Archiwum autora: Zenon Szostak

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony.

Obraz z łodziami i żaglami łacińskimi.

Klasyczne łodzie z żaglem łacińskim nadal pływają po Tagu; łodzie z czasów, gdy nie było jeszcze mostów na rzece Tag. I właśnie taki widok zainspirował mnie do malarskich tematów.

Dzisiaj łodzie z żaglami łacińskimi rywalizują w regatach na Tagu; tworzą odrębną klasę sportową. Podczas takich regat, gdzie brałam udział, udało mi się fotografować momenty między rozlewiskami rzeki, gdzie pejzaż brzegowy miał niesamowitą dynamikę. Zmieniał się wraz z każdymi metrami przebywanej trasy. Jako artystka nie mogłam tego „zostawić w głowie”. Namalowałam obraz.

Zawsze, gdy wypływam na rzekę, to jestem z grupą moich doświadczonych żeglarsko kolegów z klubu „ÂNCORAS ” w Oeiras.

Com os melhores cumprimentos

Mariola Landowska

www.mariolaland

___________________________________
Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Ludomir Mączka: Listy z wyprawy jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej.

W latach 1965-1966 Polskie Towarzystwo Geograficzne zorganizowało wyprawę naukowo-żeglarską na jachcie Śmiały dookoła Ameryki Południowej. Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika Poznaj Świat, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, Wyspy Galapagos, Kanałem Panamskim na Atlantyk i z powrotem do Polski. Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby z doświadczeniem żeglarskim, jak i przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy. Kapitanem Śmiałego był Bolesław Kowalski.

Ludomir Mączka znalazł się w załodze wyprawy, lecz jako członek rezerwowy. Ze Szczecina na Śmiałym nie wypłynął, ale ponieważ w pierwszym etapie rejsu, w Londynie, z przyczyn zdrowotnych, musiał opuścić wyprawę jeden z członków załogi, więc Ludek wypłynął z Gdyni statkiem PLO m/s Wyspiański, aby dołączyć do załogi Śmiałego w Buenos Aires.

Ludek, w Buenos Aires – po odpłynięciu statku – jeszcze przez ponad dwa tygodnie oczekiwał na przypłynięcie Śmiałego. W tym czasie nawiązał kontakty ze środowiskiem polonijnym, w tym najważniejszy dla niego – spotkanie z Wiktorem Ostrowskim, znanym podróżnikiem, taternikiem, alpinistą, andystą, autorem książek reportażowych, żołnierzem Armii Andersa (walczył, m.in. pod Monte Cassino).

Wreszcie, 5. stycznia w godzinach rannych, Śmiały przypłynął do Buenos Aires i Ludek dołączył do załogi jachtu.

Publikowane poniżej listy Ludomira Mączki do przyjaciół i znajomych w Polsce obejmują właśnie ten okres.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ludomir Mączka: Listy z wyprawy jachtem Śmiały dookoła Ameryki Południowej.

29 I 1966 B. A, Yacht Club Argentina

Dość długo nie pisałem, ale nie było czasu i nastroju. Jacht doprowadziliśmy do jakiego takiego wyglądu i stanu. W ubiegły poniedziałek zeszliśmy na wodę. Potem dwa dni staliśmy w porcie koło statku „Narwik”, gdzie uzupełnialiśmy co się da. Kapitan i załoga byli bardzo mili i gdyby nie to że woda brudna i nasze malowanie poszło trochę na marne, toby było nawet ciekawie. „Narwik” ładował solone skóry krowie, co trochę śmierdziało. Przypomniał mi się „Pamiętnik żeglarza”. Ale czasy nieco się zmieniły. Chyba we wtorek wyjdziemy do Mar del Plata, potem do Puerto Deseado, a następnie Punta Arenas. Roboty na jachcie sporo, wieczorem wizyty rodaków lub u rodaków. Towarzystwo różne, nieraz bardzo ciekawe. Ale to osobny rozdział.

Z załogą właściwie to się zżyłem i oprócz ewentualnie jakiś drobnostek to wydaje mi się: i dobrze i miło. Bolek to osobna i trudna historia.Chociaż byłem przygotowany na bardzo wiele, potrafił mnie już kilka razy zadziwić, nazywajmy rzecz po imieniu, swoim chamstwem i to takim rozmyślnym i takim wrednym. Bardzo nierówny, bardzo zarozumiały i chyba jednak … . Tylko dobrej załodze zawdzięcza, że właściwie choć go wszyscy lekceważą i właściwie nie lubią, jakoś to wszystko idzie. Zresztą do mnie też się zabrał, ale mam nadzieję, że go przetrzymam bo wycieczka tego warta, choć gdyby to był Teczek czy Bull to byłoby dużo milej. Ale takie studium psychologiczne to też rzecz ciekawa. Rozumiem, że jego wiele spraw bardziej obciąża i rozumiałbym wybuchy nerwów, ale to raczej taki charakter na co dzień, w rzeczach drobnych i mniej ważnych.Cóż …. to raczej trudniej, bo właściwie to teraz czas spędzam przy remoncie i niewiele nowego zobaczyłem.

W każdym razie raz były dwie dziewczyny z jakiegoś zespołu muzycznego, które poznali koledzy którzy byli w TV i wieczorem na jachcie śpiewały argentyński folklor, który mi się bardzo podobał. Takie smutne ballady, romanse, tanga.

3 II 1966 Wczoraj wyszliśmy z Buenos Aires. Pogoda piękna, wiatr korzystny. Woda buromętna. Noc księżycowa. Sterujemy na zmianę z Bronkiem. Dziś wiatr silniejszy ok. 5o B, baksztag. Rano rzucamy bezana, bo ciężko sterować. Barometr idzie na dół. Ok. 1800 rzucamy grota i idziemy na foku i silniku.

Pochmurno, płyniemy ok. 8 Mm od brzegu.

Dwukrotnie przecinamy wyraźną granicę wód La Platy i oceanu. Granica ostra, jakby nożem podzielił. Szare wody La Platy i zielone – morskie. Na morzu wszystko jakoś idzie i indywidualność Bolka nie jest tak ciężka, Zresztą jako żeglarz to nie jest zły.

4 II 1966. Dziś weszliśmy do Mar del Plata. Taka miejscowość wypoczynkowa dla Buenos Aires. Ok. 800 tyś. czy do miliona mieszkańców. Największe kasyna gry. Miasto letnich rezydencji i domków. Teraz lato to ruch znaczny. Coś usiłującego być na miarę Copacabany i Rio, ale w stylu zupełnie USA. Szosy, samochody. Takiej właściwej Ameryki South to jeszcze nie widziałem. Wyskoczyłem z Bronkiem na jakieś 4 godziny i właściwie to już wszystko o tym mieście wiem i nie interesuje mnie wiele. Może tę egzotykę zobaczę dalej na południe, może w Chile, a może tylko będę ją szukać, choć jej już nie ma? Nie wiem i zobaczę, o ile mi starczy ochoty i zdrowia. Zresztą już gadają coś o ewentualnym wyjeździe po powrocie, aby zobaczyć Argentynę tę …., Pampę, Puna de Atacama, Andy, tam gdzie jeszcze jeździ się konno. Ale niestety to gonienie miraży. Argentynę zmieniły drogi i samochody. Konnych bandytów zastąpili gangsterzy i cały romantyzm pampy to tylko w smutnych romansach. To co na razie zobaczyłem to tylko Europa lub Ameryka. Zresztą jacht nie daje możliwości obejrzenia więcej.

Tutaj (tzn. w Buenos) poznałem raczej bardzo ciekawych ludzi. W przeciwieństwie do krajów anglosaskich, tutaj język mają czystszy, tylko trochę śpiewny.

Nauczyłem się pić mate i polubiłem, a to ponoć oznacza, że wrócę do Argentyny. Na jachcie roboty sporo, ale najgorsze już przeszło. Zresztą trzeba przyznać, że Bolek na tym się zna i ma dużo praktyki, co zresztą w rodzonej skromności przy każdej okazji podkreśla, ale na morzu się z nim dobrze pływa, choć właściwie to do siebie raczej nie pasujemy. W tej chwili na jachcie jesteśmy we trzech, Bronek i ja piszemy. Krzysztof Wojciechowski śpi, jest wieczór, w porcie jest cicho, świeci księżyc, stoimy na boi przed jachtklubem. Reszta jest w mieście.

Godz. ok. 2200. Załatwiłem trochę kartek do znajomych. Jutro bierzemy ropę i chyba płyniemy dalej.

5 II 1966 Pogoda piękna, śmierdzi mączka rybna. Jurek pojechał do dentysty, Krzysztof po zakupy, biorę się do szycia balonfoka.

6 II Niedziela. Balonfoka ukończyłem dziś. Wczoraj rano braliśmy ropę w porcie rybackim, był ruch, kolorowo, odpowiednio brzydko, wybrudziliśmy się bardzo, ale to mi się podobało.

Potem stanęliśmy w porcie handlowym przy budującym się elewatorze. O 1400 w pięciu poszliśmy na obiad do Club Nautico Mar del Plata na zaproszenie gospodarzy. Bronek został kończyć artykuł. Potem kilka osób było na jachcie. Nawet dwoje niemców, którzy w trzy pary chcą zrobić za 2-5 lat Weltumreisung. Wreszcie ok. 1800 wyszliśmy na żaglach. Noc była piękna. Śliczny zachód słońca, księżyc, potem sflaciało. Szliśmy 3 godziny na silniku. I tak powoli zaczynamy wpadać w rutynę. Na jachcie jestem za germanofila, bo okazuje się, że tylko ja gadam po niemiecku. Pogoda dobra, ale niewyklarowana, wiatry zmienne do 5o B. Halsujemy na południe. Upałów już nie ma, trzeba będzie wyciągnąć ciepłe ciuchy.

List normalnie, wg rozdzielnika: Chałupa, Wojtki, Hipcio, Teresa – ad acta.

Pozdrowienia – Ludomir.

_______________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.

Andrzej Konrad Piotrowski: Geolog Ludomir Mączka.

„Ludek – największy geolog wśród żeglarzy, największy żeglarz wśród geologów”

Ludomir Wiktor Mączka urodził się we Lwowie 22 maja 1926 roku, w tydzień po przewrocie majowym w Warszawie. Ojciec Zygmunt był kolejarzem, Mama Józefa Maria z domu Kowal zajmowała się domem. Siostra Alina – była tłumaczką języka hiszpańskiego. W przyszłości język hiszpański był Jego ulubionym językiem.

Przypis genealogiczny.

Ludomir nie przekazał informacji o swoich przodkach. Arkadiusz Mączka(2008) szukając przodków swojej rodziny ustalił, że nazwisko Mączka wywodzi się od „Mącz” – Męka, rycerza herbu Odrowąż, żyjącego w Wielkopolsce w XIII wieku; W 1384 roku odnotowano Mikołaja Mączkę z Brzuchowic koło Miechowej; także inne postacie w tym regionie kraju o tym nazwisku są utrwalone w dokumentach. Inni jak Rymut (1991) wiążą pochodzenie nazwiska od wyrazu ”mąka” – coś rozdrobnionego lub też od imienia Maciej – syn „Maćka”. Nazwiska były plastyczne, ulegały modyfikacji i bliskim jest też nazwisko „Monczak”, u Niesieckiego(1841) – nieznany z imienia Monczak w XVI wieku pełnił funkcję „mostowniczego mińskiego”. Odpowiadał więc za stan techniczny mostów na Berezynie i innych ciekach. Niewątpliwie posługiwał się ożaglowaną łodzią na rozlewiskach Prypeci. Przodek Ludka żeglarzem?!

Przedwojenny Lwów po względem struktury narodowościowej ludności był podobny do współczesnego Szczecina – Ukraińcy stanowili 15 % ogólnej liczby mieszkańców. Może przez to podobieństwo Szczecin był mu bliskim miejscem.

W rozmowie z Janem Zamorskim (polonijny żeglarz z Kanady, geolog, autor książki „Z Marią przez życie i oceany” – przyp. red.) nie podał dokładnego lwowskiego adresu zamieszkania , ale tylko, że wychowywał się wśród „batiarów” na Kleparowie i Łyczakowie; są to północno-wschodnie i wschodnie dzielnice miasta. Możemy jednak przypuszczać, że jako rodzina kolejarzy mieszkali zapewne w budynkach kolejowych przy stacji PKP na Kleparowie, nad rzeczką Pełtew, należącą do zlewni Morza Bałtyckiego. Na południe od Katedry Św. Jura znajdującej się w centrum miasta, po kalenicy tej świątyni, przebiega wododział ze zlewnią Morza Czarnego. Rzeczka Pełtew płynie w kierunku wschodnim równolegle do linii kolejowej.

Ojciec był zaangażowany w wojnę 1920 roku, woził przeciwników tak by nie dostali się do Lwowa (Jan Władysław Zamorski – 2010, dalej: J W Z – 2010).Sytuacja analogiczna do roli kolejarzy w przewrocie majowym w okolicy Warszawy.

33 km na wschód od stacji Lwów – Kleparów znajduje się stacja Zadwórze – Termopile Polskie. 17 sierpnia 1920 roku 330 Polaków – żołnierzy i Orląt Lwowskich stoczyło heroiczną walkę z Armią Konną Budionnego; dnia następnego od strony Lwowa – Kleparowa nadjechał polski pociąg z odsieczą. Czy z maszynistą Zygmuntem Mączką? Na pewno w tym pociągu byli lekarze z Lwowskiego szpitala, przodkowie Aleksandry Kocewicz, u której Ludek zamieszkiwał w Szczecinie u kresu swojego życia. Nasuwa się przysłowie : ”góra z górą się nie zejdzie ale człowiek z człowiekiem zawsze”.

Ludomir do szkoły podstawowej uczęszczał w latach 1934 -1941. Lata gimnazjum przypadają na lata 1942-1945 (J W Z – 2010).

Po wojnie w 1945 roku (J W Z – 2010) rozpoczął studia na Uniwersytecie lwowskim im. Iwana Franki, dawniej Uniwersytet Jana Kazimierza. Jedynym polskim profesorem na tej uczelni był Stefan Banach – największy uczony obok Euklidesa w historii matematyki. Ludek będąc studentem jednocześnie był zatrudniony jako laborant u Profesora B. Lazarenko – dziekana Wydziału Geologii; było to możliwe, gdyż znał także język rosyjski i ukraiński.

Może jednak studia te miały początek w 1944 roku, bo przecież „manifest lipcowy” kolportowany był już w Lublinie 22 lipca tego roku a Ludek odmłodzony o 2 lata – przez dokumenty Armii Krajowej, oficjalnie miał wtedy lat 17. Jego studia trwały więc zapewne we Lwowie od X 1944 do VI 1946. Jesienią 1946 roku nastąpiła tak zwana „repatriacja” Polaków głównie do Polski południowej. Ludomir odbył studia geologiczne i geograficzne w latach 1946 – 1951 we Wrocławiu, na uniwersytecie i politechnice. Jego praca magisterska dotyczyła utworów kredowych okolic Opola, promotorem pracy był Prof. dr Józef Zwierzycki – słynny badacz złóż polimetalicznych dawnych Holenderskich Indii Wschodnich (Archipelag Malajski i Nowa Gwinea). Zwierzycki wysuwał tezę o możliwości wystąpienia złóż miedzi na Dolnym Śląsku.

Jako student Ludek pracował już w Oddziale Dolnośląskim Instytutu Geologicznego, którego główna siedziba znajduje się w Warszawie przy ul. Rakowieckiej 4. Łącznie w Oddziale Dolnośląskim IG, w Zakładzie Złóż Surowców Skalnych pracował 4 lata od 1950 do 1954 roku. Stykał się z robotami górniczymi w kamieniołomach z użyciem materiałów wybuchowych. „Raz gdy byłem w kamieniołomie, dynamit który miał odsłonić nową ścianę, nie wybuchł. Podczołgałem się do ściany, polałem laski benzyną i podpaliłem; wtedy wybuchł”(J W Z – 2010). Widzimy, że Ludek był bardzo odważnym i pełnym inicjatywy geologiem terenowym, co potem znalazło swój wyraz w pracach terenowych w Mongolii, Zambii i w Peru. Dyrektorami Oddziału Dolnośląskiego byli w tym czasie wybitni geolodzy Prof. dr Henryk Teisseyre i dr Leszek Sawicki.

W czasie Zjazdu Polskiego Towarzystwa Geologicznego w 1999 roku, Ludek w rozmowie z autorem niniejszego tekstu wspomniał, że miał okazję zetknąć się z prof. dr Józefem Zwierzyckim odkrywcą miedzi na Dolnym Śląsku; warto chyba to podkreślić bo zagadnienia występowania złóż rud miedzi były przedmiotem jego pracy zawodowej w Mongolii i w Peru.

Kolejne lata pracy zawodowej Ludomira Mączki związane są ze Szczecinem; w latach 1955 – 1962, z przerwami na rejsy żeglarskie, zatrudniony był w Przedsiębiorstwie Państwowym „Geoprojekt”, które wówczas miało swą siedzibę w budynku Czerwonego Ratusza przy Placu Batorego. Brał udział w opracowaniu kilkuset opinii i dokumentacji geologiczno – inżynierskich dla budownictwa mieszkalnego i drogowego.

Mongolia 1962-1963.

W Mongolii Ludomir Mączka pracował dwa sezony. W owym czasie i przez wiele lat później pracowało tam wielu polskich geologów. Poszukiwania i badania kości dinozaurów prowadzone na Pustyni Gobi w południowej Mongolii przez Prof. dr Zofię Kielan – Jaworowską uwiecznione zostały na znaczkach poczty polskiej.

Zespół geologów w którym uczestniczył Ludomir Mączka pracował 1150 km na zachód od Ułan Bator, w okolicy Kobdo i dalej w Górach Dżargałanta, okolicy Jeziora Chor Usu i dalej do gór Ałtaj. Bardziej szczegółowo miejsca badań na terenie Mongolii omówione są w publikacji (J W Z – 2010).

W zespole trzyosobowym wraz z Januszem Kuchcińskim i Zbigniewem Grzechnikiem prowadzili prace z zakresu kartografii geologicznej w bardzo trudnych warunkach terenowych i klimatycznych. Sporządzali mapy topograficzne i geologiczne. Inni członkowie zespołu to: Andrzej Paulo, Andrzej Grocholski i Edmund Rutkowski, który był szefem całej wyprawy geologicznej.

Duża wysokość nad poziom morza i oddalenie od oceanów powodowały małą ilość opadów, dlatego krajobraz Mongolii to stepy wśród pasm górskich. „Góry tutaj tak samo pasjonujące jak morze; wieczorem po zapadnięciu zmroku krajobraz przypominał rozkołysane falami morze – „Stepy Akermańskie” Adama Mickiewicza to najbardziej morski wiersz. Pobyt w Mongolii był dla Ludka największą intelektualno-geologiczną przygodą”. (J W Z – 2010). Za dwa lata pracy otrzymał 1200 bonów dolarowych – jaka to była wartość wtedy a jaka na obecne czasy?

  

 


Rok 1964 to jeden rok w którym nasz bohater częściowo nie pracował; wypoczywał po trudach mongolskiej ekspedycji.

W latach 1964 – 1968 zatrudniony był przez Janusza Kuchcińskiego w Stacji Geologii Wybrzeża Instytutu Geologicznego przy ul. Storrady 1, w Szczecinie. Pomieszczenia Instytutu mieściły się na III piętrze budynku S P B P – Szczecińskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego. Ludomir opracowywał próbki minerałów ciężkich w laboratorium, którego okna były skierowane na ul. Jana z Kolna i na Odrę; na statki, na pasażerski Dworzec Morski, na nabrzeże, na którym był witany po wyprawie jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej – to musiało mieć dla Niego znaczenie, tęskniącego wiecznie za morzem, za wielką wodą.

W trakcie rejsów (wyprawa jachtem „Śmiały” i inne rejsy – przyp. red.) prowadził obserwacje geologiczne i hydrograficzne. Na czas wypraw żeglarskich ówczesny dyrektor naczelny Instytutu Geologicznego (Prof. dr Jan Malinowski) udzielał mu zgody na wielokrotne zwolnienia z pracy i ponowne zatrudnienia. W tym czasie Ludomir realizował zadanie badawcze: „Występowanie minerałów ciężkich w piaskach plażowych południowego Bałtyku na odcinku Bagicz (miejscowość na E od Kołobrzegu) – Świnoujście”. W pracach tych, m. in, wykorzystywał jachty „Piana” i „Pegaz”. Minerały badane pod kątem występowania ich w piaskach plażowych, to: granaty, amfibole, dysten, turmalin, staurolit, rutyl, cyrkon, epidot i inne. Minerały te mogą znaleźć zastosowanie w produkcji pigmentów i powłok, w produkcji stali o podwyższonej wytrzymałości, tworzyw sztucznych, papieru, w elektronice, w energetyce atomowej, technice jądrowej, rakietowej i hutnictwie i w innych jeszcze dziedzinach przemysłu. Opracowana dokumentacja znajduje się w zasobach archiwalnych instytutu; efektem tych poszukiwań jest też artykuł zamieszczony w „Kwartalniku Geologicznym” (1969).

Zambia 1968-1972.

Do Zambii Ludomir Mączka wyjechał za pośrednictwem firmy Polservice. Zatrudniony był w Służbie Geologicznej Zambii (Geological Survey of Zambia). Wykonywał prace z zakresu geologii inżynierskiej (budowa tunelu) oraz surowcowej (poszukiwania kaolinu). Pracował, m. in, w obszarze Kafue National Park. Środki finansowe uzyskane dzięki temu kontraktowi pozwoliły mu na zakup jachtu „Maria” i spełnienie największego marzenia, jakim były podróże dookoła świata.

Wypłynięcie w świat 1973 rok.

Autor niniejszego wspomnienia o Ludomirze podjął pracę w Instytucie Geologicznym 1 października 1973 roku, ”Maria” ze swoim Kapitanem wypłynęła w świat 6 września, a więc 20 kilka dni wcześniej. O Ludku dużo w pracy się mówiło, treści jego listów i kartek do Profesora Politechniki Szczecińskiej dr. Romana Racinowskiego były znane wszystkim w pracy, bo Ludek cieszył się sympatią powszechną w środowisku geologów. Anegdoty o Nim opowiadali mi: Misia Ruszałowa, Marysia Wdowiak, Zofia Matkowska, Elżbieta i Ryszard Dobraccy i inni pracownicy Instytutu.

Peru 1974.

Ludomir w ramach pierwszej podróży dookoła świata, dla pozyskania środków na kontynuowanie podróży zatrudnił się w Peru do poszukiwań rud miedzi. Zatrudnił Go miejscowy Polak – Leszek Piotraszewski. Ludomir „kartował rudy miedzi”, czyli na mapę topograficzną nanosił wychodnie na powierzchnię terenu warstwy rud miedzi. Mapy te pozwalają na racjonalną i efektywną eksploatację górniczą obszaru. To była praca gdzie prowadzone były roboty górnicze z wykorzystaniem robót strzałowych czyli z robotami z którymi zetknął się jeszcze na Dolnym Śląsku. Rewolwer za pasem był niezbędny dla ochrony osobistej.

Uwagi końcowe.

Sylwetka Ludomira Mączki – geologa, jawi się jako barwna postać na skalę Indiany Jonesa.

Ludomir realizował marzenia innych o egzotycznych podróżach; my marzyliśmy a On podróżował…, identyfikowaliśmy się z Nim…, był ambasadorem naszych marzeń.

Ludomirowi Mączce w 1999 roku nadany został tytuł Członka Honorowego Oddziału Szczecińskiego Polskiego Towarzystwa Geologicznego; był członkiem towarzystwa od 1949 – do 2006 roku. Uczestniczył w Ogólnopolskim Zjeździe Naukowym Polskiego Towarzystwa Geologicznego, który odbywał się w Międzyzdrojach w dniach 9 – 12 czerwca 1999 roku (Piotrowski, Sydor 2022).

Marzył o podróży na archipelag Wysp Alandzkich, dlatego porwak „porfiru Alandzkiego” z tego archipelagu upamiętnia Ludka na skwerze przystani JK AZS w Szczecinie, przy ul. Przestrzennej.

Ludek w rozmowie ze mną używał określenia: „Jestem geologiem Amatorem” i tu lekki uśmieszek i baczne spojrzenie w oczy i dopowiadał: „Amatorem – czyli Wielkim Miłośnikiem Geologii”.

Geologia była więc niewątpliwie Jego wielką pasją, ale wydaje się, że była środkiem dla realizacji jeszcze większej pasji, którą było żeglarstwo. Nawet w stepach serca Azji bliskie były Mu strofy Adama Mickiewicza: „Wpłynąłem na suchego przestwór Oceanu, Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi….”

.tak, tak, nasz Ludojad był romantykiem….

Andrzej Konrad Piotrowski

____________________

Literatura:

* Mączka L, Racinowski R,1969, „Formy występowania skupień minerałów ciężkich na
plażach Pomorza Zachodniego” – Occurence forms of heavy mineral assemblages in
beaches of West Pomerania”, „Kwartalnik Geologiczny”, tom14, nr 1, ss. 221 – 231

* Mączka A, 2008, „Na tropach pierwszego Mączki”

* Niesiecki K,1841, „Herbarz Polski”, Wyd. J. N. Bobrowicz, tom VI, Lipsk

* Piotrowski A., Sydor P., 2022, „Historia oddziału Szczecińskiego Polskiego Towarzystwa
Geologicznego”, „Przegląd Geologiczny”, Vol.70, No 4, ss. 314 – 318

* Rymut K, 1991, „Nazwiska polskie”

* Wielka Genealogia, Minakowski – Sejm Wielki, Pl

* Zamorski J. W, 2010, „Z „Marią” przez życie i Oceany. Opowieści kapitana Ludomira
Mączki”, White – Red Anchor Publishing, Toronto

Fotografie pochodzą z archiwum Wojciecha Jacobsona.

__________________________
Andrzej Konrad Piotrowski – doktor nauk o Ziemi w zakresie geologii, Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy.

Marek Słodownik: 89-lecie pierwszego polskiego Hornu

1 marca 1937 roku „Dar Pomorza” minął Przylądek Horn jako pierwszy polski statek. Dla polskiej bandery było to wydarzenie symboliczne, pokazywało odrodzenie Rzeczypospolitej i rosnące ambicje środowiska morskiego. Dziś, w 89. rocznicę tego wydarzenia wracamy do historycznego rejsu Białej Fregaty.

W życiu każdego kapitana i jego statku dwa dokonania są szczególnie ważne: opłynięcie świata i pokonanie Przylądka Horn. Konstanty Maciejewicz na „Darze Pomorza” świat opłynął w latach 1934-1935, teraz chciał zdobyć drugi żeglarski szczyt.

15 września 1936 roku z Gdyni w daleki rejs wypłynęła Biała Fregata z 20 członkami załogi stałej, 6 instruktorami i 63 uczniami. Rejs przebiegał bez poważnych problemów, choć statek miał opóźnienie.

                          

Pierwszym portem był St. Thomas na Karaibach, a następnie „Dar” pożeglował do Kanału Panamskiego.

Na Galapagos załoga miała chwilę wytchnienia, ale później szybko wróciła do stałego rytmu wacht. Na Tahiti wypoczynku już nie było, czas postoju wypełniało intensywne szkolenie żeglarskie i szalupowe.

Kiedy ruszyli w stronę Hornu, równolegle do służby załoga przygotowywała statek na spotkanie z oceanem szczególnie groźnym w tym rejonie. Statek nękany był początkowo przez pasmo ciszy, ale schodząc w ryczące czterdziestki coraz częściej napotykał silne wiatry. Załoga sposobiła się na najgorsze, na pokładzie dawało się wyczuć niepokój. O przygotowaniach komendant pisał na łamach prasy:
Główną naszą troską było zabezpieczyć statek przed utratą sterowności, w razie zaś wdarcia się fali – przed utratą ludzi i inwentarza od zmycia za burtę. Przygotowaliśmy grube, długie liny, które wypuszczone z rufy, miały zmniejszyć ewentualność zepchnięcia statku w bruzdę fal. Przenieśliśmy posterunek sterowy bliżej śródokręcia zabezpieczając sterników i samo urządzenie dla sterowania od bezpośredniego zetknięcia się z wałem wodnym. Szalupy zostały również zamocowane, nad nadburciem zaś przeciągnięta została prowizoryczna siatka z lin okrętowych, zabezpieczając w ten sposób ludzi od wyniesienia wraz z falą za burtę. Żagle i liny zostały zamienione na najnowsze i najmocniejsze.1

Z każdym dniem było już tylko gorzej, a wśród załogi rosło zaniepokojenie. Wszyscy jednak chcieli zobaczyć legendarny przylądek. Komendant wspominał kulminacyjny moment rejsu: (pisownia oryginalna):
Tymczasem, podchodząc do przylądka Hoorn, mieliśmy już mocny, pomyślny wiatr, który marynarze nazywają pół-sztormem. Jednocześnie barometr stale opadał […] W dniu 28 lutego po południu zobaczyliśmy nieco z lewej strony grupę wysp. Były to wyspy Diego Ramirez, leżące 40 mil na południo-zachód od właściwego przylądka Hoorn. Mamy je wreszcie. Widać niegościnne brzegi. Wprost z wody piętrzą się niegościnne skały. […] W noc na 1 marca przychodzi sztorm, lecz wiatr wieje od lądu, dużej fali nie ma. Przylądek Hoorn przechodziliśmy w dość znacznej odległości, tak, że tylko dobrą lornetką mogliśmy odróżnić go od szeregu innych skał, leżących na tle gór pobliskiego lądu.2

W podsumowaniu Konstanty Maciejewicz podkreślił, że wyprawa udała się, jej cele zostały zrealizowane, a statek bezpiecznie powrócił do domu.

Właściwie można śmiało powiedzieć, że ostatnia podróż „Daru Pomorza” miała przebieg pomyślny ze względu na brak chwil niebezpiecznych dla statku i obsady statku, bo niestety, dla żaglowca dziś cisze są groźniejsze niemal od burz.3

           *      *       *

Przez lat żadna polska jednostka żaglowa nie opłynęła Przylądka, ale w początku roku 1973 dokonały tego aż trzy jachty.

  • Krzysztof Baranowski na „Polonezie” podczas wokółziemskiego rejsu dotarł do Hornu 23 lutego. Żeglował samotnie, a pod kątem tego etapu dokonał istotnych zmian na jachcie demontując bezanmaszt i zabudowując kokpit. Przedłużony rumpel pozwalał na sterowanie bez wychodzenia z kabiny.

  • Aleksander Kaszowski na „Eurosie” dowodził 7-osobową załogą, która z Polski do Valparaiso dotarła na pokładzie statku. Rejs zaczął się w tym porcie, a kolejnym było Buenos Aires. Na Hornie byli 27 lutego.

  • Tomasz Zydler dowodził 5-osobową załogą „Konstantego Maciejewicza” złożoną z bardzo młodych ludzi, głównie studentów w rejsie dookoła Ameryki Południowej. Żeglowali ze wschodu na zachód i Przylądek opłynęli 26 marca.

Tak uwiecznili ten moment w swoich wspomnieniach. Eugeniusz Moczydłowski pisał:
[…] w odległości kilku mil od wyspy Deceit ukazuje się nad jej górami czarny palec. To jest On! Najsłynniejszy z przylądków, surowy egzaminator żeglarzy i statków – Przylądek Nieprzejednany. We mnie wszystko się gotuje. Niewielu oglądało Go z tak bliska! Przechodzimy między skałami Deceit, jak przez bramę Jego królestwa. Pionowa ściana coraz bliżej. Wyciągamy spod koców aparaty, trzaskają migawki, gęby już uśmiechnięte – napięcie powoli ustępuje.4

Leszek Kosek na kartach swojej książki wspomina:
Siny, spiczasty pagórek wyłania się tam, gdzie go oczekiwano. Na jachcie wybucha radosne podniecenie.5

Jerzy Jaszczuk w artykule prasowym wspomina:
W odległości 2-3 mil stajemy się powoli „caphornerami”. Następuje szał robienia zdjęć. Najbardziej popularne są portrety a la Chay Blyth. Robimy oczywiście także tradycyjne, grupowe zdjęcie z kołem ratunkowym. O godzinie 1730 trawersujemy przylądek w odległości niecałej mili. Idziemy jak najbliżej, aby tylko ominąć kamienie wystające z wody u stóp wyspy. Locja twierdzi, że Horn nie robi przypisywanego mu zazwyczaj, groźnego wrażenia. Na mnie zrobił!6

Marek Słodownik

1Maciejewicz, Konstanty, Przez Cape Hoorn, Morze, 7/1937, str. 18-19
2tamże
3tamże
4Moczydłowski, Eugeniusz,” Pod żaglami i na cumach”, Warszawa , KAW, 1979.
5Kosek, Leszek, „Ze wschodu na zachód wokół Hornu”, Gdańsk, Wyd. Morskie, 1976.
6Jaszczuk, Jerzy, Ze wschodu na zachód, cz. 2, „Żagle i Jachting Motorowy”, 3/1974, str. 8

_____________________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

Małgorzata Krautschneider: Żeglarskie świniobicie.

Któregoś dnia mój mąż oznajmił mi, że kupił świniaka i zamierza urządzić „świniobicie”. Co więcej, twierdził, że umówił się już z rzeźnikiem.

Będziemy się integrować z mieszkańcami, a dzieci poznają prawdziwe wiejskie życie” – powiedział z entuzjazmem.
Zaskoczona, poczułam ciężar na sercu, jakby przede mną wznosiła się kolejna góra.
Świniobicie to w Czechach rytuał, wręcz święto, do którego podchodzi się bardzo poważnie. Przeczuwałam, że nie sprostamy wszystkim obrzędom, a jak każdy pomysł Rudy, także i ten będzie wymagał mojego zaangażowania.

Żyliśmy skromnie, ale nasz styl życia różnił się od codzienności mieszkańców wioski. Dom, w którym mieszkaliśmy, należał do PGR (w Czechosłowacji było to JZD, czyli Jednotné zemědělské družstvo – przyp. red.) – firmy, w której Ruda pracował jako drwal. Stał na rozdrożu dróg. Przed domem stał jacht, który wzbudzał ciekawość przejeżdżających. To już drugi raz zamieszkaliśmy w Rzetůvce, wsi malowniczo położonej w wąwozie. Mieszkańcy okazywali nam sympatię – w końcu nie każda czeska wioska mogła pochwalić się własnym „żeglarzem”.   

Na świniobicie Ruda zaprosił zaprzyjaźnionych żeglarzy z drugiego końca republiki. Karel, szef klubu żeglarskiego w Pribram, w którym Ruda oficjalnie działał, pomagał mu zdobywać potrzebne pieczątki i dokumenty na rejsy. Przyjechać miał z żoną Jožką – energiczną Czeszką, którą znałam już wcześniej.

Pewnego dnia niewielki prosiaczek został przywiązany za nogę do trzepaka przed domem i czekał na rozwój wydarzeń. Na moje pytanie, gdzie jest rzeźnik, mąż odparł, że niestety nie przyjdzie. Był zajęty innym świniobiciem we wsi, ale zapewniał, że „jakoś sobie poradzimy”. Rzeźnik miał nam doradzać na odległość – wykonamy jedną czynność, a potem pójdziemy do niego zapytać o następną. Ruda najwidoczniej blefował.

Nasze życie było ciekawe, pełne humoru i improwizacji. Ruda potrafił zrobić „show” z każdej sytuacji. Ludzie patrzyli na niego z podziwem i chętnie mu wtórowali. Z czasem ten czeski humor oczarował i mnie. Jednak obecność gości, którzy spodziewali się dostać pół świni, wywoływała mój niepokój.

Był piękny, słoneczny dzień. Zbliżało się południe. W domu byłam sama. Nagle przyszła nowina: rzeźnik zmienił zdanie. Zlitował się nad nami i obiecał, że „urwie się” z innego świniobicia i przyjedzie osobiście wszystkiego dopilnować. Do tego czasu nie wolno nam było dotykać świniaka, aby niczego nie zepsuć.

Świniobicie przesunięto więc na godzinę drugą po południu. Ruda beztrosko wybrał się z dziećmi i gośćmi do lasu na grzyby, a ja usiadłam na parapecie w kuchni, wystawiając twarz do słońca. Takie chwile ciszy zdarzały się rzadko, więc czułam się rozgrzeszona z chwilowego lenistwa.

Wkrótce zjawiła się Růženka, czyli „Chroust”, przyjaciółka domu. Była obecna w naszym życiu od zawsze, odkąd zamieszkałam w Czechach. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, więc i tym razem nie mogło jej zabraknąć. Razem cieszyłyśmy się jesiennym słońcem, gdy nagle rozległ się ostry dzwonek. Rzeźnik!

Pojawił się wcześniej. Najwyraźniej nasze świniobicie było dla niego priorytetem. „Ech, tamci sobie poradzą” – rzucił, widząc moją zatroskaną minę. Uspokoił go widok nietkniętego prosiaczka, cierpliwie czekającego na swój los.
A gdzie panienki mają wrzątek?” – zapytał od razu.
Spojrzałyśmy na siebie zaskoczone. Automatycznie napełniłam wodą czajnik i po chwili zaniosłam go do garażu, gdzie rzeźnik zaczynał przygotowania.
Na widok czajnika złapał się za głowę.
To ma być kocioł! Duży kocioł wrzątku!”
Na szczęście wrócił Ruda z gośćmi i zajął się udobruchaniem rzeźnika. Wyciągnęliśmy różne garnki, żeby zagotować jak najwięcej wody. Energiczna Jožka przejęła dowodzenie w kuchni, a Růženka jej asystowała. Garaż wypełnił się ludźmi — wszyscy pracowali w skupieniu pod komendą doświadczonego rzeźnika, który jak kapitan na statku wydawał rozkazy.

Szczęśliwie nie miałam wyznaczonej roli. Chciałam oszczędzić dziewczynkom oglądania tej krwawej sceny, więc poszłam na górę je uspokoić. Zadawały wiele pytań i same domyśliły się, że przytłumiony wystrzał oznaczał koniec życia zwierzęcia.

Jednak nie było mi dane pozostać na uboczu. Po paru godzinach z garażu dobiegły mnie krzyki, żebym zeszła. W końcu wysłano po mnie delegację podnieconych ludzi, którzy niemal siłą zaciągnęli mnie przed oblicze rzeźnika.

W garażu wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Dookoła leżało mięso, w wielkim kotle gotowała się zupa, a ludzie z zakrwawionymi rękami patrzyli na mnie z napięciem.

W końcu dotarło do mnie, że jako Pani Domu to ja decyduję o podziale mięsa, zwłaszcza o losie najlepszych kawałków. Rzeźnik zwracał się do mnie z szacunkiem, a pozostali czekali na moją decyzję. Natychmiast podpowiedział, co powinnam zrobić — przytakiwałam gorliwie, a wszyscy ruszyli do pracy.

Wieczorem nie było już śladu po świniobiciu. Połówkę świni Jožka fachowo spakowała na drogę. Wszyscy uczestnicy otrzymali podarunki, jak nakazuje tradycja. Nam dodatkowo zostały słoiki pełne mięsa na zimę.

Z czasem coraz bardziej doceniałam to doświadczenie. Zapasy ułatwiały mi życie, ale najbardziej zapadła mi w pamięć chwila, gdy rzeźnik dowartościował mnie w roli gospodyni.

Tego dnia naprawdę poczułam się jak królowa.

                                                                                                             Małgorzata Krautschneider

___________________________________________________________
Małgorzata Krautschneiderw połowie lat siedemdziesiątych XX w. ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA i tam napisała i wydała książkę „The Vela” – opis i wrażenia z rejsu zaledwie 23. stopowym jachtem sklejkowym z Polski na Islandię i z powrotem; organizowała regaty Liberty Single Handed Race i inne wydarzenia sportowe i kulturalne w USA. 

 

 

 

Wojciech Jacobson: Pochówek Eskimosów (Inuitów).

 

Tekst, napisany przez Wojciecha Jacobsona i odczytany na spotkaniu przy grobie Ludomira Mączki w 20 rocznicę śmierci Brata Wybrzeża, „Monje del Mar” („Mnich Morski”), #6,  pierwotnie ukazał się pod tytułem „Ludomir w Arktyce” na portalu internetowym Periplus.pl
Korekta tekstu, dobór zdjęć, podpisy pod zdjęciami – Kazimierz Robak (Periplus.pl)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Prosiłem Michała Jósewicza, Kapitana Mesy Szczecińskiej Bractwa Wybrzeża, o odczytanie tych kilku słów, przy grobie Ludka Mączki w 20 rocznicę Jego odejścia. Jednak Michał stwierdził, że – jak na lata przyjaźni i wspólnych rejsów z Ludkiem – to za mało. Prosił, bym uzupełnił to jakimś opowiadaniem. W moim „Archiwum Ludkowym” jest folder zatytułowany „Historyjki”, w którym są zawarte różne anegdoty związane z osobą Ludka. Jedną z historyjek chcę teraz przytoczyć, chociaż jej treść była opowiadana przeze mnie wielokrotnie i opisywana w dwóch książkach.

Było to prawie 40 lat temu. Pierwszego lipca 1987 r. przyleciałem wraz z Ludkiem do wioski inuickiej Gjoa Haven. Ludek z Edmonton w Kanadzie, ja z Polski, ale przez Edmonton. Nasz jacht, „Vagabond 2”, stał na piaszczystym, nieco pochylonym lądzie, blisko wody Zatoki Gjoa Haven.

1987, lipiec, Gjoa Haven: Vagabond’eux na brzegu zatoki. Foto. W. Jacobson

Po dotarciu do jachtu, stwierdziliśmy, że wejściówka, starannie przez nas w 1986 r. zaszalowana, została wyłamana.

Ludek wchodzi na jacht, ja układam to, co przywieźliśmy, Gjoa Haven, lipiec 1987 r. Foto. J. Łubisz

Nie weszliśmy więc do wnętrza, chcąc najpierw zawiadomić policję o włamaniu. Biały policjant, złapany gdzieś w terenie, orzekł, żeby wejść do środka bez niego; on sam jest bardzo zajęty, zjawi się nazajutrz. W wiosce był wypadek: zginęły dwie osoby, ojciec i syn, przy czyszczeniu zbiorników po paliwie. Trwało śledztwo i uroczystości żałobne z udziałem pastora anglikańskiego i księdza katolickiego. Obaj misjonarze, obaj przyjezdni. Grunt był jeszcze zamarznięty i trumny nie były pochowane. Zostały pozostawione na otwartym polu.

We wnętrzu jachtu nie było większych szkód. Zginęła, dość cenna, latarka stroboskopowa i zanieczyszczony został kibel, czyli WC. Nasze dalsze życie potoczyło się zgodnie z zasadą szefa wyprawy i właściciela jachtu : ”do roboty”, (z francuskiego „au boulot”): znaczyło to przygotowanie łódki do wodowania i rejsu.

Trumny na zamarzniętej ziemi, Gjoa Haven, 16 sierpnia 1987 r. Foto. W. Jacobson

16 sierpnia 1987 roku, czyli po 6 tygodniach od wypadku w Gjoa Haven i uroczystościach żałobnych, zaprzyjaźniony Eskimos (Inuk), Eddie Kikoak, katolik, zwrócił się do nas o pomoc przy pochowaniu trumien: ziemia zmiękła, koparka przygotowała doły, pozostał pochówek.

Oczywiście obaj przystąpiliśmy do akcji, szczególnie przykładał się Ludek. To była ciężka praca fizyczna: zasypanie trumien twardą, wpół zamarzniętą ziemią i utworzenie grobów z drewnianymi krzyżami. Groby stanęły w miejscu cmentarnym, widocznym z daleka, nawet z wody.

1987, 16 sierpnia, Gjoa Haven: cmentarz nad brzegiem zatoki. Fot. W. Jacobson

Obaj mieliśmy podobne odczucia: dusze zmarłych Eskimosów – Inuitów pomogą nam w żeglarskich i morskich poczynaniach. 

Pozostało tak do dziś: dusze Ludka i zmarłych przyjaciół żeglarzy sprzyjają nam w żeglarskich i morskich poczynaniach …

Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie…”

                                                                                                                         Wojciech Jacobson

___________________________________
Wojciech Jacobson – ur. 1929 r.; jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem, m. in., z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II”, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP – Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Za współpracę z kanadyjską szkołą pod żaglami – Class Afloat, wyróżniony nagrodą Derek Zavitz Memorial Award – „za postawę godną naśladowania” (1998). Nagroda Conrady – 2009, Honorowy Ambasador Szczecina – 2011, członek honorowy PZŻ, AZS, członek Bractwa Wybrzeża.

Zenon Szostak: Ludek i literatura

Życie Ludomira Mączki – jego biografia, wędrówki po świecie, rejsy i wyprawy opisane są w kilku, a może już kilkunastu książkach, w niezliczonej ilości artykułów prasowych i internetowych, pokazane w trzech filmach, kilku filmach na You Tube, były prezentowane na kilku wystawach; ba, o Ludku pisano wiersze (doliczyłem się kilkanaście wierszy i to nie tylko w języku polskim).

Ale mniej znane jest, i nie dotarło tak bardzo do powszechnej świadomości, pisanie Ludka; jego teksty, listy, karty pocztowe, widokówki i zapiski – to przede wszystkim. I tych listów i zapisków dziennych z okresu ponad półwiecza jest pokaźna ilość – może i kilka tysięcy.

Czasami słyszy się opinie, że Ludek tyle jeździł po świecie, tyle żeglował, widział, spotykał ludzi, a książki żadnej nie napisał.

Można zaryzykować twierdzenie, że chyba żaden polski żeglarz, a może i na świecie, nie napisał aż tyle co Ludomir Mączka, choć faktem jest, że nie wydał żadnej książki.

I jest jeszcze jedna opinia, niesłusznie zawężająca osobę Ludomira Mączki do kojarzenia go tylko z czosnkiem, chilijskim winem i yerba mate.

Więc, to nie tak.

Dlatego właśnie, w takim ujęciu – pod hasłem „Ludek i literatura”, chciałbym powiedzieć słów kilka, przywołać trochę mniej znane fakty z jego życia, zasygnalizować temat, wiedząc, że go nie wyczerpuję.

Pierwszy, najstarszy tekst Ludomira Mączki, który zachował się i jest znany, otrzymałem od Ziemowita Ostrowskiego, jego kolegi klubowego ze szczecińskiego Jacht Klubu AZS. Tekst został napisany przez Mączkę, jako felieton, krytyczny głos Ludomira na X-lecie szczecińskiego żeglarstwa akademickiego, czyli w 1956 roku. Pisał go dla społeczności żeglarskiej przedstawiając swoje poglądy na ówczesne żeglarstwo i wartości jakie ono niesie.

Pozwólcie, że dla przybliżenia zmysłu obserwacji Ludomira przytoczę krótki fragment z tego felietonu: (przypominam: jest rok 1956):

„… ci wszyscy co sobie wyobrażają żeglarstwo jako „wczasy”, białe spodnie na kant, białe czapki i wycieczkę jachtem do Międzyzdrojów mogą już z góry kupić sobie bilet na statek „Żeglugi Przybrzeżnej”, bo w żeglarstwie nie mają wiele do szukania”.

Dalej Ludomir pisze o żeglarstwie jako szkole charakterów – powątpiewając czy tak jest; pisze o trzech gatunkach ludzi, których można wyróżnić w żeglarstwie, to jest: wczasowicze-turyści, sportowcy i żeglarze właściwi, dając charakterystykę, jak pisze, „każdego typu z tych gatunków”.

Tekst z roku 1956, z 17. kwietnia, został po latach opublikowany w „Zeszytach Żeglarskich”, w nr 3, z listopada 2002 roku.

Po wielu latach od napisania tego felietonu, Ludek będąc wówczas w dalekiej Kanadzie, w Toronto, przeczytał opublikowany tekst i w styczniu 2003 roku przysłał list w którym podzielił się pewnymi refleksjami z mijającego półwiecza, pisząc, m.in:

W zasadzie to co napisałem z okazji 10 lecia Jacht Klubu AZS w Szczecinie nadal jest aktualne, być może obarczone młodzieńczym entuzjazmem i zapałem, ale z biegiem lat przeszedłem, cytując Conrada, swoją: „Młodość”, „Wtajemniczenie”, „Smugę cienia” i chyba „U kresu sił”.

W latach 1962 – 1963 Ludomir Mączka uczestniczył w Polskiej Ekspedycji Geologicznej w Mongolii. Do znajomych w Polsce przysyłał listy opisujące ten czas, o którym po latach, w wywiadzie dla „Zeszytów Zeglarskich”, w grudniu 2003 roku, powie:

... wyjazd do Mongolii, na kartowanie kraju dzikiego, zupełnie dziewiczego i to była chyba największa przygoda w moim życiu jaką miałem; i to była przygoda raz w stylu Karola Maya, a drugie też intelektualna, jako geologa …

Foto. J. Kuchciński

I właśnie w jednym z listów z Mongolii, pisanym na biwaku w górzystym, dzikim terenie, z dala od cywilizacji, Ludek cytuje z pamięci fragment wiersza XIX wiecznego amerykańskiego poety, Henry’ego Wadswortha Longfellowa:

W liście Ludek zachwyca się dziewiczym, surowym górzystym krajobrazem, opisuje nocleg pod namiotem w jednej z dolin, wreszcie pisze:

Wyjeżdżając z doliny Ara Chaszjatu, tak mi się nasunął kawałek wiersza Longfellowa:

The day return, but nevermore
Returns the traveller to the shore,
And the tide rises, the tide falls.

Nie wiem czy kiedyś jeszcze ujrzę tę dziwną, dziką dolinę, świecącą w słońcu, grzmiącą swym strumieniem …„

W tamtych latach poezja amerykańska nie była popularna w Polsce, a o wydaniu wierszy Longellowa nikt poważnie nie myślał. Ludek znał wiersz z oryginalnego amerykańskiego wydania.

Pisze o książce Jacka Londona „Wyga”:

... W „Wydze” Londona jest taki opis jak Bellow siedzi sam, w zimie, przy ogniu i rozmawia z psami: że tam znalazł sam siebie. Czułem chyba to samo.

Foto. J. Kuchciński

Dalej w liście pisze o książce Wacława Sieroszewskiego przywołując informacje o Jakutach i koniach. Mongolię przemierzał konno prowadząc prace geologiczne i konfrontując opinię miejscowych Mongołów o koniach i jeźdźcach, z opinią Sieroszewskiego.

W kolejnym liście z Mongolii pisze:

… kupcie mi książki: „Poradnik medyczny dla kapitanów żeglugi” i „Dawne żaglowce”.

Na biwaku czyta pożyczoną od kolegi geologa książkę Bronisława Gąbczewskiego „Podróże po Azji Centralnej w latach 80-90 ubiegłego wieku”.

Tych odniesień do literatury: prozy, poezji, do książek podróżniczych, przygodowych jest bardzo dużo w listach Ludkowych.

W listopadzie 1965 roku, płynąc statkiem do Ameryki Południowej na rejs jachtem „Śmiały” przywołuje w swoich zapiskach „Meteorologię” Bronisława Gładysza – znany i ceniony podręcznik dla wyższych szkół morskich.

Czekając w Buenos Aires na przypłynięcie „Śmiałego”, pisze w zapiskach:

Pożyczyłem w Domu Polskim w Buenos Aires książkę o Argentynie po niemiecku i czytam”.

A oglądany wspólnie z Wiktorem Ostrowskim (podróżnik, taternik, alpinista, uczestnik walk pod Monte Cassino) znany film „Grek Zorba” przywodzi mu na myśl postać Colas Breugnon, z powieści Romain Rolanda pod tym samym tytułem. I tak właśnie zanotował w swoich zapiskach.

Wspomina czytany „Pamietnik żeglarza” Richarda Dany – książkę wydaną w Polsce o życiu na żaglowcu w XIX wieku.

Z Afryki, z wyjazdu geologicznego do Zambii, z obozowiska nad Mkushi River Ludomir Mączka przysyła swoje listy, zapiski, a także egzotyczne widokówki na odwrocie gęsto, zapisane drobnym pismem. Pisze do Wojtka Jacobsona, do dr Romana Racinowskiego – geologa, profesora Politechniki Szczecińskiej, lwowiaka; pisze do dawnego kolegi klubowego z żeglarstwa szczecińskiego, profesora Bogdana Fijałkowskiego; do wielu, bardzo wielu osób.

I w jednym z takich listów, pisze:

z literatury to tutaj mam mały słownik angielski, rozmówki angielsko-polskie i angielsko-hiszpańskie i krótką ruską petrografię oraz kilka opracowań z tego terenu”.

Z rejsu „Marią”, z Darwin (1978 rok) pisze w liście:

Do czwartej rano czytałem o wojnie Burskiej. Powieść, ale niezła. Jednak ta Afryka to też mi weszła w krew. Książki pożyczam od Dawida z „Akeli” (to inny jacht w porcie).

 

Foto. z arch W. Jacobsona

W wywiadzie udzielonym „Zeszytom Żeglarskim” w grudniu 2003 roku tak mówił:

„…”Młodość”, „Zwierciadło Morza” to jest na jachcie moja Biblia do której lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć …”

Foto. M. Krzeptowski

Biblię, tę prawdziwą, też zresztą miał na jachcie i ją czytał.

W korespondencji z Toronto, w listach z kwietnia 1994 roku do Wojciecha Jacobsona, Ludek cytuje dwa wiersze. Przytoczył je dwukrotnie w dwóch kolejnych listach – musiały być dla niego ważne, wywarły duże wrażenie. Jeden z wierszy opatrzył swoim komentarzem. To uwagi Kazimierza Robaka z Florydy, który zainteresował się tą korespondencją, tym wierszami i szczegółowo omówił temat na swojej stronie internetowej Periplus.pl

Najciekawsze jest to, że te wiersze cytowane w listach Ludek napisał po hiszpańsku, ale autorem ich był chiński poeta Bai Jui (wymowa: Baj Dziu-i), żyjący na przełomie VIII/IX wieku naszej ery.

Skąd ta chińska poezja? Na samym początku listu z Toronto Ludek wyjaśnia, że dostał je – te wiersze – od Ireny Karpowicz.

Wojtek Jacobson:
Po roku 1990 Ludek odwiedzał Irenę w Alicante. Irena wiedziała, że Ludek lubi język hiszpański i że czytuje poezję, dlatego podesłała mu te wiersze chińskie po hiszpańsku. Ludek pisze o wymianie kulturalnej: on do Ireny wysłał wiersz portugalski, w rewanżu otrzymał dwa chińskie”.

W połowie lat 90-tych na przystani PTTK w Szczecinie pojawił się jacht, przybył ze śródlądzia na lawecie. Żeglarze, którzy go przywieźli, tak wspominają:
Tuż po naszym przyjeździe ok. 6 rano przyszedł Pan ubrany miedzy innymi w bluzę moro, z zapytaniem skąd przybyliśmy, co to za łódka. Następnie przedstawił się w następujący sposób: „Cześć, Ludek jestem”. No i już wiedzieliśmy kto to jest. Pokazał nam swoją „Marię”, która stała wtedy na przystani PTTK. Przez te kilka dni naszego pobytu, Ludek był częstym gościem na naszym jachcie. Jego zdolność do nawiązywania kontaktów sprawiła, że szybko stał nam się bardzo bliski. Na pożegnanie wpisał do naszego dziennika jachtowego, który jeszcze nie został wypełniony, wiersz po portugalsku. Powiedział nam, iż będąc na Azorach nauczył sie tego języka, określając go jako jeden z najpiękniejszych jakie poznał i w tym języku dokonał wpisu z pamięci.”

A wiersz – właściwie pierwsza zwrotka – wpisany przez Ludka z pamięci jest autorstwa portugalskiego poety XX wieku Fernando Pessoa.

Przed świętami Bożego Narodzenia, w grudniu 2004 roku, z Toronto, Ludek pisał w liście do Wojtka Jacobsona:
Pisanie idzie różnie, ale się nie zrażam. Załatwiam świąteczną korespondencję – ca 30 szt. Dla zachowania szacunku dla siebie twardo czytam niemieckie, rosyjskie i ukraińskie, bo to już 50 lat jak jako tako używałem. Teraz z Bolkiem śledzimy sprawy ukraińskie. Oby Rosja nie zagarnęła Ukrainę! Bo Polska następna w kolejce.

Monje del Mar – Ludomir

Bardzo ciekawe i celne spostrzeżenie na temat Ludka wniósł Maciej Krzeptowski, tak oto charakteryzując spotkania z Ludomirem:
Mistrz dygresji. Żeglarze lubią opowiadać, każdy czymś się tam jakoś chwali. Opowiada o tym, o tamtym. Ludek zwykle siedział, słuchał. I nagle wtrącał: „A nawiasem mówiąc…”. Zaczynał mówić o czymś zupełnie innym, niezwykle ciekawie, by przez rozmaite analogie wrócić do punktu wyjścia. Ludzie słuchali go z otwartymi ustami”.

Kapitan Wojciech Jacobson, tak wspomina Ludomira Mączkę:
Gdziekolwiek i cokolwiek robił zawsze towarzyszyły mu książki. Połykał wszystko, co pisane. W Arktyce oparzyłem sobie rękę. Poszliśmy we dwóch do ambulatorium. Siostry opatrywały ranę a Ludek siedział w poczekalni. Tam dorwał się do czasopism. W końcu zabrał wszystkie gazety, które tam leżały. I przez dwa dni go nie było, bo czytał. Ja się denerwowałem, bo była praca do zrobienia. Ale Ludek był nie do zdarcia w tej sprawie.

W każdym porcie Ludomir brał bączek, pakował przeczytaną literaturę i płynął w odwiedziny na inne jachty. To był jego ulubiony zwyczaj. Z każdym pogadał, poopowiadał swoje przygody. I wymieniał książki na nowe.

Pamiętał wszystko co czytał. Magazynował w głowie fakty, cytaty. Dzięki Dumasowi historię Francji miał w jednym palcu. Zaginał rodowitych Francuzów.

Dzięki tej ogromnej wiedzy błyszczał na każdym spotkaniu”.

   

          Fot. W. Jacobson

Więc to pisanie Ludkowe (i czytanie) było bardzo ważne dla niego; żeglarstwo było sposobem na poznanie świata i ludzi, na przeżywania życia; jacht – środkiem do realizacji a sztuka epistolarna posłużyła mu do opowiedzenia nam tego świata i ludzi.

(zs), 27.02. 2026

Wojciech Jacobson: List do Braci Wybrzeża na Zafarrancho Mesy Szczecińskiej

Ludomir – geolog i żeglarz

Ludomir Mączka i Wojciech Jacobson na „Marii”, Atlantyk, 1974 rok. Fot. A. Marczak

 

Drodzy Zebrani, Bracia i Branki oraz Goście!

Michał Jósewicz, # 143, nasz Kapitan, zobowiązał mnie do przedstawienia paru słów o Ludomirze. Ponieważ nie mogę przyjść na obecne Zafarrancho, przekazuję moje słowa w formie opowiadania Bratu Zenkowi Szostakowi, # 181, z góry dziękując za odczytanie.

Wspominałem wielokrotnie, że w moim „Archiwum Ludkowym” jest folder, w którym są zawarte różne historie z Ludkiem związane, a jest ich ogromna ilość. Kilka z nich, w skrócie, przytoczę teraz, a ich wspólnym mianownikiem będą dwa słowa: „geolog” i „żeglarz”.

Właśnie w tej kolejności, bo cała żegluga „Marią” to efekt pracy Ludomira jako geologa – przez dwa sezony (1962-1963) w Mongolii, co Ludek później nazwał swoją największą „przygodą intelektualno-geologiczną”; a także przez trzy i pół roku (1968-1972) w Zambii, gdzie otrzymywał wypłatę w „twardej walucie”, za którą później mógł w PRL kupić jacht.

Jednocześnie żeglował. Po studiach we Wrocławiu, pracował w Warszawie potem przeniósł się do Szczecina, aby być bliżej morza. W 1957 roku popłynął szkunerem „Zew Morza” do Narviku, a w 1959 – jachtem „Witeź II” na Islandię. Po powrocie z Mongolii wziął udział w wyprawie Polskiego Towarzystwa Geograficznego dookoła Ameryki Południowej na jachcie „Śmiały”. Po rejsie „Śmiałego” wyjechał, jako geolog, do Zambii.

Swoje dwie pasje – geologię i żeglarstwo – Ludomir potrafił łączyć przez całe życie. Podczas wyprawy na „Śmiałym”, gdy tylko mógł, wyruszał w teren z geologicznym młotkiem.

Pracując w Instytucie Geologicznym w Szczecinie zawsze starał się tak sterować, by prace, które zlecano mu do wykonania, były związane z morzem. W ten sposób Ludek został „przypisany” do tematu: „Perspektywy występowania minerałów ciężkich w piaskach plażowych południowego Bałtyku na odcinku Świnoujście – Bagicz”.

Żeglować, a równocześnie pracować jako geolog i jeszcze dostawać za to wynagrodzenie!; czyż można sobie wyobrazić bardziej pomyślny układ?! Ludek prowadził więc rejsy na jachtach: „Piana”, „Witeź II” i „Pegaz”, których celem było badanie piasków cyrkonowych w strefie przybrzeżnej. Uczestnicząca w ostatnim rejsie Maria Gerlach wspomina w wywiadzie dla Macieja Krzeptowskiego: (patrz: książka „Mam na imię Ludomir”)

Prace na „Pegazie” trwały od 19 do 29 czerwca 1968 roku, przepłynęliśmy 277 mil, zachodziliśmy do Dziwnowa, Kołobrzegu i Darłowa. Na mapach wyznaczono wcześniej punkty, gdzie należało pobrać próby. Stawaliśmy na kotwicy bardzo blisko brzegu. Najpierw rzucaliśmy sondę, mającą w ciężarku wgłębienie wypełnione tłuszczem, do którego przyklejały się fragmenty dna. Później następowała najtrudniejsza operacja, a więc pobranie właściwej próby. Używaliśmy specjalnego czerpaka, materiał z odpowiednim opisem pakowaliśmy do woreczków. Przy większej fali było z tym sporo kłopotów.

Z Jacht Klubu AZS Szczecin płynął wtedy także Zbyszek Faberski.

Z kolei w Zambii, gdzie Ludek robił zwiad geologiczny w dzikim terenie, do ustaleń topograficznych przydawała mu się znajomość astronawigacji.

Oszczędność, umiejętność prowadzenia traperskiego życia przy minimalnych wymaganiach, których nauczył się podczas wypraw geologicznych – zgodnie z zasadą prof. Józefa Zwierzyckiego z Wrocławia, że „geolog i pies jada raz dziennie” – pomagała mu zarówno podczas forsownych wypraw, jak i rejsów.

Po naszym wspólnym rejsie do Peru, w latach 1973-1974, Ludek przysłał mi do Szczecina opis swojego wypadu w Andy, gdy „Maria” stała w Callao, a na jej pokładzie zostali Kazik Jasica i Antoni Jerzy Pisz. Wyjazd zorganizował mieszkający w Peru inżynier-górnik Leszek Piotraszewski, który zabrał Ludka do jednej z kopalń, wysoko w Andach.

Z Limy, 14 października 1974 r, pojechali na południe, przez miejscowości Cañete, Chincha, Ica, Nazca (widzieli tam geoglify) do Acarí i dalej – terenowymi drogami – do kopalni Huarato Viejo. W górach, w surowych warunkach, na wysokości 1400 m n.p.m, Leszek i Ludek spędzili 2 tygodnie. Wyprawa w Andy była jedną z przygód, którą Ludek wspominał jako piękną. Opis – w korespondencji Ludka – przytacza obserwacje zawodowego geologa, przywołuje piękno Andów i przedstawia relacje z fiestas w miejscowych wioskach, gdzie Ludek tańczył, śpiewał i… strzelał z pistoletu. Szersze opisanie tej przygody jest przytoczone w mojej książce „Od równika do bieguna…” oraz w kwartalniku „Zeszyty Żeglarskie”.

Gdy w 1999 roku Ludek wyruszył ze Szczecina na kolejną wyprawę – „Szlakiem Magellana”, zbierał, razem z Maciejem Krzeptowskim, geologiczne okazy, głównie w Patagonii. Tego rejsu, Ludomir ze względu na komplikacje zdrowotne, nie dokończył, ale zbiory dotarły na prowadzonej przez Macieja „Marii” do Szczecina i trafiły do muzeum.

Żeby zakończyć te geologiczno-żeglarskie przygody Ludka anegdotą prawdziwą, opowiem o tym, co przydarzyło się latem 1987 roku w Gjoa Haven, inuickiej (eskimoskiej) osadzie w kanadyjskiej Arktyce. Było to podczas trzeciego, przedostatniego roku naszej żeglugi na jachcie „Vagabond’eux” przez Przejście Północno-Zachodnie.

Wiadomość o kwalifikacjach geologicznych Ludka rozeszła się szybko w Gjoa Haven.

8 lipca 1987 r. przyszła do nas, a właściwie do Ludka, grupa Inuitów – poważni ludzie z szefem wioski na czele oraz przyjezdny Inuk z Yellowknife.

Goście wystąpili z propozycją eksploracji górzystego rejonu odległego ok. 30 mil od Gjoa Haven, w odludnych, niedostępnych częściach Półwyspu Boothia. Mieliśmy popłynąć „Vagabondem” do jednej z dalszych zatok, której strome brzegi pełne były niezbadanych minerałów, może nawet ze srebrem lub złotem. Ludek miał być ekspertem, a „Vagabond’eux” – bazą zakotwiczoną w pobliżu.

Ludek otrzymał do zbadania próbki minerałów. Następnego dnia przedstawiał wyniki swojej analizy, omawiając po kolei każdą z próbek, a ja spisywałem to, co mówił. Określenia były fachowe i brzmiały bardzo mądrze. Ekspertyza była niepomyślna dla naszych rozmówców, tym niemniej sprawa ciągnęła się przez jakiś czas. Wygasła po przylocie Janusza Kurbiela – szefa wyprawy i właściciela jachtu: musieliśmy skoncentrować się na przygotowaniu jachtu do wodowania i dalszej żeglugi.

Wodowanie odbyło się 21 sierpnia 1987, wyjście z Gjoa Haven – 25 sierpnia. Zdołaliśmy jednak przepłynąć na północ zaledwie 150 mil – dalszą drogę zamknął nam zwarty lód. 26 września, znów slipowaliśmy „Vagabond’eux” w Gjoa Haven i przygotowywaliśmy go na kolejne zimowanie.

O poszukiwaniach złota nie było już więcej mowy.

                                                                                                        Wojciech Jacobson, # 44
                                                                                                               26 lutego 2026 roku

___________________________________
Wojciech Jacobson – ur. 1929 r.; jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem, m. in., z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II”, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP – Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Za współpracę z kanadyjską szkołą pod żaglami – Class Afloat, wyróżniony nagrodą Derek Zavitz Memorial Award – „za postawę godną naśladowania” (1998). Nagroda Conrady – 2009, Honorowy Ambasador Szczecina – 2011, członek honorowy PZŻ, AZS, członek Bractwa Wybrzeża.

(zs): Ludomir Mączka – literackie fascynacje.

Lutowe zafarrancho Mesy Szczecińskiej Bractwa Wybrzeża zostało zdominowane przez przypadające w tym roku dwie rocznice związane z osobą Ludomira Mączki. Pierwsza – 30 stycznia – to 20. rocznica śmierci żeglarza, druga – w maju (22. maja) to setna rocznica urodzin Ludomira. W trakcie spotkania wygłoszono trzy referaty związane z Ludojadem: pierwszy – „Ludek i literatura”, o mało zauważanym fakcie dużej znajomości przez Ludomira różnorodnej literatury, o jego oczytaniu i olbrzymiej ilości pozostałych po nim zapisków, listów, widokówek i tekstów okolicznościowych; drugi wystąpienie (gościa zafarrancho) – dr Andrzeja Konrada Piotrowskiego, z Państwowego Instytutu Geologicznego – dotyczyło geologicznej działalności Ludomira Mączki i rozważań biograficznych i genealogicznych; trzecie wystąpienie – również gościa zafarrancho, Pani Aleksandry Kocewicz – o pobycie Ludomira Mączki na przystani Camping Marina PTTK w Szczecinie, gdzie Ludomir, w ostatnich latach swojego życia znalazł gościnny dom.

Więcej o tych wystąpieniach w dziale „Wspomnienia”.

Przy omawianiu literackich fascynacji Ludomira Mączki, zwraca uwagę jego pamięć do cytatów, fraz, całych fragmentów wierszy. I właśnie jedna z takich strof, z wiersza portugalskiego poety Fernando Pessoi – we fragmencie – utrwaliła się i pozostała w pamięci Ludomira na lata i pozwoliła mu w połowie lat dziewięćdziesiątych zacytować we wpisie do dziennika jachtowego przygodnie poznanym żeglarzom.

Fernando Pessoa
Não sei se é sonho, se realidade

Não sei se é sonho, se realidade,
Se uma mistura de sonho e vida,
Aquela terra de suavidade
Que na ilha extrema do sul se olvida.
É a que ansiamos. Ali, ali
A vida é jovem e o amor sorri

(…)

Na stronie internetowej Jerzego Kulińskiego – http://www.kulinski.navsim.pl/ , w lutym 2012 roku, pojawił się wpis z tym zdarzeniem – wpis Ludomira do dziennika jachtowego – i informacja o wierszu wraz z jego tłumaczeniem. Tłumaczenie dokonane przez Agnieszkę i Marka Zwierz:

Nie jestem pewien, czy to marzenie, czy rzeczywistość,
Czy mieszanina snu i życia,
Jak kraina łagodności,
Jak wyspa zapomnienia na dalekim południu.
I do niej tęsknimy.

(zs)