(zs): W głąb ciemności

(Fan fiction)

Właściwie to dalsze żeglowanie nie było możliwe: wiatr prawie osłabł, zbliżał się zmierzch i na dodatek był przypływ, co dla nas znaczyłoby poddanie się prądowi pływu i cofanie. Postanowiłem rzucić kotwicę i poczekać na zmianę pływu. Widziałem że wszyscy tego chcieli, cała załoga; odetchnęli z ulgą, bo prawie już nie posuwaliśmy się do przodu, a prąd pływu nawet zaczynał nas powoli cofać.

Dzień się kończył, powietrze było jakieś dziwnie ciężkie, robiło się ponuro i mroczno. Poszedłem na dziób rzucić kotwicę i stałem chwilę sprawdzając jak ustawi się jacht i czy kotwica dobrze trzyma – choć była to tylko formalność, aczkolwiek konieczna, bo wynikająca z dobrej praktyki morskiej – staliśmy bowiem na płyciźnie Sheerness, gdzie niejednokrotnie stawałem i znałem to miejsce.

Czułem ich wzrok na sobie. Siedzieli w kokpicie nie bardzo wiedząc co robić. Nasza „Nellie” znieruchomiała i ustawiła się z obwisłymi żaglami pod prąd przypływu. Kotwica dobrze trzymała. Jeszcze tylko spojrzałem na rozpościerające się przed dziobem ciemniejące morze, na cały ten obszar przymorski, pogrążający się w ciemnym, mrocznym powietrzu, zagęszczającym się w ponury mrok i powoli wróciłem do moich współtowarzyszy. W oddali na rzece tkwiły prawie bez ruchu, słabe światła statków i szkut z czerwonymi płótnami ledwo napiętych żagli, kierujących się, jedne w górę, inne w dół rzeki. A jeszcze dalej, na prawo od rufy silny blask latarni Chapman wskazywał bezpieczną drogę w gęstniejącym mroku.

Wszyscy trzej siedzieli milcząc, nie okazując ochoty na jakąkolwiek aktywność, na tak częste zazwyczaj w takich sytuacjach długie rozmowy, wspominanie zdarzeń z dawnych lat, snucie opowieści z dalekich mórz i lądów, tak jakby otaczająca nas cisza i napierający zewsząd ponury, nieprzyjazny mrok odbierał wszystkie siły i wiarę w sensowność jakiejkolwiek aktywności.

K. trzymał w rękach – chyba z przyzwyczajenia – domino, ale nikt nie miał ochoty do układania kostek, a i on zaczął je ustawiać mimowolnie, bez zaangażowania. Jedyna poduszka, którą mieliśmy na jachcie, trafiła do M, dla wygody, należała mu się – „miał pokaźną ilość lat i cnót”, jak zauważył Joseph, nerwowo bębniąc palcami po pokładzie.

I wtedy poprosiłem Josepha żeby opowiedział nam o swoim ostatnim rejsie, który był o tyle inny od jego wcześniejszych, a i naszych rejsów, którzy też doświadczenie morskie mieliśmy spore, bo prowadził rzeką, na słodkich wodach, w głąb lądu – nieznanego, mrocznego; dzikiego lądu. W głąb otaczającej wszystko, przenikającej w głąb duszy człowieka, nieodgadnionej ciemności.

– To miejsce tutaj – odezwał się Joseph, zaczynając swą opowieść – wieki temu, też było mrocznym miejscem na ziemi …

(…)

Odpływ się zaczął, gdy Joseph skończył swą długą opowieść. Na wschodzie niebo jaśniało, jakby chciało wedrzeć się swoją odwieczną siłą w zniewalające nas jeszcze mroczne ciemności i wskrzesić w nas wiarę w sens i skuteczność naszych wysiłków. Podnieśliśmy kotwicę i pożeglowaliśmy dalej, ku otwartemu morzu…

Ja, George Fountaine Wear H, dyrektor South African Mercantile Company, członek Londyńskiej Izby Handlowej to mówię; mówię jak było, gdyśmy wtedy w czerwcu 89. roku żeglowali w czwórkę dobrych znajomych na mojej 33 stopowej „Nellie”. A potem w 92. sprzedałem ją i kupiłem dwumasztowy cutter „La Reine”, na którym Joseph też wyprawiał się ze mną w rejsy, aż w końcu latem 99. i ją sprzedałem. Tym razem Josephowi, który kupił ją do spółki z jakimś pisarzem.

Wtedy, już od prawie roku, było coraz głośniej o tym królu z „grobowego miasta” i o tym co on tam w tej Afryce wyprawia, jakie straszne, okropne rzeczy tam się dzieją. I może właśnie wtedy wróciły do Josepha te ciężkie, mroczne wspomnienia z jego tam pobytu, gdy żeglował na parowczyku „Roi des Belges”, owej „puszce sardynek”. I może przypomniał sobie nasze żeglowanie sprzed lat na „Nellie” i postój na kotwicy w tamten mroczny wieczór i w ciemną, ponurą noc, gdy mrok ścielił się posępnie, a my nic nie mogliśmy zrobić tylko czekać na zmianę …

I jeszcze co powiem, to to że nikogo więcej poza naszą czwórką, wtedy, tam na mojej „Nellie” nie było; nie było żadnego Marlowa. Nikt nie siedział z nogami skrzyżowanymi, w głębi rufy, oparty o tylny maszt; nikt podobny do bożka, niczym zadumany Budda. Nie wiem skąd to mu przyszło do głowy.

(zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

„Nelly”, tak nazywał się trzydziestotrzy stopowy jacht, o wyporności rejestrowej dziewięć ton (zapewne wg tzw. pomiaru Tamizy), którym wybrali się – czwórka przyjaciół połączonych więzią z morzem – na krótkie, najwyżej kilkudniowe pływanie w rozlewiskach Tamizy, w Estuarium Tamizy.

Jol „Nellie”, właściciel: G. F. W. Hope, rysunek, autor nieznany.

Kotwicę najprawdopodobniej rzucili przy Isle of Sheppey, na płyciźnie Sheerness, gdzie i dziś są kotwicowiska. Skąd to przypuszczenie, że tam? Otóż, wiele lat później w liście do Arnolda Bennetta, angielskiego pisarza, Conrad wspominał, że pływali z przyjaciółmi jolem „Nellie” do Sheerness. A sam Conrad też dał wyraźną wskazówkę: „latarnia morska Chapman, stojąca na trzech nogach… rzucała silny blask” („The Chapman lighthouse, a three-legged thing erect … shone strongly.”). Widzą trzy nogi czerwonej wieży latarni, ale z daleka nogi-pale na których postawiono latarnię mogły się zlewać z sobą i z siedmiu na których rzeczywiście była posadowiona wydawało im się, że widzą trzy. Sprawdzam na mapie angielskiej nr 1185 „River Thames – Sea Reach” i wynika, że latarnia była w odległości około sześciu mil morskich od przypuszczalnego miejsca ich kotwiczenia. Między płycizną – domniemanym miejscem kotwiczenia – przy Isle of Shepey, a skrajem płycizny Chapman Sands na której posadowiona była latarnia jest w linii prostej, nieprzysłoniętej żadnym lądem, czy jakąś konstrukcją, chyba że przepływającymi barkami lub statkami właśnie sześć mil morskich. Zasięg ówczesnego światła latarni Chapman wynosił 11 mil morskich.

Peter Chesterton, Chapman Lighthouse; watercolour, pocztówka.

Ciekawa jest historia owej latarni. Budowę rozpoczęto w 1849 roku, a w 1851 roku zaczęła pracę i przetrwała, nieustannie wskazując bezpieczną drogę do Londynu i na morze, a w mgle wysyłając sygnał mgłowy – dzwon, trzy uderzenia na 15 sekund – do 1957 roku, kiedy to po wcześniejszym dokonaniu inspekcji i stwierdzeniu znacznej korozji i zagrożenia stabilności całej konstrukcji, latem 1956 roku wyłączono ją z użytkowania i ostatecznie w 1957 rozebrano; zniknęła, choć pozostawiono jeden pal, jedną „nogę” – może z sentymentu. Ten „silny blask” latarni Chapman to było wówczas światło przerywane grupowe o okresie 30 sekund, czyli w zapisie nawigacyjnym – na mapach, w spisie świateł, w locji: Gr.Occ(2)W30s. Taką charakterystykę miało to światło od pierwszego stycznia 1881 roku. A trzy nogi latarni (było ich siedem), które widzieli, to zastosowane właśnie przy budowie tej latarni, pale śrubowe (Mitchell’s screw). Nowatorska na ówczesne czasy idea została wymyślona i stosowana z powodzeniem przez irlandzkiego inżyniera Aleksandra Mitchella (1780 – 1868). Dziesięć lat wcześniej według tej metody posadowiono latarnię na Maplin Sands, też w ujściu Tamizy, kilkanaście mil na wschód od Chapman Sands.


Plan posadowienia konstrukcji latarni Maplin Sands na palach śrubowych Mitchella.

Tradycyjny pal zakończony dużą śrubą, zamiast pogrążania go w grunt metodą wbijania, był wkręcany, jak korkociąg. Metoda dobrze sprawdzała się w gruntach słabych nośnie, w trudno dostępnych terenach. Mitchell uzyskał patent na swój pomysł i z dużym rozmachem, z pomocą syna, rozwinął firmę zajmującą się takimi właśnie posadowieniami różnych konstrukcji inżynieryjnych. Jego patent znalazł zastosowanie przy budowie latarni, m.in. na piaszczystych terenach wysp Key West koło Florydy, przy budowie mostów, nabrzeży, pirsów w odległych krajach Imperium Brytyjskiego. Mitchell niejednokrotnie osobiście nadzorował i sprawdzał wykonywane palowania, udzielał rad, poprawiał błędy, rozwiązywał trudne problemy techniczne, które często pojawiają się przy budowie w różnorodnych, nie zawsze dobrze rozeznanych warunkach geologicznych. Na miejsca budowy przywoził go syn i oprowadzał, bo… Mitchell od 23. roku życia był ślepy. Choć kompletnie ślepy, to jednak swoim inżynierskim talentem pomógł żeglarzom i marynarzom „widzieć” w ciemności.

Henry Gerald (Harry) Russell (1911 – 1992), Królewski powrót, 1954; olej

Miejsca w których toczy się akcja opowiadania „Jądro ciemności”, to znaczy jedno z miejsc, ponieważ opowiadanie jest szkatułkowe („jedno w drugim”) więc są dwa miejsca: jedno na Tamizie a drugie na afrykańskiej rzece w Kongo. Na Tamizie z dużym prawdopodobieństwem można by wskazać kotwicowisko na płyciźnie Sheerness. Otóż spośród kilku, dosłownie kilku rejsów żeglarskich Conrada na jachcie starego, dobrego znajomego G. F. W. Hope’a „Nellie”, to w towarzystwie prawnika i księgowego – bliskich znajomych Hope’a – żeglowali w czerwcu 1889 roku po powrocie Conrada z Australii z żaglowca „Otago”. Być może były kolejne rejsy w następnych tygodniach. Na razie Conrad był w Londynie, szukał pracy na statku, zaczął pisać „Szaleństwo Almayera”, a z początkiem jesieni, korzystając ze swoich znajomości, rozpoczął zabiegi o pracę na statku w Afryce dla belgijskiej spółki handlowej i wreszcie, po ponad piętnastu latach, udał się na początku nowego roku w podróż w rodzinne strony. Po powrocie z Kraju wyjechał do Konga na trzyletni kontrakt, przerwany pod koniec roku z powodów zdrowotnych. W maju1891 roku udał się na kurację do Szwajcarii, a w czerwcu i lipcu ponownie żeglował na „Nellie”, tym razem dalej, w stronę wschodnich wybrzeży Anglii.

Ciekawe wspomnienia przedstawił wspomniany wcześniej Hope w tekście pod tytułem „Joseph Conrad’s first cruise on the Nellie”. Otóż podaje on, że w czerwcu 1889 roku, po powrocie Conrada z Australii, gdzie dowodził żaglowcem „Otago”, zaaranżował rejs na swoim jachcie razem z Conradem i swoimi dwoma bliskimi znajomymi, których zamierzał przedstawić Conradowi. Zaopatrzeni – jak pisze – „w pieczeń jagnięcą na zimno, sos miętowy i kilka butelek Reffel’s Beer” wyruszyli – Conrad i Hope – z Greenhithe, gdzie „Nelli” stała na boi, w piątek w południe, a prawnika i księgowego – owych przyjaciół – mieli zabrać na jacht w sobotę popołudniu w Chatham. Noc z piątku na sobotę spędzili w Hole Haven na Convey Island zatrzymując się na dobrą biesiadę i pogawędki portowe w tawernie „Lobster Smack” Inn u Mr. Beckwitha.

Lobster Smack Inn, ok. 1900, olej, autor nieznany.

Następnego dnia po obiedzie żeglowali dalej w stronę rzeki Medway i wtedy, ponieważ zrobił się odpływ i w rzece, pod przeciwne prady, trudno było płynąć, stanęli na kotwicy. Potem z przypływem dopłynęli do Chatham, gdzie spotkali się z prawnikiem i księgowym i po towarzyskim spotkaniu w „The Bul Inn” (w tawernie, znanej z dickensowskiego Klubu Pickwicka), następnego dnia, wspólnie żeglowali w dół Medway. Po wypłynięciu na Tamizę, skierowali się w stronę odległego o ponad dwadzieścia mil morskich portu Margate, gdzie miał wysiąść księgowy (spieszył się do Londynu). Ostatecznie wysadzili go wcześniej, w Birchington (bo się spieszył), a sami pożeglowali w stronę Margate i tam zatrzymali się na noc. W niedzielę, z powodu silnego wiatru, wystartowali dopiero po południu i dopłynęli do rzeki Swale opływającej Isle of Sheppey od południa i w Favershamn Creek stanęli na kotwicy. Postój przedłużył się na cały następny dzień – tak tęgo wiało. Dopiero we wtorek wiatr trochę osłabł i mogli żeglować dalej rzeką Swale w stronę Queenborough i Sheerness. Stanęli tam na kotwicy i poszli na obiad, oczywiście zwyczajowo przedłużający się z powodu snucia różnorakich opowieści. Następnego dnia wcześnie rano pożeglowali do Greenhithe, gdzie dopłynęli około godziny drugiej po południu. Sklarowali jacht na boi i małą dinghy dostali się na ląd. Tak zakończył się ten rejs, którego konsekwencje – wszystko na to wskazuje – daleko wybiegły poza rzeczywisty czas jego trwania i niewielki obszar określany na mapie morskiej jako „River Thames – Sea Reach”.

(zs)