Archiwum kategorii: ZŻ nr 50e sierpień 2021

Mariola Landowska: Korspondencja z Lizbony

Mały port i wielkie wybrzeże.

Skąd taki tytuł?, ano stąd, że właśnie takie mam odczucia, udając się w te strony portugalskiego wybrzeża.

Sesimbra to nieduże, malownicze miasteczko, mały port rybacki, położony niejako po drugiej stronie Lizbony, tej od południa. Niespieszna podróż autem, przy delektowaniu sie spokojnym, nadmorskim krajobrazem, zajęła nam niespełna 50 minut, licząc od wjazdu na Most 25 kwietnia (Ponte 25 de Abril).

Mały port rybacki przed Clube Naval de Sesimbra. Tutaj, przy brzegu, miejscowi wodniacy trzymają swoje, małe łódki, a dalej, na głębszej wodzie, stoi parę jachtów żaglowych i motorowych.

Malowniczy zjazd do miejscowości Sesimbra przyciąga wzrok i zaprasza na plaże, takie jak Portinho da Arrábida, Praia da California, Praia do Ouro, ale my jedziemy do „Clube Naval de Sesimbra”, gdzie jesteśmy umówieni na pływanie wzdłuż brzegu, w stronę Portinho da Arrábida.

Wsiadam do łodzi razem z fotografką Kat Piwecką, która ostatnio wydała piękny album „In Love with Portugal”. Wypływamy na spotkanie malowniczych, wapiennych klifów, skalnych form i grot. Płyniemy łodzią z miejscowym portugalczykiem Ricardo, naszym przewodnikiem. Łódź tnie wodę pełną odcieni turkusu, lazuru, atramentowej niebieskości i nagle … delfiny!, przypłynęły w pobliże naszej łodzi. Cała rodzina delfinia; pływają obok nas, jakby bawiąc się, a może popisując się przed nami. My przeszczęśliwi, że mamy okazję prawie pogłaskać grzbiet delfinów o wielkich, roześmianych oczach.

Ricardo zatrzymał łódź i mogliśmy spokojnie obserwować nasz mały, wielki świat z bliska.

Te szczęśliwe momenty spokojnego obcowania z naturą, niestety, czasami zakłócały pływające w wodzie maseczki przeciwko covid-19. Matka – Ziemia wciąż jeszcze daje nam same dobrodziejstwa w postaci czystej wody, widoków, fauny i flory morskiej, a my? Kiedy widzi się takie obrazki jak maseczki porzucone na ulicy, na wodzie, to coż można powiedzieć o nas, ludziach?

Zachowajmy niezniszczoną naszą planetę dla przyszłych pokoleń. Oby te delfiny miały swoją czystą przestrzeń wodną, a i my razem z nimi swoje miejsce na Ziemi, w harmoni z Przyrodą.

Pozdrawiam serdecznie, Mariola Landowska

Com os melhores cumprimentos. 
www.mariolalandowska-art.com

_________________________________________________________________________________________________________________________Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Na żeglarskim szlaku

Na południe od Starej Świny, oddzielona od wyspy Wolin, leży inna wyspa, a na niej wieś (obecnie dzielnica Świnoujścia) o zachowanej przez wieki starej słowiańskiej nazwie Karsibór. Nazwa wsi dała miano nowej wyspie, powstałej po oddzieleniu sie od wyspy Uznam (staropolska nazwa – Orzna) po wybudowaniu w końcu XIX wieku przekopu, znanego dziś jako Kanał Piastowski. Na końcu wsi, w miejscu gdzie przed wybudowaniem Kanału była przeprawa przez Świnę – z Uznam na Wolin, wzniesiono na przełomie XV i XVI wieku kościół murowany z cegły, na kamiennym fundamencie.

I właśnie w tym kościele, dziś pw. Niepokalanego Poczęcia NMP, pod drewnianym stropem belkowanym, wisi od ponad stu lat okazały model żaglowca z rozpiętymi na rejach żaglami. Model jest wotum dziękczynnym złożonym jako dowód wdzięczności za ocalenie życia. Tragedia rozegrała się na wodach Zalewu Szczecińskiego w czasie sztormu; statek zatonął, a uratowany bretoński żeglarz ofiarował, właśnie jako dziękczynne wotum, model karaweli z końca XVII wieku.

(red.)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

A film by Adam Benish: A R T Y K U Ł Y

Sierra dorastała w Kanadzie, gdzie każde lato spędzała na łódce na jeziorze Ontario wraz ze swoim dziadkiem emigrantem z Polski. Jest to historia o domu i rodzinie, tradycji i o przenoszeniu jej z pokolenia na pokolenia. Sierra i Lucjan razem podnoszą żagiel…

___________________________________________________________________________________________________Grzegorz Węgrzyn:  L I S T Y  

Pierwsze kilka godzin nie zapowiadało zmiany, ale już po południu zaczęło się: rozbudowujące się kołnierze chmur szkwałowych nie poprawiły mi nastroju. Zmieniłem obrany początkowo kurs na Torehamn i zacząłem uciekać z potencjalnego niebezpieczeństwa…

______________________________________________________________________________                                             Ruda Krautschneider:                            K O R E S P O N D E N C J E

W dziejach światowego żeglarstwa, do tej pory, nic takiego się nie wydarzyło. Tak, naprawdę, ten jacht jest już pływającym muzeum. Po tylu latach jest w doskonałej kondycji. Na bliznach kadłuba widać, że zszedł z licznych szkierów. Te widoczne rany, są jak blizny na ciele wojownika…

______________________________________________________________________________

  Mariola Landowska: K O R E S P O N D E N C J E

Sesimbra to nieduże, malownicze miasteczko, mały port rybacki, położony niejako po drugiej stronie Lizbony, tej od południa. Niespieszna podróż autem, przy delektowaniu sie spokojnym, nadmorskim krajobrazem, zajęła nam niespełna 50 minut, licząc od wjazdu na Most 25 kwietnia (Ponte 25 de Abril)…       

______________________________________________________________________________                                           Lucjan Modzynski:                                            W S P O M N I E N I A

Każdą wolną chwilę spędzałam na przystani. Stosunkowo szybko zacząłem ścigać się na Cadetach (…) Złapałem bakcyla, dałem ponieść się do tego stopnia, że moja edukacja została zachwiana, groziła mi poprawka z matematyki.
Dyrektorem liceum był matematyk, człowiek empatyczny i otwarty, i – na moje szczęście – był zwolennikiem żeglarstwa…

______________________________________________________________________________

Anna Kaniecka-Mazurek: R E C E N Z J E

Trzeba przyznać, ze kapitanowi nie brakuje talentu gawędziarza, czytając kolejne strony zanurzamy się w morskie opowieści. Dużo tu zabawnych anegdot, wiele ilustracji oraz informacji o akwenach i jachtach…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F O T O

Tak wyglada koniec Bałtyku, północny kraniec Zatoki Botnickiej. Fot. G. Węgrzyn

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ruda Krautschneider: Korespondencja z Czech

Rudolf "Ruda" Krautschneider - niezwykły czeski żeglarz

Ile tych stopni jest do żeglarskiego nieba?

W Pucku w porcie stoi na kei jacht Czarny Diament. Wspina się wysoko nad innymi jachtami. Dostęp na pokład jest stalowymi schodami. Ile tych stopni jest do żeglarskiego nieba. Ta stalowa bryła od przeszło czterdziestu lat pływała po oceanach mierząc jego wielkość 300 000 mil długim kilwaterem.

Czarny Diament wypłynął z Polski w 1978 roku. Jego kapitan i armator, Jurek Radomski odbył rejs trwający 32 lata.

Po powrocie i remoncie jachtu znów wypłynął na szlaki oceaniczna na cztery lata.

W dziejach światowego żeglarstwa, do tej pory, nic takiego się nie wydarzyło. Tak naprawdę ten jacht jest już pływającym muzeum. Po tylu latach jest w doskonałej kondycji. Na bliznach kadłuba widać, że zszedł z licznych szkierów. Te widoczne rany, są jak blizny na ciele wojownika. Mocny takielunek trzyma dwa maszty, które sterczą ku niebu.

Grupa żeglarzy przygotwuje jacht do wodowoania. Szlifowanie, później malowanie antyporostową farbą, czasami przerywa deszcz. Nareszcie jacht stanął na wodzie. Przez chwilę sie kiwa i później przymocowany do kei, wygląda że lada moment wyruszy w morze. Na twarzy Jurka – morskiego wilka – widać zadowolenie. Zapala sobie fajkę i jest czas na morskie opowieści. Z różnicą do jachtu, kondycja kapitana już nie jest doskonała. Nadzieja, żeby sie znalazł drugi Jurek Radomski i ożywił legendę Czarnego Diamentu w oceanach jest niewielka. 80-letni kapitan Jurek Radomski znów wypłynie z Czarnym Diamentem na morze.

No, ile można?

Ruda Krautschneider

__________________________________________________________________________________________________________________________Rudolf „Ruda” Krautschneider –ur. 1943r. w Wiedniu (Austria); czeski żeglarz, budowniczy i jachtów popularyzator żeglarstwa, pisarz, filmowiec, działacz społeczny na rzecz dzieci; od początku aktywności żeglarskiej związany z polskim środowiskiem żeglarzy i budowniczych jachtów. Na zbudowanych przez siebie jachtach odbył dalekie wyprawy oceaniczne: „Velą” na Szetlandy i Islandię, „Polką” na Spisbergen i Falklandy, „Polarką” rejs wokół Antarktydy, „Victorią” i „Polarką” rejs wokółziemski szlakiem wyprawy Magellana; w ostatnim czasie (wiosna 2021r.) zbudował niewielki jacht (3,3m długości) „Eurica” i zamierza nim żeglować po Bałtyku, Morzu Północnym i dalej na Północ; nagradzany wielokrotnie za swoje dokonania żeglarskie, pisarskie, filmowe, m.in. nagroda Conrady (2014r.).

_____________________________

Od redakcji: korespondencję powyższą zamieszczamy dzięki uprzejmej zgodzie Zbigniewa Kosiorowskiego, do którego tekst korespondencji dotarł bezpośrednio od Rudy Krautschneidera.

__________________________________________________________________________________________________

Znalezione w internecie.

Eurica
Délka: 3,3 m
Šířka: 2,2 m
Oplachtění: 10 m2
Celk. váha: 460 kg
Ponor 1,4 m

Plachetnice Eurica

Eurica je oceánská plachetnice, její stavba mi zabrala tři měsíce práce. Trup je z PVC pěny z obou stran olaminované. Tato konstrukce je extrémně pevná při zachování malé hmotnosti trupu. Demontovatelná kýlová deska umožňuje snadnou přepravu na vleku za osobním automobilem.Nikdy jsem z takového materiálu loď nestavěl a chtěl jsem si to zkusit. Musím říci, že to bylo poprvé a naposled. Vím, že tato technologie se úspěšně používá při stavbách malých letadel. Řezání a broušení těchto materiálů je zdraví škodlivé. Zvláště v amatérských podmínkách si těžko zajistíte dostatečnou ochranu očí a dýchacích cest. Svědění pokožky a případné ekzémy jsou nasnadě. Zápach v interiéru lodi naštěstí časem vyprchá.Lodě stavím celý život. Ze dřeva, z překližky, z oceli, ferocementu, duralu. Pamatuji časy, kdy jsme stavěli kanoe i z lepeného papíru. Je radost loď stavět a ještě větší loď dostavět. Největší radost je plout s ní oceánem. Většinou se mi to podařilo. Doufám, že i v čase covidu.

Więcej na: https://www.moreplavecruda.cz/

Beata Gadowska: wywiad z Lucjanem Modzynskim

Beata Gadowska: Myśląc o żeglarstwie, o swoich początkach, czy jesteś w stanie przywołać w pamięci moment kiedy zaczęła się Twoja żeglarska przygoda?

Lucjan Modzynski: Z perspektywy czasu myślę, iż śmiało mogę przyznać, że moja przygoda z żeglarstwem rozpoczęła się w roku 1959, kiedy to zacząłem uczęszczać do Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka przy ulicy Małopolskiej w Szczecinie. To w tym czasie każdą wolną chwilę spędzałam na przystani. Stosunkowo szybko zacząłem się ścigać na Cadetach: team Zbyszek Kowalczyk i Lucjan Modzyński. Złapałem bakcyla, dałem się ponieść do tego stopnia, że zachwiała się moja edukacja, groziła mi poprawka z matematyki.
Dyrektorem liceum był wtedy profesor Kazimierz Machaj. Matematyk, człowiek empatyczny i otwarty, i – na moje szczęście – był zwolennikiem żeglarstwa.

Dostałem szansę na poprawkę i drugie miejsce w mistrzostwach Okręgu Szczecińskiego dla chwały Liceum im. Adama Asnyka.

B. G: To była tylko Twoja przygoda czy miałeś współtowarzyszy?

L. M: A, skąd…, było tak jak ponad dwie dekady później śpiewał zespół „Perfect” w piosence pod tytułem „Autobiografia”: „Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel”.

Ja, Zbyszek Kowalczyk, Krzysztof Czerski – dream team. Po jakimś czasie dołączył do nas Michał Kęszycki oraz Jurek Kołakowski.

B. G: Gdzie zaczynaliście żeglarską przygodę?

L.M: W ówczesnym LPŻ, przystani żeglarskiej w Szczecinie-Dąbiu przy ulicy Przestrzennej 9. Była też tam stocznia jachtowa (późniejsza Morska Stocznia Jachtowa im. Leonida Teligi – przyp. red.), w hangarze, który kiedyś pełnił funkcję hangaru lotniczego. Po drugiej stronie, od ulicy było lotnisko lecz nie dla regularnych lotów, bo w tym już czasie Goleniów przejmował loty szczecińskiego lotniska pasażerskiego. W zatoce gdzie był LPŻ była także przystań AZS-u i bardzo blisko przystań PTTK.

B.G: Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z tzw. wielką woda?

L.M: Pierwsza wizyta w Klubie? Oczywiście! Takie spotkania na zawsze pozostają w pamięci. Miałem wtedy czternaście lat. Było nas kilku, znaliśmy się z gry w piłkę nożną w parku przy ulicy Śląskiej. Wyobraź sobie, my młodzi, niedoświadczeni, a tu Olek Franckowski i Zygmunt Kowalski, obaj już wtedy wytrawni żeglarze. Nasza trójka miała gęby otwarte ze zdziwienia i zachwytu, samo doświadczenie bycia na jachcie. Super przeżycie. Oczywiście, z każdą wizytą łączyło się jakieś popływanie albo nauka czegoś czy to na czy pod pokładem.

Tak to się zaczęło…

B.G: Jaki to był jacht, ten pierwszy?

L.M: Spotkanie było na Radogoście lub Perunie, nie jestem już pewien, bo to bliźniacze jachty. Trzeci z jachtowej „braci” był w Gdyni. Te jachty były znane pod nazwą „Koń Morski”.

B.G: Powiedz, proszę, kilka słów o jachtach w LOK-u?

L.M: Jachty w latach sześćdziesiątych były pod pieczą pojedynczych żeglarzy, były podremontowywane, ale jako że żeglarstwo to jest też szkoła życia, o jachty musieliśmy dbać sami. Jedne z najstarszych jachtów to s/y Chrobry, drewniany dwumasztowiec, zdaje się, że miał około stu metrów kwadratowych żagla. Najczęściej był używany do egzaminów praktycznych, no i na dłuższe rejsy. W Klubie każdy jacht miał swojego kapitana, który sprawował pieczę nad nim. Jachty pływały po Jeziorze Dąbskim, po Zalewie Szczecińskim, Bałtyku. W dobrym stanie pływań morskich były już wymieniony Radogost i Perun, ale też Chrobry, Saturn (blaszak, bardzo charakterystyczny jacht typu szpicgat) i chyba najstarszy: Strybog, którym opiekowałam się ja. Oczywiście Conrad i w następnej kolejności pokazały się w LOK-u Cartery oraz Cariny. To był początek lat siedemdziesiątych.

B.G: Jak wspominasz instruktorów?

L.M: Żeglowali i uczyli żeglować, znałem ich raczej tylko od strony żeglarskiej, bardzo mało z życia prywatnego.

Zygmunt Kowalski niewiele mówił o pracy, a prawdę mówiąc nikogo z nas to nie obchodziło. Był pracownikiem Wydziału Propagandy w PZPR. Tu muszę nadmienić, że pamiętam Zygmunta jako super żeglarza i doskonałego instruktora, no i starszego kolegę. Bardzo dobrze pamiętam jak uczył nas (to młodsze pokolenie) pływania na DZ-tach, naukę wiosłowania (piórkowania).

Olek Franckowski chyba już wtedy był na Politechnice Szczecińskiej, niestety nie pamiętam na jakim wydziale. Zdaje się, że pozostał na Politechnice po studiach. Edukował ludzi i w szkole i na wodzie.

Jurek Kraszewski „Hrabia Lolo” trochę się ścigał, i co dla nas ważne, w LOK-u miał pieczę nad jachtem o nazwie (i typie) Conrad. Sporo z nim żeglowaliśmy, ale załogę regatową „trzymał swoją”.

Człowiekiem, który także nie stronił od edukowania młodych był Bogdan Dacko, regatowiec, zawsze nam imponował. Był jednym z pierwszych, który regacił się na Dragonie. Czasem komuś z naszej czwórki udało się z nim popływać.

Miło wspominam Jerzego Szalajko, żaglomistrza. Był autorytetem w ożaglowaniu i choć nie „zadawał” się z nami to nigdy nie pozostawił pytania bez odpowiedzi. Współpracował z naszymi regatowcami Kubą Jaworskim i Jurkiem Siudym.

Jurek Karpinski i Poldek Winkler, duet regatowy na Starach. W Klubie były dwa o pięknych nazwach Ariel i Zeus. Zawsze ich podziwialiśmy za ich kunszt żeglarski i regatowy. W każdych regatac, gdzie brały udział Stary, to ten duet – karpiński, Winkler – był w pierwszej trójce z przewagą wygranej.

Hubert Paciepny „przywiązany” do Radogosta. Był w wojsku w WOP koło LOK-u i więcej czasu spędzał na łódce niż na służbie. Jak tylko miał szansę to brał udział w regatach. Stworzył żeglarskie małżeństwo, ożenił się z bodajże siostrzenicą Witka Pajewskiego, a towarzyska wieść niesie, że wyjechał potem do Niemiec.

Sam Witek Pajewski, nie wiem skąd się wziął i gdzie zniknął, a był to facet o nieprzeciętnej cierpliwości, jak czegoś kogoś uczył to tak długo aż on był zadowolony, a nie uczeń.

Nie za dużo tych nazwisk? Chyba się zapędziłem…

B.G: Nic bardziej mylnego, ktoś jeszcze dzielił się z wami, młodymi, doświadczeniem?

L.M: Ooo tak…!

Kaziu Jamro, super pogodna sylwetka żeglarza, bardzo często żeglował z Jurkiem Kraszewskim. zawsze uśmiechnięty, skory do żartów. W jego towarzystwie nie można było być poważnym.

Stasiu Betka, surowy, ale sprawiedliwy, na ile żeglował trudno powiedzieć, ale za to był dla nas najważniejszy, bo był bosmanem LOK-u. Dbał o jachty, dbał o załogi, bardzo dużą uwagę zwracał na bezpieczeństwo nas wszystkich. „Joby” się dostawało jak czasem wypłynęliśmy bez wpisu do księgi bosmańskiej.

Kolejna postać z LOK-owskiej śmietanki żeglarskiej to, Tadziu Sułek, chyba był najdłuższym stażem członkiem Zarządu LOK-u. Cechowały go stoicki spokój i nieprzeciętne poczucie sprawiedliwości. Zawsze opanowany.

Długoletni kierownik Klubu Krzysztof Pacan, miał pod sobą nie tylko żeglarzy, ale i motorowodniaków.

B.G: To byli instruktorzy, a rywale regatowi?

L.M. Była spora grupa moich rówieśników. Bracia, Wojtysiakowie Edek i Zdzichu, Marzena i jej brat Kuba Kalita – ich ojciec był kierownikiem całego ośrodka, miał pieczę nad administracją jachtów, koordynował hangary dla łodzi oraz współpracę ze Stocznią Jachtową.

Z innego podwórka żeglarskiego dużym rywalem dla mnie i Zbyszka Kowalczyka był Andrzej Gedymin z którym ścigaliśmy się na Cadetach. Andrzej później bardzo długo pracował w redakcji Głosu lub Kuriera Szczecińskiego.

Kolejny duet żeglarski to Jurek Konopka i Jurek Wyczesany. Jurek Konopka był moim trenerem pływackim zanim się spotkaliśmy na przystani LOK-u, gdzie opiekował się jachtem o wdzięcznej nazwie Powiew. Był to jacht kabinowy z mieczem, a nie z kilem.

Równie znana postać to Zbyszek Pawlak, silny jak tur, a łagodny jak baranek. Zawsze był przy jachtach do tego stopnia, że pracował w stoczni jachtowej, żeby być bliżej łodzi.

Witek Kawecki, który przeszedł na kierowanie HOM-em, czyli Harcerskim Ośrodkiem Morskim w Dąbiu.

Tadziu Zajaczkowski – finnista i jego kolega rywal “Ksiądz Busoni” (nie pamiętam imienia i nazwiska).

Muszę jeszcze wspomnieć o braciach Landsbergach. Ciekawostką jest, że wśród nas żeglarzy zawiązywały się rodziny, siostra Landsbergów – Jola, też żeglarka, wyszła za mąż za Tadzia Zajaczkowskiego.

Koledzy i rywale w zdobywaniu „Błękitnej Wstęgi” Jeziora Dąbskiego to Jurek Siudy, który pływał na Karfi (jeśli mnie pamięć nie myli to na jednym z Conradów) i Kuba Jaworski na Conradzie „pożyczonym” od Jurka Kraszewskiego.

Człowiekiem do tańca i do różańca był Stefan Boguniewicz, plotka niosła, że był w jakiejś tam Egzekutywie Partyjnej. Wspaniały kolega, dobry żeglarz.

Mieliśmy w naszym gronie żeglującego płetwonurka Krystiana (dla nas Krzysiu Sadowski) bardzo mu zazdrościłem, że właził pod wodę. Ja przygodę z nurkowaniem rozpocząłem lata później, w Kanadzie.

W latach 60-tych z Olsztyna przywędrował do nas do Klubu Jurek Kołakowski z Wandzią, najbardziej cierpliwą żoną żeglarza jaką kiedykolwiek znałem. Jeszcze wtedy nie wołaliśmy na niego Kołek. Wsiąknął w Klub od pierwszego dnia. Kolejna dusza żeglarska i koleżeńska nie mówiąc o jego darze organizacyjnym.

O Jurku „Kołku” Kołakowskim można by napisać książkę. Mam przyjemność i przywilej być jednym z bliższych jego kolegów, przyjaźnimy się do dziś, choć obaj przenieśliśmy się na drugą półkulę. On z rodziną w Stanach, a ja wylądowałem w Kanadzie. Jurek był jednym z inicjatorów słynnych spotkań „Polonia Rendezvous”, które przez wiele lat odbywały się w Ameryce Północnej. Ponadto organizował dla rodaków – Polonusów, rejsy morskie po Bałtyku, choć nie tylko. Nadal aktywnie żegluje.

Nie mogę pominąć człowieka, który przed laty był w sąsiednim Klubie AZS, a obecnie jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych szczeciniaków w polonijnym, żeglarskim środowisku w Toronto. Z Jasiem Jankowskim czasem spotykamy się na wodzie, wspominamy Olka i innych. To nas zbliżyło…

B.G: A, który z Polaków w Toronto zrobił na Tobie największe wrażenie? oprócz Jasia oczywiście…;)

L.M: Kilka razy udało mi się spotkać Ludomira Mączkę “Ludojada”. Przepraszam za kolokwializm, ale szczęki opadały jak on opowiadał, jak rozmawiał. Kilkakrotnie rozmawialiśmy, tu w Toronto. Był Honorowym Członkiem Klubu White Sail w Toronto.

B.G: Ożywasz na te wspomnienia… nadal żeglujesz?

L.M: Tak, zdecydowanie, to były piękne czasy… o tym jak potoczyły się losy LOK-u gdzieniegdzie coś słyszałem, ale w 1976 roku wyjechałem z Kraju. Od wyjazdu najbliższe kontakty aż po dziś dzień utrzymuję z Jurkiem Kołakowskim i Januszem Jankowskim, jeśli mogę ich nazwać, szczeciniakami. Żegluję, partycypuję w spotkaniach żeglarskich. W Toronto jestem członkiem Polish-Canadian Yacht Club “White Sail” …

Znając brać żeglarska wierzę że gdybym się dziś spotkał z kimkolwiek kogo wspomniałem, to byłoby tak, jak byśmy się nie widzieli wczoraj.

Ahoj i do zobaczenia na wodzie, stopy wody pod kilem.

Rozmowę prowadziła i zredagowała Beata Gadowska, też żeglarka, jak wyżej wymienieni.

_________________________________________________________________________________________________________________________ Beata Gadowskaod lat niezwiązana z zawodem, absolwentka dziennikarstwa, od prawie dekady w Kanadzie, jest członkiem kilku klubach i organizacji żeglarskich w Polsce i w Kanadzie, żegluje turystycznie, ale wie, że „Kapitan ma zawsze rację! „

Anna Kaniecka-Mazurek: Recenzja książki

Ziemowit Barański, Jak się raz zacznie…, Wydawca: Maciej Nuckowski, Warszawa 2021, ss. 329.

Morskie opowieści kapitana Barańskiego.

„Jak się raz zacznie” kapitana Ziemowita Barańskiego, to w pewnym sensie księga jachtów polskich. Tyle, że wybranych według szczególnego klucza. Tym kluczem jest osobista żegluga na danej jednostce, a trzeba przyznać, że są to jachty ciekawe i w większości bardzo znane. Kapitan Barański pływał bowiem m.in. na s/y Roztoczu, STS Pogorii, s/y Oceanii i STS Fryderyku Chopinie, a zaczynał swoją przygodę żeglarską od lektury w domowym zaciszu… Przeczytał książkę Jacka Londona „Żegluga na jachcie Snark”, zaczął marzyć, puścił wodze fantazji i … wybudował czterometrową „Balię”. Potem były DZ-ty i kolejne coraz to okazalsze i lepsze nautycznie jednostki.

Książka Barańskiego zbudowana jest z krótkich opowieści opisujących poszczególne przygody na kolejnych jachtach i żaglowcach. Trzeba przyznać, że kapitanowi nie brakuje talentu gawędziarza, czytając kolejne strony zanurzamy się w morskie opowieści. Dużo tu zabawnych anegdot, wiele ilustracji oraz informacji o akwenach i jachtach. Dlatego użyłam określenia „księga”, bo to słowo dobrze oddaje układ formalny tej publikacji. Opowieści o poszczególnych jachtach i rejsach są ułożone chronologicznie, usystematyzowane w spisie treści.

Komu polecam „Jak raz się zacznie”? Każdemu kto lubi w długie zimowe wieczory z nostalgią w sercu i szczyptą humoru żeglować na kartach wspomnień, wynurzając z pamięci miejsca, ludzi, bądź jachty, które i jego samego urzekły, gościły i bawiły. Bardzo przyjemna lektura, a przy okazji nie mała porcja wiedzy o polskich (przede wszystkim) jachtach żaglowych. Ach, no i może stanowić inspirację dokąd popłynąć, gdzie nas jeszcze nie było!

P.S.

A na koniec postanowiłam dodać odrobinę zwierzeń, czyli o tym jak kapitan Barański „zawitał” do mojej rzeczywistości niemal osobiście!

W upalny lipcowy weekend bieżącego roku zawinęliśmy s/y Polanem do Nowego Warpna i tam, stojąc longside do burty słynnej, niedawno pięknie odrestaurowanej i znów żeglującej z młodą maszoperią, s/y Marii Ludomira Mączki, i snując wspomnienia o Ludku, nagle zobaczyłam kolegę z klubu, wydawcę . Przysiadł do nas, jak to w portach bywa, i od słowa do słowa, zeszło z Ludka na innego kapitana – Ziemowita Barańskiego, którego wszyscy tam obecni znali. Skojarzyłam autora książki do której obiecałam napisać recenzję, pamiątkowe tablice w nowowarpieńskiej Alei Żeglarzy, pobiegłam ją ponownie obejrzeć i przeczytać, i poczułam miłe łaskotanie, nagły przypływ radości. To osobiste spotkanie z ludźmi, którzy kapitana znają, spowodowało, że z dumą chwyciłam za pióro. Poczułam, że pisząc ten tekst i ja mam okazję jakoś się przyczynić do tego, by ta forma pracy z młodzieżą jaką jest kształtowanie przyszłych żeglarzy, a która jest tak chlubną kartą w życiorysie Ziemowita Barańskiego, była nadal propagowana. Bo przecież „Jak raz się zacznie” to świetny przewodnik po wyobraźni dla przyszłych żeglarzy, inspiruje gdzie popłynąć choćby z tego powodu, że tam mnie jeszcze nie było. Ahoj przygodo, zakrzyknął młody Ziemowit, kiedy jako nastolatek w powojennej szarej Polsce mówił żeglarstwu „tak”. I wy drodzy czytelnicy, powiedzcie tak, tej pełnej pasji książce:)

Anna Kaniecka-Mazurek

___________________________________________________________________________________________________Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Ostatnio wydała książkę "Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić". Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Książka do nabycia, m.in, w księgarni SKLEP.LOGBOOKI.PL