Archiwum kategorii: ZŻ nr 67e listopad 2025

Julian Tuwim: Gdynia

Od jantarni, od jastarni,
Od surowych skał jastrzębich
Ciągnie wiatr – i ptaki karmi
Pomrukami chmur i głębin.

Nad skałami krążą, jastre,
Zaprawiając się w drapiestwie.
Tu ma Polska rysy ostre,
Rzekłbyś: oto Gryf i Mestwin.

Tutaj trzeba ust zaciętych,
Zimnych oczu, zimnych myśli:
Że te porty i okręty
Wpławił w Bałtyk rozpęd Wisły.

Tutaj: Tak! I tu ostrożnie
Ze słowami. Bo w granicie,
W ryku morza, w stali mroźnej
Muszą słowa mieć pokrycie.

Więc kranami nachylone
Do słonego wodopoju,
Słyszysz, miasto, jak przysięgą
Biją młoty Gdyniostroju?

I gdy pięść twardnieje w kastet
Mocniej ściska pierścień ślubu
Usta za kraczącym ptactwem
Mruczą wrogom” „Spróbuj … spróbuj …”

                                                     Julian Tuwim

 

__________________________________

Julian Tuwim (ur. 1894), czołowy poeta z grupy „Skamander”, w r. 1928 literacka nagroda miasta Łodzi za tom „Sokrates tańczący”; w r. 1935 odznaczenie złotym „Wawrzynem Akademickim” Polskiej Akademii Literatury za wybitną twórczość literacką. (…); przekłady poetów rosyjskich i francuskich; kilka tomów publikacyj z dziejów obyczaju.
Utwór wyjęty z „Gazety Polskiej”, n-r 306 z dn. 4 XI 1934 r.


(Wiersz i nota o autorze z: „Morze w poezji polskiej” w opracowaniu Zb. Jasińskiego, Główna Księgarnia Wojskowa, Warszawa 1937).

Marek Słodownik: Regaty Kuipera Brandarisa – Święto Morza, Wiatru i Ludzi

Gdy w 1994 roku na Terschelling obchodzono 400-lecie Brandarisa, najstarszej latarni morskiej w Holandii, wyspa żyła tym jubileuszem jak wielkim rodzinnym świętem. Poproszono wówczas Hermana Brandsmę, by zorganizował coś wyjątkowego. I udało się – pod koniec tamtego roku po raz pierwszy w historii na wody wokół wyspy wypłynęła flota 50 statków. Wszystkie, do ostatniego żagla, znalazły sponsorów, a na twarzach załóg malowała się duma i entuzjazm. Tak narodziły się regaty Brandarisa – wydarzenie, które szybko stało się legendą.

Dziś limit statków wynosi 80. Nie dlatego, że brakuje chętnych – wręcz przeciwnie. Port, z troski o bezpieczeństwo, po prostu nie pomieści więcej jednostek. Ale ta liczba wystarcza, bo organizacyjnie dopracowano wszystko do perfekcji. Każdy, kto choć raz zobaczy tę armadę białych żagli, wie, że jest świadkiem czegoś niezwykłego.

W tę tradycję głęboko wpisała się rodzina Kuiper. Jaap Kuiper, serdecznie związany ze sportami wodnymi, kochał flotyllę nazwaną Bruine Vloot całym sercem. Dziś jego syn, Jacco Kuiper, z tą samą pasją i siłą niesie dalej ojcowską misję. Dzięki wsparciu Kuiper Verzekeringen organizatorzy mogą zapraszać ważnych gości, decydentów z Hagi – ludzi, którzy muszą zobaczyć, jak wielką i poważną branżą jest Brązowa Flota starych żaglowców. Tu nie ma przypadkowości, tu corocznie tworzy się coś wyjątkowego, projekt zrodzony z ciężkiej, profesjonalnej pracy i miłości do morza.

Dzięki sponsorom regaty Kuiper Brandaris stały się największym wydarzeniem żeglarskim Bruine Vloot na wyspie. Dla wielu to najpiękniejszy dzień roku: morze oddycha rytmem żagli, wiatr opowiada stare historie, a ludzie łączą siły w duchu sportu, tradycji i wspólnoty.

Brandaris – Wieża, która Strzeże Ludzi od Czterech Stuleci.

Dla mieszkańców Terschelling Brandaris to po prostu „Wieża”. Tak ją nazywano od pokoleń, z czułością i spokojną pewnością, że należy tylko do nich. Reszta Holandii zna ją jako najsłyniejszą kwadratową latarnię morską kraju – ale dla wyspiarzy to coś więcej: to strażnik, to symbol, to część ich historii.

Jej początki nie były łatwe. W 1593 roku Pieter Albertszoon Vlock z Medemblik rozpoczął budowę latarni. Los jednak nie był łaskawy. Zbyt miękkie podłoże ciężkiej kamiennej latarni, błędy konstrukcyjne i dramatyczny finał. Wieża zawaliła się jeszcze przed ukończeniem, a sześciu budowniczych straciło życie. Tragiczny rozdział, który na zawsze pozostał w pamięci wyspy.

Jednak nadzieja wróciła. Otrzymano drugą szansę. Tym razem praca była ściśle nadzorowana, a materiał dobrany staranniej. W 1594 roku Brandaris stanął dumnie na swoim miejscu, a jego światło po raz pierwszy przecięło ciemność nad morzem i wyspą. Początkowo słabe, bo zasilane świecami – dopiero od 1834 roku prawdziwa latarnia pozwoliła świecić zarówno dniem, jak i nocą. A gdy w 1920 roku firma Philips stworzyła specjalną, ogromną żarówkę o średnicy 30 cm, Brandaris stał się jednym z najnowocześniejszych punktów nawigacyjnych w kraju.

Przez wieki latarnia służyła wielu funkcjom – była latarnią, wieżą kościelną i więzieniem. Dziś pracuje bez przerwy, 24 godziny na dobę, jako serce systemu ruchu morskiego całego regionu Wadden.

Na jego ścianie znajduje się tablica z napisem:
Ku przestrodze wszystkim marynarzom, niech Bóg ma ich w swojej opiece.

To jedno zdanie niesie to samo przesłanie od XVI wieku aż po XXI. Przez burze, wojny, katastrofy i spokojne dni – wieża wciąż stoi. I wciąż ostrzega. I wciąż chroni. A co roku podczas regat miejsce to odwiedza grupa kilkuset żeglarzy z wielu europejskich krajów. Od kilku lat także z Polski.

                                                                                                      Tekst i foto – Marek Słodownik

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Kuiper Brandaris Race 2025, 18 X.2025
Fotorelacja Marka Słodownika

_____________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Detale dekoracyjne na Festyny dedykowane morzu i żeglującym.

Dekoracje w Portugalii są powszechnie obecne w przestrzeni publicznej, na różnych powierzchniach budynków i budowli. Widać je nierzadko na chodnikach i ulicach, na miejskich fontannach. Ułożone z kamienia z wielką starannością i kunsztem, przyciągają wzrok, ożywiają przestrzeń miasta.

Podczas festynów dedykowanych ceremoniom różnego rodzaju, przystraja się ulice w każdym ważnym przejściu, ciągu komunikacyjnym. Wtedy powiewają wstążki, chorągiewki a wykonane z drewna elementy morza – jak fauna i flora – dodają charakteru marynistycznego.

Na takie imprezy kobiety bardzo często ubierają specjalne rajstopy wełniane i spódnice chroniące od słońca.

Ponieważ inspiruje mnie ten temat, wykonałam parę prac malarskich z tematem łodzi, które obserwuję przy wspaniałych okazjach, takich jak wypłynięcie na ocean lub rzekę Tag.


Dla mnie to święto słońca, które jakby bawi się cieniami i światłem. Niebieski to kolor, który często dominuje w moich obrazach. Dlatego wykonałam również techniką cyjanokopii w kolorach charakterystycznych dla tej techniki prace poświęcone wspomnieniom wieszania prania o nieskazitelnej bieli. To były momenty, gdy kobiety nad rzeką rozwieszały pranie gawędząc ze sobą. Przypominały mi się podobne sytuacje z domu moich dziadków. W jakiś sposób emocje, niezależnie od kultury, mają moc wspólnych wspomnień. Może wymieszałam temat, ale mimo to wydaje mi się spójny. Dekoracje mają swój symbol więc pokazuję parę przykładów na fotografiach w Portugalii podczas różnych epok, ale zawsze w pełni lata w tych przypadkach.

Com os melhores cumprimentos

Mariola Landowska

www.mariolaland

___________________________________
Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

 

 

Marek Słodownik: Żeglarska biblioteka

To dzieło zrodziło się nieco z przypadku. Dziś biuro firmy szkutniczej w warszawskim Wawrze to zapewne jeden z największych księgozbiorów żeglarskich w Polsce i z pewnością największy prywatny zbiór czasopism o tematyce morskiej i żeglarskiej. Michał Kozłowski, szkutnik z Warszawy, od zaledwie dwóch lat buduje swoją bibliotekę, a dziś może pochwalić się wspaniałym dorobkiem.

Na co dzień Michał zajęty był pracą – zajmuje się wybudową jachtów śródlądowych i jest to dla niego nie tylko praca, ale i pasja. Na brak zleceń nie narzeka, co oznacza, że jego robota ma swoją markę. Żeglarstwem w rodzinie Kozłowskich zajmuje się już drugie pokolenie, ojciec przed laty pływał, ale głównie po śródlądziu. W domu rozmawiało się o żaglach, był jakiś księgozbiór, ale w zasadzie niczym się nie wyróżniał.

Któregoś dnia trafiła do Michała książka żeglarska i kilka starych czasopism. To był impuls, który silnie zaznaczył się już w niedalekiej przyszłości. Michał postanowił zacząć gromadzić stare czasopisma żeglarskie i morskie, bo – jak sam powiedział – mało wiedziałem o ich istnieniu. I tak się zaczęło, zaczął rozglądać się po znajomych, zaglądał do antykwariatów, jednym słowem wcielił w czyn postanowienie. Zbiorów przybywało, pocztą pantoflową wśród warszawskich żeglarzy szybko rozchodziła się wieść, że jest człowiek, który dużo serca wkłada w powiększanie biblioteki. Kolejne dary zaczęły napływać coraz szerszym strumykiem. Ktoś odziedziczył po rodzicach księgozbiór tematyczny i nie wie, co z nim zrobić, bo sam nie żegluje – telefon do Michała i już karton z książkami ląduje u niego w biurze. Ktoś inny pozbywał się setek czasopism – podobnie. Na hasło o bibliotece kolejny żeglarz przywiózł cały bagażnik brytyjskich czasopism żeglarskich. Kolekcja Michała rosła z dnia na dzień, z jednego regału w biurze szybko zrobiły się trzy, potem pięć, później kolekcja rozprzestrzeniła się na korytarz, a dziś zajmuje już kilkanaście regałów i wciąż rośnie. – Część musiałem zabrać do domu, w biurze mam zbyt mało miejsca, tłumaczy właściciel zasobu budzącego coraz większe zainteresowanie środowiska.

Co zawiera ta biblioteka? Michał stawia na przedwojenne czasopisma żeglarskie, w jego kolekcji jest wiele roczników „Sportu Wodnego”, „Morza”, „Szkwału”, ale nie gardzi również periodykami stricte morskimi. Z dnia na dzień poszerzał swoją wiedzę, bardzo często kolejne pisma zaskakiwały go, bo o istnieniu wielu z nich w ogóle nie słyszał. Jeden ze znajomych przywiózł mu swoją pracę magisterską traktującą o czasopiśmiennictwie żeglarskim i morskim okresu XX-lecia, co pozwoliło uporządkować wiedzę kustosza – jak sam o sobie mówi – zbiorów. Dziś, po niespełna dwóch latach, staje się powoli ekspertem w zakresie prasy przedwojennej a swą wiedzą chętnie dzieli się z innymi. Zaprasza do siebie zainteresowanych, dyskutują, wymieniają zbiorami, pasja do historii bywa zaraźliwa. Coraz więcej osób odwiedza firmę zaczytując się w archiwaliach.

Bardzo szybko okazało się, że czasopisma i książki to nie wszystko. Kolekcja powiększa się o medale okolicznościowe, dokumenty, materiały związane z życiem floty handlowej i wojennej. Jeden ze znajomych przywiózł mu kolekcję kopert z okolicznościowymi pieczęciami, inny podrzucił spory zbiór medali, kolekcja rozrasta się w imponujący sposób ku uciesze odwiedzających to miejsce w poszukiwaniu materiałów ale także właściciela tego niezwykłego zbioru.

Michał stał się rozpoznawalną postacią w tym świecie, często kolekcjonerzy sami dzwonią do niego w celu konsultacji lub wymiany materiałów. Pasja zbieracza tak go wciągnęła, że dziś sporo czasu poświęca na przeglądanie portali aukcyjnych w poszukiwaniu uzupełnień do swej kolekcji. O swoich łowach i będących ich konsekwencją zdobyczach, może opowiadać godzinami, od razu widać, że jest to dla niego pasja i swoista misja. Stara się uchronić przed wyrzuceniem na śmietnik zbiorów należących do żeglarzy i marynarzy, gromadzi skrzętnie wszystko, co morza dotyczy a jego wiedza dziś już imponuje.

Najcenniejszymi artefaktami w kolekcji są – jego zdaniem – trzy pierwsze roczniki „Morza” w oprawie z epoki oraz pierwszy rocznik „Sportu Wodnego”, który w początku swego istnienia, w 1925 roku, ukazywał się pod tytułem „Wioślarz Polski”. Czasopisma o 100-letniej historii są dokumentem epoki, w której powstawały, ale zaskakują jakością druku i papieru.

Czego życzy sobie posiadacz tak ogromnych i niezwykle ciekawych zasobów? By kolekcja się powiększała i by móc ją należycie wyeksponować. Narzeka, że dzieci w stronę żeglarstwa i jego historii nie ciągnie, ale stawia na jednego z wnuków, dziś 4-latka, w którym upatruje kontynuatora swej pasji.

                                                                                                       Tekst i foto – Marek Słodownik

____________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Ludomir Mączka: Listy z rejsu statkiem m/s Wyspiański do Buenos Aires na wyprawę jachtem Śmiały dookoła Ameryki Południowej.

W latach 1965-1966 Polskie Towarzystwo Geograficzne zorganizowało wyprawę naukowo-żeglarską na jachcie Śmiały dookoła Ameryki Południowej. Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika Poznaj Świat, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, wyspy Galapagos, Kanałem Panamskim na Atlantyk i z powrotem do Polski. Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby z doświadczeniem żeglarskim, jak i przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy.

Ludomir Mączka znalazł się w załodze wyprawy, lecz jako członek rezerwowy. Ze Szczecina na Śmiałym nie wypłynął, ale ponieważ w pierwszym etapie rejsu, w Londynie, z przyczyn zdrowotnych, musiał opuścić wyprawę jeden z członków załogi, więc Ludek wypłynął z Gdyni statkiem PLO m/s Wyspiański, aby dołączyć do załogi Śmiałego w Buenos Aires.

Publikowane poniżej listy Ludomira Mączki do przyjaciół i znajomych w Polsce są o tyle odmienne od dotychczasowej korespondencji żeglarza, że pokazują świat oglądany w rejsie, ale tym razem z pozycji pasażera statku handlowego; nawet nie załoganta.

Ludek, w Buenos Aires – po odpłynięciu statku – jeszcze przez ponad dwa tygodnie oczekiwał na przypłynięcie „Śmiałego”. W tym czasie nawiązał kontakty ze środowiskiem polonijnym, w tym najważniejszy dla niego – spotkanie z Wiktorem Ostrowskim, znanym podróżnikiem, taternikiem, alpinistą, andystą, autorem książek reportażowych, żołnierzem armii Andersa (walczył, m.in. pod Monte Cassino).

(zs)

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ludomir Mączka: Listy z rejsu statkiem m/s Wyspiański do Buenos Aires na wyprawę jachtem Śmiały dookoła Ameryki Południowej.

28 XII 1965

Pogoda piękna, długopis zmieniony. Ciuchy na Aduanie (cło). Jacht w Monte (Montevideo – przyp. red.). W ogóle bez zmian. Jak na razie to nie jest źle. Rano kupiłem fistaszków za 10 peso. Potem na obiad marynowane oliwki i poszedłem na plażę. Ślicznie, ciepło, chłodzi wiatr, woda brudna ale ciepła, dno mulisty piasek, kąpię się; inni w tej zupie to i ja też. Tyle, że właziłem po szyję, ale głowy to już nie wkładałem. Potem połaziłem po mieście, wróciłem autobusem, zajrzałem do W. O. (Wiktor Ostrowski – przyp. red.), ale go nie było. Umówiłem się na jutro – będę sobie czytał książki, popijał mate, a on będzie pracował. Zajmuje się fotografiką. Ja niestety jeszcze żadnego zdjęcia nie zrobiłem, bo nie mam aparatu. Zresztą, koszulę mam też po W.O., a moją zostawiłem i uprał.

Autobusy przypominają tutaj trochę budy cyrkowe – wymalowane we wzorki, obwieszone jakimiś workami, wstążkami, firaneczki, łańcuszki, ale dobre, obecnie prywatne i nie są na deficycie, jak wtedy, gdy były miejskie. Szofer jeździ sam, obsługuje pasażerów i nawet jeździ prawie bez wypadków. Tak że kierowcy naprawdę dobrzy, zwłaszcza, że ruch duży i jeżdżą raczej dość po huzarsku, kto silniejszy ten lepszy. Trochę widać wozów dostawczych, konnych, ale wysokie dwukołowe. Coś takiego to wpływ hiszpański. Oczywiście pomalowane w różne wzorki i kwiatuszki, zresztą samochody ciężarowe też mają malowane burty, a często i maskę. To znakowanie to już widziałem w Brazylii ale w mniejszym stopniu. Za to czarnych czy kolorowych to mniej niż w Warszawie.

Na gwiazdkę, jak byłem z W.O. u jego przyjaciół, p.p. Dąbrowskich – potomków siostry Kościuszki – dostałem takie naczynie do picia mate. To wygląda tak, że do tykwy takiej ok. 250 cm3 wkłada się rureczkę z sitkiem, sypie mate i zalewa gorącej wody. Matero1 – ten który częstuje, pociąga parę łyków, dolewa troszkę wody i podaje następnemu. Ten pociągnie parę łyków i oddaje materowi, który znów z czajniczka doleje wody i daje następnemu i tak mate krąży wracając do matera. To jak mówi W.O. to nie tylko picie, to obrządek. Jeśli ktoś podziękuje to znaczy, że się wyłącza i już więcej nie dostaje.

W.O. opowiadał, że miał tylko dwa wypadki że każdy miał osobną bombillę – bo tak to się nazywa. Kiedyś nauczył naszego krajana, ale ten uparł się, że on sam, na nic się nie zdały tłumaczenia, że to obrządek socjalny, że w złym tonie i w ogóle. Wie Pan – mówi mu W.O., już raz mi się zdarzyło. – A widzi Pan, ja nie jestem pierwszy – ucieszył się gość. Kto był ten pierwszy? – Trędowaty. – była krótka odpowiedź.

Zresztą W.O. lubi i umie opowiadać historie z Ameryki, Azji, 2-go Korpusu, Patagonii w której jest zakochany i całej reszty Argentyny, którą zna lepiej od tubylców.

Spożycie mate na głowę w Argentynie wynosi ponad 17 litrów, a oseski nie piją. Jak się okazuje to zniszczenie państwa Jezuitów w Misiones to była walka Paulinów – plantatorów kawy z Jezuitami, którzy pierwsi zaczęli przy użyciu Indian Guarani plantować herba mate. Ostrokrzew paragwajski. Misiones zabrała Argentyna przynajmniej na wojnie w latach 1840-tych, kiedy dyktator Paragwaju wplątał się w wojnę z Argentyna, Brazylią i Boliwią. Po 6-ciu latach została zaledwie 1/2 czy 1/3 ludności w tym mężczyzn ca 20-25%, a Paragwaj stracił 1/2 powierzchni i ma obecnie ca 450 tys. km2.

Wracając do p.p. Dąbrowskich to oglądałem tam największą pamiątkę – nominację jakiegoś tam przodka na podporucznika i coś tam jeszcze, wydaną w obozie pod Połańcem z podpisem Kościuszki (autentyczność potwierdzona przez Kukiela). No i coś dla filatelistów – cały komplet znaczków poczty obozowej z oflagu i prawie cały z tego drugiego w Woldenbergu.

4 I 1966 B.A. I tak przeszedł Nowy Rok – Sylwester, już styczeń. „Śmiały” stoi już 2 tygodnie w Montevideo i nie daje znaku życia. Tutaj czekają aby jakoś im urządzić pobyt i przyjąć, a „dziady” nawet nie dadzą znaku. Ja ostatecznie jakoś sobie tutaj żyję, ale coś tutaj nie gra. Założenie, że ostatecznie trzeba się dostać na drugą stronę w lecie, a to już styczeń. Coś mi się wydaje, że to wszystko to sielanka nie będzie, no ale zobaczymy.

Sylwestrową noc spędziłem z W.O. W domu. On robił odbitki, potem pogadaliśmy, wypiliśmy wino. Zjawił się połamany kot, który najadł się i znów zniknął na 3 dni. W Nowy Rok byłem w ambasadzie. Trochę było różnych miejscowych przedstawicieli, ale nic ciekawego. Przed chwilą był telefon, „Śmiały” ma być jutro ok. 1500 w Buenos Aires. Wczoraj pojechałem do Tigra, takie przedmieście B.A. Autobus jedzie ok. 1,5 godz. a stąd statkiem kawałek po delcie. Kanały, wille, domki, knajpy – taka zielona Wenecja.


10 I 1966 poniedziałek. Stoimy na brzegu w Jacht Club Argentina. Szkolimy się, przekładamy takielunek itp. Sielanki nie ma, ale jest lepiej niż myślałem. B. Kow. – coś pośredniego między kapitanem fregaty a kolegą, zależnie od humoru, ale ja jestem ostatecznie płatna załoga to mi wszystko jedno. Robotę na jachcie mam i lubię, pogoda ładna, ciepła, niebo błękitne, stoimy w ładnym miejscu. Jacht przyszedł 5 I 1966 o 0600.

11 I 1966 wtorek, 0600 – szkolenie, 0800 śniadanie, pogoda piękna. Wczoraj było kilku znajomych, obiecali wiele spraw załatwić. Wieczorem był W.O. i Madejski – miejscowy glacjolog.

12 I 66 c.d. robót przy jachcie. Pogoda, upał. Siadek poszedł do miasta, Bolek do dentysty. Wieczorem poszedłem z Bolkiem na spacer, potem drobna kąpiel na przystani. Widziałem sławnego „Lehg II” w porcie w B.A. Vito Dumas zmarł chyba dwa lata temu (ten co samotnie przez „ryczące czterdziestki”) (Vito Dumas zmarł w marcu 1965 r. – przyp. red.).

Następny adres mój:
Chile Punta Arenas
Capitania del Puerta
s/y „Śmiały”

W B.A. będziemy chyba do 20-25 I, potem chwilę do Mar del Plata, Puerto Deseado, Punta Arenas.
List normalnie wg rozdzielnika: Chałupa, Wojtki, Hipcio, Teresa – ad acta.

Pozdrowienia – Ludomir.

________________________________________

1Ludomir Mączka w liście osobę przygotowującą yerba mate i potem podającą ją kolejnym osobom nazywa „matero”. Nie we wszystkich rejonach Ameryki Południowej nazwa ta odnosi się do osoby. W korespondencji mailowej Kazimierza Robaka z Florydy (periplus.pl) sprawa nazewnictwa związanego z piciem yerba mate została wyjaśniona przez znajomą K. Robaka – rodowitą Paragwajkę:

Matero jest to naczynie, w którym trzyma się mate, czyli gdzie wstawia się termos, wsypuje yerbę, itd.
Słowa tego używa się także do opisania osoby pijącej
mate przez cały dzień, albo kogoś, kto bardzo lubi pić mate.

Cebar oznacza „przygotowywać mate” — zarówno pierwszą, którą zamierza się wypić, jak i każdą kolejną, kiedy podaje się mate innym osobom, albo pije się samemu. Obejmuje to ustawienie bombilli (metalowej rurki z filtrem), wlanie gorącej wody do naczynia tak, aby yerba ją wchłonęła, itd.

Cebador to osoba odpowiedzialna za przygotowywanie mate i podawanie jej osobom, które piją. Zazwyczaj ma termos z gorącą wodą, nalewa ją i podaje. W Paragwaju cebador jest najmłodszą osobą w grupie — choć nie wiem, czy jest to zwyczaj także w innych krajach!

__________________________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.

Regaty Kuipera Brandarisa. Fot. M. Słodownik

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Małgorzata Krautschneider:                                    ARTYKUŁY
29 marca 1982 wróciłem z południa na Falklandy. Dlaczego? Nie byłem w dobrym stanie. Spotkałem też argentyński okręt wojenny. Zmienili kurs i podpłynęli tak blisko, że ledwo ich minąłem. Żołnierze, uzbrojeni po zęby, patrzyli na mnie bez słowa i tak zimno, że od razu wiedziałem, iż będzie wojna. Jeden z nich wskazał na angielską flagę na moim maszcie i wszyscy cynicznie się roześmiali. Natychmiast zdecydowałem się wrócić do Stanley. Do portu wpłynąłem nocą 29 marca. Następnego dnia argentyńskie okręty zablokowały port.

_________________________________________________________________________________________________________

Marek Słodownik:                                                       ARTYKUŁY
Gdy w 1994 roku na Terschelling obchodzono 400-lecie Brandarisa, najstarszej latarni morskiej w Holandii, wyspa żyła tym jubileuszem jak wielkim rodzinnym świętem. Poproszono wówczas Hermana Brandsmę, by zorganizował coś wyjątkowego. I udało się – pod koniec tamtego roku roku po raz pierwszy w historii na wody wokół wyspy wypłynęła flota 50 statków.

______________________________________________________________________
Ludomir Mączka:                                                       LISTY
10 I 1966, poniedziałek. Stoimy na brzegu w Jacht Club Argentina. Szkolimy się, przekładamy takielunek itp. Sielanki nie ma, ale jest lepiej niż myślałem. B. Kow. – coś pośredniego między kapitanem fregaty, a kolegą, zależnie od humoru, ale ja jestem ostatecznie płatna załoga to mi wszystko jedno. Robotę na jachcie mam i lubię, pogoda ładna, ciepła, niebo błękitne, stoimy w ładnym miejscu.

_________________________________________________________________________________________________________
Julian Tuwim:                                                             WIERSZE
Od jantarni, od jastarni,
Od surowych skał jastrzębich
Ciągnie wiatr – i ptaki karmi
Pomrukami chmur i głębin.
(…)
_____________________________________________________________________
Mariola Landowska:                                                 KORESPONDENCJA:     z Lizbony
Podczas festynów dedykowanych ceremoniom różnego rodzaju, przystraja się ulice w każdym ważnym przejściu, ciągu komunikacyjnym. Wtedy powiewają wstążki, chorągiewki a wykonane z drewna elementy morza – jak fauna i flora – dodają charakteru marynistycznego.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F O T O G A L E R I A
Regaty, regaty
Fotorelacja Jolanty Raczyńskiej z regat o Puchar Komandora SJKM LOK w Szczecinie, 2025.

 

Foto. Jolanta Raczyńska.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

G A L E R I A   O B R A Z U

                                                                                          Paweł Przybyłowski, olej na płótnie

 

                                                                                                                       Paweł Przybyłowski, olej na płótnie

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~