Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Kpt. Bolesław Kowalski nie żyje

Bolo   Bolesław K.Kowalski 18.8.2012 Nowe Warpno

La Hermandad de la Costa Mesa Polonia

Bractwo Wybrzeża Mesa Kaprów Polskich

Pierwszy Sztorman Mesy, Przewodniczący Trybunału MKP

Jarosław Jeziorek #103

unnamedDrodzy Bracia !

  Informuję i proszę o przekazanie dalej informacji, że

  ostatnie pożegnanie  naszego

  Brata #1 Kpt. Bolesława Kowalskiego odbędzie się w  

 Warszawie na Cmentarzu Południowym w piątek 11

 września 2015r. o godz. 11.00

_______________________________________________________________________________________________________

Fotografia z rejsu „Śmiałym” dookoła Ameryki Płd; 1965-1966, kpt B. Kowalski.

Patagonia 1966.Wykład z geologii.Kpt.B.Kowalski_mgr.L.Mączka_fot.K.Baranowski  „Krótki wykład z geologii. Patagonia 1966. Głos ma mgr Ludomir Mączka – jego słuchaczem jest kpt. B. Kowalski. Odwrócenie hierarchii służbowej na rzecz podnoszenia kwalifikacji uczestników naukowej wyprawy”. Fotografia i tekst na odwrocie zdjęcia – Krzysztof Baranowski.

 

Bogdan Sobiło: Staranowanie jachtu „Kismet” przez trałowiec Marynarki Wojennej

SONY DSCZderzenie jachtu ze statkiem jest jednym z największych zagrożeń w żeglarstwie morskim. Co roku wiele jachtów ginie bez śladu. Powodem najczęściej nie jest sztorm, ale staranowanie przez dużą jednostkę. Bezpieczne żeglowanie wymaga znajomości i poprawnej interpretacji Międzynarodowych Przepisów o Zapobieganiu Zderzeniom na Morzu. Nieznajomość ich zasad albo świadome lekceważenie często ma tragiczny finał.
Opisem i analizą wypadku jachtu KISMET1 rozpoczynamy cykl artykułów poświęconych kolizjom z udziałem jachtów morskich.

Jacht Kismet był stalowym keczem o długości 9,36 m, szerokości 2,6 m i powierzchni ożaglowania 47 m2, wyposażonym w silnik pomocniczy. Został zaprojektowany i zbudowany w Gdańsku. Zasłynął właściwie tylko jednym, ale pod wieloma względami niezwykłym i ważnym w historii polskiego żeglarstwa rejsem. W 1965 r. z kapitanem Wojciechem Orszulokiem i 3 członkami załogi, wśród których był najwybitniejszy w przyszłości polski żeglarz polarny Dariusz Bogucki, jacht dotarł do Islandii. Po drodze żeglarze zawinęli na Szetlandy, Orkady i Wyspy Owcze. W czasie tego rejsu Kismet przez dwie doby dzielnie znosił sztorm 11° B stojąc na dryfkotwie. Kapitan i załoga zostali za dotarcie do Reykjaviku uhonorowani Nagrodą „Conrada” przez Gdański Okręgowy Związek Żeglarski.
Po tym wielkim rejsie, niewielki jachcik pływał głównie w tzw. rejsach krajowych pracowicie „orając” bałtyckie fale. Ponieważ armator, czyli Yacht Klub Stoczni Gdańskiej im. Lenina stale powiększał swoją flotyllę, mały, ciasny i powolny Kismet był czasami oddawany w czarter zaprzyjaźnionym klubom. Jesienią 1968 r. jacht pływał w czarterze Akademickiego Klubu Żeglarskiego AZS – ZSP z Łodzi.
Do wypadku doszło 23 września o godzinie 0350. Wiał wiatr SSW o sile 3° B. Mimo ciemnej i pochmurnej nocy, widzialność była dobra. Po minięciu pławy „HL-S” jacht szedł bajdewindem lewego halsu pod pełnymi żaglami (grot, fok i bezan) z prędkością ok. 2,5 węzła, utrzymując KD 260°. Na pokładzie znajdowało się dwóch żeglarzy pełniących wachtę przy sterze i na „oku”. Kapitan jachtu przebywała w kabinie i prowadziła nawigację. Jeden z żeglarzy pełniących wachtę zauważył zbliżający się od rufy okręt z odległości ok. 150 m. Mimo wyraźnego polecenia, obserwator nie zameldował o tym fakcie kapitan. Podjęto próbę zmiany kursu w prawo, jednak z powodu silnego wybrania szotów bezana i grota jacht nie chciał odpaść. W tej sytuacji żeglarze starali się zwrócić uwagę zbliżającego się okrętu poprzez oświetlenie latarką żagli. Mimo tych gorączkowych działań podejmowanych przez załogę jachtu, okręt nie zmieniał kursu ani prędkości. W efekcie doszło do uderzenia prawą dziobową częścią trałowca w rufę jachtu. Kotwica okrętu zaczepiła o takielunek. Obydwa maszty, olinowanie i koła ratunkowe znalazły się w wodzie. Na skutek tego uderzenia wypadli także z jachtu dwaj żeglarze pełniący wachtę. Jeden z nich zaalarmował krzykiem kapitan, która nie wahając się skoczyła do wody i przyholowała do burty pozbawionego masztów jachtu członka załogi. Odwaga kapitan uratowała mu życie. Niestety mimo podjętej przez jednostki marynarki wojennej akcji poszukiwawczej nie udało się odnaleźć drugiego członka załogi.
Postępowanie przed Izbą Morską w Gdyni trwało kilka miesięcy i zakończyło się wydaniem orzeczenia w dniu 27.II.1970 r. Izba stwierdziła, że do wypadku przyczynił się w 90% trałowiec, a w 10% jacht Kismet. Żeglarzowi pełniącemu wachtę postawiono zarzut „rażącego zaniedbania obowiązku należytej obserwacji”. Miało się to zdaniem Izby Morskiej przyczynić do zbyt późnego zauważenia trałowca. Za błędny uznano także nieskuteczny manewr zmiany kursu w prawo. Zdaniem Izby należało natychmiast zwrócić uwagę zbliżającego się okrętu oświetlając żagle. Pełniący wachtę żeglarz nie powiadomił także kapitan o zbliżającej się jednostce, mimo wyraźnie wydanego w tej sprawie polecenia.
Jednak główną winę za wypadek poniósł trałowiec. Nie tylko nie prowadzono na nim właściwej obserwacji wzrokowej, ale także wbrew Międzynarodowym Przepisom Zapobieganiu Zderzeniom na Morzu oraz niezgodnie z zasadami dobrej praktyki morskiej nie użyto radaru. W ten sposób okręt staranował jacht naruszając zasadę pierwszeństwa statku żaglowego przed jednostką o napędzie mechanicznym oraz nakaz ustępowania statku wyprzedzającego statkowi wyprzedzanemu. W czasie wypadku obowiązywały przepisy z roku 1960. Obecnie, jak wiadomo mają zastosowanie Międzynarodowe Przepisy o Zapobieganiu Zderzeniom na Morzu 1972. Analizując zderzenie w świetle obecnych przepisów można stwierdzić, że na obydwu jednostkach zaniedbano prowadzenie właściwej obserwacji (Prawidło 5). Na okręcie nie prowadzono ani obserwacji wzrokowej, ani nie użyto radaru. Załoga jachtu, co zresztą dość często ma miejsce, nie prowadziła obserwacji za rufą. Był to z pewnością bezpośredni powód zauważenia trałowca późno, bo w odległości ok. 150 m. Można polemizować z zarzutem Izby Morskiej, że załoga jachtu powinna była od razu oświetlić żagle, a manewr zmiany kursu był zbędny. Załoga trałowca nie prowadziła przecież obserwacji ani wzrokowej ani radarowej. Samo oświetlanie żagli nie musiało wiec prowadzić do zauważenia jachtu przez okręt i zmiany kursu tego ostatniego. Gdyby zgodnie z poleceniem kapitan powiadomiono ją o sytuacji, możliwe było po jej wyjściu z kabiny na pokład jednoczesne oświetlanie żagli i zmiana kursu. Ta ostatnia powiodła by się, gdyby żeglarze pełniący wachtę wyluzowali szoty bezana. Jacht płynący pod żaglami z niewielką prędkością (ok. 2,5 w) miał słabe możliwości manewrowe, a w następstwie tego małe szanse zejścia z drogi szybko zbliżającemu się trałowcowi. Okręt staranował jacht naruszając przepis o pierwszeństwie statków żaglowych przed jednostkami o napędzie mechanicznym (Prawidło 18) oraz nakaz ustąpienia z drogi statkowi wyprzedzanemu (Prawidło 13). Załoga jachtu poza nakazem prowadzenia właściwej obserwacji, naruszyła treść Prawidła 2 – szczególne okoliczności danego wypadku. Mimo tego, że idący pod żaglami jacht doganiany był przez okręt, załoga jachtu nie mogła mieć pewności, że kierujący trałowcem ma świadomość obecności Kismeta i związanego z tym ryzyka kolizji. Naruszenie Prawidła 5 Obserwacja, było zresztą i wciąż pozostaje jedną z głównych przyczyn zderzeń. Około 40% wszystkich kolizji spowodowanych jest brakiem lub niewłaściwą obserwacją. Obecnie widoczna jest także wśród żeglarzy tendencja do zastępowania obserwacji wzrokowej śledzeniem innych jednostek na mapie elektronicznej na podstawie AIS (System Automatycznej Identyfikacji). Konsekwencja spotkania jednostki, która albo nie ma (kuter, jacht) albo świadomie nie używa tego systemu (np. okręt wojenny) są nietrudne do przewidzenia.
W odniesieniu do kapitan Kismeta Izba Morska wysunęła szereg zarzutów natury formalnej: prowadzenia zapisów w dzienniku jachtowym, listy załogi, etc. Nie zastosowano jednak żadnych sankcji. Wręcz przeciwnie, w sentencji orzeczenia znalazło się stwierdzenie: „Na uznanie zasługuje dzielna postawa kapitana jachtu Kismet, która po wypadku skoczyła do wody i przeholowała z odległości kilkudziesięciu metrów kontuzjowanego żeglarza […], któremu w tym stanie groziło utonięcie”.
Rzeczoznawcy orzekli, że remont Kismeta nie jest opłacalny w związku z czym uległ on kasacji. Tak zakończył się krótki żywot dzielnego jachtu. Kismet, który dotarł na Islandię spotkał swoje przeznaczenie na Zatoce Gdańskiej.

                                                                                                                                   Bogdan Sobiło

_____________________________

1 Kismet – w języku tureckim: fatum, los, przeznaczenie.

jacht KISMET
miejsce budowy: Gdańsk
konstruktor: Wojciech Orszulok
rok budowy: ok. 1964
port macierzysty: Gdańsk
typ ożaglowania: kecz
materiał: drewno
długość całkowita: 9,77 m
szerokość: 2,36 m
zanurzenie: 2,10 m
powierzchnia ożaglowania: 45 m²
liczba koi: 4
silnik: tak
wyposażenie: podstawowe w żegludze oceanicznej
właściciel/armator: Jacht Klub Stoczni Gdańskiej

 

________________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Libiążu.

ZŻ nr 26e sierpień 2015

 Bogdan Sobiło:                                                                     ARTYKUŁY

…Jeden z żeglarzy pełniących wachtę zauważył zbliżający się od rufy okręt z odległości ok. 150 m. … Podjęto próbę zmiany kursu w prawo, jednak z powodu silnego wybrania szotów bezana i grota jacht nie chciał odpaść. W tej sytuacji żeglarze starali się zwrócić uwagę zbliżającego się okrętu poprzez oświetlenie latarką żagli. … Doszło do uderzenia prawą dziobową częścią trałowca w rufę jachtu. Kotwica okrętu zaczepiła o takielunek…”

_________________________________________________________________________

David Walsh:                                                                        LISTY

„…I must confess that I am also keenly anticipating the excitement of once again making contract with “Maria”, to feel the deck under my feet and to absorb the atmosphere of security and friendship that grew part of me during my brief association with you and “Maria”, both in a mid Tasman Sea gale or the calm of being ashore at Darwin…”
                                                                                                                                                                                  ________________________________________________________________________

Krzysztof Jaworski:                                                           WSPOMNIENIA

„...Delikatnie przyciągnąłem rumpel … i nic. Pociągnąłem mocniej i omal nie wypadłem za burtę – rumpel był zupełnie luźny! Jacht sam wrócił na kurs, a ja przyjrzałem się uważnie rumplowi. Głowica trzymała wał sterowy mocno, tyle że takowy kręcił się luźno w kokerze. Znaczyło to, że nie mamy steru!! Odruchowo spojrzałem za rufę – wisiał za nią krótki koniec urwanej logliny – resztę, razem z propelerem szlag trafił. No więc miałem już pełną diagnozę: urwała się płetwa sterowa, i jako drewniana, wypływając na powierzchnię, urwała log! Wstałem od bezużytecznego rumpla, i zlazłem do kajuty. Panowała tam wysoka temperatura, Kapitanowi szła akurat karta i rozgrywał szlemika. Poczekałem trochę, i możliwie najspokojniej oświadczyłem:
„Kapitanie, nie mamy steru”  …”

________________________________________________________________________________________________________

 WSPOMNIENIE LATA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA     OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA foto. arch ZŻ

_________________________________________________________________________

 NOWOŚCI WYDAWNICZE

Gibraltar okładka   Kazimierz Robak: Gibraltar: Cieśnina – Skała – Państwo
                                                                          Wydawnictwo: WKR, wydanie I, Tampa, Fl, 2015, ss. 112

                                                                          R E C E N Z J A   W   Z A K Ł A D C E   „R E C E N Z J E”

_________________________________________________________________________

W I D O K Ó W K A   Z   A U S T R A L I I

widokówka z Australii    widokówka z Australii b

 

David Walsh: List do Ludomira Mączki

 Scout Camp,
Mount Keira,
N. S. W.   2500.
                                                                                                                                                                               27th  Dec, 1979                                                                                                                                                                                        Dear Ludomir,

I have just received a‘phone call from John Booth telling me that they have received a letter from you in which you send Christmas greetings also that you are temporarily established in Fremantle. The main interest to us was to learn that you had arrived safely in Australia and that all going well you will be back to see us about Easter time. That was really good news and pleased me a great deal for I had certainly been thinking about you and wondering where you were and how you were getting along. Now I have your address I am straight away sending you this brief communication to first wish you the compliments of the season and fair winds and good sailing and happy times for 1980, also to let you know that we are keenly looking forward to meeting you again. I must confess that I am also keenly anticipating the excitement of once again making contract with “Maria”, to feel the deck under my feet and to absorb the atmosphere of security and friendship that grew part of me during my brief association with you and “Maria”, both in a mid Tasman Sea gale or the calm of being ashore at Darwin. Yesterday I watched the start of race to Hobart, well over a hundred beautiful sailing craft, many with massive, brilliantly coloured spinnakers making a most impressive spectacle, but even then I was recollecting my experiences on “Maria”, and honestly, there was not a craft among that mighty fleet that I would exchange for your wonderful little sailing vessel. But enough of this, I could go on and on with my thoughts dominated by an imagination which keeps returning to “Maria”.

We are all quite well and the whole family group assembled for Xmas festivities which was most enjoyable. Marion and I keep very busy with our association with many divers activities. Marion concluded her Bachelor of arts degree most successfully with five distinctions, and is now occupied with research for some sections of University. I don’t know which of my activities I should refer to, which might interest you, and I don’t want to appear egotistical, talking about myself, however I had what I consider a most unique priviledge, being selected to represent one of only three community groups to address the Cabinet of the N. S. W. Government when they met in Wollongong.

Sorry for selden conclusion.
Wishing you all the very best,
                                                                                                                                                                                       Sincerely,
                                                                                                                                                                                             Dave.

____________________________________________

F O T O

David Walsh i Ludek_fot.K.Jasica_1976  Dave Walsh i Ludomir Mączka w rejsie z Wollongong (Australia) do Nowej Zelandii; 1976 r. Toast winem jeżynowym. Fot. K. Jasica

W Wollongong Ludek poznał Davida Walsha, który w latach 1938 – 1939 żeglował z Władysławem Wagnerem na Zjawie III z Australii do Anglii. Tak oto wspominał Ludek spotkanie z Walshem:  „…Przyszedł do mnie starszy pan, przyniósł zdjęcie Zjawy III, i powiedział, że on płynął tym jachtem z Australii do Anglii. Bardzo ciekawy człowiek, emerytowany górnik, działacz skautowy, był nawet szefem ośrodka skautów na  Mt. Keira, koło Wollongong. Miał szerokie zainteresowania. Zaprzyjaźniłem się z nim; dzięki niemu nawiązałem kontakty z Polakami w Wollongong, z tzw światem nauki z miejscowego uniwersytetu, a także z radioamatorami. Odnalazł dla mnie Johna Mattesitcha, z którym miałem łączność radiową na oceanie. Któregoś dnia zaproponowałem mu wspólny rejs Marią do Nowej Zelandii. Zjawił się wkrótce z ciuchami i skrzynką wina jeżynowego…”

Spotkanie na Marii Le Havre 1991- od lewej Dave Walsh, L.Jacob, Francis Dumarsky, Ludek Maczka_fot.Louis B Spotkanie na Marii, Le Havre 1991 r. Od lewej Dave Walsh, Jean Lossec, Francis Dumarsky, Ludek Mączka. Fot. George Bourque

Ludek_David Walsh_Kazik Jasica 1976r. Ludomir Mączka, Dave Walsh, Kazimierz Jasica na Marii, 1976 rok. Fot. z arch. W. Jacobsona

 

Krzysztof Jaworski: Żeglarskie wspomnienia

                                                           TRZY REJSY NA SWAROŻYCU
Pod Pieńkawą: – Gdynia – Ustka- Darłowo. Żegluga z kotkiem lecz bez steru – Dyskusje nawigatorów i wejście do Darłowa – Mądrości nawigacyjne.
Pod Wełnickim: – Gdynia – Bornholm – Władysławowo. Polityczny Mindur – Opowieści Rudiego.
Pod Samolińskim: Gdynia – Ustka – Władysławowo. Sztorm bridżowy w Ustce – Czerpiąc jakoś wracamy.

Krzysztof Jaworski; ur. 1933W 1954 roku wypadał rok „nieprzestępczy”, to znaczy żaden żeglarz nie uciekał jachtem (czy z jachtu) zagranicą. Ku naszemu zdumieniu, wszystko szło nader gładko- zafunkcjonowały listy członków klubu wysłane na wiosnę i sprawdzane przez milicję; WKKF wbił nam „klauzule na pływania morskie”, no i Swarożyc został spuszczony na wodę w porę i jako – tako wyremontowany. Z „wielkiego remontu”, polegającego na wymianie wręgów z drewnianych na stalowe, w konsekwencji wymiany poszycia, z braku funduszy trzeba było zrezygnować. Niemniej Stefan Domański przytargał wręgi zrobione na miarę „z odpadów” na Stoczni Gdańskiej i uroczyście złożył je w hangarze w Wisłoujściu.

Pierwszy rejs poprowadził kapitan Zbigniew Pieńkawa, czyli mówiąc prościej, Kapitan Papawa. Wypłynęliśmy z Gdyni 27. lipca z zacną załogą, przy czym funkcję pierwszego oficera pełnił Czesio Skibicki, czyli Naczelny Irygator. Ja robiłem za trzeciego. Byłem niezwykle podniecony – był to bowiem mój pierwszy, prawdziwy rejs morski! (Nie wiedziałem wtedy, że dla Pieńkawy był to też pierwszy rejs, ale kapitański). Żeglowaliśmy przy pięknej pogodzie dookoła Helu, i płynąc ostrym beidewindem wypchaliśmy się do wieczora już pod Władysławowo. Na wysokości Rozewia, chwyciła nas dość wysoka martwa fala, no i skutki były szybko widoczne – rzygnąłem na żółto (kartofelki z obiadu!), ale szybko mi przeszło. Wiatr klapnął, i fala szybko się zmniejszyła. Bardzo spokojnie płynęliśmy na zachód mając ląd w zasięgu wzroku. Nad ranem minęliśmy Łebę i do wieczora dopłynęliśmy do Ustki. Cumując koło latarni morskiej, udaliśmy się na dobrze zasłużony wypoczynek.

Po porannym zwiedzeniu miasta – wypłynęliśmy dalej na zachód. W nocy załoga zwiększyła się o jednego ślepego pasażera – na pokład przyplątał się mały, czarny kotek! Szybko się zadomowił we wnętrzu jachtu. Wiatr 2-3° B z południowego zachodu pozwolił nam wziąć kurs na Christiansö, które Pieńkawa postanowił opłynąć w kółko – nic lepszego nie mogło mi się trafić. Moja wachta wypadała od 16.00 do 20.00, więc usiadłem za sterem, podczas gdy całe towarzystwo udało się pod pokład celem rozegrania kilku robrów na dwa stoliki, gdyż cała załoga liczyła dziewięć osób. Ustawiłem bezana i foka, tak, żeby zrównoważyć jacht, więc praktycznie nawet nie musiałem dotykać rumpla; płynąc pod żaglami, jacht odchylał się po kilka stopni od kursu – zupełnie jak w podręczniku! Zadowolony gapiłem się na lekką falę i skrzeczące mewy – jednym słowem prawdziwy „joting” i dolce farniente. Większa falka wystawiła nas trochę do wiatru, więc postanowiłem skorygować kurs sterem. Delikatnie przyciągnąłem rumpel … i nic. Pociągnąłem mocniej i omal nie wypadłem za burtę – rumpel był zupełnie luźny! Jacht sam wrócił na kurs, a ja przyjrzałem się uważnie rumplowi. Głowica trzymała wał sterowy mocno, tyle że takowy kręcił się luźno w kokerze. Znaczyło to, że nie mamy steru!! Odruchowo spojrzałem za rufę – wisiał za nią krótki koniec urwanej logliny – resztę, razem z propelerem szlag trafił. No więc miałem już pełną diagnozę: urwała się płetwa sterowa, i jako drewniana, wypływając na powierzchnię, urwała log! Wstałem od bezużytecznego rumpla, i zlazłem do kajuty. Panowała tam wysoka temperatura, Kapitanowi szła akurat karta i rozgrywał szlemika. Poczekałem trochę, i możliwie najspokojniej oświadczyłem:
– Kapitanie, nie mamy steru
Zbyszek spojrzał na mnie nieprzychylnie, podejrzewając jakiś wygłup. Musiałem się „zabożyć”, co podniosło towarzystwo od stolików. Wybiegłem na pokład i demonstracyjnie okręciłem rumpel w kółko. To ruszyło lawinę paniki – Zbyszek zaczął latać po pokładzie i wydawać różne rozkazy, nieco bez sensu, bo nic się nie działo, tylko płynęliśmy nadal z prędkością czterech węzłów w kierunku Christiansö, mając Ustkę pięćdziesiąt mil za rufą. Wreszcie, po pewnym czasie „Rada Załogowa” uzgodniła plan działania: z podłóg zbitych gwoździami stworzyliśmy prowizoryczny „ster” podwieszony pod rufą na linach i „sterowany” prawym i lewym „szotem steru”. W międzyczasie na żaglach ustawiliśmy się w pół wiatru przeciwnego kursu i mniej więcej ruszyliśmy na południe.

Przez całą noc żeglowaliśmy z prędkością dwóch – trzech węzłów nieco zygzakowatym kursem, który kolejni oficerowie wachtowi usiłowali przenieść na mapę, zliczając przebytą drogę metodą logu burtowego z butelek po piwie. Żeglugę urozmaicał kotek, rzygający jak przysłowiowy kot. Wstał mglisty poranek, i gdzieś około południa zamajaczyła przed nami jakaś budowla. Utworzyły się z miejsca dwa obozy nawigatorów. Zbyszek krzyknął, że poznaje magazyny w Kołobrzegu, Czesio twierdził, że to Ustka, w końcu mgła się podniosła i nawigatorów pogodziło Darłowo. Wiała sympatyczna jedynka z południowego zachodu, i ciągnąc szoty steru udało się skierować dziób w wejście. Za główkami zrzuciliśmy szmaty i kotwicę. Pod salingiem załopotała nasza jedyna flaga kodu „M”, która jak na zamówienie- akurat pasowała do sytuacji. Widocznie stanowiliśmy nie lada atrakcję, bo z kanału wypłynęła pilotówka i zaholowała nas za zwodzony most do nabrzeża małych warsztacików Urzędu Morskiego. Kotek, natychmiast po przycumowaniu dał dyla – żeglarstwo mu widocznie nie odpowiadało.

W Darłowie stał właśnie nasz klubowy towarzysz – Szkwał II pod wodzą Wojtka Samolińskiego, z zamkniętym za karę w forpiku – „Kanarkiem”! Był to jednak nie zwyczajny kanarek, ale Pan Sławek Tobiasz, z powyższym pseudo, który tak jakoś napyskował Kapitanowi, że ten za karę go zamknął w forpiku. Nasze przybycie rozluźniło jednak sytuację, wszyscy wzięli się za nasz remont i właściwe porady. Na nabrzeżu był mały dźwig, którym unieśliśmy nieco rufę, i okazało się, że nie jest tak źle: płetwa sterowa była na swoim miejscu, tylko wał steru ukręcił się przy samym kokerze. Dokonaliśmy remontu, przewiercając obie końcówki wału i biorąc wał w łubki skręcone śrubami. Trudno to sobie wyobrazić, ale ten patent zadziałał sprawnie do końca sezonu! Nasz przypadek zaowocował takim oto usprawnieniem – mianowicie na płetwach sterowych, zamontowano uszko, przez które można by w razie awarii wału sterowego przeciągnąć „szoty steru”!

Powrót do Gdyni był łatwy i szybki, i tak się skończył mój pierwszy rejs morski, na którym ukręciłem 750 mil morskich. To że się coś na jachcie urywa, po doświadczeniach Wichra to nie była dla mnie nowina. Uroki nawigacji bez logu i z mniej więcej działającym kompasem – to też nie była nowość. W rezultacie potwierdziło mi to dwie podstawowe zasady nawigacji po Bałtyku.

Pierwsza, to: „Jak się ściemni, to się wyjaśni”. Faktycznie, taką latarnię morską widać w nocy z kilkunastu mil i łatwo ją zidentyfikować. Poznanie tej latarni w dzień wymaga podejścia bardzo blisko brzegu.

Druga, że trzeba zawsze zakładać najbardziej niemożliwy wariant przebytej drogi i kursu, i ewentualnie wyciągnąć z niego średnią.

Z „metodą kaszubską” zapoznałem się nieco później. Jest ona wielce prosta: na łowisko jedziemy na „kwiotek”, czyli na upstrzoną różnymi zawijasami północ na róży kompasu, do domu zaś wracamy na „Sy”, czyli na południe i patrzymy kiedy zrobi się „biała woda”, czyli przybój. Wtedy zatrzymujemy silnik i słuchamy, czy szczeka pies Konkelów, czy Neclów, i w zależności od jego identyfikacji – płyniemy do portu w prawo, lub w lewo. Oczywiście jest to prześmiewka, ale raz dzięki tej metodzie znaleźliśmy właściwy kurs!

Ponadto zdobyłem jeszcze inne doświadczenie nawigacyjne: zdając wachtę o północy, zaznaczyłem na mapie naszą pozycję. Na co z koi wylazł Pan Kapitan, i począł skrupulatnie sprawdzać trójkątami i cyrklem przebieg drogi na mojej wachcie – i z triumfem odkrył, że „jego pozycja” różniła się od „mojej” o jakieś pół kabla. Zostałem opieprzony i pouczony, że taki brak staranności może kosztować życie! Wysłuchałem tego z nabożnym skupieniem, obiecując poprawę i jak widać, zapamiętałem tę lekcję.

Po powrocie do Gdyni, czekała już nowa załoga, a ja, prawie że etatowo, zostałem też na kolejny rejs. Prowadził tym razem Wiesio Wełnicki, niezwykle spokojny facet (jak się okazuje był to jego dziewiczy kapitański rejs, wtedy o tym nie wiedziałem i byłem pełen nabożnego szacunku dla poważnego Kapitana). Ja awansowałem na I-go Oficera. W załodze mieliśmy też element „polityczny”, czyli pana prorektora Mindowicza. Od czego był prorektorem, tego nie pamiętam, ale Zarząd Środowiskowy AZS przykładał wielką wagę do jego przewiezienia jachtem po morzu. W sumie okazał się dość sympatyczny, choć rzygał jak kot, lecz się nie skarżył. Natomiast główną atrakcją towarzyską rejsu stał się Rudi Fojcik, autentyczny Ślązak który potrafił i lubił opowiadać po śląsku. Opowieści jego były krwawe i ponure, miał on bowiem za sobą szlak bojowy spadochroniarza z Falmschjaeger Division; od Sycylii do Padu. Jedna z przepięknych opowieści dotyczyła nieudanego poddania się całego oddziału. Stojąc na jakiejś górce, pluton Rudiego wysłuchiwał odgłosów nocnej bitwy, która jakby przetoczyła się doliną w kierunku na północ. Wstał cichutki ranek, i dzielni żołnierze doszli do wniosku, ze są już na alianckich tyłach. Wyrzucili więc w krzaki swoje schmeissery, i przygotowali się do niewoli, konsumując skrzynkę czekolady zafasowaną w jakiejś fabryce. Niestety, alianci nie przyszli, a wieczorem zjawił się leutenant z rozkazami – okazało się, że front wcale nie przeszedł. Pozbierali swoje śmiercionośne zabawki, ale iść nie mogli – wszyscy mieli potworne zatwardzenie. Sytuację rozwiązał leutenant lejkiem od benzyny i wiadrem z mydlinami. Mensch, tak nas szprycowali, że jednemu pękł brzuch i umorł, ale gute witz! – zakończył swą najłagodniejszą opowieść Rudi. Reszta opowieści nie nadaje się do druku. W końcu tak narozrabiał, że za karę posłano go na tyły frontu wschodniego z grupą dywersyjną. Pomimo sławetnej dobrej organizacji, nie wszystko u Niemców grało, gdyż Rudiego zrzucili na ….Śląsk. W ten sposób mógł dość sprawnie zdezerterować do domu, unikając kuli od swych kolegów, no i oczywiście od Sowietów. Dzięki temu mogliśmy posłuchać wyżej wymienionych wycinków z jego barwnego żywota. Rudi wykazał swój temperament i szybką orientację, gdy któryś z kolegów nieudolnie zaczerpnął wiadrem wodę zza burty, no i wiadro z urwaną linką zostało za rufą. Rudi błyskawicznie zrzucił koszulę i ostrym startowym zanurkował w wodę. Teraz mieliśmy klasycznego „człowieka za burtą” i wyłowiliśmy go w czterdzieści sekund, oczywiście z wiadrem Było to nasze jedyne, więc wdzięczność kapitana nie miała granic.

Tym razem nawigacja była sprawna i podpłynęliśmy aż pod Bornholm. Było to dla mnie nieopisane wrażenie, że za tą wodą jest jednak jakiś ląd, i to tak piękny. Potem wróciliśmy 15. sierpnia z rześkim wiatrem do Gdyni. Ukręciłem znów 710 mil.

Rozochocony sukcesem, zostałem na trzeci, wrześniowy rejs, tym razem pod wodzą Wojtka Samolińskiego. Do kompletu mej praktyki dodałem funkcję II Oficera. Cała załoga liczyła dziesięciu chłopów, toteż można było zorganizować bridża na dwa stoliki, a reszta podawała napitki i w przerwach mogła grać w zechcyka. Stało się tak, gdyż wrześniowa aura dała nam w tyłek na tyle mocno, że z trudem dohalsowaliśmy do Ustki. Biedny Swarożyc tłuczony na fali puszczał wodę z szybkością kilkudziesięciu wiader na wachtę. Schronienie się przed szalejącym przez dalsze trzy dni sztormem było absolutną koniecznością. Po zniszczeniu zapasów, na resztkach sztormu popędziliśmy na wschód, ale pomimo stałego czerpania było tak mokro w środku, że Wojtek zdecydował się zrobić przerwę we Władysławowie. W godzinę po nas, przytelepał się LPŻ-towski Chrobry. Ci mieli jeszcze lepsze osiągnięcia w wyczerpywaniu wody, wypadło im ponad sto wiader na wachtę! Tym razem wróciliśmy do macierzystego Wisłoujścia, i był to, jak się okazało, ostatni rejs Swarożyca w jego poniemieckim wcieleniu. Wyciągnięty do hangaru posłużył po prostu jako „kopyto” do zdjęcia wymiarów, i zbudowania obok zupełnie takiego samego jachtu co zajęło blisko siedem lat. Następny rejs na tym pięknym jachcie odbyłem dopiero w 1965 roku, z tym że ze starego Swarożyca został tylko balast i bezanmaszt.

Był to dla mnie niezwykle udany sezon: przede wszystkim zdobyłem dwa tysiące mil morskich stażu po stopniu sternika morskiego, a więc staż na kapitana. No i okazało się, że na prawdziwym morzu choroba morska mnie się nie ima, tak więc świat stał otworem!! Mogłem zająć się nauką, która rozpaczliwie mnie ścigała.

                                                                                                                                                                          Krzysztof Jaworski
_______________________________________________________________________________________________________

Krzysztof Jaworskiur. 1930r.; jachtowy kapitan morski; żeglarstwo uprawia od 1947r., początkowo w drużynie harcerskiej w Szczecinie; w szczecińskim żeglarstwie akademickim od początku lat pięćdziesiątych; brał udział w Mistrzostwach Polski Jachtów Morskich w 1952, 1953 (zdobywa I miejsce – Mistrzostwo Polski), 1955; liczne regaty morskie i śródlądowe (Słonka, Finn); w latach 1954-1959 Komandor Klubu AZS Gdańsk; członek Komisji Morskiej ZG AZS; w latach 1960-1966 członek Komisji Kapitanów ZG PZŻ; w latach 1983-1988 Komandor Klubu “Cała Naprzód” Warszawa; działalność instruktorska (Trzebież), publicystyczna (m. in. Żagle); mieszka w Warszawie.

 

 

 

Piotr Achtabowski: Recenzja książki

a  Bogdan Sobiło: Międzynarodowe przepisy o zapobieganiu zderzeniom na morzu – poradnik dla żeglarzy i motorowodniaków.
Wydawnictwo KYMA, Kraków 2015, ss. 180.

Lektura tej książki zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie – nie łatwo przecież pisać o przepisach w sposób ciekawy, ale i rzeczowy. Początkowo myślałem, że będzie to zbiór „ciężkich” przepisów, zawiłych sytuacji itp, co spowoduje, że niechętnie bym sięgnął po tą książkę w księgarni. Na naszym rynku wydawniczym jest niewiele naprawdę wartościowych pozycji o tematyce żeglarskiej, myślę jednak, że ta wejdzie w skład tego zbioru. Omówienie zacznę od tego, co widać „gołym okiem”, czyli od okładki. Dobrze, że okładka zwraca uwagę, że jest to poradnik. Jednak kluczowa dla mnie informacja jest na tylnej stronie okładki, gdzie znajduje się zwięzły opis (bardzo dobrze napisany) tego, o czym jest ta książka.
W samym poradniku wyraźnie oznaczone są poszczególne części dotyczące samych przepisów oraz komentarze. To jeden z najbardziej przystępnych sposobów na przedstawienie czegoś, co wydaje się trudne. Problem jest tylko w tym, czy autorowi książki uda się to tak skomentować, że całość staje się przystępna. Jestem przekonany, że kapitanowi Sobile się to udało. Znalazłem tu sprawnie napisany tekst, ubarwiony zabawnymi anegdotami (zwłaszcza o dwóch kapitanach, którym Autor zawdzięcza pływanie po morzach). Przykłady wypadków (niestety również tych tragicznych) skłaniają do refleksji. Książka ma czytelne grafiki. Są one skromne, ale jak najbardziej czytelne i nie wymagam więcej. Nie ma ich za dużo, więc te które już są, są tymi niezbędnymi. Nie mam tu żadnych zastrzeżeń. Układ świateł na końcu książki jest bardzo przydatny. Książka nie jest też „przegadana”. Jest tu zasadnicza i zarazem niezbędna wiedza, którą trzeba mieć, by móc bezpiecznie prowadzić jacht. Podział na rozdziały jest bardzo dobry. Najbardziej zaciekawiło mnie określenia pierwszeństwa bez używania pojęcia „hals prawy, hals lewy”. Trochę dziwnie mi się to odbierało, gdyż przyzwyczaiłem się i używam pojęcia, którym halsem płynie dany jacht. Jednak uzasadnienie Autora jest tutaj bardzo pomocne. Mam swoje własne sposoby na szybkie określenie, którym halsem płynie ten jacht, co to pędzi prosto na nas, ale zawsze nieźle się gimnastykowałem, by wytłumaczyć to swojej załodze. Myślę, że w następnym rejsie spróbuję metody opisanej przez Autora. Jest ona ciekawa i przede wszystkim jednoznaczna i jasna.
Reasumując: omawiana książka jest istotnym novum na polskim rynku publikacji dla żeglarzy. Sięgnąć po nią powinni nie tylko kandydaci na patenty jachtowego sternika morskiego i morskiego sternika motorowodnego, ale również kapitanowie jachtów i wszyscy, którzy bezpiecznie i świadomie chcą pływać po morzu.
Przy okazji zachęcam Autora, obdarzonego takim piórem i udatnie łączącego przyjemne z pożytecznym do napisania innych poradników dla żeglarzy i motorowodniaków.

                                                                                                                              Piotr Achtabowski

_________________________________________________________________________________________________________

PIotr Achtabowskiur. 1965r.; programista, jachtowy sternik morski, voditel brodice, RYA, SRC. Żegluje, najczęściej w Grecji, Chorwacji;, zainteresowania turystyką górską, podróżami motocyklem.

 

Bogdan Sobiło: Recenzja książki

PietusczakWalery Pietuszczak, Przez trzy oceany. Pierwsza wyprawa dookoła świat pod banderą niepodległej Ukrainy, tłum. N. Wojtyra, Oficyna Wydawnicza RYTM, Centrum Turystki Wodnej PTTK, Warszawa 2013, ss. 352

Każdy z nas o czymś marzy. Na ogół jednak te najskrytsze pragnienia nigdy nie zostają zrealizowane. Brakuje chęci, czasu, pieniędzy. A najczęściej silnej woli i konsekwencji. Niektórzy jednak spełniają marzenia i stają się szczęśliwi. Jednym z takich ludzi jest ukraiński żeglarz Walery Pietuszczak. Niemal całe życie spędził w Kijowie, z dala od morza. Żeglował po ukraińskich rzekach, zalewach i Morzu Czarnym. Nim wyruszył w rejs swego życia, tylko raz pływał po oceanie. Inżynier cybernetyk z zawodu, w nowej rzeczywistości postkomunistycznej założył firmę, dzięki której zebrał fundusze na kupno jachtu i rejs. Mały, bo 9 metrowy jachcik Lelitka (ukr. Błyskotka) stał się na cztery lata pływającym domem Walerego i jego żony. Chociaż według pierwotnego planu miała to być wyprawa samotnego żeglarza. Skromny jachcik nastręczał ciągłych problemów technicznych, szczególnie często psuł się silnik. Mimo tych i innych przeciwności Walery i jego „Załoga” (jak sam najczęściej pisze o żonie) nigdy nie pomyśleli o przerwaniu rejsu i powrocie do domu. O harcie ducha ukraińskiego żeglarza świadczy też i to, że nie dał się skusić ukraińskim emigrantom, którzy namawiali go do pozostania w Australii i urządzenia się tam. Odys miał swoją Itakę i nie posłuchał śpiewu syren, Walery miał dom w Kijowie, do którego pragnął wrócić.
Czytałem już wiele, bardzo wiele wspomnień z różnych rejsów, ale żadna relacja z wyprawy nie zachwyciła mnie tak jak ta. Z każdej stronicy przebija poczucie humoru autora, dystans do siebie i świata, sarkazm, a czasami ironia. Ani śladu pesymizmu, braku wiary w siebie i w powodzenie podjętego zamierzenia. Nie zmienia tej oceny pewna chropowatość przekładu, czasem mało precyzyjna terminologia fachowa. Tłumaczka wykonała swoją pracę zapewne najlepiej jak potrafiła, a że nie zna się na żeglarstwie… Cóż, niżej podpisanemu też zdarzało się tłumaczyć teksty, których nie rozumiał.
Los tej książki jest odbiciem losów i pozytywnej energii wielu ludzi. Wydanie polskie ukazało się dzięki staraniom doktora Marka Tarczyńskiego. Marka i jego żonę Iwonę poznałem w maju 2012 r. w czasie kursu żeglarskiego w Górkach Zachodnich. Jako że nieco dystansowali resztę kursantów wiekiem, niektórzy zadawali pytanie: Po co im patenty sterników? Jednak egzaminy Państwo Tarczyńscy przeszli pomyślnie. Nie minął kwartał, a w mailu Marek i Iwona opisali mi swój rejs. We dwoje (nie licząc psa) przepłynęli 26 stopową mieczową Antillą Zatokę Biskajską! Jak widać, nie tylko Ukraińcy potrafią realizować swoje marzenia.
Bierzmy przykład z Pietuszczaków i Tarczyńskich. Dlaczego nie warto się bać własnych marzeń – przeczytajcie książkę Walerego.

                                                                                                                                                                       Bogdan Sobiło

_______________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na  Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy.  Mieszka w Krakowie.

Wojciech Lipoński: Recenzja książki

okladkaaChristopher (A.K.A. Krzysztof Konstanty) Vorbrich: Wspomnienia. 80 lat Sekcji Żeglarskiej Akademickiego Związku Sportowego w Poznaniu, Wydawnictwo Naukowe CONTACT, Poznań 2014, ss. 218

Wprowadzenie z okazji 80 lat tradycji żeglarstwa akademickiego
w Poznaniu oraz 80. rocznicy Sekcji Żeglarskiej Akademickiego Związku Sportowego w Poznaniu podsumowujące niespotykane osiągnięcia sportowe jachtowego kapitana żeglugi wielkiej Polskiego Związku Żeglarskiego Krzysztofa (A.K.A. Christopher) Konstanty Vorbrich .

Krzysztof (Christopher) Konstanty Vorbrich otrzymał na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu pięć dyplomów akademickich, w tym stopień doktora fizyki ze specjalizacją astronomii oraz doktora anglistyki ze specjalizacją literaturoznawstwa. Ukończył on też trzy pełne studia magisterskie UAM, w tym w dziedzinie fizyki, astronomii oraz filologii angielskiej. Jest członkiem Sekcji Żeglarskiej Akademickiego Związku Sportowego w Poznaniu od roku 1963. Od roku 1962 uczestniczył w szkoleniu żeglarskim, organizowanym przez tę Sekcję.
K.K. Vorbrich dokonał w okresie od 1969 do 2011 roku serii akademickich rejsów żeglarskich pod banderką SŻ AZS w Poznaniu, które nie zostały dotychczas powtórzone w historii żeglarstwa w Europie Środkowej oraz Wschodniej.
W związku z powyższym, jako profesor zwyczajny Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu oraz Wydziału Anglistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, chciałbym przedstawić krótką historię pewnej dyscypliny żeglarstwa oraz osiągnięcia K.K. Vorbrich w tej dyscyplinie sportu.
W kategorii dyscypliny sportowej „długodystansowa samowystarczalna żegluga małą otwartopokładową łodzią żaglową po morzu”, Europa wydała dotychczas dwie załogi, które dokonały wyczynu o randze światowej. Myślę tu o rejsach po oceanie na żaglowej łodzi o szkielecie kadłuba pokrytym skórami. Łódź ta była rekonstrukcją historyczną. Rejsy odbyły się w latach 1976–1977 śladami wypraw mnichów irlandzkich pod wodzą Świętego Brendana przeprowadzonych podobno w latach ok. 545-551.
Druga załoga to Frank oraz Margaret Dye. Żeglowali oni w latach 70. po Morzu Północnym oraz innych morzach na 16-stopowej otwartopokładowej „dinghy” sportowo-turystycznej typu Wayfarer. W uznaniu zasług, ich jacht został umieszczony jako stała ekspozycja w muzeum w Greenwich pod Londynem
w Zjednoczonym Królestwie.
Do kategorii osiągnięć wyżej wymienionych załóg zaliczam sportowo-naukowe wyprawy żeglarskie Barbary Podejmy oraz Krzysztofa K. Vorbrich. Ich rejsy były organizowane pod auspicjami trzech instytutów naukowych UAM. Pod względem sportowym wyprawy te były jedyne w tej kategorii w Europie Środkowej i Wschodniej.
O ich sportowej unikatowości stanowią: rodzaj łodzi żaglowych, stopień trudności w realizacji zamierzeń oraz wymagane umiejętności żeglarskie. W ich rejsach można było czasami mylić się tylko raz. Moment żeglarskiej nieuwagi trwający ułamek sekundy prowadzić mógł do wywrotki jachtu o nieobliczalnych konsekwencjach na morzu. Do ich wywrotki nigdy nie doszło. Żeglarze przeżyli i to jest chyba największym wyznacznikiem ich sukcesu. Ich łodzie to 3,5- oraz 4,1-metrowej długości „dinghy” żaglowe. Żeglowali po Bałtyku (Zatoka Fińska oraz Morze Archipelagowe), Adriatyku (wybrzeże Dalmacji) oraz Morzu Czarnym (Rumunia i Bułgaria). Aby dostać się do tego ostatnio wymienionego morza, przeżeglowali Dunaj od Bratysławy do ujścia włączając Deltę oraz Limany. Żeglowali też po innych trudnych rzekach ówczesnej Czechosłowacji, NRD, Węgier, Jugosławii, itp. Do niebezpiecznych akwenów, które pokonali, należało też jezioro Balaton. Należy zwrócić uwagę na fakt, że powyżej wzmiankowana „dinghy” o długości 4,1 metra, to bardzo wywrotna, delikatna w sterowaniu, przeznaczona wyłącznie do regat klasa Enterprise zaprojektowana przez znanego konstruktora Jacka Holta. Wykonana została ze sklejki w stoczni w Ostródzie pod polską klasową nazwą „Koliber”. Truizmem jest stwierdzenie, że żadna z tych „dinghy” nie była skonstruowana z myślą o żeglowaniu po morzu. Ww. polscy żeglarze odbyli wyprawy w latach 1969, 70, 71, 72, 73, 74, 75 oraz 76. W realizacji wypraw napotkali poważny „opór” biurokratyczny i „dewizowy”. Jednocześnie K.K. Vorbrich wspomina, że oceniali oni atmosferę przygotowań do wypraw jako niesłychanie przyjazną ze strony patronujących instytutów naukowych UAM oraz innych instytucji. Wg K.K. Vorbrich atmosfera patronujących instytucji była bardzo wartościowa szkoleniowo oraz moralnie pomocna.
Poczynając od 1977 roku K.K. Vorbrich samotnie żeglował na Enterprise/„Koliber” pod banderką SŻ AZS Poznań oraz banderami Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oraz Rzeczpospolitej Polskiej po Morzu Północnym w Zjednoczonym Królestwie. Rejsy te odbywały się wzdłuż wschodniego wybrzeża Anglii jak również na Humber Estuary oraz Thames Estuary w latach 1977, 78, 93 i 94. Ponadto na wyżej wzmiankowanej „dinghy” Wayfarer K.K. Vorbrich w latach 1978, oraz 2004, 2005 i 2006 żeglował pod banderką SŻ AZS Poznań oraz banderą Zjednoczonego Królestwa po akwenach przyległych do Kanału Angielskiego. Akweny te to Chichester Harbour oraz Plymouth Sound. Ten pierwszy akwen jest po Sydney Harbour w Australii prawdopodobnie jedną z największych w Commonwealth naturalną zatoką. W Plymouth Sound Cook rozpoczynał swoje trzy wyprawy wokółziemskie. O tej ostatniej sprawie napiszę poniżej.
K.K. Vorbrich pisze, że na swoich trasach on oraz Barbara Podejma przetrwali na Adriatyku szkwały wiatru Bora tak gwałtowne, że narastały w ciągu kilku sekund od zupełnej ciszy do maksimum występującego dla Bory.
Na Bałtyku spotkali silne szkwaliste wiatry.
Na Morzu Czarnym zostali zmuszeni przez straż graniczną do przejścia przez groźną falę przyboju i do wysztrandowania. Przy innej okazji przejście przez przybój przy plaży na Morzu Czarnym skończyło się złamaniem płetwy sterowej oraz poważnym nadwerężeniem jarzma steru Enterprise/„Koliber”.
K.K. Vorbrich stwierdza z kolei, że na Humber Estuary napotkał w swojej żegludze wysoką załamującą się falę wytworzoną przez sztormowy wiatr wiejący przeciwko prądowi pływowemu o prędkości 9 węzłów.
K.K. Vorbrich mówi, że w innych swoich rejsach na Thames Estuary przeżeglował przez obszary z krótką załamującą się falą występującą nad płyciznami przy silnym wietrze wiejącym przeciwko silnemu prądowi pływowemu. Opowiada, że nie mniej trudne było dla niego samotne żeglowanie w górę rzeki Tamizy. Konieczne było wtedy pokonanie licznych śluz i mostów na łodzi, na której samotne kładzenie masztu nie było możliwe ze względów konstrukcyjnych. Dalej pisze, że w żegludze w górę Humber Estuary, by dalej dopłynąć do Ouse River i do dawnej stolicy Wikingów York, napotkał liczne pełnomorskie statki. Ich przejście rzeką powodowało nagłe opadnięcie wody o kilka metrów. K.K. Vorbrich przetrwał to zjawisko, dobijając swoją „dinghy” do pali cumowniczych i trzymając się ich rękoma do czasu uspokojenia się wody w rzece.
Jest jeszcze jeden aspekt – naukowy – żeglugi K.K. Vorbrich, który moim zdaniem należy szczególnie podkreślić. Jest to konsekwentna, bo prowadzona nieprzerwanie w latach od 1977 do 2011 żegluga K.K. Vorbrich na jachtach sportowych szlakiem wypraw wokółziemskich Jamesa Cooka oraz uczonych ojca
i syna Forsterów towarzyszących Cookowi w Drugiej Wyprawie. Urodzili się oni koło Gdańska. K.K. Vorbrich mówi, że ma wiele powodów, aby interesować się wyprawami Cooka. Jego wuj był rodowitym Kanadyjczykiem z Montrealu. K.K. Vorbrich opowiada, że w jego kanadyjskiej Rodzinie bardzo żywe są dotychczas tradycje tzw. Wojny Siedmioletniej. W tej wojnie brał udział Cook. K.K. Vorbrich opowiada też, że inny jego przodek był członkiem sił kolonialnych w Nowej Gwinei oraz na archipelagu Bismarcka. Pisze, że w związku z tym od najwcześniejszych lat dzieciństwa stykał się w swojej rodzinie z tradycjami Azji Południowo-Wschodniej oraz Zachodniego Pacyfiku.
Wreszcie K.K. Vorbrich pisze, że zafascynował się od lat 70. żeglugą Anglików wzdłuż wschodniego wybrzeża Anglii. Było ono kolebką umiejętności żeglarskich Jamesa Cooka.
K.K. Vorbrich przytacza również argument, że od 1974 roku do chwili obecnej jest związany naukowo oraz zawodowo z Wyższą Szkołą Morską (obecnie Akademią) w Gdyni.
Bazując na tych zainteresowaniach, intensywnej pracy naukowej oraz wyżej wspomnianych rejsach jachtami żaglowymi tropem Cooka i Forsterów, K.K. Vorbrich obronił w Instytucie Filologii Angielskiej (IFA) UAM pracę magisterską z tematyki historii percepcji nauki Kopernika w Anglii. W IFA obronił też drugi doktorat z zagadnień związanych z pamiętnikami Cooka oraz Forsterów z Drugiej Wyprawy Wokółziemskiej. Na temat tych zagadnień wydał drukiem w j. angielskim szereg artykułów naukowych oraz cztery książki. Poniżej pozwolę sobie zacytować fragmenty mojej recenzji dotyczącej jednej z ww. książek:

„Książka doktora Krzysztofa K. Vorbrich poświęcona udziałowi dwu /…/ obywateli polskich, szkockiego pochodzenia w drugiej wyprawie Cooka, jest dziełem niezwykłym. Ukazuje /…/ gruntownie zapomniane relacje polsko-brytyjskie i to w punkcie dla kultury brytyjskiej wręcz newralgicznym /…/. James Cook jest jednym z narodowych bohaterów Wielkiej Brytanii, i to bohaterów ukazywanych w jednoznacznym, wręcz bezkrytycznym kontekście. Jednak, po wyprawie Johann i George Forsterowie /…/ pozostawili po sobie wspomnienia i opracowania dalekie od podobnej jednoznaczności w ocenie Cooka. /…/ Dopiero ostatnio relacje Forsterów uzyskują na uznaniu, jako forma obiektywizacji dotychczasowej wiedzy. Na tym tle książka doktora K. Vorbrich, włączająca się w nurt rewizji dotychczasowych poglądów na II wyprawę Cooka, stanowi ważną korektę historyczną i geograficzną zarazem. Autor jest przez swoje wykształcenie i własną działalność szczególnie upoważniony do takiej korekty. Jest posiadaczem dwu doktoratów: pierwszy z fizyki ze specjalizacją z astronomii /…/ drugi z anglistyki, upoważniający go do profesjonalnego zabierania głosu w sprawach piśmiennictwa dotyczącego Wielkiej Brytanii. Jest ponadto jachtowym kapitanem żeglugi wielkiej /…/ W toku pisania pracy odbył zresztą rejsy jachtem i podróże na lądzie pokrywające się w dużej mierze z trzema wyprawami Cooka dokoła świata /…/ Nie mam najmniejszych wątpliwości, że biorąc do ręki pracę K. Vorbrich mamy do czynienia z dziełem wyjątkowym pod każdym względem. Przyczyni się do zwiększenia naszej wiedzy o stosunkach polsko-brytyjskich w dziedzinie kultury morskiej /…/ Praca jest wreszcie, jak pisałem wyżej, ważną korektą jednego
z ważniejszych epizodów historii żeglarstwa oceanicznego”.

Powrócę do zagadnienia żeglugi K.K Vorbrich śladami Cooka i Forsterów. Pod banderami SŻ AZS Poznań oraz pod banderami narodowymi Zjednoczonego Królestwa, Australii, Nowej Zelandii, oraz Singapore, K.K. Vorbrich żeglował po trasach Cooka na wodach okalających Zjednoczone Królestwo, jak też po południowych i wschodnich wodach Tasmanii, wschodnich wodach Australii oraz po wschodnich wodach Nowej Zelandii. W tym ostatnim kraju odwiedził też od strony wody Steward Island/Rakiura, którą Cook mylnie połączył z wyspą położoną bardziej na północ, zwaną obecnie South Island. Żeglował tam głównie na oceanicznych jachtach kilowych, jak również na „dinghy” Enterprise (wspomnianej wyżej), na tzw. Thames Barge oraz na katamaranie. Oprócz tego K.K Vorbrich prowadził jachty oceaniczne pod banderą PRL oraz RP na wodach okalających Zjednoczone Królestwo. Rejsy te odbyły się w latach 1988, 1990 oraz 1998 i wiodły trasą trzech wypraw Cooka w ich brytyjskich częściach.

Na koniec, z okazji 80 rocznicy pragnę złożyć Sekcji Żeglarskiej Akademickiego Związku Sportowego w Poznaniu życzenia dalszych sukcesów sportowych oraz szkoleniowych.

                                                                                                                         Poznań, 30 kwietnia 2014 roku

                                                                                                                         prof. zw. dr hab. Wojciech Lipoński