Archiwum kategorii: ZŻ nr 46e sierpień 2020

Marek Słodownik: „Bałtyk”, 1936

100 lat logo.jpg
Marek SłodownikSkromne pismo o zasięgu lokalnym wydawane w Gdyni w 1936 roku pozostało tytułem o najkrótszym rynkowym życiorysie w okresie XX-lecia międzywojennego. Pierwszy numer wydano 18 czerwca, a za tytułem stała nieliczna redakcja stworzona przez Bronisławę Librachtową. Pismo nasze będzie się starać uzupełnić lukę istniejącą w prasie wybrzeża. Handel morski oraz żegluga to dwa działy, którym w pierwszym rzędzie Wydawnictwo udzieli swych łamów. „Bałtyk” w stolicy morskiej – Gdyni – służyć będzie sprawom morza i marynarki handlowej”.

BALTYK_Strona_1                                                         BALTYK_Strona_2
Szeroko zakrojone plany wydawnicze musiały mieć oparcie w silnej redakcji w licznym gronie współpracowników, podczas gdy „Bałtyk” nie miał żadnego z tych atutów. W cenie 50 groszy czytelnik otrzymywał 20-kolumnowe czarno-białe pismo poruszające tematykę morską w szerokim rozumieniu i bogato ilustrowane. Dwuszpaltowe łamanie, wyraźne tytuły, czytelna czcionka i przejrzysty układ graficzny sprawiły, że tytuł stał się atrakcyjny graficznie. Okładki drukowane na grubym papierze pozostawały niezmienne; fotografia prezentowała statek w doku stoczniowym. Tematyka prezentowana w „Bałtyku” pokazywana była w sposób dość przypadkowy, nawet chaotyczny, co wskazuje, że redakcja nie miała bogatego zaplecza autorów i współpracowników. Dominowały informacje o charakterze newsowym, ale w na łamach pisma często bardzo się one rozrastały. Tekst o powstaniu gdyńskiego oddziału Oficerskiego Yacht Klubu nabrał charakteru nieco publicystycznego, ponadto wiele miejsca zajmowała tematyka kulturalna, wiersze i opowiadania. Całość nie układała się w sposób klarowny, często niektóre materiały sprawiały wrażenie, że znalazły się na kolumnach przez zupełny przypadek. Stąd też dochodziło do sytuacji, gdzie znajdowały się informacje mało istotne przy pominięciu ważnych wydarzeń z punktu widzenia miasta i regionu.
Pismo nawiązywało w jakiejś mierze do „Latarni Morskiej” ukazującej się w Gdyni w latach 1934-35, ale prezentowało się mniej atrakcyjnie jako periodyk drukowany bez koloru, o znacznie skromniejszej szacie graficznej i dość przypadkowej zawartości. „Bałtyk” nie cieszył się dużym powodzeniem wśród czytelników, ponieważ było bardzo lokalne w treści, rozprowadzane tylko na Wybrzeżu, a tematyka poruszana w nim była w innych pismach, dostępnych także w tym regionie, prezentowana znacznie szybciej, pełniej i na wyższym poziomie merytorycznym. Słabą stroną pisma były ilustracje, bardzo przypadkowe, nie korespondujące z tekstami, pozbawione walorów artystycznych, a często także – informacyjnych. Pismo od początku miało kłopoty ze sprzedażą egzemplarzową i prenumeratą, i zniknęło z rynku po wydaniu zaledwie dwóch numerów.

Marek Słodownik

___________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Marek Słodownik: „Uprawa Morza”, 1938-1939

„Uprawa Morza” 1938-1939
Podtytuł: „kwartalnik morsko-kolonialno-ekonomiczny w Gdyni”100 lat logo.jpg

Marek SłodownikTytuł „Uprawa Morza” powstał na zamówienie środowiska naukowego Wybrzeża skoncentrowanego na zagadnieniach morskich. Nie miało ono swojego pisma, na łamach którego można było publikować wyniki prac i analizy związane z różnorodnymi zagadnieniami o wspólnym morskim mianowniku. Kiedy na Wybrzeżu powołano do życia Kolegium Ekonomistów Morskich, przemianowane następnie na Morskie Kolegium Ekonomiczne, za jeden z priorytetów uznano stworzenie własnego pisma o charakterze naukowym. O potrzebie powołania takiego tytułu dyskutowano od lat, jednak zabiegi zakończyły się powodzeniem dopiero w 1938 roku w wyniku sfinansowania przygotowań przez przyszłego wydawcę, skupiającego w swoich szeregach ludzi nauki, urzędników, ale także przedstawicieli miejscowego biznesu.

UPRAWA MORZA_Strona_1 P1400017

    

Okładka pierwszego wydania pisma z 1938 roku.                          Strona tytułowa pierwszego wydania pisma z 1938 roku.

„Uprawa Morza” była pismem fachowym wydawanym przez Morskie Kolegium Ekonomiczne, co narzuciło niejako jego profil. Było to pismo wydawane w formie książkowej o zmiennej objętości, o oszczędnej szacie graficznej, ale o ogromnym znaczeniu poruszanych zagadnień z uwagi na niekwestionowany autorytet wydawcy i autorów. Było w ogóle pozbawione fotografii, zamieszczało referaty, artykuły i analizy wzbogacane czasem o wykresy, czytelnik oczekiwał bowiem nie atrakcyjnej szaty graficznej, ale rzetelnej wiedzy popartej badaniami.
Na czele komitetu redakcyjnego stanęli naukowcy: Bolesław Koselnik, Bolesław Polkowski i Aleksander Szulc, co gwarantowało wysoki poziom merytoryczny. Sprawami redakcyjnymi zajmował się Alfred Zakrzewski pracujący w siedzibie redakcji znajdującej się w centrum Gdyni przy ulicy Świętojańskiej 23. Periodyk miał charakter naukowy, jego cenę ustalono na poziomie 3 złotych, a roczną prenumeratę w wysokości 10 złotych. Nowe czasopismo dystrybuowano poprzez placówki naukowe Wybrzeża i tamtejsze urzędy, w wolnej sprzedaży było praktycznie niedostępne. Mimo naukowego charakteru pisma publikowano na jego łamach reklamy modułowe, już w drugim numerze z 1938 roku opublikowano ich aż osiem kolumn. Były one niemal wyłącznie związane z gospodarką morską na terenie Gdyni lub też wynikały z działalności gospodarczej członków Morskiego Komitetu Ekonomicznego, którego wykaz członków opublikowano już w pierwszym numerze. Pismo miało stałą okładkę pozbawioną fotografii; w pierwszym roku swego istnienia miało barwę kremową, która następnie została zamieniona na brąz.
W pierwszym numerze pisma w artykule odredakcyjnym tak uzasadniano znaczenie tytułu i prezentowano zarazem profil pisma: Niech więc uprawa morza skojarzy się tak mocno w słownictwie naszym, jak to od dawien dawna stało się z uprawą roli. Niech zestawienie tych wyrazów oddaje najpierw znaczenie morza dla Polski – niech głosi jego niezmierzoną wartość gospodarczą, niech zawsze mówi Polakom, że tym samym, co rola, jest dla ich bytu i dla ich pracy – MORZE”
Tytuł nawiązywał do słynnego wiersza z XVI wieku autorstwa Sebastiana Klonowicza, który pisał:
„Miła Polska na żyznym zagonie
Zasiadła, jak u Boga na łonie:
Może nie wiedzieć Polak, co to morze,
Gdy pilnie orze”

Przez lata międzywojennej Polski wiersz ten bardzo często przytaczano na łamach prasy jako przykład braku zainteresowania sprawami morskimi wśród Polaków, co stało się przyczyną późniejszych kłopotów w postaci kolejnych rozbiorów i upadku państwa.
Ogółem wydano zaledwie pięć numerów pisma, jednak mimo to odegrało ono ważną rolę na rynku prasy morskiej z uwagi na swój wyważony charakter, opiniotwórcze materiały i wsparcie ze strony zaplecza naukowego. Tytuł mając zapewnione finansowanie, ukazywał się regularnie, co było jednym z elementów budowania strategii rynkowej nowego pisma. „Uprawa Morza” nie będąc czasopismem stricte rynkowym, nie musiała walczyć o czytelnika, borykać się niedoborami finansowymi, a także nie była obligowana do działań marketingowych. Zajmowała swoją niszę wypełniając zarazem misję krzewienia i porządkowania wiedzy na tematy związane z morzem, ale podejmowane w oryginalny sposób, z punktu widzenia ważkiego dla miejscowych elit gospodarczych.

UPRAWA MORZA_Strona_1Okładka czasopisma „Uprawa Morza” z roku 1939.

Tematyka pisma koncentrowała się wokół zagadnień morskich, ale w ujęciu gospodarczym i prawnym, w postaci pogłębionych analiz wybranych zagadnień. W piśmie nie było w ogóle kolumn newsowych czy bieżącej tematyki, zawartość tytułu koncentrowała się na zagadnieniach problemowych i teoretycznych. Dużo miejsca poświęcono budowie oraz eksploatacji portów, zwłaszcza portu w Gdyni, co było zrozumiałe z uwagi na charakter periodyku. Pisano także o handlu zagranicznym i przepływie towarów z punktu widzenia portu morskiego, ale też kilka obszernych materiałów poświęcono sprawom prawnym w otoczeniu portów. Na łamach „Uprawy Morza” opublikowano również kilka prac poświęconych demografii Gdyni i napływu ludności do tego miasta w kontekście rozwoju portu, co było precedensem w tej dziedzinie w odniesieniu do nowego portu i miasta. Artykuły te redakcja zawdzięczała Bolesławowi Polkowskiemu, kierownikowi referatu statystycznego Gdyni, który swoje opracowania publikował także w innych pismach w tym okresie.
Tematyka polityczna w ogóle nie pojawiała się na łamach pisma, ale także i tutaj znalazło się miejsce na publikację materiału poświęconego ekspansji kolonialnej Polski. W każdym numerze pisma publikowano także zestawienia statystyczne związane z różnymi zagadnieniami morskimi, co pozwalało czytelnikowi poznać różnorodne zagadnienia w syntetycznym ujęciu.

                                                                                                                                         Marek Słodownik

___________________________________________________________________________________________________ Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

___________________________________________________________________________________________________100 lat logo.jpgRok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl                                                                                                       Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.com, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, lmir.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ.

Marek Słodownik: „Jantar”, 1937-1939

100 lat logo.jpg

Marek SłodownikJantar – organ Instytutu Bałtyckiego, Przegląd kwartalny zagadnień naukowych pomorskich i bałtyckich ze szczególnym uwzględnieniem historii, geografii i ekonomii regionu bałtyckiego”

Periodyk o charakterze naukowym, adresowany do wąskiej grupy czytelników, poruszający się w obszarze zagadnień zawartych w podtytule, a więc historycznych, geograficznych oraz ekonomicznych zawężonych do spraw regionalnych. Niezwykle ważne pismo dla środowiska naukowego Gdyni i Gdańska, skupiające w gronie współpracowników elitę ówczesnego świata naukowego Pomorza. Komitet Redakcyjny składał się z uczonych z całego kraju, on nadawał pismu ogólny kierunek naukowych dociekań rozwijanych następnie na łamach. W jego skład wchodzili profesorowie: Stanisław Arnold z Warszawy, Franciszek Bujak z Lwowa, Jan Bystroń z Warszawy, Edward Lipiński z Warszawy, Jerzy Smoleński z Krakowa i Witold Staniewicz z Wilna. Redaktorami pisma byli Józef Borowik i Józef Bieniasz. Redakcja znalazła swoją siedzibę w gdyńskim gmachu Instytutu Bałtyckiego znajdującym się przy ulicy Świętojańskiej 23. „Jantar” ukazywał się regularnie jako kwartalnik, jego cena została ustalona na poziomie 3 złotych, a prenumerata roczna kosztowała 10 złotych.
Tytuł miał niezwykle konserwatywny układ, składał się z trzech zasadniczych działów: „Rozprawy”, „Sprawozdania” oraz „Recenzje”. Łamany był dwuszpaltowo, co ułatwiało lekturę, a na treści pomieszczone na łamach pisma złożyło się wiele prac naukowych i omówień badań zagadnień interesujących dla redakcji. Okładka pozostała niezmieniona przez cały okres przedwojenny, podobnie było także z papierem, na którym tytuł drukowano, a który miał wysoką jakość.

                     JANTAR_1937     JANTAR_ 1939

              Okładka pierwszego – z marca 1937 roku – i ostatniego – z czerwca 1939 roku – wydania czasopisma „Jantar”.

Wiele miejsca zajmowała tematyka historyczna koncentrująca się na zagadnieniach morskich, co w sposób oczywisty wynikało z profilu periodyku. Dużo publikowano także na tematy gospodarcze koncentrując się na szlakach wodnych i ich wykorzystaniu w rozwoju transportu, ale też dokonując naukowych porównań pomiędzy wybranymi portami. Bardzo obszernym działem były recenzje, w którym publikowano materiały na temat wybranych nowości książkowych o tematyce morskiej w bardzo różnych aspektach. W dziesięciu wydanych numerach zamieszczono aż 60 recenzji dotyczących publikacji samodzielnych oraz czasopism poświęconych tematyce bałtyckiej i pomorskiej. Oprócz tekstów autorów polskich sięgano także po tłumaczenia artykułów, głównie z kręgu naukowców skupionych wokół innego pisma naukowego wydawanego wówczas na Wybrzeżu, „Baltic Countries”.
„Jantar” odegrał niezwykle ważną rolę na rynku wydawniczym choć nie miał nigdy aspiracji bycia pismem masowym. Publikował jednak ważkie teksty poruszające problematykę bałtycką w ujęciu naukowym, pokazując stan badań uczonych w nowej dziedzinie. Skupiał wielkie autorytety naukowe i integrował środowisko wokół zagadnień morskich, inspirował kolejnych badaczy do podejmowania tej problematyki w swoich pracach.
Marek Słodownik

_________________________________________________________________________________________________ Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

_________________________________________________________________________________________________

100 lat logo.jpgRok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.

Organizator: wodnapolska.pl                                                              Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska
Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.com, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, lmir.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ,

 

Marek Słodownik: „Flota Polska – organ Towarzystwa Polsko-Amerykańskiego Żeglugi Morskiej”, 1919

100 lat logo.jpg

Marek SłodownikJuż w listopadzie 1919 roku ukazało się pismo popularne związane z morzem, adresowane do szerokiego kręgu czytelników. Jego specyfiką było wydawanie go nie w Polsce, a w Stanach Zjednoczonych, w warunkach wolności politycznej, dojrzałej demokracji oraz swobody gospodarczej. Wydawano je w Nowym Jorku, a w roli wydawcy wystąpiło Towarzystwo Polsko-Amerykańskie Żeglugi Morskiej. Siedzibą redakcji było biuro przy ulicy Broadway 206, a cenę egzemplarzową ustalono na 20 centów. Pismo miało skromną, choć staranną, szatę graficzną, adresowane było do Polonii amerykańskiej zainteresowanej sprawami gospodarki morskiej Polski i kontaktami z macierzą. „Flota Polska” wydawana była jako pismo czarno-białe, ale zawierała dużo ilustracji, zarówno zdjęć jak i rycin. Papier, na którym drukowano pismo, był stosunkowo cienki, ale wysokiej jakości, co skutkowało dużą czytelnością druku i atrakcyjnym wyglądem tytułu.

DSCN0032 — kopia — kopia Okładka pierwszego numeru czasopisma „Flota Polska” wydawanego w Nowym Jorku.

W artykule wstępnym redakcja pisała: Mając więc charakter polskiej placówki, Towarzystwo Polsko-Amerykańskiej Żeglugi Morskiej, pragnie obecnie dać się poznać i zawiązać bliższe stosunki z polska publiczną opinją.(…) Tak więc my, Towarzystwo Polsko-Amerykańskiej Żeglugi Morskiej, przystępujemy do wydawania „Floty Polskiej” – miesięcznika poświęconego sprawom Polskiej Żeglugi Morskiej w ogóle; sprawom naszego Towarzystwa w szczególe, oraz, w miarę możności, i innym sprawom życiowym blisko obchodzącym bjaśnieni polskie w Ameryce. Nasze motto jest, iż w Polsce potrzebna jest wielka Flota Handlowa i, że ona może być uzyskana w drodze prywatnej inicjatywy i za pomocą zbiorowego ludowego grosza. Tak ważna sprawa, jak tworzenie się Floty Handlowej, zwłaszcza za wolą szerokich mas ludowych – musi mieć uwagę Rządu Polskiego zwróconą ku sobie, o ile ten Rząd jest rządem ludu, z ludu i dla ludu. (pis. oryg)
Już słowa redakcji zawarte w materiale wstępnym pokazują znaczącą odmienność w postrzeganiu rzeczywistości, zarówno politycznej jak i gospodarczej. Realia amerykańskie w bezpośredni sposób rzutują na poglądy, w których akcentowana jest swoboda gospodarcza, prywatna własność i przedsiębiorczość obywateli, uwagę zwracają także inaczej rozłożone akcenty dotyczące wizji rozwoju floty polskiej. Nieco inaczej wyrażane są poglądy autorów na łamach pisma, a dotyczy to zarówno kwestii bieżących jak też aspektów oceny wydarzeń historycznych.

DSCN0059

Strona redakcyjna pierwszego numeru czasopisma „Flota Polska” wydawanego w Nowym Jorku.

DSCN0062 — kopia (1)

Stopka redakcyjna pierwszego numeru nowojorskiej „Floty Polskiej” z listopada 1919 roku.

Pismo miało charakter bardzo eklektyczny, co wskazuje, że redakcja dopiero starała się pozycjonować je rynkowo i dopracować formułę wydawniczą. Opublikowano reportaż, wzbogacony fotografiami, poświęcony wodowaniu w Nowym Jorku statku „Kościuszko”, pierwszemu statkowi pod polską banderą zwodowanemu w USA. Sporo miejsca poświęcono również historii. Zamieszczono materiał o historii Gdańska, w którym odwoływano się do kilkuwiekowych dziejów Pomorza w kontekście walk z Niemcami, a także esej na temat Powstania Listopadowego. W ten nurt wpisywał się również artykuł poświęcony historii polskich dokonań na Bałtyku, w którym przypomniano okres tworzenia floty królewskiej za panowania Zygmunta Augusta, a więc w okresie największego rozkwitu polskiej floty. W materiale poświęconym konieczności budowy statków i okrętów wskazywano na długotrwałość procesu tworzenia floty, ale zarazem podkreślano konieczność jej budowy w kontekście narastającego zagrożenia niemieckiego. Akcentowano zarazem fakt posiadania dwóch statków; „Kościuszki” i „Wisły”, widząc w tym początek procesu odradzania polskich zasobów na morzu i zachęcano zarazem sugestywnie do podejmowania kolejnych kroków w dziele budowania silnej Polski na morzu. Osobny artykuł poświęcono dziejom powstania Towarzystwa będącego wydawcą pisma, w którym uwypuklono zagadnienia patriotyczne i konieczność utrzymywania łączności z macierzą w trudnej chwili odbudowy od podstaw państwa polskiego.
Wobec zachowania w polskich zbiorach jedynie numeru pierwszego „Floty Polskiej” trudno jest dokonać wiarygodnej analizy tytułu. Nie wiadomo, czy inicjatywa związana z kontynuowaniem wydawania tytułu morskiego w Nowym Jorku ziściła się i czy w tym przypadku pismo odegrało istotną rolę. Prawdopodobnie jest to jedyny numer wydany w USA, a poświęcony polskiej flocie. Niektóre źródła podają, wszelako bez podbudowy dowodowej, że „Flota Polska” prawdopodobnie ukazywała się jeszcze w roku 1920, pewną poszlaką może być rozwiązanie Towarzystwa Polsko Amerykańskiego Żeglugi Morskiej właśnie w tym roku, jednak jest to zaledwie hipoteza.

                                                                                                                                            Marek Słodownik

___________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Ludomir Mączka: Zapiski-notatki z rejsu „Marią”. Australia, Wielka Rafa Koralowa, 1977 r.

Ludomir Mączka, wbrew powszechnej opinii, pisał dużo i systematycznie: były to listy do przyjaciół i znajomych; z wyjazdów zawodowych, z rejsów, listy z Afryki do kolegi geologa. Wysyłał widokówki z wypraw, rejsów gęsto zapisane na odwrocie, ba nawet napisał artykuł – głos w dyskusji na temat walorów estetycznych, wychowawczych żeglarstwa. Pozostawił po sobie skrupulatnie prowadzone, niemalże dzień po dniu, zapiski – notatki z rejsu „Marią”.  

Wyłania się z nich postać żeglarza zatroskanego o sprawy rejsu, jachtu, załogi, ale też obserwatora zafascynowanego otoczeniem, przyrodą, ludźmi; człowieka z egzystencjalnymi rozterkami, który, niczym literacki „niespieszny przechodzień”, wplata rozmaite dygresje wydobyte z głębi własnego intelektu. Dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona, który olbrzymim zaangażowaniem i wytrwałością gromadził i zachował spuściznę po Przyjacielu, przedstawiamy kolejne fragmenty ludkowych notatek z rejsu „Marią” (poprzednie,  patrz: „Zeszyty Żeglarskie” nr 20, 21, 22e 23e), tym razem z okresu żeglugi australijskiej, przez Wielką Rafę Koralową, w drugiej połowie 1977 roku. W większości prezentowanych zapisków, pozostawiono nie poprawiony, pisany na gorąco tekst, bez nadmiernej ingerencji w charakter i styl Autora.

                                                                                                                                                                                                                            (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

19.07.1977 Mooloolaba

 Wczoraj weszliśmy do Mooloolaba. Pogoda piękna. Wiatr ten sam, ale że szliśmy tym razem półwiatrem to było bardzo miłe. Weszliśmy ok. południa. Zaczęliśmy się kręcić szukając miejsca. Ciasno – rzeka niewielka. Stoją pale do których się cumuje – kupa krewetkowców. No i tak kręcąc się wleźliśmy na piasek – tuż przy palu. Woda opadła i tak na boczku przeleżeliśmy do ok. 17tej. Zeszliśmy gładko. Można było spokojnie poczekać. No, ale trochę popracowaliśmy windą i linami. Potem odeszliśmy na pale i tu zaczął się trochę niefart – po prostu spieprzyłem. Przedobrzyłem – nie złapałem pala z przodu tylko ten tylny a przedniego nie dosięgnąłem, no i na prądzie obróciło. Było już ciemno. Wreszcie obróciliśmy się na windzie. Nie było to ładne. Fakt, że muszę się nauczyć manewrować. Kaziu robił to ładniej. Dobrze, że było ciemno bo było mało świadków…

 

Wtorek 23.08.1977 Midlle Percy I.

 Stoimy tutaj od soboty. Z Pearl Bay wyszliśmy w wieczór w piątek, Można było iść wprost na Percy, kurs był czysty – trochę wysepek po drodze, ale na kursie czysto, + 2-3 Mm. Ponieważ obawiałem się poprzecznych prądów pływowych poszliśmy na E potem na N aby iść na latarnię High Peak I. I potem już za jasnego na Percy. Nałożyliśmy ok. 15 Mm ale żegluga czysta i bezpieczna. Mimo to miałem przez chwilę niemiłe uczucie zagubienia zanim złapałem latarnię. Pogoda była piękna. Ok. 15tej kotwiczymy przy Midlle Percy I, naprzeciw wejścia do „laguny”. Zatoczka otoczona mangrowcami, można tam wejść przy wysokiej wodzie. Skok pływu coś 3m. Stoją tam na piasku dwa trimarany. Jest też „Jolly Swagman”. W sobotę rano wizyta u Andrew Martina, który tu siedzi już kilkanaście lat. Przeważnie sam. Ma tu duży stary dom, ogród warzywny, kozy, kury. Poluje na kozy. Ma 50 lat, ale wygląda na 30-40. Ciekawy gość, trochę romantyk, idealista, bardzo miły i gościnny. Wczoraj byliśmy z nim na polowaniu na kozy, ale nie zdałem egzaminu ze strzelania i doradził aby karabin zostawić pod drzewem, będzie lżej chodzić. Sam chodzi lekko i szybko. Ma semi eutruite 22 i strzela pięknie, no a kozy obrabia w ciągu 5-10 minut. Wyspa jest piękna i bardzo urozmaicona. W sobotę wieczór obchodziłem 4 tą rocznicę wypłynięcia (trochę przed czasem), ale takiego miejsca jak tu trudno znaleźć. Trochę przepijaliśmy Johny Walkera którego dostałem od Leifa, ryby z rusztu. Były Swagmany, Andrew i kilku jeszcze żeglarzy. Bg (Bogdan – przyp. red.) trochę brzdąkał na gitarze przy ognisku. Pogoda bardzo ładna, upału nie ma. Andrew przypomina trochę A. Drapellę. Wyspę dzierżawi po White’ach, którzy tu mieli owczą farmę. Do niego jest jakieś ca 3 mile. Nie odwiedza go zbyt wielu żeglarzy, bo trochę daleko. Na brzegu jest woda doprowadzona rurą plastikową, …… Szopa gdzie można biwakować. Wisi tam mapa wyspy z krótką historią od Flindersa począwszy. Ogłoszenie, że „dogs are friendly” i „snakes are harmless”…

                                                                                                                                    Ludomir Mączka

________________________________

Andy_Martin's_ Homestead_Middle_Percy _I._fot._Dave_Walsh_czerwiec_1981_Scan1684                                    Andy Martin’s Homestead, Midlle Percy I, czerwiec 1981r. Fot. David Walsh

Pearl_Bay_N.Queensland_fot.Dave_Walsh_28.6.1981                                                    Pearl Bay, North Queensland, 06.1981r. Fot. David Walsh

(zs): Cebulki tulipanów

(opowieść)

Siedzieliśmy w mesie jachtu, przy śniadaniu; nareszcie przy równym stole, nie wstrząsani spadaniem z fali albo nagłymi przechyłami. Jacht spokojnie kołysał się na wodzie lekko zafalowanej od przepływających jednostek portowych, przycumowany do kei klubu żeglarskiego, prawie w centrum dużego miasta. Po mokrym, uciążliwym rejsie, wpłynięcie na Zatokę Kilońską, pełną promieni słońca, ciepła i spokojnego wiatru, bez uciążliwego zafalowania, było długo oczekiwanym przybyciem do wymarzonego świata Zachodu.

Poranek był ciepły, słoneczny, a lekki zefirek nastrajał optymistyczną wiarą w uroki roztaczającej się wokół wolności i swobody. Wzdłuż nabrzeża na deptaku spacerowym pojawiali się co rusz  nowi spacerowicze; uśmiechnięci, zadowoleni, jakby bez problemów, kłopotów: zadbana, elegancko ubrana dama z pieskiem równie dalekim jak i ona od trudów dnia powszedniego, starszy pan z żoną pod rękę, grupa rozweselonych nastolatków pomykająca na łyżworolkach ze słuchawkami od walkmana na uszach. Dalej od nabrzeża, w głąb lądu, za spacerowym ciągiem na lekko wznoszącym się krótko przystrzyżonym trawiastym zboczu, pomiędzy terenami klubów żeglarskich rozkładali swoje kajaki i łodzie wioślarskie członkowie lokalnego kanu klubu; dochodzący gwar spokojnych wesołych rozmów świadczył o beztroskich chwilach czekających ich jak zwykle w wolny niedzielny dzień. Wzdłuż terenów klubowych przebiegała ulica, którą jeździły samochody błyszczące i czyste, jakby właśnie wyjechały prosto z myjni, albo jakby nigdy nie pokryły się kurzem, bo niby skąd, jak wokół nigdzie go nie było: ani na ulicach, ani na chodnikach. Czasami któreś z aut zwalniało i skręcało z ulicy na parking klubowy; kierowca przesiadał się na jacht, kajak lub motorówkę.

Za główna ulicą, błyszczała w słońcu fasada świeżo wyremontowanych domów, pomiędzy nimi wiły się czyste uliczki centrum miasta, gdzieniegdzie wybijały w niebo strzeliste wieże neogotyckich kościołów. Całość zapraszała do wejścia w tkankę miejską oferującą uroki od których wzrok oderwać było trudno.

Kuk sprawnie i wyszukanie jak na warunki jachtowe podał śniadanie pachnące ciepłem, prawie domowym. Aromat herbaty z cytryną, zapach ugotowanych baltonowskich parówek i jajecznicy na boczku prosto z patelni, wypełnił wszystkie zakamarki naszego jachtu wprawiając w pogodny nastrój.

– Ahoj na Dali! Cześć kapitanie! – dobiegł niespodziewanie głos z zejściówki. Wszyscy z zaciekawieniem zwrócili głowy w stronę dobiegającego głosu, gdzie w promieniach wpadającego porannego słońca tkwiła znajoma postać w okularach o szkłach prawie butelkowych.

– Jestem Niemiec – dobiegło do nas.

– Kaziu, to ty! Skąd tu się wziąłeś? Twego jachtu nie widzieliśmy! – odezwał się spokojnie nasz kapitan, cedząc każde słowo.

– No, zejdź do nas, właśnie mamy śniadanie. Siadaj. Chcesz herbaty?

Nie trzeba było dwa razy zapraszać. Niespodziewany gość ochoczo wszedł do środka, na stole nawigacyjnym zostawił swoją torbę z zakupami od „Aldiego” i rozsiadł się w mesie przy mahoniowym stole.

– Opowiadaj, gdzie stoisz, gdzie twój jacht ? – zachęcał kapitan, wyraźnie zadowolony ze spotkania młodszego kolegi klubowego, też kapitana.

Wracaliśmy z Holandii, postój w Kilonii to nasz ostatni port przed powrotem do kraju, przed powrotem z Zachodu, a Kaziu, – no tak, oni mieli płynąć do Kielu po naszym wypłynięciu z kraju; najpierw do Kilu, potem porty duńskie i z powrotem do kraju. Ale teraz powinni już być w domu; ich jachtu tutaj nie widzieliśmy…

– Herbatę czy kawę? – zapytał kuk

– Kawę, a jajecznicę i parówki możesz podwójnie. – Kaziu był wyraźnie zadowolony; może to pora śniadaniowa tak go usposabiała.  – Zostałem na Zachodzie. Poszedłem na policję i dali mi azyl; mi i mojej rodzinie. Zostajemy tutaj, albo jedziemy dalej – do Kanady.

Zainteresowanie tak nieoczekiwanym gościem – ba nawet podziw i lekka zazdrość – widoczne były na twarzach całej załogi. Tylko kapitan z flegmatycznym spokojem, rzeczowo zapytał:             – A gdzie masz jacht, gdzie pozostała Twoja załoga?

– Popłynęli z powrotem.

– Sami, do kraju? – dalej spokojnie dopytywał się kapitan.

– No tak, Zbyszek da sobie radę, jest sternikiem morskim, zna łódkę i drogę powrotną, a jego syn też już trochę żeglował. Dadzą sobie radę. Kuk masz już kawę?…

Nasz podziw dla jego decyzji pozostania na Zachodzie rósł z każdą chwilą, z każdym opowiedzianym szczegółem. Oto upragniony Zachód jest tu i my jesteśmy na nim, na Zachodzie. Barwny, kolorowy, urzekający i zachęcający do życia lepszego, pełnego, do nowych wrażeń, do odkrywania nowych możliwości. Czy można było się oprzeć ?…

– Kurcze, poszedłeś na policję i tak po prostu dali ci azyl? A gdzie w Kielu jest policja? – Krzysiek nie mógł wyjść z podziwu i dopytywał się nad wyraz rzeczowo.

Z kambuza rozchodził się zapach kolejnej herbaty dla kapitana.

– Gieniu, cztery łyżeczki, jak zwykle? – upewniał się kuk, choć zwyczaje słodzenia herbaty  naszego „Starego” znaliśmy wszyscy bardzo dokładnie.

– A mi też zrób jeszcze jedną kawę, albo macie może piwo; napiłbym się, gorąco się robi, a ja mam jeszcze tyle spraw do załatwienia –  nasz gość czuł się wyraźnie swojsko w jachcie, ale też nie raz pływał na nim; żeglował również z Gieniem, naszym kapitanem.

Przy zastawionym stole opowiadał całą historię rejsu; jak wypłynęli z kraju – on z żoną i córką i Zbyszek z synem. Rejs mieli łatwy, pogoda sprzyjała i szybko dopłynęli do Kielu. Mieli żeglować dalej do Flensburga i do porów duńskich – do Svendborga, na Duży Bełt, a może i do Kopenhagi, ale w Kielu, pierwszym zagranicznym porcie, Kaziu spakował swoje i rodziny rzeczy, wystawił na keję i zdumionemu Zbyszkowi – swojemu pierwszemu oficerowi, bliskiemu koledze z Klubu – oświadczył, że on z rodziną zostają tutaj, na Zachodzie i idą na policję po azyl.

Był to silny wstrząs dla Zbyszka, jego pierwszego oficera, w Polsce wiernego, zatwardziałego zwolennika panującego ustroju; działał w Partii, w zakładzie był kierownikiem; praca, działka, pływanie w klubie to dla niego było wszystko i wiedział, że to jest słuszne i dobre, że linia wytyczona przez Partię, że socjalistyczny rozwój i demokracja socjalistyczna, że to jest właściwe, a jeśli nawet są jakieś błędy i nie tak idzie to wszystko to przecież będziemy powoli sami zmieniać.

– Tata, a może my też byśmy,… może ja bym… – jego syn nieśmiało zapytał.

– Tak, tak! Głupio gadasz. I co tu zrobisz? Nic. Tam mamy wszystko, tam nasza mama; wracamy. Z ojcem nie było dyskusji – wiedział swoje i koniec.

– Zbyszek, dasz sobie radę wracając, a jak się boisz to zadzwoń do Klubu i ktoś przyjedzie, przyślą jakiegoś kapitana i wrócicie z nim. – Kaziu uspokajał, jakby wszystko miał przemyślane.

Przy naszym jachtowym piwie, jeszcze z kraju, rozmowa ożywiła się, wciągnęła nas wszystkich, rozbudziła wyobraźnię.

Z zewnątrz dochodził wesoły, beztroski gwar miasta; słoneczny, ciepły dzień zachęcał do wyjścia, tym bardziej, że Kaziu opowiedział już wszystko, a na pewno to co najważniejsze, co rozpalało myśli, kierowało je w stronę lepszego, ciekawszego świata.

– Gieniu, my idziemy na miasto. – Krzysiek wstał od stołu w mesie i zaczął się szykować. Ze stołu nawigacyjnego odsunął leżącą na mapie plastikową torbę Kazia z zakupami od Aldiego, uniósł blat stołu i wyciągnął swój paszport i choć kapitan widział to, nie powiedział słowa; w końcu ich wybór, są dorośli – pomyślał ze spokojem, ale papierosa palił z przejęciem, jak w chwilach ciężkiej pogody na morzu.

* * *

Zbyszek czuł pewien dreszczyk emocji; już tyle lat był sternikiem morskim, mógł samodzielnie żeglować, ale po morzu – co najwyżej jako pierwszy oficer; do egzaminu kapitańskiego nie przystępował, może trochę z braku pewności siebie, a może dla wygody – żeby uniknąć odpowiedzialności za innych. I teraz nadarza się okazja, drugiej takiej nie będzie; mogę sam prowadzić jacht po morzu – myślał rozgorączkowany. Nie, nie, nie będę dzwonił do kraju, zresztą – dzwonić, po co dzwonić?, przecież to drogo kosztuje. Kaziu… co mu strzeliło do łba i żeby taki numer mi wykręcić. Zachciało mu się tego Zachodu, a gówno to wszystko warte tutaj, pieprzeni kapitaliści. Mają wszystko. No mają, ale nakradli w wojnę, a potem Amerykanie im dali, a i swoich w robocie okradają. U nas to przynajmniej jest uczciwie, choć biedniej, ale nie ma takiego wyzysku i jest równość i sprawiedliwie, każdy może do czegoś dojść, no i się poprawia, zmienia, jest lepiej, jest odnowa. Towarzysz Jaruzelski przecież mówił, zaraz jak to było, gdzieś to mam, w naszej gazecie…, po czym rozłożył starannie złożoną „Trybunę Ludu” i przeczytał raz jeszcze podkreślony na czerwono fragment:

 „Wytyczona przez naszą partię linia socjalistycznej odnowy znajduje się w głównym nurcie procesów, którym nowych, potężnych impulsów dostarczył XXVII Zjazd KPZR. Są one niezbitym dowodem, że socjalizm ma niespożyte rezerwy twórcze, stwarza zapotrzebowanie na nowatorstwo, urzeczywistnia nakazy czasu. Choć Polska jest na innym etapie budownictwa socjalistycznego, nasz sposób podejścia, filozofia działania są współbieżne z linią KPZR.”

To go upewniło w słuszności decyzji powrotu.

Żegluga była przyjemna, bezpieczna i dawała tak bardzo mu potrzebne poczucie pewności siebie wobec podjętego zadania sprowadzenia jachtu do kraju, a pogoda i wiatry sprzyjały; w końcu jeszcze nie był kapitanem na morzu, a i syn też nabędzie sporo doświadczenia morskiego.

W nocy ubrany w zniszczony żółty sztormiak siedział cały czas na sterze, syn spał, a w dzień zmieniali się, ale poczucie odpowiedzialności za jacht, za bezpieczeństwo żeglugi nie pozwalało mu spokojnie odpoczywać; bardziej drzemał niż zapadał w głęboki sen; synowi kazał budzić się co godzinę i oczywiście w każdej sytuacji niebezpiecznej, np. gdy na horyzoncie pojawi się jakiś statek, albo rybak.

Młody chłopak z żalem oglądał się za malejącym w oddali lądem, a jednak przyciągającym gorące skłębione myśli, aż wreszcie cały ten świat Zachodu zniknął za widnokręgiem, pozostał kolorowym wspomnieniem rozbudzonych marzeń o lepszym życiu. Pustka wokół, tylko woda i woda. Nie, nie, to nie  było dla niego. Nie rozumiał ojca w tej jego potrzebie żeglowania, bo co to za przyjemność: ciągle mokro, zimno, wszystko się kiwa; po co, na co, przecież to bez sensu. Sterowanie też nie sprawiało mu przyjemności, to jakby za karę, a tam było tyle ciekawych rzeczy. Wrócę tam kiedyś, będzie można normalnie zarabiać, normalnie żyć; fajne były te samochody na ulicach, nawet rowery mają lepsze, w kinach normalne filmy…

 – Uważaj, jak sterujesz! – dobiegł z wnętrza jachtu mentorski głos ojca. – Z fali trzeba łagodnie zjeżdżać, a ty ciągle spadasz, aż wszystko tu trzeszczy. Jacht mi rozwalisz.

Ciągle się czepia, ciągle mu źle. Kiedy to się skończy. Już mam dość. Zimno, mokro… Niezła była ta czarnula w oknie wystawowym, prawie rozebrana…, żeby nie stary…, ale i tak nie miałem forsy. Nawet na coca-colę żałował. Tylko połaziliśmy i oglądaliśmy wystawy sklepowe, a i jeszcze te reklamówki, kolorowe foldery – pełno ich nabrał, i te swoje tulipany kupił; na cholerę mu te cebulki, jakieś czarne tulipany i jeszcze ich nazwa: „Queen of Night”, to tak jak tamta czarnula z wystawy, też królowa nocy – hehehe, a tu te jego tulipany, posadzi je sobie na tej swojej działce, a może prędzej mu tutaj zgniją. Hehehe, działka – to obciach, zasuwa na niej codziennie po robocie i gówno z tego ma. I jeszcze mnie tam goni. Nie będę tam chodził, już mam tego dosyć…

 Pluusk!… grzywa fali uderzyła w burtę i wdarła się niczym „dziad” na pokład, przelała przez osłonę kokpitu i znalazła wejście do dziurawego sztormiaka mocząc dupę sternika.

– Kurrr…! Ile jeszcze!?…

– A nie mówiłem, żebyś uważnie sterował? Teraz będziesz miał mokro.

Wejście do portu, żegluga znajomym torem wodnym z płynącymi nim statkami handlowymi, napawała go dumą z dobrze wykonanego zadania; dopłynął do kraju, przyprowadził jacht, dobrze nawigował. Jeszcze tylko odprawa graniczna i żegluga do klubu, a potem w domu, u siebie.

– Tutaj, tutaj dobijcie! – dobiegł z nabrzeża stanowczy głos żołnierza wojsk ochrony granic. Niepokój udzielił się Zbyszkowi, ale przecież zawsze tak było, w końcu nikt nie lubi kontroli granicznych, świdrujących spojrzeń żołnierzy, celników, całego tego napięcia, nerwów, niepewności, bo przecież mogą coś znaleźć, coś im się nie spodoba, nabiorą podejrzeń i nie wypuszczą w rejs albo – jak się wraca – to będzie zakaz pływania. Bzdura – Zbyszek szybko odgonił od siebie złe myśli. Przecież ja wracam do kraju, do ojczyzny i jeszcze jacht przyprowadzam z powrotem. Jacht, który Kaziu – kapitan przecież, porzucił na Zachodzie, uciekł z niego. Nie, nie, o nagrodzie nie myślał, ale na pewno to docenią, pogratulują mu odwagi i troski o nasz państwowy majątek.

Jacht ostrożnie zbliżył się do zniszczonego nabrzeża z wystającymi niebezpiecznie stalowymi szpilkami, z urwanymi odbojnicami z opon samochodowych, które w najlepszym przypadku zostawią gumowy, czarny ślad na jasnych burtach jachtu. Jeszcze nie założyli cum na polerach, a znów usłyszeli ponaglający głos żołnierza:

– Kapitanie: paszporty, listę załogi i do nas na odprawę.

Po czym skierował się do niewielkiego, zniszczonego domku – baraku, tuż przy nabrzeżu.

– Tylko dwóch ? A ilu wypływało? Gdzie reszta? – dopytywał oficer straży granicznej.

Nie było wątpliwości, sprawdził w książce wyjścia: trzech brakuje, nie wróciło.

– I co kapitan został! A wyście przypłynęli, a gdzie Wasz patent kapitański?

Zbyszek poczuł, że jednak może być źle.

– No to będą kłopoty, „Paaanie Kapitanie”. – zawyrokował z przekąsem oficer.

***

– Zbyszek!, Zbyszek! – wołałem przez rzekę w stronę Wyspy. Nikt się nie pojawiał, a łódź do komunikacji z wyspą była właśnie tam, w krzakach wyciągnięta na brzeg. Wreszcie po kolejnym zawołaniu wyszedł z baraku na wyspie i podszedł do łodzi.

– Czekaj, już płynę po ciebie.

Potem przeszliśmy wśród zrujnowanych, opuszczonych poniemieckich – jeszcze z czasów wojny – baraków. Kilka lat termu, jak trzymaliśmy tu poza sezonem jachty, wszystko wyglądało lepiej, było przez nas remontowane i „żyło” – bo, przychodziliśmy do jachtów.

– Chcą mnie stąd wyrzucić, ale jeszcze pozwolili zostać. Płacę za prąd – nie odcięli i tylko w tym baraku jestem. Sam zostałem, nikt tu już nie przychodzi, nic nie trzyma. Zalepiłem dach, bo ciekło na głowę, trochę dyktą przykryłem dziury, ociepliłem, bo do laminowania muszę mieć temperaturę, a jeszcze mam trochę roboty. Może w przyszłym sezonie zrzucę go na wodę, postawię maszt. Na wodzie to już inna robota, a do zrobienia jeszcze sporo zostało, ale czasu mam teraz dużo: w rejsy na morze nie chcą mnie wypuszczać – za tamten powrót z Kielu, na działkę nie chodzę – zapuściłem ją, a jeszcze na dodatek zakład mi chcą zlikwidować a mnie wyrzucają; nowe związki uparły się, że to niby teraz idzie nowe i takich kierowników jak ja, ze starego systemu partyjnego to nie potrzeba. No, niech im będzie: „Idzie nowe” – jak mówią; zobaczymy, ale zdążyłem jeszcze w zakładzie kabestany sobie odlać, z mosiądzu. Zobacz, jak nowe! I jeszcze mam śruby z nierdzewki, tokarz w robocie mi wytoczył.

/…?

.Co tak patrzysz? A skąd niby miałem wziąć?, nigdzie nie kupisz, bo nie ma, a te z Zachodu cholernie drogie. Trzeba sobie radzić, jakoś kombinować, inaczej nic nie zrobisz. Takie czasy.

 

***

Wszystko trwało chwilę, dosłownie chwilę. Spokojna, słoneczna pogoda nagle zmieniła się, załamała: silny podmuch wiatru przeszedł nad jeziorem, groźnie wzburzył wodę, podniósł ją i jako pył wodny wypełniający powietrze poważnie ograniczył widzialność. Wypełnione gwałtownym, silnym wiatrem żagle położyły jachty na burtach; niektóre mniejsze żaglówki mieczowe wywróciły się. Z jednej z nich cała załoga – pięć młodych osób – znalazła się nagle w wodzie; niektórzy bez pasów ratunkowych. Płynący w pobliżu jacht balastowy z jednym człowiekiem za sterem, w starym, zniszczonym żółtym sztormiaku, ruszył na ratunek osób z wywróconej żaglówki.

– Złapcie się za linę, wyciągnę was – zawołał mężczyzna z jachtu balastowego.

Najpierw tego, jest najbliżej i bez kamizelki – pomyślał.

– Trzymaj moją rękę, wciągnę cię.

– Dobra, ja już wejdę. Teraz złap tamtą, ona nie umie pływać – krzyczał przerażony młody chłopak.

Jeszcze tego z prawej, chyba się zakrztusił wodą i panikuje. Potem tamtych dwóch – uczepili się wywróconego kadłuba, ale nie wejdą na niego, nie mają siły. Podam im bosak; dociągnąć do burty, wtedy wyciągnę ich. Kurcze coś mnie zabolało, pod sercem, cholera, że też akurat teraz…

– Wszyscy są? Na pewno?, piątka was była? .. Rozglądał się po wodzie aby upewnić się, że wszyscy są wyjęci z rozfalowanej, wzburzonej wody, uratowani.

– Wszyscy, wszyscy… Nasze rzeczy na łódce, chyba powypadały?..

– Złapiemy waszą żaglówkę, Za maszt, przyciągnijmy ją do burty…

Ssss…, kurde, coś jest nie tak, ostry ból, moje serce… usiąść, ręka…nie czuję… jezioro, trzciny, wszystko się rozpływa, niknie, szaro, szaro, niewyraźnie, kurcze, co jest!…, serce!…, boli…, o Boże…

***

– Tutaj, tutaj, halooo tutaj. Wszyscy jesteśmy, on nas uratował, ale leży, usunął się przed chwilą, nie rusza się, chyba niedobrze z nim, nie oddycha…

Ratownicy z motorówki przeskoczyli do kokpitu jachtu i ratowali leżącego. Bezskutecznie, ich wysiłki okazały się daremne. Podnieśli bezwładne ciało i z trudem przesuwali je z pokładu jachtu do motorówki. I wtedy z kieszeni żółtego sztormiaka denata wypadły do wody pokryte pleśnią, przegniłe cebulki tulipanów „Queen of Night”.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe, choć w jakimś fragmencie wszystko to mogło się wydarzyć i zadziwić tak zwanymi kolejami losu.   

                                                                                                                                                        (zs), 2020

 

Kazimierz Robak: O wyspie w południe

Za uprzejmą zgodą wydawcy i redaktora portalu periplus.pl Kazimierza Robaka „przedrukowujemy” jego artykuł i przypomnienie opowiadania Julio Cortazara o stewardzie linii lotniczej Rzym – Teheran z międzylądowaniem w Bejrucie i jego fascynacji, a może nawet obsesji oglądania z samolotu małej wysepki Xiros na Morzu Egejskim, położonej z dala od szlaków turystycznych. Stały co do godzin rozkład lotów powoduje, że samolot przelatuje – trzy razy w tygodniu – nad ową wyspą dokładnie w południe i steward (Marini) zostawiając wówczas swoje obowiązki zawodowe ulega pokusie spojrzenia na samotną i zamieszkałą przez kilku rybaków wyspę leżącą pośród intensywnego błękitu morza. W końcu postanawia spędzić wakacje na Xiros i… Opowiadanie Cortazara jak znalazł godne polecenia do przeczytania w czas letniej kanikuły, tym bardziej, że jest .. krótkie.

A ponieważ wszystko ma swój koniec, również wakacje, więc z każdego morza, każdej wyspy trzeba wrócić do domu i tu kolejna cortazarowska perełka – opowiadanie: „Autostrada południowa”. Ale o tym opowiadaniu – poczekajmy na kolejny wpis redaktora periplus.pl.                                                                                                                                                                                                                              (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Julio Cortázar: Wyspa w południe / La isla a mediodía / The Island at Noon

16 sierpnia 2020

Lato. A do lata pasuje opowiadanie Julio Cortazara „Wyspa w południe”. Poniżej odsyłacze do przekładu Zofii Chądzyńskiej, do wersji oryginalnej i do tłumaczenia angielskiego.

►► Julio Cortázar: „Wyspa w południe” (ze zbioru Dla wszystkich ten sam ogień, 1966; przekł. Zofia Chądzyńska)

►► Julio Cortázar: „La isla a mediodía” (Todos los fuegos el fuego, 1966)

►► Julio Cortázar: „The Island at Noon” (from All fires the fire, and other stories, 1966; translated from Spanish by Suzanne Jill Levine)

 

Julio Cortázar (1914-1984), wychowany w Argentynie, większą część dorosłego życia spędził w Paryżu. Jest jednym z najważniejszych prozaików XX wieku, współtwórcą i uczestnikiem tzw. boomu literatury iberoamerykańskiej i nurtu nazwa­nego realizm magiczny.

01_Julio_CortázarPowieści Cortázara rozbijały struktury oparte na ustalonej sekwencji rozdziałów. Grę w klasy (1963; Rayuela), można czytać tradycyjnie, od pierwszej do ostatniej strony, ale można też zacząć od dowolnego miejsca i idąc za numeracją wprowa­dzo­ną przez autora, za każdym razem dochodząc do innych zwrotów akcji i rozwiązań.
W opowiadaniach Cortázar potrafił budować wielopłaszczyznowe i wielowymiarowe rzeczywistości, w których nie istnieją granice czasowe i przestrzenne, realność płynnie łączy się z fantastyką, a logika z absurdem. Do perfekcji doprowadził sztukę narracji – potrafił tak konstru­ować struktury składniowe, by zawrzeć wieloplanowość nawet w pojedynczych zdaniach. Klasycznym przykładem tych zabiegów są opo­wia­dania „Dla wszystkich ten sam ogień” i „Południowa autostrada”.

„Wyspa w południe” pochodzi ze zbioru Dla wszystkich ten sam ogień (Todos los fuegos el fuego; 1966), który zawiera jeszcze 7 opowiadań („Południowa autostrada”, „Zdrowie chorych”, „Połączenie”, „Siostra Cora”, „Instrukcje dla Johna Howella”, „Dla wszystkich ten sam ogień”, „Inne.niebo”).

02_Yves_Tanguy_1938_LEnnui_et_la_Tranquilité_sm Yves Tanguy (1900-1955): Nuda i spokój
(L’Ennui et la Tranquilité; 1938; olej na płótnie; kolekcja prywatna)

                                                                                                                                                              (kr)

___________________________________________________________________________________________________Kazimierz Robak – filolog, historyk, dziennikarz, żeglarz, obecnie wykładowca akademicki w USA; organizator i uczestnik pierwszej Szkoły pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego 1983-1984 na „Pogorii” (kierownik sekretariatu i nauczyciel); dyrektor i nauczyciel SzPŻ KB na „Pogorii” 2013, 2015 i 2016; redaktor i  współwłaściciel https://zeglujmyrazem.com/ i http://periplus.pl/; autor książek, m.in, „Pogorią na koniec świata”, „Szkoła”, „Gibraltar: Cieśnina-Skała-Państwo”, „Żeglarskie 'Kto jest kim': Krzysztof Baranowski”.

Fernando Pessoa: Mar Português

Ó mar salgado, quanto do teu sal
São lágrimas de Portugal!
Por te cruzarmos, quantas mães choraram,
Quantos filhos em vão rezaram!
Quantas noivas ficaram por casar
Para que fosses nosso, ó mar!

Valeu a pena? Tudo vale a pena
Se a alma não é pequena.
Quem quer passar além do Bojador
Tem que passar além da dor.
Deus ao mar o perigo e o abismo deu,
Mas nele é que espelhou o céu.

Fernando Pessoa

___________________________________________________________________________________________________Fernando Pessoa1888-1935, wybity poeta portugalski XX w.

Tłumaczenia wiersza na język polski można łatwo znaleźć w internecie, ale ciekawym przeżyciem może być wsłuchanie się w melodię języka oryginału. Pod poniższymi linkami jest do odsłuchania wiersz czytany w języku portugalskim. Pierwszy, przez aktora teatralnego Silvio Matos.

https://www.youtube.com/watch?v=E-_lMcdBUJE

https://www.youtube.com/watch?v=WH6cR4qe-T8

Mariola Landowska: Korespondencja z Lizbony

Specjalnie dla Zeszytów Żeglarskich przesyłam pozdrowienia z Figueira da Foz, nadmorskiego (nadoceanicznego) miasta, w którym rzeka Mondego wpada do Atlantyku. Przy oceanie, ale bezpiecznie osłonięta, znajduje się marina albo raczej porcik dla kutrów rybackich i jachtów cumujących razem, nierzadko obok siebie. Takie małe spaghetti morskie.

Odwiedziłam tę miejscowość przy okazji promocji win z nalepkami przedstawiającymi obrazy artystów. Zostałam zaproszona z okazji 17-lecia lokalnego Związku Artystów, właśnie w Figueira da Foz.

Galeria mieści się w budynku obok portu. Pamiętając o , “strzeliłam” parę fotek portu, przystani telefonem z komórki. I jeszcze dołączam  kolekcje „moich win”, edycja „limitowana”. Niestety, nie można ich kupić w sklepie. Te wina były tylko z okazji miejscowego święta artystów i ich galerii.

Dziękuję Katarzynie Pileckiej (KAT PIWECKA PHOTOGRAPHY), fotografce z Poznania, która wykonała mnóstwo moich portretów w mojej pracowni w Paço de Arcos pod Lizboną. Jestem na okładce – załączniku do butelki.

Jednego dnia było piękne słońce, a drugiego dnia pochmurno. Jest naturalnie i normalnie, jak w wielu portach, wiec zdarza się mnóstwo alg pływających wśród jachtów i kutrów, a także…zardzewiałe barierki wejściowe. Przyjazd tu albo postój jachtem jest jednak wart klimatu miejsca i lokalnego kolorytu, choćby dla dobrej kuchni. Ryby, frutti di mare i wino, wino, wino.

Pozdrawiam tęskniąc do naszej klubowej mariny w Szczecinie, gdzie w tawernie można było zjeść pierogi (chyba wciąż tam je serwują?).

Uroki zakątków na świecie są różne.  Przypomina się aforyzm portugalskiego poety Fernando Pessoa: „Wszystko jest warte, gdy dusza jest wielka”. To moje, wolne tłumaczenie, bo w oryginale, po portugalsku to tak brzmi, a jak pięknie się rymuje, no i ta cudowna melodia języka: “Tudo vale a pena se a alma não é pequena”.

                                                                                                                                     Mariola Landowska

www.mariolalandowska-art.com

unnamed  unnamed (1)  unnamed (2)  unnamed (3)  unnamed (4)

pomnik odkrywców        Pomnik Odkrywców (Padrão dos Descobrimentos) – fragment, Lizbona, Belém       Foto. internet/domena publiczna

                                                                  Valeu a pena? Tudo vale a pena                                                                                                                              Se a alma não é pequena…                                                                                                                                                                                                             Fernando Pessoa,  Mar Português

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Bogdan Zahajkiewicz:                                                ARTYKUŁY

Po powitaniu i towarzyszącym mu ceremoniom grzecznościowym, gospodarz zaprosił nas na lunch. Dajemy się namówić. Gospodarz kieruje przygotowaniami do posiłku. Jim zbiera pomidory, marchew, sałatę, paprykę, seler, sałatę i co tylko znajdzie w ogródku. Kevin wysłany został na drzewo po pomarańcze, a Ludek ze mną – też na drzewo, ale cytrynowe. Za chwilę, Ludek spadł z drzewa z przekleństwem na ustach, ale cytryn nie upuścił ..”

_______________________________________________________________________                                                  Kazimierz Robak:                                                      ARTYKUŁY

„Lato. A do lata pasuje opowiadanie Julio Cortazara „Wyspa w południe„.

_______________________________________________________________________                                                  Ludomir Mączka:                                                      LISTY

„Wczoraj byliśmy z nim (z Andrew Martinem – przyp. red.) na polowaniu na kozy, ale nie zdałem egzaminu ze strzelania i doradził aby karabin zostawić pod drzewem, będzie lżej chodzić….”

_______________________________________________________________________                                                  Mariola Landowska:                                                 KORESPONDENCJA:    z Lizbony

„...Przypomina się aforyzm portugalskiego poety Fernando Pessoa: „Wszystko jest warte, gdy dusza jest wielka”. To moje, wolne tłumaczenie, bo w oryginale, po portugalsku to tak brzmi, a jak pięknie się rymuje, no i ta cudowna melodia języka: “Tudo vale a pena se a alma não é pequena”…

____________________________________________________________________________________________________                                          Marek Słodownik:                                                      WSPOMNIENIA100 lat logo.jpg

Publikowano także materiały związane z rybołówstwem, ale największe zainteresowanie wzbudził tekst poświęcony budowie portu w Wielkiej Wsi, obecnym Władysławowie, w którym niezwykle skrupulatnie omówiono zagadnienia hydrologiczne, meteorologiczne, a także gospodarcze i społeczne …”

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~       100 lat logo.jpgRok Prasy Morskiej to akcja mająca na celu uczczenie 100. rocznicy wydania pierwszego polskiego czasopisma morskiego. Jej celem jest przybliżenie zagadnień związanych z czasopiśmiennictwem morskim w odrodzonej Polsce i pokazanie współczesnemu czytelnikowi wybranych tytułów prasowych o tematyce morskiej i żeglarskiej. Pomysłodawcą akcji jest red. Marek Słodownik.                                                                                                                                                 

Organizator: wodnapolska.pl                                                                                               Oficjalny Partner: Henri Lloyd Polska          Współorganizatorzy: żeglarski.info, tawernaskipperow.pl, zeszytyzeglarskie.pl, zeglujmyrazem.com, sailbook.pl, periplus.pl, port21.pl, polskieszlakiwodne.pl, marynistyka.pl, portalzeglarski.pl, dobrewiatry.pl, ktz.pttk.pl, hermandaddelacosta.pl, Komisja Kultury, Historii i Odznaczeń PZŻ.          100 lat logo.jpg                                                                       

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~F O T O

Maria w Wollongong                           Maria w Wollongong, NSW, Australia, kwiecień – maj 1977 rok. Fot. z arch. W. Jacobsona