Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Ludomir Mączka: Zapiski z rejsu – Peru, X – XI 1974

Po przejściu Kanału Panamskiego „Maria” na początku lipca 1974 roku dotarła do Peru, do Callao (pod data 08.07. Ludek zanotował w swoich zapiskach z rejsu: „O 13.30 stoimy na kotwicy w Callao w Jacht Klubie Peruano. Przyjęli nas miło. Opłat w Klubie n i e m a. (Sic! Podkreślenie red.) W połowie miesiąca wyokrętowali z jachtu i powrócili polskim statkiem handlowym do kraju Wojtek Jacobson i Andrzej Marczak; Ludek pozostał sam oczekując na nową załogę. Nawiązane kontakty, wizyty u poznanych osób, w ambasadzie polskiej, u rybaków na stojących w porcie polskich statkach, a także wycieczki samochodem w interior pozwoliły mu oderwać się, choćby na trochę, od spraw morskich, jachtowych, od przedłużającego się oczekiwania na nowych współtowarzyszy rejsu. Pod koniec września, statkiem m/s „Sienkiewicz”, dotarli z Polski na „Marię” Jerzy Pisz i Kazimierz Jasica. Prace przy jachcie nabrały tempa, ale i towarzyskie spotkania, poznawanie ludzi i kraju nadal zajmowały czas załodze „Marii”. W tym czasie doszło do spotkania z uczestnikami polskiej wyprawy górskiej w Andy, a także, dzięki poznanemu mieszkającemu w Limie, polskiemu inżynierowi górnikowi Leszkowi Piotraszewskiemu, Ludek powrócił na pewien czas do swojego zawodu geologa. I właśnie ten, mało znany okres z pierwszego rejsu dookoła świata Ludomira Mączki, przybliżają prezentowane poniżej zapiski kapitana „Marii”.

Mączka, baczny obserwator zwykłych ludzi i ich życia, z przenikliwością opisuje niełatwe życie geologów, górników, ale także z fachowym znawstwem odnosi się do przedmiotu wykonywanej pracy, przedstawiając geologiczną charakterystykę terenu na którym pracuje.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

LUDOMIR MĄCZKA: ZAPISKI Z REJSU – PERU, X – XI 1974 rok

Sobota 12.10.74

Wrażenia lecą. Już dziś muszę sobie przypominać, co było w poniedziałek. (A może to też skleroza?)

W poniedziałek po południu pojechaliśmy do Leszka1. Potem wpadli pozostali dwaj andyniści2 – była Mariolka i Maryśka – u Leszka na górze wypiliśmy yerbę, posłuchali muzyki.

Leszek z Lili zawijał argentyńskie tango, w końcu i my ruszyliśmy w tany – Lili z Mariolką pokazały jak się tańczy „tango peruano”.

We wtorek około dwunastej przypłynął Jorge3, aby nas zabrać do siebie. Na jego ponaglenia, aby szybko, odpowiedzieliśmy zgodnym chórem: Calma!

Wypiliśmy herbatę, schowali wzmocnioną kiełbasę i popłynęliśmy na brzeg. Po drodze zajrzeliśmy do portu na „Cetusa” – Jorge jako agent ma prawo wjazdu do portu. Pojechałem przywitać Jacka Forembskiego – żeglarz z AKM z Gdańska. Stara znajomość sprzed 15-tu czy iluś tam lat. Nawet nie przypuszczałem, że kiedyś spotkamy się w Peru. Jest tu trzeci, za „Pana Asa” od maszyny.

Jorge Chavez mieszka na San Antonio. Dom typowo hiszpański – parterowy – kupa książek, małe muzeum kultur indiańskich, na których się zna. Rodzina też typowo peruwiańska – trzech braci, Jorge najstarszy – króluje, dwóch młodszych.

Wczoraj przy lampie gadaliśmy do późna. W pokoiku dwa żelazne łóżka, dwa krzesła, drzwi z blachy falistej. Na łóżkach śpiwory, na gwoździach i w kącie nasze graty.

Przyjechaliśmy we wtorek – poniedziałek jechaliśmy. Najpierw wzdłuż morza, przez Cañete trochę zniszczone trzęsieniem ziemi, Chincha – gdzie w winnicy kupiliśmy wino tinto á 25 $ za litr + 30 soli za balonik 4 l.

Miasteczka i osady to właściwie oazy na pustyni. Niedawno gdzieś tam było nawet lotnisko przemytników ze światłami itd. Obiad zjedliśmy w Ica.

Tutaj już było słońce, bo koło Limy to wyglądało nieładnie. Wiatr miecie po pustyni śmiecie i papiery. Szaro, chmurnie, mżawka.

Przed Nasca zjechaliśmy z drogi, aby obejrzeć rysunki na ziemi, wysypane jaśniejszym piaskiem kondor, wąż i coś tam jeszcze na ziemi widać słabo, lepiej z dachu Land Rovera. Są to jakieś wyobrażenia kultowe z okresu NASCA (kultura preinkaska). Bawi się tym jakaś stara Niemka – archeolog coś 40 lat, twierdzi, że to kalendarz, ale jak go czytać, to nikt nie wie. Leszka szef, inżynier Wolf, twierdzi, że to znaki totemiczne, którymi NASCA chcieli zwrócić uwagę bogów (Księżyc – Słońce) na swoje nowe tereny – i to „robi sens”, jak to mówią Anglicy (a czasem Jurek Wr.4).

Przenocowaliśmy w Nasca, w hotelu. Nawet się wykąpałem i ogoliłem. Rano we wtorek ruszyliśmy dalej. Trochę za NASCA spaliło się sprzęgło w LR. Zostało jakieś ca 100 km do companiento. Mieliśmy szczęście, że akurat jechał do Acari tutejszy, jakby to nazwać, inspektor górniczy Land Roverem Station Wagon i zabrał nas z gratami jako kolegów górników. Na tę okazję ubrałem hełm górniczy, jak mi poradził Leszek. To tutaj od razu ustawia, to jakby odznaka. Zresztą, ten inżynier, co nas zabrał, powiedział, że zatrzymał się, bo zobaczył górników.

W Acari (miejscowość nad rzeką Acari) jest „Planta”.

Jeszcze przed Acari kończy się asfalt „Panamericany”. Dalej droga gruntowa, od „Planty” do „Companiento” jakieś trzy kwadranse samochodem. Podwiózł nas ten sam Land Rover.

Tutaj to już tylko ścieżki dojazdowe wcięte w zbocza serpentynami pną się w górę. Wąskie, kręte, gdzieś tam widać wrak samochodu na dole, a przy drodze krzyżyk.

Tędy wywożą rudę ze sztolni, które są porozrzucane na dużej przestrzeni. Złoże mezotermalne – żyłowe. Rudy głównie ze strefy utleniania, głębiej siarczki. Leszek robi plan żył i wyrobisk.

Poniedziałek, 14.10.1974

Nazca

Wczoraj rano pożegnałem się z Marianem („III” z „Centaurusa”). Przyszedł po służbie w sobotę gadaliśmy do 2 w nocy, no i został u nas do rana.

W sobotę załatwiłem kołek pod windę. Ma być na poniedziałek. Potem się spakowałem i pojechałem do Leszka. Zrobiłem pranie. Właściwie to asystowałem, a pranie zrobiła Lili. Przymierzyłem Leszka buty potem przyszli andyniści + Maryśka i Mirella i pan Fronczak z żoną. No i dziś rano wyjechaliśmy około 08.00 LT Land Roverem. Pojechał Leszek, jego pomocnik, szofer i ja.

Środa, 16.10.1974

Campaniento koło Acari

Wieczór – siedzimy w „campaniento”. Barak ze ścianami z plecionki bambusowej, kilkanaście kilometrów od Acari. W Acari jest „planta”. Wzbogacają rudę miedzi i wysyłają dalej. Cały dzień Leszek robił zdjęcia tachymetryczne5 wychodni6 rudy. Ruda miedzi występuje tutaj w żyłach i soczewkach, które tworzą jakieś granodioryty7 i granity. Na tym jeszcze siedzi pokrywa tufów i tufitów8. Całość pocięta głębokimi jarami. Różnice względne kilkaset metrów no i to wszystko to szczera pustynia.

Tylko kilka na ogół uschłych kaktusów, czasem jakaś trawka i nic tylko kaniony – zwietrzelina, piasek. Na dole rano była warstwa chmur, tutaj słońce i błękitne niebo. Dość gorąco, no i podejście strome.

Leszek ma kilku pomocników miejscowych. Zdjęcie tachymetryczne tutaj to cholerna robota – prawie alpinistyka. Słońce grzeje, ale na razie przyjemnie – jest ciepło, ale nie za gorąco, niebo błękitne, nogi nam trochę powłaziły w d.

Companientem opiekuje się Gonzalez z żoną, małą córką (2-3 l.), małym psem i małym kotem.

Czwartek, 17.10.1974

Campaniento, Acari

Dzień dość gorący. Słońce. Dziś trochę wziąłem się do roboty. Szukałem kontaktu łupku tufowego i skał magmowych. Lepiej to widać z daleka niż z bliska. Uchodziłem się zdrowo i dopiero mi się zmąciło w głowie. Ok. 15-tej wróciłem – nogi mnie bolały od tego łażenia. Po obiedzie przyjechał szofer z Land Roverem. Naprawili mu Land Rovera w Acari. Z obozu (naszego biwaczku) pojechaliśmy do najbliższego osiedla górniczego do sklepu. Osiedle, dwa rzędy nawet porządnych baraków, sklep i szkoła.

Sklep to rzecz godna obejrzenia. Taka buda zbudowana z drągów i plecionki bambusowej. Ale nawet nieźle zaopatrzony. Jaja, ziemniaki, coca-cola, Inka Kola, nafta, kanistry. Przy wejściu na klatce siedzi papuga, za przepierzeniem na kupce świeżego grochu baraszkują dwa szczeniaki, na łóżku śpi chudy kundel – pewnie odpoczywa po nocnej służbie, kaczka o kolorowym upierzeniu też chodzi po sklepie, mały kot łazi po towarze – interesantów nie za wiele. Kupiliśmy cebulę,pieprz, jajka, oliwę. Leszek szczotkę do zębów, Hieronimo mydło. Potem obejrzeliśmy szkołę i nauczycielkę. Szkoła to porządny barak – w pierwszym pokoju skład sklepowy, stół, kilka krzeseł – salon przyjęć, obok pokój nauczycielski, dalej sala szkolna – kilka ławek, tablica – taka wiejska szkółka. Nauczycielka młoda z Arequipy. Chwilę toczyła się rozmowa, (byłem za słuchacza – bąknąłem trzy słowa). Na kolację wróciliśmy do siebie. W osiedlu spotkaliśmy inż. górnika z Limy – Leszka wiceszefa.

Piątek, 18.10.1974

Campamento

Godz. 13-ta. Przed chwilą wróciłem z roboty. Land Rover wywiózł nas w górę. Leszek zostało na p. 3 z teodolitem, ja pojechałem parę kilometrów dalej na p. 16. Odesłałem Land Rovera – miał naprawić hamulce. Jazda z kiepskimi hamulcami to widać normalne w górach – w Peru jak i w Mongolii.

Szukałem kontaktu między pokrywą tufów (raczej tufitów) luźnym piroklastycznymi metasedymentami i granodiorytem (właściwie całej gamy skał granitoidowych, w których siedzą żyły kwarcowe).

Powoli zaczynam nabierać trochę kondycji. Chodzę z Gonzalesem, który znaczy farbą punkty do triangulacji, bo plan jest marny i trudno na nim dokładnie się określić. Powoli wciągam się w to zajęcie. Ostatecznie kiedyś (jeszcze około trzech lat temu) byłem geologiem.

Niebo bez chmurki, słońce zaczyna palić, słaby wiatr trochę chłodzi. Krajobraz dziki i surowy. Klimat jest chyba za suchy, bo nawet nie ma tutaj pustynnego lakieru. Wczoraj Gonzalez pokazał mi ślady lisa i pumy (trzeba sprawdzić w książce, bo może to był duży pies?). Na górze sfalowany poziom tufitów, rozcięty głębokimi na kilkaset metrów jarami. Dość łagodne spadki w seriach falowych i piroklastycznych przechodzą w strome urwiska w granodiorytach– miejscowy gr.d. jest silnie zwietrzały i sypie się prawie jak gruboziarnisty piasek. W wielu miejscach widać ślady Ca w postaci wykwitów malachitu, azurytu9, czasem żyłek turkusu10.

Sceneria jak w kinie na dobrym westernie, tylko jeszcze większa pustynia.

Kopalnia to szereg odległych sztolni w żyłach na dużej przestrzeni. Wyrobiska połączone są wciętymi w zbocza drogami. Samochody zabierają rudę do „Planta concentrada” koło Acari.

Przy większych są małe górnicza osiedla – czasem nawet porządne baraki, czasem tylko konstrukcja z drągów pokryta matą z bambusa, deszczu nie ma. Wczoraj wieczór byliśmy Land Roverem w takim osiedlu w sklepie (już pisałem o tym). Potem poszliśmy do „kapitana” – to coś jak starszy sztygar – kierownik. Mieszka w takiej budzie, wyklejanej gazetami, kilka gołych pań z kalendarzy, dwa łóżka żelazne, stół, dwa krzesła, trochę pustych butelek po piwie, jakieś papiery na stole, dwie karbidówki.

Zaszliśmy tam na plotki – Leszek, jego pomocnik, szofer i ja. Sr. Mata wyciągnął cztery butelki piwa i szklaneczkę. Typy jak w kinie – piliśmy po kolei z jednej szklanki. Szły różne miejscowe ploteczki. Coś dwa tygodnie temu zabił się jeden „kapitan” – podejrzewają, że mu robotnicy odwiązali linę. Jakiegoś inżyniera gonili boso po górach, innego obili. Tutaj związki zawodowe to raczej mafie. Były też opowieści wesołe. Jakiś pijany inżynier dobierał się do nauczycielki, inny podał się za analfabetę i przez kilka dni nauczycielka męczyła się ucząc go liter wreszcie dostał miotłą i nauka się skończyła.

Ludomir Mączka

______________________________________________________

  1. Leszek – Leszek (Aleksander) Piotraszewski – inżynier górnik mieszkający w Limie, ożeniony z Peruwianką. Po wojnie pozostał na Zachodzie i wyjechał do Argentyny, gdzie pracował w różnych zawodach (m.in. jako górnik, kowboj), ożenił się z Peruwianką i osiadł w Limie; pracował jako inżynier górnik. O Leszku Piotraszewskim opowiada Wojciech Jacobson: „Bardzo ciekawy człowiek, imał się różnych zawodów, pracował jako górnik i jako kowboj, przeżył wiele przygód. To on zabrał Ludka ze sobą do jednej z kopalń wysoko w Andach. Spędzili tam trzy tygodnie i Ludka wiedza geologiczna była tam przydatna. Ludek pracował jako geolog w środowisku hiszpańsko-języcznym, w surowych warunkach. Była to jedna z przygód Ludka, którą wspominał jako piekną.” i Antoni Jerzy Pisz: „Leszek Piotraszewski wyjeżdżał służbowo na trzy tygodnie do jednej z kopalń w Andach i zabrał ze soba Ludka”.
  2. Andyniści – uczestnicy I Polskiej Wyprawy w Góry Patagonii w 1973/74 (uczestnicy wyprawy prowadzili działalność eksploracyjną i wspinaczkową w Andach Peruwiańskich, Boliwijskich i Patagońskich). Organizator: Krakowski Klub Wysokogórski i Komisja Turystyki Górskiej Zarządu Głównego PTTK. Kierownik wyprawy – Ryszard Rodziński, uczestnicy: Andrzej Łapiński, Zdzisław Ryn, Wojciech Jedliński, Stanisław Jaworski, Henryk Ciońćka, Antoni Pańta i inni.
  3. Jorge – Jorge Chavez, agent morski w Callao, załatwiający podczas postoju „Marii” sprawy celne, portowe i inne.
  4. Jurek Wr. – Jerzy Wróblicki, geolog, kolega Ludka ze studiów geologicznych we Wrocławiu; ściągnął Ludka do pracy w Zambii, był tam jego szefem; zmarł w Afryce.
  5. zdjęcia tachymetryczne – zdjęcia czyli zdejmowanie tachymetryczne, to znaczy pomiar geodezyjny terenu obejmujący pomiar zarówno wysokościowy jak i sytuacyjny.
  6. wychodnia – miejsce w terenie, gdzie warstwa złożowa niejako „wychodzi” na powierzchnię ziemi.
  7. granodioryty – skały magmowe, kwaśne; należą do granitoidów, skał powstałych w trakcie powolnego krzepnięcia gorącej magmy głęboko wewnątrz Ziemi.
  8. tufy i tufity – skały porowate, słabo zwięzłe, miękkie, lekie, składające się ze szkliwa wulkanicznego z domieszką minerałów i fragmentów skał magmowych; tufy osadzone w wodzie to tufity.
  9. malachit, azuryt – pospolite minerały półszlachetne z gromady węglanów.
  10. turkus – rzadki minerał półszlachetny z grupy fosforanów.

____________________________________________________________________

Przy odczytaniu i redakcji tekstu zapisków z rejsu Ludomira Mączki, oraz przy opracowaniu przypisów niecenioną pomoc okazali: Kazimierz Robak (https://periplus.pl/; https://zeglujmyrazem.com/; Floryda, USA), Andrzej Piotrowski (geolog, Szczecin) i Wojciech Jacobson.

Daniel Zyzik: Niedaleko naszego domu – opowieści przy kei.

W Świnoujściu niebawem zostanie odsłonięty jego pomnik (Świnoujście, Plac Rybaka, pomnik odsłonięty 23. lipca 2022 roku – przyp. red). Obiekty i festiwale przyjmują jego imię, a on – tak jak w swojej piosence – znów popłynął na morze… Pozostawił nam swoje piosenki, nagrania i wiele wspomnień – oto jedno z nich.

Pewnego dnia u progu lata wespół z kolegami postanowiliśmy wybrać się do przystani jachtowej na otwarcie sezonu żeglarskiego i nagrywać pierwsze kadry do filmu o muzykach. Impreza była wielce udana, a na scenie z gitarą pojawił się nasz bohater. Po koncercie wybraliśmy się na spacer nabrzeżem mariny, która w tym roku (w maju 2022 – przyp.red.) otrzymała jego imię. Tak się zaczęło nasze spotkanie z człowiekiem legendą mórz i oceanów, przede wszystkim muzykiem, ale nie tylko…

Jerzy Porębski z Autorem wywiadu, Świnoujście, Port Jachtowy, 2013 rok. Fot. Sebastian Dziekoński

Daniel Zyzik: Nagrywamy ujęcia do filmu – można by powiedzieć, że jesteśmy kolegami po fachu…

– Film nie jest mi obcy – mówi Jurek Porębski. – Kiedyś pracowałem w centralnym szpitalu górniczym w Bytomiu jako kierownik laboratorium i tam był pielęgniarz, który się interesował filmem. Chciałem mu pomóc, więc poszedłem do dyrektora i mówię: słuchaj, chcemy nakręcić film o szpitalu. Taki prawdziwy, bez znieczulenia. Dostaliśmy zgodę. Nakręciliśmy wszystko: operacje, zabiegi u okulisty i dermatologa. Pokazaliśmy, jak chorzy odpoczywają w świetlicy, jak w bufecie kupują sobie ciasteczka, jak opowiadają wszystkim wokół o swoich chorobach. Wysłaliśmy ten film na konkurs. Zajął czołowe miejsce, choć ludzie wychodzili z sali. Nie mogli wytrzymać tych skalpeli, tej krwi. Za zdjęcia operator zdobył główną nagrodę, a ja do tego filmu robiłem scenopis.

D.Z.: Czyli na planie czujesz się jak ryba w wodzie?

J.P.: Jest mi bardzo miło! Starajcie się to zrobić tak jak uważacie, że będzie najlepiej. Jestem dumny z tego, że kręcą film o starym Porębie i innych muzykach! Czy mogę wonnego papieroska sobie zapalić – czyści krew, poprawia trawienie, wzmacnia korzeń; różne rzeczy papierosek robi…

D.Z.: A gdzie ta keja?! Bo trafiłeś tu z innego grodu?

J.P.: Może sprostujemy od razu: urodziłem się w Sosnowcu, wychowałem się w Bytomiu, a studia ukończyłem na Uniwersytecie Jagielońskim w Krakowie. Pracowałem 3 lata w Bytomiu, a potem przyjechałem do Świnoujścia. Zacząłem pływać po 6 miesięcy w roku i tak minęło 30 lat. A teraz jestem wolnym człowiekiem.

D.Z.: A jak do tego doszło, że muzyka szanty Cię wciągnęła?

J.P.: Ja nie śpiewam szant – śpiewam piosenki o morzu, ballady. Głównie śpiewam o rybakach – 60% tekstów jest o rybołówstwie – to jest najcięższy zawód świata. Myślałem, co to ludzi obchodzi?! Przede wszystkim żeglarze kupili to od razu – bo to jest opowieść o życiu i pracy na oceanie. A potem okazało się, że to cieszy też ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z morzem. Pieśni o morzu i szanty są przede wszystkim ciekawe tekstowo – tam generalnie chodzi o przesłanie, które trzeba zrozumieć. Opowieści te poszerzają szczurom lądowym wiedzę o morzu. Dlatego wydaje mi się, że to śpiewanie ma przed sobą przyszłość. Niektórzy mówią: Poręba, ty zarozumiały głupcze, dlaczego ty się tak przechwalasz?! Jednak co roku jesteśmy w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, jestem honorowym członkiem Jacht Klubu w Nowym Jorku i robię tam szanty. Zawlekliśmy chorobę szantową na drugą stronę oceanu! W tym roku śpiewałem w Centrum Kościuszkowskim w Waszyngtonie, w Konsulacie Polskim w Nowym Jorku, dwa dni śpiewałem z zespołem Stare Dzwony i innymi wykonawcami w Toronto.

D.Z.: Wielu ludzi zna i śpiewa Twoją piosenkę „Gdzie ta keja” – jakie były okoliczności jej powstania?

J.P.: Pracowałem w Oddziale Morskiego Instytutu Rybackiego w Świnoujściu. Czasem szedłem sobie do baru mlecznego i kiedyś jedząc śniadanie na bibułce napisałem słowa „Gdzie ta keja” – na takiej zasadzie, że jem i rozmyślam: wróciłem z rejsu, mam teraz co najmniej pół roku czekania. Powiadam sobie: gdzie ta keja, przy której stoi ten mój statek. Jacht to przenośnia – to był statek rybacki. Później dopisałem: „gdzie ta brama na szeroki świat” – chodziło o to, że w tamtych czasach żeby mieć książeczkę żeglarską, trzeba było co jakiś czas ją odnawiać. Wzywano cię na dywanik i tam zwykle były kłopoty – trzeba było się tam nawywijać w tę i z powrotem.

D.Z.: Za to teraz popularność tego utworu bije wszelkie rekordy – tego nie mogłeś przewidzieć.

J.P.: Jakiś czas temu piosenka „Gdzie ta keja” w ogólnopolskim plebiscycie uzyskała tytuł szanty stulecia, co mi sprawiło dużą radość. Ludzie ją chętnie śpiewają – nie ma w niej nic specjalnego, ani słowa, ani melodia, ani sposób wykonania. Natomiast myślę sobie, że tak jak w tych wszystkich moich piosenkach i tej zabawie w śpiewanie jest czwarta wartość – zjawisko synergizmu – słowa, melodia, wokal, a oprócz tego poszerzanie wiedzy o morzu, jak to naprawdę w tym morzu jest. Moje piosenki pokazują jakie jest to życie na statku, jak się zarabiało pieniądze, jak się zakochiwało, jak się biznesowało, handlowało, jak się przeżywało sztormy, czy jak się łowiło duże ilości ryb, co się odczuwało w kieszeni. I tak bym opowiedział o powodach, dla których to robię. W Morskim Instytucie Rybackim jednym z punktów regulaminu była popularyzacja wiedzy o morzu. Pracując w instytucie po prostu to robiłem i nadal robię.

D.Z.: Jesteśmy tego świadkami, bo dzieje się to na naszych oczach i w naszych uszach!

J.P.: Była kiedyś taka pani Halinka Stefanowska, która napisała książkę „Rozśpiewane morze”. Ona powiedziała mi tak: – Jurek, ty pisz o konkretnych ludziach, o konkretnych Polakach, wymieniaj konkretne imiona. Wszędzie na świecie tak robią – John Kanaka, Joe Smith i wielu innych wymienionych z imienia bohaterów. Dlatego w swoich piosenkach też często tak robię. Chciałbym wam też powiedzieć o moim zadziwiającym odkryciu – zawsze jak jadę na duże festiwale, to śpiewam: „Cztery piwka”, „Jejku, jejku”, „Gdzie ta keja”. Natomiast na tych mniejszych koncertach gdzie jest sto, czy dwieście osób, wykonuję prawie że poezję śpiewaną. Ludzie proszą o takie piosenki.

D.Z.: Potrzebujemy czasem takiego klimatu, nastroju do zadumy.

J.P.: Myślę, że każdy z nas ma jakieś życie wewnętrzne. Śpiewaliśmy kiedyś w Chicago w polskim klubie Lura, w którym śpiewali wszyscy nasi piosenkarze. Klub był pełny tak, że nie było gdzie siedzieć – przed nami było dosłownie 50 cm wolnego miejsca, a w szyby pukało czworo starszych amerykanów, dwie panie, dwóch facetów – wpuszczono ich, ustąpiono miejsca. Siedzieli dwie godziny i do każdej piosenki rytmicznie uderzali w nogę. Trzeba było pogotowie wzywać, ponieważ nie mogli stanąć na dwie nogi jak się koncert skończył.

D.Z.: To znaczy, że zostali zahipnotyzowani. A co ciebie gnało w morze?

J.P.: Życie nasze jest zbiorem przypadków. Nie bez przypadku poszedłem na biologię. Potem pracowałem w szpitalu. Niezbyt to lubiłem, mimo, że byłem dobrze opłacanym pracownikiem. Z prasy dowiedziałem się, że jest miejsce tu, w Świnoujściu. Porzuciłem w ciągu miesiąca szpital, 12 laborantek i laboratorium, gdzie zarabiałem 3 tysiące, a tu dostawałem 1,5 tys. zł jako młodszy asystent. Do tego straszono mnie, że będę musiał pływać w półroczne rejsy, że są choroby morskie, że przez pół roku rodziny nie będę widział. Ja nic nie mówiłem, tylko udawałem, że jestem przerażony, a przecież oczywiście marzyłem o tym. I tu masz drugi przypadek, który sprawił, że się znalazłem w morzu.

D.Z.: Zdumiewające jest to jak bardzo można się przyzwyczaić do morza, a potem trudno się bez tego obejść.

J.P.: To jest ciężka praca – ja się nie bałem pracy. Uznałem, że chcąc mieć szansę w życiu muszę skończyć studia, muszę się nauczyć języków, muszę w czymś jeszcze być dobrym. W moim przypadku była to muzyka, która dawała jakieś większe szanse. W życiu niejeden raz byłem na statkach francuskich, angielskich, niemieckich, amerykańskich – wszędzie tam gitara pomagała mi w pracy zawodowej.

D.Z.: Świnoujście wybrałeś świadomie, mając do dyspozycji cały świat – Toronto, Nowy Jork, Południową Afrykę, miałeś propozycję pracy w Nohant we Francji.

J.P.: Wybrałem Świnoujście z wielu powodów: chodzi mi o przyjaciół, o ludzi, obyczaje, które ja mam, a których bym nie miał gdzieś tam. Musiałbym uczyć się czegoś nowego, co mi się nie podoba albo często napełnia mnie obrzydzeniem. Taki jest świat, jakim go sobie chcesz wybrać. Nie jesteś do niczego zmuszony. Lubię żyć tutaj, w moim domku w Lubiniu, na klifie. Lubię spuścić sobie łódkę na wodę, połowić sobie sandacza, na węgorza się zasadzić, to znowu w nocy skoczyć do wody, wyleźć, wrócić do domu, zjeść śniadanko i sobie odpocząć. Zawsze byłem leniwy więc pozycja naukowca na statku była najlepsza, bo nikt mną nie rządził. Kapitan mną rządził tylko wtedy jak był sztorm i trzeba było iść do szalup. Sam wybierałem czas, w którym pracowałem. Było to minimum 16 do 18 godzin – 8 godzin przeznaczałem na sen. Ale było to tak ciekawe, że ta praca była dla mnie przyjemnością. I to jest najlepsze wyjście w życiu: znaleźć taką pracę, która się wydaje rozrywką.

D.Z.: Bardzo dobra puenta na koniec – dziękuję za rozmowę!

Tymczasem Jurek odpłynął – tym razem w ostatni rejs… Cytując piosenkę: „gdzieś tam – na krańcach wielkiej wody; gdzie giną ludzkie drogi; gdzie siedzi stary, siwy Bóg – jest dom naszych wszystkich dusz”.

Fot. Radek Dobke

Wywiad przeprowadziłem w 2013 roku na otwarciu sezonu żeglarskiego w Świnoujściu w Porcie Jachtowym, od września 2021 roku noszącym imię Jerzego Porębskiego. Z Jurkiem Porębskim zagrałem jeszcze gościnnie (na akordeonie) podczas jego ostatniego koncertu w Keja Bar świnoujskiego Hotelu Trzy Wyspy.

z Jerzym Porębskim – rozmawiał Daniel Zyzik

____________________________________________________________________

Daniel Zyzik – ur. 1978 r., mieszka w Świnoujściu, muzyk; z żeglarstwem oraz z tematyką szantową zetknął się na scenie muzycznej grając z innymi wykonawcami tego nurtu.

Alicja Farmus: „Knaga” z Kanady

A właściwie knaga z Toronto w prowincji Ontario, w Kanadzie. Co to jest knaga to każdy żeglarz wie. Co to jest knaga każdy nie-żeglarz może sobie zobaczyć googlując słowo „knaga”. Ale to nie o knagę wyprodukowaną w Kanadzie chodzi, choć zapewne taka wyprodukowana w Kanadzie byłaby o niebo solidniejsza niż ta tania, chińskiej roboty, ogólnie dostępna. Upraszczając: knaga to coś do czego owija się liny elastyczne, aby nimi przyłączyć coś do czegoś, czyli coś przy czymś zacumować. Proste?

Mniej proste jest jeśli mieszka się w Toronto, bo to łączenie i cumowanie jest utrudnione. Szacuje się, że w Toronto i okolicy mieszka około 200 tys. Polaków i Kanadyjczyków polskiego pochodzenia. Po to aby utrzymać się na powierzchni i nie zatonąć w tyglu wielu społeczności kanadyjskich potrzebne jest utworzenie wielu punktów zaczepienia lin i połączń przerzuconych przez Atlantyk do Polski. Służą do tego solidne knagi. Są wśród nas w Polonii różni ludzie, tak jak i w Polsce. Zdarzają się też żeglarze, a wiadomo, dusza żeglarska odwiecznie ciągnie na morze. Ukształtowanie terenów w północnym Ontario jest wynikiem tych samych zlodowaceń co ukształtowanie Mazur, czyli Ontario to takie pojezierze mazurskie, tylko znacznie rozleglejsze, bo wszystko w Kanadzie jest duże. Wystarczy popatrzeć na mapę, aby dostrzec, że odległość z jednego końca Kanady z prowincji nad Atlantykiem (Nowa Funlandia i Labrador, Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik i wyspa Świętego Edwarda) do drugiego końca Kanady (Kolumbia Brytyjska) nad Pacyfikiem jest dłuższa, niż odległość z Toronto to Polski. Tak, to przestrzeń i niezliczone akweny przypominające nasze kochane Mazury są wymarzonym placem zabaw dla żeglarzy i innych adeptów sportów wodnych. Wielu z nas wiatry zagnały do Kanady. Tęsknota za żeglowaniem, wspomnienia niezapomnianych rejsów i chęć posłuchania opowieści morskich przy kuflu dobrego piwa skrzyknęła podobnie myślących pozytywistów i ponad 25 lat temu założono w Toronto Klub Żeglarski „Biały Żagiel”. Nasi żeglarze zacumowali swoje łódki w portach południowego Ontario. Z czasem wypracowano szereg cyklicznych spotkań i regat (w tym regaty o Puchar Ambasadora RP), szkolenia żeglarskie, słynne na całą okolicę bale kapitańskie, wspólne otwarcia i zamknięcia sezonu. Sezon w Ontario jest podobny do polskiego, takiego na przykład z Mazur. Wkrótce po założeniu klubu żeglarskiego, zimą brać żeglarska schodziła się, żeby opowiadać morskie opowieści, zjeść po żeglarsku, napić się rumiku (jak ten trunek pieszczotliwie nazwano) i pośpiewać. Spotkania te przeistoczyły się w zimowe miesięczne spotkania szantowe w „Tawernie pod Wrakiem”. Kiedy plucha za oknem, śnieg prószy, dnia prawie nie ma, a początku sezonu żaglowego jeszcze nie widać, to spotkać przy szantach się chce. Te szantowe spotkania przerodziły się w 2002 roku w festiwal szantowy z przeglądem i konkursem na najlepszy zespół i wykonawcę. To właśnie ten festiwal szantowy został nazwany „Knaga” – bo łączy to co polskie z tym co polonijne, Mazury z Ontario, starych wilków morskich z młodymi adeptami sportów wodnych, całe rodziny, i wszelakiej maści chętnych do spędzenia śpiewanego wieczoru i bycia razem.

Jednym z pierwszych laureatów „Knagi” został zespół szantowy „Roztopiony Smalec”, prowadzony przez lidera ruchu szantowego w Kanadzie ś.p. Boba Sarnę, zaś jednym z pierwszcyh laureatów festiwalu został Arek Wlizło, który tym knagowym torontońskim trofeum rozpoczął swoją szantową karierę na wielu festiwalach w Polsce (między innymi słynny festival „Shanties” w Krakowie), w Kanadzie, w Stanach, oraz żeglując po wodach i oceanach niemalże całego świata. Kiedy gwiazda Arka Wlizło wznosiła się w Polsce, festiwal „Knaga” w Toronto dostał zadyszki i zwolnił biegu. Ale… Pozostali fani szantów, żeglarstwa i dobrej zabawy nie zapomnieli dobrych chwil, bo dobrych chwil się nie zapomina i tylko o takich pamięta w świecie żeglarskim. W roku 2018 festiwal Knaga został reanimowany, głównie dzięki wysiłkom organizacyjnym Lesia Bieńczyka i Krzysia Kotusa. Również sformalizował się zespół szantowy przy klubie przyjmując nazwę „Shanty, shanty & all that Jazz”. Zespół prowadzi znakomity muzyk akordeonista Jurek Janiec, poszerzając horyzonty i muzyczne umiejętności członków zespołu, muzyczną wiedzę teoretyczną. A plany zespól ma szerokie: przygotować kompilację szant kanadyjskich i je rozpropagować w świecie.

Obecnie zespół występuje w składzie:

Józef Aleksandrowicz – patronat, dostęp do sali, prezes Gminy 1-szej, Związku Narodowego Polskiego w Kanadzie, przy 71 Judson, w Toronto

Lesio Bieńczyk – główny koordynator i animator

Jurek Drozdowski – gitara, śpiew

Alicja Farmus – chórek, dziennikarka

Beata Gadowska – asystentka koordynatora, PR

Jurek Janiec – akordeon, kierownik muzyczny

Janusz Jankowski – gitara, właściciel Thompson Marine

Krysia Kantor – chórek

Małgosia Kłys – solo, chórek

Krys Kotus – solo, gitara, ukulele

Kasia Karbowniczek – gitara basowa

Bogusia Łysenko – solo, gitara

Janusz Polak – solo, gitara, ukulele, komandor Klubu Biały Żagiel

Gosia Prusińska – chórek

Magda Stoch – chórek

Wiesiek Szczepaniak – instrumenty perkusyjne

Marian Ziomek – saksofon sopranowy (gościnne)

Działalność szantowa jest coroczne wzmacniana przez szantowe jamboree w przystani Thompson Marine na północ od Toronto (3.5 godz jazdy samochodem), nad zatoką św. Jerzego (Georgian Bay) jeziora Huron. Właścicielem Thompson Marine jest czołowy muzyk (gitara) zespołu Janusz Jankowski – kapitan z Polski osiadły od lat w Kanadzie i od dawna zakotwiczony nad Georgian Bay. Nie ma drugiego takiego, kto znałby każdą skałę w zatoce (a zatoka jest bardzo rozległa) lepiej od naszego kapitana. Odbywające się w przystani Thompson Marine szantowe spotkania są połączone z rejsami po niezwykle malowniczej zatoce świętego Jerzego (Georgian Bay). W zlotach biorą udział właściciele jachtów dokujących w marinie, przyjezdni żeglarze, jak i szanciści i szancistki z różnych stron Kanady, Stanów i Polski, oraz różni inni. Jeśli chcecie dołączyć to Thompson Marine jest jak knaga łącząca i przygarniająca wszystkich (oczywiście po ustaleniu z Jasiem, właścicielem, wolnych miejsc do zakotwiczenia i noclegów).

Jeśli ktoś będzie w Toronto, bądź w okolicy, to zapraszamy. Zapraszamy również po sezonie żeglarskim w 2022, na cykl posezonowych comiesięcznych spotkań w „Tawernie pod Wrakiem”, gdzie można po żeglarsku i zjeść, i wypić, posłuchać ciekawych opowieści wilków morskich, oraz posłuchać torontońskiego zespołu szantowego, a i samemu pośpiewać – wspólnie, albo zaprezentować się przy otwartym mikrofonie. Lokalna kapela szantowa przygotowuje przegląd szant kanadyjskich, bo to nie może być, aby nie chwalić swego. Zbyt często szanty kanadyjskie giną w ogólnym worku szant, tak jak na przykład szanta „I’m alone” („Jestem sam”) o przemycaniu do Stanów kanadyjskiej whiskey w czasie prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Przyjemnie też posłuchać lokalnych morsko-jeziornych opowieści, spotkać nieustraszonych żeglarzy (wielu z nich pływało po niezliczonych wodach świata, i wielu opłynęło kulę ziemską – niektórzy wielokrotnie) a przede wszystkim pośpiewać i poszantować z ludźmi o bratniej (niespokojnej i kolorowej) duszy. Lokalny zespoł szantowy robi duże postępy. Jeszcze trochę prób i lekcji teorii od maestro Jurka a wyląduje na jakimś festiwalu w Polsce – marzyć zawsze jest dobrze, nie? Marzenia otwierają horyzonty. W roku bieżącym (2022) w maju, po dwuletniej wymuszonej ciszy covidowej, odbyła się kolejna edycja festiwalu szantowego „Knaga”. Tym razem z gośćmi z Polski: zespołem „Nierobbers” z Elbląga. Takie odwiedziny szantymenów z Polski stały się już tradycją na polonijnym nieboskłonie Toronto. W ramach cyklu „Z morza w krainę łagodności” dwa razy do roku, Arek Wlizło zaprasza najlepszych z Polski na tournee po Kanadzie i Stanach.

XIII Festiwal „Knaga” 2022 bardzo się udał, pełna sala fanów morskiego śpiewania jest doskonałym dowodem na potrzebę takiej formy muzyki. Oczywiście nagrody były w postaci knagi. Organizatorzy zadbali, aby każdy z uczestników dostał wyróżnienie w formie knagi i dyplomu. Równocześnie zapoczątkowany został cykl szant kanadyjskich, bo jedna z członkiń zespołu Bogusia Łysenko z córką Kasią zaprezentowały szantę kanadyjską „Fisherman’s Son” („Syn Rybaka”) zespołu „The Rankin Family”, oraz własną kompozycję o żeglarzach z torontońskiego klubu żeglarskiego „Biały Żagiel”.

Bogusia i Kasia Łysenko Fot. z arch. A. Farmus

I tak to knaga nie tylko cumuje, ale i łączy: łódka do łódki, Mazury z jeziorami Ontario, szanty polskie z szantami kanadyjskimi. Co? Dalej nie wierzycie, że mamy szanty kanadyjskie? Jak się spotkamy to wam zaśpiewamy. A najlepiej to przyjeżdżajcie do nas, to nie tylko razem pożeglujemy, połowimy ryby, uraczymy was chlebem ze smalcem i najlepszymi na świecie ogórkami kiszonymi od Tymka. A i na ząb coś ostrzejszego się znajdzie, no i przede wszystkim pośpiewamy o radościach i tęsknotach wilków morskich zakodowanych w muzyce szantowej, którą tylko ludzie o szczególnej wrażliwości emocjonalnej są w stanie zrozumieć i pokochać. „Knaga” z Kanady jest takim narzędziem uwalniającym te łączące nas emocje. „Knaga” łączy Mazury z Ontario, Bałtyk z Wielkimi Jeziorami Kanadyjskimi, Polaków rozsianych po całym świecie. Szanty zaś pomagają nam, abyśmy się całkiem nie pogubili w nawigacji po oceanie życia.

Alicja Farmus – członek Klubu Żeglarskiego „Biały Żagiel” w Toronto.

________________________________________________________________________________________________________________

Alicja Farmus – pochodzi z Górnego Śląska, absolwentka socjologii (UJ) oraz informatyki (University of Liverpool), obecnie mieszka w Toronto (Ontario, Kanada). Pracowała jako IT project manager (pmp designation) w rządzie Ontario. Obecnie zarządza projektami szczebla federalnego Kanady. Pełniła wiele funkcji w organizacjach polonijnych, między innymi była prezesem Kongresu Polonii Kanadyjskiej – Okręg Toronto. Oprócz żeglarstwa, swoje zainteresowania kieruje w stronę kajakarstwa (canoe, kandyjki), głównie na akwenach Ontario. Członek polonijnego klubu żeglarskiego w Toronto „Biały Żagiel” oraz grupy szantowej „Szanty, szanty & all that Jazz”.

Ludomir Mączka: Listy z Afryki

Niespodziewanie odnalazły się kolejne listy Ludomira Mączki. Z dalekiej Florydy, od Kazimierza Robaka do redakcji Zeszytów Żeglarskich dotarło trzynaście scanów listów (trzy listy) wysłanych przez Ludomira Mączkę do bliskiego kolegi (i do jego żony, a czasami również i do córki), jeszcze z czasów żeglarskich poprzedniej dekady w szczecińskim, akademickim klubie żeglarskim. Z głębi afrykańskiego lądu, z Zambii, znad Mkushi River, gdzie Mączka prowadził prace geologiczne w ramach zawodowego kontraktu z firmy Polservice (praca w rządowej służbie geologicznej – Geological Survey Department of Zambia), listy dotarły do nadawcy – do dr inż. Bogdana Fijałkowskiego w Krakowie. Ponieważ niejednokrotnie w końcówce listów Mączka robił uwagę o przekazaniu ich do innych przyjaciół, znajomych, więc listy zazwyczaj krążyły w kręgu osób związanych ze znanym i już wówczas obrosłym legendą żeglarzem-geologiem. Kilka listów ostatecznie trafiło do Ludkowego kolegi – jeszcze z czasów szczecińskiego żeglarstwa – teraz mieszkającego w Kołobrzegu, do Izydora Węcławowicza, a stamtąd, w postaci scanów, na Florydę do znanego w światku żeglarskim, również w kręgu „Pogoriowym”, Kazimierza Robaka, który bez chwili wahania podzielił się z nami niecodzienną przesyłką. (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

MKUSHI River, 7 II 69

Kochane Fijołki!1

Dziękuję za życzenia świąteczne. Zostały dosłane do Lusaki. Żałuję, że nie udały się hulanki w Krakowie, ale kochany szefunio2 przytrzymał mnie omalże do końca, a w ogóle to robił co mógł aby tak cennego pracownika nie stracić na te kilka lat, co zawsze będę miał we wdzięcznej pamięci. Tutaj teraz mam już taką Afrykę na co dzień. W tej chwili siedzę względnie leżę w namiocie – ????, na łóżku polowym, przed namiotem stoi Landrover i pada deszcz, taki nasz jesienny, tylko że nie o szyby, ale bębni o tzw. tutaj flysheet – chyba u nas „tropik”. Widzicie, jeszcze nie umiem po angielsku, a już sobie język psuję. Czekam tylko kiedy moi Afrykanie zaczną kląć po rusku. Babrzę się tutaj w błocie i mokrej trawie za jakimiś glinami. Wróbel3 – ten kolega, jak może tak mi tutaj prostuje ścieżki, ale bez niego tobym tutaj między Anglikami i Afrykanami marnie zginął. Od 20 I się usamodzielniłem. Wywiózł mnie do tego MKUSHI i zostawił. Z literatury to tutaj mam słownik mały angielski, rozmówki ang.-polskie i ang.-hiszp. i krótką ruską petrografię oraz kilka opracowań z tego terenu. Na drugi raz nakupię sobie takich podłych westernów, które tutaj w sklepach spożywczych można dostać.

Z egzotyki to owszem – tranzystorowe radia, rowery, chałupy z blachy falistej, lepianki z błota, te są chyba jak za Livingstona. Muzyka egzotyczna przez radio. Radiotelefon którym mogę co drugi dzień gadać z Lusaką. Widziałem już gówno słoniowe – tutaj elegancko to się mówi – elephant droppings. Muchy tse-tse, ponoć nawet wachtman ubił mi przed łóżkiem węża, ale w to nie bardzo wierzę, bo nie widziałem, a on go ponoć spalił, zresztą nie każdy jest zaraz jadowity. Ponoć gorsze to te różne drobne france afrykańskie, jakieś bilhorzy (bilharcjoza – przyp. red.), ameby itd, bo ostatecznie krętek blady tak łatwo się nie przenosi, bo nie siedzi w ziemi ani w wodzie. Tutaj, gdzie jestem to właściwie jest cywilizacja. Taki prawdziwy bush to coś jak zapuszczony park, ale ciągnie się jak morze, tutaj trzeba chodzić z kompasem po bushu. Widziałem koło Kafue National Parku, z samochodu, z góry – morze zieleni bez kresu. Temperatura całkiem miła jak słońce jest za chmurami, jak grzeje bezpośrednio to owszem jest ciepło, ale można spokojnie to przeżyć. Zmrok się robi o wpół do siódmej, a o siódmej już ciemno.

Muszę być anemiczny, bo spałbym po 12 godzin na dobę i mam apetyt. Gotuję sam na ogniu. Co dzień kąpiel w gotowanej wodzie, (bo franca czuwa) chyba że deszcz pada. Mam taki ocynkowany cebrzyk do kąpieli, dookoła niego płotek z trawy, dalej klozecik też, przykryty ziemią dołek z dziurką i płotek, aby nikt nie przeszkadzał. W ogóle to mój stan sanitarny jest bardzo wysoki, w porównaniu z Mongolią4. Ale krajobrazowo i przygodowo to Mongolia była niepodważalna, chyba tylko Andy mogą się z nią równać. Łączę pozdrowienia. Za trzy lata liczę na „melodie cygańskie”. Co u Was ciekawego?

Ludomir

____________________________________

1 „Fijołki” – Czesława i Bogdan Fijałkowscy, również ich córka Magda; Bogdan – kolega Ludomira Mączki z czasów żeglarskich w szczecińskim azs, znany żeglarz akademicki, kapitan jachtowy.

2 Wyjeżdżając na kontrakt do Afryki Ludomir Mączka był pracownikiem szczecińskiego oddziału Instytutu Geologicznego (Warszawa), Pracownia Geologii Wybrzeża.

3 Wróbel – Jerzy Wróblicki, geolog, kolega Ludka ze studiów we Wrocławiu; ściągnął Ludka do Zambii, był tam jego szefem; zmarł w Afryce.

4 Mongolia – Ludomir Mączka przebywał w ramach Polskiej Ekspedycjii Geologicznej w Mongolii w latach 1962-1963; pracował w grupie rekonesansowej i potem w grupie hydrologicznej.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ludomir Mączka o afrykańskich zwierzętach w Zambii (fragment wywiadu z Ludomirem Mączką):

Wdziałem lamparta. Jak się siedzi w Landroverze to widać jak tak dwa metry od samochodu stoi czarny kot. Dzikie zwierzęta jak nie są głodne to nie mają pretensji do ludzi. Kiedyś wjechałem w całe stado takich niby szakali, niby hien – huntingdogs. Tak ze trzydzieści sztuk. Obwąchały samochód i przeszły dalej.

Widziałem żyrafy, słonie, nosorożce. Tym trzeba było ustępować. Nosorożec ma krótki wzrok. Kiedyś jechałem i na takiej ścieżce leżał, myślałem, że słoń, a to był nosorożec. Tak pięćdziesiat metrów od nas. Taki nosorożec ma ze dwie tony, jak się podniósł, to tak z pół metra wystawał nad maską Landrovera. …trochę strach… ale po to pojechałem do Afryki…

Ludomir Mączka

________________________________________________________________________________________________________Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Wodna pielgrzymka z Lizbony do Atalaia.

Od wieków w Portugalii, w środowisku żeglarzy, była bardzo popularna, ale i poważana, traktowana z należytym, religijnym szacunkiem i pobożnością ceremonia na wodzie zwana pielgrzymką z Círio de Oeiras do Matki Boskiej w Atalaia (Peregrinacao do Cirio de Oeiras a Senhora da Atalaia).

Figurka Matki Boskiej (Nossa Senhora da Atalaia) na dziobie klasycznej, typowej dla tutejszego szkutnictwa łodzi żaglowej, oczywiście z łacińskim ożaglowaniem, przytym kolorowe chorągiewki rozpięte na takielunku, no i niezwykle barwne wymalowania kadłuba – oto czoło wodnej pielgrzymki prowadzi dużą grupę łodzi żaglowych do Montijo (w rozlewiskach rzeki Tag na jej lewym brzegu, po drugiej stronie Lizbony). Potem żeglarze przenoszą tę figurkę w rytmie rozśpiewanej pielgrzymki, już na lądzie, do sanktuarium maryjnego.

W tym roku odnowiono tę wielowiekową tradycję. Po ponad stuletniej przerwie powrócono do tej niecodziennej, marynistycznej tradycji. Na prezentowanych fotografiach można podziwiać piękne, religijne wydarzenie, niezależnie od własnych przekonań religijnych.

Fotografie: Zelia Silva – w posiadaniu archiwum Towarzystwa “Ancoras”(ANCORAS – Associacao Nautica Classicos de Oeiras). Autoryzacja: Carlos Alpedrinha Pires.

Com os melhores cumprimentos.

Mariola Landowska, maj 2022

F O T O Zelia Silva

www.mariolalandowska-art.com

________________________________________________________________________________________________________Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Jan Lechoń: Na śmierć Conrada

Twój ojciec też miał pogrzeb wspaniały i chmurny,

Szli za nim mrocznym miastem dostojni i prości,

O bruk stukały buty jak greckie koturny,

I wiedli go z niewoli do wiecznej wolności.

…….

Mową twardą i prostą, chropowatą mową,

Mówili doń Polacy i cicho płakali,

Nakryli go ojczyzną, jak czapką wojskową,

A później się rozeszli i bili się dalej!

….

A teraz ciebie wicher zaświatów ogarnia,

I ten tułacz bezsenny, zorany przez blizny,

Twój ojciec tam cię woła językiem Ojczyzny,

Gdzie wszystkim świeci morzom ta sama latarnia.

….

Z tomiku wierszy Jana Lechonia: Lutnia po Bekwarku, Londyn, 1942.

____________________________________________________________________

Jan Lechoń – ur. 1899, Warszawa – zm. 1956, Nowy Jork; poeta, prozaik, współtwórca grupy „Skamander”.

20 lat temu …

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Antoni Jerzy Pisz: aaaaaaaaaaaaaa A R T Y K U Ł Y
Była złota jesień. Pamiętasz „Lolo”? – niegdyś czas wypraw do bezpańskich sadów na Świętą po śliwki i na jabłka do Marysina, czas wieczornych ognisk ze śpiewami przy gitarach i mandolinie „Jaworka” – Krzysia Jaworskiego. A jeśli niosły się po wodzie dzwięki walca Brahmsa, gdzieś w pobliżu był Feluś Wodzyński ze swoją okaryną. Nie skażone Dąbskie z tamtych lat pozostanie zawsze bliskie sercu, tu przecież niezdarnie raczkowaliśmy pod żaglami, tu też rodziły się niewinne żarciki. Nowicjuszowi, szukającemu wody w kabinie, radziło się: wyjdź na pokład, z lewej burty do mycia, do picia – tylko z prawej. Zapach pokostu przypomina jachty, których dawno już nie ma. Sypialiśmy w nich przykryci nagrzanymi w słońcu bawełnianymi żaglami na twardych deskach koi wymoszczonych cienkim kocykiem – nie zamieniłbym ich na łoże królewskie...
_____________________________________________________________________________________________
Ludomir Mączka: ………………………….. L I S T Y: z Afryki
Z egzotyki to owszem – tranzystorowe radia, rowery, chałupy z blachy falistej, lepianki z błota, te są chyba jak za Livingstona. Muzyka egzotyczna przez radio. Radiotelefon którym mogę co drugi dzień gadać z Lusaką. Widziałem już gówno słoniowe – tutaj elegancko to się mówi – elephant droppings…
______________________________________________________________________
Mariola Landowska: ……………………… K O R E S P O N D E N C J E: z Lizbony
Od wieków w Portugalii, w środowisku żeglarzy, była bardzo popularna, ale i poważana, traktowana z należytym, religijnym szacunkiem i pobożnością ceremonia na wodzie zwana pielgrzymką z Círio de Oeiras do Matki Boskiej w Atalaia (Peregrinacao do Cirio de Oeiras a Senhora da Atalaia)…
______________________________________________________________________________
Anna Kaniecka-Mazurek: ………………………….. R E C E N Z J E
Małżeństwo z żeglarką – Ewą de domo Kopczyńską i przyjaźń z Ludkiem – chyba miały bardzo szczególny wpływ na Wojtka. Ewa była dobrym duchem, pozwalała wypływać, ale też przyzywała niczym syrena, więc zawsze wiedział gdzie wracać…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

G A L E R I A

Z emaila Zbigniewa Kosiorowskiego do Zeszytów Żeglarskich, marzec 2022:

Rzecz dotyczy dwóch rocznic: 87-lecia Jurka Tyszki z Węgorzewa i 70-lecia Klubu Morskiego w Węgorzewie, którego Jurek jest komandorem. O Tym pierwszym napisałem w „Przeglądzie Dziennikarskim”; rzuć okiem na: https://przegladdziennikarski.pl Załączam Ci do tego „obrazki” wykonane przez Jerzego z humorem, darowanym Mu przez Stwórcę. 70-lecie klubu Jurek też z żartem potraktował…

Zachęcony, zajrzałem do Przeglądu Dziennikarskiego:

Wokół Uskrzydlonych Marzeń Jerzego Józefa Tyszki

Przez Zbigniew Kosiorowski23 marca 2022

Obecnie ma 87 lat i nie przestaje marzyć. Jego kolejne akwarele i grafiki, szczególnie te z ostatnich miesięcy 2021 roku, które – „izolowany od życia” – spędził w szpitalach, tego właśnie dowodzą. Są wyrazem upartej dążności Jerzego Józefa Tyszki ku metaforycznemu morzu, zrozumieniu istoty żywiołu pełnego treści oraz wypowiedzeniu choć części bogactwa Wielkiej Wody ołówkiem, pędzlem, piórkiem, żartem i okolicznościową anegdotą. Wszak istotą morza jest życie. I w sztormach, i wtedy gdy drzemie. Kiedy niesie klipry pod żaglami w stronę terra incognita i gdy łączy kontynenty oraz ludzi, a także gdy pomaga oddzielić odważnych od szmondaków…

Polecam ciąg dalszy w: https://przegladdziennikarski.pl/wokol-uskrzydlonych-marzen-jerzego-jozefa-tyszki/

Galeria obrazów Jerzego Tyszki

Fregata HMS Warrior
Brygantyna, s/y Głowacki
Szkuner Ward Jackson z pomocniczym silnikiem parowym
Trzymasztowy szkuner gaflowy, Kapitan Borchardt.
Bark trzymasztowy, Lwów.
Kecz, Maria

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F O T O

(fotografia powiązana z korespondencją z Lizbony)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie AM-JKLUZy2oOF7mPBsxy8rzJVWXdYJKe-Rprshj36K7KFwvFSnrDfGVAchK4okKaziT4Mnrst-UlTWUlnPFXAGM89_5h1tw4YL-xOsEavGgOtURwysGQOps2F20c_F83I4uV5pXGaadVT1OP2tP6-2r55K19Zww912-h763-no.jpg

Pod latyńskich żagli cieniem… Sob a sombra das Velas Latinas… Fot. Zelia Silva

(zs): 20 lat temu…

Dwadzieścia lat temu, w maju 2002 roku, ukazał się pierwszy numer Zeszytów Żeglarskich.

Przypominamy zawartość tamtego numeru.

Okładka

* * *

Maria Gerlach: Wyjście z Reykjaviku – noc z 10 na 11 czerwca 1959 roku.

(fragment)

Porobiliśmy już wszelkie naprawy w takielunku, ja wyłatałam wszystkie żagle, wzięliśmy świeżą wodę do baków. Zapasy chleba, zresztą obrzydliwego (w smaku przypominał watę) były uzupełnione. Mieliśmy zamiar wyjść z portu o wysokiej wodzie czyli o 12-tej w nocy.

Cały dzień trwały odwiedziny gości, nasz przyjaciel Johansen przyniósł cały komplet nowych map zatoki Faxafloi i wybrzeży zachodnich oraz południowych Islandii. Odwzajemnilismy sie mu ćwiartką spirytusu co zostało przyjete z zadowoleniem jako, że Johansen juz nieraz wczesniej sprawdzał u nas smak polskiej wódki. Prognoza pogody podana nam przez Johansena była zachęcając, wiatr 2-3 stopni Beauforta z kierunkó NNE ku E, a więc wszystko grało.

O godzinie 12-tej w nocy oddaliśmy cumy i na pełnych żaglach wylawirowaliśmy z basenu rybackiego. Tu i ówdzie z kutrów i ze statków żegnali nas marynarze podniesieniem dłoni lub okrzykiem. Przykro nam było opuszczać to miasto i kraj z uczuciem, że wrócić tu będzie bardzo trudno. Jeszcze raz w odwrotnej kolejności ukazywały nam sie fiordy, wyspy, skały i góry, wszystko pogrążone w ciszy i blasku jasnej nocy polarnej. Po pewnym czasie niebo zachmurzyło się, zaczął padać deszcz, brzegi Islandii znikły nam z oczu i znów zostaliśmy sami. Wiatr, który z początku odpowiadał prognozie zaczął teraz gwałtownie tężeć. Kiedy o 6-tej rano wyszliśmy z Tomkiem na wachtę morze było silnie wzburzone, barometr gwałtownie spadał, jednym słowem zanosiło się na porządny sztorm. Wyszliśmy już z zatoki Faxofloi i należało teraz wziąć kurs SW tak by od południa ominąć 60-cio milowy pas raf i skał ciągnący się na południowy zachód od półwyspu Reykjanes. Jego początek oznacza duża skała o nazwie Eldey. Płynąc do Reykjaviku mieliśmy korzystny wiatr, przeszliśmy więc wąskim przejściem pomiedzy półwyspem Reykjavik a Eldey zyskując przy tym około 100Mm i dopiero w Reykjaviku dowiedzieliśmy się o złej sławie tego przejścia, wielu nie oznakowanych skałach i silnych prądach. Teraz jednak mając bogatszą wiedzę o tym akwenie postanowiliśmy ominąć go od południa. Tymczasem wiatr skrecił na SE i wzmógł się do 8 stopni Beauforta przy wskazaniu barometru 995 milibarów. Zwineliśmy więc żagle pozostawiając tylko apsel i zaczęliśmy sztormować w kierunku W

* * *

Bogumił Pierożek: „Witeziem” dookoła Wielkiej Brytanii.

(fragment)

„Witeź” powrócił właśnie z dużego rejsu do Islandii, a my od razu przystępujemy do organizowania nowego, dookoła Wielkiej Brytanii. Głowimy się jak to zrobić, by zmieścić się w czasie, jaki nam narzucają urlopy, a cała planowana trasa wynosi około 4000 Mm. „Witeź II” nie ma silnika i jest jachtem raczej nie za szybkim. Zakładam, że w najlepszym wypadku i przy korzystnych wiatrach jacht może zrobić średnio 80 Mm na dobę, to znaczy, że rejs może potrwać około dwóch miesięcy. Studiując mapy i locje po długich medytacjach dochodzę do wniosku, że skrócenie całej trasy jest konieczne, a możliwe jedynie przez przecięcie Szkocji. Druga możliwość, to przejście Kanałem Kaledońskim ze słynnym „potworem z Loch Ness”, trasa turystycznie bardzo ciekawą, a to już jest „coś”…

* * *

j.kpt.m. Bogumił Pierożek Gliwice, dnia 14.10.1959 r.

SPRAWOZDANIE

(fragmenty)

I. Skład załogi jachtu: 6 osób, w tym dwie kobiety.

II. Trasa rejsu.

Zamierzona trasa rejsu przewidywała opłynięcie Wysp Brytyjskich począwszy od portu Hull w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara…

III. Warunki meteorologiczne w czasie rejsu.

W czasie rejsu warunki meteorologiczne układały się w zasadzie pomyślnie, chociaż przebieg pogody był zupełnie niezgodny z danymi podawanymi przez lotsje przepływanych akwenów. W czasie trwania rejsu utrzymywała się pogoda wyżowa – najniższe notowane ciśnienie barometryczne wynosiło 1011 mb, najwyższe 1036 mb… Siła wiatru przeciętnie wahała się w granicach od 0-3 Be, jedynie w ciągu 8 dni siła wiatru wynosiła 5-9 Be…

V. Stan techniczny jachtu „Witeź II” był zadowalający, chociaż moim zdaniem jednostka tej wielkości bez silnika pomocniczego nie nadaje sie do żeglugi po akwenach, gdzie są silne prądy pływowe…

X. Ciekawsze spostrzeżenia żeglarskie.

Rejs pod względem nawigacyjnym niezmiernie trudny i ciekawy. Moim zdaniem jachty wyruszające na akweny gdzie są silne prądy pływowe powinny posiadać silnik.

Przy dłuższych rejsach na małych jachtach niewskazany jest udział kobiet w załodze

Bogumił Pierożek

E P I L O G – relacja członka uratowanej załogi.

… Szwedzi zabrali nas do swego mieszkania, poczęstowali kolacją i ułożyli do snu. Dla reklamy swojej firmy zawiadomili prasę. Gdy leżeliśmy już pokotem na materacach, zobaczyliśmy flesze fotoreporterów błyskające w naszym kierunku. Rano przyjechało po nas dwóch pracowników konsulatu polskiego ze Sztokholmu. Widząc, że oprócz modnych wówczas w naszym światku żeglarskim ruskich kufajek, a na nogach gumiaków, nie mamy nic, zawieźli nas do domu towarowego. Tu każdego ubrali w koszule „non iron”, buty, spodnie i wiatrówkę. Następnie zawieźli do taniego hotelu, wyjęli z samochodu pięciokilową puszkę polskiej szynki i litr wyborowej. Zaczęła się „szczera” rodaków rozmowa. Dali nam też po parę koron na życie. Kupowaliśmy wspaniałe szwedzkie mleko i bułki, i tak żyliśmy kilka dni spędzając noc w hotelu, a dzień w konsulacie na spisywaniu rozlicznych sprawozdań z rejsu, awarii, itd. Po kilku dniach zabrał nas do Szczecina polski statek „Nysa”. Tak zakończył się nasz pamiętny rejs. Szkoda tylko pięknego i dzielnego jachtu jakim był „Witeź II”…

Ryszard Jaroszek

* * *

Mariola Grablewska: Korespondencja z Portugalii

(fragment)

W takim kraju jak Portugalia, przyklejonym do zimnego Atlantyku, ludzie też żeglują. Problemem jest znalezienie odpowiedniego miejsca do wybudowania mariny. Fale uderzają dość mocno przez większą część roku. Latem przy ciepłym i silnym wietrze, a zimą z furią i płaczliwą melodią opowiadają swoje historie. Czy człowiekowi chce się mieć jacht w takich warunkach? Jeśli stać go, to ma i spędza czas w takiej marinie jak w Cascais…

* * *

Mariusz Zaruski: U brzegów Lizbony

(fragment)

W miesiąc, pomnę lutym (u nas zima jeszcze)

Za rufą nam została cieśnina Kanału.

Ocean był burzliwy, na przemian szły deszcze,

Więc czas sie wlókł w podróży mozolnie, pomału….

Mariusz Zaruski

* * *

Wincenty Pol: Na wyspie

(fragmenty)

Poniżej Fidychowej zaczyna się Odra dzielić na odnogi. Lewa odnoga zatrzymuje nazwisko Odry, a prawa na przestrzeni aż do miasta Greifenhagen Żurawiem jest zwaną, a w dalszym biegu Wielką Ryglicą i wpada do Damskiego Jeziora, w południowym jego zakończeniu.

Dalej jeszcze płynie Odra wzdłuż zachodnich brzegów tego jeziora i pogrąża się w nim niżej dopiero czterema odnogami, z których trzy pierwsze: Mała Ryglica, Parnica i Duńczyca, ku wschodowi wykręcone, do Damskiego Jeziora wpadają naprzeciwko miasta Dam, a czwarta, raz jeszcze rozdzielona, poniżej z osobna do tego jeziora uchodzi.

Na rozwarciu tych ramion leży tak zwane Szczecińskie Bagno, które jednakowoż nie należy do rodzaju ziem żuławskich.

W okolicy miasta Pelic, przebrnąwszy Jezioro Damskie, zbiera znowu Odra swe wody na chwilę z wodami jeziora pospołu w szerokiej szyi, a następnie, po Wielkiej i Małej Zatoce Szczecińskiej rozlana, styka się ona między Ujściedomem i Wolinem trzema szerokimi strzałami z morzem.

Z tych jest pierwsza Dziwno (Diwenau) zwana, kierunek tej odnogi na miasto Wolin, ujście jej pod Dziwnowem. Środkową strzałę nazywaja Świnią (Swine), a trzecia, której ujście poniżej miasta Wołgorza leży, zwana jest Pianą (Penne).

Na dolnym biegu przerywa tedy Odra na przestrzeni aż do Szczecina groblę Pojezierza Bałtyckiego, która jej dorzecze od morza przedziela.

Na ujściu Odry pokazują na dnie zatok starożytną światynię Retry i ludna a bogatą niegdyś Wenedę Słowian. Brzegi, na których stała Retra i Weneda, obsunęły się w morze i ledwo nadbrzeżne rumowisko wskazuje miejscowa tradycja; a cała Rugia jest jednym wielkim gabinetem starożytności słowiańskich i jedną wielką galerią najokazalszych pomników przeszłości…

* * *

Anna Kaniecka-Mazurek: Recenzja książki

Kazimierz Robak, Żeglarskie kto jest kim: Wojciech Jacobson, Wydawca: Dobry Noe Press, Warszawa 2022, ss. 384.

Książka „Żeglarskie kto jest kim: Wojciech Jacobson”, to monografia obejmująca całe długie życie naszego klubowego kolegi, kapitana Jacobsona. Historia zaczyna się od zdjęć łódki na której pływali przyrodni bracia bohatera, poprzez liczne jachty powojennego AZS-u Szczecin, po prywatny rejs dookoła świata Ludomira Mączki za czasów PRL-u, w którym Wojtek uczestniczył na pierwszym, prawie rocznym etapie – ze Szczecina do Callao – w Peru. I kolejne śmiałe, rozliczne rejsy na wielu jachtach i żaglowcach. Małżeństwo z żeglarką – Ewą de domo Kopczyńską i przyjaźń z Ludkiem – chyba miały bardzo szczególny wpływ na Wojtka. Ewa była dobrym duchem, pozwalała wypływać, ale też przyzywała niczym syrena, więc zawsze wiedział gdzie wracać. A Ludek – przyjaciel – którego słowa Wojtek cytuje jako motto tej książki – chyba zaszczepił w nim miłość do przygody, do życia wagabundy.

Cała książka Kazimierz Robaka wypełniona jest zdjęciami z niezliczonych rejsów i jachtów, wszystko ułożone chronologicznie, datowane, opisane niczym w dziennikach pokładowych. Dzięki temu do rąk czytelnika trafia rzetelna pozycja dokumentująca dzieje polskiego żeglarstwa, ukazane z perspektywy uczestnika. Kapitan Jacobson żeglował od zakończenia II wojny światowej, czyli od samego początku polskiego żeglarstwa w Szczecinie. Odwiedził wszystkie kontynenty, przepłynął setki tysięcy mil i pozostał skromnym przyjaznym kolegą, z którym nadal można pogawędzić w Szczecinie na przystani. Przed gawędą zachęcam do zapoznania się z książką „Żeglarskie kto jest kim: Wojciech Jacobson”, a gdy będziesz miała koleżanko, czy będziesz miał kolego, egzemplarz pod pachą – możesz poprosić Wojtka o autograf, z pewnością nie odmówi:)!

Ania Kaniecka-Mazurek

_______________________________________________________________________________________________________Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Ostatnio wydała książkę "Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić". Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

Antoni Jerzy Pisz: „Hrabia Lolo” – 20 lat później

Część 3.

Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Powitalny uśmiech „Lola” był trochę posępny.

– Mamy drobne sęki – … Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Jeszcze przed odlotem do Stanów zauważyłem, że coś jest nie tak – gdy wchodziłem do załogowego kubryku natychmiast urywały się ożywione rozmowy. Miałem słuszne obawy: pod koniec marca zostało „Lolowi” tylko trzech z sześciu. Oczywiście, „Dar” był trochę do tyłu z rozkładem jazdy, o co trudno kogokolwiek winić. Jednakże nowy program „Lola”, uwzględniający przejście wokół Hornu i kontakty z Polonią, niestety, już tylko w ważniejszych ośrodkach, pozwalał na znaczne odrobienie opóźnienia. Jeszcze tego samego dnia wiedział o zmodyfikowanym programie klub z teleksu wysłanego przez agenta PŻM-u. Przez niego też przyszła odpowiedź: „Dar” ma niezwłocznie przerwać rejs i wrócić do Szczecina. „Lolo” był zdruzgotany.

– Nie przejmuj się klubem – perswadowalem – taka okazja trafia się raz w życiu. Łódka jest w lepszym stanie niż przed wyjściem, w czwórkę damy sobie doskonale radę. Teleks mógł nie dotrzeć do ciebie, a zresztą jak szczęśliwie wrócimy, klub w glorii i chwale daruje nam przewinienie, jeśli ktokolwiek będzie jeszcze pamiętał o tym skrawku papieru. Moje perswazje na nic. Nie dziwię się. Był już tym wszystkim zmęczony i chciał tylko jednego – wrócić do domu. W dodatku jeszcze ta nie złożona wizyta. Obiecałem przecież, że coś wymyślę. Zaniosłem na pocztę paczuszkę: była w niej laleczka kurpiowska i wykwintny liścik, w którym kapitan flagowego „Daru Szczecina” ubolewał, że ze względu na nie najlepszy stan zdrowia nie może złożyć wizyty admirałowi. Jestem przekonany, że ten długo obracał liścik w rękach i myślał: co za niecodzienny zwczaj składania wizyt mają żeglarze z Polski. To miłe, że jak nie mogą ich złożyć przysyłają sympatyczne laleczki w strojach ludowych. Przy okazji wysłałem pocztówkę do Ludka Mączki – był w Wenezueli. Oferował mi kiedyś wikt i koję na „Marii”, ale wtedy miałem na głowie wyprawę „Daru”. Teraz mogłem skorzystać z oferty pod warunkiem, że przyjadę z Kaziem. Następnego dnia w drodze do domu celowaliśmy dziobem w śluzy Calais. Krótki postój i znów Kanał Kiloński. W Brunsbuttelkoog witał nas znajomy śluzowy: – Ein Brief fur ”Dar Czeczia” ! List od Ludka: możemy przyjeżdżać.

* * *

W pierwszych dniach kwietnia przekazaliśmy „Dar Szczecina” komisji klubowej. Domyślam się, co musiał czuć Jurek Kraszewski, gdy ostatni raz schodziliśmy z pokładu trzymając w rękach worki żeglarskie. Lśniące burty, sklarowane liny, wyszorowany pokład stwarzały wrażenie, że jacht dopiero co zszedł na wodę – nie było widać śladu sześciomiesięcznej żeglugi. Zaledwie pół roku był naszym domem, a zdawało się, że spędziliśmy na nim kawał życia.” – zanotowałem we wspomnieniach z tamtych lat. „Lolo” zniknął nam z horyzontu – doszedł do wniosku, że tylko własna łódka, a na Kazika i na mnie czekał Ludek z „Marią” w peruwiańskim porcie Callao. Prawie rok żeglowaliśmy po słonecznych archipelagach Pacyfiku bez większych kłopotów. Te zaczęły się teraz – w grubym stosie zabrakło mapy Portu Sydney. Gdzie zacumować, aby dokonać odprawy? Uprzejmi policjanci z motorówki wskazali pobliski pomost: -Powiadomimy przez radio immigration i celników, że tu stoicie. Na polecenie strażników porządku wiązałem cumę do słupka z tabliczką przy pomoście sydnejskiej Stacji Kwarantanny. Napis na tabliczce głosił: „Crown Land. Mooring prohibited” (Teren Koronny. Cumowanie zabronione) – mój pierwszy krok w Australii zaczął się od łamania przepisów. W dniu urodzin wypadło mi pożegnać „Marię” w Wollongong – odpływała z Kazikiem, Ludkiem i Davem Walshem do Nowej Zelandii. Dave – to niezwykła sylwetka, o której może przy innej okazji.

* * *

Życie lądowego szczura w Australii zbrzydło mi. Wróciłem do domu. Marzyły mi się znów żagle i woda – rozpuściłem wici. Przyszła wiadomość z Trzebieży: szukali instruktorów ze znajomością angielskiego. Moja znajomość była przelotna, ale dogadywałem się jakoś z młodymi Libijczykami. Już po tygodniu „dezety” pływały tam, dokąd chciał sternik, a podstawy nawigacji przestały być czarną magią. Kadafi wysłał ich na przeszkolenie żeglarskie, aby synowie pustyni obyli sie z wodą. Zakładał, że będą filarami personelu marynarki wojennej, której pułkownik jeszcze nie miał, ale miał dolary. Nasza władza spodziewała się, że za szkolenie popłynie ich strumień do ludowej kiesy. Nie ma dochodów bez uprzednich inwestycji. W Centralnym Ośrodku Szkolenia Żeglarskiego wyrosły jak grzyby po deszczu importowane fińskie domki dla libijskich kursantów, z przeszklonej stołówki na pięterku odremontowanego pawiloniku roztaczały się widoki na Zalew Szczeciński, instruktorzy skuszeni niezłymi zarobkami sciągali z całej Polski. Nie tylko instruktorzy – wesołe panienki ze Szczecina, czekające za bramą na zasobnych w „zielone” klientów – też. Minęło kilka turnusów, a dolarów na koncie władzy ani śladu. Oficjele z Ośrodka i stosownych departamentów pielgrzymowali do Trypolisu wymachując kontraktami. Dziwnym zbiegiem okoliczności urzędnika, który je podpisał, nigdy nie można było zastać. Kończyły się dewizowe diety, a zaczynały się niedwuznaczne uwagi zniecierpliwionej administracji o możliwych kłopotach, na które lepiej się nie narażać. Ludowi emisariusze wracali wiec z kwitkim do domu, ale szkolenie, o dziwo, szło całą parą nadal. Jak zakończyła się afera – nie wiem. Przyszła jesień, po ostatnim turnusie Trzebież opustoszała. Któregoś dnia ktoś zapukał do drzwi mojej kawalerki na dziesiątym piętrze. – Cześć staruszku! – to ulubiony zwrot Kazika. Był z Sherin, swoją nowozelandzką żoną. Uściskałem ich serdecznie. Wsadzaliśmy przecież we troje pożyczony od znajomego Szweda jacht na mielizny rozlewiska Pittwater, kilka mil na północ od Sydney. – Wiesz, zadzwoniłem do Hrabiego: zaprasza na wycieczkę po Dąbskim swoim jachtem – nazwal go „Lolo”. Poczułem się głupio – Kazikowie są tu zaledwie drugi dzień, a ja od miesięcy nie znalazłem wolnej chwili. Że wpadałem do domu z Trzebieży jak po ogień – marne usprawiedliwienie. Wioząc nas na przystań „Pogoni” Hrabia rzucił okiem znad kierownicy i zapytał: – Piszu, gdzieżeś połknął ten odbijacz? Co za pamięć! Odegrał się, bestia, za uwagi o wypukłości w okolicy pasa, na które pozwoliłem sobie w Breście. Ale oto przystań: „Lolo” okazał się bliźniakiem znajomego ,,Mazurka”, którym obwoziła mnie Krystyna Chojnowska – Liskiewicz po sydneyskich wodach. Był zadbany jak przedtem „Dar” – nieskazitelny teak, mahoń i wypolerowana nierdzewka przyciągały oczy, ale zatkało mnie dopiero na widok wyposażenia najbardziej renomowanych marek – „Lolo” musiał zawsze mieć wszystko w najlepszym stylu i najwyższej jakości. Prawdziwą zawiść wzbudziły we mnie: przemyślny piecyk z nierdzewki na paliwo dieslowskie – „Hrabia”, pomny szczękających zebów na „Darze”, sprowadził go z Londynu – i pękający w szwach barek. Ich zalety doceniliśmy kołysząc się na kotwicy w pobliżu Ziemi Umbriagi, jak nazwali ten zakątek chłopcy z AZS-u, chyba w roku 49. Była złota jesień. Pamiętasz „Lolo”? – niegdyś czas wypraw do bezpańskich sadów na Świętą po śliwki i na jabłka do Marysina, czas wieczornych ognisk ze śpiewami przy gitarach i mandolinie „Jaworka” – Krzysia Jaworskiego. A jeśli niosły się po wodzie dzwięki walca Brahmsa, gdzieś w pobliżu był Feluś Wodzyński ze swoją okaryną. Nie skażone Dąbskie z tamtych lat pozostanie zawsze bliskie sercu, tu przecież niezdarnie raczkowaliśmy pod żaglami, tu też rodziły się niewinne żarciki. Nowicjuszowi, szukającemu wody w kabinie, radziło się: wyjdź na pokład, z lewej burty do mycia, do picia – tylko z prawej. Zapach pokostu przypomina jachty, których dawno już nie ma. Sypialiśmy w nich przykryci nagrzanymi w słońcu bawełnianymi żaglami na twardych deskach koi wymoszczonych cienkim kocykiem – nie zamieniłbym ich na łoże królewskie. Z uwagi na gospodarza rozmawialiśmy po polsku. Kazik próbował tłumaczyć na angielski, chyba zbytecznie; Sherin chwytała nieźle, co było zasługą koktajlu z żubrówką – o tym, że zadziałał, świadczyły nasze rumiane policzki.

* * *
Kazikowie odlecieli do nowozelandzkiego domu, a i mnie czas było pakować podróżną torbę – moje prawo stałego pobytu w Australii wygasało po roku nieobecności w tym kraju. Z okienka w samolocie znów Most Portowy, Opera i sydneyski Cruising Yacht Club of Australia. Często odwiedzałem jego pochylnie – szukałem roboty. Jakiejkolwiek. Na jednym z wózków suszył świeżo nałożony lakier burt, chyba 17-metrowy kecz: zgrabny bukszpryt wyrastał z kliprowego dziobu, a długi, głęboki kil kończyła podparta na ostrodze płetwa sterowa. Sztormreling ze stalówek przechodził za kokpitem w drewnianą balustradę z toczonymi kolumienkami okalającą nieco uniesiony pokład nad tylną kabiną. Na rufie to cacko miało napis: „Privateer”, Townsville. Obchodziłem wózek drugi raz, ale już nie sam. Do mojego cmokania dołączył inny Matuzalem – Sandy. – Not too bad, isn’t she? (Nie najgorsza, nieprawdaż? – w angielskim wszystko co pływa jest rodzaju damskiego) – to nie Sandy, to Brian, właściciel jachtu. ,,Privateera,, na naprawę po niegroźnej stłuczce, z Wielkiej Rafy przyprowadzili zawodowcy na koszt ubezpieczyciela. Dlaczego aż do Sydney? Bo Brian ufał tylko szkutnikom z CYCA, a poza tym miał tu do załatwienia parę pilnych interesów i chciał wracać do domu jachtem. Z Sydney do Townsville – dwa i pół tysiąca kilometrów lądem. Wodą, dodając poprawkę na halsowanie, trochę więcej. Samotne żeglowanie – częściowo przez Wielką Rafę – tak dużą łódką, nie przytosowaną do obsługi przez jedną osobę, byłoby ryzykownym przedsięwzięciem. – Potrzebuję dwóch żeglarzy. Jakie masz doświadczenie? Zaskoczył mnie, nie wiedziałem co odpowiedzieć. – Nieważne, do jutra lakier wyschnie. Przyjdź rano, odprowadzimy „Privateera” na kotwicowisko w Zatoce Vaucluse – zobaczę, co potrafisz. Siedem dolarów tygodniowo, nawet wtedy, gdy „zielony” kosztował 70 centów australijskich, to wynagrodzenie mniej niż skromne . Z biedą starczało na żywność, ale nie płaciłem za czynsz, światło i wodę – zamieszkałem na jachcie. Posesje w dzielnicy Vaucluse nie należą do najtańszych, a już te, które sięgają wody dobrze osłoniętej Zatoki, są warte ciężkie miliony. Właśnie w jednej z nich mieszkała siostra Briana z mężem. Gospodarze zachęcali do korzystania z gorącego natrysku i zrywania z drzewokrzewu ciemnobrązowych gruszek smaczliwki wdzięcznej (po polsku ten owoc nazywa się awokado). Smaczliwki zrywałem bez wahania – owoców było w bród, wiele gniło w trawie. Po tygodniu omijałem dużym łukiem drzewko z egzotycznyn przysmakiem – nie mogłem patrzeć na awokado. Na jachcie był oczywiście natrysk, ale aby polewać się ciepłą wodą nalezało uruchomić halaśliwy generator, a wtedy w oknach domków na szczycie skarpy ukazywały się głowy sasiadów. Dlatego, choć nie lubię być intruzem w czyjejś łazience, uległem w końcu namowom gospodarzy. Brian zjawiał się rzadko; utrzymywał wprawdzie, że telefony z agencji turystycznej, którą prowadził w Townsville, ponaglają go do powrotu – dlatego miała to być żegluga nonstop – ale pilne interesy nadal zatrzymują go w Sydney. Zauważyłem, że jeden z nich ma kasztanowe włosy i długie rzęsy. I tak minął beztroski miesiąc w malowniczej zatoce. Raz w tygodniu cumowałem bączka do prywatnego pomostu gospodarzy. Strome schodki na szczyt skarpy, autobus, kolejka podmiejska i stos listów u dobrych rodaków, którzy mnie kiedyś przygarnęli. Od Gośki o jej czeskim mężu a moim serdecznym przyjacielu – Rudzie: Argentyńczycy nie chcą wypuścić „Polki”, którą przypłynął na Falklandy. Od innych o „Lolu”: żegluje samotnie „Lolem” po Śródziemnym; ma to być przymiarka do wyprawy, która nie wyszła na „Darze”. Po dwóch miesiącach w moim zacisznym królestwie zjawił się Sandy – miał być tym drugim do pomocy. Przyniósł dwie puste, plastykowe butle z szeroką szyjką; do jednej przwiązany był 1,5-metrowy sznurek. – Widzisz, to znakomite ułatwienie dla panów w pewnym wieku, którym nie starcza czasu, aby dobiec na zawietrzną. Dwie, gdyby jedna zerwała się ze sznurka za burtą. Acha, pojutrze rano przyjeżdża Brian – wychodzimy do Townsville. Nareszcie!

* * *

W połowie drogi zaczęło brakować wody.

– Wiesz, Brian, gdyby twoje dania były bardziej zawiesiste, nie musielibysmy wchodzić do Mooloolaby – dogryzałem.

Był fanatykiem tzw. zdrowej kuchni: żadnych przypraw, a tym bardziej soli. Nie dopuszczał nikogo do kambuza, gdzie dusił w szybkowarze swój stew – zdrowotny niby-gulasz, ulubiony przysmak, którym karmił nas przez wiekszą część tygodnia. Główny składnik przysmaku stanowiła woda, a w niej niedogotowane kawałeczki mięsa, rzepy, ziemniaków i marchewki.

Gdyby tak do jakiejś knajpy, na uczciwego steka wielkości talerza! – marzyliśmy z Sandym. Może już niedługo.

* * *

Żeby się spotkać z Tobą, czeka mnie ostatni z żeglarskich wyczynów: wyprawa przez Styks.

Antoni Jerzy Pisz

________________________________________________________________________________________________

Antoni Jerzy Piszur. 1930, Lwów, zm. 2020, Sydney; inżynier chemik (Politechnika Szczecińska), żeglował z Ludomirem Mączką „Marią” z Peru przez Polinezję do Australii (Sydney), 1974-1976. Autor, m.in., skryptu „O astronawigacji bez kompleksów” i książki „Maria przez Pacyfik”; zainteresowania fotografią i ornitologią.