Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Mariola Landowska: Żeglarskie azulejos nad Tagiem.

Przesyłam malarstwo portugalskie, ale na… kafelkach ceramicznych, tzw. azulejos czyli dekoracyjne płytki ceramiczne, których technikę wykonania wprowadzili na Półwysep Iberyjski Maurowie. Cały ten „panel” jest wbudowany w osiemnastowieczną fontannę miejską Paço de Arcos, między rzeką Tag i Oceanem Atlantyckim. Na dość dużej powierzchni przedstawiono ważne momenty z dziejów żeglugi portugalskiej, budowę karawel, postać Henryka Żeglarza.

                                                                        Com os melhores cumprimentos         Mariola

12346789IMG_0770

 

(zs): Lac Léman, Conrad i …

Tego dnia, 8. maja 1895 roku, niebo od rana było pochmurne i nie zachęcało do beztroskiego spędzania czasu na jeziorze. Panna Emilie wstała wczesnym rankiem i była pełna obaw co do powodzenia propozycji przedstawionej im poprzedniego dnia przy kolacji przez przystojnego angielskiego marynarza; przystojnego, ale i doskonale konwersującego w języku francuskim.

Ona, jej mama – Madame Marie Briquel i panna Simon, w towarzystwie zapraszającego je poznanego zaledwie kilka dni wcześniej owego „angielskiego marynarza”, miały cały dzień spędzić pływając po jeziorze; po wielkim Jeziorze Lemańskim, którego wody przyciągają wzrok intensywnym odcieniem błękitu.

Madame Briquel z córką i guwernantką przebywały już drugi tydzień w pensjonacie „La Roseraie” – dużym czterokondygnacyjnym domu w ogrodzie nad rzeką Arve w miejscowości Champel-les-Bains koło Genewy (zaledwie pół godziny drogi od centrum Genewy). One również, tak jak „angielski marynarz”, przyjechały do tej miejscowości znanej i chętnie odwiedzanej dla popularnych wówczas zabiegów wodoleczniczych (hydroterapie), które to zabiegi (zaaplikowane dwa razy dziennie dla „angielskiego marynarza”) wraz z górskim powietrzem miały korzystnie wpływać na układ krążenia, układ nerwowy i ogólne samopoczucie.

1

2

 

I właśnie przypadek zrządził, że „..do ich stołu przydzielono marynarza angielskiego, który nazywa się Conrad” zapisała w swoim dzienniku Emilie i jak to przypadek – potrafi wszystko w życiu odmienić, wprowadzić na nowe tory wydawałoby się ustabilizowaną i przewidywalną  egzystencję, a marynarskie życie – pełne niepewności, rozterek przeplatanych przygnębieniem, zwątpieniem w siebie, ba nawet depresją – ożywić, nadać mu sens.

                                                                                                                                         Joseph Conrad (1857-1924)

3

 

Towarzystwo, a szczególnie panna Emilie i Conrad, szybko znalazło wzajemne porozumienie, nić sympatii. Wspólna wieczorna gra w krokieta (croquet) w pięknym ogrodzie pensjonatu „La Roseraie”, rozwijała świeżo nawiązaną znajomość. Dla Conrada była to miła okazja „poruszania” się w kulturze francuskiej, w kontakcie z kulturalną francuską rodziną z wyższych sfer.

Josephe Emilie Barbe Briquel (1875-1961)

4

 

 

Znajomość w Champel na tyle pochłaniała „angielskiego marynarza”, że w krótkim liście do bliskiej mu (również z powiązań rodzinnych) belgijskiej pisarki – zamożnej, światowej damy Marguerite Poradowskiej, którą „opuścił” nie tak dawno, bo przed kilku tygodniami – przepraszał za tak krótki list, tłumacząc się „…ale wiesz, że to nie znaczy, że Cię nie lubię”.

                                                                                                                                              Marguerite Poradowska (1848-1937)

Może marynarskie umiejętności przewidywania pogody („niebo od rana było pochmurne”), a może uskrzydlająca nadzieja na wspólną wyprawę na Lac Léman kazały Conradowi czynić stosowne przygotowania. Z samego rana udał się do pobliskiej Genewy do „łódkarzy”, jak powiedziała zaniepokojona nie najlepszą pogodą Emilie, by wypożyczyć motorówkę parową.

Szczęśliwie niebo się przejaśniło; obawy o deszcz rozwiały się, gorące słońce nie dokuczało a wiatru nie było za wiele. Conrad wrócił do pensjonatu powozem (landem), którym całe towarzystwo zabierając wikt i składany leżak dla Madame Briquel udało się  nad Jezioro Lemańskie, gdzie zastali zamówioną „ładna motorówkę parową” z dwoma ludźmi, mechanikiem i kierowcą (chauffer).

Po około pięciokilometrowej żegludze zrobili postój na kotwicy w trzcinach koło La Belotta, niewielkiej miejscowości letniskowej z małą plażą, gdzie w miłym nastroju zjedli obiad, a potem Madame Briquel odpoczywała w składanym leżaku na pobliskiej plaży; towarzyszyła jej panna Simon, gdy tymczasem Conrad z Emilie wrócił na motorówkę parową i tłumaczył zachwyconej dziewczynie, jak się steruje. Jest kapitanem, gentlemanem angielskim, płynnie rozmawia po francusku i jest w towarzystwie młodej, inteligentnej panny z wyższych sfer; cóż więcej trzeba dla kurującego skołatane nerwy przystojnego mężczyzny bez zobowiązań.

5

Kolejny cel wyprawy to położone na drugim, północnym brzegu Jeziora Lemańskiego Versoix, odległe o cztery kilometry. Potem płyną do położonego na południowym brzegu Aquirre (Anières) i jeszcze dalej do Coppet, „przemierzając jezioro we wszystkich kierunkach, goniąc małe żaglówki” – jak zanotowała w swoim dzienniku Emilie. Gwoli ścisłości to zaledwie „Petit Lac”, ale dla młodej panny zauroczonej „angielskim marynarzem” to nieistotny szczegół.

W całej wyprawie według oceny Conrada przepłynęli około 40 kilometrów. Zainteresowanie Emilie motorówką było duże, nauka sterowania, której udzielił Conrad też przyniosła błyskawiczne postępy i to takie, że Conrad – chyba za aprobatą chauffera?! – pozwolił jej sterować wracając do przystani i przybijając do pomostu! Zapewne stał tuż obok Emilie gotów w każdej chwili z ochotą przyjść z pomocą w zapanowaniu nad motorówką.

Błyskawicznie rozwijająca się znajomość i niewątpliwie wzajemna sympatia, wspólne zainteresowania, inspirujące rozmowy skłoniły Conrada do zwierzenia się młodszej o prawie 18 lat Emilie: „… byłoby to uroczo, mieć mały domek nad brzegiem jeziora i własną łódkę, żeby spędzać całe dni na włóczęgach”. Zachwycona Emilie wczuwa się w nastrój Conrada, a nawet posuwa się dalej w swoich marzeniach: „we dwoje – to byłoby szczęście, odciąć się od świata razem z tym, kogo się kocha, być huśtaną na falach przez długie godziny. Myślę, że nigdy by się to nie znudziło”.

Czyżby przykład dużej zdolności „instruktorskiej” Conrada, albo jeszcze trudniejszej do rozbudzenia wspólnej pasji do zainteresowań, odczuć?, a może chwilowe zauroczenie, no i pewność siebie podparta niedawnym ukazaniem się w druku jego pierwszej książki Almayer’s Folly.

6

 

Książki, której egzemplarz autorski z dedykacją ledwo przed miesiącem podarował poznanej w listopadzie 1894 roku młodej Jessie George; młodszej od niego o 15 lat maszynistce (typewriter) z londyńskiego City.

 

 

Jessie Emmeline George (1873-1936)

 

Również w tym samym czasie (ba, dedykacja jest z tą sama datą – 2.04.1895!) kolejny egzemplarz autorski: Almayer’s Folly podarował Margeurite Poradowskiej – „Ma chère Tante”, jak tytułował ją w ponad stu listach wysłanych w ciągu pięciu lat znajomości!

7

Zażyłość z „wujenką” była na tyle „bliska”, że nawet wuj Tadeusz Bobrowski z dalekiej Kazimierówki, już w 1891 roku widząc „co jest na rzeczy”, musiał ostrzegać zadurzonego siostrzeńca: „…Wy oboje tego nie widzicie, że tylko flirtujecie ze sobą od śmierci tego biednego Olesia (Aleksander Poradowski – zmarły w 1890 roku mąż Marguerite Poradowskiej) – a jako stary wróbel obojgu przyjazny, radziłbym wam zaniechać tej gry, która niczym mądrym nie skończy się. Babka poddeptana, i jeżeli konwolować to chyba z Bulsem (Charles Buls – brukselski adorator M. Poradowskiej)… Dajcie spokój tej rozrywce i rozejdźcie się na sucho…”.

 Tymczasem w Champel-les-Bains kolejny egzemplarz Almayer’s Folly z dedykacją autora trafił w ręce Emilie: „Pannie Emilie Briquel, której uroczy talent muzyczny i zawsze radosna obecność rozjaśniały mu nudę pobytu w Champel, książkę tę ofiarowuje jej niespokojnie wdzięczny i powolny sługa – Autor”.

 Wracając do miłej przejażdżki motorówką parową po Lac Léman, wczesnym popołudniem owej środy 8. maja 1895 roku, o godzinie czwartej po południu, wrócili pełni wrażeń do pensjonatu „La Roseraie”. Kolejne dni są dalszym rozwojem zacieśniania się przyjaźni, wzajemnego oczarowania: wspólne posiłki, potem Emilie gra na pianinie albo na skrzypcach (Emilie notuje w swoim dzienniku; „..((Conrad) lubi zwłaszcza Les Pheniciennes Masseneta, Chanson Napolitaine Saint-Saënsa, Serenadę Schuberta i muzykę Chopina”); Conrad towarzyszy jej z zainteresowaniem, podarowuje nuty do Carmen. Rozmowy o literaturze („lubi, – pisze panna Emilie,- tak jak i ja, Pierre Lotiego, poezje Victora Hugo, poradził mi, żebym przeczytała Daudeta Fromont jedne et Eisler ainé i Nabob), przypadkowe spotkania w bibliotece, w tramwaju, potem wspólne powroty do hotelu i również wspólne, zaplanowane wyjścia do miasta; długie rozmowy, spacery, gra w domino, krokiet; angielski kapitan-pisarz uczy ją gry w bilard.

Conrad nie zapomina o „wujence”. Pisze listy, obiecuje odwiedzić ją w Paryżu i w trakcie szwajcarskiej hydroterapii odwiedza ją dwukrotnie „całując w oba policzki”. Z końcem maja kończy kurację wodoleczniczą i wyjeżdża z Champel zostawiając Emilie, która pełna żalu, a może i zawiedzionych nadziei zapisuje, że „jest bardzo smutna… Uświadamiam sobie, że tracę prawdziwego przyjaciela, tak dobrego, jakiego już nie znajdę”.

Panna Emilie Briquel po otrzymaniu książki z dedykacją, przez kolejne dni doskonali swój angielski i tłumaczy Almayer’s Folly (w lipcu, po zaledwie dwóch miesiącach książka jest już przetłumaczona!).

Na początku czerwca Conrad pisze do „chère Tante” list i jest to ostatni znany list do „wujenki”; po nim w tak nad wyraz ciepłej, poufałej korespondencji następuje pięcioletnia luka; ale nie przerwa, bo wymiana listów była. Czyżby Poradowska zniszczyła korespondencję? Dlaczego?, bo coraz gorętsza znajomość rozwijała się w stronę, którą dostrzegł wuj Bobrowski?; a może dowiedziała się o Emilie?…

Korespondencja „brodatego marynarza-literata” z Emilie ożywiała się i to tak intensywnie, że panna zanotowała w swoim dzienniku: „…poznałam w tym roku w Champel p. Conrada, dużo i często o nim mówię, pisuję do niego i zdaje mi się, że go bardzo lubię (…) śnię o małym spokojnym gniazdeczku, schowanym przed światem, szczęściu we dwoje…”. Wbrew pozorom, które można by wysnuć z tak egzaltowanych zapisków, Panna Emilie – jak zauważa Zdzisław Najder – wyrosła  na żywą i energiczną osobę – jeszcze w wieku osiemdziesięciu lat jeździła po rodzinnym Lunéville na rowerze!

W połowie 1895 roku Conrad nawiązuje kolejną znajomość: z siedemnastoletnią panną Idą Knight, która „przypadła mu do serca”. Conrad poznał ją w domu pani Borroughs, matki kapitana Arthura Borroughsa, z którym – jako młodym praktykantem – zetknął się na kliprze Tilkhurst w 1886 roku. Sprawa skomplikowała się przez siostrę pani Borroughs, pannę Annette – zakochała się w Conradzie i otwarcie konkurowała z Idą.

Tych romansowych rozterek i „możliwości” było chyba za wiele (tym bardziej, że według biografa „Conrad był wobec kobiet w ogóle nieśmiały”) i Conrad zapewne z radością i ulgą skorzystał z zaproszenia dawnego przyjaciela G.F.W. Hope’a na rejs żeglarski kutrem Ildegonde na przełomie lipca i sierpnia. Świeże morskie powietrze Kanału La Manche i Morza Północnego, praca przy żaglach, linach szybko wywiałyby z głowy i z serca rozterki i niezdecydowane pomysły miłosne, flirty.

Po powrocie z rejsu Conrad jednak nadal koresponduje z panną Emilie, jednocześnie z „drogą cioteczką” Poradowską wiąże nadzieje na wspólne pisanie powieści. Święta Bożego Narodzenia 1895 roku spędza w Paryżu, zapewne widuje się z „wujenką”, ale tuż przed Nowym Rokiem wraca do Londynu.

W początku lutego 1896 roku dowiaduje się o zaręczynach Emilie z dr Edmondem  Lalitte. W tym samym czasie – czy wskutek wiadomości o zaręczynach Emilie? – Conrad proponuje Jessie małżeństwo; ślub – choćby za tydzień, dwa! Ostatecznie termin zostaje uzgodniony – za sześć tygodni. Spośród trzech, a może czterech romansów w ciągu roku, ten jeden – choć nic nie wskazuje by było to silne uczucie – dojrzał i zmierzał do ołtarza.

Spotkanie z Emilie to rozdział zamknięty, z Marguerite Poradowską spotka się dopiero za pięć lat, ale będzie to już inna rzeczywistość – domowe pielesze, żona, syn Borys.

Gwałtowny czas rozterek serca z okresu maj 1895 – marzec 1896 dobiegł końca. Ślub i w dzień po ślubie wyjazd na „miesiąc miodowy” do Bretanii, na Île-Grande, który to „miesiąc” trwał do połowy września (Jessie opowiadała „o długim miesiącu  miodowym na kutrze żeglującym przy brzegach Bretanii”; była to łódź żaglowa La Pervenche wynajmowana od kapitana Le Bras’a). Podczas miodowych miesięcy w Bretanii Conrad kończy nowelę Idioci – o żonie, która broniąc się przed stosunkiem z mężem, zabija go nożyczkami!

„A woda, jak dawniej czysta, stoi wielka i przejrzysta” i odbija w błękitnym lustrze dalekie, zaśnieżone szczyty Alp, pobliskie winnice, pola uprawne, miasta i wsie; obmywa mury Château de Chillon, rozsławionego przez Lorda Byrona w „The Prisoner of Chillon”.

To właśnie do zamku Chillon z nieodległego Vevey (w Vevey przebywał i zmarł Henryk Sienkiewicz) wybrali się parostatkiem łamiąca konwenanse swojego środowiska podrastająca Daisy i zakochany w niej dojrzały, prawie trzydziestoletni Frederick Wintebourne z opowiadania Henry Jamesa.

Z Genewy parostatkiem Winterlied wyruszył w rejs po Lac Léman Juliusz Słowacki i tu napisał wiersz „Rozłączenie”.

Do Genewy przyjechał „własną karetą zaprzężoną w dwa potężne rumaki, z opiekunem Jakubowskim, kamerdynerem Lintnerem i zasobną kiesą” młody, siedemnastoletni hrabia Zygmunt Krasiński, a Adam Mickiewicz tu tworzył liryki lozańskie (obaj poeci pływali łódka po Jeziorze Lemańskim, razem wyruszyli w Alpy na wysokogórską wędrówkę).

8          M. William Turner, Lake Geneva and Mount Blanc   (1802-1805; akwarela i tusz; 73,3 x 113,3 cm; Yale Center for British Art)   http://collections.britishart.yale.edu/vufind/Record/1669781

Joseph Conrad czterokrotnie był nad Lac Léman i zawsze zatrzymywał się  w hotelu-pensjonacie „La Roseraie” w Champel-les-Bains. Sprowadzały go tam przede wszystkim problemy zdrowotne – podagra, rozstrój nerwowy; prawie zawsze o podłożu psychosomatycznym. Tamtej wiosny 1895 roku nasilenie emocjonalnych stanów było szczególnie duże, a nałożyły się jeszcze rozterki sercowe, niezdecydowane uczucia miłosne do młodych (nawet jednej nastoletniej!) panien i dojrzałej, doświadczonej życiowo, pięknej kobiety, i wydaje się, że Lac Léman również na Conrada, wchodzącego w wiek średni miało – podobnie jak na innych poetów, prozaików, artystów – siłę „twórczego” oddziaływania.

(zs), luty 2018

____________________________________________________

Tekst w pierwotnej wersji pod tytułem „Conrad w Szwajcarii” opublikowany 6. marca 2018 w: Polska Canada Magazyn Twórczy                       http://www.polskacanada.com/zenon-szostak-conrad-w-szwajcarii/
i na stronie Facebook           https://pl-pl.facebook.com/polskacanada/ 

Marek Słodownik: Laudacja – Henryk Widera

P1740574

NAGRODA SPECJALNA KOLOSÓW ZA ROK 2017
dla
kpt. HENRYKA WIDERY

w dowód uznania niezwykłej postawy, imponującej wytrwałości oraz konsekwencji w realizowaniu życiowej pasji dla człowieka niezwykłego, którego niezależność, umiłowanie wolności oraz odwaga życia w zgodzie z samym sobą budzą głęboki podziw i stanowią wzór do naśladowania.

 

Szanowny Panie Prezydencie,

Szanowni członkowie Kapituły,

Szanowni gości i wspaniała publiczności,

kapitan Henryk Widera to postać doceniona praz Kapitułę i uhonorowana Nagrodą Specjalną, ale o tym, że jest to człowiek wyjątkowy, wie chyba każdy żeglarz. Za sobą nie ma wielkich rejsów oceanicznych, słynnych przylądków czy rekordów żeglarskich. Bo nie o rekordy i wyczyny chodzi mu w żeglarstwie. O rejsach marzył od dziecka, a żeglarstwo utożsamiał z wolnością i swobodą. Dzieciństwo spędzone na Śląsku, później praca w Zielonej Górze nie zabiły młodzieńczych marzeń i tęsknot. Cały czas tkwiła w panu Henryku myśl o żeglowaniu. Od dziecka uczył się grać na skrzypcach, nakłaniany do tego przez ojca-samouka. Pan Henryk odebrał solidne wykształcenie muzyczne, a kiedy mógł decydować o własnym losie samodzielnie, wybrał na miejsce zamieszkania Szczecin. „Bo tu wokoło tyle wody”, zwykł mawiać.

Z pasji do muzyki i miłości do żeglarstwa pan Henryk wybrnął w sposób koncertowy. Kiedy zakończył pracę zawodową jako koncertmistrz i pedagog, za odkładane przez lata pieniądze kupił niewielki jacht, który nazwał „Piano”. Żeglował na nim niebanalnie, nie po Zalewie Szczecińskim czy Jeziorze Dąbie, ale niemal od razu popłynął do Kopenhagi, a następnie do Francji. Podczas rejsu łączenie miłości do muzyki i żeglarstwa zaowocowało graniem na ulicy w celach zarobkowych. Pan Henryk jest wirtuozem skrzypiec, nic zatem dziwnego, że w ulicznym muzykowaniu odnosił niemałe sukcesy. Dzięki hojności słuchaczy mógł kontynuować żeglowanie i tak jedna pasja skutecznie przez lata wspierała tę drugą. Miał zbyt mały jacht, kupił więc nieco większy, nazwany „Gawot”. Żeglował po Morzu Śródziemnym łącząc pobyty w portach z graniem muzyki poważnej na ulicach i skwerach tamtejszych kurortów. Kiedy postanowił opłynąć całą Europę, dotarł przez Bosfor do Rosji, tam jednak musiał wyprawę przerwać. Nie ze względu na trudności nawigacyjne czy pogodowe. To rosyjscy urzędnicy zahamowali rejs. Wrócił do Polski samochodem, ale z ukochanym „Gawotem”. Uznał, że pętla nie jest domknięta, ponownie pojechał do Rosji. Zgodę na kontynuowanie żeglugi dostał od samego Putina, ale dla lokalnych urzędników było to wciąż za mało. Pan Henryk więcej zrobić nie mógł. Potrafi walczyć ze sztormami i falami, z biurokracją – nie. Wrócił do Polski morzem przez Finlandię i nawet dziwił się, że w macierzystym klubie po zakończeniu rejsu fetowany był jak bohater.

Za swoje dokonania został dwukrotnie wyróżniony podczas Kolosów w kategorii „Żeglarstwo”: za rok 2004, gdy samotnie dopłynął „Gawotem” na Wyspy Kanaryjskie, oraz cztery lata później za wspomniany już przerwany rejs wokół Europy. Na Kolosach 2008 otrzymał również Nagrodę Dziennikarzy.

Jesienią 2017 roku, podczas kolejnego rejsu po Morzu Śródziemnym, jego ukochany „Gawot” uległ wypadkowi i rozbił się na skałach u wybrzeży Prowansji. Żeglarz wyszedł z wypadku bez szwanku, ale „Gawot” wydobyty z morza i odholowany do portu, już nie. Dla pana Henryka ta strata była ogromnym ciosem, ale szybko się po nim otrząsnął i zabrał za budowę nowej jednostki – tym razem katamarana. Bo choć w tym roku kończy 88 lat, nie zamierza odchodzić na drugą emeryturę i wciąż pozostaje czynnym żeglarzem.

W trakcie swoich podróży nigdy nie rozstaje się ze skrzypcami. Wspaniała osobowość, niezrównany gawędziarz, ujmujący, ciepły oraz po ludzku dobry i mądry człowiek, a przy tym żywa legenda Kolosów: Henryk Widera, prawdziwy Henryk Żeglarz.

_______________________________

Laudacja wygłoszona przez Marka Słodownika z okazji przyznania Henrykowi Widerze Nagrody Specjalnej Kolosów za rok 2017; Gdynia, 11.03.2018r.

P1740561  P1740352

Fot. M. Słodownik

(zs): Redaktor

Do ubiegłorocznej Międzynarodowej Nagrody Żeglarskiej Szczecina w kategorii ”Nagroda im. Ludomira Mączki” został zgłoszony redaktor Marek Słodownik. Nagrody nie uzyskał, ale dokonania jego budzą podziw i uznanie dla pasji, profesjonalizmu, rzetelności dziennikarskiej.

W uzasadnieniu zgłoszenia Andrzej Strauchold opisał dokonania redaktora:

„…Red. Marek Słodownik w 2016 roku wydał na płycie DVD opracowanie pt. „Żeglarstwo polskie okresu międzywojennego”, unikatową monografię poświęconą historii żeglarstwa. Praca nad tym projektem trwała prawie 3 lata, a dzieło wydane zostało z okazji ubiegłorocznego Sejmiku PZŻ…

Na płycie zamieszczono prawie 500 zdjęć, wiele z nich nie było dotąd publikowanych, cdponadto płyta zawiera bardzo rzetelnie zbadane informacje, co w wielu przypadkach (geneza żeglarstwa w Chojnicach, okoliczności powstania PZŻ, segmentacja klas regatowych) rzuca zupełnie nowe światło na znane – wydawałoby się – zagadnienia…. Na szczególne wyróżnienie zasługuje część poświęcona budowie jachtów, a to ze względu na systematyczne ujęcie zagadnienia i odkrywanie tajników przedwojennych konstrukcji jachtowych, dziś już zupełnie nierzadko zapomnianych. Osobnym walorem dzieła są biogramy prawie 50 żeglarzy i działaczy żeglarskich tego okresu….

Kino żeglarskie

Red. Słodownik był pomysłodawcą i organizatorem kina żeglarskiego w Warszawie działającego w latach 1983-1985. Początkowo działało ono w gmachu Pałacu Młodzieży, ale wskutek olbrzymiego zainteresowania widzów musiano przenieść je do większej sali, w Domu Kultury Nauczyciela przy ul. Brzozowej w Warszawie. W tych latach pozyskanie kopii filmów zagranicznych było niezwykle trudne, jednak organizator zdołał nawiązać współpracę z ambasadami i ośrodkami kultury państw zachodnich, za co spotykały go w późniejszym okresie szykany ze strony służb. Przez 2 lata funkcjonowania kina odbyło się ponad 70 pokazów filmowych w czasie których wyświetlono około 200 filmów o tematyce żeglarskiej i morskiej…

Teksty dziennikarskie

Marek Słodownik stał się prawdziwym autorytetem w zakresie regat oceanicznych (Whitberad Round the World Race/ Volvo Ocean Race, Vendee Globe, Around Alone, itp.), ale też okazał się chyba najlepszym specjalistą w zakresie regat o Puchar Ameryki, którym poświęcił wiele lat życia. Niewątpliwą zasługą red. Słodownika jest także systematyczne publikowanie wywiadów z najlepszymi na świecie żeglarzami. Wszystkich wywiadów było około 80, a autorowi udało się dotrzeć do takich sław żeglarstwa (i namówić na rozmowę) jak sir Peter Blake, sir Robin Knox-Johnston, Olivier de Kersauson, Bruno Peyron, Loick Peyron, Thomas Coville, Chris Dickson, Michel Desjoyeaux, Ellen McArthur, Franck Cammas, Grant Dalton, John Bertrand, Jean-Luc van den Heede, Dennis Conner i dziesiątki innych, wcześniej nie pojawiających się w rozmowach na łamach polskiej prasy żeglarskiej…

Akcja ratowania Dezet

Red. Marek Słodownik jest pomysłodawcą akcji „Ratujmy Dezety”, która w sezonie 2016 obchodziła swoje 15-lecie. Kiedy Polski Związek Żeglarski w 2002 roku ogłosił, żDSC04545e wycofuje Dezetę z egzaminowania i szkolenia na stopnie żeglarskie, pod znakiem zapytania stanęła przyszłość najstarszej w Polsce klasy jachtów. Przez wielu armatorów traktowana jako zło konieczne, klasa została skazana na zniszczenie. Wówczas to red. Słodownik, dziennikarz magazynu Rejs rzucił hasło akcji „Ratujmy Dezety”. Pierwszym elementem operacji było zorganizowanie niezwykłych regat tych jachtów; jedynych na polskim śródlądziu regat całodobowych. Impreza cieszyła się ogromnym powodzeniem pomimo wysokich kosztów transportu prawie 2-tonowych jednostek; w kolejnych sezonach do Giżycka przyjeżdżało ponad 30 jachtów, co oznaczało, że w imprezie brało udział prawie 400 żeglarzy…

Rok Zaruskiego

n4678p01Red. Słodownik jest pomysłodawcą obchodów Roku Mariusza Zaruskiego w 2017 roku oraz autorem spójnej koncepcji całorocznych celebracji opracowanej w najdrobniejszych szczegółach. 31 stycznia w warszawskim Centrum Olimpijskim odbyła się Gala Zaruskiego. Została zorganizowana przez red. Słodownika w 150-lecie urodzin Generała i stanowiła inaugurację całorocznych celebracji….n4678p03

 

 

 

 

… a to jeszcze nie koniec.

Na stronie „Kolosy” krótkie info o redaktorze.

slodownik_d7c0bc2df2265f1d7a2e95c3f187d489

 

Dziennikarz magazynu „Wiatr”. W latach osiemdziesiątych odbył wiele rejsów żeglarskich po Bałtyku i Morzu Północnym. W latach dziewięćdziesiątych korespondent prasy żeglarskiej w Londynie. Studiował mass media communication w Westminster University of London. Autor ponad tysiąca opublikowanych artykułów o żeglarstwie.

 

http://kolosy.pl/index.php/nagrody/rada/marek-slodownik-zeglarstwo

(zs): STS „Kapitan Głowacki”

Jeśli, cytując Conrada: „porty są do niczego – statki gniją, ludzie schodzą na psy”, to casus brygantyny STS Kapitan Głowacki jest wręcz modelowym tego przykładem. Przeholowany do portu na środkowym Wybrzeżu czeka (oby nie – „gnije”!) na remont klasowy.

„Co dalej ze statkiem?!” – pyta i apeluje osoba ongiś mocno zaangażowana w „Szczecińską Szkołę pod Żaglami”, właśnie na owej brygantynie – „mam nadzieję, że podjęta inicjatywa, by odbudować żaglowiec, choć milcząca ostatnio, nadal nie została zagubiona.”

Tymczasem decyzją nr 1518/2017 z 14.09.2017 roku Zachodniopomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Szczecinie żaglowiec Kapitan Głowacki został wpisany jako zabytek do rejestru zabytków ruchomych techniki.

Document-page-001 Document-page-002 Document-page-004 Document-page-005 Document-page-006Document-page-003

Zamieszczono na prawach cytatu bez komercyjnego wykorzystania.

Kadłub obecnej brygantyny został zbudowany w stoczni niemieckiej w Świnoujściu pod koniec II wojny światowej. Po wojnie podniesiony z dna w pobliżu toru wodnego Szczecin – Świnoujście, pod koniec lat czterdziestych został przetransportowany do Gdyni w celu przebudowy na jednostkę żaglową (kecz gaflowy). Początkowo nadano mu nazwę Rybak (GDY-180), którą wkrótce zmieniono na Henryk Rutkowski (GDY-180). Po przejęciu jednostki przez ośrodek żeglarski Ligi Obrony Kraju w Jastarni (w 1967r.) zachowano nazwę Henryk Rutkowski (PZ-2). Kolejnym właścicielem jachtu stał się Centralny Ośrodek Żeglarstwa Polskiego Związku Żeglarskiego w Trzebieży (od 1970r.) i nowy właściciel … zmienił nazwę na Biały Słoń (PZ-2); ale tylko chwilowo bo wkrótce powrócono do poprzedniej nazwy Henryk Rutkowski i po kilkunastu latach „burzliwej” eksploatacji, w połowie lat osiemdziesiątych dokonano przebudowy na brygantynę. Głębokie zmiany polityczne w Polsce dosięgły także „Rutka” – ktoś przypomniał sobie (a może wszyscy wiedzieli, ale nie wypadało głośno mówić, a i oficjalna historia była „inna”), że Henryk Rutkowski, którego imię nosi dostojna brygantyna to:  „działacz komunistyczny, rozstrzelany w 1925 roku za zabójstwo kilku osób, w tym policjanta. W czasach PRL uznawany za bohatera ruchu robotniczego”, więc nazwę zmieniono na Kapitan Głowacki (na cześć znanego działacza i popularyzatora żeglarstwa). Dziś przed „Rutkiem” – „Głowasiem”, jak niektórzy zdrobniale mówią, wyzwania poważniejsze niż zmiana nazwy… choć nazwa Biały Słoń, w zasadzie neutralna politycznie, była ciekawym i „bezpiecznym” pomysłem.

(zs)

Anna Kaniecka-Mazurek: zamiast recenzji

…Zgłaszam kandydaturę Kazimierza Ludwińskiego jako Autora książek o tematyce żeglarskiej, zatytułowanych Wyspa Szczęśliwych Dzieci.wyspa_szczesliwych_dzieci_okladka_przod_MINI (1)

 

Tom I: Bracia Ludwińscy mówi o kilkudziesięciu latach żeglarskiego życia Autora i jego braci.

 

Wyspa-szczesliwych-okladka-tom-II-NEL-WWW (1)

 

 

Tom II: NEL i tom III: NOE, który niedawno się ukazał oraz pisane następne tomy, opowiadają o dziewięcioletnim rejsie z dziećmi dookoła świata na katamaranie Wyspa Szczęśliwych Dzieci.

 

 

Ludwiński jest wspaniałym żeglarzem, młodszym kolegą Ludomira Mączki, postacią znaną i lubianą w szczecińskim, i nie tylko, środowisku żeglarskim. Jego podróż została doceniona m.in. Kolosem 2013, ale jego działalność literacka nadal wymaga nagłośnienia. Warto skierować reflektory na Ludwińskiego jako Autora książek żywo i ciekawie opowiadających o pięknie niebywałej przygody, jaką był wieloletni rejs z malutkimi dziećmi (7 miesięcy Noe i 6 lat Nel). Książki te w wysokiej literackiej formie promują poznawanie światIII_tom_Wyspy (2)a i wychowywanie dzieci poprzez żeglarstwo, zgodnie z ideą swobodnego żeglowania. Autor z niespotykaną szczerością pokazuje słabości, smutek i radość – żeglarstwo bez napinania mięśni. Dzieli się doświadczeniami żeglarskimi, uczy pokory wobec natury, tolerancji dla inności i miłości do ludzi. Nie zapominajmy, że w tak długim rejsie czas upływa na kotwicowiskach i na lądzie.

Myślę, że przyznanie tej nagrody Kazimierzowi Ludwińskiemu, bardzo by się spodobało kapitanowi Mączce, którego również miałam zaszczyt osobiście znać.

1981a) Senegal 2013 - po zamknięciu wokółziemskiej pętli

Anna Kaniecka-Mazurek

____________________________________________________________________________________________________

Anna Kaniecka-Mazurek absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Ostatnio wydała książkę „Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić”. Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

(zs): List królowej Anglii w sprawie zatrzymania żeglarzy szczecińskich

Po klęsce Wielkiej Armady (07-09.1588r.) w starciach z flotą angielską działania zwycięzców nasiliły się, mając na celu ostateczne złamanie potęgi hiszpańskiej i portugalskiej na morzu i w nowo odkrytych ziemiach. Oprócz operacji morskich u wybrzeży europejskich i w odległych krajach (Panama, Puerto Rico) przeprowadzanych przez żeglarzy i korsarzy angielskich w służbie królowej Elżbiety, istotna dla ostatecznego zwycięstwa była wprowadzona przez Anglię blokada portów półwyspu iberyjskiego.

Z pewnością fakt ten (blokada portów) znany był w krajach europejskich, a jednak statki żaglowe kupców szczecińskich załadowane towarami handlowymi wyruszyły z zamiarem dotarcia do Lizbony. Wąskie wody Cieśniny Kaletańskiej, dobrze strzeżone przez Anglików nie pozwoliły na „ciche” dotarcie do rynków hiszpańskich. Szczecińscy żeglarze zostali zatrzymani przez flotę angielską. O fakcie tym królowa Elżbieta powiadomiła listem z 15. maja 1590 roku księcia pomorskiego Jana Fryderyka (dynastia Gryfitów – książąt pomorskich pochodzenia słowiańskiego).

AGAD_List_Elżbiety_do_Jana_Fryderyka_w_sprawie_zatrzymania_okrętów_pomorskich

Źródło: pl.wikipedia, (ze zbiorów Archiwum Państwowego w Szczecinie)

 

 

ZŻ 36e luty 2018

Po całodniowej bitwie ósmego sierpniu 1588 roku pod Gravelines (hiszpańskie Zjednoczone Prowincje Niderlandzkie) pomiędzy Wielką Niezwyciężoną Armadą (Grande y Felicísima Armada) a flotą angielską, następnego dnia naczelny dowódca Armady książę Medina-Sidonia nie widząc możliwości zwycięstwa – upadek ducha bojowego wśród dowódców Armady!, – postanowił wracać do Hiszpanii, przez Morze Północne i Atlantyk, opływając dookoła Wyspy Brytyjskie.

       Loutherbourg-Spanish_Armada

       „Bitwa pod Gravelines” – Philip James de Loutherbourg (1796r, olej na płótnie,214.6 × 278.1 cm ), w zbiorach:  National Maritime Museum, Greenwich Hospital Collection, London, UK.   

Ze 130 okrętów Wielkiej Armady do Hiszpanii powróciło zaledwie 65 żaglowców. Król Hiszpanii Filip II przyjął klęskę z nabożną rezygnacją. Nastrój żałobny panował w całej Hiszpanii. „Klęska floty jest nieszczęściem, nad którym płakać będziemy przez wieki (…) pozbawiła nas bowiem szacunku i dobrej sławy, jaką cieszyliśmy się dotychczas wśród wojowniczych narodów…” pisał z rozpaczą hiszpański zakonnik na dworze króla.

Królowa Anglii Elżbieta tryumfowała, ale wojna angielsko-hiszpańska (1585 – 1604) trwała nadal, aż do konferencja w Somerset House w Londynie w 1604 roku (już za panowania jej następcy Jakuba I), podczas której podpisano traktat pokojowy kończący zmagania. Angielskim kupcom warunki traktatu gwarantowały swobodę handlową i był to znaczący krok w stronę budowy angielskich kolonii w Nowym Świecie a także imperialnej potęgi Anglii. Tymczasem po klęsce hiszpańskiej Armady w 1588 roku konflikt trwał nadal, doprowadzając do wielu bitew morskich, do ataków z morza na hiszpańskie miasta i na osady w koloniach. Miał on również wpływ na ograniczenia w handlu morskim, o czym w maju 1590 roku przekonali się szczecińscy kupcy-żeglarze…                                                                               (zs)

czytaj dalej w: „Listy”                                                                                                                                     _____________________________________________________________________________________________________

 Henryk Jaskuła:                                                     ARTYKUŁY

„…powstała rozterka: czy zmienić datę dzisiaj, po przekroczeniu południka 180⁰ i mieć dwie soboty pod rząd, czy zmienić ją jutro po przekroczeniu Międzynarodowej Linii Zmiany Daty – i mieć dwie niedziele razem?…”

__________________________________________________________________________

(zs):                                                        LISTY

 „…Szczecińscy żeglarze zostali zatrzymani przez flotę angielską

_________________________________________________________________________

   G A L E R I A    O B R A Z U

    Brygantyna sy Kpt. Głowacki przez Jurka T.

    „STS Kapitan Głowacki” – Jerzy Józef Tyszko (ur. 1935 Warszawa, żeglarz, instruktor, marynarz (podwodniak),  artysta-malarz, rzeźbiarz, grafik, autor prac marynistycznych). Zdjęcie obrazu zamieszczone na prawach cytatu bez komercyjnego wykorzystania.

Czytaj więcej w: „Wspomnienia”

 

Henryk Jaskuła: Zmiana daty, czyli podwójne „Ja”

Henryk Jaskuła,2007Prawdą jest, że w każdym człowieku istnieje kilku różnych ludzi, nawet potoczny język posługuje się określeniem „drugie ja”. Tych „ja” jest znacznie więcej: jest i to „ja”, które się wywyższa nad pierwszym i nad drugim, jest „ja” satyra, które bezustannie kpi ze wszystkich, jest „ja” od realnego i logicznego myślenia, dystansujące się od pozostałych, które ma za „nierealnie patrzące i nielogicznie myślące”. Człowiek to jak nasz Sejm z koalicją i opozycją, Rząd, Belweder i Senat razem wzięci, a prawdą jest również i to, że w każdym człowieku istnieje i próbuje działać zarówno Doktor Jekyll jak i Mister Hyde. Wszyscy staramy się aby nasz Mister Hyde nie miał nic do gadania, a gdy nie udaje mu się dojść do głosu jesteśmy uważani za ludzi kulturalnych.

W moim rejsie solo non-stop dookoła świata na Darze Przemyśla nieustannie dochodziło do scysji między tymi różnymi osobowościami i temperamentami. Właśnie długi samotny rejs ma to do siebie, że wszystkie „ja” człowieka działają otwarcie, jako że nie są tłumione przez konieczność liczenia się z obcymi „ja”, z innymi ludźmi, z załogą.

Iście sejmowy przebieg miała różnica poglądów między jednym a drugim „ja” na temat zmiany daty. Do dzisiaj nie jestem przekonany o tym, które z nich naprawdę miało rację. Konflikt zaczął się rano 8. grudnia 1979 r., a była to sobota, 180-ty dzień rejsu od wyjścia z Gdyni. Z przejścia Słońca przez wschodnią część pierwszego wertykału otrzymałem długość geograficzną 179⁰46’E. Wstał piękny, słoneczny dzień, wiatr SbW 4⁰B, takiej pogody pragnąłem na linii zmiany daty.

Zbliżałem się do półmetka, miałem jeszcze 9,4 mile do południka 180⁰, który tak niefrasobliwie podzielił świat na „Zachód” i na „Wschód” (frasunek to dla nas, jako że lokuje Polskę na „Wschodzie”, a my kulturowo i cywilizacyjnie czujemy się „Zachodni”)

INTERN DATE LINE-page-002Południk 180⁰ jacht przeciął o godzinie 09.00 czasu lokalnego, dzisiaj, czyli o 21 GMT wczoraj. Gdy Słońce przechodziło przez zachodnią część pierwszego wertykału, otrzymałem długość geograficzną 179⁰08’W. Byłem już na półkuli zachodniej.

 

 

No i powstała świeża rozterka: czy zmienić datę dzisiaj, po przekroczeniu południka 180⁰ i mieć dwie soboty pod rząd, czy zmienić ją jutro po przekroczeniu Międzynarodowej Linii Zmiany Daty – i mieć dwie niedziele razem? Linia daty – „Date Line” – nie pokrywa się na całej długości z południkiem 180⁰. W rejonie Australii, na wschód od Nowej Zelandii odchyla się o 7,5⁰ na wschód, a w miejscu gdzie ja ją przecinam biegnie skośnie od południka 180⁰ do 172,5⁰W, i przetnę ją jutro, w niedzielę.

Ta odchyłka linii zmiany daty od południka 180⁰ jest sztuczna, podyktowana względami administracyjno – gospodarczymi, aby możliwie cały zespół Oceanii będący w sferze gospodarczej Australii, leżący na wschód od południka 180⁰, miał tę samą datę. Co mnie to w końcu obchodzi? Powinienem dziś zmienić datę, czyli jutro mieć drugą sobotę 8 grudnia.

Taaak… ale mieć dwie niedziele pod rząd to nie banalna przygoda, dziesięć razy mogę opłynąć świat a taka gratka nie trafi się. Sztucznie czy nie sztucznie biegnie ta linia, jestem w prawie zmienić datę jutro i nikt mi nic nie zarzuci. A więc będę miał dwie niedziele pod rząd!

Dyskusja między dwoma „ja” staje się coraz bardziej zażarta, co zmusza mnie, trzeciego, do zajęcia stanowiska (a które „ja” sam reprezentuję, czy to które uważa się za nadrzędne?) Szczerze mówiąc nawet mnie to bawiło, toteż beż żalu naruszyłem skrzynkę z winem przeznaczonym na tropiki i rozlałem Pinot Noir między partnerami – do jednego kubka, jako że wszystkie „ja” piją, na szczęście, z jednego kubka.

– A pourywajcie sobie łby, co mi tam! – pomyślałem.

– Zgrywasz się, nie jesteś skromny, uczciwie powinieneś dziś zatrzymać datę i mieć jutro drugą sobotę!

– Głupiś! W końcu tę linię namalowali mądrzejsi od nas. O, stoi wyraźnie „Date Line”, dlaczego szukasz dziury w całości? Gdyby mi wypadły dwa piątki pod rząd, dwa dni bym pościł, ale skoro wypadają mi dwie niedziele, dwa dni będę chodził w nastroju świątecznym.

– Nie udawaj, że nie rozumiesz. Tu chodzi o grę: długość 180⁰ czy „Linia zmiany daty”. Gdyby dziś była niedziela, dzisiaj, kiedy przekraczasz południk 180⁰, nie wahałbyś się, tylko dzisiaj zmieniłbyś datę i miał dwie niedziele tłumacząc to logicznie, że cię nie obchodzą podziały administracyjno – gospodarcze na Oceanii. Ale naciągasz, żeby mieć dwie niedziele pod rząd.

– Nie naciągam! Ty… bo cię… za burtę! Patrz, jeżeli nie jesteś ślepy, jest na mapie „Date Line”? Jest czy jej nie ma? Nie obchodzą mnie podziały, żegluję według mapy jak wszyscy i muszę się trzymać mapy!

– Taaak… bo jutro może cie zahaltować pancernik królestwa Nuku-Nuku i zapytać jaki u ciebie dzień, a gdy mu odpowiesz, że sobota, zasypie cię strzałami ze wszystkich łuków, bo jutro jest niedziela w Nuku-Nuku. A jeśli nawet by cię nie skontrolował żaden pancernik, czemu zatem tak ci zależy aby skrupulatnie obchodzić niedzielę równocześnie z mieszkańcami Tonga?

– Skończmy tę głupią dyskusję. Czy ci się podoba, czy nie, datę zmienię jutro i będę miał dwie niedziele. Masz rację, chcę mieć dwie niedziele i oparłem się na odchyłce Linii zmiany daty od Południka 180⁰, ale czy ja nie mogę mieć żadnej słabostki? Stary… bądź człowiekiem!  To są puste dyskusje, bo gdyby jutro był poniedziałek, a ja dzisiaj na 180 południku zatrzymałbym datę i miał dwie niedziele, mógłbyś mi zarzucić, że naciągam, że zmieniam datę na południku 180o, a nie na Międzynarodowej Linii Zmiany Daty. Można tak, można siak. Gdyby dzisiaj był wtorek, a jutro środa, nie byłoby tego swaru!

– Dobrze, nie neguję racji, tylko nie rozumiem dlaczego wolisz mieć dwie niedziele pod rząd, a nie dwie soboty?

– W jakiejś bajce było o wspaniałych czasach, kiedy to psy wiązało się kiełbasą, wróble chodziły po śniegu w butach, a co tydzień stykały się ze sobą dwie niedziele. Niech w moim skromnym życiu spełni się częściowo opowieść bajki…

Henryk Jaskuła

__________________________________________________________________________________________________

Henryk Jaskuła – ur. 22.10.1923r., w Radziszewie; wsławił się pierwszym polskim rejsem dookoła świata bez zawijania do      portów na trasie Gdynia – Gdynia  (1979-1980), na jachcie „Dar Przemyśla”.

 

Małgorzata Krautschneider: The Vela

 

Małgorzata KrautschneiderROZDZIAŁ 20

W drodze na Islandię

(…)

Któregoś dnia, wczesnym rankiem, po raz pierwszy ujrzałam wybrzeże Islandii. Oglądać wyspę na własne oczy było czymś zupełnie innym niż marzyć o niej. Widok rzeczywistej Islandii na horyzoncie wywołał we mnie euforię. Zapomniałam o incydencie z jedzeniem. W mojej wyobraźni, triumfalnie, wysyłałam już pocztówki z Islandii do adresatów z długiej listy osób, które powątpiewały w sukces naszej wyprawy.

Obudziłam Rudę i Pavla. Od razu chciałam przygotować wszystkie liny i odbijacze niezbędne do zacumowania.

Ruda wyśmiał mnie i stwierdził: „Jesteśmy jeszcze za daleko”.europe

Miał rację. Wysokie, pokryte śniegiem góry sprawiały wrażenie, że są znacznie bliżej niż były w rzeczywistości. Podpłynięcie do nich zajęło nam wiele godzin. Ja jednak uparcie wywlekałam na pokład wszystkie liny cumownicze. Chciałam być doskonale przygotowana, aby zapobiec chaosowi podczas manewrów podejścia do kei. Przede wszystkim zaś przytłaczały mnie moje własne oczekiwania i musiałam dać upust emocjom.

Teraz już wszyscy patrzyliśmy z zachwytem, zahipnotyzowani widokiem lśniącego lodowca. Zbliżając się do wschodnich wybrzeży Islandii, ujrzeliśmy Vatnajökull, jeden z największych lodowców w Europie. Gdzieś tam daleko na południu Islandii leży Surtsey, pomyślałam sobie. Słynna w owym czasie wyspa, utworzona w wyniku erupcji wulkanicznej działała na moją wyobraźnię. My jednak zmierzaliśmy ku wschodniej części Islandii, do miasta Seyðisfjörður leżącego nad fiordem o tej samej nazwie.

(…)

ROZDZIAŁ 21

Seyðisfjörður – Islandia

Andrzej rysunkiZbliżaliśmy się do wybrzeża, poszukując wejścia do fiordu Seyðisfjörður, które ze względu na nasz kąt podejścia nie było widoczne – zasłaniały je wysokie góry. Wyciągnęłam locję, „Arctic Pilot”, książkę wydaną przez Admiralicję Brytyjską, stanowiącą wielowiekowy zbiór doświadczeń dawnych żeglarzy, zawierającą również rysunki fragmentów linii brzegowej. Porównywaliśmy widoczne kontury lądu na horyzoncie z rycinami w książce. Byliśmy podekscytowani, a ta „zgadywanka” była dla nas pasjonującą zabawą.

Jak gdyby nie dość tych niezwykłych okoliczności, napotkaliśmy wieloryba. Pojawił się nagle obok nas, za rufą jachtu. Ogromne stworzenie sapało i majestatycznie przewalało się na falach. Wieloryb był większy niż Vela i być może jedno machnięcie ja_002ego ogona mogło uszkodzić łódź. Ponieważ wiatr był słaby, niemal tkwiliśmy w miejscu i nawet nie było możliwości ucieczki. Kiedy myślałam o tym później, wydawało się, że była to scena niczym z książki przygodowej, jednak w chwili, gdy zdarzenie miało miejsce, byliśmy niepomni zagrożenia, jedynie zafascynowani zwierzęciem. Studiowałam biologię morza, a teraz miałam okazję zobaczyć to wyjątkowe zwierzę na własne oczy. Obserwowałam z ciekawością opary wody, które wieloryb wydmuchiwał przez nozdrza. Pamiętam rozczarowanie – fontanna nie była aż tak duża, jak to sobie wyobrażałam. Dla Rudy w przyszłości, podczas długich rejsów, spotkania z wielorybami miały stać się powszechne. Skorzystał nawet z możliwości podrapania jednego z nich własną stopą po grzbiecie.

U ujścia fiordu kręciło się kilka statków rybackich. Nie wykazywały nami żadnego zainteresowania. Rozpierała mnie pycha, że jesteśmy na Islandii (i chyba wydawało mi się, że wszyscy powinni witać nas z aplauzem). Poruszaliśmy się na żaglach bardzo wolno, aż wkrótce wiatr całkiem ustał. Znosiło nas na prawą stronę fiordu. Silnik był mocno przymocowany linami do relingu. Jego uruchomienie było zawsze trudne i wymagało dwóch osób. Tymczasem Ruda nawet nie obudził Pavla, który odpoczywał po wachcie pod pokładem. Zaczęłam się denerwować i miałam pretensję do Rudy, że nie jesteśmy przygotowani na taką sytuację. Jacht tracił sterowność. Wzdłuż prawej krawędzi fiordu zobaczyłam silny prąd, jakby w morzu płynęła rzeka. „Wiosła!” Ruda wziął ster i wcisnął mi jedno wiosło z naszego pontonu. Wiosła okazywały się dotąd bardzo użyteczne w manewrach portowych, teraz jednak dryfowaliśmy na skały! W panice wiosłowałam z całych sil, jakby przyszło mi walczyć o życie. Ruda wiosłował z drugiej strony łodzi pilnując jednocześnie steru i wyglądał spokojnie, jakby odpychanie się od skał zdarzało mu się codziennie.

Na szczęście, wiosłując, nabraliśmy wystarczającej szybkości, aby oddalić się od brzegu i uniknąć spotkania z kotłującym się nurtem prądu. Złapaliśmy wiatr. Pozostawałam u steru, kierując Velę na sam środek długiego fiordu. To było jak wejście do świątyni. Przez cały czas spoglądałam w górę, bo widoki były niewiarygodnie piękne. Z gór spływały wodospady, które kryły się w dolinie fiordu. Woda spadała z ogłuszającym hukiem. Czułam się bardzo mała, przytłoczona naturą.

Podpłynęliśmy do miasta, rozciągniętego u krańca fiordu i rozglądaliśmy się, szukając dogodnej przystani. Tymczasem przed dziobem Veli pojawiły się dwie dziewczyny, które postanowiły się wykąpać. Niczym syreny, podpłynęły do ​​nas ze śmiechem. Ruda zapytał je o coś, a one szybko wspięły się na pokład. Były to siostry: blondynka miała na imię Helen, a brunetka – Heidbjört. Radosne, młode Islandki, ubrane tylko w bieliznę, przyciągały wzrok Rudy i Pavla. Obaj byli rozproszeni, chociaż manewry związane z zacumowaniem jachtu wciąż nas czekały. Byłam zmarznięta, zmęczona, a poza tym nagle poczułam się dziecinnie zazdrosna.

Kiedy zacumowaliśmy przy molo, dziewczyny pożegnały się z nami i zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, jak blisko już niebawem będzie z nimi spleciony mój los.

(…)

ROZDZIAŁ 23

Pavel opuszcza jacht

Planowaliśmy kontynuować rejs na północ albo przynajmniej opłynąć Islandię dookoła. Ambicją Rudy było dotarcie za krąg polarny. Skrycie marzył o dotarciu na Jan Mayen, wyspę leżącą około 370 mil morskich na północny wschód od Islandii, albo do wschodnich wybrzeży Grenlandii. Rozmawialiśmy o tym przed wyjazdem. Wiedzieliśmy, że nasze możliwości są ograniczone. Vela była wykonana z drewna i mogła nie przetrwać spotkania z lodem. Zaproponowałam więc, żebyśmy pożeglowali do Akureyri, na północnym wybrzeżu Islandii, a potem ewentualnie wyruszyli w rejs dookoła wyspy. Nasze plany jednak nieoczekiwanie uległy zmianie, kiedy okazało się, że będziemy płynąć bez Pavla.

„Pavel jedzie do Reykjaviku, stolicy Islandii, a stamtąd poleci samolotem”, wyjaśnił mi Ruda, nie okazując szczególnego smutku i żalu. Byłam dosyć zszokowana. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak poradzimy sobie ze wszystkim sami, tylko we dwójkę.

(…)

ROZDZIAŁ 24

Za krąg polarny – tylko my dwoje

(…)

Żeglowanie we dwoje było zupełnie innym doświadczeniem. Konieczność polegania wyłącznie na sobie nawzajem spowodowała nagły wzrost naszej wzajemnej zależności. Czuliśmy wobec siebie większą odpowiedzialność, a nasze wzajemne uczucie umocniło się.

Płynęliśmy wzdłuż wybrzeża. W miarę jak przemieszczaliśmy się coraz bardziej na północ, temperatura spadała, widoczność słabła i częściej padał śnieg.

Trzymaliśmy sześciogodzinne wachty. Na początku sterowanie było jeszcze znośne, później jednak – w miarę jak żeglowaliśmy coraz bardziej na północ – siedzenie w bezruchu, ze sterem w dłoniach, stawało się udręką.

Nawet w środku Veli nie dało się rozgrzać. Schodząc z wachty musiałam jeszcze złapać sygnały radiowe i sprawdzić naszą pozycję. Zabierałam radio do koi i wchodziłam do śpiwora.

Przez pierwszych kilka godzin nie byłam w stanie zasnąć, bo trzęsłam się z zimna. A kiedy jako-tako się rozgrzewałam, trzeba było zastąpić Rudę na wachcie.

Moje stopy były non stop zimne. Kalosze były za ciasne. Ściśle mówiąc, buty miały dobry rozmiar, ale w grubych wełnianych skarpetach nie byłam w stanie poruszać palcami. Ruda nie miał tego rodzaju problemu. Jego kalosze, których używał podczas pracy w lasach i przy pracy w oborze, były zaopatrzone w filcową wkładkę. Na początku rejsu tego rodzaju buty wydawały mi się bardzo ciężkie i nie dość eleganckie na jacht.

Ruda wynalazł grzejnik! Wykonał go z kawałka styropianu, który kiedyś znalazł w śmieciach razem Pavlem. Siedząc, kładliśmy go pod pośladki – styropian dobrze izolował od zimnego pokładu. Ruda przełamał kawał styropianu, a ja włożyłam go w stopy w moim śpiworze. Kiedy dotykałam styropianu, miałam złudzenie ciepła. Uwielbiałam to uczucie i od tej chwili nie rozstawałam się z tego rodzaju „wsparciem”. Niebawem zaczęłam nosić styropian pod ubraniem, na brzuchu i na plecach.

Znaleźliśmy się w położeniu 66° 33′ 39” szerokości geograficznej północnej i oto, po długim rejsie, znaleźliśmy się za kręgiem polarnym. Minęliśmy półwysep Langanes na północno-zachodnim krańcu Islandii, a następnie zbliżyliśmy się do Grimsey, małej wyspy leżącej dokładnie na kole podbiegunowym. Było tam lotnisko, udało mi się więc złapać dobry sygnał radiowy.

Byliśmy podekscytowani tym, że tak daleko dopłynęliśmy. Nasza Vela była na pewno najmniejszą łodzią pod czeską banderą, która przekroczyła koło podbiegunowe, używając tylko żagli. Jednak rejs stawał się coraz trudniejszy.

Popsuła się kuchenka gazowa, nie mogliśmy więc podgrzewać sobie jedzenia. Do dyspozycji mieliśmy tylko suchy prowiant, a właściwie zimny „kit”. Nigdy nie zapomnę, jak pewnego razu Ruda wziął kubek i podgrzał odrobinę mleka z puszki nad płomieniem świecy. Choć było tylko letnie, dla mnie, dygocącej za sterem, było prawie jak wrzątek!

Dni i noce niczym nie różniły się od siebie. Przez cały czas było jasno, panowało arktyczne lato. Po wielogodzinnym czuwaniu za sterem można było stracić kontakt z rzeczywistością. Poruszaliśmy się po omacku, we mgle. Czasami padał śnieg. Było pięknie. Nieustanna wilgoć i zimno sprawiały jednak, że czułam się letargiczna i apatyczna. W końcu przestałam odczuwać chłód. Zaczęliśmy sobie wzajemnie przedłużać wachty. Nie chciałam budzić Rudy, bo wiedziałam, że dopiero po czterech godzinach można się rozgrzać i zasnąć.

Nie spodziewałam się takiego rozsądku ze strony Rudy, byłam więc zaskoczona, kiedy postanowił, że trzeba wracać do Seyðisfjörður. Z żalem porzucałam nasze plany, ale w głębi duszy czułam, że to była dobra, prawdziwie „kapitańska” decyzja.

IMG_4554   Ruda Krautschneider, kapitan Veli na Islandii 1977 r

(…)

ROZDZIAŁ 26

Życie w islandzkiej rodzinie

Zostałam przyjęta do rybackiej rodziny Johana Johanssona. Już wcześniej zetknęłam się z jego córkami, Helen i Heidbjört – to one urządziły sobie kąpiVela 16el w fiordzie. Teraz Ruda i ja mieliśmy okazję poznać również jego żonę, Ingę, a także pozostałych członków licznej rodziny Johana.

Wszyscy zostawiali buty na progu przed głównymi drzwiami wejściowymi do domu, podobnie jak to robiło się w Czechach.

                                                                                                                                                                                             Inga, Fjola i ja w Seydisfjordur, Islandia, sierpień 1977r

Nigdzie indziej nie spotkałam się z równie ścisłym przestrzeganiem „reguł domowych”. A jednak stosunki rodzinne cechowała tolerancja i wolność, jakiej nigdy wcześniej nigdzie nie widziałam.

Heidbjört oddała mi własny pokój, który dzieliła ze swoją siostrą Helen. Helen miała już osiemnaście lat, więc mogła mieszkać ze swym chłopakiem. Na cały dzień wszyscy gdzieś znikali. Przeważnie spędzałam czas samotnie, leżąc w łóżku i czekając na odwiedziny Rudy i powrót pozostałych członków mojej „rodziny”. Heidbjört pozwoliła mi słuchać płyty z musicalu „Evita”, który w owym czasie święcił triumfy na szczytach list przebojów. Słuchałam jej po wielokroć, wciąż od nowa.

Inga i ja oglądałyśmy razem telewizję. Pewnego dnia – był to 16 sierpnia 1977 – dotarła smutna wieść: zmarł Elvis Presley. Wszyscy zaczęli płakać. Nigdy nie zapomnę, że byłam w tamtym czasie na Islandii. Wydarzenie to przypomniało mi, że nie powinniśmy przebywać tu aż tak długo – robiło się późno. Chociaż lekarz zalecił mi przynajmniej dwutygodniowy pobyt w cieple, Ruda już myślał o powrocie.

Inga wciąż robiła dla mnie na szydełku czapkę. Wcześniej zdążyła już skończyć rękawiczki i szalik – wszystko z oryginalnej islandzkiej wełny. Oznajmiła, że ​​nie wolno nam wypłynąć przed ukończeniem czapki.

Każdy starał się przychylić mi nieba. Nigdy wcześniej nie jadłam tylu ciastek z bitą śmietaną. Była to przyjemna zmiana po papce Rudy. Ruda starał się hamować mój apetyt, spoglądając na mnie z wyrzutem. Odczuwaliśmy ogromną wdzięczność wobec rodziny Johana, lecz w żaden sposób nie byliśmy w stanie im się odpłacić.

Ruda zabawiał więc naszych Islandczyków, jak to on potrafił i już niebawem wszyscy go pokochali. Cieszyliśmy się dużym wzięciem i musieliśmy brać udział w wielu organizowanych dla nas biesiadach. Czasu było niewiele. Fjola, siostra Ingi, wyraziła żal, że ​​nie zdoła zaprosić nas do siebie. Wyczuwając rywalizację o nasze względy, staraliśmy się nie być obojętni na serdeczność ze strony Fjoli i dzielić naszą uwagę i serdeczność równomiernie pomiędzy siostry.

Islandczycy, których mieliśmy okazję poznać, byli wykształconymi ludźmi. Przeczytali wiele książek. Inga powiedziała nam również, że w przeszłości wyjeżdżała do Reykjaviku, aby studiować z córkami w czasie długich zim. Okazało się, że Inga może pochwalić się znajomością ważnych dzieł literatury czeskiej. Ruda był wrażliwy na punkcie swojej kultury, więc Iga bardzo urosła w jego oczach. Musiałam przyznać, nie wiedziałam o literaturze czeskiej tyle, co ona. Ruda przechwalał się, że przeczytał powieść „Salka Valka” islandzkiego noblisty Halldora Laxnessa. Kiedy byłam nastolatką, również moją ulubioną lekturą były skandynawskie sagi. W domu miałam też Laxnessa „Dzwon Islandii”. Nieśmiałość nie pozwalała mi włączyć się do rozmowy i – chociaż chyba lepiej od Rudy znałam język angielski – rzadko zabierałam przy nim głos. Ruda świetnie sobie radził w każdej sytuacji.

Życiem na lądzie władały kobiety, żony rybaków. Kiedy Johan Johansson pojawiał się w domu, w jego rodzinie było to duże wydarzenie. Wszyscy – nie tylko rodzina – traktowali go z wielkim szacunkiem. Był posłem do Althingu – Parlamentu Islandzkiego. Althing został założony w 960 roku, co czyni z niego najstarszą instytucję parlamentarną na świecie. W pewien weekend byłam świadkiem, jak Johan Johansson wyjeżdżał do Reykjaviku. Tego dnia czułam się dość niezręcznie. Było to prawdziwe „trzęsienie ziemi”. Uwaga wszystkich skupiona była tylko na panu domu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy byli podekscytowani, mówili głośno, kręcili się po domu, wpadali do jednego z pokoi po odzież.

Byliśmy już wystarczająco zaniepokojeni z powodu burzliwej pogody, którą moglibyśmy napotkać po drodze do domu. Ruda wierzył, że będę w stanie żeglować z nimi i chciał mnie „uprowadzić”. Rozmawiał długo z Ingą, która nie chciała mnie wypuścić spod swoich skrzydeł. Była to nasza ostatnia szansa na opuszczenie Islandii przed zimą.

Pewnego dnia zatem Inga musiała się poddać i oddać mi niedokończoną czapkę. Uwielbiałam wszystko, co zrobiła dla mnie z prawdziwej islandzkiej wełny, pomagając mi zachować ciepło na morzu i na lądzie przez wiele przyszłych lat. Mimo, że czapka była na moją głowę za mała i nie mogłam jej naciągnąć na czoło, nie chciałam się z nią rozstawać.

Po naszym powrocie matka Rudy przez długie lata pozostawała w kontakcie z islandzką rodziną. Pielęgnowała tę niezwykłą przyjaźń za swojego syna, pisząc po niemiecku i w języku esperanto. Miała wielu przyjaciół z esperanckich kręgów, rozsianych po całym świecie, dumna z syna, pisała im o jego wyprawach. Wierzyła w misję tego języka i próbowała zarazić tym innych. Ruda nigdy jednak nie traktował tego poważnie i odmawiał pomocy, którą mógłby otrzymać tą drogą.

(…)

Małgorzata Krautschneider

_________________________________

rysunki wykonane na podstawie zdjęć –  Andrzej Wojtasik; fotografie z archiwum Małgorzaty Krautschneider

_____________________________________________________________________________________________________

Małgorzata Krautschneiderw połowie lat siedemdziesiątych XX w.  ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego  w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA.