19] Zagadnieniami sędziowskimi zajmował się Stefan Wysocki, działacz żeglarski i promotor tej dyscypliny, ale publikował on również artykuły na tematy techniczne.

Działania redakcji nie szły w parze z zainteresowaniem czytelników i tytuł niespodziewanie zniknął z rynku prasowego w początku 1957 roku. O okolicznościach zamknięcia redakcji na łamach „Żagli” pisał po latach Włodzimierz Głowacki: „Byłem członkiem kolegium redakcyjnego „Regat”. Gdy pewnego dnia przybyłem do redakcji z materiałem gotowym do następnego numeru, okazało się, że trudziłem się niepotrzebnie, Nie było już redakcji, ani „Regat”, ani kolegium redakcyjnego.[20]

Przyczyn należy poszukiwać w nietrafionej formule wydawniczej, która powodowała, że był to tytuł próbujący integrować środowiska wodniackie, ale czyniący to w sposób trudny do zaakceptowania przez adresatów oferty. Model pisma, w którym każda z dziedzin ma swoje kolumny nie zadowolił żadnego z tych środowisk, ponieważ każde z nich uważało, że zasłużyło na własny tytuł, a kolejne dziedziny wodnej aktywności stoją na przeszkodzie do posiadania pisma na wyłączność.

Redakcja zdawała sobie sprawę, że pismo ma kłopoty, wskazywano na konieczność dokonania zmian, jednak ostatecznie decyzją komisji złożonej z przedstawicieli KC PZPR, Zarządu Głównego RSW „Prasa”, GKKF i Wydawnictwa „Prasa Sportowa” zniknęło nagle z rynku.[21] Nie był to wówczas przypadek odosobniony, z uwagi na trudności w zakupie papieru szukano na szczeblu centralnym oszczędności i dokonywano analizy tytułów prasowych pod kątem ich ekonomicznego potencjału.

„Regaty” nie zawierały w ogóle reklam, co powodowało, że wpływy na jego utrzymanie były niewystarczające, jednak w roku 1956 publikowanie reklam prasowych nie było w ogóle rozpatrywane, nie tylko w kontekście poprawy rentowności tytułów prasowych.

Marek Słodownik

___________________________________________

1.„Żeglarz” był pismem wydawanym przez struktury ZHP w latach 1934-1939 z przerwą w roku 1938. Początkowo ukazywał się jako dodatek do pisma „Na Tropie”, później stał się samodzielnym bytem. Łącznie ukazało się 45 numerów pisma.

[2] „Młody Żeglarz” nr 1/1949, str. 2

[3] Henryk Mąka, „750 numerów Morza”, „Morze” nr 4/1997, str. 2-4

[4]  ba (Jerzy Miciński) „Od Redaktora” „Morze” nr 11/1980, str. 2

[5]  Marian Sobański, „Na nowe tory”, „Wodami Polski, nr 5/1956, str. 1

[6]  (Sigis), Żeglarski tydzień Ziem Zachodnich, Przemysław Bussse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 5/1958, str. 2

[7]   (ba), „Od redakcji”, „Wodami Polski nr 1/1955, str. 3

[8]   Paweł Dzianisz (Tadeusz Jabłoński),  „Wodami ukochanego kraju”, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 6, Marian Sobański, „Wisła”, Wodami Polski” nr 1/1955, str. 1/1955, str. 7, Lech Jankowski, „Budowa stopni piętrzących na Wiśle a turystyka wodna”, „ Wodami Polski” nr 4/1956, str. 7-8, Wiesław Nasiłowski, „Moje doświadczenia z rejsów mazurskich”, „Wodami Polski” nr  2/1958, str. 5-6, Przemysław Busse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 3-4/1958, str. 3

[9]   Zbigniew Kościński, „Finn, Słonka, Hetka, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 1/1955, str. 6, Józef Wierzbicki, „Amatorska budowa łodzi żaglowych, Wodami Polski” nr 2/1955, str.2/1955, str. 7-8, Zbigniew Kościński, „T-10, nowa turystyczna łódź żeglarska, „Wodami Polski” nr 5/1956, str. 14-15, Witold Tobis, „Sprzęt żeglarski z NRD”, „Wodami Polski” nr 10/1957, str. 9, Witold Tobis, „Katamaran”, „Wodami Polski” nr 10/1957, str. 10, (ba), „Łodzie żaglowe dla młodzieży” Przemysław Bussse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 5/1958, str. 11-12

[10]   (Jaskar), „O załodze słów kilka”, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 15-16,  Stanisław Bogdanowicz, Andrzej Iżycki, „Manewrowanie łodzią żaglową na prądzie rzecznym”, „Wodami Polski” nr 6/1957, str, 5-7, kontynuacja w numerach: nr 8/1957, str. 5-7

[11]   Marian Mickiewicz, „O turystyczne żeglarstwo morskie, „Wodami Polski” nr 4/1956, str. 4, Antoni Łukasiewicz, „Rejs do Helsinek”, „Wodami Polski” nr 5/1956, str. 10, Marian Mickiewicz, „Pod Skagen, Mariusz Zaruski i Zew Morza do Narviku”, „Wodami Polski” nr 2/1958, str. 5-6

[12]   Marian Mickiewicz, „O turystyczne żeglarstwo morskie”, „Wodami Polski” nr 4/1956, str. 4

[13]   Edward Muszalski, „Zanieczyszczenia rzek, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 25-26

[14]  W latach 1951-56 związki sportowe zostały zlikwidowane, a w ich miejsce wprowadzono, na wzór radziecki, sekcje poszczególnych dyscyplin skupione wokół Głównego Komitetu Kultury Fizycznej pełniącego de facto rolę ministerstwa sportu. Przewodniczącym Sekcji Żeglarskiej GKKF w tych latach był Jerzy Putrament.

[15]  (ba), bez tytułu, „Regaty” nr 1/1956, str. 1

[16]  (ba), „Warszawski węzeł wodny”, „Regaty”,  nr 1/1956, str. 24-25

[17]  Czesław Marchaj, „Formuły pomiaru wartości regatowej jachtu”, „Regaty”,  nr 1/1956, str. 9-11, kontynuacja w numerach: 2/1956, str. 8-9, nr 3/1956, str. 15-17,  Czesław Marchaj, „Zagadnienia rozkołysu klasy Finn”, „Regaty”,  nr3/1956, str. 6-8, Stefan Wysocki, „Maszt jest ważny”, „Regaty”,  nr 4/1956, str. 10-11

[18]  Włodzimierz Głowacki, „Polski Związek Żeglarski”, „Regaty”,  nr 5/1956, str. 4-5

[19]  Andrzej Dąbkowski, „Po raz pierwszy Warszawa – Gdańsk”, „Regaty”,  nr 2/1956, str. 2-3,  Wojciech Roszak, „O regatach Warszawa – Gdańsk”, „Regaty”,  nr 4/1956, str. 12

[20]  Włodzimierz Głowacki „O „Żaglach” mówią ich redaktorzy” „Żagle” nr 1/1969, str. 4-5

[21]  Włodzimierz Głowacki, „Zanim doszło do „Żagli”, „Żagle”, nr 1/1984, str. 6-7

Zamieszczone scany okładek czasopism żeglarskich pochodzą z prywatnego archiwum Autora artykułu.

________________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w                         University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o  żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek  Rady  Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

 

 

 

Mariola Landowska: Farol znaczy latarnia.

Mariola Landowska 2003Szesnastowieczny Forte de Santo António da Barra w portugalskim Cascais nad brzegiem oceanu na zdjęciach Marioli Landowskiej.

Fort jest pięknie położony. Kolor ochry fortu kontrastuje z turkusem wody, ze skałami w dole pośród których wyrastają duże, ciemnozielone agawy. Ponieważ inżynier – projektant fortu był Włochem, mam wrażenie, że zakamarki fortu, prawie romantyczne, zostały celowo tak zaprojektowane, by prócz funkcji obronnych czuć było pewną atmosferę miejsca; choćby pomieszczenia z balkonami wychodzącymi na Ocean.

Jest w forcie wiele pięknych starych kafli (azulejos), ułożonych, pozostałych? w różnych, czasami odległych od siebie miejscach; zapewne są to pozostałości posadzek, ścian ocalałe z trzęsienia ziemi i bitew. Atmosfera pustki panuje wokół .. bo nie ma mebli, jest tylko jedna szafa typu biblioteka, ale pusta.

2. Forte de Santo António da Barra    3. Forte de Santo António da Barra

IMG_1125    IMG_1134

A po drugiej stronie Atlantyku, w brazylijskim stanie Bahia w mieście Salvador strzegąc wejścia na Bahia de Todos os Santos Portugalczycy zbudowali w XVI wieku Forte de Santo Antônio da Barra. W połowie XIX w. na jego szczycie dobudowano latarnię morską (Farol da Barra). (…)ten farol czyli latarnia da Barra albo inaczej – św. Antoniego, w Salvadorze – to druga, najstarsza latarnia morska po latarni w Recife, która to latarnia była starym pałacem Fryburga, czyli Farol da Barra, w Salvador. Sam Forte de Santo Antonio da Barra to jedna z najstarszych (XVI w.) budowli europejskich na kontynencie południowoamerykańskim.

Farol da Barra i fort to jedno z emblematycznych miejsc w Salvadorze dzięki swojemu położeniu – prawie w centrum miasta, na atlantyckim brzegu. Wzgórze posiane  zieloną trawą wypełnia się popołudniem tłumami ludzi podziwiających zachód słońca. Wspaniałe miejsce na spotkania dla zakochanych i poszukujących refleksji po całym dniu. W dobrym tonie jest bywać tam. Powietrze rozgrzane po całym dniu ochładza około godziny siedemnastej bryza morska.

Dopełniając dzień patrzymy na słońce, słuchając  rytmów bębnów na których grają i młodzi i starsi, ale zawsze następne pokolenia niewolników przywiezionych z Afryki w czasach kolonialnych.

Dzisiaj Salvador to miasto najbardziej afrykańskie. Mają swoje bóstwa – Orixá, mają swoją muzykę, tańce condomblé. To już kultura, a nie tylko religia.

Ogólnie bardzo dobrze wspominam trzy i pół miesięczny pobyt w Salvadorze, gdzie powstały moje obrazy do cyklu ORIXAS. Wysyłam fotki. Malowałam także życie rybaków na brzegu plaży Boca do Rio, gdzie mieszkałam.

Bahia3,33x33 Bahia5-33x33 Bahia 2, 33x33 Bahia 7,33x33Bahia 33x33

Com os melhores cumprimentos.                        

Mariola Landowska, Lizbona, listopad 2018

________________________________________________________________________________________________________

Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.                                                                                                                                    (zs)

 

ZŻ nr 39e listopad 2018

2 0 1 8   –   R O K    H E R B E R T A

Zb. Herbert, szkic z Holandii, 1976r.   Zbigniew Herbert, szkic z podróży do Holandii, 1976r.                                                                                                        https://www.bn.org.pl/projekty/rok-herberta-2018/szkicowniki#gallery13-2

Zbigniew Herbert ze swoich licznych podróży, oprócz pięknych literacko i mądrych esejów, prozy i wierszy, przywoził szkice rysunkowe, które zamiast fotografii, turystycznych widokówek pozwalały mu zatrzymać w ołówkowej kresce zachwyt, zdziwienie, czasami owo nieuchwytne dla obiektywu poruszenie wewnętrznej struny – nad oglądanymi miejscami, ludźmi, sytuacjami.

        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

„ Dnia 28 grudnia 1618 roku wypłynął z portu na wyspie Texel żaglowiec „Nowy Horn”, udając się w długą i niebezpieczną drogę do Indii Wschodnich. Cargo stanowiły beczki z prochem strzelniczym. Kapitan statku Willem Ysbrantz Bontekoe opisał dzieje tej osobliwej nawigacji….”

Tak rozpoczyna Herbert swój tekst, który w polskim wydaniu w wersji książkowej ukazał się w tomie Martwa natura z wędzidłem, w części „Apokryfy”.

Ale wróćmy do żaglowca i jego załogi. Cóż w owej żegludze morskiej – nawigacji – mogło być „osobliwego”?…   Jak pisze dalej Herbert: „Sztormy, cisze morskie, wielodniowe burze, tropikalne ulewy przypominające biblijny potop, choroby gnębiące załogę, utarczki z Hiszpanami” – to wszystko, jak na razie, jest jeszcze „w granicach normy”, aż przychodzi 19 listopada następnego roku w którym to dniu życie marynarzy żaglowca diametralnie się zmienia. „Nagły przechył statku i świeca pada wprost do otwartej beczki z wódką”  (…) następuje „potężna eksplozja, która unicestwia statek”. Garstka ocalałej załogi, bez żywności, bez pitnej wody, pozostaje w łodzi zagubiona w pustce oceanu: „bezlitosne słońce tropików mąci umysły, w których lęgnie się barbarzyński zamiar uśmiercenia chłopca okrętowego, aby nasycić się jego ciałem i krwią”.

Herbert sugestywnie przybliża dalszy bieg zdarzeń jak to marynarz Rudy Joost jedną ręką trzymając za włosy przerażonego i wrzeszczącego chłopca okrętowego, drugą rękę uzbrojoną w nóż podnosi do góry… I w tym momencie, ponieważ jest to apokryf, tekst niepewny co do autorstwa, ale i co do autentyczności, Herbert podaje trzy wersje dalszych wydarzeń, z których trzecia jest dla niego najbardziej prawdopodobna. Otóż kapitan w odruchu człowieczeństwa grożąc „utratą dziennego zarobku i należnej racji żywnościowej” (sic!), ale i szubienicą w Amsterdamie przywołuje wygłodniałych żeglarzy do opamiętania się: „Przywrócił oszalałym z pragnienia i głodu marynarzom poczucie moralnego ładu, stawiając przed nimi jasny obraz cywilizacji, której fundamentem są – jadło, pieniądz i drewniany słup z poprzeczną belką u szczytu.”

(Cytaty z: Zbigniew Herbert, Martwa natura z wędzidłem, „Apokryfy: Kapitan”.)

C Z Y T A J M Y    H E R B E R T A

                                                                                                                                             (zs)                                                                                                                             _____________________________________________________________________________________________________

 (zs):                                                                                 ARTYKUŁY

Jest już koniec września i uświadamiają sobie, że to koniec możliwości żeglugowych w tym sezonie – bariera lodowa zamyka dalszą drogę. Zresztą, sama osada swoją nazwą jakby chciała zatrzymać i przypomnieć, że byli tu więksi od nich i też ulegli arktycznej zimie: Amundsen na swoim statku „Gjöa” zimował tu, w tym miejscu – wówczas jeszcze nie osadzie – przez dwa sezony i nadał mu obecną nazwę…”

________________________________________________________________________________________

Oonah V. Joslin:                                             WIERSZE

„Standing amid a symmetry of sky and sea                                                                                                                                          rippling like the destiny                                                                                                                                                                            of the sail that drove him     …”

_________________________________________________________________________

Marek Słodownik:                                          WSPOMNIENIA

„…już w październiku 1945 roku, reaktywowano czasopismo „Morze”, ale zmieniła się zupełnie jego formuła w stosunku do okresu międzywojennego.(…) Pismem kierowali kolejno: Franciszek Walicki (w późniejszym czasie dziennikarz muzyczny, ojciec polskiego big-beatu i rocka – przyp. red.)…”

Marek Słodownik:                                                   

(…) W pierwszym numerze „Żagli” datowanym na styczeń 1959 roku, założyciele biuletynu charakteryzowali jego formułę. „Z NOWYM ROKIEM 1959 wychodzi dla wszystkich polskich żeglarzy pierwszy biuletyn „Żagle”. (…) Oddając ten numer do Waszych rąk, Czytelnicy, apelujemy – traktujcie „Żagle” jak swoją trybunę! Naszą dewizą „wszystko, co się dzieje pod żaglami, nie jest nam obce.” …        i kilka lat później:     (…) Redakcja nie stroniła, niestety, od polityki i to polityki w wydaniu PZPR-owskim. W numerze lipcowym z 1968 roku zamieszczono tekst rezolucji „aktywu dziennikarzy prasy sportowej i turystycznej” pod symptomatycznym tytułem „Pełne poparcie linii politycznej Partii deklarują dziennikarze sportowi i turystyczni” (…)

_________________________________________________________________________

(zs):                                                                                     RECENZJE

„…na wyspie Prospera „rozgrywa się historia świata – walka o władzę, mord, bunt i przemoc”; nawet Kaliban i duszek Ariel nie są od tego wolni. W tej walce, starciu sił nie można być biernym, nie można czekać na cudowne ocalenie, na jakieś czary-mary…”

_________________________________________________________________________

   F O T O

IMG-20180706-WA0016  IMG-20180706-WA0017          Brazylia, Fortaleza – Ocean. Fot. M. Landowska

________________________________________________________________________

 W I D O K Ó W K A

A. M. Prokofieff, Am Flusse. - A la riviere. - On the river.

A. M. Prokofieff, Am Flusse. – A la riviere. – On the river.

Anna Kaniecka-Mazurek: recenzja

KB1Kazimierz Robak, Żeglarskie kto jest kim: Krzysztof Baranowski, Warszawa, Wydawnictwo Megas, 2018, ss. 199.

Książka Kazimierza Robaka pt.: Żeglarskie kto jest kim… przedstawia dokonania i sylwetkę słynnego polskiego żeglarza, Krzysztofa Baranowskiego. Tytuł sugeruje, że autor planuje serię wydawniczą. Czy tak jest? Nie wiem, okaże się.

Książka Kazimierza Robaka jest bogato ilustrowana zawiera wiele map. Poprowadzona jest w formie kalendarium życia bohatera, począwszy od przybliżenia losów rodziny kapitana Baranowskiego (jego ojciec był pasjonatem szybownictwa, swoją żonę, matkę Krzysztofa, poznał w Aeroklubie Lwowskim). Początek dalekomorskiej kariery żeglarskiej Krzysztofa Baranowskiego łączy się z losem naszego przyjaciela Ludomira Mączki. Obaj panowie spotkali się na s/y Śmiałym w rejsie wokół Ameryki Południowej. Baranowski był w tym rejsie kukiem. Śledząc losy Krzysztofa Baranowskiego na kartach książki Kazimierza Robaka jeszcze kilka razy poczułam mocniejsze zabicie serca: za każdym razem kiedy pojawiał się nasz wielki klubowy kolega, kapitan Wojciech Jacobson i kiedy zobaczyłam zgrabną sylwetkę s/y Gandalfa, który to wcześniej pod nazwą Zenit służył kapitanowi Baranowskiemu. PorKB2uszył mnie widok tej zgrabnej Vegi, świadomie pozbawionej przez armatora nadbudówki, bo to na niej odbyłam jeden z pierwszych swoich morskich rejsów, pod wodzą kapitana Grzegorza Górkiewicza. Tak się plotą losy jachtów i żeglarzy. Dobrze, że są żeglarze o kronikarskich zapędach i umiejętnościach, bo można prześledzić krok po kroku historię kilku słynnych jachtów i paru ważnych żeglarskich przedsięwzięć, jak choćby Szkoła pod Żaglami, budowa s/y Pogorii, czy s/y Fryderyka Chopina.

Książka Kazimierza Robaka stanowi cenne źródło informacji o polskim żeglarstwie. Polecam i zachęcam do zapoznania się z tą ciekawą historią.

Anna Kaniecka-Mazurek

________________________________________________________________________________________________________Anna Kaniecka-Mazurek absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Ostatnio wydała książkę Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić. Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.