Archiwum kategorii: Artykuły

Bogdan Sobiło: Staranowanie jachtu „Kismet” przez trałowiec Marynarki Wojennej

SONY DSCZderzenie jachtu ze statkiem jest jednym z największych zagrożeń w żeglarstwie morskim. Co roku wiele jachtów ginie bez śladu. Powodem najczęściej nie jest sztorm, ale staranowanie przez dużą jednostkę. Bezpieczne żeglowanie wymaga znajomości i poprawnej interpretacji Międzynarodowych Przepisów o Zapobieganiu Zderzeniom na Morzu. Nieznajomość ich zasad albo świadome lekceważenie często ma tragiczny finał.
Opisem i analizą wypadku jachtu KISMET1 rozpoczynamy cykl artykułów poświęconych kolizjom z udziałem jachtów morskich.

Jacht Kismet był stalowym keczem o długości 9,36 m, szerokości 2,6 m i powierzchni ożaglowania 47 m2, wyposażonym w silnik pomocniczy. Został zaprojektowany i zbudowany w Gdańsku. Zasłynął właściwie tylko jednym, ale pod wieloma względami niezwykłym i ważnym w historii polskiego żeglarstwa rejsem. W 1965 r. z kapitanem Wojciechem Orszulokiem i 3 członkami załogi, wśród których był najwybitniejszy w przyszłości polski żeglarz polarny Dariusz Bogucki, jacht dotarł do Islandii. Po drodze żeglarze zawinęli na Szetlandy, Orkady i Wyspy Owcze. W czasie tego rejsu Kismet przez dwie doby dzielnie znosił sztorm 11° B stojąc na dryfkotwie. Kapitan i załoga zostali za dotarcie do Reykjaviku uhonorowani Nagrodą „Conrada” przez Gdański Okręgowy Związek Żeglarski.
Po tym wielkim rejsie, niewielki jachcik pływał głównie w tzw. rejsach krajowych pracowicie „orając” bałtyckie fale. Ponieważ armator, czyli Yacht Klub Stoczni Gdańskiej im. Lenina stale powiększał swoją flotyllę, mały, ciasny i powolny Kismet był czasami oddawany w czarter zaprzyjaźnionym klubom. Jesienią 1968 r. jacht pływał w czarterze Akademickiego Klubu Żeglarskiego AZS – ZSP z Łodzi.
Do wypadku doszło 23 września o godzinie 0350. Wiał wiatr SSW o sile 3° B. Mimo ciemnej i pochmurnej nocy, widzialność była dobra. Po minięciu pławy „HL-S” jacht szedł bajdewindem lewego halsu pod pełnymi żaglami (grot, fok i bezan) z prędkością ok. 2,5 węzła, utrzymując KD 260°. Na pokładzie znajdowało się dwóch żeglarzy pełniących wachtę przy sterze i na „oku”. Kapitan jachtu przebywała w kabinie i prowadziła nawigację. Jeden z żeglarzy pełniących wachtę zauważył zbliżający się od rufy okręt z odległości ok. 150 m. Mimo wyraźnego polecenia, obserwator nie zameldował o tym fakcie kapitan. Podjęto próbę zmiany kursu w prawo, jednak z powodu silnego wybrania szotów bezana i grota jacht nie chciał odpaść. W tej sytuacji żeglarze starali się zwrócić uwagę zbliżającego się okrętu poprzez oświetlenie latarką żagli. Mimo tych gorączkowych działań podejmowanych przez załogę jachtu, okręt nie zmieniał kursu ani prędkości. W efekcie doszło do uderzenia prawą dziobową częścią trałowca w rufę jachtu. Kotwica okrętu zaczepiła o takielunek. Obydwa maszty, olinowanie i koła ratunkowe znalazły się w wodzie. Na skutek tego uderzenia wypadli także z jachtu dwaj żeglarze pełniący wachtę. Jeden z nich zaalarmował krzykiem kapitan, która nie wahając się skoczyła do wody i przyholowała do burty pozbawionego masztów jachtu członka załogi. Odwaga kapitan uratowała mu życie. Niestety mimo podjętej przez jednostki marynarki wojennej akcji poszukiwawczej nie udało się odnaleźć drugiego członka załogi.
Postępowanie przed Izbą Morską w Gdyni trwało kilka miesięcy i zakończyło się wydaniem orzeczenia w dniu 27.II.1970 r. Izba stwierdziła, że do wypadku przyczynił się w 90% trałowiec, a w 10% jacht Kismet. Żeglarzowi pełniącemu wachtę postawiono zarzut „rażącego zaniedbania obowiązku należytej obserwacji”. Miało się to zdaniem Izby Morskiej przyczynić do zbyt późnego zauważenia trałowca. Za błędny uznano także nieskuteczny manewr zmiany kursu w prawo. Zdaniem Izby należało natychmiast zwrócić uwagę zbliżającego się okrętu oświetlając żagle. Pełniący wachtę żeglarz nie powiadomił także kapitan o zbliżającej się jednostce, mimo wyraźnie wydanego w tej sprawie polecenia.
Jednak główną winę za wypadek poniósł trałowiec. Nie tylko nie prowadzono na nim właściwej obserwacji wzrokowej, ale także wbrew Międzynarodowym Przepisom Zapobieganiu Zderzeniom na Morzu oraz niezgodnie z zasadami dobrej praktyki morskiej nie użyto radaru. W ten sposób okręt staranował jacht naruszając zasadę pierwszeństwa statku żaglowego przed jednostką o napędzie mechanicznym oraz nakaz ustępowania statku wyprzedzającego statkowi wyprzedzanemu. W czasie wypadku obowiązywały przepisy z roku 1960. Obecnie, jak wiadomo mają zastosowanie Międzynarodowe Przepisy o Zapobieganiu Zderzeniom na Morzu 1972. Analizując zderzenie w świetle obecnych przepisów można stwierdzić, że na obydwu jednostkach zaniedbano prowadzenie właściwej obserwacji (Prawidło 5). Na okręcie nie prowadzono ani obserwacji wzrokowej, ani nie użyto radaru. Załoga jachtu, co zresztą dość często ma miejsce, nie prowadziła obserwacji za rufą. Był to z pewnością bezpośredni powód zauważenia trałowca późno, bo w odległości ok. 150 m. Można polemizować z zarzutem Izby Morskiej, że załoga jachtu powinna była od razu oświetlić żagle, a manewr zmiany kursu był zbędny. Załoga trałowca nie prowadziła przecież obserwacji ani wzrokowej ani radarowej. Samo oświetlanie żagli nie musiało wiec prowadzić do zauważenia jachtu przez okręt i zmiany kursu tego ostatniego. Gdyby zgodnie z poleceniem kapitan powiadomiono ją o sytuacji, możliwe było po jej wyjściu z kabiny na pokład jednoczesne oświetlanie żagli i zmiana kursu. Ta ostatnia powiodła by się, gdyby żeglarze pełniący wachtę wyluzowali szoty bezana. Jacht płynący pod żaglami z niewielką prędkością (ok. 2,5 w) miał słabe możliwości manewrowe, a w następstwie tego małe szanse zejścia z drogi szybko zbliżającemu się trałowcowi. Okręt staranował jacht naruszając przepis o pierwszeństwie statków żaglowych przed jednostkami o napędzie mechanicznym (Prawidło 18) oraz nakaz ustąpienia z drogi statkowi wyprzedzanemu (Prawidło 13). Załoga jachtu poza nakazem prowadzenia właściwej obserwacji, naruszyła treść Prawidła 2 – szczególne okoliczności danego wypadku. Mimo tego, że idący pod żaglami jacht doganiany był przez okręt, załoga jachtu nie mogła mieć pewności, że kierujący trałowcem ma świadomość obecności Kismeta i związanego z tym ryzyka kolizji. Naruszenie Prawidła 5 Obserwacja, było zresztą i wciąż pozostaje jedną z głównych przyczyn zderzeń. Około 40% wszystkich kolizji spowodowanych jest brakiem lub niewłaściwą obserwacją. Obecnie widoczna jest także wśród żeglarzy tendencja do zastępowania obserwacji wzrokowej śledzeniem innych jednostek na mapie elektronicznej na podstawie AIS (System Automatycznej Identyfikacji). Konsekwencja spotkania jednostki, która albo nie ma (kuter, jacht) albo świadomie nie używa tego systemu (np. okręt wojenny) są nietrudne do przewidzenia.
W odniesieniu do kapitan Kismeta Izba Morska wysunęła szereg zarzutów natury formalnej: prowadzenia zapisów w dzienniku jachtowym, listy załogi, etc. Nie zastosowano jednak żadnych sankcji. Wręcz przeciwnie, w sentencji orzeczenia znalazło się stwierdzenie: „Na uznanie zasługuje dzielna postawa kapitana jachtu Kismet, która po wypadku skoczyła do wody i przeholowała z odległości kilkudziesięciu metrów kontuzjowanego żeglarza […], któremu w tym stanie groziło utonięcie”.
Rzeczoznawcy orzekli, że remont Kismeta nie jest opłacalny w związku z czym uległ on kasacji. Tak zakończył się krótki żywot dzielnego jachtu. Kismet, który dotarł na Islandię spotkał swoje przeznaczenie na Zatoce Gdańskiej.

                                                                                                                                   Bogdan Sobiło

_____________________________

1 Kismet – w języku tureckim: fatum, los, przeznaczenie.

jacht KISMET
miejsce budowy: Gdańsk
konstruktor: Wojciech Orszulok
rok budowy: ok. 1964
port macierzysty: Gdańsk
typ ożaglowania: kecz
materiał: drewno
długość całkowita: 9,77 m
szerokość: 2,36 m
zanurzenie: 2,10 m
powierzchnia ożaglowania: 45 m²
liczba koi: 4
silnik: tak
wyposażenie: podstawowe w żegludze oceanicznej
właściciel/armator: Jacht Klub Stoczni Gdańskiej

 

________________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Libiążu.

Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski: Rok rzeki Wisły 2017

rok wisły 2017(fragmenty artykułu „Rok rzeki Wisły 2017” autor Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski w Gospodarka Wodna nr 1/2015, 2/2015 i 3/2015)

Dlaczego 2017? Dlaczego teraz?

W 1466r. – w wyniku zwycięskiej wojny z Krzyżakami – cała Wisła stała się żeglowna od ujścia Przemszy do ujścia Wisły do Zatoki Gdańskiej. Do tamtego czasu państwo zakonne ściągało od transportu towarów Wisłą niemiłosiernie wysokie cła. Czyniło to wiślany spływ nieopłacalnym. W 1467r., 550 lat temu, ruszył wielki wiślany handel z miastem Gdańskiem, a przez to z Europą zachodnią. To zapoczątkowało wielki rozwój gospodarki, przede wszystkim opartej na własności polskiej szlachty i potęgi szlacheckiej Rzeczypospolitej….

Jaka Wisła do końca XXI wieku?

…W świadomości społecznej utrwalił się (…) model „betonowania Wisły” przez szalonych hydrotechników. Ludzie profesjonalnie związani z Wisłą i kochający rzekę traktują ją jako element gospodarki narodowej, należący do skarbu państwa na równi z obiektem NATURY; obiektem aktywnym, w ciągu tysiącleci rzeźbiącym tereny, przez które przepływa. Uczestniczy w erozji gór, z których wycieka ona i jej dopływy, a materiałem wleczonym, inaczej zwanym rumoszem dennym (rumosz denny – materiał skalny odrywany przez szybko spływające z gór wody), buduje nowe połacie lądu, zasypując piaskiem Zatokę Gdańską. Płynąca woda nie znosi linii prostych. Fizyka płynącej wody powoduje, że jej nurt odbija się od brzegu do brzegu. Mało tego. Również w niektórych, dość regularnych odstępach prąd rzeki uderza w dno i rzeźbi w nim głęboczki, a wymyty z dna piasek usypuje w plaże i mielizny. Powstają przykosy, odsypiska, przymuliska, wreszcie kępy. Podczas wielkich wezbrań potęga płynącej wody jest tak wielka, że zdarzają się zmiany koryta i rzeka rzeźbi nowe, zaś stare pozostają często odcięte usypanymi ławicami piaszczystymi, potem zarośniętymi roślinnością. Powstają w ten sposób starorzecza, albo inaczej zwane wiśliska. (…) Kto nie umie „czytać” jej nurtu, nie zna się na znakach nawigacyjnych, niechybnie wjedzie na przykosę, nieraz ciągnącą się w poprzek koryta niemal od brzegu do brzegu. To zdradziecka pułapka i zepchnięcie jednostki przez kant przykosy jest bardzo trudne. A nurt sobie płynie pod którymś z brzegów wąziutkim przejściem….

…Zakotwiczyliśmy tuż przy Wyspie Krowiej obficie zarośniętej młodą wikliną. … Tuż za burtą szczególnie namiętnie kląskał słowik. Słychać było głośny gwizd kosa i gwar innych ptaków. – Oto dzika Wisła! – Zachwycali się „ptakoluby”. I jak to można zabetonować. Przecież tu znajduje się jedyne w Polsce stanowisko ostrygojada. (…) Wyspa powstała w trakcie przeprowadzania regulacji środkowej Wisły w latach 1970-1973. Jest ona jednym z fragmentów wielkiego dzieła regulacji Wisły na tym odcinku od ujścia Sanny w okolicach Annopola do Puław. Te regulacje zostały wykonane za pomocą materiałów przyjaznych środowisku – z naturalnego kamienia z tutejszych kamieniołomów i faszyny pozyskiwanej z miejscowych plantacji wikliny… …Przestrzenie między ostrogami, opaską i brzegiem nazwano klatkami kolmatacyjnymi (kolmatacja – osadzanie się rumoszu dennego). Zalewane są one w czasie wiosennych wezbrań. Kiedy woda schodzi na poziom SNW (Średnia Niska Woda), klatka się zamyka, zaś woda w niej stojąca nabiera charakteru starorzecza, w miarę podsychania zmieniającego się w mokradło. Jest to wspaniały biotop. Tu legną się liczne gatunki całej palety biosu ziemskiego od narybku i kijanek począwszy, piskląt ptactwa wodnego aż do drapieżników, kręgowców i bezkręgowców. Akustycznie ujmując, w wodzie biotopu rechoczą i kumkają żaby, zaś w krzakach wikliny wtórują wielcy muzykanci – słowiki….

Przykład Rospuda

64 słupów posadowionych w podmokłych łąkach doliny Rospudy miało zniszczyć jej przyrodę, przegonić ptaki i inne stworzenia. Zrobiono z tego show na całą Europę. Protest był rzeczywiście wspaniały. Jechały wręcz grupy szturmowe dla obrony Rospudy. No i – naciskany tą gorączką rząd machnął ręką i budowy zaniechano. O czym nie powiedziano „Rozpudnikom”? O drobiazgu, że te mokradła, które i tak nie byłyby zepsute, powstały dzięki pracy hydrotechników budujących spiętrzenia o 244 cm rzeki Netty, która przejmuje wody Rospudy. Spiętrzenie to wykonano podczas budowy Kanału Augustowskiego. Przedtem łąki nad Rospudą były suche, zaś rzeka płynęła wciętym o dwa metry korytem. Podniesienie poziomu wody nasyciło wilgocią łąki, dawniej koszone i wypasane, i zamieniło roślinność na mokradłową. I tym mokradłom, dziełu ludzkiemu, miały przeszkodzić słupy pod estakadą mostu, przez który szła ta rzeka TIR-ów, zamiast rozjeżdżać piękny Augustów i jego umęczonych mieszkańców. A szosę S8 puszczono przez kilka wsi z krzywdą dla ich mieszkańców. (…) To ma także przełożenie na Wisłę. A na Wiśle – na Jezioro Włocławskie. Że tak bardzo zniszczyło przyrodę Wisły i krajobraz, i okolicę. (…) Jezioro Włocławskie, czyli spiętrzona Wisła, od samego początku było monitorowane… Szczątkowe laski (Lasy Gostynińskie) na suchych piaskach dostały wodę przez cofki na dopływach do Wisły, strumykach i rzekach. Ich to korytami Wisła weszła do lasu. Teraz jest to wspaniały mieszany las, który zdobył tytuł Parku Krajobrazowego. Zagnieździły się tam orły bieliki, kormorany w wielkich ilościach. No bo ryb jest pod dostatkiem. I co jest niezwykle cenne, to przemysł czasu wolnego: przystanie, plaże, hotele, pensjonaty. Dawne utrapienie – ścieki – zostało ujarzmione. Woda jest czysta. I taki dobytek rozbierać, wodę spuszczać ? ….

Jezioro Włocławskie

…Przygoda przyszła wraz z niepogodą dopiero w Solcu Kujawskim. Stanęliśmy przy palu, do którego miejscowi rybacy przywiązywali swoje łódki. Rzuciłem kotwicę z rufy. Na czas zdążyłem postawić namiot. Dmuchnęło. Deszcz zabębnił po namiocie. Byliśmy schowani za sporą łodzią rybacką, ale huśtało nieźle. Grunt, że było sucho. Nagle ktoś zastukał w burtę. – Jest tu kto? – Wychyliłem głowę. Nad „Grażyną” stało chłopisko z wielką, kudłatą chyrą czarnych włosów. Przypomniał mi obrazek z okładki książki „Melikles Grek”. Zupełnie jakby nasz – chyba rybak – mu pozował. – – No my jesteśmy. A co nie wolno? – Dobra, dobra, za pół godziny będę wracał. Czekajcie – nie brzmiało to zbyt przyjaźnie. A „Melikles Grek” postawił szybciutko rozprzowy żagiel i śmignął na drugi brzeg drewniana łodzią. Zresztą zniknął w mroku, mgle i deszczu. No i za pół godziny wrócił. Niósł wielkiego sandacza. – No, wychodźcie z tego jachtynka – niedobrze to zabrzmiało, ale wyjaśnił – będziecie spać u mnie. Żona właśnie obchodzi czterdziestkę. A ja jej taki prezent. Oprócz sandacza, dwoje z Warszawy. – Nie wolno odmówić na takie dictum. Oboje gospodarze to Bergowie. Ona Anna, on – Zdzichu. Nie lada kto. Król Bractwa Kurkowego i wiceprezes kółka łowieckiego w powiecie. Oprócz tego znakomity rybak. Pan tutejszych wód, o czym choćby świadczył ten ogromny sandacz. Smaczny ogromnie, doskonały pod bimberek też oczywiście własnej roboty. Doskonały myśliwy (przecież Król Bractwa) umiał sprawić każdą zwierzynę, zrobić wszelkie przetwory. I w tym przypominał mi Witka Minczuka z Minczuków nad Mamrami. No i znał się na wszelkiej budowlance. Żeby zarobić prawdziwy pieniądz – marki (to były wczesne lata osiemdziesiąte), jeździł do Niemiec. Tam postawił gospodarzowi dom, stodołę. Kiedy się Niemczysko dowiedział o myślistwie Zdzicha, okazało się, że jest myśliwym ze związku łowieckiego w Bawarii. No i Zdzichu u niego polował. I Niemiec przyjechał na św. Huberta do Bydgoskiego Związku Łowieckiego. No, nasz „Melikles Grek” okazał się być niezłym ludzkim kombajnem wieloczynnościowym. Wyspani pod prawdziwa, wielką pierzyną, nakarmieni tym pysznym sandaczem popitym bimberkiem własnego pędzenia, polecieliśmy do naszej „Grażyny”. Dzielnie sobie sama bez nas tej nocy poradziła. A że lekko nie było, zaświadczyły ślady fal do połowy namiotu podwieszonego na bomie…..

Trąby nad jeziorem

Słońce zaczęło przygasać. A jako że żeglarz ma „oczy dookoła głowy” obejrzałem się i stwierdziłem, że za naszymi plecami, gdzieś nad zaporą, wypiętrzyła się olbrzymia chmura cumulonimbus. Zaczęliśmy kombinować czym to grozi. Za moment wyjaśniło się. A raczej ściemniło się. Chmura pożarła słonce i nad jeziorem sunie ku nam, przez całą szerokość jeziora, spod czarnej nisko opuszczonej chmury, biała ściana. Kiedy ja spostrzegliśmy, oceniłem, że na żaglach nie zdołamy schronić się przy brzegu. Postanowiliśmy zrzucić żagle i na silniku dojść nieco bliżej południowego brzegu. Odpaliłem silnik. Podpłynęliśmy bliżej brzegu. Stanęliśmy. Rzuciłem kotwicę z dziobu i stanęliśmy pod wiatr. Biała ściana szybko mknęła ku nam. Włożyliśmy sztormiaki. Zostaliśmy w kokpicie. Grube krople zabębniły staccato po pokładzie i za moment lunęły z nieba potoki w ukos ustawione z wiatrem. Kotwica mocno trzymała. Łódź ładnie się ustawiła. Brała fale pod siebie, a większość opływała nam burty. Widok był przepyszny. Chmura leciała nad nami na wysokości na pewno mniej niż sto metrów. Nagle spod chmury wykręcił się lejek i szybko spadł na jezioro. Wciągnął wodę z jeziora. Oszołomieni gapiliśmy się na ten mknący kilkadziesiąt metrów od nas lej. Żeby dodać nam trwogi, lej ten buczał w niesłychanie niskiej tonacji. To trwało dużo szybciej, niż się o tym pisze. Lej zwany trąbą przeleciał dalej, ale jakieś sto metrów za nim zaatakował następny. I też przeleciał. Świetnie się ustawiliśmy. Ale byśmy wyglądali, gdyby te trąby przeleciały się po nas! Po ich przejściu deszcz lał jeszcze przez kwadrans, następnie tylko padał, potem siąpił. Nagle błysnęło słońce i na chmurze stanęła tęcza. Jeszcze długo tak siedzieliśmy i schliśmy. Fala się ustatkowała, wiatr ucichł. Bez problemów postawiliśmy żagle, wyrwaliśmy kotwicę i radzi, że coś takiego widzieliśmy, stanęliśmy na gościnnej kei „Morki” w Płocku, pod Wzgórzem Tumskim.

                                                                                                                    Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski

                                                                                          (fragmenty; całość w Gospodarka Wodna nr 1, 2, 3 z 2015r.)

_____________________________________________________________________________________________________

Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski ur. 1930r., żeglarz, pisarz, reportażysta, harcmistrz, ekolog, działacz turystyczny,
krajoznawca. Autor mapy hydronawigacyjnej Polskie śródlądowe szlaki żeglowne.

Henryk Jaskuła: Argentyna moimi oczami

Henryk Jaskuła,2007Temat: Re: Podróże – Buenos Aires
Data: Sun, 17 May 2015 12:39:18 +0200
Nadawca: Henryk Jaskuła <……….@…..>
Adresat: Wojciech Jacobson <………@…..>

Wojtek,
Dziękuję za Buenos Aires. Mieszkałem tam dwa ostatnie lata pobytu w Argentynie. Na moich oczach w 1945 roku zaczęto budować Avenida 9 de Julio. Wyburzono wszystkie budynki między dwoma równoległymi ulicami. W 1946 roku miała 300 metrów długości, nazywaliśmy ja „najszersza i najkrótsza aleja świata”. Gdy byłem tam w 1973 roku miała już 16 km. Biegnie od Plaza Constitución prawie po Retiro. Został na niej tylko jeden nie zburzony gmach: 33 piętrowy budynek Ministerio de Obras Publicas. Obelisk to kopia obelisku waszyngtońskiego.
Pozdrowienia
Hen

——————————————————————————-

Data: Sun, 17 May 2015 14:46:25 +0200
Nadawca: Henryk Jaskuła <………..@….>
Adresat: Wojciech Jacobson <………..@….>

Wojtek,
Jeszcze dwa słowa. Na zdjęciu Avenidy 9 de Julio widać gmach Ministerio de Obras Publicas w lewym górnym rogu. Był z nim problem: za drogi aby go zburzyć. Pewna firma amerykańska zaoferowała przesunąć go o 50 metrów. Wszyscy byliśmy ciekawi, jak to się skończy. Widocznie cena przesunięcia budynku była za duża, zdecydowano budynek pozostawić na swoim miejscu. W tym jednym miejscu aleja zwęża się, co wydaje się nie przeszkadzać w niczym.
Miarą odległości miejskiej w Argentynie to cuadra. Una cuadra to odległość między dwoma równoległymi ulicami; ma wynosić sto metrów. Numeracja domów to sto numerów na jednej cuadra; parzyste po jednej, nieparzyste po drugiej stronie ulicy.
W La Plata – miasto nowoczesne, zaprojektowane i wybudowane geometrycznie, ulice mają numery; parzyste są prostopadłe do nieparzystych. Jeżeli jesteśmy na ulicy nr 1, róg ulicy 44, a kolega mówi, że mieszka na ulicy 44 pod numerem 1239, wiemy, że stąd jest do niego 1200 metrów plus ileś tam kroków.
A propos La Plata. Takiego miasta nie było, miasto Buenos Aires było stolicą państwa, a mieści się w prowincji Buenos Aires. W Argentynie od 1851 roku jest ustrój federalny (w wyniku 20-letniej wojny między federalistami a unitarystami, którzy chcieli, żeby cały duży kraj był rządzony centralnie z Buenos Aires).
W mieście Buenos Aires urzędowały więc dwa niezależne (częściowo) rządy: rząd federalny i rząd prowincji Bs. As. I wybuchła wojna między nimi, a każdy miał swoje wojsko. Wojsko prowincji przegnało, wyrzuciło rząd federalny, który schronił się w mieście Generał Belgrano, w powiecie (partido) tej samej nazwy, 200 km od Bs. As. Nastała dziwna sytuacja polityczna, groteskowa. Jedni i drudzy poskrobali się po głowie, i uradzili – nie budować nowej stolicy Argentyny, jako że miasto Bs. As. miało już ponad 1,5 miliona ludzi – tylko nową stolicę dla prowincji Buenos Aires.
Zlokalizowano ją 60 km od miasta Bs. As., nazwano La Plata, narysowano geometrycznie wszystkie ulice; 100 m jedna od drugiej – przecinały się pod kątem prostym. Nakreślono kilka diagonales, które przecinały X-em miasto. Tam sprowadził się rząd prowincji Buenos Aires, a miasto Buenos Aires, jako stolica państwa, otrzymało status Distrito Federal, poza jurysdykcją władz prowincji Buenos Aires. Działo się to w latach 1860. i coś. I do dzisiaj jest spokój.
Za moich czasów Argentyna była podzielona na 10 prowincji, 14 gobernaciones i un distrito federal. Żeby uzyskać status prowincji trzeba było liczyć określoną minimalną ilość mieszkańców. Argentyna miała wtedy 16 milionów mieszkańców, stolica Buenos Aires – la capital – liczyła 3 miliony.
Teraz Argentyna liczy blisko 30 milionów, wszystkie gobernaciones stały się prowincjami.
Miasto federalne Buenos Aires ma swoją policję umundurowaną na granatowo, która nosi pistolety kaliber 45, prowincje mają swoje policje, ta z prowincji Bs. As. jest umundurowana na kolor khaki, nosi rewolwery (kolty) mniejszego kalibru. Pałek żadna policja nie nosiła.
Pieniądzem jest peso, którego znakiem jest $ – taki sam jak dolara USA. Za moich czasów było to $m/n – peso moneda nacional (znaku „m/n” nie używało się potocznie), gdy byłem tam po latach, po denominacjach, nazywało się peso ley. W 1973 roku trafiłem akurat na denominację 100:1 i musiałem się orientować w cenach „starych” i „nowych”. Podobne „szczęście” miałem gdy w roku (chyba 1981?) w Anglii trafiłem na likwidację szylingów i ustanowienie sto „penisów” w funcie, co stało się łatwe do zrozumienia, a trudne dla Angoli.
Hen

Buenos Aires Para turistas -w
______________________________________________________________________________________________________

Henryk Jaskuła – ur. 22.10.1923 r., jachtowy kapitan żeglugi wielkiej. Wsławił się pierwszym polskim rejsem dookoła świata bez zawijania do portów na trasie Gdynia – Gdynia (1979-1980), na jachcie „Dar Przemyśla”.

—————————————————————————-

Rynek Przemyski, 20. maja 2015 roku, wmurowanie tablicy z okazji 35-lecia rejsu solo non-stop dookoła świata Gdynia-Gdynia na jachcie „Dar Przemyśla”.

Tablica (7)

Na portalu

http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150522/PRZEMYSL/150529910

35 lat po zakończeniu rejsu dookoła świata przemyślanie pamiętają o tym wielkim wydarzeniu i są dumni, że bohater pokonujący morze samotnie przez blisko rok, jest mieszkańcem naszego miasta – mówi Robert Choma, prezydent Przemyśla.

Kpt. Jaskuły nie było na uroczystości. Jednak tuż przed nią odwiedził go w domu prezydent Choma.

– Pan kapitan ma 92 lata, ale jest w doskonałej formie. Sporo rozmawialiśmy, żartował na różne tematy. I już zaprosił nas na… pięćdziesięciolecie jego rejsu, które wypadnie za 15 lat – opowiada prezydent.

 

Zuzanna Jakubowska: fragment książki o Wyspie Wielkanocnej

Zuzanna Jakubowska: Odkryta przypadkiem, pojęta opacznie.
Wyspa Wielkanocna w osiemnastowiecznych relacjach podróżników na tle rozważań o spotkaniu kultur.

(fragment)

SPIS TREŚCI
WSTĘP
I. ZDERZENIE ŚWIATÓW ŻYCIA

1. Zagadnienie obcego/innego
2. Europa a inni
2.1. Europocentryzm i poczucie wyższości
2.2. Odkrywanie Nowego Świata
2.3. Postrzeganie innych kultur, imperializm i przemoc
2.4. Interakcja z innymi: komunikacja i wymiana towarów
3. Inność w przekazach
3.1. Nauka w służbie imperializmu
4. (Nie)przetłumaczalność kulturowa?

II. OSIEMNASTOWIECZNE RELACJE Z WYSPY WIELKANOCNEJ: PRZEKŁADY

II.1. Wprowadzenie
1. Przebieg wypraw i autorzy relacji
2. Podstawa przekładów
3. Język relacji i redakcja przekładów

II.2. Wyprawa holenderska
1. Jacob Roggeveen
2. Cornelis Bouman
3. Carl Friedrich Behrens
3.1. Podróż do nieznanych lądów południowych i dookoła świata (poemat)
3.2. Przez Carla Friedricha Behrensa osobiście odbyta podróż do znanych i nieznanych lądów południowych
4. Anonimowa relacja 1
5. Anonimowa relacja 2

II.3. Wyprawa hiszpańska
1. Felipe González de Haedo
1.1. Wyciąg z dziennika
1.2. Opis wyspy św. Karola zbadanej na rozkaz wicekróla Peru
1.3. Opis wyspy św. Karola oraz jej osobliwości
2. Juan Hervé
3. Francisco Antonio Aguera e Infanzón

II.4. Wyprawa angielska
1. James Cook
2. Georg Forster
3. Johann Reinhold Forster
4. William Wales
5. John Marra
6. Pozostałe relacje angielskie
6.1. Charles C. Clerke
6.2. Joseph Gilbert
6.3. John Elliott

II.5. Wyprawa francuska
1. La Pérouse

III. WYSPA WIELKANOCNA W RELACJACH PODRÓŻNIKÓW: ANALIZA TEKSTÓW

III.1. Wyspa – środowisko i zasoby
1. Od morza
2. Od lądu
2.1. Fauna, flora, żywność

III.2. Ludność rdzenna i jej kultura materialna
1. Rapanujczycy i Europejczycy: pierwsze spotkania a rozwój relacji
2. Dalsza charakterystyka tubylców
3. Język
3.1. Glosariusz Aguery
3.2. Glosariusz Cooka
3.3. Glosariusz Forsterów
4. Kultura materialna
4.1. Posągi i platformy
4.2. Siedziby, pozostałe konstrukcje i przedmioty codziennego użytku

PODSUMOWANIE
1. Społeczeństwo zdolne do przetrwania
2. Zrozumieć

ANEKS
1. Poemat Carla Friedricha Behrensa (fragment)
2. Film Podziemny świat Rapa Nui – polemika
3. Zestawienie chronologiczne relacji
4. Skala Beauforta
5. Glosariusz niektórych terminów rapanujskich

BIBLIOGRAFIA
1. Źródła
1.1. Archiwalne
1.2. Drukowane
2. Opracowania
2.1. Książki
2.2. Artykuły
3. Internet
4. Inne materiały

_____________________________________________

Las verdades geográficas o antropológicas son –como todas– verdades culturales, contingentes. De manera coloquial podría decirse que toda verdad tiene denominación de origen y fecha de caducidad.

[Prawdy geograficzne czy antropologiczne są – jak wszystkie – prawdami kulturowymi i przypadkowymi. Kolokwialnie rzec by można, że każda prawda ma swój certyfikat pochodzenia i swoją datę przydatności do spożycia.]

                                                                                                                                                                               Juan Pimentel

 

Dziś wszyscy jesteśmy tubylcami i każdy, kto nie w pełni do nas należy, jest egzotyczny.

                                                                                                                                    Clifford Geertz

WSTĘP

Mam przed oczyma linię brzegową Wyspy Wielkanocnej: miejsce styku wód oceanicznych z lądem wyznaczają kostropate kamienie, urwiska i ciemne, ostre skały ze zwietrzałej lawy, kontrastujące z białymi rozbryzgami piany. Owa fizyczna granica w pierwszej połowie XVIII wieku stała się granicą metaforyczną. Naprzeciw siebie znalazły się wówczas dwie kultury, dwie cywilizacje, dwa światy, które stanęły twarzą w twarz – i weszły w interakcję, którą trudno nazwać porozumieniem.
Europejczycy – choć w sumie nie tego szukali – odkryli jeszcze jedną małą wyspę na Pacyfiku.
Mieszkańcy małej wyspy na Pacyfiku – choć niczego nie szukali – odkryli, że istnieją ludy odmienne od Polinezyjczyków.
Na przestrzeni kilkudziesięciu lat (1722–1786) do brzegów Rapa Nui, która wówczas jeszcze nie nosiła tej nazwy, przybili kolejno Holendrzy, Hiszpanie, Brytyjczycy i Francuzi. Za każdym razem z innego powodu, w innym celu, z innym nastawieniem i z odmiennymi wyobrażeniami: pierwotnymi, które kształtowały ich oczekiwania – i wtórnymi, które unosili ze sobą, odpływając. Ale też za każdym razem było to spotkanie dwóch różnych rzeczywistości; jego owoc stanowiły pisane przez Europejczyków teksty: dzienniki pokładowe, raporty, wspomnienia. (…)

Właśnie owe teksty stanowią oś rozważań zawartych w niniejszej książce. Moim celem było przyjrzenie się im w formie pierwotnej, niezaburzonej późniejszymi transformacjami – a więc uchwycenie ich w tej postaci, w jakiej powstawały w swoim miejscu i czasie, by trafić do odbiorców prymarnych – po to, bym następnie mogła jak najwierniej przekazać polskiemu czytelnikowi ich treść. Dopiero na podstawie tak przygotowanego materiału możemy pochylić się nad wizją Wyspy Wielkanocnej i jej mieszkańców, ukształtowaną w umysłach pierwszych podróżników, którzy poznali ten skrawek lądu – i odnieść ów zespół sądów i wyobrażeń do dzisiejszego stanu wiedzy. Co przekazali nam dawni żeglarze? W jaki sposób ich bagaż kulturowy, bagaż doświadczeń wpływał na odbiór nieznanej cywilizacji czy na stosunek do jej przedstawicieli? A co tak naprawdę wiemy dzisiaj o wyspie, z którą powszechnie kojarzone są dwa słowa: „posągi” i „tajemnica”? Jak ma się wiedza obiegowa, spod znaku publikacji popularnych, które tylko w założeniu mają uczyć – bawiąc, programów National Geographic i okolicznościowych, wielkanocnych wydań czasopism – do hipotez, analiz i faktów, funkcjonujących w sferze nauki? (…)

By przeanalizować te zagadnienia, nie wystarczy przełożyc osiemnastowieczne teksty na polszczyznę XXI wieku. Mamy tu raczej do czynienia z przekładem międzykulturowym, który ponadto sięga w głąb czasu i przestrzeni: odłam kultury polinezyjskiej, przez wieki rozwijający się w izolacji, odkrywany stopniowo przez Europę w dobie Oświecenia, postrzegany oczami i umysłami Holendrów, Niemców, Hiszpanów, Brytyjczyków, Francuzów (kapitanów, żołnierzy, marynarzy, przyrodników…), ma zostać przedstawiony polskiemu czytelnikowi żyjącemu tu i teraz. (…)

W tradycji badań nad Wyspą Wielkanocną ustaliła się periodyzacja jej dziejów, w myśl której okres wypraw osiemnastowiecznych nazywany jest pierwszym okresem historycznym. Ponadto, cztery wspomniane ekspedycje traktuje się łącznie jako „odkrywcze”, choć oczywiście z punktu widzenia dzisiejszych Europejczyków wyspa została odkryta tylko raz: przez członków wyprawy Jacoba Roggeveena w 1722 roku. Tym niemniej naukowcy uznają, że wszystkie cztery pierwsze ekspedycje wniosły istotny wkład w wiedzę cywilizacji zachodniej na temat Rapa Nui, jej kultury i środowiska, stąd – umownie i post factum – podnieśli załogi wszystkich statków do rangi odkrywców. I to pomimo faktu, iż nie kto inny, jak James Cook, rozczarowany niegościnnym środowiskiem i zastanym tu ubóstwem, twierdził, iż żaden naród „nie będzie ubiegać się o honor odkrywcy Wyspy Wielkanocnej” . (…)

Książka, którą trzymają Państwo w rękach, składa się z trzech zasadniczych części. Pierwszą z nich stanowi szerokie, wielowątkowe tło, na jakim pragnę ukazać przekłady osiemnastowiecznych tekstów podróżniczych. Za punkt wyjścia służą rozważania o naturze obcości i inności. Pragnę prześledzić, jak rozmaici myśliciele definiują te pojęcia, czym charakteryzuje się inność, a czym obcość, czy granica między nimi może w ogóle być jasno wytyczona. Refleksje te opieram głównie na przemyśleniach Bernharda Waldenfelsa, a także m.in. Edmunda Husserla oraz Tzvetana Todorova. Interesuje mnie ponadto, jak odczuwana jest inność i obcość na płaszczyźnie psychologicznej i w przestrzeni międzykulturowej – z czego wynika i jakie są konsekwencje jej istnienia. Poruszam też wątki lęku, fascynacji i interakcji między postrzegającym ‘ja’ a postrzeganym innym/obcym.
Kwestie owe wiążą się nierozerwalnie z rozległym tematem spotkania Starego Świata z Nowym. Problematykę ową – omówioną przeze mnie na podstawie przemyśleń takich autorów, jak np. David Abulafia, Stephen Greenblatt, Juan Pimentel, Mary Louise Pratt czy Bernard Smith – poruszano już wielokrotnie (podobnie jak poprzednie zagadnienie), tym niemniej zawsze pozostaje aktualna, gdy w grę wchodzi kontekst, jaki stał się przyczyną powstania niniejszego tomu. Musimy zatem zmierzyć się ze zjawiskiem europocentryzmu, na który przedstawiciele cywilizacji zachodniej skazani byli w sposób nieunikniony – ale i z towarzyszącym mu poczuciem wyższości; kładło się ono głębokim cieniem na historię odkryć i poznawania innych rejonów świata. Proces ten uwarunkowany był bowiem – jak wspomniałam – bagażem intelektualnym podróżników, którzy wyruszali z macierzystych portów wyposażeni mentalnie w założenia wstępne (albo nimi obarczeni), wyrosłe z własnej wielowiekowej tradycji i nieprzystające do realiów odkrywanych ziem. Poznanie nie może jednak odbywać się w próżni, a zatem wykształcenie, doświadczenie życiowe, przyswojone wzory kultury i wiedza książkowa nieuchronnie nakładały się na obraz nowej rzeczywistości, modelowały go i przeplatały się z jego wątkami, tworząc nową jakość, w której półświadomie próbowano szukać dawnych prawideł i sensów.
Nastawienie to, jak wiadomo, rzutowało negatywnie na napotykane kultury; przedstawiciele cywilizacji zachodniej nieraz zajmowali wobec nich stanowiska skrajne: od pobłażliwości i narzucania im zawłaszczającej, manipulującej opieki, po traktowanie instrumentalne i przemoc. Ludność rdzenna odkrywanych terenów utożsamiana bywała z elementem krajobrazu bądź z zawadą na drodze do nowych posiadłości terytorialnych. Tym niemniej jej istnienia nie można było usunąć poza nawias; naturalną konsekwencją spotkania była więc komunikacja – ograniczona i niedoskonała, bazująca na uprzedzonej interpretacji i nieadekwatnych oczekiwaniach, a zatem wiodąca do mylnych sądów i nieporozumień. Szczególnym wymiarem owej komunikacji była wymiana handlowa, obejmująca między innymi żywność; ten akurat aspekt podczas długich wypraw stał się dla Europejczyków koniecznością.
Kolejną żywotną kwestią, jaką poruszam w toku rozważań, jest tekstowy obraz inności i jego transformacja na przestrzeni dziejów – od niesprawdzalnej dla laika fikcji po postulowaną w XVIII wieku wiarygodną naukowość, która – jak się okazuje – także nie gwarantowała rzetelnego podejścia do tematu. I tak dochodzimy do jednego z zagadnień kluczowych dla niniejszego tomu: problemu przetłumaczalności bądź nieprzetłumaczalności kulturowej. Definiując kulturę – śladami Clifforda Geertza – jako sieć znaczeń i symboli, omawiam kwestię splecenia języka z podłożem cywilizacyjnym, nieuchronnie stwarzającego trudności w procesie przekładu sensu largo, czyli takiego, którego przedmiotem są nie tylko języki i słowa, ale odrębne rzeczywistości. To właśnie owe obce realia próbujemy zrozumieć oraz wyjaśnić. W tym zaś przypadku przetłumaczalność – czyli pojmowalność! – zależy przede wszystkim od narzędzi, jakie mamy do dyspozycji, oraz od nastawienia. (…)

Część druga to przede wszystkim przekłady kilkunastu relacji z czterech osiemnastowiecznych wypraw, których uczestnicy zetknęli się z kulturą Wyspy Wielkanocnej. Scharakteryzowawszy pokrótce przebieg owych ekspedycji oraz sylwetki poszczególnych autorów – w oparciu o takich autorów, jak John Cawte Beaglehole, Roelof van Gelder, Francisco Mellén Blanco, Herbert von Saher, Krzysztof Vorbrich – skupiam się na omówieniu podstawy tłumaczeń. Pod względem merytorycznym mamy do czynienia z materiałem niejednorodnym: są to bowiem zarówno teksty kierowane do przełożonych (dzienniki, raporty), jak i do opinii publicznej (wspomnienia, a nawet poemat). Gdy zaś idzie o nośnik, korzystam zarówno z oryginalnych, pierwszych wydań relacji, jak i z edycji krytycznych źródeł, a także – w przypadku niektórych dokumentów z wyprawy hiszpańskiej i brytyjskiej – z manuskryptów . Ostatnim w tej części elementem metatekstowym jest analiza języka oryginalnych materiałów oraz omówienie procesu redakcji tłumaczeń.
Warto zaznaczyć, iż przekłady nie są ułożone chronologicznie. Kryterium, jakie mi przyświecało, była przede wszystkim osoba autora i jego ranga. A zatem, w kontekście każdej z wypraw najpierw prezentuję teksty, które wyszły spod pióra dowódców poszczególnych wypraw: Jacoba Roggeveena, Felipe Gonzáleza de Haedo, Jamesa Cooka i hrabiego La Perouse’a (ostatni przykład jest o tyle specyficzny, iż stanowi jedyną relację z ekspedycji francuskiej). Następnie o kolejności decyduje albo piastowany przez pozostałych autorów stopień w hierarchii żeglarskiej – jak w zestawie dokumentów z ekspedycji holenderskiej i hiszpańskiej – albo też waga samego tekstu, jak w przypadku Brytyjczyków, gdzie wspomnienia George’a Forstera (oparte na dzienniku ojca) stały się bodaj nawet sławniejsze i bardziej poczytne niż dziennik kapitana Cooka.
Część trzecia – zasadnicza – to analiza zaprezentowanych dokumentów, przedstawiona w formie konfrontacji wizji Wyspy Wielkanocnej i jej kultury, jaką wypracowali w swych tekstach osiemnastowieczni podróżnicy, z późniejszym, a zwłaszcza współczesnym stanem wiedzy w tej dziedzinie. Poruszam tu zagadnienia związane ze środowiskiem morskim i lądowym wyspy oraz jej zasobami, przede wszystkim zaś z ludnością rdzenną, przebiegiem jej spotkań z Europejczykami, jak również miejscowym językiem i kulturą – w tym materialną. W zależności od tego, w jakim kierunku prowadzą mnie motywy odnotowane przez autorów, omawiam kwestie związane z astronomią, pochodzeniem ludności, zdobieniem ciała czy konfliktami w łonie społeczeństwa.
Rozmaitość zaprezentowanych kwestii wypływa więc bezpośrednio z różnorodności faktów i zjawisk, jakim w sposób mniej lub bardziej celowy poświęcali uwagę żeglarze.
Wątki stale obecne, powracające w różnych odsłonach przy okazji omawiania poszczególnych aspektów panoramy materialnej i duchowej Rapa Nui, to dwie głośne dyskusje, jakie przez lata ożywiały wymianę zdań pomiędzy znawcami tematu. Jedna z owych debat – w dużej mierze przebrzmiała, przez co nie mniej ciekawa i pouczająca dla polskiego odbiorcy – dotyczy pochodzenia mieszkańców wyspy, druga natomiast, wciąż aktualna i pełna emocji, to polemika tocząca się pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami wspomnianej już teorii upadku miejscowego społeczeństwa. Co znamienne, echa obu debat można napotkać nawet przy analizie tak odległych, zdałoby się, dziedzin, jak fauna wyspy czy rośliny uprawne.
O zagadnieniach, które poruszyli w swych relacjach dawni podróżnicy, pisało w następnych latach wielu ludzi morza i badaczy. Ich teksty, interpretacje i przekłady przyczyniają się do poszerzania i pogłębiania wiedzy opinii międzynarodowej na temat Wyspy Wielkanocnej, jaka jawiła się oczom żeglarzy u zarania interakcji tamtejszego społeczeństwa z cywilizacją zachodnią, jednakże są to przekazy niewolne od uproszczeń, omyłek, jak również przekłamań. Nakładają się one na mylne sądy i przypadki niewłaściwego bądź zmanipulowanego odczytania rzeczywistości rapanujskiej przez jej europejskich odkrywców, niepostrzeżenie wpływając na jej obraz w dniu dzisiejszym. Zjawisko to nader często przywoływane jest na kartach niniejszego tomu; stanowi, w moim przekonaniu, swoisty drogowskaz dla umysłu, który pragnie przeniknąć do sedna tematu z pozycji odpowiedniego dystansu, zachowując jak najdalej posunięty obiektywizm. (…)

                                                                                                                 Zuzanna Jakubowska
                                                                                                                 Warszawa, kwiecień 2013

 

Selma Expeditions: Polując na growlery

Wyprawa „SELMA – ANTARKTYDA – WYTRWAŁOŚĆ” jachtu Selma Expeditions i jego załogi osiągnęła już 6. etap i zmierza ku końcowi. Główny cel – dotarcie do Morza Rossa i Antarktydy został zrealizowany z nawiązką. Załoga dotarła do Zatoki Wielorybów, Wyspy Rossa, wspięła się na szczyt wulkanu Erebus.
To czego już dokonał 11. osobowy zespól zasługuje na największe uznanie i gratulacje. Godny podziwu jest sposób i styl w jakim to osiągnęli. Każdy najdrobniejszy szczegół wyprawy był precyzyjnie przygotowany. Przed wyprawą rozważane były, i przewidziane zostały, wszelkie możliwe niebezpieczeństwa i trudności; przygotowano środki i sposoby na ich pokonanie; między innymi, w ramach przygotowań, część załogi trenowała wspinaczkę wysokogórską w ekstremalnych warunkach w Alpach. Z relacji pokładowych, też świetnie przekazywanych, wynika, że atmosfera wśród załogi jest znakomita.
Wszystko to przypomina, że wzorcową postacią dla zespołu i dla organizatorów wyprawy był Sir Ernest Shackleton i jego działania, szczególnie wyprawa transantarktyczna na barkentynie Endurance –  zaczęta przed 100 laty w roku 1914.
Wyrażam pełny podziw dla tego co już „Selma” dokonała !

                                                                                                                         Wojciech Jacobson

______________________________________________________________________________________________________

RELACJA Z JACHTU

07.03.2015

Żeglujemy już po wolnym oceanie, raczej szczęśliwi. Satelitarne mapy lodowe pokazują, że Morze Rossa już zamarzło. Ale bez nas :-).
Płyniemy teraz wzdłuż Antarktydy i Półwyspu Antarktycznego, aż do Cieśniny Drake’a. To dla nas najkrótsza trasa do Argentyny. W sumie opłyniemy 1/3 wybrzeży Antarktydy. Planowaliśmy jeszcze gdzieś po drodze się zatrzymać, ale niestety goni nas czas i plany rejsu. Czasu mamy na styk a nawet trochę za mało. Dlatego nie skręcimy w głąb Morza Bellingshausena, zresztą cieśnina przy Wyspie Charcota jest, według map, cała w lodzie i przez to niedostępna.
Ale przepłyniemy koło wyspy Piotra I.
Obecnie jesteśmy w przedsionku Morza Amundsena. Płyniemy nadal dzień i noc, ale siadł wiatr i jest prawie bezwietrznie. Nie możemy czekać. Odpalamy silnik. Walczymy o czas, ale nie tylko. Okazało się, że nasze zapasy wody gwałtownie stopniały. Woda w zbiornikach jachtu po prostu zamarzła. Pozostało nam jeszcze około 100 litrów „rossówki” (wody wytopionej z lodowca na Wyspie Rossa). Dla 11. facetów to zapas na góra 5 dni… Odsolarka zwana także – solarką, daje wodę mocno słonawą. Nie pracuje sprawnie w tych temperaturach – jest za zimno. Woda, którą uzyskujemy nie nadaje się ani do picia ani na zaparzenie herbaty. Na siłę nadaje się do gotowania. Mamy co prawda całkiem spory – żelazny zapas wody w butelkach 0,6 l. Ale taki stan nie wywołuje entuzjazmu załogi.
Kapitan zarządził ograniczenia – na razie – „do 4 herbat dziennie” – Załoga się natychmiast podporządkowała – ale także wykazała „inicjatywę własną”. Ktoś zaproponował: – „Growlery!” – Do tej pory staraliśmy się omijać z daleka te niebezpieczne dla jachtu – wielkie bryły lodu, ale w tej sytuacji role się odwróciły. Zapadła decyzja: Zapolujemy na nie. Sternicy zaczęli wyszukiwać na horyzoncie ofiar. Koło jednej z gór lodowych znaleźliśmy odpowiednią bryłę. Spora sztuka. Fał przygotowany, na nim pętla zaciskowa, dwie osoby z bosakami i jedna z naszym lasso. Zarzucamy kilka razy, potem bosakami naciągamy we właściwe miejsca na bryle lodu. Korba, kabestan, lina w górę, a na końcu wisi kilkaset zamrożonych herbat. Ostrożnie na pokład, młotki załatwiają resztę. Spora radość. W końcu naszą ofiarą pada coś, co do tej pory jedynie nam zagrażało. Teraz fachowym okiem oceniamy następne, potencjalne ofiary. Bez trudu, nauczeni doświadczeniem dopadamy następne dwa growlery. Zdobyliśmy zapas wody na kolejne kilkanaście dni. Staliśmy się – łowcami, pogromcami growlerów. Wiemy już jak i jeśli trzeba – wszystkie możemy przerobić na herbatę! Decyzją kapitana – dalsze łowy zostały zawieszone, po prostu nie mamy więcej pojemników na wodę.
Żelazna porcja wróciła na swoje miejsce. Wodna prohibicja trwała na Selmie, od chwili ogłoszenia, 40 minut! Nowa woda otrzymała nazwę „amundsenówka”. Rozpoczynamy degustację i dyskusję – która lepsza: „rossówka” czy „amundsenówka”… Po południu piękny widok na horyzoncie. Jesteśmy otoczeni kilkunastoma wielkimi górami lodowymi. Nasz rezerwuar pitnej wody płynie z nami. Do tego przepięknie uzupełnia nam krajobraz.
Z Selmy – łowcy growlerów – pozdrawiają:
Piotr, Jacek, Wifi, Damian, Leon, Artur, Tomek, Duszan, Kris, Krzysiek i Luby.
____________________________________________________________________________________________________
J.J. Cieliszak
Koordynator, Media – Wyprawa: SELMA – ANTARKTYDA – WYTRWAŁOŚĆ

__________________________________________________

FOTO

1. Selma i growlery. Selma i growlery. Fot. M. Gawron

2. Growler. Growler. Fot. M. Gawron

3. Akcja growler. Akcja growler. Fot. L. Rychlik

4. Akcja growler. Akcja growler. Fot. L. Rychlik

5. Fot. P. Lubaczewski

6. Trasa wyprawy Selma Expedition 2014-2015. Trasa wyprawy Selma Expedition 2014-2015.

Źródło: Selma Expeditions.com.

 

Wojciech Jacobson, Zenon Szostak: Conrad, Horn i żagle

Twórczość literacka Josepha Conrada-Korzeniowskiego, oparta w znacznej mierze o własne doświadczenia życiowe autora, jest dobrze znana i doceniana, również przez ludzi morza. Mniej znana jest jego kariera morska, w tym, istotny dla żeglarzy, fakt opłynięcia przez Konrada Korzeniowskiego przylądka Horn pod żaglami.

Od wczesnej młodości, przez niemal dwadzieścia lat, Konrad Korzeniowski pływał na żaglowcach i statkach; poczatkowo francuskich, później brytyjskich. Zaczynał jako zwykły marynarz (ordinary seaman) służbą before the mast. Podnosząc swoje kwalifikacje (poparte zdawanymi egzaminami), osiągał stanowiska oficerskie, aż do funkcji kapitana. Pływał po morzach i oceanach niemalże całego świata.

I właśnie w jednym z takich oceanicznych rejsów, na trasie z Sydney do Londynu, opłynął przylądek Horn. Dwudziestojednoletni Konrad był wtedy pełnoprawnym członkiem załogi – marynarzem na trzymasztowej fregacie Duke of Sutherland. Żaglowiec, określany jak inne tego typu szybkie i zwinne jednostki żaglowe – kliprem, wypłynął z Londynu w połowie października 1878 roku. Płynął trudną trasą wokół Przylądka Dobrej Nadziei, Przylądka Leeuwin i – opływając Tasmanię – zawinął do Sydney z końcem stycznia 1879 roku. W drogę powrotną do Anglii, z ładunkiem wełny i pszenicy, odpłynął na początku czerwca 1879 roku. Żeglując wokół przylądka Horn, dotarł do Londynu 19. października tego samego roku. Korzeniowski był w załodze klipra przez cały czas, co poświadczyli kapitan żaglowca John McKay i armator Daniel Louttit ze Szkocji, wystawiając stosowną opinię z rejsu – świadectwo służby (Certificate of Discharge).

Po pobycie na lądzie, urozmaiconym krótkim rejsem na Morze Śródziemne, i po zdanym egzaminie na stopień II. oficera, Konrad Korzeniowski w drugiej połowie sierpnia 1880 roku, ponownie wypłynął na oceaniczną trasę do Australii, na trzymasztowej fregacie Loch Etive.

Kapitanem tego z kolei klipra był znany, budzący podziw wśród marynarzy i armatorów William Stuart. Konrad był na Loch Etive „najmłodszym z oficerów, trzecim pomocnikiem pełniącym służbę u boku pierwszego oficera”. Po półtoramiesięcznym pobycie w Sydney i załadowaniu klipra wełną (stąd określenie Conrada: „pływałem we flocie wełnianej”), Loch Etive wyruszył w drogę powrotną do Anglii wokół Hornu. Umiejętności żeglarskie Konrada musiały być dobre, skoro – gdy zachorował drugi oficer – kapitan awansował Korzeniowskiego na oficera wachtowego, „czuwającego samodzielnie nad pokładem”. Conrad, w Zwierciadle morza, tak komentuje ten fakt: „Było to pewnego rodzaju uznanie dla młodzika, że dowódca taki jak kapitan S. mu zaufał, pozornie bez żadnego nadzoru”. Młody oficer pokładowy, doceniony przez odważnego „kapitana S.”, który „niezdolny był niejako z natury do wydania oficerom rozkazu by skrócili żagle”, poczuł pełnię oceanicznej i marynarskiej swobody i „sam też sadził żagle na wysokich masztach… jak nie sadził ich nigdy przedtem ani potem”. Trasę do Londynu, wokół Hornu, przebyli w czasie o miesiąc krótszym niż poprzednio na Duke’u. Doświadczenie i odwaga kapitana Stuarta, a także poczynania oficerów wachtowych, skutkowały dobrą żeglarską robotą.

Kolejne lata pracy Józefa Konrada Korzeniowskiego na morzu przeplatały się z czasem wolnym, spędzanym pod żaglami, głównie na jachtach przyjaciela G. F. W. Hope’a: na dziewięciotonowym jolu Nellie, upamiętnionym w opowieści Jądro ciemności, na kutrze gaflowym La Reine, który w 1899 roku odkupił od Hope’a, do spółki z Stephenem Crane’em, pisarzem amerykańskim osiadłym w Anglii. Żeglował również – na 23-tonowym kutrze Ildegonde – wokół wysp Szetlandzkich i Orkadów, a może i dalej. Pływał na wynajmowanym jachcie w Bretanii, w ujściu Tamizy, w Kanale Brytańskim, jak wówczas mawiano – czyli kanale La Manche. Wyprawy żeglarskie były kilkudniowe, czasami kilkutygodniowe. Swój jacht trzymał na kotwicy, w Rye w hrabstwie Sussex, nad Kanałem.

Marzył o zakupie większego żaglowca i wyruszeniu na kilka lat w dłuższy rejs. O tym, że na jachtach czuł się równie dobrze, jak w pracy na morzu, świadczą wspomnienia jego syna Johna ze wspólnego rejsu żeglarskiego w 1920 roku: „ojciec czuł się doskonale, odzyskiwał siły skacząc po drabinkach”.

Po prawie dwudziestu latach niełatwej pracy na żaglowcach i statkach, Konrad Korzeniowski pozostał do końca życia wierny żaglom i wspólnym wyprawom żeglarskim z przyjaciółmi, znajomymi, rodziną. Żeglarstwo nie przestało być dla niego ważne, gdyż było sposobnością do spotkań w gronie ciekawych intelektualnie ludzi, angielskich gentlemanów, pisarzy; do interesujących rozmów, dyskusji, opowieści.

W takim kontekście Joseph Conrad-Korzeniowski niewątpliwie był w pełni nie tylko marynarzem, ale i żeglarzem, i to takim, który w młodości opłynął Cape Horn. Nie dożył czasu, gdy we Francji powstało AICH (L’Amicale Internationale des Capitaines au Long Cours Cap Horniers,1937r.) – Międzynarodowe Stowarzyszenie Kapitanów Kaphornowych, które zrzeszało nie tylko kapitanów, ale także uczestników rejsów żaglowcami wokół przylądka Horn. Na pewno byłby jego członkiem. Tym bardziej mógłby obecnie patronować współczesnemu żeglarskiemu Bractwu Kaphornowców.

Rejsy i podróże w których uczestniczył Joseph Conrad-Korzeniowski, są dobrze udokumentowane i opisane. Materiały źródłowe w postaci dokumentów żeglugowych poszczególnych jednostek – Agreement and Account of Crew, Certificate of Discharge są przechowywane m.in. w Beinecke Library Yale University w USA. Przytoczone w tekście cytaty dotyczące rejsu na Loch Etive pochodzą z książki Josepha Conrada Zwierciadło morza, w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej (Warszawa 1935r.). Liczne wydawnictwa, opublikowana korespondencja, wspomnienia przyjaciół i znajomych, elementy biograficzne w książkach Conrada, a nade wszystko nieoceniona biografia, napisana przez jednego z najwybitniejszych znawców tematu, Zdzisława Najdera: Życie Conrada-Korzeniowskiego, przywołują i przybliżają tytułowy wątek: Conrad, Horn i żagle.

                                                                                                                                         Wojciech Jacobson, Zenon Szostak

5a. Duke of S._ZR Duke of Sutherland; fragment panoramy w Circular Quay                                                                             w Sydney, 1871
                                                                                                     arch. John Oxley Library, State Library of Queensland, Australia

 

 

5b. Loch Etive_arch._State Library of Victoria,Australia  Loch Etive; odbitka żelatynowo-srebrowa                                                                                                             fot. Allan C. Green(1878-1954)                                                                                                                                                             arch. State Library of Victoria, Australia

 

 

5c. Cape Horn 1.3.2001a_wj Cape Horn. Fot. Wojciech Jacobson

_______________________________________________________________________________________________________

Wojciech Jacobson – jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań
jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem m. in. z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II” przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Żeglował na dużych żaglowcach. W Jacht Klubie AZS Szczecin od lat czterdziestych ubiegłego wieku.  

Zenon SzostakZeszyty Żeglarskie.                      

________________________________________________________________________________________________________

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie www.Zeglujmy Razem.com.

 

 

 

Bogdan Sobiło: Wikingowie w Wolinie

Bogdan SobiłoObecnie Wolin jest niewielkim miasteczkiem położonym na wschodnim brzegu wyspy o tej samej nazwie. Od reszty kraju oddzielony jest rzeką Dziwną. Raz jej nurt kieruję się ku morzu, powodując obniżenie poziomu wody w Zalewie Szczecińskim, a kiedy indziej rzeka płynie w kierunku Zalewu. Podobnie jak nurt Dziwny, życie współczesnych mieszkańców Wolina toczy się leniwie. Cała obecna ludność to przybysze z różnych części Polski, najczęściej potomkowie emigrantów z biedniejszych części kraju, którzy po zakończeniu II wojny światowej szukali na tzw. ziemiach odzyskanych lepszego życia. Do niedawna tradycja wojny i zasiedlenia Wolina przez Polaków była bardzo żywa. Częściowo dzięki intensywnej propagandzie komunistycznej, częściowo z powodu kolei własnego losu Polaków doświadczonych zarówno przez wojnę, jak i wydarzenia, które nastąpiły po jej zakończeniu.
Charakterystycznym obiektem, kiedyś wręcz wizytówką miasteczka. były elewatory zbożowe wzniesione tuż nad brzegiem Dziwny. Obecnie zaniedbane powoli popadają w ruinę. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych odbudowano leżącą przez niemal czterdzieści lat w gruzach katedrę. Główną atrakcją Wolina jest jednak skansen archeologiczny położony na wysepce Dziwnej. Początkowo były to pojedyncze chaty, w których raz w roku odbywał się międzynarodowy festiwal wikingów, dość licznie odwiedzany przez gości z Danii, Szwecji i Norwegii. Obecnie jest to nie tylko muzeum, ale także placówka naukowo-badawcza Instytutu Archeologii i Etnografii Polskiej Akademii Nauk. W Wolinie na każdym kroku widoczne są ślady historii. Zarówno najnowszej, jak i tej sprzed tysiąca lat. Niemal każdy mieszkaniec miasteczka ma świadomość wielkości minionej przeszłości, a turyści dowiadują się o niej z przewodników i w osadzie słowiańsko-wikińskiej. Jednak większość przybyszów nie wie, że historia Wolina, zwłaszcza ta najdawniejsza, jest nie tylko bardzo zagmatwana, ale też wciąż pełna hipotez i zagadek.
Duży wpływ na świadomość historyczną starszego pokolenia Polaków miały dwa wydarzenia: okupacja niemiecka podczas wojny oraz natarczywa propaganda komunistyczna, uzasadniająca względami historycznymi przesunięcie granic nowego państwa polskiego na zachód. Przez ponad 40 lat komunizmu często mówiono i pisano o „powrocie do macierzy”, „starych piastowskich granicach” itp. Pozostałością tych czasów jest pomnik Trygława wzniesiony w 1967 r. Napis na tym pomniku głosi, że powstał on w tysiąclecie przyłączenia Wolina do państwa polskiego. Tymczasem średniowieczne źródła milczą na temat rzekomego przyłączenia Wolina do państwa polskiego w czasach Mieszka I. Jak wiadomo, każda nacja, każde pokolenie odczytuje i interpretuje historię na swój własny sposób, i co nie mniej ważne, na własne potrzeby. Wolin jest tego modelowym przykładem
Historyk bada przeszłość na podstawie źródeł. Do najdawniejszych dziejów Wolina dysponujemy źródłami łacińskimi (tzw. Geograf Bawarski, Widukind z Korbei, Adam z Bremy, Saxo Gramatyk, Thietmar z Merseburga), arabskimi (Ibrahim ibn Jakub) oraz skandynawskimi (sagi o czynach wikingów). O ile od stuleci źródła pisane są dobrze znane i zbadane, o tyle źródła archeologiczne odkrywane są wciąż na nowo. W latach 2012 – 2014 podczas budowy basenu nowej mariny, odkryto szereg nowych obiektów. Na leżące w ziemi ślady historii można się natknąć w Wolinie niemal wszędzie. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku podczas kopania fundamentów podwórkowej szopy znaleziono kamienne siekiery z VIII – IX wieku. Rybacy łowiący ryby w wodach Dziwny i Zalewu nieraz wyciągają zamiast ryb prastare łodzie, przez setki lat zalegające w mule. Czasami jest to kadłub alianckiego samolotu zestrzelonego przez niemiecką baterię artylerii przeciwlotniczej, która była ulokowana w pobliżu miasteczka.
Po II wojnie światowej nauka polska miała za zadanie udowodnić prawa nowego państwa polskiego do ziem zajętych kosztem Niemiec. Zarówno źródła pisane jak i znaleziska archeologiczne interpretowano jako dowód polskości tych ziem. Dlatego stworzono metodologiczną teorię „importów”. Obiekty archeologiczne pochodzące z innych kręgów cywilizacyjnych (Skandynawia, Niemcy) określano jako „importy” tj. sprowadzone z zewnątrz i nie negujące słowiańskości, a więc pośrednio i polskości tych ziem. Cenzura pilnie śledziła treść prac naukowych z tak wąskiej zdawałoby się dziedziny jak slawistyka czy językoznawstwo. Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych poprzedniego stulecia jeden z krakowskich uczonych złożył do druku w czasopiśmie ukazującym się w „porażającym” nakładzie 500 egzemplarzy, artykuł, w którym polemizował z powszechnie obowiązującym dogmatem o „pradawnej obecności” Słowian (a więc i Polaków) na ziemiach dzisiejszej Polski, został zatrzymany przez cenzurę jako „nieprawomyślny”. Innym przykładem ówczesnej politycznej poprawności może być Biskupin. Kiedy w latach międzywojennych nauczyciel miejscowej szkoły zauważył ślady dawnych budowli drewnianych na wyspie Jeziora Biskupińskiego, powiadomił o tym archeologów z Uniwersytetu Poznańskiego. Po rozpoczęciu prac wykopaliskowych gazety na pierwszych stronach donosiły o odkryciach w „polskich Pompejach”. Wszystko co znaleziono, świadczyć miało o słowiańskim charakterze osady. Kiedy jednak zbadano za pomocą nowoczesnych metod fizyko-chemicznych drewno użyte do budowy domów, palisady i mostu łączącego osadę na wyspie z lądem, okazało się, że zostały one ścięte ponad 700 lat przed narodzeniem Chrystusa. Oczywiście w VIII wieku przed Chr. nie może być mowy o Słowianach (jeszcze nie wyodrębnili się ze wspólnoty indoeuropejskiej), ani o Germanach. Mimo to w powszechnej świadomości Polaków, Biskupin to wciąż „stary, prasłowiański gród”.
Najstarsze dzieje Wolina sięgają VIII wieku po Chr. Pierwotni mieszkańcy osady zajmowali się rybołówstwem i rolnictwem. Wolin wymieniony jest najwcześniej w tzw. Geografie Bawarskim. Jest to anonimowa notatka, która wylicza plemiona i grody położone na północ od Dunaju. Wśród ponad dziesięciu nazw plemiennych, identyfikowanych z ziemiami dzisiejszej Polski wymienieni są Wolinianie. W tym przypadku nie chodzi chyba jednak o mieszkańców grodu, ale plemię sprawujące władzę nad całą wyspą. Interesujący opis miasta pozostawił pochodzący z Hiszpanii żydowski kupiec i podróżnik Ibrahim ibn Jakub. Otóż około roku 964 – 965 zawędrował on do Czech i na dwór cesarza Ottona I. To właśnie Ibrahimowi ibn Jakubowi zawdzięczamy charakterystykę drużyny Mieszka I oraz opis domniemanych granic jego państwa. Z przekazu tego egzotycznego podróżnika nie wynika jednak, że w połowie X wieku Wolin znajdował się w granicach monarchii piastowskiej. W tym samym czasie pojawia się w źródłach pierwsza wzmianka o Mieszku I. Żyjący w X wieku niemiecki kronikarz Widukind z Korbei napisał Dzieje Saksonii. Sporo uwagi poświęcił Wichmanowi, niemieckiemu rycerzowi, który za panowania cesarza Ottona I (936 – 973) zszedł na złą drogę i został skazany na banicję. Opuszczenie ojczyzny okazało się dla niego wejściem na równie pochyłą. Udał się do sąsiadujących z cesarstwem Słowian Połabskich, zamieszkujących między Odrą a Łabą, systematycznie najeżdżanych i podbijanych przez Niemców. Najprawdopodobniej w 963 r. Wichman na czele Wieletów najechał państwo Mieszka i zadał mu dwukrotnie klęskę. W walkach zginął nieznany nam z imienia brat polskiego księcia. Kiedy kilka lat później, a dokładnie w 967 Wieleci i renegat Wichman ponownie najechali Mieszka, książę polski dzięki pomocy swych czeskich sojuszników (małżeństwo z Dobrawą) pokonał najeźdźców, a sam Wichman zginął. Po stronie Wieletów stali też Wolinianie. Nie wynika z tego jednak, że po zwycięstwie Mieszka miasto i wyspa dostały się pod jego panowanie. Najazdy wygnanego z Niemiec Wichmana i słowiańskich przecież Wieletów przez lata przedstawiane były w propagandzie i podręcznikach szkolnych jako przejawy niemieckiej ekspansji na wschód.
Najdawniejsze dzieje Wolina splatają się również z barwnymi dziejami Wikingów. Językoznawcy wywodzą ten termin od wyrazów „vik” – zatoka, fiord lub „viken” – skierować się. A więc „Wiking” to ktoś, kto opuszcza rodzinny dom i wyrusza za morze. W okresie VIII – XI wieku Wikingowie stali się postrachem wielu krajów Europy. Najeżdzali Irlandię, Brytanię i Francję. Na początku X w. osiedlili się nawet u ujścia Sekwany, a ich przywódca Rollon został nominalnie wasalem króla Francji Karola Prostego. Po ponad stu latach latach Normanowie mieszkający od pokoleń we Francji najechali Anglię, a ich przywódca Wilhelm Zdobywca dzięki zwycięskiej bitwie pod Hastings został w 1066 r. królem Anglii, nie przestając być wasalem władcy francuskiego. O ile Wikingowie z terenów dzisiejszej Danii i Norwegii ruszali na swe wyprawy w kierunku zachodnim, o tyle zamieszkujący Szwecję Waregowie penetrowali południowe wybrzeże Bałtyku. Docierali na swych łodziach nawet na Morze Czarne i Kaspijskie. Napadali na posiadłości bizantyjskie i jednocześnie prowadzili handel. Wareski książę Ruryk został zaproszony przez Słowian w 862 r. i objął władzę w Nowogrodzie. Po dwudziestu latach przeniósł stolicę swego państwa do Kijowa (stąd Ruś Kijowska). Wikingowie nie tylko napadali i grabili, ale też zajmowali się handlem. Dość często tam, gdzie miało to sens i miejscowe realia na to pozwały, zakładali emporia (ośrodki wymiany handlowej). Najczęściej przyczyn ekspansji wikińskiej historiografia upatruje we wzroście demograficznym i niemożności wyżywienia wszystkich mieszkańców ze względu na mało urodzajną ziemię. Innymi powodami mogły być narastające różnice materialne, które zachęcały niektórych przywódców (jarlów) do urządzania wypraw łupieżczych w celu pomnożenia bogactwa własnego i swoich klientów oraz konflikty wewnętrzne, rozstrzygane na ogół bardzo krwawo. W okresie przechodzenia od ustroju plemiennego do państwa, funkcjonuje u Wikingów wiec (thing). Naczelnik plemienny nosi często tytuł króla (kanut). Mimo powolnej chrystianizacji Skandynawii nadal istnieje niewolnictwo. Niewolnik (trall) pochodzący najczęściej z wypraw wojennych nie ma żadnych praw.
W XIX wieku modne były w nauce teorie wywodzące początki pierwszych państw słowiańskich od Wikingów. Niektórzy historycy dopatrywali się nawet w herbach polskiej szlachty zdeformowanego pisma runicznego. W kilku przypadkach źródła pisane nie pozostawiają jednak wątpliwości, że tak właśnie było (choćby wspomniana Ruś Kijowska). Twierdzenia, że Mieszko I był Wikingiem, przestały się pojawiać w obiegu naukowym po I wojnie światowej. Jednak zarówno źródła pisane jak i zwłaszcza archeologiczne, wskazują na obecność w Wolinie Wikingów. Dowodem bliskich kontaktów państwa pierwszych Piastów ze Skandynawią są choćby losy Świętosławy – Sygrydy, córki Mieszka I. Została ona wydana za mąż za Eryka Zwycięskiego, króla Szwecji. Po jego śmierci poślubiła Swena Widłobrodego, władcę Duńczyków i Norwegów.
W Dziejach biskupstwa hamburskiego, niemiecki kronikarz Adam z Bremy, opisuje Wolin tak:

W jej ujściu [rzeki Odry], którym zasila scytyjskie bagna, przesławne miasto Jumme [Wolin] zapewnia nader uczęszczany punkt postoju dla barbarzyńców i Greków, którzy mieszkają naokoło. Ponieważ na chwałę tego miasta wypowiada się rzeczy wielkie i zaledwie godne wiary, chętnie dorzucę kilka słów godnych opowiedzenia. Jest to rzeczywiście największe z miast, jakie są w Europie. Zamieszkują je Słowianie łącznie z innymi narodami, Grekami i barbarzyńcami; także i sascy przybysze otrzymują prawo zamieszkania, byleby tylko przebywając tam, nie występowali z oznakami swego chrześcijaństwa. Wszyscy bowiem [mieszkańcy] jeszcze dotąd podlegają błędom pogaństwa; zresztą pod względem obyczajów i gościnności nie znajdzie się lud bardziej uczciwy i przychylny. Jest tam latarnia morska, którą mieszkańcy nazywają ogniem greckim (tłum. G. Labuda).Tak więc według tego kronikarza był Wolin miastem kosmopolitycznym. Oprócz Słowian mieszkali w nim Rusini lub Bizantyjczycy (wymienieni w tekście Grecy) oraz Niemcy. Być może przez „barbarzyńców” rozumie innych pogan, w tym Skandynawów, wśród których chrześcijaństwo przyjmowało się powoli i wyjątkowo opornie. Ten sam kronikarz opisuje krótko pobyt w Wolinie króla duńskiego Haralda Sinozębego. Warto przy okazji przypomnieć, że to od jego przydomka pochodzi nazwa urządzenia Bluetooth. Około roku 986: ranny uciekł podczas bitwy, wsiadł na statek i dotarł do miasta Słowian nazywanego Jumne [Wolin]. Wbrew własnym obawom, jako że byli poganami, został przez nich życzliwie przyjęty, po kilku dniach cierpiąc z powodu odniesionej rany odszedł wyznając Chrystusa. Jego ciało zostało przez wojsko przetransportowane do ojczyzny i zostało pochowane w mieście Roskilde w kościele, który on sam jako pierwszy wzniósł ku czci Trójcy Świętej (tłum. BS).
Autor podkreśla, że w czasach Haralda Sinozębego, Wolin był miastem zamieszkiwanym przez pogańskich Słowian. Nie ma żadnej wzmianki o obecności w mieście albo jego pobliżu Wikingów. Powstaje więc podstawowe pytania, jak narodziła się legenda o mieście Jom, Jomswikingach oraz o Winecie? Otóż o Jomswikingach i ich ośrodku Jom mówią dopiero sagi skandynawskie z XII i XIII wieku. Warto nieco bliżej scharakteryzować te źródła. Sagi powstawały w społeczeństwie niepiśmiennym, w którym dominowała kultura ustna (oral culture). W oczywisty sposób taki stan rzeczy sprzyjał deformacji rzeczywistych wydarzeń historycznych. Głównym celem autorów sag nie było też przechowanie wiernego obrazu przeszłości, ale przede wszystkim podkreślenie wielkości czynów ich bohaterów. Świat przedstawiony w sagach nigdy nie istniał. Jest na ogół barwnym i ciekawym połączeniem elementów różnych rzeczywistości: czasów kiedy żyli opisywani bohaterowie, epoki współczesnej autorowi oraz tego, co je od siebie oddziela. Intensywne i szczegółowe badania prowadzone choćby nad Iliadą i Odyseją ukazały, jak trudnym w interpretacji źródłem jest poemat epicki. Wyobraźmy sobie, że za kilkaset lat, historyk stanie przed zadaniem rekonstrukcji epoki napoleońskiej, wyłącznie na podstawie Pana Tadeusza. Dla większości historyków jest zatem oczywiste, że mając do wyboru współczesne wydarzeniom źródła łacińskie (Widukind, Saxo Gramatyk, Adam z Bremy, Thietmar, Helmold) oraz późniejsze sagi skandynawskie, pierwszeństwo należy dać tym pierwszym. Także dlatego, że kronikarze X – XII wieku stawiali sobie za zadanie rejestrowanie faktów, a nie podawanie barwnych, w znacznym stopniu zmyślonych historii. Natomiast eksploatowana zwłaszcza przez autorów XVI legenda o zatopionym mieście Wineta powstała na skutek błędnego odczytania przez kopistę tekstu Adama z Bremy. Całą ta sprawę skrupulatnie zbadał swego czasu Ryszard Kiersnowski w rozprawie Legenda Winety.
Z takim podejściem do przeszłości nie zgadzają się archeologowie. Znalezione w Wolinie liczne przedmioty, niewątpliwie pochodzenia skandynawskiego mają w ich opinii być dowodem na istnienie Jomsborga. Przekonanie takie prowadzi do odrzucenia ważnych źródeł pisanych i powoływanie się na wspomniane już sagi. Profesor Leszek Paweł Słupecki, jeden z wybitnych znawców zagadnienia, ujął rzecz następująco: Pod koniec X wieku wśród sąsiadów Polaków szczególne miejsce należalo do Jomsvikingow. Nie mamy całkowitej pewności, że faktycznie istnieli. Dla wielu uczonych są tylko postaciami z opowieści sag, stworzonymi później niż w X wieku.
Legendy zawsze żyją własnym życiem. Każdy, kto trafi do Wolina jest bombardowany opowieściami o wielkiej przeszłości miasteczka. Nawet oficjalna strona internetowa zaprasza do zwiedzania legendarnej siedziby Jomswikingów Winety. Historykowi pozostaje chyba tylko przyjąć postawę, jaką prezentował pewien kandydat na delegata na kolejny Zjazd nieboszczki Partii (wiadomo której). Na zadawane przez dziennikarza pytania niewzruszenie odpowiadał: uważam tak jak Trybuna Ludu. W końcu zniecierpliwiony żurnalista atakuje: To nie ma pan w żadnej sprawie swojego zdania? Wtedy kandydat: Mam, ale się z nim nie zgadzam!

Wszystkim zainteresowanym polecam lekturę książek:
G. Labuda, Fragmenty dziejów Słowiańszczyzny Zachodniej, T. II., Poznań 2002.
J. Morawiec, Wolin w średniowiecznej tradycji skandynawskiej, Kraków 2010.
B. M. Stanisławski, Jomswikingowie z Wolina – Jomsborga, Warszawa 2013.
Saga o wikingach z Jom, tłum. J. Wołucki, Sandomierz 2011.
Wolin wczesnośredniowieczny, pod red. B. Stanisławskiego i W. Filipowiaka, cz. 1- 2, Warszawa 2013.
J. Wojtkowiak, Skandynawskie wpływy kulturowe w Wolinie (IX – XI wiek), Wrocław 2012.

Powstał także dostępny w internecie film o Wolinie:
Miasto zatopionych bogów
                                                                                                                                                                      Bogdan Sobiło
__________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiłour. 1967 w Wolinie; studiował historię i filologię klasyczną w UJ; kapitan jachtowy; mieszka w Krakowie.

__________________________________________________________

FOTO

1. Pomnik Trygława, Wolin Pomnik Trygława, Wolin. Fot. B. Sobiło

2. Rzeka Dziwna i stara osada, Wolin Rzeka Dziwna i stara osada, Wolin. Fot. B. Sobiło

3. W starej osadzie, Wolin W starej osadzie, Wolin. Fot. B. Sobiło

 

(zs): Paweł – malarz

ŻEGLARZE I ICH PASJE

Fot. Ania Szostak

Paweł (65 l.) i Helenka są jedną z tych par żeglarskich, które wspólną drogę przez życie kierują również na żeglarstwo, na wspólne pływania jachtem, w każdą wolną chwilę.

Jacht jest dla nich drugim domem, a dla Pawła czasami pracownią; pracownią malarską, co prawda skromną, niewielką, ale na potrzeby wykonania studium do późniejszego obrazu wystarczającą.

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Paweł maluje w technice olejnej. Tematyka obrazów narzuca się sama; wystarczy wzrok skierować poza burtę, w dal, by dostrzec, wyczulonym okiem, malarskie tematy, barwy przyrody, dalekie przestrzenie, przesiąknięte morskim powietrzem, czasami wypełnione delikatną mgiełką, czasami skrzące się w słońcu lub odbite w lekko falującej wodzie. W mesie swojego jachtu snuje opowieści:  „…żeglujemy na pobliskich akwenach; często na Zalew (Zalew Szczeciński – przyp. red.), na rozlewiska przy Wolinie: jez. Wicko, rozlewiska Starej Świny, do Dziwnowa, na Zalew Kamieński. Stąd istotne dla nas jest, żeby jacht miał małe zanurzenie. Możemy wówczas stanąć na kotwicy, blisko brzegu, blisko trzcin, w zatoczkach i wtedy czuję się jakbym był na plenerze malarskim…”

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Jacht jest wygodny. Już z daleka robi wrażenie solidnie wykonanego; konstrukcja o dużej dzielności morskiej. Stalowy kadłub, o obłych kształtach, przyciąga wzrok, intrygując nieczęsto spotykaną technologią wykonania. Paweł rozwiewa ciekawość, opowiadając historię zakupu tej jednostki, która dla niego, podobnie jak i dla wielu innych właścicieli jachtów, ma często związek emocjonalny, wyrażający się w używaniu w odniesieniu do jachtu, rodzaju żeńskiego:  „…Ona, jak gdyby na nas czekała półtora roku. Spotkałem się z kuzynem, który jest szkutnikiem i on mówi: „ jest taka, solidna łódka w Travemünde”, ale ja nie byłem tym zainteresowany.  

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Spotykaliśmy się z kuzynem zawsze na święta, co roku, i po półtora roku wróciliśmy do tematu i kuzyn mówi: „Paweł, zadzwoń, czy ta łódka jest jeszcze na sprzedaż czy nie”. I zadzwoniłem. Okazuje się,  że łódka jest na sprzedaż. Podczas rozmowy wynikło, że jacht  ma jeden metr zanurzenia, a to na nasze płytkie akweny Zalewu Szczecińskiego, Kamieńskiego, Jeziora Dąbskiego jest bardzo wygodne zanurzenie; dla mnie rewelacja… Na pytanie, „kiedy możemy przyjechać?” rozmówca odpowiada: „nawet jutro”. Ja mówię: „to my jutro jesteśmy”.

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Pojechaliśmy do Travemünde i tak rozmawialiśmy ze sprzedającym, jakby ta łódka była już nasza… Na sfinalizowanie transakcji,  przyleciał ze Szwajcarii syn, bo ten pan – ten lekarz, a może aptekarz – nie wiem dokładnie, już zmarł w międzyczasie… Pięć minut i umowa była podpisana. Facet przyleciał, kasę przeliczył i poleciał z powrotem do siebie, do Szwajcarii, a myśmy zostali. Helenka jest bardzo ostrożna, i mówi: „Pawciu, mogą nas okraść; nie można ufać i jak już ten jacht kupiliśmy to trzeba zorganizować akcję, żeby go odebrać i przypłynąć do Szczecina”. W przyprowadzeniu jachtu, poprosiliśmy o pomoc mojego kuzyna, doświadczonego marynarza… Jacht jest nowy; nowy silnik, nowe żagle, autopilot, GPS, ponton, nowy maszt. I właśnie maszt: jest trochę za duży – 13,5 m; może trochę za duży do tej łódki, która ma 8,60 m długości a waży 5 t. Trochę ubolewamy z powodu wysokości masztu bo lubimy pływać do Dziwnowa i ze względu na mosty, te nie zwodzone, w Wolinie, musimy pływać morzem do Dziwnowa. Ale to nie jest większy problem. Jest to frajda…”

Siedzimy w mesie jachtu, gdzie w wystroju, zabudowie wnętrza, pozostały ślady poprzedniego właściciela. Paweł z Helenką, owszem, dołożyli swoje elementy do wystroju, nadając mu swój, indywidualny nastrój.

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Jachty, tak jak dawne żaglowce, a często również współczesne statki, mają swoje historie, swoją duszę, a czasem nawet trudne do zrozumienia, wykraczające poza nasze, przyziemne doświadczenie i poznanie, oplatające je rzeczy nadzwyczajne, transcendentne: „…Poprzedni właściciel był emerytem; miał ok. 70. lat. Helenka mówiła, tak z wdzięcznością i bardzo mile o nim: „dziadek nie popływał sobie zbyt dużo, choć tak dobrze przygotował i wyposażył sobie ten jacht…”. I czuliśmy jego ducha na jachcie… Kilka razy był z nami na jachcie… Oboje z żoną czuliśmy to…”

Razem z Helenką, zaskoczeni transcendentną sytuacją, reagują z powagą, w pełni duchowego uniesienia: „ …Po czym pomodliliśmy się i dał nam spokój… Dla nas wierzących, jest to głębokie przeżycie, takie duchowe odczucie.  I pływamy, dzięki Bogu…”

Jeszcze kilka lat temu, można byłoby się lekko uśmiechnąć, okazując swój pełny a jednak ograniczony, racjonalizm, ale dziś, gdy poważne europejskie (i nie tylko), ośrodki naukowe, badają możliwość istnienia naszej świadomości poza ciałem (również po śmierci) i funkcjonowanie jej jako samodzielny twór…

Paweł broni się przed oceną innych: „…Nie opowiadam tego wielu ludziom, bo nie chcę, żeby mi ironicznie, drwiąco odpowiadali, że, „Paweł malarz, ma może jakieś wizje, przywidzenia albo inne rzeczy…”.

Ktoś, kiedyś powiedział „Matejko” i tak zostało. W środowisku żeglarzy, jak w każdym takim mocno spolaryzowanym wokół wspólnej idei, pasji, zbiorowisku ludzkim, ktoś, tak wyrazisty, charakterystyczny jak Paweł musiał prędzej czy później otrzymać ksywę. Pasuje do niego, bo przecież maluje obrazy, a i włosy, wąsy, broda – jak u Matejki.

Obrazy Pawła zachwycają, miłymi oku i odczuciom, pejzażami morskimi. Emanuje z nich spokój i ciepło. Przestrzenie morskie z jachtami nastrajają nostalgicznie, przywołując wspomnienia z minionych rejsów, z wędrówek i włóczęg pod żaglami po miejscach, gdzie woda i ląd tworzą bogactwo wzajemnych oddziaływań.  Sielskie krajobrazy nadmorskie – jez. Wicko, wzgórza wolińskie, woda wlewająca się w płaskie tereny leśne – przyroda niezniszczona cywilizacją, zapraszają do korzystania z uroków życia na jej łonie, do wejścia w jej przestrzeń, zanurzenia się w atmosferę spokojnego trwania. Oczywiście, najlepiej rzucając kotwicę przy spokojnej pogodzie, w takich otoczeniach, wśród krajobrazów, jak na olejnych płótnach Pawła.

Fot. 1. Ania  Szostak (JK AZS, Harmoni).
Pozostałe fotografie – Grzegorz Czarnecki (fotografik, członek Polskiego Związku Artystów Fotografików, wydawca Zeszytów Szczecińskich).

(zs), Szczecin, 2014

Jerzy Kuśmider: Wyprawa przez NWP 2014

OLYMPUS DIGITAL CAMERATrzeciego sierpnia (03.08.2014 – przyp. red.) wypłynęliśmy z Nome na Alasce. Na początku była spokojna żegluga; na silniku pod słaby wiatr. Prognozy nie były optymistyczne. Za dwa dni miało dmuchnąć ponad 30 węzłów z północnego wschodu, czyli dla nas oznaczało to sztormowanie pod wiatr.
Następnego dnia, minęliśmy prawą burta Cape Prince of Wales, najdalej na zachód wysunięty punkt Ameryki Północnej. Po lewej burcie mieliśmy dwie wysepki: malutką Little Diomede należącą do USA i obok niej dużą Big Diomede. Nawet tutaj sprawdza się rosyjskie powiedzenie: samoje bolszoje.
Po południu minęliśmy Krąg Polarny. Przy tej okazji był toast i salut z karabinu jachtowego, każdy po kolei strzelał w górę na vivat.
Po dwóch dobach spokojnej żeglugi zaczęło się… Najpierw słońce, które dotychczas krążyło dookoła horyzontu, schowało się za chmury. Wiatr zaczął tężeć. Zbliżyliśmy się trochę do brzegu, gdzie mieliśmy mniejszą falę, ale potem zwrot i znowu kurs na odsłonięte morze; robiliśmy krótkie zygzaki po kilkanaście mil morskich. Cały czas ostro piłowaliśmy pod wiatr do ośmiu stopni w skali Beauforta. Chwilami wiatr trochę słabł do szóstki, żeby znowu pokazać, co to znaczy żegluga za kręgiem polarnym, i tak bez zmian ponad trzy doby.
Temperatura powietrza spadła do 2 stopni Celsjusza. Bryzgi fal zalewały pokład.
Point Barrow, najbardziej na północ wysunięty punkt Alaski, okazał się dla nas bardzo trudny do zdobycia. Przeciwne prądy kręcące z różnych kierunków, chwilami do 3 węzłów i sztormowy wiatr, broniły minięcia tego punktu zwrotnego na trasie Northwest Passage. Dalej nie było łatwo, bo też trzeba było trochę halsować, ale to już relaks w porównaniu do ostatnich dni. Pokazały się pierwsze growlery. Podczas słonecznej, ale mroźnej, pogody, nawet całkiem przyjemnie było je omijać.
Przed nami pokazały się, wybudowane na sztucznych wyspach, platformy wiertnicze, z których wydobywana jest ropa naftowa. Do jednej takiej zbliżyliśmy się bardzo blisko i cała nasza załoga wyszła do kokpitu.
Po płytkiej i gładkiej wodzie sunęliśmy przy brzegu jak na skrzydłach, ostro do wiatru, tylko na małym foku z pomocą silnika.
W nocy widoczność była nie najgorsza, ale w dzień byłoby lepiej lawirować w lodzie, dlatego stanęliśmy na kotwicy pod osłoną Narwhal Island, 10 Mm na południowy wschód od Cross Island. Wachta kotwiczna miała zajęcie, bo trzeba było odpychać lód wciskający się pomiędzy łańcuch kotwiczny i stalowy kadłub jachtu.
Około południa ruszyliśmy dalej. Na zewnątrz było dość zimno: niewiele ponad zero stopni, ale prawie wszyscy siedzieli w kokpicie i z zainteresowaniem oglądali jacht manewrujący pomiędzy growlerami. Chwilami robiło się dość gęste zalodzenie i dziobowy ster strumieniowy bardzo przydawał się do omijania pływającego lodu
W nocy 12. sierpnia przekroczyliśmy granicę USA i Kanady. Wiatr bardzo osłabł i cały dzień płynęliśmy tylko na silniku. Zbliżając się do ujścia rzeki Mackenzie, temperatura wody bardzo wzrosła, aż do 8º C. Z tego powodu było wielkie poruszenie i radość na jachcie. Nie dlatego, że byli chętni na kąpieli w „gorącej” rzece, jak na tutejsze warunki, ale to, że będzie można włączyć odsalarkę wody morskiej, która przy temperaturze wody zaburtowej poniżej 2º C produkuje niesmaczna słodką wodę.
14. sierpnia wpłynęliśmy do portu Tuktoyaktuk, który położony jest w zatoce z płyciznami. Wejście do portu było bardzo dobrze oznakowane pławami i nabieżnikami. Pławy wystawiane są tam tylko na krótki okres letni, bo przez większą część roku całe morze jest pokryte grubą warstwą lodu.
Rzuciliśmy kotwicę z dziobu i rufą zacumowaliśmy do małego pomostu obok drogowej stacji paliwowej.
W miasteczku wszystkie zabudowania są z drewna. Większość, to małe domki, ale jest też kilka budynków rządowych, samorządu ludności miejscowej, dom kultury, przychodnia lekarska, szpital, boisko sportowe z małymi trybunami i kilka sklepów. W każdym publicznym budynku jest napis, żeby zdejmować buty i zostawiać je przy wejściu. Obok pomostu, do którego cumowaliśmy są historyczne „domki eskimoskie” to znaczy nie igloo, ale ziemianki wykonane z drewna i przysypane torfem. Obecnie rozsypują się, ale stanowią ciekawy skansen i przykład jak kiedyś ludzie tutaj mieszkali. Roślinność jest bardzo uboga, nie ma drzew i wszędzie widać tylko gołą ziemię. Teren jest płaski, z dużą ilością jeziorek i lagun. Ulice są bardzo szerokie, żeby zimą było miejsce na odśnieżanie. Tylko jedna główna ulica Beauforta ma utwardzenie. Lokalny cmentarzyk jest trochę zaniedbany. Ciekawostką są kwiaty na grobach, przykryte plastikiem, bo na zimnie i wietrze nie utrzymałyby się długo.
Prognoza pogody znowu była niekorzystna. Dodatkowo odprawa graniczna wydłużała się i nie dało się załatwić jej w tym dniu. Musieliśmy czekać do następnego dnia na jakieś końcowe urzędowe papierki.
Tymczasem rozdmuchał się silny wiatr, kotwica w mulistym dnie nie trzymała i jacht zacumowany rufą niebezpiecznie zbliżał się do pomostu. Dla bezpieczeństwa podnieśliśmy kotwicę i przestawiliśmy się w inne, bardziej osłonięte miejsce. Niebo i morze pokazało się w kolorze czerwonym, tak jakby koś rozlał krew żeglarzy, którzy przez lata zdobywając Northwest Passage stracili swoje życie. Na zewnątrz wiał sztormowy wiatr do 9º Beauforta, a wewnątrz jachtu było przyjemnie i ciepło. Następnego dnia wiatr trochę osłabł i przestawiliśmy się znowu do pomostu. Zacumowaliśmy tak samo jak dzień wcześniej i dokończyliśmy tankowanie.
Po południu ruszyliśmy w drogę. Pierwsze kilkanaście mil żeglugi było przyjemne, bo płynęliśmy pod osłoną brzegu, ale później wyszliśmy na bardziej otwartą wodę. Znowu zaczęła się halsówka pod wiatr. Prognoza pogody przewidywała za jedną dobę, znowu sztormowe wiatry. Chcieliśmy przepłynąć około 100 Mm do Cape Batherst i ewentualnie tam przeczekać sztorm na kotwicy. Niestety halsowanie przez całą dobę, posuwało nas do przodu zbyt wolno i sztorm dopadł nas przed tym przylądkiem. Nie było wyboru i żeglowaliśmy krótkimi halsami do przodu.
Następnego dnia rano uspokoiło się i sunęliśmy po gładkiej wodzie. Na pokładzie było bardzo przyjemnie i ciepło. Święcące słońce dodawało uroku żegludze. Na zewnątrz temperatura wzrosła prawie do 9º C. Daleko za kręgiem polarnym, taką żeglugę można było określić, jak w tropikach.
Pierwszy raz w tym rejsie postawiliśmy grota. W kokpicie podnieśliśmy tylną zasłonę budki, Rzadko bywa, ale tym razem nie tylko wachta siedziała na pokładzie. Na najbliższe dni prognozy były bardziej sprzyjające i zaczęła się wspaniała żegluga, pod pełnymi żaglami.
22. sierpnia wpłynęliśmy do portu Cambridge Bay, który jest największym w Arktyce kanadyjskiej. Portem to jest tylko z nazwy, bo jest to osłonięta zatoczka, z jednym tylko malutkim pomostem, do którego zacumowaliśmy.
Był piątek i w miasteczku zaczynały się jakieś imprezy, i pomost miał być zajęty z tego powodu. Pozwolono nam stać jedynie do godziny 18:00, a potem powinniśmy przenieść się na kotwicę na 24 godziny. Pompowanie pontonu, żeby dostawać się na brzeg, niezbyt nam pasowało.
W Cambridge Bay planowaliśmy, ewentualnie postać dłużej i czekać na informacje lodowe, bo w krytycznych cieśninach lód nadal był nie do przepłynięcia.
Jachty płynące przez Northwest Passage, zarówno te ze wschodu, jak i te z zachodu, w różnych miejscach stały w oczekiwaniu na topnienie lodów. W Gjoa Haven czekały na otwarcie przejścia jachty płynące, tak jak my, z zachodu. My mieliśmy jeszcze do tego porciku ponad 200 Mm bez lodu.
Otrzymaliśmy wiadomość, że te jachty już ruszyły, bo lody zaczynają puszczać. To chyba było głównym powodem decyzji nie czekania. Po 4 godzinach postoju w Cambridge Bay ruszyliśmy dalej.
Następnego dnia rano, woda była gładka; warunki można było porównać do Mazurskich Jezior w bezwietrzną pogodę.
Dla odmiany dwanaście godzin później pokazały się pojedyncze growlery. Po zachodzie słońca, zaczęło robić się coraz gęściej od lodu. Na jednej małej krze, którą minęliśmy bardzo blisko, siedziała foka. Popatrzała na nas i bez zainteresowania przytuliła swoja główkę do lodu, tak jak leżała wcześniej. Kawałek dalej na znacznie większym lodzie, jak przystało na jego wielkość, leżała większa foka, ale ta z kolei była wystraszona naszą obecnością i leniwie zsunęła się do wody. W ciągu nocy przepłynęliśmy cieśninę Simpson Strait.
24. sierpnia, w niedzielne południe zakotwiczyliśmy w Gjoa Haven. Jest to małe miasteczko, znacznie mniejsze niż Cambridge Bay. W całej zatoce nie ma pomostu do cumowania jachtu wielkości „Lady Dana 44”, dlatego musieliśmy zakotwiczyć. W Gjoa Haven podobnie jak w innych miasteczkach Arktyki, ulice to szerokie nieutwardzone drogi, bo praktycznie nie jest to potrzebne. Przez większą część roku wszystko pokryte jest śniegiem.
Domki wybudowane z drewna są małe, w każdym z nich zwykle mieszaka bardzo dużo osób z kilku pokoleń. Spowodowane to jest bardzo dużym przyrostem naturalnym, największym w Kanadzie. Dlatego jest tu duży problem mieszkaniowy. Miasteczko zamieszkuje około 1400 osób, głównie Inuitów.
Ojciec Łukasz Zając, Oblata z Polski jest administratorem i jedynym katolickim duchownym w miasteczku.
Obsługuje trzy misje w okolicznych osadach Inuickich. Od razu zaprosił nas na swoją plebanię, która mieści się w budynku kościelnym, za ołtarzem.
Na wzgórzu, z widokiem na całą zatokę, stoi pomnik, z tablicami informacyjnymi oraz zdjęciami, upamiętniający Roalda Amundsena. Spędził on tutaj dwie zimy 1903-5 podczas historycznej podróży przez cały Northwest Passage, którą zakończył w roku 1906.
25. sierpnia po południu ruszyliśmy dalej. Następnego dnia rano przeszliśmy małe pole lodowe. Na krótko pokazała się woda czysta od lodu, ale wkrótce pojawiła się na horyzoncie zapora lodowa nie do przebycia. Zakotwiczyliśmy w Oscar Bay, na głębokości około 10 m. Wiatr i prąd pływowy wyraźnie przesuwał masy lodowe. Pokazały się duże growlery przepływające blisko burt. Jeden z nich dość pokaźnych rozmiarów zbliżył się do jachtu i padła decyzja podniesienia kotwicy. Niestety kotwica była już pod tą dużą masą lodową. Wybiegli wszyscy na pokład i zaczęło się odpychanie jej bosakami i bambusowymi tyczkami. Manewrując silnikiem i sterem strumieniowym przy jednoczesnym odpychaniu tyczkami udało się wypłynąć. Popłynęliśmy w inne miejsce, gdzie lodu było mniej i ponownie zakotwiczyliśmy.
Wieczorem wiatr południowo wschodni zaczął wzmacniać się i wkrótce wiała już szóstka Beauforta. Staliśmy pod osłoną niskiego brzegu, i krótka fala rzucała jachtem. Normalnie w podobnej sytuacji chciałoby się, żeby taki wiatr osłabł, ale w tej sytuacji cieszyliśmy się, że wieje z tego kierunku, bo odpychał pole lodowe.
Wieczorem spadł pierwszy w tym rejsie deszcz, chwilami nawet ulewny.
27. sierpnia rano wiatr ucichł, ale za to pojawiła się mgła. Pole lodowe zostało odepchnięte od brzegu i pokazała się czysta woda bez przeszkód. Trzeba było wytężać wzrok, bo radar mało pokazywał. Z mgły wyłoniło się pole lodowe. Zaczęliśmy omijać je kierując się do brzegu, ale pole nie kończyło się. Nie było wyboru i ruszyliśmy z powrotem, żeby okrążyć pole lodowe z drugiej strony. Lód cały czas przemieszczał się i tam gdzie go nie było wcześniej, później był.
Pole lodowe zaczęło zagęszczać się i w rezultacie zamknęło się całkowicie ze wszystkich stron jachtu. Odpychanie bosakami i tyczkami nie dużo dawało. Każde ruszenie silnikiem do przodu lub tyłu powodowało ocieranie się lodu, często z wielkim hukiem dodającym wrażenia i majestatu Arktyce. Na lodzie widać było czerwoną farbę, zdartą z pomalowanego dna jachtu. Sprawiało to wrażenie jak byśmy krwawo rozjechali jakiegoś wieloryba.
Stanęliśmy w polu lodowym i zaczęliśmy dryfować razem z nim do tyłu, bo prąd zmienił kierunek a wczorajszy wiatr południowo wschodni już się wywiał. Trwało to pewien czas zanim coś zaczęło ruszać się na wodzie i z wielkim trudem wyszliśmy z tej pułapki na bardziej otwartą wodę. Siedząc w kabinie, a szczególnie leżąc w koi, każde otarcie lodu sprawiało wielkie wrażenie. Dźwięk pracy silnika był miernikiem sytuacji. Kiedy słychać było manewry silnikiem: zwalnianie, do przodu, do tyłu lub praca steru strumieniowego, oznaczało to, że wachta pokładowa walczy z lodem. Dla odmiany, jak słychać było równomierny rytm pracy silnika była ulga, bo oznaczało to, że płyniemy po wodzie bez lodu, przynajmniej na krótko zanim znowu słychać było ocieranie lodu o burtę.
Na noc chcieliśmy zakotwiczyć w zatoczce, ale nie było szans, bo przy brzegu lód był gęstszy. Stanęliśmy w dryfie w gęstym polu lodowym, bo nie było już możliwości płynięcia. Słaby wiatr, który zmienił kierunek na północno-wschodni, oraz prąd morski, pchały lód a razem z nim jacht z prędkością około pół węzła, w kierunku przeciwnym do naszego zamierzonego kursu. Spokojne stanie w polu lodowym, chwilami sprawiało wrażenie, że cumujemy w marinie, ale co jakiś czas głośne ocieranie o burtę poruszających się po wodzie growlerów sprowadzało nas do rzeczywistości.
Około południa przy brzegu nie widać było lodu, potem długi lodowy jęzor wzdłuż brzegu a następnie obszar znowu czystej wody, do której zbliżaliśmy się wychodząc z gęstego pola lodowego i szybko ruszyliśmy dalej w kierunku Cieśniny Bellota.
29. sierpnia rano, zbliżyliśmy się do Cieśniny Bellota. W zamgleniu zobaczyliśmy trzy jachty płynące ze wschodu, które wcześniej czekały na możliwość przepłynięcia.
W cieśninie, zgodnie z oczekiwaniem pokazał się lód, ale to było nic w porównaniu z naszym wcześniejszym doświadczeniem z polem lodowym. Wszyscy wybiegli na pokład z aparatami i kamerami. Było to wielkie wydarzenie, bo podobnie jak Kanał Panamski, ta cieśnina praktycznie też dzieli Pacyfik od Atlantyku. W samej cieśninie żegluga była spokojna, jedynie trzeba było trochę lawirować pomiędzy growlerami. Przy końcu cieśniny, prawą burtą, minęliśmy najdalej wysunięty na północ punkt stałego kontynentu amerykańskiego.
Wieczorem zakotwiczyliśmy w Fort Ross, który jest w małej zatoczce, na brzegu, której nie ma żadnej zabudowy mieszkalnej. Jedynie stoją dwa niezamieszkałe historyczne domki Hudson Bay Company.
Na środku zatoki stał na kotwicy norweski holownik „Tandeberg Polar”, ciągnący sprzęt do wydobywania wraków. Holownik ten płynął do Cambridge Bay w celu podniesienia z dna historycznego statku „Maud”, Roalda Amundsena.
Po przejściu Bellot Strait można już było przyjąć, że lody nas nie zatrzymają i osiągniemy cel wyprawy przez Northwest Passage. Na nasze wieczorne party z tej okazji, zaprosiliśmy dwóch Norwegów z holownika, którzy podpłynęli do nas na dinghy.
Jeden z domków na brzegu, jest miejscem kultowym przepływających jachtów. Drzwi wejściowe, dla ochrony przed niedźwiedziami polarnymi, są zastawione deskami. Najpierw trzeba wszystkie te deski po kolei wyjąć i odstawić na bok. Wtedy można dopiero otworzyć drzwi i wejść do środka. Wewnątrz jest całkiem dobrze zagospodarowany domek traperski. Na ścianach, na deskach obramowujących łóżka i wszędzie tam gdzie jest jeszcze miejsce, są pamiątkowe napisy, często z ciekawymi rysunkami tych, co tutaj byli. Bez trudu odnaleźliśmy napisy jachtów: „Nekton” i „Stary”, które były w roku 2006, oraz jachtu „Katharsis II” w roku 2012.
Oczywiście my zostawiliśmy nasz wpis na ścianie, z listą całej naszej załogi. W księdze pamiątkowej leżącej na stole, też zostawiliśmy nasz wpis. Po południu ruszyliśmy dalej.
Następnego dnia rano zaczęło pokazywać się coraz więcej lodu. Growlery widziane w słońcu mieniły się różnym barwami. Wpłynęliśmy w gęste pole lodowe i znowu nie było widać gdzie płynąć dalej, wszędzie dookoła był tylko lód. Stanęliśmy w dryf i spokojnie zjedliśmy śniadanie. Po jakimś czasie powoli ruszyliśmy, cały czas manewrując w lodzie. Na wodzie pomiędzy bryłami lodu, widać było coś w rodzaju kaszki lodowej. To był nowy lód, który powstał w nocy podczas niższej temperatury. W ciągu dnia topił się, ale kilka chłodniejszych dni może stworzyć nowy lód, który byłby nie do przebicia się. To był znak końca krótkiego arktycznego lata i zbliżającej się zimy.
Pierwszego września, nad ranem, osiągnęliśmy najdalej na północ wysunięty punkt naszej wyprawy 73º 53’N.
W cieśninie Lancaster Sound była wspaniała żegluga,; wiał wiatr zachodni o sile około 5º Beauforta. Na samym grocie i ze sprzyjającym prądem, sunęliśmy po sfalowanym morzu z prędkością ponad 8 węzłów.
Zbliżając się do cieśniny Navy Board Inlet, która prowadzi do Pond Inlet, zobaczyliśmy pierwsze prawdziwe duże góry lodowe. Płynąc przez cieśninę oglądaliśmy wspaniałe widoki lodowców z jęzorami dochodzącymi do poziomu morza.
Drugiego września, wcześnie rano, zakotwiczyliśmy w Pond Inlet. Jest to małe miasteczko, w którym mieszka około 1600 mieszkańców. Dla nas był to ostatni port w Kanadzie. Na pontonie przeprawiliśmy się na brzeg i zwiedziliśmy miasteczko. Po południu podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy przez cieśninę, obierając kurs na Grenlandię.
Zatoka Baffina przywitała nas słabym wiatrem północnym. Mijały kolejne dni otwartej żeglugi. Wiatr północny rozdmuchał się i gnał nas do przodu z prędkością chwilami przekraczającą 10 węzłów. Postawiliśmy foka na spinaker bomie i grota na motyla; była to wspaniała żegluga. Trzeba było uważać na góry lodowe, które mijaliśmy w dość dużej odległości, a szkoda było nam czasu na podpływanie do nich w celu sesji fotograficznej.
7. września przekroczyliśmy Krąg Polarny. W tym miejscu oficjalnie zaliczyliśmy całe Przejście Północno Zachodnie, czyli od kręgu na Pacyfiku do Atlantyku. Znowu był salut z karabinu pokładowego.
8. września zacumowaliśmy w porcie Nuuk na Grenlandii.
Ja wyokrętowałem się, ale wyprawa dookoła Bieguna Północnego trwała nadal.

                                                                                      Jerzy Kuśmider, 1.11.2014, pisane z Afryki

_______________________________________________________________________________________________________

Jerzy Kuśmider – ur. 1950 r. kapitan jachtowy( 1975); działacz klubów żeglarskich w Warszawie (Pałac Młodzieży, PTTK Bryza, SKŻ PW) i PKM w Gdańsku; absolwent Politechniki Warszawskiej (1976). Od 1977 na emigracji; w Vancouver (Kanada) mieszka od 1981. Właściciel i budowniczy jachtu s/y „Varsovia”. Od 1985 liczne rejsy – głównie samotne po Pacyfiku (ok. 40 tys. Mm). W 2014 rejs na Northwest Passage w załodze jachtu „Lady Dna 44”. Działacz polonijny. Autor książki „Samotnie przez Pacyfik”, „Varsovią na Hawaje” oraz licznych publikacji w Kanadzie, USA i w Polsce.

 

Wiktor Czapp: Ceremoniał chrztu morskiego

CzappW trakcie naszej uczniowskiej praktyki morskiej, na „Darze Pomorza”, nie przekraczaliśmy równika ani koła podbiegunowego. Dlatego, nie było okazji na świętowanie tej pięknej tradycji morskiej pod żaglami. Dopiero po podjęciu pracy zawodowej, na różnych statkach, trafiały mi się podróże z przekroczeniem równika.
Moje pierwsze przekroczenie równika miało miejsce na s/s „Gdynia”, 24 lipca 1958 roku, w podróży do Indonezji, a trasa wiodła wokół przylądka Dobrej Nadziei. Otrzymałem wówczas morskie imię „Sextant”, a to dlatego, że płynąc jako asystent pokładowy ciągle biegałem z sexstantem w ręku, po mostku, robiąc pozycje statku z ciał niebieskich.
Po latach, gdy zaokrętowałem, już jako starszy oficer, na m/s „Uniwersytet Jagieloński”, nie zabrałem ze sobą certyfikatu, czyli dowodu, że już raz byłem „chrzczony”. Zostałem przez załogę zmuszony do poddania się temu ceremoniałowi po raz drugi. Było to 14 marca 1973 roku na długości geograficznej 09041’, w podróży ze Świnoujścia do Japonii, do portu Kawasaki. Otrzymałem wówczas imię „Helios”. Podróż ta przypadła na okres, kiedy Kanał Sueski był zamknięty, więc trasa nasza wiodła wokół Przylądka Dobrej Nadziei.
Niestety, w czasie mojej pracy zawodowej nie udało mi się przekroczyć koła podbiegunowego, nad czym ubolewam.
Ta marynarska tradycja urozmaica długie dni żeglugi po oceanach. W czasie mojego zawodowego pływania, jeszcze wiele razy przekraczałem równik, w obu kierunkach. Zawsze starałem się kontynuować tę miłą marynarską tradycję. Swoim doświadczeniem i historią tego zwyczaju, pragnę podzielić się z moimi czytelnikami.

Równikowy chrzest morski celebrują załogi statków handlowych wielu bander świata. Szczególnie uroczyście celebruje się na statkach szkolnych, żaglowcach pasażerskich, na statkach wycieczkowych i na okrętach marynarki wojennej.
Tradycja ta jest tak stara, że trudno ustalić jej początek. Prawdopodobnie zrodziła się w drugiej połowie XVI wieku, kiedy to w poszukiwaniu nowych dróg do Indii, zaczęto penetrować południową półkulę.
Przed wiekami Europejczycy bardzo mało wiedzieli o budowie i rozmiarach kuli ziemskiej. Sądzono wówczas, że kraniec ziemi znajduje się za Wyspami Kanaryjskimi, a dalej było już grożące zagładą „morze ciemności”.
Z wiary w siły nadprzyrodzone i z zabobonów bierze się mistyczny akcent w ceremoniałach na pokładzie.
Pierwszymi żeglarzami wyprawiającymi się poza równik byli katoliccy Portugalczycy i Hiszpanie, stąd nazwa chrzest kojarzona z obrzędem religijnym, stąd też zwyczaj polewania neofity wodą.
Z czasem nastąpiło jednak zeświecczenie ceremonii.
Skąd natomiast w ceremonii chrztu morskiego wzięły się postacie mitologiczne – dokładnie tego nie wiadomo. Najprawdopodobniej wprowadzili je Holendrzy, w XVII wieku. Neptun jeszcze wtedy nie wizytował pokładów statków, ale już w XIX wieku bez niego chrzest morski odbyć się nie mógł.

Na statkach świętuje się nie tylko chrzest równikowy, ale również chrzest polarny – przy przekraczaniu koła podbiegunowego.
Żegluga na wodach arktycznych i antarktycznych jest niebezpieczna i lepiej mieć wówczas Neptuna po swojej stronie.
Sama ceremonia różni się od tej na wodach tropikalnych. W orszaku Neptuna pojawia się niedźwiedź polarny.

Znane są na statkach różne namiastki chrztu.
W XVI wieku Holendrzy celebrowali chrzest morski na wodach Atlantyku w rejonie Lisbony przy Wyspach Berlenga. Anglicy chrzcili nowicjuszy także przy przekraczaniu Cieśniny Gibraltarskiej. Uwiązywano na linie neofitę i zanurzano w morzu.
Skandynawowie za miejsce znaczące wybrali sobie Przylądek Kullen – przy wejściu z Sundu do Kattegatu.
Podobno, po raz pierwszy, ceremonia chrztu odbyła się w 1535 roku. Było to na pokładzie hiszpańskiego żaglowca. Kiedy po trudach długiego i wyczerpującego rejsu, załodze ukazał się ląd, obecny na żaglowcu biskup Tom Berlenga odprawił mszę dziękczynną na cześć cudownego ocalenia. Z czasem zaczęto nazywać tę uroczystość „chrzest Berlenga” – ta nazwa jednak na stałe się nie przyjęła.

Na statkach ceremonia kończy się wydaniem odpowiedniego dokumentu zwanego certyfikatem. Certyfikat podpisany jest przez Neptuna, astrologa, który stwierdza autorytatywnie, że statek przekroczył równik, jest na nim pieczęć statkowa i podpis kapitana.
Treść certyfikatu zależy od literackich zdolności załogi. Prawie zawsze jednak rozpoczyna się od słów:
My Neptun – Władca i Król wszech mórz i oceanów, wiadomym czynimy wszem, wobec i każdemu z osobna, że: …..
Regułą jest, że certyfikat podaje długość geograficzną, na której statek przekroczył równik oraz imię, jakie nadano neoficie.
Przeważnie są to imiona ryb, gwiazd, zjawisk atmosferycznych lub przyrządów nawigacyjnych jak sekstant, kompas itp.
Z całą pewnością, pierwszy ceremoniał chrztu równikowego pod polską biało-czerwoną banderą odbył się na pokładzie barku szkolnego Lwów pod dowództwem kpt.ż.w. Tadeusza Bonifacego Ziółkowskiego, w podróży szkolnej do Brazylii.
13 sierpnia 1923 r. żaglowiec przekroczył równik z półkuli północnej na południową na długości 210 07’ W. W kronikach podróży zanotowano: Zbliżał się równik, w przeddzień przejścia równika – 12 sierpnia 1923 roku, zgodnie z morską tradycją zjawił się wysłannik Króla Mórz i Oceanów – Trytonus, który przywitawszy się z komendantem Ziółkowskim odezwał się w te słowa:
Salem alejkum Ci Kapitanie!
Neptun przeze mnie śle powitanie.
Salem alejkum moi Panowie
Dokąd dążycie na swoim „LWOWIE”
Z Neptuna zatem pytam się woli,
Czy Pan Kapitan na to pozwoli?
Co Pan Ziółkowski na to odpowie
Pierwszy dowódca na statku „LWOWIE”? …

13 sierpnia odbył się chrzest wspaniały, który wszedł do historii i został już wielokrotnie opisany. Przypomnijmy więc tylko, że gdy uczeń II roku nawigacyjnego Bohdan Gawęcki, ubrany w kapitański mundur, naśladując Kapitana Mamerta Stankiewicza krzyknął: znaczy równik na rumbie, chór marynarzy gromko zaśpiewał jakże historyczną strofę specjalnej piosenki:
Pierwsi wy nauciarze, pierwsze okrętniki
Polonii banderą przetniecie równiki
Pierwsi za półkulę wniesiecie kotwicę,
Na świat wyrąbiecie Polsce okiennice

Chrzest odbył się godnie, sprawiedliwie, po matrosku, z pełnym ceremoniałem morskim, nad czym czuwał doświadczony marynarz – Komendant Ziółkowski.
Na pokład przybył Neptun z małżonką Prozerpiną i z całym orszakiem królewskim, diabłami pomalowanymi na czarno, z rogami i długimi ogonami.
W następnym dniu, życie statkowe wróciło znów do normy, żaglowiec kontynuował podróż.

13 listopada 1923 roku, a więc równo trzy miesiące po chrzcie, „Lwów” znowu znalazł się na równiku. Na pokład przybył Trytonus, który stwierdził, że statek i załoga jest w bardzo dobrej kondycji. Wręczył wszystkim neofitom wspaniały dyplom. Każdy dyplom zamaszyście podpisał Neptun i jego minister, a autentyczność potwierdził Komendant przykładając wielką statkową pieczęć.
Autorem wierszy i treści certyfikatów na chrzest morski był uczeń Tadeusz Dębicki.

Niestety, obecnie na większości statków handlowych, które „gonią” za zyskami, nie celebruje się tej pięknej morskiej tradycji.
Niektóre statki, w jednej podróży, przekraczają równik kilka razy w obu kierunkach i na zabawy chrztu równikowego brakuje czasu.
Certyfikat jest pamiątką, ale jest też dowodem na to, żeby nie być ponownie chrzczonym, przy kolejnym przekraczaniu równika na innym statku.
Ceremonia chrztu niekiedy bywa brutalna dla neofitów, więc lepiej drugi raz się jej nie poddawać.
W sumie jest to jednak miła tradycja i urozmaica długie dni żeglugi po oceanach.

Tę miłą morską tradycję należy kontynuować i nie dopuścić do jej zaniechania. Tym bardziej, że w dobie elektroniki, która też opanowała statki i okręty, wiele szlachetnych i miłych zwyczajów już dawno zapomniano. A szkoda.
Pozwolę sobie przytoczyć kilka przykładów:
• Na wielu statkach był piękny zwyczaj, że na otwartym oceanie, na kulminację słońca wychodził kapitan i wszyscy oficerowie pokładowi z sekstantami w ręku dla określenia szerokości geograficznej ze słońca. Dziś jest GPS, a sekstant leży w kasecie, w stole nawigacyjnym.
• Oddawanie salutu banderą przy mijaniu okrętów wojennych – coraz bardziej zanika.
• Gwizdanie na pokładzie uważano za nietakt (szczególnie na żaglowcach). Dziś nie zwraca się na to uwagi.
• Nie do pomyślenia było, żeby oficer na wachcie siedział w sterówce. Było to tępione z całą surowością. Dziś bywa różnie?
• Pełnienie wachty portowej i morskiej, w mundurze i czapce oficerskiej, było normalnym zwyczajem, a szczególnie na statkach szkolnych lub pasażerskich wręcz obowiązkowe. Ten zwyczaj zanika, a oficera pełniącego służbę, trudno rozpoznać, w gronie ludzi kręcących się na pokładzie w trakcie za- i wyładunku statku.

                                                                                                          Z archiwum Neptuna wybrał,
                                                                                               z morskiego kurzu otrzepał i opisał,

                                                                                           Wiktor Czapp, Szczecin, listopad 2007
______________________________________________________________________________________________________
Wiktor Czapp – emerytowany kapitan żeglugi wielkiej; absolwent Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie – rocznik 1953; przewodniczący Szczecińskiego Klubu Kapitanów Żeglug Wielkiej, członek Towarzystwa Przyjaciół „Daru Pomorza”; mieszka w Szczecinie.