Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Maryla Grochowska: Latarnia

4. latarnia

 

_______________________________________________________________________________________________________

Maryla Thomsen-Grochowskaur. w 1933r. w Tczewie; żeglarstwo uprawiała od końca lat czterdziestych w Szczecinie, odnosząc znaczące sukcesy w regatach – w 1953r. zdobyła I miejsce – Mistrzostwo Polski w Żeglarskich Mistrzostwach Polski na Morzu (w barwach LPŻ Szczecin); pod koniec lat pięćdziesiątych wyjechała do Niemiec, nadal żeglując po morzach i Atlantyku.                                                                                                                                                                                          (zs)

Fotogaleria: Obrazki

1. K. Schmischke akwarela, Kurt Schmischke

2. rys b akwarela, Kurt Schmischke

3. K. Schmischke b akwarela, Kurt Schmischke

4. latarnia rys akwarela, Kurt Schmischke

5. rys c

6. rys

7. rys d

 

 

Maryla Grochowska: Żeglarskie wspomnienia

Początki mojego żeglarstwa:1950 rok – Jedna z pierwszych żeglarskich przystani w Szczecinie: Golęcin 1950r. – Przystań AZS na wyspie na Odrze Zachodniej 1952r. – Przystań żeglarska w Dąbiu.

Maryla Grochowska, 1950Jaki to był cudowny czas; byliśmy wszyscy jak jedna rodzina; byliśmy skromni i zawsze ten co miał więcej, przynosił coś z domu do jedzenia, i dzielił się z innymi. Jachty musieliśmy sami przygotować do wodowania. Między innymi ściągało się starą farbę z burt; czasami za pomocą starej lutlampy. Następnie musieliśmy szpachlować między plankami. Przed pomalowaniem zostały burty jeszcze szmerglowane i nareszcie nakładana nowa farba. Nastrój był wesoły, „Pirat”1 i Krzysiu (Krzysztof Jaworski – przyp. red.) grali na gitarze a my śpiewaliśmy żeglarskie piosenki. Na tej przystani był też Pałacyk, z którego mogliśmy korzystać. Wtedy się jakoś klubów nie rozróżniało, stał tam jakiś czas s/y Chrobry z Ligi Morskiej, późniejszej LPŻ. Wiem, bo zostałam w worku żeglarskim wciągnięta na maszt, a łobuzy sobie poszły. Moje przeraźliwe krzyki i płacz, ściągnął innych na „plan”, i oni mnie z masztu spuścili. Ha! Ha!

Na przystani staliśmy zawsze pod opieką WOP-u. Przyjeżdżaliśmy tam tramwajem z „przerywką”. Golęcin utkwił mi bardzo w pamięci poprzez osobiste przeżycia. Po zaaresztowaniu mojego ojca i brata przez UB („Sprawa Robinou”2 – przyp. red.), po jakimś czasie dokwaterowano w naszym mieszkaniu jedną rodzinę z dwójką dzieci. Wtedy moja mama zdecydowała się na wyprowadzkę i przeniosła się z nami na Golęcin, na ul. Garncarską, do małego mieszkania. Ponadto mając lat 14 wybraliśmy się na wieżę Bismarcka na Golęcinie; było to bardzo niebezpieczne, bo brakowało na górze, wokół, częściowo barierek; mogliśmy spaść. Gdy wróciłam do domu i zaczęłam opowiadać, moja mama ze strachu o mnie dała mi lanie, abym drugi raz coś takiego nie zrobiła.

W roku 1952 przeprowadził się AZS na wyspę na Odrze Zachodniej; w zupełnie innej stronie Szczecina. Ale i tam spędzaliśmy wesoło czas pracując przy jachtach. Przypominam sobie, że kiedyś poszliśmy się kąpać wokół było pełno jakiś czarnych bobków. Pytam chłopaków co to jest, a oni odpowiadają: „gówna…”. O mało co się nie utopiłam. Nigdy więcej nie weszłam tam do wody. Były to przecież czasy powojenne i jeszcze nie wszystko funkcjonowało w mieście, ale my byliśmy szczęśliwi. Na wyspę dopływaliśmy na bączku. Ile było z tym uciechy, ile śmiechu, musieliśmy się także nauczyć wiosłować, później regaciliśmy się nawet na bączkach.

Trzecią ważną przystanią było Dąbie przy Jeziorze Dąbskim. Był to basen przy starym spichlerzu. Przystań w tych czasach też była bardzo zaniedbana, ale za to bardzo romantyczna. Dojazd do przystani był bardzo uciążliwy, ponieważ od tramwaju trzeba było iść pieszo. Był to długi kawał drogi, o ile nas ktoś nie zabrał na plecy, co się raczej rzadko zdarzało, chyba, że któryś z chłopaków się napił. Prawie nikt nie posiadał samochodu, oprócz Nela Szumockiego, ale on nie był żeglarzem, tylko myśliwym, a bratu Jasiowi, który był żeglarzem samochodu nie dawał. Także kpt. Andrzej Huza miał samochód ale wtedy się nami nie interesował. Trudno jest sobie to dziś wyobrazić, kiedy zaczynam samochody nienawidzić. To były czasami nawet niebezpieczne wyprawy do Dąbia. Raz chyba z Teresą (Teresa Smolska z domu, obecnie Kurowska – żona dr Michała Kurowskiego, – brata Teresy Kurowskiej zwanej „Bronkiem” – Mathiasowej – przyp. wj) wybrałyśmy się do Dąbia i przed mostami zatrzymała się ciężarówka, naturalnie nie dzisiejsze olbrzymie Tiry. Pytamy się kierowcy czy jedzie do Dąbia i czy nas może zabrać? „Naturalnie panienki” – kto teraz mówi „panienka”, ale zbóje są te same albo nawet gorsze. Co dalej: my patrzymy a on jedzie w zupełnie innym kierunku. Strach nas ogarnął, postanowiłyśmy skoczyć z ciężarówki w biegu. Na szczęście te stare graty nie mogły szybko jechać więc udało się nam. Dobre były to czasy, kiedy nam się wydawało, że zawojujemy cały świat.

Przypominam sobie obóz żeglarski AZS-u w Dąbiu, kierownikiem był Ryszard Książyński z nim była jego narzeczona Iga (Jadwiga Klęczanka – przy. red.) i jej przyjaciółka Ila (Maria Popiel – przyp.red.) – narzeczona Kazia Michalskiego – konstruktora jachtowego. Mieszkaliśmy na jachtach, przycumowanych rufą do brzegu a dziobem do boi. Na jednym z jachtów mieszkali tzw. „Bendorzy”3 – żeglarze, którzy lubili popić. Była też Rita4 z Krakowa śpiewająca i grająca na gitarze. Bardzo ładna i interesująca dziewczyna. Wszystkich nie potrafię wymienić, bo pamięć zawodzi. Ja byłam w stosunku do tych pań bardzo mało doświadczona.

Zapamiętałam trzy wydarzenia, wesołe i smutne. Był to czas pełen opozycji w stosunku do rygorów komunistycznych. Opozycję „odstawiało” się na wesoło, np. ubieraliśmy się kolorowo, obdarci – nawet naszyłam sobie kolorowe łaty na spodnie; słuchało się radia BBC, jazzu. Nie wiem, który rok to był, może 1951 może 1952. Ci chłopcy, w końcu podpadli i zostali wyrzuceni z AZS-u, a ja poszłam za nimi, bo ich bardzo lubiłam, i bardzo mi imponowali – nazwano nas wtedy kosmopolitami. Wtedy było to polityczne przezwisko, dziś jest to odznaczeniem, Nawet powstało wówczas słowo „kosmopoł” dla Polaków żyjących zagranicą. Śmieszne jak wszystko jest zmienne, relatywne. Kiedyś trzeba sobie postawić pytanie: co naprawdę w życiu jest ważne? Niestety na ogół stawiamy sobie to pytanie za późno.

Z AZS-u wylądowaliśmy w LPŻ-cie. W roku 1953 zostałam mistrzynią Polski na konikach na Zatoce Gdańskiej; nie dla AZS-u ale dla LPŻ; to był rezultat tego obozu żeglarskiego. Wracam jeszcze do tego obozu. Co jakiś czas się chodziło do Dąbia kupować chleb; tak i na mnie przyszła kolejka. Chłopcy, „Bendorzy”, poprosili mnie abym im kupiła ½ litra wódki, ale w tajemnicy przed dowództwem. Wracam z chlebem i wódką, staję przed jachtem wołam, z mesy wygląda głowa i mówi: „Marylu skacz na pokład” – więc ja głupia skaczę: w jednej ręce butelka a w drugiej chleb. Zamiast na jacht, wpadam do wody ale zatrzymana przez nogę zawieszoną na cumie, tracę chleb ale butelkę trzymam w ręku do góry. Chłopcy przerażeni wyrywają mi butelkę z ręki a potem mnie wyciągają na pokład. Od tego czasu wyrosłam na bohaterkę. Wymyślili dla mnie zaraz kolejne zadanie. Kpt. R. zapatrzył się na Ritę, więc nauczyli mnie śpiewać: „szedł Rysiek raz leśną drogą i Ritę na niej znajduję, więc ja obwąchał i z miną błogą wnęt ją do pyska pakuje”. Prosili abym to zaśpiewała wieczorem przed jego jachtem. Po wykonaniu tej piosenki zrobiono alarm nocny i musieliśmy rzucić się do szalup i wiosłować na środek jeziora i z powrotem. To są śmieszna historyjki, ale opuszczenie AZS-u to była smutna historia; nie wiem ile łez popłynęło i ile wódki. Przez jakiś okres byli oni moimi najlepszymi przyjaciółmi (Bendor, Jędrek A. Tadeusz P, Portugalczyk i nie wiem kto jeszcze). Wybaczcie, ale pamięć coraz bardziej zawodzi. W tym czasie byłam studentką na Wydziale Chemii, w Szkole Inżynierskiej w Szczecinie.
Maryla Grochowska, 2011

___________________________________________

1„Pirat” – Zbigniew Banasik, AZM-owiec. Miał stopień sternika morskiego, czyli wówczas bardzo wysoki stopień żeglarski. Zwany był „Piratem”, bo miał pasiastą koszulkę, chustę na głowie i ciemną cerę.                                                                                    (wj)
2„Sprawa Robineau” – od nazwiska wicekonsula Francji w Szczecinie Andre Robineau, którego w listopadzie 1949r. aresztowały władze komunistycznej Polski; był to odwet za wykrycie szpiegów z Polski we Francji. Wraz z aresztowaniem dyplomaty francuskiego, aresztowano osoby mające kontakt z konsulatem. Sfingowane procesy i surowe wyroki dotknęły również najbliższych autorki wspomnień. „Sprawa Robineau” była jednym z najgłośniejszych procesów szpiegowskich w Polsce Ludowej.                (zs)
3 „Bendorzy” – ja znam określenie „Bendory”; luźna grupa kolegów, która trzymała się razem, a wyróżniał się w niej Jurek Bendor. W większości byli to studenci Akademii Handlowej. Weseli, pomysłowi, nakręcający się nawzajem. Owszem, lubili wypić, ale to nie był jedyny wyróżnik, jak można by sądzić z opowiadanie Marylki. Byli związani z AZM-em. Do grupy „Bendorów” należał oczywiście Bendor (Jerzy), Jędrzej Adamski, Tadeusz Poźniak, Zbigniew Banasik („Pirat”), Leszek Zarębski („Portugalczyk”) i trochę trzymał się z nimi Rysiek Książyński, ale jego nie zaliczaliśmy do „Bendorów”.                                                                           (wj)
4 Rita – Rita była ruda i pełna seksapealu. Słynne było zdjęcie ściągania z mielizny Witezia II (?, a może Przodownika ?). Na bomie siedziała Rita, a obok nagi Ludek Mączka … – nie chciał moczyć ubrania.                                                                          (wj)   ___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Maryla Thomsen-Grochowskaur. w 1933r. w Tczewie; żeglarstwo uprawiała od końca lat czterdziestych w Szczecinie, odnosząc znaczące sukcesy w regatach – w 1953r. zdobyła I miejsce – Mistrzostwo Polski w Żeglarskich Mistrzostwach Polski na Morzu (w barwach LPŻ Szczecin); pod koniec lat pięćdziesiątych wyjechała do Niemiec, nadal żeglując po morzach i Atlantyku.                                                                                                                                                                                         (zs)

_____________________________________________

I jeszcze ze wspomnień biograficznych Maryli Grochowskiej: „…Po ukończeniu szkoły powszechnej dostałam się do gimnazjum słynnej pani Szczerskiej, w Szczecinie. Zaczął się dla mnie jeden z najszczęśliwszych okresów życia: gimnazjum i żeglarstwo. Ten okres został niestety zaciemniony przez aresztowanie mojego ojca i brata, posądzonych o szpiegostwo na rzecz Francji (Sprawa Robineau – przyp. red.); oskarżonych za zamkniętymi drzwiami, bez adwokata, bez świadków, bezprawnie jak to często było za czasów dyktatury komunistycznej… Było nam ciężko, ale ludzie nam pomagali. Byliśmy obserwowani, przesłuchiwani; mojej matce zabroniono uczyć, została pracownicą fizyczną. Jeździliśmy do Goleniowa i Strzelc Opolskich do więzień, by ich zobaczyć i dodać otuchy. Ja angażowałam się coraz bardziej w żeglarstwo, zdobywając stopnie żeglarskie i miejsca w różnych regatach żeglarskich. Największym moim osiągnięciem było zdobycie pierwszego miejsca w mistrzostwach Polski na morzu w 1953 roku… We wrześniu 1956 roku brałam udział w pracach komisji sędziowskiej w Regatach Przyjaźni na Zalewie Szczecińskim. Tu rozstrzygnął się mój dalszy los. Zakochałam się w niemieckim żeglarzu – studencie budowy okrętów z Rostocku…”

Po latach inny uczestnik tych regat, Ziemowit Ostrowski, tak wspominał tamten czas: „…zorganizowaliśmy pierwsze regaty międzynarodowe: VI Regaty Przyjaźni stały się I Międzynarodowymi Regatami Przyjaźni. 29. września wystartowały w nich 42 jachty w tym 5 z akademickich ośrodków DDR (Greifswald i Rostock). Kapitan jachtu Wodan, Peter Thomson, potrafił „poderwać” – a w dwa lata później, zabrać jako żonę – znakomitą żeglarkę, Marylę Grochowską. Cóż na morzu strat nie da się uniknąć…”.                                                                                                                                                           (zs)

__________________________________________

FOTO

1. Maryla Grochowska 1950 Maryla Grochowska, 1950 r. Fot. W. Jacobson.

2. Krzysztof Szymański (syn kpt. Szymańskiego), Krzysztof Jaworski, Maryla Grochowska, NN, Wojciech Jacobson 1950 sepia Krzysztof Szymański (syn kpt. Szymańskiego), Krzysztof Jaworski (w okularach), Maryla Grochowska, „Zbylutek” (NN), Wojciech Jacobson; 1950 r. Fot. arch. M. Grochowskiej.

3. Maryla Grochowska, NN, Wojciech Jacobson Maryla Grochowska, „Zbylutek” (NN), Wojciech Jacobson. Fot. arch. M. Grochowskiej.

4. Jasiu Schumocki, brat Nela. Jasiu Szumocki, brat Nela. Fot. arch. M. Grochowskiej.

5. Maryla Grochowska, NN, Jędrzej Adamski, Wojciech Kaminski, Józef Demczuk, ... Maryla Grochowska, NN, Jędrzej Adamski, Wojciech Kamiński, Józef Demczuk. Fot. arch. M. Grochowskiej.

6. "Pirat" z gitarą, 1949r. „Pirat” z gitarą; Szczecin – Golęcin, 1949 r. Fot. arch. M. Grochowskiej.

7. Teresa Smólska na Kiekrzu, 1952r. Teresa Smólska, regaty, Kiekrz 1952 r. Fot. K. Jaworski.

8. od MG d

9. od MG a

10. Kurier Szczeciński, 1953r. Kurier Szczeciński, 1953 r.

11. karta z albumu a MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

12. karta z albumu b MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

13. karta z albumu c MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

14. karta z albumu e MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

15. karta z albumu MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

16. na jachcie "Chrobry", Maryla  i inni, 1956r. Na jachcie Chrobry; Dni Morza w Szczecinie, 1956 r. Od lewej: Antoni Robakowski – bosman jachtu Chrobry, Józef Demczuk, Maryla Grochowska, kpt. Zbigniew Szymański, Krzysztof Szymański – syn kpt. Szymańskiego, Krystyna Benesz, Ryszard Książyński, Danuta Kopacewicz. Fot. arch. M. Grochowskiej.

 

 

 

Korespondencja z Portugalii

Mariola Landowska: Pracownia między rzeką Tag a Oceanem Atlantyckim

Mariola Landowska 2003W Portugalii jest takie miejsce koło Lizbony, skąd widać prawie całą stolicę Portugalii, z pierwszym planem na Most 25. kwietnia (Ponte 25 de Abril), dawniej nazywany Mostem Salazara. To miejsce nazywa się Paço de Arcos (…i jest „najbardziej urokliwą miejscowością w Portugalii” – przyp. red.). Tutaj „zakotwiczyłam” w pracowni – magazynie po rybakach. Ale oni i tak są moimi sąsiadami, bo mają dwa pomieszczenia. Moje miejsce należało kiedyś do Palácio dos Arcos (Pałac Łuków – przyp. red.) Stąd król portugalski Manuel I witał żeglarza Vasco da Gama powracającego z Indii. Dużo by opowiadać.

Moja pracownia jest miejscem, które było wybudowane w 1498 roku. Przez ostatnie 50 lat było zamknięte; służyło tylko do przechowywania „szpargałów” rybaków. Od ponad roku jest moją pracownią malarską. Stąd podróżuję na moich płótnach, i nie tylko. Spoglądam przez wysokie wrota w dal i jestem duszą na Oceanie, gdzie przepływają różne jednostki. Moje miejsce jest na wysokości wpadania rzeki Tag (Rio Tejo) do oceanu; niczym ostatnia latarnia, jeszcze na rzece. Na razie niech zdjęcia mówią o miejscu.

Com os melhores cumprimentos

                                                                                                                           Mariola Landowska

www.mariolalandowska-art.com

_______________________________________________________________________________________________________
Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych; z pasją oddaje się malowaniu i  podróżom; miała wystawy w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii; od kilku lat mieszka w Oeiras, koło Lizbony.    (zs)

__________________________________________

FOTO

1. IMG_2927 2. IMG_3048 3. IMG_5023 4. IMG_3920 5. IMG_9832 6. IMG_3735 7. IMG_3758 8. IMG_1499 9. IMG_0101 10. IMG_2886 12. IMG_5818 13. IMG_9807 14. IMG_4333 11. IMG_2969 15. IMG_0044 16. IMG_0710 17. IMG_1533 18. IMG_1148 19. IMG_3152 20. IMG_3914 21. IMG_3512 22. IMG_4057 23. IMG_4288 24. IMG_6446 25. IMG_4246 27. IMG_0096 27. IMG_9688 28. IMG_5767 29. IMG_072930. IMG_0733 31. IMG_2519 32. IMG_3110 33. IMG_2915 34. IMG_4192 35. IMG_2119 36. IMG_2914 37. IMG_5331 39. IMG_8361

Fot. Mariola Landowska i Tulio Coehlo.

 

 

Ludomir Mączka: List z Francji

                                                                                                                   Martigues, niedziela 20.04.86
Słońce – zimno – mistral – od Wielkanocy jestem w Martigues koło Marsylii – na Marlinie¹, który tutaj reperuje silnik. Janusz2 chętnie mnie odpuścił z Paryża, bo nie ma tam teraz co robić. Wracam gdzieś chyba po połowie maja. Chyba, żeby Marlin był wcześniej gotów. Janusz + Joelle ok.10.05 → Montrealu. Ja ok. 14.06 → Londynu i dalej do Kanady do Vagabonda3. Mam nadzieję, że doszły do Ciebie poprzednie listy z kserokopią i drugi z taśmą klejącą. Bibkowi4 szukam uszczelek do expressu – ale można cały express (kupić nowy – przyp. red.), prawie jak u nas. Mam teraz sporo czasu i tracę go bez planu. Trochę pomagam Marlinowi, ale niewiele. Odwiedzałem Krystynę, Martę i Józka5 (w Paryżu – przy. red.)

Martigues, to takie ładne małe miasteczko koło Marsylii – szumnie zwane „Wenecją Prowansji”, ale jest naprawdę ładnie. W kanałach bardzo dużo jachtów i łodzi rybackich. Bardzo dużo bardzo brzydkich jachtów, takie różne „samosiejki”. Mam kontakt listowy z Darkiem Sell6. Może coś z tego będzie jak skończę z Vagabondem. Janusz myśli w tym roku wrócić z Vagabondem do Francji. To w październiku i listopadzie może być całkiem ciekawe. Przed wyjazdem chcę zajrzeć do Marii. Śpiwór bardzo się przydaje, jak również ciuchy od Jureczka i Marka7 (duża buźka).
Pozdrów Andrzeja Szczepańskiego8 , jak go złapiesz. W Martigues będę chyba do połowy maja lub trochę dłużej.

                                                                                                                                                     Martigues, 21.04. poniedziałek
Mistral ustał – jest nawet ciepło – ogoliłem się (po tygodniu); zmieniłem koszulę, skarpetki … – też po tygodniu. Tutaj większa swoboda niż u Joelle. Śmierdzę (pachnę) czosnkiem i tęsknię do Marii. Chyba jak Staszek (Stanisław Szymański – przyp. red) ściągnie silnik i trochę mu pomogę, pojadę do Marii. Jakieś oświadczenie odnośnie UKF-ki dla H. B.9 uklecę w Paryżu i opieczętuję. Jak będzie złe to zmienię. Czekałem na jakieś wytyczne. Pozdrów wszystkich znajomych. Irenie10 podziękuj za słownik francuski.

                                                                                                                                                                                              Ludomir
____________________________________

1 Marlin – szczeciński jacht (PZ – 1256), właściciel Stanisław Szymański.
2 Janusz – Janusz Kurbiel, ur.1946r.; organizator i lider rejsu Przejściem Północno-Zachodnim (Arktyka kanadyjska) w latach   1985-1988 na jachcie Vagabond ‘eux; od wielu lat żegluje wraz z żoną Joelle w rejony arktyczne; w 1991 na   jachcie Vagabond’eur dotarł do 82.02’ N, na płn. od Szpitcbergenu – do 2013 (s/y Barlovento II, 82o10,544′N 60o48,020′E) nie pobity rekord jachtu w żegludze na północ  (nagroda Rejs Roku 1991); współpracuje z placówkami naukowymi i przemysłowymi wielu krajów; publikował w Morzu, Żaglach; autor książek i filmów o żeglarskich wyprawach; mieszka we Francji.                     (wj)

3 Vagabond – jacht Vagabond’eux pozostawiony wówczas w Tuktoyaktuk w Arktyce kanadyjskiej.                                              (wj)
4 „Bibek” – Bogumił Pierożek 1923 – 2004, ur. we Lwowie; po wojnie członek AZM-u Gliwice, później innych klubów
    żeglarskich; członek honorowy Jacht Klubu AZS w Szczecinie (1958); jachtowy kapitan morski; profesor spawalnictwa.         (zs)
5 Krystyna, Marta, Józek – Krystyna Magońska, Marta Garlicka, Józef Kuzian – przyjaciele z Paryża; Józek płynął z nami i na Marii z Brestu do le Havre, w lipcu 1984r.                                                                                                                                                     (wj)
6 Darek Sell – krewny Ludka z Wrocławia.                                                                                                                                          (wj)
7 Jureczek, Marek – Jerzy Janiszewski, Marek Kopczyński (brat Ewy Jacobson); koledzy z Jacht Klubu AZS Szczecin.
8 Andrzej Szczepański – zaprzyjaźniony starszy mechanik ze statku rybackiego m/t Amarel; wycinał piękne pieczątki dla Marii i potem dla  Vagabonde’a 2.                                                                                                                                                              (wj)
9 H. B. – Henryk Bednarek; wypożyczył UKF-kę na Marię, która zginęła; prosił o jakiś protokół zniszczenia, straty.                          (wj)
10 Irena – Irena Bogdańska ze Szczecina (z Politechniki i z JK AZS Szczecin).                                                                                     (wj)

______________________________________________________________________________________________________

Ludomir Mączka ur. 22.05.1926r. we Lwowie, zm. 30.01.2006r. w Szczecinie; żeglarz, geolog; na jachcie Maria w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim; w latach 1984-1988 na jachcie Vagabond 2 wraz z W. Jacobsonem, i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP); laureat wielu nagród (m.in. Rejs Roku – 1984,1988, 2003, Kolosy – 2001: Suprkolos 2001,Conrady – 2003).                                                                             (zs)   ___________________________________________________

FOTO

Księga Gości MARII 21.11.85 Z „Księgi Gości” Marii.

Martigues, Francja_fot.wikipedia Martigues, Francja.

Henryk Jaskuła: e-mail

Dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona i za zgodą nadawcy e-maila, Henryka Jaskuły, publikujemy list kapitana Daru Przemyśla, który to list jest interesującą refleksją – reminiscencją, wywołaną odkrytą fotografią sprzed lat. Zdjęcie dokumentuje moment tuż po starcie żeglarza; pierwsze nawet jeszcze nie mile a dopiero kable, w samotnej wokółziemskiej żegludze bez zawijania do portów. Rejs kpt. Henryka Jaskuły na Darze Przemyśla (344 dni; 12.06.1979 – 20.05.1980 był trzecim takim osiągnięciem na świecie, po Anglikach: Robin Knox-Johnstonie na jachcie Suahili (312 dni; 14.06.1968 – 22.04.1969) i Chay Blyth’u na jachcie British Steel (292 dni; 18.X.1970 – 6.VIII.1971).                                                                                                                                (zs)
                                                                                                                                                                                                          _______________________________________________________________________________________________________

Henryk Jaskuła: e-mail

Temat: Start 12.VI.1979
Data: Thu, 8 Jan 2015 16:37:28 +0100
Nadawca: Henryk Jaskuła
Adresat: Undisclosed-Recipient:;

Zdjęcie poniżej, nigdzie nie publikowane, odkryte dzisiaj, 8. stycznia 2015 roku.
Start Daru Przemyśla do rejsu solo non-stop dookoła świata, 12. czerwca 1979.
Pierwsza minuta rejsu, już za główkami portu jachtowego – zwrot na Hel. Wyjście bez silnika. W tle po prawej widać brzeg na południe od portu. Nikt jachtu nie odprowadza. Nikt nie wie, że przed grotmasztem, przywiązana linkami do pokładu, leży pusta beczka tratwy ratunkowej; nikt nie wie, oprócz mnie, że samoster nie działa (jeszcze), ze radiostacja do końca rejsu nie będzie działać.
Widać przegłębienie na dziób, bo achterpik jest pusty, a nie można go załadować bo po podłodze biegną linki steru wewnętrznego. Gdyby je przykryto korytkami z PCV, achterpik byłby ładowny.
Nad grotmasztem sterczy antena UKF-ki, nikt nie wie, nawet ja, że nie jest podłączona należycie, na skutek czego zasięg łączności na UKF wynosi tylko 300 metrów (gdy ją podłączono po rejsie, jej zasięg wynosił 37 mil) .
Na topie grotmasztu jest reflektor radarowy, drugi niżej, na stenwancie bezanmasztu (zerwał się na Indyjskim).
Na sztormrelingu w pobliżu rufy, tylko jedno koło ratunkowe, zgodnie z przepisami (nikt by mi go nie rzucił, gdybym wypadł za burtę). Już na Bałtyku powędrowało do forpiku, skorupy beczki tratwy ratunkowej (po zdrapaniu numeru atestu tratwy), poszły za burtę dopiero na Atlantyku.
Wąs przy topie grotmasztu to wiatraczek wskaźników siły i kierunku wiatru (przestały działać na Indyjskim).
Przy sterze, ubrany na wyjściowo, kończę zwrot. Zdejmę odbijacze z burty, sklaruję cumy i przebiorę się na roboczo. W bajdewindzie, na wiatr, jacht pójdzie sam, z dociśniętym hamulcem koła sterowego. Przez miesiąc, aż po Atlantyk, będzie bajdewind i halsowanie na przeciwnych wiatrach.
Wyjście z Gdyni, a nie z Las Palmas, to pierwszy sukces rejsu, to duże szczęście od pierwszej chwili. Drugim wielkim szczęściem będzie trawers Hornu 14. stycznia, a trzecie, największe, powrót do Gdyni po 344 dniach.

                                                                                                                                                                                                 Hen

clip_image002 12.VI.1979r. Dar Przemyśla wychodzi w rejs solo non-stop dookoła świata. Pierwsze minuty: za główkami basenu Zaruskiego zwrot na Hel. Genua przelatuje na prawą burtę. Przed grotmasztem przywiązana linkami leży pusta beczka tratwy ratunkowej, na burcie nie zdjęte jeszcze odbijacze. Na stenwancie bezanmasztu drugi reflektor radarowy. Wyjście bez silnika.

______________________________________________________________________________________________________

Henryk Jaskułaur. 22.X.1923. ; wsławił się pierwszym polskim rejsem dookoła świata bez zawijania do portów na
                                 trasie Gdynia – Gdynia (1979-1980), na jachcie Dar Przemyśla.

 

 

 

Wojciech Jacobson, Zenon Szostak: Conrad, Horn i żagle

Twórczość literacka Josepha Conrada-Korzeniowskiego, oparta w znacznej mierze o własne doświadczenia życiowe autora, jest dobrze znana i doceniana, również przez ludzi morza. Mniej znana jest jego kariera morska, w tym, istotny dla żeglarzy, fakt opłynięcia przez Konrada Korzeniowskiego przylądka Horn pod żaglami.

Od wczesnej młodości, przez niemal dwadzieścia lat, Konrad Korzeniowski pływał na żaglowcach i statkach; poczatkowo francuskich, później brytyjskich. Zaczynał jako zwykły marynarz (ordinary seaman) służbą before the mast. Podnosząc swoje kwalifikacje (poparte zdawanymi egzaminami), osiągał stanowiska oficerskie, aż do funkcji kapitana. Pływał po morzach i oceanach niemalże całego świata.

I właśnie w jednym z takich oceanicznych rejsów, na trasie z Sydney do Londynu, opłynął przylądek Horn. Dwudziestojednoletni Konrad był wtedy pełnoprawnym członkiem załogi – marynarzem na trzymasztowej fregacie Duke of Sutherland. Żaglowiec, określany jak inne tego typu szybkie i zwinne jednostki żaglowe – kliprem, wypłynął z Londynu w połowie października 1878 roku. Płynął trudną trasą wokół Przylądka Dobrej Nadziei, Przylądka Leeuwin i – opływając Tasmanię – zawinął do Sydney z końcem stycznia 1879 roku. W drogę powrotną do Anglii, z ładunkiem wełny i pszenicy, odpłynął na początku czerwca 1879 roku. Żeglując wokół przylądka Horn, dotarł do Londynu 19. października tego samego roku. Korzeniowski był w załodze klipra przez cały czas, co poświadczyli kapitan żaglowca John McKay i armator Daniel Louttit ze Szkocji, wystawiając stosowną opinię z rejsu – świadectwo służby (Certificate of Discharge).

Po pobycie na lądzie, urozmaiconym krótkim rejsem na Morze Śródziemne, i po zdanym egzaminie na stopień II. oficera, Konrad Korzeniowski w drugiej połowie sierpnia 1880 roku, ponownie wypłynął na oceaniczną trasę do Australii, na trzymasztowej fregacie Loch Etive.

Kapitanem tego z kolei klipra był znany, budzący podziw wśród marynarzy i armatorów William Stuart. Konrad był na Loch Etive „najmłodszym z oficerów, trzecim pomocnikiem pełniącym służbę u boku pierwszego oficera”. Po półtoramiesięcznym pobycie w Sydney i załadowaniu klipra wełną (stąd określenie Conrada: „pływałem we flocie wełnianej”), Loch Etive wyruszył w drogę powrotną do Anglii wokół Hornu. Umiejętności żeglarskie Konrada musiały być dobre, skoro – gdy zachorował drugi oficer – kapitan awansował Korzeniowskiego na oficera wachtowego, „czuwającego samodzielnie nad pokładem”. Conrad, w Zwierciadle morza, tak komentuje ten fakt: „Było to pewnego rodzaju uznanie dla młodzika, że dowódca taki jak kapitan S. mu zaufał, pozornie bez żadnego nadzoru”. Młody oficer pokładowy, doceniony przez odważnego „kapitana S.”, który „niezdolny był niejako z natury do wydania oficerom rozkazu by skrócili żagle”, poczuł pełnię oceanicznej i marynarskiej swobody i „sam też sadził żagle na wysokich masztach… jak nie sadził ich nigdy przedtem ani potem”. Trasę do Londynu, wokół Hornu, przebyli w czasie o miesiąc krótszym niż poprzednio na Duke’u. Doświadczenie i odwaga kapitana Stuarta, a także poczynania oficerów wachtowych, skutkowały dobrą żeglarską robotą.

Kolejne lata pracy Józefa Konrada Korzeniowskiego na morzu przeplatały się z czasem wolnym, spędzanym pod żaglami, głównie na jachtach przyjaciela G. F. W. Hope’a: na dziewięciotonowym jolu Nellie, upamiętnionym w opowieści Jądro ciemności, na kutrze gaflowym La Reine, który w 1899 roku odkupił od Hope’a, do spółki z Stephenem Crane’em, pisarzem amerykańskim osiadłym w Anglii. Żeglował również – na 23-tonowym kutrze Ildegonde – wokół wysp Szetlandzkich i Orkadów, a może i dalej. Pływał na wynajmowanym jachcie w Bretanii, w ujściu Tamizy, w Kanale Brytańskim, jak wówczas mawiano – czyli kanale La Manche. Wyprawy żeglarskie były kilkudniowe, czasami kilkutygodniowe. Swój jacht trzymał na kotwicy, w Rye w hrabstwie Sussex, nad Kanałem.

Marzył o zakupie większego żaglowca i wyruszeniu na kilka lat w dłuższy rejs. O tym, że na jachtach czuł się równie dobrze, jak w pracy na morzu, świadczą wspomnienia jego syna Johna ze wspólnego rejsu żeglarskiego w 1920 roku: „ojciec czuł się doskonale, odzyskiwał siły skacząc po drabinkach”.

Po prawie dwudziestu latach niełatwej pracy na żaglowcach i statkach, Konrad Korzeniowski pozostał do końca życia wierny żaglom i wspólnym wyprawom żeglarskim z przyjaciółmi, znajomymi, rodziną. Żeglarstwo nie przestało być dla niego ważne, gdyż było sposobnością do spotkań w gronie ciekawych intelektualnie ludzi, angielskich gentlemanów, pisarzy; do interesujących rozmów, dyskusji, opowieści.

W takim kontekście Joseph Conrad-Korzeniowski niewątpliwie był w pełni nie tylko marynarzem, ale i żeglarzem, i to takim, który w młodości opłynął Cape Horn. Nie dożył czasu, gdy we Francji powstało AICH (L’Amicale Internationale des Capitaines au Long Cours Cap Horniers,1937r.) – Międzynarodowe Stowarzyszenie Kapitanów Kaphornowych, które zrzeszało nie tylko kapitanów, ale także uczestników rejsów żaglowcami wokół przylądka Horn. Na pewno byłby jego członkiem. Tym bardziej mógłby obecnie patronować współczesnemu żeglarskiemu Bractwu Kaphornowców.

Rejsy i podróże w których uczestniczył Joseph Conrad-Korzeniowski, są dobrze udokumentowane i opisane. Materiały źródłowe w postaci dokumentów żeglugowych poszczególnych jednostek – Agreement and Account of Crew, Certificate of Discharge są przechowywane m.in. w Beinecke Library Yale University w USA. Przytoczone w tekście cytaty dotyczące rejsu na Loch Etive pochodzą z książki Josepha Conrada Zwierciadło morza, w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej (Warszawa 1935r.). Liczne wydawnictwa, opublikowana korespondencja, wspomnienia przyjaciół i znajomych, elementy biograficzne w książkach Conrada, a nade wszystko nieoceniona biografia, napisana przez jednego z najwybitniejszych znawców tematu, Zdzisława Najdera: Życie Conrada-Korzeniowskiego, przywołują i przybliżają tytułowy wątek: Conrad, Horn i żagle.

                                                                                                                                         Wojciech Jacobson, Zenon Szostak

5a. Duke of S._ZR Duke of Sutherland; fragment panoramy w Circular Quay                                                                             w Sydney, 1871
                                                                                                     arch. John Oxley Library, State Library of Queensland, Australia

 

 

5b. Loch Etive_arch._State Library of Victoria,Australia  Loch Etive; odbitka żelatynowo-srebrowa                                                                                                             fot. Allan C. Green(1878-1954)                                                                                                                                                             arch. State Library of Victoria, Australia

 

 

5c. Cape Horn 1.3.2001a_wj Cape Horn. Fot. Wojciech Jacobson

_______________________________________________________________________________________________________

Wojciech Jacobson – jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań
jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem m. in. z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II” przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Żeglował na dużych żaglowcach. W Jacht Klubie AZS Szczecin od lat czterdziestych ubiegłego wieku.  

Zenon SzostakZeszyty Żeglarskie.                      

________________________________________________________________________________________________________

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie www.Zeglujmy Razem.com.