Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Bogdan Sobiło: Tragiczny wypadek „Barbórki”

SONY DSCLata siedemdziesiąte XX wieku pod wieloma względami były złotą epoką polskiego żeglarstwa. Ekipa, która doszła do władzy w 1970 r., na czele z Edwardem Gierkiem stawiała na rozwój nowoczesnego przemysłu, w tym stoczniowego. Znaczne środki przeznaczono na potrzeby stoczni jachtowych (w Szczecinie im. Leonida Teligi oraz w Gdańsku im. Josepha Conrada). Zaprojektowano w tym czasie szereg nowoczesnych jachtów morskich, a projekty wdrożono do realizacji. Nowe konstrukcje pod każdym względem przewyższały stare, wysłużone jednostki. Poza jachtami klasy Taurus, Draco i Cetus, których produkcja miała wtedy miejsce, zakupiono także licencję na amerykański jacht Carter 30.
Nowoczesny sprzęt i przychylna polityka władz sprzyjała udziałowi Polaków w wielkich imprezach sportowych. Dość wymienić start Krzysztofa Baranowskiego, Teresy Remiszewskiej i Zdzisława Puchalskiego w regatach OSTAR 1972. Kazimierz „Kuba” Jaworski zabłysnął na swych Spanielach w tym samych wyścigach w 1976 i 1980 roku. Dwa polskie jachty brały udział w pierwszej edycji regat Whitbread dookoła świata (1973/4). W lutym i marcu 1973 roku trzy polskie jachty okrążyły legendarny Przylądek Horn (Polonez, Euros i Konstanty Maciejewicz). Nasi żeglarze jako jedyni z „bloku wschodniego” brali udział w nieoficjalnych morskich mistrzostwach świata, regatach Admiral’s Cup (1977 i 1979). Krystyna Chojnowska – Liskiewicz, jako pierwsza kobieta na świecie samotnie opłynęła świat na Mazurku. Na Polonezie dokonał tego wyczynu Krzysztof Baranowski.
Wzrost liczby organizowanych rejsów, skutkował jednak nie tylko większym doświadczeniem, ale także prowadził do coraz większej liczby wypadków. Najbardziej fatalny był pod tym względem sezon 1975 roku. W maju znalazł śmierć w falach Bałtyku bardzo doświadczony i ceniony kapitan Zygmunt Werpechowski. Jesienią zaginął wraz z całą siedmioosobową załogą Janosik. Przyczyna zatonięcia tego jachtu do dzisiaj nie została wyjaśniona. Wreszcie w październiku wyrzucony został na mierzeję helską jacht Barbórka. W wypadku tym śmierć poniosły dwie osoby. Ponieważ wypadki jachtów Wanda i Janosik zostały omówione wcześniej w innym miejscu (magazyn Jachting), w tym numerze Zeszytów Żeglarskich chciałbym przybliżyć Czytelnikom okoliczności wypadku Barbórki.
Jacht Barbórka został zbudowany w Szczecinie w 1973 roku na zamówienie Katowickiego Okręgowego Związku Żeglarskiego. Był jednostką należącą do popularnego wówczas typu Taurus (długość 10,57 m, szerokość 3,57 m, powierzchnia ożaglowania 50 m2, silnik pomocniczy 25 KM). Kilkadziesiąt jachtów tej klasy pływało pod banderą polską i wielu innych państw. Konstrukcja była generalnie uważana za bardzo udaną.
Dla okoliczności opisywanego wypadku ogromne znaczenie ma wyposażenie ówczesnych jachtów oraz stosowane metody nawigowania. Produkowana w Polsce elektronika jachtowa była słabej jakości. Log i sonda zamontowane na nowym jachcie po kilku miesiącach przestawały działać. Radionamiernik, o ile w ogóle był na jachcie, również nie działał, albo też nikt z załogi nie potrafił kompetentnie go obsłużyć. W tych warunkach nawigacja opierała się na bardzo mało dokładnym zliczeniu opartym o utrzymywany kurs i przebytą drogę. Kompasy magnetyczne były wówczas atestowane i wykonywano dla nich tabele dewiacji, ale ta jak wiadomo ulega częstym zmianom. Poza tym poprawka na dryf szacowana była „na oko”, a i sternik często miał problemy z utrzymaniem zadanego kursu (zawsze widoczna tendencja od odpadania na bajdewindzie i ostrzenia w baksztagu). Przebyta drogę zliczano w oparciu o pomiar prędkości jachtu wykonywany raz na godzinę. Zwykle posługiwano się w tym celu wypełnioną częściowo wodą butelką przywiązaną do jachtu linką określonej długości. Nic więc dziwnego, że prowadzoną takimi metodami nawigację uważano za prawidłową, jeżeli błąd pozycji zliczonej nie przekraczał wartości 10% przebytej drogi. Wynika więc z tego, że jacht idący z portów zatoki Gdańskiej do Kalmaru (ok. 140 mil) prowadził nawigację prawidłowo, jeżeli rzeczywista pozycja jachtu nie różniła się od zliczonej o więcej niż 14 mil morskich!
Nocą z 4 na 5 października 1975 r. Barbórka wraz z siedmioosobową załogą wyruszyła w drogę powrotną z Tallina do Gdyni. Pogoda nie sprzyjała żeglarzom -dominowały przeciwne wiatry o sile dochodzącej do 9° B. Po czterech dniach (8.X), podczas wachty w godz. 1600 – 2000 pełnionej przez I oficera zauważono na widnokręgu łunę świateł, którą zidentyfikowano jako Trójmiasto. Jacht szedł wówczas kursem rzeczywistym 210° z prędkością ok. 6 węzłów. Wachtę w godz. 2000 – 2400 pełnił II oficer. Około godziny 2100 zauważył światło błyskowe z prawej burty. Mając jednak trudności z jego identyfikacją poprosił o pomoc kapitana, który uznał, że przed jachtem znajdują się trzy pławy. Niemal wszystko wskazuje na to, że z pokładu Barbórki widziano nie pławy, ale latarnię morską Rozewie z odległości ponad 20 mil. Biorąc pod uwagę znaczne zafalowanie oraz zmęczenie załogi trudnymi warunkami i choroba morską, nie trudno zrozumieć ten fatalny w skutkach błąd. Na zakończenie swojej wachty o godz. 2400 II oficer nie zapisał w dzienniku pozycji jachtu. Wraz ze zmianą wachty kapitan polecił zmienić kurs na KK = 240° w przekonaniu, że jacht wchodzi do Zatoki Gdańskiej. W rzeczywistości Barbórka znajdowała się wówczas znacznie dalej na zachód, bo ok. 15 mil na NE od Kuźnicy. Na polecenie kapitana III oficer zajął się naprawą jednego ze świateł nawigacyjnych. Schodząc do kabiny zauważył z lewej burty zalesiony brzeg i plaże w odległości ok. 200 metrów. Była godzina ok. 0230. Jacht utrzymywał w tym czasie KK = 240°, widzialność była bardzo dobra, wiał wiatr z NW 5 – 7° B, a stan morza określono na 5 – 6. Mimo panujących sztormowych warunków, załoga i kapitan nie korzystali z pasów bezpieczeństwa. Niemal natychmiast po zaalarmowaniu kapitana jacht uderzył o dno. Fala zmyła z pokładu III oficera. Jacht na jakiś czas przechylił się na lewą burtę, a następnie powrócił do normalnej pozycji. Kapitan ogłosił alarm „człowiek za burtą”. Żadne z rzuconych kół ratunkowych nie znalazło się jednak w zasięgu ratowanego. Aby podejść jachtem do człowieka w wodzie zrzucono fok i uruchomiono silnik. Kapitan rozpoczął wystrzeliwanie białych i czerwonych rakiet. Kiedy udało się obrócić jacht w kierunku pełnego morza nastąpiło silne uderzenie kolejnej fali, która zmyła z pokładu kapitana i I oficera. W tym samym czasie uwolniła się i otwarła samoczynnie tratwa ratunkowa. Z czterech osób, które znalazły się za burtą, zbawczy brzeg osiągnęli I i III oficer. Ciało kapitana znaleźli biorący udział w akcji ratunkowej żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza. Kilka dni później natrafiono na zwłoki sternika. Sam jacht doznał na skutek wypadku tylko nieznacznych uszkodzeń.
Przebieg i przyczyny tragicznego wypadku zbadała drobiazgowo Izba Morska w Gdyni. Za podstawowe przyczyny zdarzenia uznano: niewyznaczenie obserwatora, nieprawidłową identyfikację świateł oraz bezkrytyczne utrzymywanie kursu w kierunku lądu, mimo nieznajomości rzeczywistej pozycji. Za winnego Izba uznała nieżyjącego już kapitana. Zarzuty postawiono także oficerom, przede wszystkim zaniedbania w prowadzeniu nawigacji. Orzeczenie Izby I instancji zaskarżyli zainteresowani oficerowie, uznani za współwinnych. Odwoławcza Izba Morska ponownie przeanalizowała wypadek i doszła do wniosku, że przez kilka godzin przed wypadkiem jachtem kierował osobiście kapitan. Polecając III oficerowi naprawę światła doprowadził do zaniechania ciągłej obserwacji, która, prowadzona właściwie, mogła doprowadzić do odpowiednio wczesnego zauważenia lądu. W efekcie tych rozważań uwolniono oficerów od stawianych im wcześniej zarzutów. Odwoławcza Izba Morska sformułowała również ważną tezę: „Nie można oceniać wg tej samej miary postępowania załogi jachtu (…) oraz postępowania załogi statku składającej się z zawodowych marynarzy. Wymagania stawiane tym tak różniącym się kategoriom ludzi nie mogą być identyczne, równie rygorystyczne”.
Na skutek poważnego błędu nawigacyjnego Barbórka znalazła się na brzegu, a jej kapitan i jeden z członków załogi ponieśli śmierć. Dzisiaj, po ponad czterdziestu latach, mimo GPS i map elektronicznych dochodzi do podobnych wypadków. Dotyczy to zarówno słabiej wyszkolonych żeglarzy – amatorów, jak i zawodowych załóg jachtów regatowych (np. Vestas Wind na Oceanie Indyjskim w 2014 roku został kompletnie rozbity, ponieważ posługiwano się mapą o zbyt małej skali). Na morzu staranności, wiedzy i doświadczenia, a zwłaszcza zdrowego rozsądku i „łutu szczęścia” nie zastąpią mapy elektroniczne, satelitarne systemy łączności czy AIS.

                                                                                                                            Bogdan Sobiło

_____________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Libiążu.

Maria Towiańska-Michalska: „Engram” (fragmenty)

engram_rgbAtlantyda
Wychowywałam się w domu mojej Babci w Łunińcu, na Polesiu. Łuniniec był miastem powiatowym, ostatnią polską węzłową stacją kolejową przed granicą wschodnią. W mojej pamięci Łuniniec jest polaną położoną wśród bagien i lasów – ma kształt trójkąta, w którego trzech kątach znajdują się kościół, cerkiew i bożnica.
Tory kolejowe i stacja przedzielały miasto na dwie części, a most nad torami łączył te części na powrót w jedną całość. Dom mojej Babci stał po tej stronie miasta, która nazywała się Zalesie, przy ulicy Mickiewicza pod numerem 5. Rozległy, drewniany, sześciopokojowy parterowy dom miał kształt rosyjskiej litery P, czyli kształt podkowy. Pamiętam rozkład pokoi i potrafię narysować plan domu. Minęło tyle lat – ponad pół wieku – od kiedy opuściłam dom przy ulicy Mickiewicza 5 na Zalesiu. Jest on jednak wciąż żywy w mojej pamięci i zawsze myślę
o nim jako o domu rodzinnym, chociaż mieszkałam w nim nie jako córka swoich rodziców, ale jako wnuczka mojej Babci, Marianny Bilewiczowej. Piszę ten pamiętnik, który przecież nie jest prawdziwym pamiętnikiem, czyli codzienną relacją minionego dnia. Opisuję świat, którego nie ma, o którym już nikt nie pamięta, bo i po co to komu potrzebne. Piszę nocami. Z dziwną radością widzę, jak wynurza się ze wspomnień Atlantyda mojego dzieciństwa.
Myślałam, że niewiele pamiętam. Ale przywołane wspomnienia nakładają się jedne na drugie, tworząc jakby zawiły wzór chemiczny, który rozrasta się coraz bardziej i bardziej. Wyławiam z mroków niepamięci wydarzenia, o których dawno zapomniałam. Jest w tym jakby radość wskrzeszenia. Nocą kiedy piszę, otacza mnie tłum ludzi, którzy kiedyś istnieli i już dawno odeszli. Jestem wśród nich, a oni przypominają mi dawne sprawy…
Chyba rok temu znajoma przyprowadziła do mego domu Rosjankę, która
przyjechała do Szczecina z Łunińca. Nazywa się Maria Mikulicz. Rozmawiając, próbowałyśmy
odnaleźć coś, o czym wiemy obydwie – ludzi, albo miejsca. Szło nam
to jakoś opornie. Wreszcie padło nazwisko:
– Szura Tulejko.
– A, Tulejko! To zupełna stara wariatka. Mieszka na Piaskach. Stado kotów hoduje.
Wszy zjadają śmierdzącą staruchę.
Szura Tulejko… Najpiękniejsza panna w okolicy. Nauczycielka matematyki. Zapamiętałam
ją jakby w jakimś fragmencie starego filmu: dworzec kolejowy w Łunińcu.
Pani Szura stoi na peronie w powiewnej sukience z różowego jedwabiu i podaje
pamiętnik? fotografię? Zbyszkowi Sawanowi, który z grupą aktorów przyjechał
ze spektaklem do Łunińca. Sawan pyta:
– Jak ma pani na imię?
– Aleksandra
– Muszę napisać: ślicznej Oleńce.
I jeszcze Szura w otoczeniu oficerów Pińskiej Białej Floty. Panowie w eleganckich
białych mundurach. I ona – Szura – z chmurą blond, prawie białych włosów,
a oczy ma czarne. Piękna Szura, przedmiot tylu westchnień.
Zawszona staruszka, śmierdząca kotami. Nic nie zostało. A jednak… Szura Tulejko
wciąż mieszka na Piaskach w Łunińcu. Ma teraz chyba około 80. lat.
Aleksandra Tulejko to Rosjanka. Razem z moją ciotką, Józefą Bilewicz, w czasie
wojny uczyła polskie dzieci matematyki na tajnych kompletach. Bo tak to już
jakoś było. Rozmaite nacje żyły w zgodzie i w symbiozie. Polacy modlili się w katolickim
kościele, prawosławni w cerkwi, a Żydzi w bożnicy. Żyli obok siebie i szanowali
się nawzajem – w praktyce, bo nie w teorii. Kacap, to zawsze kacap. Bolszewik
i komunista. Przeważnie nieuk. Dobrze, jeśli w ogóle piśmienny. Ale przecież nie
dotyczyło to pana Sokołowskiego, naszego domowego lekarza. Pan Sokołowski
to nasz własny kacap, przyjaciel rodziny, gotów na każde zawołanie przyjść z po
mocą. Od lat leczył całą rodzinę bezinteresownie i za darmo. A było kogo leczyć.
Rodzina była liczna i chorowita.
Albo Żyd. O, to jeszcze gorzej. Żyd to krwiopijca. Żydzi, nie dość że zamordowali
Pana Jezusa, to do dzisiaj stosują makabryczne praktyki rytualne. Nabijają
beczkę gwoździami do wewnątrz. Do środka tak spreparowanej beczki wsadzają
katolickie dziecko i toczą beczkę, aż utoczą całą krew z niewinnego chrześcijańskiego
dziecka. Tę krew dolewają do macy.
Pani doktor Singałowska, która leczyła zęby całej rodzinie, przynosiła w żydowskie
święto bardzo smaczną macę, którą wszyscy jedli ze smakiem. Ale to była
nasza „własna” Żydówka.
Małżeństwa z innowiercami były bardzo źle widziane. Kiedy brat mojej Babci
– Florian Kozłowski – zawiadomił swoją matkę, że chce się żenić z Rosjanką,
matka powiedziała słynne potem w rodzinie zdanie:
– Syneczku, wolałabym cię widzieć na katafalku.
A i tak z czasem wszyscy pokochali Nastię, która nigdy nie nauczyła się poprawnie
mówić po polsku. Moja Babcia mówiła w zadumie:
– Wszystko byłoby bardzo dobrze, ona jest taka miła, gdybyż jeszcze nie była
kacapką.
Były to tzw. rubieże Rzeczypospolitej i trzeba było pilnie strzec polskości, czystości
języka, znajomości polskiej literatury i historii.
Przy ulicy Mickiewicza szeregiem stały domy: Jarmontowiczów, Bartoszewiczów,
Bilewiczów, Ołtarzewskich, Sawickich i Piotrowskich. Były to rodziny z tradycjami
i ambicjami. Nie wiadomo jakim sposobem pomiędzy tymi posesjami
znalazł się dom Bernatów. Chatynka maleńka, kupa dzieci w środku. Narodowość
– „tutejsi”. Tak przeważnie określali swoją narodowość Białorusini. Syn Bernatów,
Kola, ożenił się z Żydówką. Była bardzo ładna ta Żydówka Bronia i zupełnie do
Żydówki niepodobna
W tym samym czasie ożenił się też mój wuj, Edward Bilewicz. W tym samym
też czasie w jednej i drugiej rodzinie urodziły się dzieci. Chłopak i dziewczynka.
Z początku Bernatowa była bardzo przeciwna małżeństwu swego syna z Żydówką.
Z czasem jednak pokochała swoją bardzo urodziwą synową i udane wnuki.
W czasie okupacji ktoś doniósł Niemcom, że żona Koli Bernata to Żydówka. Starej
Bernatowej nie było w domu. Poszła do lasu na jagody. Podczas jej nieobecności
Niemcy zabrali całą rodzinę i rozstrzelali za torami na Piaskach. Kolę Bernata, jego
żonę Bronię, ich dwoje dzieci, siostrę Koli Olę, jej męża, ich troje dzieci, a także
starego Bernata. Bernatowa wróciła z jagodami z lasu i zastała pusty dom.
W sionce domu mojej Babci stał duży kufer. Pamiętam, że dnami i nocami siedziała
na nim Bernatowa i płakała. Nie chciała wejść do naszego domu i nie chciała
już być w swoim domu. Oślepła od tego płaczu. Wypłakała oczy.
Wojna przyszła na Polesie od wschodu.
W nocy obudził nas łomot wyważanych drzwi. Przez wyważone drzwi wpadli
sowieccy żołnierze z karabinami „na sztyk”. Przecwałowali przez amfiladowe pokoje.
Wyszła do nich moja Babcia. Po rosyjsku, z poprawnym akcentem spytała:
– A wy czego tu szukacie?
– Będziemy likwidować burżujów!
– Durak! Koszulę w zębach nosiłeś, jak ja robiłam rewolucję w Rosji.
To jest odrębna historia z tym „robieniem rewolucji”. Moja Babcia owdowiała
w czasie I wojny światowej. Podczas rewolucji znalazła się z dziećmi jako uciekinierka
w Jelcu. Pracowała tam jako kierowniczka domu dla sierot i nieletnich przestępców.
Wracając z dziećmi do Polski, przywiozła ze sobą listy pochwalne i dyplomy
za wzorową pracę. Nie zniszczyła tych papierów mimo sugestii rodziny
i przyszedł czas, że się przydały. Cała okolica zachodziła w głowę, dlaczego nie
wywieziono na Sybir Bilewiczowej i jej rodziny.
Rano po wkroczeniu ruskich, zjawił się pan Sokołowski i powiedział do Babci
po rosyjsku:
Ot i oczutiłsia ja w swojom gosudarstwie (Obudziłem się we własnym kraju).
– A jeszcze dodał, że wywiesił czerwoną flagę. Babcia powiedziała:
– Precz!
Miałam jej to za złe. Pan Sokołowski był prawie członkiem rodziny. Tyle lat
wszystkich leczył. Nie rozumiałam, dlaczego tak bezwzględnie go wygoniła. Tymczasem
sowieci, mimo że powitał ich jak rodaków, pierwszym transportem wywieźli
go na Sybir i słuch o nim zaginął na zawsze.
Wielu tzw. tutejszych z entuzjazmem witało sowieckie wojsko, co wcale nie
chroniło przed wywiezieniem w głąb Rosji….

….

Zosia zamieszała patykiem w ognisku i nagle zawołała:
– Poczekaj, nie pal tego jeszcze! Takie ładne znaczki z kangurem. Powycinam znaczki. Mój wnuk Michałek zbiera. Od kogo masz australijskie listy?
– Od Jurka Pisza. Przecież znałaś Jurka.
– No chyba! Kto nie znał Jurka? To był niezwykle interesujący i przystojny facet.
Wszystkie dziewczyny kochały się w Jurku. Ja też. Legendy o nim opowiadano.
Wszechstronnie utalentowany, kompletny wariat. Z wykształcenia chemik, z zamiłowania żeglarz, fotograf i ornitolog. Zakładał kiedyś nad jeziorem Świdwie rezerwat ptasi. Wiecznie zabiegany, zaaferowany,nieprzytomnie zapracowany.Ciekawe, jak on znajdował czas na romanse? Żenił się, rozwodził i uwodził. Miał takie piękne, niebieskie oczy i zniewalający uśmiech. Nie wiedziałam, że z nim korespondujesz. Jakim sposobem znalazł się w Australii? Chyba wiesz, skoro tyle listów do ciebie napisał. Czekaj no… Jeżeli tyle napisał, to by oznaczało, że…
– Trafnie podejrzewasz, ale niedokładnie. Poznałam go nawet wcześniej niż
Zdzisia. Podobał mi się. Jednak odkąd poznałam Zdzisia i wyszłam za niego za
mąż, nikt inny mnie nie interesował.
Jurek był przyjacielem mego męża. Łączyła ich wspólna pasja żeglarska i dość ryzykowne wtedy poglądy polityczne. Wiem, jak Jurek znalazł się w Sydney. Pewnej nocy opowiedział mi o tym przez telefon. On często zapominał o różnicy czasu i bywało, że telefonował z Australii do Szczecina w środku nocy. Rozmawiałam z nim jakby przez sen. Rano nie zawsze pamiętałam, o czym mówiliśmy, ale to, o co pytasz, pamiętam. Płynął na „Marii” z Ludkiem Mączką. Zachorował. Polski statek zabrał go z jachtu i odstawił do szpitala
w Sydney. W tym czasie nastał w Polsce stan wojenny i Jurek do Polski już nie wrócił.
Minęło sporo lat i zapomniałam o nim.                                                                                  Tyle się działo w moim życiu przez te lata. Owdowiałam. Moja córka i wnuk wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Zresztą sama wiesz. Aż kiedyś zobaczyłam w miesięczniku Morze sprawozdanie z regat żeglarskich w Sydney podpisane przez Jerzego Pisza. W tym samym mniej więcej czasie wychodzący w Sydney Kurier Polski wydrukował moje opowiadania. Spotkaliśmy się na łamach gazet. Zaczęliśmy korespondować, czasem telefonowaliśmy. W tajemniczy i pełen niedomówień sposób powstała więź, której nie umiałam inaczej niż żartem określić. Jurek napisał: „Czy rozumiesz, co się dzieje?”. Odpowiedziałam: „Oczywiście, rozumiem. Ucinamy sobie śliczny, romansik oceaniczny”… I stało się tak, jakbym otworzyła ukrytą furtkę. Nasze listy nabrały wyrazu. Sama zobacz. Na przykład ten.
– To wielostronicowa nowela, nie list. Przeczytam chętnie, ale nie teraz. Nie pal
tego listu. Może w ogóle nie pal listów od Jurka. Dlaczego miałabyś je niszczyć, skoro
wciąż jesteście w kontakcie?
– Nie jesteśmy w kontakcie. On parę lat temu miał udar i jest sparaliżowany….

_____________________________________________

Maria Towiańska – Michalska – z żeglarstwem akademickim związała się w latach czterdziestych ubiegłego wieku w
Szczecinie; żona wieloletniego kapitana „Zewu Morza”.

****

Stalowo zimne świtanie

                           Bez słońca, księżyca i gwiazd

                                             I bryzgiem fali na przebudzenie

                                                               Za kołnierz, w twarz.

                                                                                 Brrr !!! …..

Woda spływa

         w rynnie krzyża

               przy pośladku

                      już ogrzana

                               od ciała.

A jak za mało

           to spod nóg

                ucieka pokład

                   i głową w bom – bum !

                   Cholera …!

O piątej rano gdzieś na Bałtyku

zęby dzwonią na mszę;

ofiara musi być spełniona.

                                 (zs)

IMG_20150918_074456_HDR              Fot. J. Chałas

 

Ania Kaniecka-Mazurek: O Marii Towiańskiej-Michalskiej i jej książce.

Anna Kaniecka-MazurekZ radością przypominam, że mamy w gronie przyjaciół naszego Klubu (JK AZS w Szczecinie – przyp. red.) niesamowitą koleżankę! Pani Maria Towiańska-Michalska, wdowa po kapitanie Zewu Morza Zdzisławie Michalskim, jest osobą niezwykłą z wielu względów, ale dla mnie przede wszystkim dlatego, że daje wyraz swoim radościom, troskom i zachwytom poprzez sztukę. Nie poprzestaje na zdawkowym: „- Co słychać?” „- Dobrze”, a kiedy indziej, stosownie do sytuacji: „- Źle” ewentualnie „- A co ma być słychać…” i zalega pusta cisza, a rejestruje bogaty wachlarz swoich odczuć, pragnień, tęsknot i niepokojów. Szuka subtelnych różnic w porach roku, wietrze, dżdżu i słocie, co roku, jak my żeglarze, czekając blasku migocącego wiosennego słońca. To zresztą z pewnością połączyło przed laty śliczną pannę Malinę (Maria Alina) Towiańską z młodym żeglarzem – Zdziśkiem Michalskim, szukającym niebanalnych krajobrazów na rozlewiskach Odry pływając na mieczowej Przygodzie. Bo żeglarze to też takie „upoetycznione” dusze, a przynajmniej ja noszę w sobie takie romantyczne przekonanie.
Pani Maria od lat publikowała w polskiej i amerykańskiej prasie swoje opowiadania, a w tym roku, roku swoich osiemdziesiątych szóstych urodzin (Sic!), opublikowała je po raz pierwszy w formie książki. I jak to z książkami bywa, w dniu jej premiery odbyło się spotkanie autorskie, które miałam zaszczyt prowadzić. Licznie zgromadzeni goście słuchali opowieści pani Marii o Polesiu i o magicznym domu jej babci – polskiej patriotki, która hołdowała tradycyjnym wartościom i promowała edukację. Pani Marii w domu babci Bilewiczowej wprawdzie nieraz było smutno, bo jak mogła się czuć mała dziewczynka, której zmarła mama i której z troski o jej czteroletnią duszyczkę nikt o tym nawet nie powiedział, ale na szczęście liczne wujostwo i gromadka rówieśników z sąsiedztwa wypełniało małej tę rozpaczliwą pustkę. Proza Pani Towiańskiej-Michalskiej jest ciepła, ale nie ckliwa i ma spory walor historyczny, bo autorka ze swadą opisuje kresowe relacje w II Rzeczpospolitej. Bohaterami jej opowieści są Żydzi, tutejsi, czyli Białorusini, kacapy, czyli Rosjanie, no i oczywiście ciotki autorki, czyli rozliczne lekarki, nauczycielki i panny na wydaniu oraz wujowie, czyli inżynierowie, awanturnicy i przystojni kawalerowie. A przede wszystkim autorka przywołuje atmosferę dopiero co rozbudzonego życia w podwójnym tego słowa znaczeniu, bo i bohaterka przeżywa swoją młodość i bo młodzi, w młodej Polsce, są jej krewni (oczywiście z wyjątkiem babci).
Towiańska-Michalska jest obdarzona znakomitym zmysłem obserwacji, nie uchodzą jej uwadze ani niuanse społeczne, żartobliwa sąsiedzka hipokryzja porządkująca hierarchię ważności w Łunińcu na krańcach Rzeczpospolitej, ani szczegóły dotyczące codziennych obyczajów, nawyków, czy przywar, ani echa konwersacji dorosłych odbijające ówczesne sprawy polityczne. Ale Towiańska kocha swoich bohaterów i każdego z osobna obdarza swoją uważnością i maluje wielobarwną paletą słów. Jej fraza jest krótka, trafna, bezpośrednia. Przykuwa uwagę czytelnika, skrzy się dowcipem, nie nuży. Krótka forma potrafi wywoływać w czytelniku niedosyt, ale nie w przypadku naszej koleżanki – jej styl literacki jej dopracowany, każde zdanie służy po coś, jest przemyślane, zwiewne i potrzebne. Opowiadania Towiańskiej-Michalskiej po prostu dobrze się czyta. Zapraszam do lektury i do kontaktu z autorką za pośrednictwem Zeszytów Żeglarskich. Z pewnością Pani Maria ucieszy się z żywej reakcji swoich czytelników, a zarazem przyjaciół – żeglarzy. Książkę opublikowało szczecińskie Wydawnictwo Forma i można ją nabyć w księgarni Zamkowej na placu Hołdu Pruskiego. Serdecznie polecam!

                                                                                                                    Ania Kaniecka-Mazurek

__________________________________________________________________

Anna Kaniecka-Mazurekabsolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim; drukuje w szczecińskim
dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”; żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

______________________________________________________________________________________________________

engram_rgb  35b

Engram Maria Towiańska-Michalska; spotkanie autorskie odbyło się 18.11.2015 w salonie Pro Media przy al. Wojska Polskiego 2 w Szczecinie.

____________________________

Fragmenty z książki Marii Towiańskiej-Michalskiej Engram.

….

Ponad dziesięć lat temu, mój pięcioletni wtedy wnuk zapytał swego dziadka, czy to prawda, że ziemia jest kulista. Jasiowi nie wystarczyło potwierdzenie, domagał się dalszych informacji.
– Dziadek, ale po co ona jest okrągła?
– Ziemia jest okrągła po to, żeby podróże nie miały końca.
Dziadek Jasia był żeglarzem i ekspertem od takich spraw.
W roku 1973, kiedy Jasia jeszcze nie było na świecie, jego dziadek wyruszył
w rejs dookoła świata, jako kapitan szkunera „Zew Morza”. Przepłynął 34835 mil morskich i sam sprawdził, że ziemia na pewno jest okrągła. Wycinki prasowe dotyczące tego rejsu przechowuje razem z innymi pamiątkami po dziadku mój wnuk – Jan Barański, już od ośmiu lat mieszkający w pobliżu Nowego Orleanu….

….

Dziadek Wacław wybudował swój obszerny i jakby trochę mroczny dom w dolinie rzeki Jasiołdy.  Jasiołda to dopływ Prypeci, wielkiej, poleskiej rzeki. Wydaje mi się, chociaż wiem, że to nieprawda, że Prypeć jest równie wielką rzeką jak Missisipi. Kiedyś, kiedy znałam Missisipi tylko z mapy, była ona dla mnie niewyobrażalną, tajemniczą i egzotyczną rzeką. Nigdy nie sądziłam, że ją zobaczę. Czasami zobaczyć coś, to jakby odczarować. Pozbawić magii. Mam kilka zdjęć zrobionych nad Missisipi. Stoję nad wielką rzeką i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Rzeka i tyle. Bardziej egzotyczna wydaje mi się teraz Prypeć, bo już o niej prawie zapomniałam. Z czasem stała się nierealną rzeką z dziecinnego snu….

….

Na początku lat osiemdziesiątych przyjaciel Zdzisia, Jurek Kraszewski, wybudował jacht. Jurek i Zdzisiek chodzili kiedyś do tej samej klasy w słynnym Liceum im. Henryka Pobożnego, czyli „Pobożniaku”. Jurka koledzy przezywali „Hrabia Lolo”. Zasługiwał na takie przezwisko. Akceptował je. Posturę miał hrabiowską i takież maniery. Kiedy wybudował jacht, nazwał go „Lolo”. Zaprosił Zdzisia na rejs po Bałtyku. Wypływali z przystani „Pogoni”. Widzę ich oczyma pamięci, jak stoją na kei – wysocy, opaleni, przystojni, w białych spodniach i niebieskich koszulach. Wcale nie byli podobni, a jednak łączyło ich coś nieuchwytnego. Może to była pasja żeglarska?
Kiedy Zdzisiek wrócił z rejsu, opowiadał z nutką zazdrości, jakim wspaniałym jachcikiem jest „Lolo”. Jurek zgromadził pierwszorzędny sprzęt. Czego tam nie ma! „Lolo” jest super!
– Taki prywatny jachcik też by się nam przydał – marzył.                                                                                              Były to puste marzenia, bo Zdzisiek nie był ani oszczędny, ani zapobiegliwy i zupełnie nie miał głowy do zdobywania pieniędzy. Wcale nie byłam lepsza, więc nie miałam mu tego za złe. Jednak po jakimś czasie przyniósł do domu drewnianą skrzynkę, tryumfalnie postawił ją na kuchennym stole i oznajmił:
– No, jest na początek. Od czegoś trzeba zacząć. To jest pierwszorzędny log jachtowy. Będę stopniowo kompletował wyposażenie do jachtu, który wybuduję.
– Kiedy? – zapytałam zaniepokojona.
– Jak to „kiedy”? Powoli, „Mucho”. Z sensem i powoli….

 

ZŻ nr 27e listopad 2015

Tomasz Głowacki:                                                                     ARTYKUŁY

…Budowa super jachtu to zaledwie 7 ton na miesiąc, i aż 1100 roboczogodzin na tonę…. Budowa statku towarowego to aż 836 ton na miesiąc i tylko 85 roboczogodzin na tonę…. Teraz widać na ile budowa super jachtu jest skomplikowana i pracochłonna w porównaniu ze znacznie większym statkiem towarowym: budowa super jachtu jest prawie 13 razy bardziej pracochłonna….

________________________________________________________________________

Ludomir Mączka:                                                                        LISTY

„…Joelle podlizuję się jak umiem i na razie z nią nie mam kłopotów. Kupuję jej raz na tydzień kwiatki (ca 10-15 Fr). Ona zabiera moje brudy do prania (przyjeżdżają raz na tydzień). Nawet mi zacerowała skarpetki !!. Poza tym siedzę głównie na jachcie; pada deszcz, słońce rzadko. Drobne roboty. Ostatnio zacząłem czytać francuskie kryminały (ca 1 FR/sz. na placyku)…”
                                                                                                                                                                                  ________________________________________________________________________

Maria Towiańska-Michalska:                                             WSPOMNIENIA

Zdzisiek … po jakimś czasie przyniósł do domu drewnianą skrzynkę, tryumfalnie postawił ją na kuchennym stole i oznajmił:
– No, jest na początek. Od czegoś trzeba zacząć. To jest pierwszorzędny log jachtowy. Będę stopniowo kompletował wyposażenie do jachtu, który wybuduję.
– Kiedy? – zapytałam zaniepokojona.
– Jak to „kiedy”? Powoli, „Mucho”. Z sensem i powoli….


____________________________________________________________________________________________________

    M O R Z E

IMG_20150918_074456_HDR Fot. Jacek Chałas

  Stalowo zimne świtanie

                           Bez słońca, księżyca i gwiazd

                                             I bryzgiem fali na przebudzenie

                                                               Za kołnierz, w twarz.

                                                                                 Brrr !!! …..

     (zs)

____________________________________________________________________________________

W I D O K Ó W K A   Z   P O Ł U D N I O W E J   A F R Y K I

widokówka z South Africa  widokówka z South Africa rew

 

O książce Tomasza Głowackiego.

7gdMBr95Uczciwe strategie, które sprawiają, że budowa super jachtu jest sukcesem
Co sprawia, że budowa super jachtu jest sukcesem lub porażką
Autor Tomek M. Glowacki
www.glowackimaritime.com

Tytuł oryginału: “successful, win-win strategies for a super yacht project – what makes or breaks the creation of a super yacht”

clip_image001

Spis treści

Strategia 1 – Po pierwsze, trzeba „zabić” wszystkich prawników” – Mądrze kieruj swoim zespołem

                           prawnym.
Strategia 2 – Zanim postawisz żagle: nauczy się podstaw żeglowania – Korzystaj ze sprawdzonych metod

                            zarządzania.
Strategia 3 – Miej swoich bohaterów: Scott, Amundsen & Shackleton – Uważaj na pół-mądrych, są

                           wszędzie.
Strategia 4 – Osiągnąć sukces razem albo się rozpaść – Zanim pójdziesz do ołtarza.
Strategia 5 –  Jasne wymagania = doskonały produkt – „Gdybyś mi to od razu powiedział …”.
Strategia 6 – Zbliżaj się do założeń projektowych – Spirala Projektowa.
Strategia 7 – Zawsze mierz swoje postępy – Nie można kontrolować tego, czego nie można zmierzyć.
Strategia 8 – Miej na uwadze właściwe ograniczenia projektowe – Tutaj robimy trzy rodzaje projektów.
Strategia 9 – Staraj się być zwięzły w pisaniu i rozmowie – Pisz aby cię rozumieć, mów aby cię słyszeć.
Strategia 10 – Usuwaj przyczyny, a nie objawy – Utrzymuj wysokie zyski a koszty jakości niskie.
Strategia 11 – Zrób to sam albo znajdź “faceta w czarnym garniturze” – gdy wszystkie środki zawiodą.
Strategia 12 – Nie niszcz tego, przy naprawie tamtego! – Dzień ostateczny.
Strategia 13 – Miej z tego zabawę! – Smutek, zimno i głód nie są dobrymi partnerami w biznesie.

Zaraz na pierwszych stronach książki Autor uwidacznia różnicę w czasochłonności i kompleksowości pomiędzy super jachtem a statkiem towarowym. Robi to miedzy innymi dlatego, ze wiele stoczni jak zauważył budujące statki komercjalne tzw. black boats (holowniki, małe promy, statki pomocnicze itp) porywa się na budowę super jachtu nie zdając sobie sprawy z kompleksowości takiego projektu i różnicy jaka występuje przy budowie statku roboczego a super jachtu.

„Czym różni się budowa super jachtu o długości 40m w stosunku do statku towarowego o długości 175m?

Wyporność super jachtu od długości 40 metrów może być w zakresie około 140 ton. Jego budowa trwa około 20 miesięcy i potrzeba na nią około 150000 godzin pracy. To się przekłada na 7t na miesiąc, i około 1100 roboczogodzin na tonę. Wyporność statku towarowego o długości około 175 metrów może się mieścić w zakresie około 7500 ton. Budowa trwa dziewięć miesięcy, i zużywa około 650 tysięcy roboczo godzin. To się przekłada na 836t na miesiąc i 85 roboczogodzin na tonę. Teraz widać na ile budowa super jachtu jest skomplikowana i pracochłonna w porównaniu ze znacznie większym statkiem towarowym: budowa super jachtu jest prawie 13 razy bardziej pracochłonna.

______________________________________________________________________________________________________

Tomasz Głowacki konstruktor jachtowy. Mieszka w Nowej Zelandii.

Bogdan Sobiło: Recenzja książki

WasowiczJ. Wąsowicz: Antica prawdziwe wyzwanie. Dwa lata, dwa miesiące i dwadzieścia dwa dni wokół Ameryki Południowej, Gdańsk WiB 2011, ss. 223, ISBN:978-83-928007-2-9

Starszym i bardziej doświadczonym żeglarzom postaci kapitana Jerzego Wąsowicza nie trzeba przedstawiać. Od lat kojarzony jest ze swoją Ancticą. Przez lata pracował nad przebudową dawnego kutra rybackiego na jacht. A pracował, by zrealizować swe marzenia o rejsie na Wielkim Kręgu – swoim jachtem i pod swoim dowództwem (nie licząc oczywiście Ukochanej Żony, która towarzyszyła swemu Kapitanowi w części rejsu).
Podróż dookoła świata nie nasyciła jednak pasji morskiej przygody, jaka od zawsze trawiła Kapitana. Po kilku latach pływania bliżej domu, Jerzy postanowił znowu wyruszyć na morza dalekie. Tym razem w rejs dookoła Ameryki Południowej. Któż z nas, czytając z wypiekami na twarzy przygody Robinsona Crusoe czy książki Arkadego Fiedlera nie marzył, by choć raz znaleźć się na tropikalnej wyspie albo pływać po bezkresnej Amazonce? Ale, jak śpiewa w swej piosence Jurek Porębski, z czasem „zaokrąglają się marzenia” i porzucamy, nawet nie wiedząc kiedy i dlaczego, młodzieńcze pragnienia. Każdy, kto chodź raz, prowadził nawet krótki rejs, wie ile samozaparcia, konsekwencji, uporu wymaga doprowadzenie załogi i jachtu do celu. Jeżeli wyobrazimy sobie trasę liczącą kilka tysięcy mil, jacht przebudowany z kutra, dość skromnie wyposażony, ale bezpieczny i kapitana, armatora oraz organizatora, który nie jest milionerem pływającym dla kaprysu, zrozumie ile barier musiał pokonać Autor i główny bohater omawianej książki.
Bo choć Jerzy pisze o jachcie, spotkanych ludziach, codziennych i niezwykłych wydarzeniach, sam pozostaje w tle swojej opowieści. Ale mimo tego pozostawania narratora w tle, rzadko piszącego osobie w pierwszej osobie, Czytelnik lepiej poznaje Jego charyzmatyczną osobowość, wrażliwość na piękno morza, zachwyt zjawiskami natury i otwartość na innych ludzi.
Dobrze napisana, subiektywna i warta lektury relacja z niezwykłego rejsu, niezwykłego Kapitana i jego równie niezwykłego jachtu.
Relacja zainteresuje zarówno oceanicznych żeglarzy, jak i nie związanych z żeglarstwem Czytelników. Z myślą o tych ostatnich opracowany został Słowniczek terminów żeglarskich.
Książka została pięknie wydana, a jej wartość podnoszą zdjęcia, mapy i rysunki. Twarda oprawa, piękne ilustracje i grafiki, mapki przedstawiające szczegółowo poszczególne etapy czynią z książki edytorską perełkę. Wyjątkowo dopracowany projekt graficzny jest dziełem pana Kazimierza Jędraka.
Osobiście nabyłem książkę zupełnie przypadkiem w Helu, na pokładzie Antici z pięknie wykaligrafowaną dedykacją.
Można kupić z autografem Autora za pośrednictwem strony internetowej:
www.antica.pl
e-mail: jerzy@wasowicz.net

                                                                                                                              Bogdan Sobiło

_______________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na  Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy.  Mieszka w Libiążu.

Ludomir Mączka: Listy z Francji

Na początku r.1988 Ludomir Mączka przebywał we Francji. Było to związane z zimową przerwą wyprawy Janusza Kurbiela przez Przejście Północno-Zachodnie gdy jacht Vagabond’eux (Vagabond 2) pozostawał w Arktyce. Janusz Kurbiel znalazł dla Ludka zajęcie we Francji na nowym jachcie Vagabond 3 przygotowywanym do rejsu do Grenlandii i Północnej Kanady. Ludek przebywał na pokładzie jachtu w porcie Le Havre i stamtąd pochodzą jego zapiski i list.                                       (wj)

_______________________________________________________________________________________________________

                                                                                                                      Piątek, ok. 20.01.1988, Le Havre
Sztorm – wiatr w szkwałach ponad 55 kn. To przy wysokiej wodzie było takie małe piekiełko w porcie. Morze przelewało się przez molo wewnętrzne. Duża stroma fala. W końcu zaczęło się rwać. Najpierw pękła cuma dziobowa jakiegoś małego jachtu i stanął bokiem na szpringu i cumie rufowej. Poszedłem szukać kogoś z kapitanatu ale bez skutku – byli już na wodzie. Potem zaczął się urywać nasz ponton. Już poprzednio nawiązałem kupę cum ale część nawietrzna była obciążona Vag3 i dużą motorówką, więc puściła. Wyglądało bardzo brzydko, ale zjawił się Jean Michele z motorówką i odbijaczem; w sam czas. Założyliśmy cumy na motorówkę i teraz trzyma nas i motorówkę. Jak odjechali zaczęła się urywać druga nasza sąsiednia motorówka Afoirso Maritime, a że jest po naszej nawietrznej więc wyciągnąłem nową cumę z forpiku i jakoś ją umocowałem. Dochodzi 20-ta, księżyc, chmury lecą, ale wiatr już siadł do przyzwoitych 25-30 kn i dalej siada (oby). Barometr idzie w górę, ale już wolniej. Mieliśmy się przestawiać, ale na razie wygląda ok., do jutra. Jutro przyjeżdża J. (Janusz Kurbiel – przyp. red.). Jeszcze do niego zadzwonię to się przestawimy. Wczoraj akurat miałem rozgrzebany silnik; turbina od „turba”. Nie mogłem nijak odkręcić pokrywki aby ja oczyścić. Wczoraj kupiłem klucz fajkowy 8 mm i dziś oczyściłem i złożyłem przed samym najgorszym wiatrem. Przynajmniej czułem się lepiej. Jakaś szansa obcięcia cum i kręcenia się po porcie. Teraz słucham radia. Zrobię herbatę. Chciałbym już stać w porządnym miejscu.

                                                                                                                        24.01.1988 Niedziela
Vag 3, Basen de Citadele (Bassin de la Citadelle)
W piątek wieczorem poszedłem dzwonić do J. aby był na pewno w sobotę rano – przestawić łódkę ale rozmówiłem się tylko z „reponderem”. Okazało się, że J. i J. (Janusz i Joelle Kurbiel – przyp. red.) wyjechali z Paryża i przyjechali ok. 23.00. Wiatr się trochę uspokoił – 20-30 kn, ale niska woda. Przestaliśmy do rana. W sobotę ok. 12 tej przyjechali znajomi: Maurice – ze stoczni co robiła Vag 2 (jacht Vagabond 2 – przyp. red.) z synem i kimś tam jeszcze i stary członek załogi Vag 1, z Francuskiej Telewizji. Dwaj starsi panowie, chłopak ca 20 lat i „telewizor” ok. 40-35 lat. Mówił po angielsku.
Ok. 15 tej wysoka woda i otwarte śluzy. Przeszliśmy do basenu „Citadele” (Bassin de la Citadelle) i zacumowaliśmy przy nabrzeżu betonowym. Woda tutaj chodzi ok. ½ m, no i kamienne nabrzeże, nie urwiemy. Odetchnąłem z ulgą. Po zacumowaniu Maurice zaprosił nas do knajpy na obiad. Były bardzo dobre mule – z czosnkiem i pietruszką, i wino ale dużo nie piłem bo w moim „wieku” już nie idzie; zresztą jakoś mnie nie ciągnęło.
Wieczór zostaliśmy sami na łódce – J.+J.+L. Do J. przyjedzie w sobotę na kilka miesięcy syn Daniel (15-16 lat). J. dał mi dodatkowe zajęcie co dawniej w Polsce to się nazywało ‘Piastun” teraz wychowawca. Tak awansowałem na pedagoga. Chyba za tydzień lub dwa przyśle go na Vag 3.
Dziś ciepło, prawie bez deszczu (do wieczora) byli znajomi Szwedzi – małżeństwo. On ca 35 (?) inżynier od instrumentów geodezyjnych, ona typowa blond Szwedka, ale całkiem OK; oboje mówili po angielsku lepiej jak po francusku, tak że rozmowa była mieszana. Teraz zostałem sam na łódce z listą drobnych robót.

                                                                                                                          26. wtorek, Le Havre
Pogoda z grubsza OK. W Havre omal jak w Polsce. Automaty telefoniczne zepsute lub automaty na karty magnetyczne (tego zdaje się jeszcze nie ma w Polsce ?). Godzinę łaziłem po mieście rano na deszczu aby zadzwonić do J.

                                                                                                                                                   27.01
Rano telefonowałem do szefa. Potem relax kompletny. Deszcz, szaro, chłodno. Leżę na kanapie pod śpiworem. Słucham muzyki. RWE, BBC, itd. Deszcz bębni. To nawet miłe. ½ godziny ładowania baterii. Teraz napisałem list do „Mrówy” (Jerzy Łubisz w Kanadzie – przyp. wj) jest ok. 20. Coś poczytam i znów dzień przeszedł.

                                                                                                                             02.02.88, Le Havre
Ciągle sztorm, deszcz, szaro. 7o – 9o, chwilami lepiej ale na razie jeszcze od przejścia na „basen de Citadele” 11oB nie było. Łódka stoi OK, ale jak muszę wyjść do telefonu do J.; najbliższy dopiero w mieście (tam i z powrotem ca 1 godz.) to ciągle myślę o łódce. Ta pogoda powoli wchodzi mi na nerwy. Niby OK w środku sucho, radio, nie ma roboty (bo deszcz co chwila) ale jakoś niemiło. Nawet pisanie listów nie pomaga. No bo co tu pisać. Wszystko OK plany ciekawe i duże, a mnie jest smutno. Chandra nie chandra? Nie wiem ….

                                                                                             Czwartek, ok. połowy lutego, Le Havre
Basen de Citadele (Bassin de la Citadelle)
W ub. weekend było sporo gości. Francis + Kathrine + mały (8 l.) Frank, ich syn, Jean Pierre (wydawca), Nicole ta co robiła wystawę Vag 2 (Retour de J.K. du Pole Nord) na Nomadicu w 1984 w Paryżu, J + J. + Daniel – syn J. (15 l.), 1.8m – w okularach (+2) wygląda OK.
Wyszliśmy w sobotę rano. Do Honfleur jest ca 95Mm. Wiatr był dość dobry. Takie 20 kn. Rzadkość teraz. W Honfleur byliśmy tuż po 12tej. Śluzę otwierają tam na krótko. Coś 1h przed do 1 h po HW. Z biedą ustawiliśmy się przy kutrze rybackim. Zrobiło się nawet spokojnie i trochę słońca. Byłem całkiem zadowolony siedząc w kokpicie i patrząc na stare kamieniczki – pociągając kawę. J. porobił trochę zdjęć. Przestaliśmy noc. Wróciliśmy wczesnym popołudniem w niedzielę. Wiatr znów wrócił, z W – 30 kn. Wróciliśmy na swoje stare miejsce, które nam nie zajęli. No i „rozduło” się z powrotem. Takie regularne szkwaliste 30-50 kn z deszczem. J. zostawił na poniedziałek Daniela aby mi pomagał zdjąć achtersztagi. Pogoda nie pogoda bo to idzie do skrócenia do „Nirwany”. W poniedziałek ok. 10tej przestało lać, ale duło nadal 8-9o. Robota prosta, ale przykra ze względu na wiatr (i grypę którą podłapałem), zajęło to ze 4 godziny. We wtorek przyjechał J. i jacyś znajomi. Żaglomistrz z St. Malo. Poszli załatwiać interesy. Zostaliśmy z Danielem. Po południu wszyscy się zjechali. J. zabrał Daniela. Zostałem sam z Vag 3 i kolejnym sztormem. O 18tej w szkwałach z deszczem z W było ponad 62 kn. Łódka kładzie się na samym maszcie. Wyjąłem dwie sztyce aby się nie połamały. Dobrze, że wiatr dociskał. Do rana przeszło. Następny dzień znów pod wieczór ponad 50 kn z gradem i błyskawicami. Uspokoiło się ok. północy (zeszło poniżej 35 kn). Dziś przerwa, barometr nisko, deszcz. Dzwoniłem do szefa. Też ma grypę, leży i chyba na weekend nie będzie. Od Joelle dostałem kilka kryminałów francuskich. No i czytam. Dużo nie rozumiem ale idzie czytać. Barometr znów idzie w dół, pewnie w nocy będzie duło. Achtersztagu (antena) nie ma więc jestem bez radia. Może za to napiszę kilka zaległych listów.

                                                                                                                 Niedziela – połowa lutego
Dziś pierwszy piękny dzień od już nie wiem jak dawna. Błękitne niebo, prawie bez wiatru, w słońcu ciepło. W samej koszuli grzebię się przy łódce.
Wczoraj skończyłem pierwszy francuski kryminał. Dziś zacząłem drugi. Jeszcze daleko do doskonałości, ale idzie czytać. Siedzę sam na łódce. Czeka kupa zaległych listów. Radia nie ma bo anteny zdjęte, tylko lokalna stacja „radio Albatros” nadaje ładną, lub nie, muzykę przeplataną jakąś treścią religijną ale to mi nie przeszkadza, bo i tak nie rozumiem.
                                                                                                                                               Środa ?
Wyż, pogodnie, w południe ciepło. Mam przedłużoną visę do 07.05. Przedłużona w Jersey. Byłem tam 3 tyg. albo więcej na Vag 3 i złożyłem formularze. Przyszła pocztą. Czytam trzeci kryminał francuski. Czy nauczę się tym systemem francuskiego to nie wiem, ale kryminały idą coraz lepiej. Zamiast pisać listy zaległe (ok. 10 szt.) czytam kryminały.

                                                                                                                Czwartek 18.02., Le Havre
28.02 Niedziela
Dziś pisałem listy. Sporo się tego zebrało. Irena Karpowicz już na emeryturze, w Hiszpanii. Wczoraj J. przywiózł agregat – 3 kW, 60 kg, diesel 220 AC. Robiliśmy przymiarkę. Wygląda na to, że nie popłynę na Vag 3 tylko wrócę do Kanady robić Vag 2. A roboty sporo. Pogoda średnia.

                                                                                                                     Sobota 15.03, Le Havre
Powoli robi się wiosna. Temperatury takie sobie 5-6 oC, ale mniej duje.
Na łódce spokojnie, ale to niedługo bo za kilka dni chyba będzie instalowanie kupy gratów. Czekam już na Leszka, który mnie tutaj jako „cieć” i załoga zastąpi. Bo już prawie pewne, że ja polecę do Kanady z gratami na Vag 2. Trochę straciłem tym samym zainteresowanie w schematach elektrycznych Vag 3. A w ogóle to jakoś tak poza francuskimi kryminałami to wiele nie robię. Już zainwestowałem chyba ponad 10 Fr w tę naukę. Z ciekawostek tutaj na targu widziałem calamary po 80 Fr/ kg – prawie jak w Polsce jak tam byłem. Poziom się wyrównuje (1 Fr = 1 zł).
Sandy (Sandy Davidson z Victorii B.C. – żeglarz poznany w Arktyce – przyp, wj) kupił w Victorii 37’ gaff cutter, drewniany i pisał, że narcyze1 czekają na mnie. Trzeba wysłać kilka kartek Wielkanocnych bo to już chyba niedługo Wielkanoc.

Ewa !                                                                                                           15.03.88 Le Havre, Vag 3
Kilka dni temu dostałem list od Wojtka z Pogorii. Wydaje się, że pobyt na Pogorii lepiej mu służy niż w służbie NW Passage. Wydaje się z listu, że się odprężył, uspokoił i chyba trochę utył, bo pisze, że koryto dobre. Zresztą trudno się dziwić w naszym towarzystwie trudno odpocząć, niezależnie od roboty. Ja, – stary, trochę zramolały histeryk. Nawet teraz dręczy mnie chandra. J. trochę despota, czasem trochę szorstki, ale teraz trochę jakby też się odprężył. To chyba dlatego, że mu znów otworzyli konto. Tak, że od lutego dostaję na życie 1000 Fr/miesięcznie. Joelle podlizuję się jak umiem i na razie z nią nie mam kłopotów. Kupuję jej raz na tydzień kwiatki (ca 10-15 Fr). Ona zabiera moje brudy do prania (przyjeżdżają raz na tydzień). Nawet mi zacerowała skarpetki !!. Poza tym siedzę głównie na jachcie; pada deszcz, słońce rzadko. Drobne roboty. Ostatnio zacząłem czytać francuskie kryminały (ca 1 FR/sz., na placyku). Na Vag 3 prawie na pewno nie popłynę, bo trzeba zabrać kupę gratów na Vag 2 do Kanady. To może i lepiej bo i tak jak przejdziemy to i tak zobaczę Grenlandię no i zaoszczędzę nerwów. Trzy miesiące z J. jest OK ale więcej to trudno. Zresztą to chyba nie tylko jego wina. W związku z tym straciłem zainteresowanie tajnikami instalacji Vag 3. To zostanie dla Leszka2 – Janusza kolegi-żeglarza, który ma się zjawić ok. 20-25 marca.
Na razie program na Vag 3 jeszcze nie jest ustalony. J. działa w Paryżu. W trakcie małych pływań poznałem kilku zupełnie ciekawych ludzi, ale francuski idzie mi słabo a zacząłem zapominać hiszpański. Cóż starość nie radość.
Jakieś dwa tygodnie temu dostałem list od Ireny Karpowicz (Balcerkiewicz) z chyba września ub. r. Szedł via Victoria B.C. Przeszła w stan spoczynku i przeniosła się do Hiszpanii. Adres dałem w liście Wojtkowi, ale nic mu z tego bo bez telefonu i w okolicy Alicante. Ale melina jakaś jest. Zb. Kosiorowski przysłał mi list i Skarby kpt Flinta. Podziękuj ode mnie. Czyta się to nawet nieźle, choć Ocean Pierwszy bardziej mi się podobał. No ale „recenzję” to mu przy okazji napiszę.
A tak ogólnie to korespondencja na ogół smutna. Wiktor O.3 (Wiktor Ostrowski – pisarz, podróżnik, alpinista – Argentyna. – przyp. wj) ponoć poważnie chory. Nic nie pisze od dawna. Los machos no lloran – (samce nie płaczą) Irena Bg (Bogdańska) też ma problemy trudne i smutne. Może to lepiej nie mieć rodziny wtedy nawet chandra jest jakby prostsza. Z lokalnych wieści – przyjechał syn Janusza – Daniel 15 l. Wygląda całkiem OK jak na młodego człowieka. Ma być chyba ½ roku. Zobaczymy co J. z niego zrobi. No to tylko na razie – Wesołych Świąt. Pozdrowienia dla znajomych i Przyjaciół – Jureczka – Pań Kurowskich E. i T. (Elżbiety i Teresy). – Do Ty…. i D. Kopacewicz może napiszę.
Kontakty b.z.                                                                                                                      Ludomir
Przysyłam przy okazji notatki które robię coraz rzadziej bo nie ma o czym.
Ludomir

_______________________________________

1 „narcyze czekają” – aluzja do pracy dorywczej jaką miał Ludek w czasie pobytu w Victorii, B.C. – ścinanie i zbieranie narcyzów/żonkili (ang.Daffodils) na polach kwiatowych.                                                                                                                (wj)

2 Leszek Pukowski z Krakowa, pływał cały sezon na Vag 3 z Kurbielem do Grenlandii i Kanady. Towarzyszył nam na
   Vag 2 przez jeden dzień w Prince Regent inlet i Lancaster Sound w drodze do Arctic Bay.                                                         (wj)

3 Wiktor Ostrowski (1905 – 1992)
Studiował na wydziale budowy dróg i mostów Politechniki Warszawskiej.
W latach 1930–1935 dokonał szeregu pierwszych wejść wspinaczkowych w Tatrach, m.in. południowym filarem Smoczego Szczytu (w 1930 r., wespół z Bolesławem Chwaścińskim) i dolną połową środka północnej ściany Małego Kieżmarskiego Szczytu (w 1932 r., z Chwaścińskim i Wiesławem Stanisławskim), a także pierwszego wejścia zimowego na Smoczy Szczyt (w 1935 r., wespół z Justynem Wojsznisem).
Uczestniczył w polskich wyprawach w Alpy (1932 i 1937) i Andy (1933–1934) oraz w Kaukaz (1935).
Debiutował jako reportażysta w 1934 r. Był uczestnikiem kampanii wrześniowej 1939 r., następnie był internowany na Litwie, a potem przez obozy jenieckie w ZSRR dostał się do armii Andersa. Przeszedł kampanię włoską, walczył m.in. pod Monte Cassino. Po wojnie przebywał w Afryce, w 1947 r. osiadł w Buenos Aires.
Po powrocie do Polski (w 1975 r.) był autorem licznych odczytów radiowych i publicznych, poświęconych swoim wyprawom.
Członek honorowy Klubu Wysokogórskiego, Polskiego Związku Alpinizmu w Warszawie i licznych organizacji górskich za granicą.
Więcej na:       https://pl.wikipedia.org/wiki/Wiktor_Ostrowski

________________________________________________________________________________________________________
Jacht Vagabond 3 pod nazwą sponsora wyprawy Tupperware wyruszył ostatecznie 21 maja 1988 r. z portu Honfleur z Ludomirem Mączką na pokładzie. W połowie lipca Ludek opuścił jacht w Grenlandii i poleciał do osady eskimoskiej Gjoa Haven, gdzie na lądzie stał Vagabond 2. Tam spotkał się z Wojtkiem Jacobsonem.
Przed wyruszeniem z Honfleur odbył się tam chrzest jachtu z udziałem ważnych osób, z biskupem i merem miasta na czele. Uroczystość zakończyła się dość nieszczęśliwym wydarzeniem – przygodą, o którym opowiedział sam Ludomir. Po zakończeniu ceremonii miał się odbyć krótki rejs z zaproszonymi gośćmi. Mimo wielu prób silnik jachtu nie chciał jednak zapalić. Okazało się, że Ludek pomylił wlewy na pokładzie i napełnił wodą zbiornik z paliwem ! Tylko obecność duchownego i VIP’ów wstrzymała Janusza Kurbiela od obrzucenia Ludka ciężkim mięsem…                                                                                                          (wj)

________________________________________________________________________________________________________

Narcyze/żonkile – daffodils; Ludek zbierał je na kanadyjskiej plantacji. Miał dar obserwacji, tworzenia skojarzeń, przywoływania wspomnień; łatwość odtwarzania z pamięci zdarzeń, faktów. W odludnych przestrzeniach dalekiej Mongolii, z dala od dobrodziejstw cywilizacyjnych, na biwaku przy wieczornym ognisku, z siodłem pod głową i karabinem obok przywoływał z pamięci opisy koni jakuckich z Sieroszewskiego albo recytował fragmenty czytanych ongiś a przesuwających się pod wpływem chwili wierszy, jak np. z Wadswortha Longfellowa:
                                            ……..
                                            The day returns, but nevermore
                                            Return the traveller to the shore,
                                                                     And the tide rises, the tide falls.

Zapewne podobnie i we Francji, pola narcyzów kanadyjskich mogły przywołać mu z pamięci znane w kulturze zachodnioeuropejskiej strofy jednego z „Poetów Jezior”, Williama Wordswortha:
                                           ……..
                                           And then my heart with pleasure fills,
                                           And dances with the Daffodils.

Ale radosny nastrój jaki udzielił się poecie podczas samotnych wędrówek po wzgórzach Anglii, mile zaskoczonego widokiem poruszających się na wietrze żonkili (golden daffodils), niestety nie był dany Ludkowi; zapewne ani na plantacjach kanadyjskich ani podczas czytania listu od Sandy’ego Davidsona z Victorii B.C. Jak wspomina jego Przyjaciel, …Ludek narzekał, że była to jedna z najgorszych prac: cały dzień zajęty, z pochylonym grzbietem, chodząc w gumiakach po polu żonkili…

                                                                                                                                                                                                       (zs)

______________________________________________________________________________________________________

F O T O

Kamieniczki w Honfleur Kamieniczki w Honfleur.

Kamieniczki w Honfleur Kamieniczki w Honfleur.

Vagabond'eur w Honfleur 1988 Na jachcie Vagabond’eur w Honfleur. Fot. z arch. J. Kurbiela.

Chrzest Vagabond 3_Honfleur. Od lewej ksiądz_Daniel_Leszek Pukowski_Ludek_Janusz_Joelle_1988 Chrzest jachtu Vagabond 3, Honfleur. Od lewej: ksiądz, Daniel, Leszek Pukowski, Ludek, Janusz, Joelle; 1988. Fot. z arch. J. Kurbiela.

Vagabond 2 i 3  spotkanie w NW Passage foto J. Kurbiel Vagabond 2 i 3 spotkanie w NW Passage. Fot. J. Kurbiel.

Vagabondeur_Tupperware 1988r foto J. Kurbiel. Vagabondeur (Tupperware), 1988. Fot. J. Kurbiel.

Anna Kaniecka Mazurek: Recenzja książki

Gibraltar okładkaKazimierz Robak: Gibraltar: Cieśnina – Skała – Państwo
Wydawnictwo WKR 2015, wydanie I, Tampa Fl, 2015, ss. 112

Słupy Heraklesa, czyli terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii

Książka Kazimierza Robaka pt. Gibraltar: Cieśnina-Skała-Państwo wymyka się jednoznacznym określeniom gatunkowym, ale z pewnością każdy zainteresowany tym zakątkiem świata powinien po nią sięgnąć. Autor wnikliwie prześledził w niej dzieje Gibraltaru na przestrzeni wieków, a trzeba przyznać, Gibraltar od najdawniejszych czasów rozbudzał emocje. Starożytni traktowali go jako symboliczny koniec świata, a współcześni jako ostatnią kość niezgody w postkolonialnej Europie. Wielka Brytania po dziś dzień, powołując się niezmiennie na Traktat z Utrechtu podpisany w 1713 roku (sic!), chce władać tym maleńkim terytorium (6,5km2 powierzchni i 12 kilometrów linii brzegowej) i królowa Elżbieta II figuruje na gibraltarskich funtach.

Kazimierz Robak przytacza w swojej książce wiele ciekawostek i smaczków. Między innymi, że to właśnie stamtąd wyruszył w ostatni lot polski premier i naczelny wódz, generał Władysław Sikorski w lipcu 1943 roku (zginął w dotąd niewyjaśnionych okolicznościach 16 sekund po starcie), że to tam, wiosną 1969 roku, wzięli ślub John Lennon z zespołu „The Beatles” i japońska artystka Yoko Ono. Publikacja naszego kolegi-żeglarza, wykładającego na uniwersytecie w Tampie na Florydzie, wydaje się być ciekawą propozycją dla wszystkich zainteresowanych historią strategicznych miejsc, bo Cieśnina Gibraltarska oddzielająca Europę i Afrykę niewątpliwie do takich miejsc należy. Natomiast trudno ją, moim zdaniem, adresować jakoś szczególnie do żeglarzy, zwłaszcza bez zacięcia filologicznego, czy historycznego – wiadomości czysto nawigacyjnych w tej książce praktycznie nie znajdziemy. Jest natomiast bogata dokumentacja kronikarsko przedstawionych dziejów miejsca, ze znakomicie uchwyconym genius loci (duchem miejsca): zarówno w ujęciu literacko-mitologicznym, jak i polityczno-historycznym, drobiazgowo opatrzona bibliograficznymi przypisami uwiarygadniającymi przedstawione treści.

Gibraltar wielokrotnie zmieniał włodarzy. Przechodził z rąk muzułmanów do chrześcijan, z rąk Hiszpanów do Brytyjczyków, czego symboliczną ilustracją może być zdjęcie wykonane w Gibraltarze przez naszego klubowego kolegę z JK AZS Szczecin, kpt. Wojtka Jacobsona, ukazujące Matkę Boską Patronkę Europy na tle widocznego z oddali minaretu na muzułmańskim meczecie. Myślę, że w dobie nasilonej migracji muzułmanów do Europy szczególnie wart uwagi jest rozdział zatytułowany „Najkrótsza historia początków Islamu i Al-Andalus”, w którym Kazimierz Robak przedstawia kalendarium dziejów trzeciej wielkiej religii księgi (obok Judaizmu i Chrześcijaństwa). Najkrócej mówiąc warto pamiętać, że wyznawcy Mahometa już na przełomie VII/VIII wieku n.e. władali Półwyspem Iberyjskim, zwanym wtedy przez nich Al-Andalus (zaś muzułmanie z Al-Andalus zwani byli przez chrześcijan Maurami) i pozostali niepokonani przez kolejne prawie siedem stuleci, aż do 1491 roku kiedy to katolicka królowa Izabela Kastylijska i Ferdynand Aragoński podpisali z Muhammadem XII traktat w Grenadzie. Nota bene opiewany później przez naszego wieszcza narodowego, Adama Mickiewicza, w „Konradzie Wallenrodzie” w słynnych słowach „Już w gruzach leżą Maurów posady (…) bronią się jeszcze twierdze Grenady”.
Anna Kaniecka-Mazurek

_______________________________________________________________________________________________________
Anna Kaniecka-Mazurekabsolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim; drukowała w szczecińskim
                                                dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”; żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

______________________________________________________

F O T O

Patronka Europy z Gibraltaru, w tle minaret meczetu. Fot. W. Jacobson Patronka Europy z Gibraltaru, w tle minaret meczetu. Fot. W. Jacobson

Dwudziestopensówka z "Our Lady of Europe" na awersie. Dwudziestopensówka z „Our Lady of Europe” na awersie. Fot. K. Robak

Pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą z 4. lipca 1943 roku. Fot. K. Robak Pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą z 4. lipca 1943 roku. Fot. K. Robak

  Fot. K. Robak2015-10-02. Fot. K. Robak

Gibraltar, w tle Afryka. Fot. K. RobakGibraltar, w tle Afryka. Fot K. Robak

Gibraltar, widok na lotnisko. Fot. W. Jacobson Gibraltar, widok na lotnisko. Fot. W. Jacobson

Gibraltar od strony morza o zachodzie słońca. Fot. W. Jacobson Gibraltar od strony morza o zachodzie słońca. Fot. W. Jacobson

 

 

List z Nowej Zelandii

Od Wojciecha Jacobsona nadszedł mail informujący o kontakcie z zamieszkałym w dalekiej Nowej Zelandii Tomaszem Głowackim; fragmenty korespondencji zamieszczamy poniżej. (zs)

_____________________________________________________________________________________________________

Przesyłam fwd list od Tomka Głowackiego… Odpisałem do Tomka od razu, obiecując rozpowszechnianie informacji…
Wśród przytoczonych przez Tomka recenzji znalazłem nazwisko byłego studenta – ucznia kanadyjskiego z „Concordii”- Mike’a Michele’a Discepolę.
Teraz to blisko 40 latek (przedział 35-38), pracujący w poważnej firmie w Singapurze… Czasem miło się do mnie  odzywa.
Pozdrawiam,
wj

***********

Drogi Wojtku

7gdMBr95 Moja pierwsza książka
„successful, win-win strategies for a super yacht project”
Chcę się podzielić wiadomością, że pod koniec Marca wydałem książkę pod tytułem: “Successful, win-win strategies for a superyacht project – what makes or breaks the creation of a superyacht”. Ta książka otrzymała bardzo entuzjastyczne recenzje od znanych postaci z przemysłu jachtowego oraz ze świata żeglarskiego, akademickiego i prawniczego. Ta książka to kolekcja moich spostrzeżeń i doświadczeń na przestrzeni ponad 40 lat. Zatem przez chwilę chciałbym celebrować ten fakt ze wszystkimi, którzy albo pośrednio albo bezpośrednio byli częścią tych doświadczeń i Ty się też do nich zaliczasz.
Oto skróty kilku komentarzy:

“…Ta niesamowita książka powinna stać się obowiązkową lekturą dla wszystkich klientów, projektantów, kierowników projektów i budowniczych yachtów.” Alan Warwick – Yacht designer, Auckland

“…Wymagane czytanie, przed rozpoczęciem projektu, a następnie ponowne w trakcie i po projekcie! Dobre dzieło oparte na doświadczeniach i wiedzy życiowej…” –Nick Gladwell – Former Director, Cayman Island Shipping Register

“…Przed wydaniem jakichkolwiek funduszy na jakikolwiek projekt super jachtu, ta książka i konsultacja z Tomkiem jest koniecznością.” – Michele Discepola, Lawyer, Singapore

“…Ta książka powinna być obowiązkową lekturą dla kierowników stoczni, maklerów, menedżerów jachtów, a nawet projektantów, bo sukces jest niemal pewny, jeśli w praktyce zostanie zastosowana cała mądrość zawarta w tych kartkach.” – Butch Dalrymple-Smith. Naval architect, France

“…Jeszcze nie widziałem żeby ktoś napisał coś takiego – interesujące i będzie to na pewno tematem rozmów w branży jachtowej..”- Ken Freivokh, designer

Korzystając z tej okazji chcę również poinformować, że doczekałem się wieku emerytalnego ale jednocześnie zacząłem działalność konsultingową w takich tematach jak zarządzanie projektami, ulepszanie biznesu, koordynacja projektowania, zapewnianie jakości, wprowadzanie zmian w biznesie, stale ulepszanie, i strategie, a jako prezydent Polsko – Nowozelandzkiego Stowarzyszenia Biznesowego – POLANZ, zajmuję się również rozwijaniem kontaktów handlowych pomiędzy tymi dwoma krajami. A wiec: “retired, but not-tired” czyli “na emeryturze ale nie zmęczony”…
Książka jest dostępna w wersji papierowej na “Amazon” a w wersji elektronicznej na “Smashwords”
Amazon: http://amzn.to/1IsZ0aK
Smashwords: http://bit.ly/1RmYcJm

Serdecznie pozdrawiam
Tomek

 clip_image001