Archiwum autora: Zenon Szostak

Ludomir Mączka: Listy z Afryki

Niespodziewanie odnalazły się kolejne listy Ludomira Mączki. Z dalekiej Florydy, od Kazimierza Robaka do redakcji Zeszytów Żeglarskich dotarło trzynaście scanów listów (trzy listy) wysłanych przez Ludomira Mączkę do bliskiego kolegi (i do jego żony, a czasami również i do córki), jeszcze z czasów żeglarskich poprzedniej dekady w szczecińskim, akademickim klubie żeglarskim. Z głębi afrykańskiego lądu, z Zambii, znad Mkushi River, gdzie Mączka prowadził prace geologiczne w ramach zawodowego kontraktu z firmy Polservice (praca w rządowej służbie geologicznej – Geological Survey Department of Zambia), listy dotarły do nadawcy – do dr inż. Bogdana Fijałkowskiego w Krakowie. Ponieważ niejednokrotnie w końcówce listów Mączka robił uwagę o przekazaniu ich do innych przyjaciół, znajomych, więc listy zazwyczaj krążyły w kręgu osób związanych ze znanym i już wówczas obrosłym legendą żeglarzem-geologiem. Kilka listów ostatecznie trafiło do Ludkowego kolegi – jeszcze z czasów szczecińskiego żeglarstwa – teraz mieszkającego w Kołobrzegu, do Izydora Węcławowicza, a stamtąd, w postaci scanów, na Florydę do znanego w światku żeglarskim, również w kręgu „Pogoriowym”, Kazimierza Robaka, który bez chwili wahania podzielił się z nami niecodzienną przesyłką. (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

MKUSHI River, 7 II 69

Kochane Fijołki!1

Dziękuję za życzenia świąteczne. Zostały dosłane do Lusaki. Żałuję, że nie udały się hulanki w Krakowie, ale kochany szefunio2 przytrzymał mnie omalże do końca, a w ogóle to robił co mógł aby tak cennego pracownika nie stracić na te kilka lat, co zawsze będę miał we wdzięcznej pamięci. Tutaj teraz mam już taką Afrykę na co dzień. W tej chwili siedzę względnie leżę w namiocie – ????, na łóżku polowym, przed namiotem stoi Landrover i pada deszcz, taki nasz jesienny, tylko że nie o szyby, ale bębni o tzw. tutaj flysheet – chyba u nas „tropik”. Widzicie, jeszcze nie umiem po angielsku, a już sobie język psuję. Czekam tylko kiedy moi Afrykanie zaczną kląć po rusku. Babrzę się tutaj w błocie i mokrej trawie za jakimiś glinami. Wróbel3 – ten kolega, jak może tak mi tutaj prostuje ścieżki, ale bez niego tobym tutaj między Anglikami i Afrykanami marnie zginął. Od 20 I się usamodzielniłem. Wywiózł mnie do tego MKUSHI i zostawił. Z literatury to tutaj mam słownik mały angielski, rozmówki ang.-polskie i ang.-hiszp. i krótką ruską petrografię oraz kilka opracowań z tego terenu. Na drugi raz nakupię sobie takich podłych westernów, które tutaj w sklepach spożywczych można dostać.

Z egzotyki to owszem – tranzystorowe radia, rowery, chałupy z blachy falistej, lepianki z błota, te są chyba jak za Livingstona. Muzyka egzotyczna przez radio. Radiotelefon którym mogę co drugi dzień gadać z Lusaką. Widziałem już gówno słoniowe – tutaj elegancko to się mówi – elephant droppings. Muchy tse-tse, ponoć nawet wachtman ubił mi przed łóżkiem węża, ale w to nie bardzo wierzę, bo nie widziałem, a on go ponoć spalił, zresztą nie każdy jest zaraz jadowity. Ponoć gorsze to te różne drobne france afrykańskie, jakieś bilhorzy (bilharcjoza – przyp. red.), ameby itd, bo ostatecznie krętek blady tak łatwo się nie przenosi, bo nie siedzi w ziemi ani w wodzie. Tutaj, gdzie jestem to właściwie jest cywilizacja. Taki prawdziwy bush to coś jak zapuszczony park, ale ciągnie się jak morze, tutaj trzeba chodzić z kompasem po bushu. Widziałem koło Kafue National Parku, z samochodu, z góry – morze zieleni bez kresu. Temperatura całkiem miła jak słońce jest za chmurami, jak grzeje bezpośrednio to owszem jest ciepło, ale można spokojnie to przeżyć. Zmrok się robi o wpół do siódmej, a o siódmej już ciemno.

Muszę być anemiczny, bo spałbym po 12 godzin na dobę i mam apetyt. Gotuję sam na ogniu. Co dzień kąpiel w gotowanej wodzie, (bo franca czuwa) chyba że deszcz pada. Mam taki ocynkowany cebrzyk do kąpieli, dookoła niego płotek z trawy, dalej klozecik też, przykryty ziemią dołek z dziurką i płotek, aby nikt nie przeszkadzał. W ogóle to mój stan sanitarny jest bardzo wysoki, w porównaniu z Mongolią4. Ale krajobrazowo i przygodowo to Mongolia była niepodważalna, chyba tylko Andy mogą się z nią równać. Łączę pozdrowienia. Za trzy lata liczę na „melodie cygańskie”. Co u Was ciekawego?

Ludomir

____________________________________

1 „Fijołki” – Czesława i Bogdan Fijałkowscy, również ich córka Magda; Bogdan – kolega Ludomira Mączki z czasów żeglarskich w szczecińskim azs, znany żeglarz akademicki, kapitan jachtowy.

2 Wyjeżdżając na kontrakt do Afryki Ludomir Mączka był pracownikiem szczecińskiego oddziału Instytutu Geologicznego (Warszawa), Pracownia Geologii Wybrzeża.

3 Wróbel – Jerzy Wróblicki, geolog, kolega Ludka ze studiów we Wrocławiu; ściągnął Ludka do Zambii, był tam jego szefem; zmarł w Afryce.

4 Mongolia – Ludomir Mączka przebywał w ramach Polskiej Ekspedycjii Geologicznej w Mongolii w latach 1962-1963; pracował w grupie rekonesansowej i potem w grupie hydrologicznej.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ludomir Mączka o afrykańskich zwierzętach w Zambii (fragment wywiadu z Ludomirem Mączką):

Wdziałem lamparta. Jak się siedzi w Landroverze to widać jak tak dwa metry od samochodu stoi czarny kot. Dzikie zwierzęta jak nie są głodne to nie mają pretensji do ludzi. Kiedyś wjechałem w całe stado takich niby szakali, niby hien – huntingdogs. Tak ze trzydzieści sztuk. Obwąchały samochód i przeszły dalej.

Widziałem żyrafy, słonie, nosorożce. Tym trzeba było ustępować. Nosorożec ma krótki wzrok. Kiedyś jechałem i na takiej ścieżce leżał, myślałem, że słoń, a to był nosorożec. Tak pięćdziesiat metrów od nas. Taki nosorożec ma ze dwie tony, jak się podniósł, to tak z pół metra wystawał nad maską Landrovera. …trochę strach… ale po to pojechałem do Afryki…

Ludomir Mączka

________________________________________________________________________________________________________Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Wodna pielgrzymka z Lizbony do Atalaia.

Od wieków w Portugalii, w środowisku żeglarzy, była bardzo popularna, ale i poważana, traktowana z należytym, religijnym szacunkiem i pobożnością ceremonia na wodzie zwana pielgrzymką z Círio de Oeiras do Matki Boskiej w Atalaia (Peregrinacao do Cirio de Oeiras a Senhora da Atalaia).

Figurka Matki Boskiej (Nossa Senhora da Atalaia) na dziobie klasycznej, typowej dla tutejszego szkutnictwa łodzi żaglowej, oczywiście z łacińskim ożaglowaniem, przytym kolorowe chorągiewki rozpięte na takielunku, no i niezwykle barwne wymalowania kadłuba – oto czoło wodnej pielgrzymki prowadzi dużą grupę łodzi żaglowych do Montijo (w rozlewiskach rzeki Tag na jej lewym brzegu, po drugiej stronie Lizbony). Potem żeglarze przenoszą tę figurkę w rytmie rozśpiewanej pielgrzymki, już na lądzie, do sanktuarium maryjnego.

W tym roku odnowiono tę wielowiekową tradycję. Po ponad stuletniej przerwie powrócono do tej niecodziennej, marynistycznej tradycji. Na prezentowanych fotografiach można podziwiać piękne, religijne wydarzenie, niezależnie od własnych przekonań religijnych.

Fotografie: Zelia Silva – w posiadaniu archiwum Towarzystwa “Ancoras”(ANCORAS – Associacao Nautica Classicos de Oeiras). Autoryzacja: Carlos Alpedrinha Pires.

Com os melhores cumprimentos.

Mariola Landowska, maj 2022

F O T O Zelia Silva

www.mariolalandowska-art.com

________________________________________________________________________________________________________Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Jan Lechoń: Na śmierć Conrada

Twój ojciec też miał pogrzeb wspaniały i chmurny,

Szli za nim mrocznym miastem dostojni i prości,

O bruk stukały buty jak greckie koturny,

I wiedli go z niewoli do wiecznej wolności.

…….

Mową twardą i prostą, chropowatą mową,

Mówili doń Polacy i cicho płakali,

Nakryli go ojczyzną, jak czapką wojskową,

A później się rozeszli i bili się dalej!

….

A teraz ciebie wicher zaświatów ogarnia,

I ten tułacz bezsenny, zorany przez blizny,

Twój ojciec tam cię woła językiem Ojczyzny,

Gdzie wszystkim świeci morzom ta sama latarnia.

….

Z tomiku wierszy Jana Lechonia: Lutnia po Bekwarku, Londyn, 1942.

____________________________________________________________________

Jan Lechoń – ur. 1899, Warszawa – zm. 1956, Nowy Jork; poeta, prozaik, współtwórca grupy „Skamander”.

20 lat temu …

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Antoni Jerzy Pisz: aaaaaaaaaaaaaa A R T Y K U Ł Y
Była złota jesień. Pamiętasz „Lolo”? – niegdyś czas wypraw do bezpańskich sadów na Świętą po śliwki i na jabłka do Marysina, czas wieczornych ognisk ze śpiewami przy gitarach i mandolinie „Jaworka” – Krzysia Jaworskiego. A jeśli niosły się po wodzie dzwięki walca Brahmsa, gdzieś w pobliżu był Feluś Wodzyński ze swoją okaryną. Nie skażone Dąbskie z tamtych lat pozostanie zawsze bliskie sercu, tu przecież niezdarnie raczkowaliśmy pod żaglami, tu też rodziły się niewinne żarciki. Nowicjuszowi, szukającemu wody w kabinie, radziło się: wyjdź na pokład, z lewej burty do mycia, do picia – tylko z prawej. Zapach pokostu przypomina jachty, których dawno już nie ma. Sypialiśmy w nich przykryci nagrzanymi w słońcu bawełnianymi żaglami na twardych deskach koi wymoszczonych cienkim kocykiem – nie zamieniłbym ich na łoże królewskie...
_____________________________________________________________________________________________
Ludomir Mączka: ………………………….. L I S T Y: z Afryki
Z egzotyki to owszem – tranzystorowe radia, rowery, chałupy z blachy falistej, lepianki z błota, te są chyba jak za Livingstona. Muzyka egzotyczna przez radio. Radiotelefon którym mogę co drugi dzień gadać z Lusaką. Widziałem już gówno słoniowe – tutaj elegancko to się mówi – elephant droppings…
______________________________________________________________________
Mariola Landowska: ……………………… K O R E S P O N D E N C J E: z Lizbony
Od wieków w Portugalii, w środowisku żeglarzy, była bardzo popularna, ale i poważana, traktowana z należytym, religijnym szacunkiem i pobożnością ceremonia na wodzie zwana pielgrzymką z Círio de Oeiras do Matki Boskiej w Atalaia (Peregrinacao do Cirio de Oeiras a Senhora da Atalaia)…
______________________________________________________________________________
Anna Kaniecka-Mazurek: ………………………….. R E C E N Z J E
Małżeństwo z żeglarką – Ewą de domo Kopczyńską i przyjaźń z Ludkiem – chyba miały bardzo szczególny wpływ na Wojtka. Ewa była dobrym duchem, pozwalała wypływać, ale też przyzywała niczym syrena, więc zawsze wiedział gdzie wracać…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

G A L E R I A

Z emaila Zbigniewa Kosiorowskiego do Zeszytów Żeglarskich, marzec 2022:

Rzecz dotyczy dwóch rocznic: 87-lecia Jurka Tyszki z Węgorzewa i 70-lecia Klubu Morskiego w Węgorzewie, którego Jurek jest komandorem. O Tym pierwszym napisałem w „Przeglądzie Dziennikarskim”; rzuć okiem na: https://przegladdziennikarski.pl Załączam Ci do tego „obrazki” wykonane przez Jerzego z humorem, darowanym Mu przez Stwórcę. 70-lecie klubu Jurek też z żartem potraktował…

Zachęcony, zajrzałem do Przeglądu Dziennikarskiego:

Wokół Uskrzydlonych Marzeń Jerzego Józefa Tyszki

Przez Zbigniew Kosiorowski23 marca 2022

Obecnie ma 87 lat i nie przestaje marzyć. Jego kolejne akwarele i grafiki, szczególnie te z ostatnich miesięcy 2021 roku, które – „izolowany od życia” – spędził w szpitalach, tego właśnie dowodzą. Są wyrazem upartej dążności Jerzego Józefa Tyszki ku metaforycznemu morzu, zrozumieniu istoty żywiołu pełnego treści oraz wypowiedzeniu choć części bogactwa Wielkiej Wody ołówkiem, pędzlem, piórkiem, żartem i okolicznościową anegdotą. Wszak istotą morza jest życie. I w sztormach, i wtedy gdy drzemie. Kiedy niesie klipry pod żaglami w stronę terra incognita i gdy łączy kontynenty oraz ludzi, a także gdy pomaga oddzielić odważnych od szmondaków…

Polecam ciąg dalszy w: https://przegladdziennikarski.pl/wokol-uskrzydlonych-marzen-jerzego-jozefa-tyszki/

https://przegladdziennikarski.pl/wokol-uskrzydlonych-marzen-jerzego-jozefa-tyszki/

Galeria obrazów Jerzego Tyszki

Fregata HMS Warrior
Brygantyna, s/y Głowacki
Szkuner Ward Jackson z pomocniczym silnikiem parowym
Trzymasztowy szkuner gaflowy, Kapitan Borchardt.
Bark trzymasztowy, Lwów.
Kecz, Maria

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F O T O

(fotografia powiązana z korespondencją z Lizbony)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie AM-JKLUZy2oOF7mPBsxy8rzJVWXdYJKe-Rprshj36K7KFwvFSnrDfGVAchK4okKaziT4Mnrst-UlTWUlnPFXAGM89_5h1tw4YL-xOsEavGgOtURwysGQOps2F20c_F83I4uV5pXGaadVT1OP2tP6-2r55K19Zww912-h763-no.jpg

Pod latyńskich żagli cieniem… Sob a sombra das Velas Latinas… Fot. Zelia Silva

(zs): 20 lat temu…

Dwadzieścia lat temu, w maju 2002 roku, ukazał się pierwszy numer Zeszytów Żeglarskich.

Przypominamy zawartość tamtego numeru.

Okładka

* * *

Maria Gerlach: Wyjście z Reykjaviku – noc z 10 na 11 czerwca 1959 roku.

(fragment)

Porobiliśmy już wszelkie naprawy w takielunku, ja wyłatałam wszystkie żagle, wzięliśmy świeżą wodę do baków. Zapasy chleba, zresztą obrzydliwego (w smaku przypominał watę) były uzupełnione. Mieliśmy zamiar wyjść z portu o wysokiej wodzie czyli o 12-tej w nocy.

Cały dzień trwały odwiedziny gości, nasz przyjaciel Johansen przyniósł cały komplet nowych map zatoki Faxafloi i wybrzeży zachodnich oraz południowych Islandii. Odwzajemnilismy sie mu ćwiartką spirytusu co zostało przyjete z zadowoleniem jako, że Johansen juz nieraz wczesniej sprawdzał u nas smak polskiej wódki. Prognoza pogody podana nam przez Johansena była zachęcając, wiatr 2-3 stopni Beauforta z kierunkó NNE ku E, a więc wszystko grało.

O godzinie 12-tej w nocy oddaliśmy cumy i na pełnych żaglach wylawirowaliśmy z basenu rybackiego. Tu i ówdzie z kutrów i ze statków żegnali nas marynarze podniesieniem dłoni lub okrzykiem. Przykro nam było opuszczać to miasto i kraj z uczuciem, że wrócić tu będzie bardzo trudno. Jeszcze raz w odwrotnej kolejności ukazywały nam sie fiordy, wyspy, skały i góry, wszystko pogrążone w ciszy i blasku jasnej nocy polarnej. Po pewnym czasie niebo zachmurzyło się, zaczął padać deszcz, brzegi Islandii znikły nam z oczu i znów zostaliśmy sami. Wiatr, który z początku odpowiadał prognozie zaczął teraz gwałtownie tężeć. Kiedy o 6-tej rano wyszliśmy z Tomkiem na wachtę morze było silnie wzburzone, barometr gwałtownie spadał, jednym słowem zanosiło się na porządny sztorm. Wyszliśmy już z zatoki Faxofloi i należało teraz wziąć kurs SW tak by od południa ominąć 60-cio milowy pas raf i skał ciągnący się na południowy zachód od półwyspu Reykjanes. Jego początek oznacza duża skała o nazwie Eldey. Płynąc do Reykjaviku mieliśmy korzystny wiatr, przeszliśmy więc wąskim przejściem pomiedzy półwyspem Reykjavik a Eldey zyskując przy tym około 100Mm i dopiero w Reykjaviku dowiedzieliśmy się o złej sławie tego przejścia, wielu nie oznakowanych skałach i silnych prądach. Teraz jednak mając bogatszą wiedzę o tym akwenie postanowiliśmy ominąć go od południa. Tymczasem wiatr skrecił na SE i wzmógł się do 8 stopni Beauforta przy wskazaniu barometru 995 milibarów. Zwineliśmy więc żagle pozostawiając tylko apsel i zaczęliśmy sztormować w kierunku W

* * *

Bogumił Pierożek: „Witeziem” dookoła Wielkiej Brytanii.

(fragment)

„Witeź” powrócił właśnie z dużego rejsu do Islandii, a my od razu przystępujemy do organizowania nowego, dookoła Wielkiej Brytanii. Głowimy się jak to zrobić, by zmieścić się w czasie, jaki nam narzucają urlopy, a cała planowana trasa wynosi około 4000 Mm. „Witeź II” nie ma silnika i jest jachtem raczej nie za szybkim. Zakładam, że w najlepszym wypadku i przy korzystnych wiatrach jacht może zrobić średnio 80 Mm na dobę, to znaczy, że rejs może potrwać około dwóch miesięcy. Studiując mapy i locje po długich medytacjach dochodzę do wniosku, że skrócenie całej trasy jest konieczne, a możliwe jedynie przez przecięcie Szkocji. Druga możliwość, to przejście Kanałem Kaledońskim ze słynnym „potworem z Loch Ness”, trasa turystycznie bardzo ciekawą, a to już jest „coś”…

* * *

j.kpt.m. Bogumił Pierożek Gliwice, dnia 14.10.1959 r.

SPRAWOZDANIE

(fragmenty)

I. Skład załogi jachtu: 6 osób, w tym dwie kobiety.

II. Trasa rejsu.

Zamierzona trasa rejsu przewidywała opłynięcie Wysp Brytyjskich począwszy od portu Hull w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara…

III. Warunki meteorologiczne w czasie rejsu.

W czasie rejsu warunki meteorologiczne układały się w zasadzie pomyślnie, chociaż przebieg pogody był zupełnie niezgodny z danymi podawanymi przez lotsje przepływanych akwenów. W czasie trwania rejsu utrzymywała się pogoda wyżowa – najniższe notowane ciśnienie barometryczne wynosiło 1011 mb, najwyższe 1036 mb… Siła wiatru przeciętnie wahała się w granicach od 0-3 Be, jedynie w ciągu 8 dni siła wiatru wynosiła 5-9 Be…

V. Stan techniczny jachtu „Witeź II” był zadowalający, chociaż moim zdaniem jednostka tej wielkości bez silnika pomocniczego nie nadaje sie do żeglugi po akwenach, gdzie są silne prądy pływowe…

X. Ciekawsze spostrzeżenia żeglarskie.

Rejs pod względem nawigacyjnym niezmiernie trudny i ciekawy. Moim zdaniem jachty wyruszające na akweny gdzie są silne prądy pływowe powinny posiadać silnik.

Przy dłuższych rejsach na małych jachtach niewskazany jest udział kobiet w załodze

Bogumił Pierożek

E P I L O G – relacja członka uratowanej załogi.

… Szwedzi zabrali nas do swego mieszkania, poczęstowali kolacją i ułożyli do snu. Dla reklamy swojej firmy zawiadomili prasę. Gdy leżeliśmy już pokotem na materacach, zobaczyliśmy flesze fotoreporterów błyskające w naszym kierunku. Rano przyjechało po nas dwóch pracowników konsulatu polskiego ze Sztokholmu. Widząc, że oprócz modnych wówczas w naszym światku żeglarskim ruskich kufajek, a na nogach gumiaków, nie mamy nic, zawieźli nas do domu towarowego. Tu każdego ubrali w koszule „non iron”, buty, spodnie i wiatrówkę. Następnie zawieźli do taniego hotelu, wyjęli z samochodu pięciokilową puszkę polskiej szynki i litr wyborowej. Zaczęła się „szczera” rodaków rozmowa. Dali nam też po parę koron na życie. Kupowaliśmy wspaniałe szwedzkie mleko i bułki, i tak żyliśmy kilka dni spędzając noc w hotelu, a dzień w konsulacie na spisywaniu rozlicznych sprawozdań z rejsu, awarii, itd. Po kilku dniach zabrał nas do Szczecina polski statek „Nysa”. Tak zakończył się nasz pamiętny rejs. Szkoda tylko pięknego i dzielnego jachtu jakim był „Witeź II”…

Ryszard Jaroszek

* * *

Mariola Grablewska: Korespondencja z Portugalii

(fragment)

W takim kraju jak Portugalia, przyklejonym do zimnego Atlantyku, ludzie też żeglują. Problemem jest znalezienie odpowiedniego miejsca do wybudowania mariny. Fale uderzają dość mocno przez większą część roku. Latem przy ciepłym i silnym wietrze, a zimą z furią i płaczliwą melodią opowiadają swoje historie. Czy człowiekowi chce się mieć jacht w takich warunkach? Jeśli stać go, to ma i spędza czas w takiej marinie jak w Cascais…

* * *

Mariusz Zaruski: U brzegów Lizbony

(fragment)

W miesiąc, pomnę lutym (u nas zima jeszcze)

Za rufą nam została cieśnina Kanału.

Ocean był burzliwy, na przemian szły deszcze,

Więc czas sie wlókł w podróży mozolnie, pomału….

Mariusz Zaruski

* * *

Wincenty Pol: Na wyspie

(fragmenty)

Poniżej Fidychowej zaczyna się Odra dzielić na odnogi. Lewa odnoga zatrzymuje nazwisko Odry, a prawa na przestrzeni aż do miasta Greifenhagen Żurawiem jest zwaną, a w dalszym biegu Wielką Ryglicą i wpada do Damskiego Jeziora, w południowym jego zakończeniu.

Dalej jeszcze płynie Odra wzdłuż zachodnich brzegów tego jeziora i pogrąża się w nim niżej dopiero czterema odnogami, z których trzy pierwsze: Mała Ryglica, Parnica i Duńczyca, ku wschodowi wykręcone, do Damskiego Jeziora wpadają naprzeciwko miasta Dam, a czwarta, raz jeszcze rozdzielona, poniżej z osobna do tego jeziora uchodzi.

Na rozwarciu tych ramion leży tak zwane Szczecińskie Bagno, które jednakowoż nie należy do rodzaju ziem żuławskich.

W okolicy miasta Pelic, przebrnąwszy Jezioro Damskie, zbiera znowu Odra swe wody na chwilę z wodami jeziora pospołu w szerokiej szyi, a następnie, po Wielkiej i Małej Zatoce Szczecińskiej rozlana, styka się ona między Ujściedomem i Wolinem trzema szerokimi strzałami z morzem.

Z tych jest pierwsza Dziwno (Diwenau) zwana, kierunek tej odnogi na miasto Wolin, ujście jej pod Dziwnowem. Środkową strzałę nazywaja Świnią (Swine), a trzecia, której ujście poniżej miasta Wołgorza leży, zwana jest Pianą (Penne).

Na dolnym biegu przerywa tedy Odra na przestrzeni aż do Szczecina groblę Pojezierza Bałtyckiego, która jej dorzecze od morza przedziela.

Na ujściu Odry pokazują na dnie zatok starożytną światynię Retry i ludna a bogatą niegdyś Wenedę Słowian. Brzegi, na których stała Retra i Weneda, obsunęły się w morze i ledwo nadbrzeżne rumowisko wskazuje miejscowa tradycja; a cała Rugia jest jednym wielkim gabinetem starożytności słowiańskich i jedną wielką galerią najokazalszych pomników przeszłości…

* * *

Anna Kaniecka-Mazurek: Recenzja książki

Kazimierz Robak, Żeglarskie kto jest kim: Wojciech Jacobson, Wydawca: Dobry Noe Press, Warszawa 2022, ss. 384.

Książka „Żeglarskie kto jest kim: Wojciech Jacobson”, to monografia obejmująca całe długie życie naszego klubowego kolegi, kapitana Jacobsona. Historia zaczyna się od zdjęć łódki na której pływali przyrodni bracia bohatera, poprzez liczne jachty powojennego AZS-u Szczecin, po prywatny rejs dookoła świata Ludomira Mączki za czasów PRL-u, w którym Wojtek uczestniczył na pierwszym, prawie rocznym etapie – ze Szczecina do Callao – w Peru. I kolejne śmiałe, rozliczne rejsy na wielu jachtach i żaglowcach. Małżeństwo z żeglarką – Ewą de domo Kopczyńską i przyjaźń z Ludkiem – chyba miały bardzo szczególny wpływ na Wojtka. Ewa była dobrym duchem, pozwalała wypływać, ale też przyzywała niczym syrena, więc zawsze wiedział gdzie wracać. A Ludek – przyjaciel – którego słowa Wojtek cytuje jako motto tej książki – chyba zaszczepił w nim miłość do przygody, do życia wagabundy.

Cała książka Kazimierz Robaka wypełniona jest zdjęciami z niezliczonych rejsów i jachtów, wszystko ułożone chronologicznie, datowane, opisane niczym w dziennikach pokładowych. Dzięki temu do rąk czytelnika trafia rzetelna pozycja dokumentująca dzieje polskiego żeglarstwa, ukazane z perspektywy uczestnika. Kapitan Jacobson żeglował od zakończenia II wojny światowej, czyli od samego początku polskiego żeglarstwa w Szczecinie. Odwiedził wszystkie kontynenty, przepłynął setki tysięcy mil i pozostał skromnym przyjaznym kolegą, z którym nadal można pogawędzić w Szczecinie na przystani. Przed gawędą zachęcam do zapoznania się z książką „Żeglarskie kto jest kim: Wojciech Jacobson”, a gdy będziesz miała koleżanko, czy będziesz miał kolego, egzemplarz pod pachą – możesz poprosić Wojtka o autograf, z pewnością nie odmówi:)!

Ania Kaniecka-Mazurek

_______________________________________________________________________________________________________Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Ostatnio wydała książkę "Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić". Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

Antoni Jerzy Pisz: „Hrabia Lolo” – 20 lat później

Część 3.

Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Powitalny uśmiech „Lola” był trochę posępny.

– Mamy drobne sęki – … Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Jeszcze przed odlotem do Stanów zauważyłem, że coś jest nie tak – gdy wchodziłem do załogowego kubryku natychmiast urywały się ożywione rozmowy. Miałem słuszne obawy: pod koniec marca zostało „Lolowi” tylko trzech z sześciu. Oczywiście, „Dar” był trochę do tyłu z rozkładem jazdy, o co trudno kogokolwiek winić. Jednakże nowy program „Lola”, uwzględniający przejście wokół Hornu i kontakty z Polonią, niestety, już tylko w ważniejszych ośrodkach, pozwalał na znaczne odrobienie opóźnienia. Jeszcze tego samego dnia wiedział o zmodyfikowanym programie klub z teleksu wysłanego przez agenta PŻM-u. Przez niego też przyszła odpowiedź: „Dar” ma niezwłocznie przerwać rejs i wrócić do Szczecina. „Lolo” był zdruzgotany.

– Nie przejmuj się klubem – perswadowalem – taka okazja trafia się raz w życiu. Łódka jest w lepszym stanie niż przed wyjściem, w czwórkę damy sobie doskonale radę. Teleks mógł nie dotrzeć do ciebie, a zresztą jak szczęśliwie wrócimy, klub w glorii i chwale daruje nam przewinienie, jeśli ktokolwiek będzie jeszcze pamiętał o tym skrawku papieru. Moje perswazje na nic. Nie dziwię się. Był już tym wszystkim zmęczony i chciał tylko jednego – wrócić do domu. W dodatku jeszcze ta nie złożona wizyta. Obiecałem przecież, że coś wymyślę. Zaniosłem na pocztę paczuszkę: była w niej laleczka kurpiowska i wykwintny liścik, w którym kapitan flagowego „Daru Szczecina” ubolewał, że ze względu na nie najlepszy stan zdrowia nie może złożyć wizyty admirałowi. Jestem przekonany, że ten długo obracał liścik w rękach i myślał: co za niecodzienny zwczaj składania wizyt mają żeglarze z Polski. To miłe, że jak nie mogą ich złożyć przysyłają sympatyczne laleczki w strojach ludowych. Przy okazji wysłałem pocztówkę do Ludka Mączki – był w Wenezueli. Oferował mi kiedyś wikt i koję na „Marii”, ale wtedy miałem na głowie wyprawę „Daru”. Teraz mogłem skorzystać z oferty pod warunkiem, że przyjadę z Kaziem. Następnego dnia w drodze do domu celowaliśmy dziobem w śluzy Calais. Krótki postój i znów Kanał Kiloński. W Brunsbuttelkoog witał nas znajomy śluzowy: – Ein Brief fur ”Dar Czeczia” ! List od Ludka: możemy przyjeżdżać.

* * *

W pierwszych dniach kwietnia przekazaliśmy „Dar Szczecina” komisji klubowej. Domyślam się, co musiał czuć Jurek Kraszewski, gdy ostatni raz schodziliśmy z pokładu trzymając w rękach worki żeglarskie. Lśniące burty, sklarowane liny, wyszorowany pokład stwarzały wrażenie, że jacht dopiero co zszedł na wodę – nie było widać śladu sześciomiesięcznej żeglugi. Zaledwie pół roku był naszym domem, a zdawało się, że spędziliśmy na nim kawał życia.” – zanotowałem we wspomnieniach z tamtych lat. „Lolo” zniknął nam z horyzontu – doszedł do wniosku, że tylko własna łódka, a na Kazika i na mnie czekał Ludek z „Marią” w peruwiańskim porcie Callao. Prawie rok żeglowaliśmy po słonecznych archipelagach Pacyfiku bez większych kłopotów. Te zaczęły się teraz – w grubym stosie zabrakło mapy Portu Sydney. Gdzie zacumować, aby dokonać odprawy? Uprzejmi policjanci z motorówki wskazali pobliski pomost: -Powiadomimy przez radio immigration i celników, że tu stoicie. Na polecenie strażników porządku wiązałem cumę do słupka z tabliczką przy pomoście sydnejskiej Stacji Kwarantanny. Napis na tabliczce głosił: „Crown Land. Mooring prohibited” (Teren Koronny. Cumowanie zabronione) – mój pierwszy krok w Australii zaczął się od łamania przepisów. W dniu urodzin wypadło mi pożegnać „Marię” w Wollongong – odpływała z Kazikiem, Ludkiem i Davem Walshem do Nowej Zelandii. Dave – to niezwykła sylwetka, o której może przy innej okazji.

* * *

Życie lądowego szczura w Australii zbrzydło mi. Wróciłem do domu. Marzyły mi się znów żagle i woda – rozpuściłem wici. Przyszła wiadomość z Trzebieży: szukali instruktorów ze znajomością angielskiego. Moja znajomość była przelotna, ale dogadywałem się jakoś z młodymi Libijczykami. Już po tygodniu „dezety” pływały tam, dokąd chciał sternik, a podstawy nawigacji przestały być czarną magią. Kadafi wysłał ich na przeszkolenie żeglarskie, aby synowie pustyni obyli sie z wodą. Zakładał, że będą filarami personelu marynarki wojennej, której pułkownik jeszcze nie miał, ale miał dolary. Nasza władza spodziewała się, że za szkolenie popłynie ich strumień do ludowej kiesy. Nie ma dochodów bez uprzednich inwestycji. W Centralnym Ośrodku Szkolenia Żeglarskiego wyrosły jak grzyby po deszczu importowane fińskie domki dla libijskich kursantów, z przeszklonej stołówki na pięterku odremontowanego pawiloniku roztaczały się widoki na Zalew Szczeciński, instruktorzy skuszeni niezłymi zarobkami sciągali z całej Polski. Nie tylko instruktorzy – wesołe panienki ze Szczecina, czekające za bramą na zasobnych w „zielone” klientów – też. Minęło kilka turnusów, a dolarów na koncie władzy ani śladu. Oficjele z Ośrodka i stosownych departamentów pielgrzymowali do Trypolisu wymachując kontraktami. Dziwnym zbiegiem okoliczności urzędnika, który je podpisał, nigdy nie można było zastać. Kończyły się dewizowe diety, a zaczynały się niedwuznaczne uwagi zniecierpliwionej administracji o możliwych kłopotach, na które lepiej się nie narażać. Ludowi emisariusze wracali wiec z kwitkim do domu, ale szkolenie, o dziwo, szło całą parą nadal. Jak zakończyła się afera – nie wiem. Przyszła jesień, po ostatnim turnusie Trzebież opustoszała. Któregoś dnia ktoś zapukał do drzwi mojej kawalerki na dziesiątym piętrze. – Cześć staruszku! – to ulubiony zwrot Kazika. Był z Sherin, swoją nowozelandzką żoną. Uściskałem ich serdecznie. Wsadzaliśmy przecież we troje pożyczony od znajomego Szweda jacht na mielizny rozlewiska Pittwater, kilka mil na północ od Sydney. – Wiesz, zadzwoniłem do Hrabiego: zaprasza na wycieczkę po Dąbskim swoim jachtem – nazwal go „Lolo”. Poczułem się głupio – Kazikowie są tu zaledwie drugi dzień, a ja od miesięcy nie znalazłem wolnej chwili. Że wpadałem do domu z Trzebieży jak po ogień – marne usprawiedliwienie. Wioząc nas na przystań „Pogoni” Hrabia rzucił okiem znad kierownicy i zapytał: – Piszu, gdzieżeś połknął ten odbijacz? Co za pamięć! Odegrał się, bestia, za uwagi o wypukłości w okolicy pasa, na które pozwoliłem sobie w Breście. Ale oto przystań: „Lolo” okazał się bliźniakiem znajomego ,,Mazurka”, którym obwoziła mnie Krystyna Chojnowska – Liskiewicz po sydneyskich wodach. Był zadbany jak przedtem „Dar” – nieskazitelny teak, mahoń i wypolerowana nierdzewka przyciągały oczy, ale zatkało mnie dopiero na widok wyposażenia najbardziej renomowanych marek – „Lolo” musiał zawsze mieć wszystko w najlepszym stylu i najwyższej jakości. Prawdziwą zawiść wzbudziły we mnie: przemyślny piecyk z nierdzewki na paliwo dieslowskie – „Hrabia”, pomny szczękających zebów na „Darze”, sprowadził go z Londynu – i pękający w szwach barek. Ich zalety doceniliśmy kołysząc się na kotwicy w pobliżu Ziemi Umbriagi, jak nazwali ten zakątek chłopcy z AZS-u, chyba w roku 49. Była złota jesień. Pamiętasz „Lolo”? – niegdyś czas wypraw do bezpańskich sadów na Świętą po śliwki i na jabłka do Marysina, czas wieczornych ognisk ze śpiewami przy gitarach i mandolinie „Jaworka” – Krzysia Jaworskiego. A jeśli niosły się po wodzie dzwięki walca Brahmsa, gdzieś w pobliżu był Feluś Wodzyński ze swoją okaryną. Nie skażone Dąbskie z tamtych lat pozostanie zawsze bliskie sercu, tu przecież niezdarnie raczkowaliśmy pod żaglami, tu też rodziły się niewinne żarciki. Nowicjuszowi, szukającemu wody w kabinie, radziło się: wyjdź na pokład, z lewej burty do mycia, do picia – tylko z prawej. Zapach pokostu przypomina jachty, których dawno już nie ma. Sypialiśmy w nich przykryci nagrzanymi w słońcu bawełnianymi żaglami na twardych deskach koi wymoszczonych cienkim kocykiem – nie zamieniłbym ich na łoże królewskie. Z uwagi na gospodarza rozmawialiśmy po polsku. Kazik próbował tłumaczyć na angielski, chyba zbytecznie; Sherin chwytała nieźle, co było zasługą koktajlu z żubrówką – o tym, że zadziałał, świadczyły nasze rumiane policzki.

* * *
Kazikowie odlecieli do nowozelandzkiego domu, a i mnie czas było pakować podróżną torbę – moje prawo stałego pobytu w Australii wygasało po roku nieobecności w tym kraju. Z okienka w samolocie znów Most Portowy, Opera i sydneyski Cruising Yacht Club of Australia. Często odwiedzałem jego pochylnie – szukałem roboty. Jakiejkolwiek. Na jednym z wózków suszył świeżo nałożony lakier burt, chyba 17-metrowy kecz: zgrabny bukszpryt wyrastał z kliprowego dziobu, a długi, głęboki kil kończyła podparta na ostrodze płetwa sterowa. Sztormreling ze stalówek przechodził za kokpitem w drewnianą balustradę z toczonymi kolumienkami okalającą nieco uniesiony pokład nad tylną kabiną. Na rufie to cacko miało napis: „Privateer”, Townsville. Obchodziłem wózek drugi raz, ale już nie sam. Do mojego cmokania dołączył inny Matuzalem – Sandy. – Not too bad, isn’t she? (Nie najgorsza, nieprawdaż? – w angielskim wszystko co pływa jest rodzaju damskiego) – to nie Sandy, to Brian, właściciel jachtu. ,,Privateera,, na naprawę po niegroźnej stłuczce, z Wielkiej Rafy przyprowadzili zawodowcy na koszt ubezpieczyciela. Dlaczego aż do Sydney? Bo Brian ufał tylko szkutnikom z CYCA, a poza tym miał tu do załatwienia parę pilnych interesów i chciał wracać do domu jachtem. Z Sydney do Townsville – dwa i pół tysiąca kilometrów lądem. Wodą, dodając poprawkę na halsowanie, trochę więcej. Samotne żeglowanie – częściowo przez Wielką Rafę – tak dużą łódką, nie przytosowaną do obsługi przez jedną osobę, byłoby ryzykownym przedsięwzięciem. – Potrzebuję dwóch żeglarzy. Jakie masz doświadczenie? Zaskoczył mnie, nie wiedziałem co odpowiedzieć. – Nieważne, do jutra lakier wyschnie. Przyjdź rano, odprowadzimy „Privateera” na kotwicowisko w Zatoce Vaucluse – zobaczę, co potrafisz. Siedem dolarów tygodniowo, nawet wtedy, gdy „zielony” kosztował 70 centów australijskich, to wynagrodzenie mniej niż skromne . Z biedą starczało na żywność, ale nie płaciłem za czynsz, światło i wodę – zamieszkałem na jachcie. Posesje w dzielnicy Vaucluse nie należą do najtańszych, a już te, które sięgają wody dobrze osłoniętej Zatoki, są warte ciężkie miliony. Właśnie w jednej z nich mieszkała siostra Briana z mężem. Gospodarze zachęcali do korzystania z gorącego natrysku i zrywania z drzewokrzewu ciemnobrązowych gruszek smaczliwki wdzięcznej (po polsku ten owoc nazywa się awokado). Smaczliwki zrywałem bez wahania – owoców było w bród, wiele gniło w trawie. Po tygodniu omijałem dużym łukiem drzewko z egzotycznyn przysmakiem – nie mogłem patrzeć na awokado. Na jachcie był oczywiście natrysk, ale aby polewać się ciepłą wodą nalezało uruchomić halaśliwy generator, a wtedy w oknach domków na szczycie skarpy ukazywały się głowy sasiadów. Dlatego, choć nie lubię być intruzem w czyjejś łazience, uległem w końcu namowom gospodarzy. Brian zjawiał się rzadko; utrzymywał wprawdzie, że telefony z agencji turystycznej, którą prowadził w Townsville, ponaglają go do powrotu – dlatego miała to być żegluga nonstop – ale pilne interesy nadal zatrzymują go w Sydney. Zauważyłem, że jeden z nich ma kasztanowe włosy i długie rzęsy. I tak minął beztroski miesiąc w malowniczej zatoce. Raz w tygodniu cumowałem bączka do prywatnego pomostu gospodarzy. Strome schodki na szczyt skarpy, autobus, kolejka podmiejska i stos listów u dobrych rodaków, którzy mnie kiedyś przygarnęli. Od Gośki o jej czeskim mężu a moim serdecznym przyjacielu – Rudzie: Argentyńczycy nie chcą wypuścić „Polki”, którą przypłynął na Falklandy. Od innych o „Lolu”: żegluje samotnie „Lolem” po Śródziemnym; ma to być przymiarka do wyprawy, która nie wyszła na „Darze”. Po dwóch miesiącach w moim zacisznym królestwie zjawił się Sandy – miał być tym drugim do pomocy. Przyniósł dwie puste, plastykowe butle z szeroką szyjką; do jednej przwiązany był 1,5-metrowy sznurek. – Widzisz, to znakomite ułatwienie dla panów w pewnym wieku, którym nie starcza czasu, aby dobiec na zawietrzną. Dwie, gdyby jedna zerwała się ze sznurka za burtą. Acha, pojutrze rano przyjeżdża Brian – wychodzimy do Townsville. Nareszcie!

* * *

W połowie drogi zaczęło brakować wody.

– Wiesz, Brian, gdyby twoje dania były bardziej zawiesiste, nie musielibysmy wchodzić do Mooloolaby – dogryzałem.

Był fanatykiem tzw. zdrowej kuchni: żadnych przypraw, a tym bardziej soli. Nie dopuszczał nikogo do kambuza, gdzie dusił w szybkowarze swój stew – zdrowotny niby-gulasz, ulubiony przysmak, którym karmił nas przez wiekszą część tygodnia. Główny składnik przysmaku stanowiła woda, a w niej niedogotowane kawałeczki mięsa, rzepy, ziemniaków i marchewki.

Gdyby tak do jakiejś knajpy, na uczciwego steka wielkości talerza! – marzyliśmy z Sandym. Może już niedługo.

* * *

Żeby się spotkać z Tobą, czeka mnie ostatni z żeglarskich wyczynów: wyprawa przez Styks.

Antoni Jerzy Pisz

________________________________________________________________________________________________

Antoni Jerzy Piszur. 1930, Lwów, zm. 2020, Sydney; inżynier chemik (Politechnika Szczecińska), żeglował z Ludomirem Mączką „Marią” z Peru przez Polinezję do Australii (Sydney), 1974-1976. Autor, m.in., skryptu „O astronawigacji bez kompleksów” i książki „Maria przez Pacyfik”; zainteresowania fotografią i ornitologią.

F O T O

Foto. João Rodrigues, Da Canoa Papa Milhas, no cruzeiro a Oeiras e Cascais, 17.08.2020, własność: ANCORAS
Foto. Manuel Ventura, Regata Champamilaud, 10.10.2016, własność: Marinha do Tejo
Foto. Manuel Ventura, Regata Champamilaud, 10.10.2016, własność: Marinha do Tejo
Foto, Manuel Ventura, Regata Real de Canoas, 5.10.2019, własność Marinha do Tejo

Kazimierz Robak: Nie przeoczcie tej książki!

Za kilka tygodni zejdzie z maszyn drukarskich książka, która przedstawia życiorys Kapitana Wojciecha Jacobsona – legendy polskiego żeglarstwa – w sposób, jak dotąd, najpełniejszy.

Żeglarskie „kto jest kim”: Wojciech Jacobson to wyczerpujący opis zapierających dech rejsów i przygód Kapitana, wzbogacony unikalnymi zdjęciami, mapami i dokumentami. Takich opisów żeglugi przez Przejście Północno-Zachodnie ani opisów archipelagów Pacyfiku, portów i wysepek zagubionych na Atlantyku, Oceanie Indyjskim i Zalewie Szczecińskim jeszcze nie było.

Opinie recenzentów są jednoznaczne: „ujęcie encyklopedyczne, a czyta się jak powieść przygodową”.

Monografię kpt. Jacobsona SIĘ CZYTA!
Historie w niej opisane są ważną częścią dziejów żeglarstwa polskiego, a szczególnie tego z Pomorza Zachodniego, bo całe życie Kapitana Jacobsona związane jest ze Szczecinem.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 05_zrzutka_244-245_sm-768x597-1.jpg

Takiego wydawnictwa jeszcze nie było: te 384 strony w ładnej okładce będą ozdobą Waszego księgozbioru, kopalnią wiadomości i fantastyczną lekturą!

Książka zainteresuje rzecz jasna doświadczonych żeglarzy, ale skierowana jest także do osób niezwiązanych z żeglarstwem, właśnie jako swoista powieść przygodowa. Czytelnik musi mieć jednak świadomość, że wszystkie historie wydarzyły się naprawdę, a główny bohater to człowiek z krwi i kości!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 06_zrzutka_256-257_sm-768x597-1.jpg

Nakład nie będzie duży, więc książka bardzo szybko stanie się białym krukiem. Można jednak kupić ją już teraz w PRZEDSPRZEDAŻY (z nieco wydłużonym dostarczeniem – bo to zależy od drukarni).

Cena egzemplarza – 50 złotych. Jej wielokrotność to odpowiednio większa liczba egzemplarzy. Koszt przesyłki jest wliczony.

PRZEDPŁATĘ / ZAMÓWIENIE można zrobić tu:

►► Żeglarskie „kto jest kim”: Wojciech Jacobson
►► 
PRZEDPŁATA / ZAMÓWIENIE

Nie przeoczcie tej książki!

Kazimierz Robak
28 grudnia 2021

PS.

Kapitan Jacobson jest skromny i nigdy nie szukał poklasku – za to poklask znajduje Go co rusz, poprzez przyznawane Mu nagrody, tytuły, dyplomy i wyróżnienia. A rzeczywiście jest za co:

• z wykształcenia mgr inż. chemii
• z powołania – żeglarz
• członek Jacht Klubu AZS Szczecin (1949)
• utytułowany żeglarz i kapitan regatowy w rejsach załogowych i samotnych
• jachtowy kapitan żeglugi wielkiej (1965)
• instruktor żeglarski i sędzia regatowy 1 kl.
• pływał na jachtach i na dużych żaglowcach (Dar Pomorza, Pogoria i Concordia)
• płynął (z Ludomirem Mączką – pierwsi Polacy) we wszystkich etapach wyprawy przez Przejście Północno-Zachodnie (s/y Vagabond’eux, 1985-1988) i był kapitanem etapu ostatniego (Gjoa Haven – Brest, 1988)
• przez ponad 12 lat był oficerem i starszym oficerem kanadyjskiej Class Afloat, z którą – przez 2173 dni na pokładach Pogorii i Concordii – przepłynął 182.794 Mm
• okrążył pod żaglami oba kontynenty amerykańskie, przez Przejście Północno-Zachodnie i wokół Hornu.

Dlatego kpt. Jacobson to:

• dwukrotny zdobywca Srebrnego Sekstantu za „Rejs Roku” (1985 i 1988)
• laureat Nagrody Grotmaszta Bractwa Kaphornowców (1989)
• laureat Derek Zavitz’s Memorial Award (1998)
Honorary First Mate kanadyjskiej Class Afloat
• członek honorowy AZS (2004) i PZŻ (2005)
• Brat Wybrzeża (#44) w Mesie Kaprów Polskich
• laureat nagrody Conrad 2009
• „Ambasador Szczecina” (2012)
• nagrodzony Banderą Prezydenta RP za całokształt dokonań żeglarskich (2013)
• laureat nagrody Super Kolos 2016
• laureat głównej Międzynarodowej Nagrody Żeglarskiej Szczecina (2017)
• posiadacz Dużej Złotej Żeglarskiej Odznaki Turystycznej PTTK z 25. Szmaragdami (2020).
Łączna liczba rejsów kpt. Jacobsona: 61 (ok. 261.500 Mm).

PS. Możecie zajrzeć i tu:

https://pogoria.pl/news/bedzie-zeglarski-bestseller

https://www.zozz.org/2021/12/29/juz-niebawem-kolejna-ksiazka-z-serii-kto-jest-kim-tym-razem-o-kpt-wojciechu-jacobsonie/

https://www.facebook.com/kolosy.org/posts/4843432899011483

Kazimierz Robak

_______________________________________________________________

Od redakcji: Zapewne pierwsza (ale nie ostatnia) i bardzo interesująca recenzja książki Kazimierza Robaka, Żeglarskie kto jest kim: Wojciech Jacobson napisana przez Marka Słodownika, ukazała się na portalu żeglarski info.

https://zeglarski.info/artykuly/zeglarskie-kto-jest-kim-wojciech-jacobson/

Przedstawiony tekst ukazał się pierwotnie na internetowej stronie portalu periplus.pl https://periplus.pl/archiwa/11509

________________________________________________________________________________________________________ Kazimierz Robakfilolog, historyk, dziennikarz, żeglarz, obecnie wykładowca akademicki w USA; organizator i uczestnik pierwszej Szkoły pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego 1983-1984 na „Pogorii” (kierownik s sekretariatu i nauczyciel); dyrektor i nauczyciel SzPŻ KB na „Pogorii” 2013, 2015 i 2016; redaktor i współwłaściciel https://zeglujmyrazem.com/ i http://periplus.pl/; autor książek, m.in., „Pogorią na koniec świata”, „Szkoła”, „Gibraltar: Cieśnina-Skała-Państwo”, „Żeglarskie 'Kto jest kim’: Krzysztof Baranowski”.

Ludomir Mączka: Listy z Mongolii

Udział Ludomira Mączki w Polskiej Ekspedycji Geologicznej w Mongolii w latach 1962 – 1963 zaznaczył się, oprócz niewątpliwie ciekawej i eksploatorskiej działalności typowo geologicznej, również wejściami górskimi, w nieznane szerzej i dotąd nieeksploatowane wspinaczkowo góry.

Tak, o tych pionierskich wyprawach górskich Mączki pisał po latach jego kolega, jeszcze z lat studenckich, uczestnik ekspedycji, Andrzej Grocholski: „… Pokonywali pieszo grzbiety i doliny górskie, każdą noc spędzali w innym miejscu. Wozili ze sobą namioty, ale nie zawsze mogli z nich korzystać. Rok później, jedna z grup kartograficznych, natknęła się wysoko w górach na ślad obozowiska – kilka puszek po konserwach. W jednej z nich kartka z napisem: „ O, jak tu kurewsko zimno! Ludomir Mączka, Zygmunt Grzechnik”…

W grudniu 2003 roku w wywiadzie-rzece, udzielonym wraz z Wojciechem Jacobsonem „Zeszytom Żeglarskim” (fragmenty ZŻ nr 16, luty 2006), Ludomir Mączka tak oto przedstawiał mongolską przygodę, traktując ją jako przerwę w żeglarskim życiu, ale za to bardzo znaczącą:


„…A później była przerwa: dwa sezony w Mongolii. Wtajemniczenie w geologię, Mongolię, to chyba najciekawsza przygoda lądowa…”

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ałtaj Mongolski

Listy – Zapiski – Kronika Ludomira Mączki z Mongolii

Kochane Wojtki1 ! Duut, 19.08.63

Tak z przyzwyczajenia piszę taką kronikę mongolskiej Przygody. Mając trochę czasu, a nic do czytania, to się pisze. Siedzę w namiocie koło Duut Somon2. Niżej w dolinie widoczna cała wioska, dookoła góry. Staszek pojechał do Kobdo, chyba jutro wróci. Ja jutro jadę w marszrutę konną, ale taką małą, jakieś dobrze 50-60 kilometrów i wieczorem z powrotem. Ot, taka drobna wycieczka. Zresztą teraz tutejsze góry koło Duut (ca 2300 m, a górki do 3500) to mi się wydają, jakby powiedzmy, Beskid Żywiecki przy Wysokich Tatrach; owszem ładny, miły, ale nie taki dostojny. Byłem dwa dni temu na Munch Chajrchan (4362m)3. Nie chodzi mi o ten smak alpinistyczny, bo ostatecznie pieszego podejścia było pięć godzin, a reszta samochodem i końmi, ale te widoki to był smak. Dojazd z Manchan, doliną Urt cender Sału4. Dolina wąska, ściany na kilkaset metrów prawie pionowe, jakieś obrywy, usypiska, szczeliny. Białe marmury w słońcu aż rażą, różowe granity, żółte jaskrawe porosty, dziki agrest, potem już tylko trawa i porosty. Nikną nawet krzaki karagany, nawet brak skalnicy, tylko trawy, maki alpejskie, jakaś goryczka, jakieś różowe kwiatki wśród nagich skał i sam Munchchajrchan. Ale tam się nie zatrzymujemy i jedziemy dalej do ????? wyżej w góry. Trochę błądzimy, ale w końcu ok. 2400 trafiamy na miejsce. Rozbijamy namioty (jest nas 5ciu – bez szofera). Staszek, p. Staszek, P. Stanisław, Bator i ja, oraz szofer. Staszek mój kierownik, p. Staszek – dziennikarz z Polski, który się do nas dołaczył, p. Stanisław pracownik Biura Radcy Handlowego z Ułan Bator na urlopie. Gość ok. 50, ale czerstwy i wesoły, no i Bator nasz Mongoł. Jest zimno, właściwie to chyba mróz. Wysokość, sądzę coś 3000 do 3300, zresztą nie mamy dokładnej mapy. Dopiero rano widzimy piękną, szeroką dolinę, łąkę, skały i dwa stawy górskie. Dolina ma wyraźny charakter lodowcowy. Chyba aż tutaj sięgał jęzor lodowca z Muncha. (…) Pogoda chwilami piękna. Przed nami piętrzy się biały od śniegu Munch. Lodu nie widać, a szkoda bo w ubiegłym roku widziałem Go okrytego lodem (piszę Go przez duże G, ale Mu się to należy), ale to był wrzesień i nie było opadów. W lewo szeroka i głęboka „U” – kształtna, podmokła, typowa dolina polodowcowa. Od N stromy Munch podcięty jest cyrkiem lodowcowym i zachodzimy go dookoła, od tyłu. Podejście na ogół łatwe. Wielkie, skalne rumowiska z granitów a wyżej lodowiec, ale wysokość daje się odczuć. Za wyjątkiem Staszka (chłop ma dobrą kondycję) wszyscy sapiemy jak umiemy. Powoli zostaje p. Staszek i p. Stanisław. Zresztą p. St. ma ciężkie buty gumowe, pożyczone u nas. Idziemy dalej we trzech. Nadciągają czarne chmury z których co chwila błyska. Na tej wysokości z nich może być tylko śnieg. Ale taka zawieja to też nieszczęście. Panorama gór wygląda pięknie i groźnie. Na W i S morze gór, nie jakieś pojedyncze łańcuchy, ale całe morze aż po horyzont, i widać dość daleko. Niestety ku N widoczności brak, tylko czarne, burzowe chmury. Tempo jest dla mnie zabójcze, ale mało czasu. Nogi mi ledwie się ruszają. Staszek pogania. Z Batorem idziemy jakieś 60 metrów za nim, od czasu do czasu łapiąc dech. Wreszcie na lodowcu łapie nas zawieja. Do szczytu kilkaset metrów drogi. Krótka narada, patrzymy na zegarek. Mamy jeszcze około godziny czasu na dojście. Później niezależnie od wszystkiego trzeba wracać aby za jasności być na dole i nie nocować w górach. Idziemy bez plecaków, tylko w jednym mamy raki i parę kostek cukru. Widoczność na około 20 metrów i syk śnieżnych krup, które biją w twarz aż boli. Ostatkiem sił włażę na szczyt. Na N od nas około 10 metrów lodowiec się urywa stromą, chyba 200 metrową ścianą. Ale my widzimy tylko krawędź i to dość niewyraźnie. Staszek próbuje zrobić parę zdjęć, ale chyba nie wyjdą i biegiem schodzimy lodowcem w dół. Idziemy na kompas i pamięć bo widoczność bardzo słaba. Powoli się jednak przeciera. Gdy jesteśmy koło koni odkrywa się znowu widok na szczyt. Jedziemy parę kilometrów końmi. O zmroku jesteśmy koło pierwszej w tej dolinie jurty. (…)

5.10.63, sobota

(…) stromym, trawiastym zboczem pniemy się na grań, która powinna nas zaprowadzić do szczytu (3790m) gdzie zostawiliśmy z początkiem lata ombrometr. Tutaj zaczynają się już pewne przykrości. Wychodzone buty ślizgają się po trawie, a serce zaczyna trochę pikać. Jesteśmy już ponad 3000 metrów. Odczuwam brak treningu i aklimatyzacji. W ubiegłym roku więcej chodziłem i miałem lepszą zaprawę (no i byłem o rok młodszy). Idziemy dalej granią w górę, grań robi się skalista i wąska, zaczynają się pokazywać płaty śniegu. Zrywa się zimny wiatr. Siadamy w osłoniętym miejscu, jemy trochę rodzynków, kawałek czekolady i idziemy dalej. Pogoda się wyraźnie psuje. Na umówioną godzinę do wyjścia doliny po drugiej stronie nie zdążymy, ale wracając – jeszcze gorzej. Idziemy dalej granią, która na mapie jest płaska, ale tutaj idzie raz w górę, raz w dół, tak po 200 – 300 metrów. Miejscami brniemy powyżej kolan w śniegu, miejscami idziemy po skałach. Widok na obie strony wspaniały. Na E równoległe niższe pasma, na W głębokie doliny i widoczność aż w dolinę. Widać Tugavik Goł płynący koło Monchen. Monchen zakryte skałami nie widać. Nad doliną Ano Chanjatu wisi ??? lodowcowych. Lśni się biel i coś jakby jęzor, czyli autentyczny lodowiec. Grań robi się wąska, ale że jest zasypana śniegiem więc idzie się jako tako. Idziemy zachodnim zboczem lub samą granią, ale ostrożnie bo są tutaj nawisy śnieżne, wiszące ku E ze względu na przewagę W wiatrów. Tymczasem zaczyna się zadymka, robi się powoli zmrok. Jeszcze ze dwa podejścia i jesteśmy na szczycie 3790 metrów (ca 6 metrów niższy od najwyższego w tym paśmie). Po drodze jeszcze niewielka sensacja. Ślizgam się na zlodowaciałym śniegu i zaczynam jechać. Dwieście metrów dalej jest przepaść, taka prawdziwa na kilkaset chyba metrów. Całe szczęście, że mam czekan i wiem jak się nim posłużyć. Obracam się na brzuch, biorę czekan pod siebie, aby nie wyrwało i ryję ostrzem w śnieg. Po kilku metrach zatrzymuję się. Leżę na czekanie brzuchem. Serce bije z powodu wysokości i emocji. Chwilę odpoczywam w tej pozycji, potem wbijając czekan powoli winduję się do góry. Wreszcie jesteśmy na górze. (…)

(…) Szef ustalał skład na rok następny, tak że nie mam już żadnych złudzeń, że to już koniec mongolskiej Przygody.

Staszek teraz ??? w hotelu ?????.

Piszę przy świeczce na melinie. Przez okno świeci księżyc. Jeszcze paciorek, siusiu i spać. Jutro jadę chyba do Mingat lub Drym, zresztą wszystko jedno. Pozdrowienia. Dziesiątego wylatuję do Ułan Bator. Chyba około 30. będę w Polsce.

Ludomir

____________________________________

1 Kochane Wojtki – to zwrot grzecznościowy Ludka Mączki do adresatów listu: Ewy i Wojciecha Jacobsonów.

2 Duut – miasto na południe od Kobdo: somon – niższa jednostka administracyjna, odpowiednik naszych powiatów.

3 Obecna nazwa: Monchchajrchan uul, 4204 m npm, drugi pod względem wysokości szczyt Mongolii, pasmo: Ałtaj Mongolski.

4 Dzergen Cagan.

5 Ombrometr – przyrząd do pomiaru wielkości opadów deszczu.

________________________________________________________________________________________________________Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.

________________________________

F O T O

Fotografie pochodzą z albumu Janusza Kuchcińskiego.