Archiwum kategorii: Artykuły

Bogdan Sobiło: Polaris – zatonięcie jachtu

Bogdan Sobiło  Motto: „Na jachcie morskim nie potrzebujemy się obawiać przechyłów, bo jest on niewywracalny

J. Kuczyński, Jachtowa żegluga morska, Warszawa 1939.

Zatonięcie s. y. POLARIS czyli dowód na wywracalność jachtów morskich

Chyba od zawsze uczestnicy kursów na stopień żeglarza jachtowego dowiadywali się z „wykładów” i podręczników, że jachty żaglowe dzielą się na mieczowe, które są „wywracalne, ale niezatapialne” oraz na balastowe, „zatapialne, ale niewywracalne”. Jest to mit, z którym walczyć jest bardzo trudno. Już podczas regat Whitbread 1973/74 wybitny polski konstruktor Zygmunt Choreń obliczył krytyczny kąt przechyłu dla największych polskich jachtów. W połowie lat osiemdziesiątych XX wieku ukazał się artkuł Wacława Petryńskiego na temat teorii stateczności jachtu. Wreszcie znany żeglarz i profesor Politechniki Warszawskiej Zbigniew Dąbrowski w swej znakomitej książce Jacht żaglowy teoria i praktyka w bardzo przystępny sposób przedstawił kwestię stateczności jachtu. W latach siedemdziesiątych, kiedy polscy żeglarze coraz częściej gościli na oceanach, do szerszego kręgu odbiorców docierały informacje o wywrotkach jachtów. Bardzo znane wówczas polskie jachty, Polonez i Otago również potwierdziły wiarygodność relacji obcych żeglarzy. Niestety do dzisiaj, zabobony i przesądy są wśród polskich żeglarzy silniejsze niż zdrowy rozsądek i zasady fizyki. Jednym z bardzo przekonujących dowodów na fałszywość obiegowych opinii i przekonań była wywrotka i zatonięcie jachtu Polaris.

Z wielu powodów sezon nawigacyjny w 1983 roku należał do najbardziej fatalnych w historii polskiego żeglarstwa morskiego. Zatonęły bowiem aż trzy jachty, na szczęście tylko jeden z tych wypadków był przyczyną śmierci żeglarza. Regatowy trimaran Wojciecha Kaliskiego ALMATUR III zatonął w Kanale La Manche, CARMEN (typu Carter 30) zatonął na Biskajach w jesiennym sztormie, POLARIS  poszedł na dno przy polskim wybrzeżu niedaleko Rozewia.

Polaris należał do bardzo wówczas popularnej klasy jachtów regatowo – turystycznych Taurus (Lc 10, 57m,  Bc 3, 69m, S 54 m. kw.). Taurusy były uważane za konstrukcję bardzo udaną, ale mające problemy ze statecznością.  Kazimierz „Kuba”  Jaworski w swojej książce 1140 GMT Newport wyłuszczył powody, dla których do regat OSTAR nie wybrał któregoś z Taurusów, ale Spaniela. Główną przyczyną były problemy ze statecznością. Zanim doszło do zatonięcia Polarisa, inne jachty typu Taurus również ulegały poważnym wypadkom. W 1975 r. zaginął w Skagerraku bez wieści Janosik. Barbórka z kolei, w tym samym roku,  na skutek błędu nawigacyjnego wylądowała na helskiej rewie. Obydwa wypadki pociągnęły za sobą ofiary w ludziach. Wraz z Janosikiem zaginęło siedmiu żeglarzy, a na skutek wypadku Barbórki poniosły śmierć dwie osoby.

Polaris należał do klubu żeglarskiego z Pucka. O ile lata siedemdziesiąte XX wieku można uznać za „tłuste lata”, o tyle początek lat osiemdziesiątych, stan wojenny, powszechne niedobory, ubóstwo to ogromny krok wstecz. Księżycowa gospodarka komunistyczna, brak środków na zakup sprzętu za granicą oraz brak możliwości wyprodukowania go na miejscu, były przyczyną dramatycznego wręcz pogorszenia się kondycji technicznej polskich jachtów i obniżenia poziomu bezpieczeństwa żeglarzy.  O ile wcześniej montowano na polskich jachtach szwedzkie silniki Volvo Penty, kabestany Lewmara, maszty Proctora, to po kilku latach nie było mowy ani o „zakupach dewizowych”, ani nawet o „krajowych odpowiednikach”. Kapitanowie mieli do wyboru, albo odmówić prowadzenia rejsu na niedoposażonym jachcie, albo narazić się na ostracyzm środowiska armatorów i  kolegów żeglarzy. Jachty morskie, będące niemal wyłącznie „własnością społeczną” były bardzo intensywnie eksploatowane i permanentnie niedoinwestowane. Ofiarą ogólnej sytuacji w PRL padł także Polaris.

Ostatni, jak się okazało rejs Polarisa zorganizowali jesienią 1983r. członkowie macierzystego klubu. Byli to bardzo doświadczeni żeglarze, doskonale znający swój jacht. Plan podróży przewidywał zawinięcie do kilku portów RFN. 23 września po południu jacht po odprawie granicznej w Travemuende wyruszył w podróż powrotną do kraju.  Prognoza wywieszona na tablicy informacyjnej przewidywała wiatr SE przechodzący na SW o sile 2-3˚B. Nazajutrz po wyjściu kapitanowi udało się odebrać prognozę I programu Polskiego Radia. Zapowiadane były na akwenie, po którym żeglował Polaris wiatry W – SW wzrastające stopniowo do 7˚ B.  Na skutek uszkodzenia radia załoga jachtu nie odebrała kolejnych prognoz, ostrzegających o sztormowym wietrze 8-9˚ B, w porywach do 10˚ B z kierunku SW przechodzącego na NW. W nocy z 24 na 25 września nastąpił zapowiadany w prognozach wzrost siły wiatru. Pękł fok określany jako „sztormowy”, a krótko potem także grot. Jacht żeglował wzdłuż polskiego wybrzeża w odległości ok. 6 mil z niewielką prędkością. Aby odejść od lądu i zapobiec zdryfowaniu na brzeg kapitan polecił uruchomić silnik. Niestety nad ranem silnik zapalił się. Jacht pozbawiony żagli i silnika spychany  był przez sztormowy wiatr do brzegu. W tej sytuacji 25 września o godz. 0505kapitan polecił wystrzelenie czerwonych rakiet. Rozpoczęto przygotowania do ewakuacji do tratwy ratunkowej. Załoga wciąż nie ustawała w rozpaczliwych próbach ratowania jachtu. Postawiono awaryjny żagiel zaimprowizowany z podartego foka sztormowego oraz uruchomiono silnik. Z prędkością 5-6 węzłów Polaris zaczął się oddalać od śmiertelnego niebezpieczeństwa. Około 1,5 h po wystrzeleniu pierwszych rakiet z pokładu jachtu wyszedł w morze z Władysławowa statek ratowniczy Halny. Do akcji ruszył także śmigłowiec. Kapitan odmówił ewakuacji załogi i poprosił pilota śmigłowca o pomoc statku ratowniczego.  Sterujący osobiście jachtem kapitan  zauważył bardzo wysoką falę, która przewróciła jacht stępką do góry. Znajdujący się w kabinie I oficer pomógł się wydostać na powierzchnię jednemu z kolegów, a następnie zanurkował i odczepił pas asekuracyjny kapitana. Woda szybko dostawała się do wnętrza przez zejściówkę i odpowietrzenie zbiornika paliwa. Jacht wciąż pływał masztem do dołu. Tratwa ratunkowa zerwała się z zamocowania, wypłynęła nieotwarta i dryfowała w pobliżu jachtu. Jeden z żeglarzy, najwyraźniej ranny i oszołomiony unosił się na wodzie kilka metrów od jachtu. Nie reagował na nawoływania kolegów. Na miejscu akcji ponownie pojawił się śmigłowiec. Opuszczono rannemu krzesełko ratownicze, ale nie był on w stanie do niego wejść. Po jednej z  kolejnych prób zniknął pod wodą. Dopiero po 10 minutach jacht wrócił do normalnej pozycji.  Cały kadłub wypełniony był wodą. Próby jej usunięcia nie przynosiły rezultatu. Załoga założyła kamizelki ratunkowe i czekała na ewakuację.  Śmigłowiec zdjąć z jachtu trzech członków załogi. Kapitan i bosman wyskoczyli do morza, skąd zostali podjęci przez ratowników. Jacht wkrótce zatonął. Miejsce zatonięcia jachtu określono w odległości 2,5 mili na NE od ujścia Piaśnicy.

Ciało szóstego członka załogi znalezione zostało przez straż graniczną Związku Sowieckiego ponad dwa tygodnie później. W protokole sekcji zwłok lekarz jako przyczynę zgonu określił niedotlenienie mechaniczne oraz utonięcie w wodzie. Opisał też ranę głowy zszytą czterema szwami (sic!).

Podczas badania sprawy przez Izbę Morską w Gdyni podniesiono takie kwestie, jak: przyczyny wywrotki i zatonięcia jachtu, dokumentacja techniczna jachtów typu Taurus, przebieg akcji ratunkowej, wyposażenie polskich służb ratunkowych, stan techniczny jachtu, przyczyny nieotwarcia się tratwy ratunkowej oraz czas i miejsce utraty przez jacht zdolności nawigacyjnej.

Za przyczynę zatonięcia uznano wywrócenie jachtu przez dużą falę i zalanie wnętrza. Nie stwierdzono ani pęknięcia kadłuba, ani żadnych innych poważnych uszkodzeń. Polaris poszedł na dno na skutek zalania wnętrza i utraty pływalności. Biegli powołani przez IM wnioskowali o ograniczenie akwenu pływania i siły wiatru do czasu wprowadzenia zmian konstrukcyjnych w jachtach typu Taurus.

Poważne zastrzeżenia zostały także zgłoszone odnośnie przebiegu akcji ratunkowej. Statek Halny płynął na pomoc z prędkością poniżej 4 węzłów! Obecnie używane przez polską Służbę Poszukiwania i Ratownictwa (SAR) rozwijają szybkość rzędu 30-24 węzły. Kapitan Halnego pokazał swój kunszt wyławiając ze wzburzonego morza pasy ratunkowe i krzesełko zgubione przez helikopter. Załoga śmigłowca opuściła krzesełko poszkodowanemu żeglarzowi, ale nie był on w stanie samodzielnie zająć w nim miejsca. Gdyby otrzymał pomoc ratownika, prawdopodobnie wypadek by przeżył. Używane wówczas w polskim ratownictwie wyciągarki nie dawały możliwości podnoszenia ratownika i ratowanego. Zakup za granicą za kilkaset dolarów odpowiedniego sprzętu przekraczał możliwości Polskiego Ratownictwa Okrętowego. PRO wdrożyło więc program szkolenia swoich ratowników we współpracy z Górskim  Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym w zakresie stosowania w ratownictwie morskim technik alpinistycznych!

Istotną kwestą było określenie przyczyn nieotwarcia się tratwy ratunkowej. Wraz z wystrzeleniem pierwszych rakiet kapitan polecił sprawdzić zamocowanie tratwy. Po wywrotce tratwa wypłynęła na powierzchnie i nieotwarta odpłynęła od jachtu.  Została znaleziona na plaże przez ratowników. W czasie transportu na wózku akumulatorowym samoczynnie otwarła się i częściowo napełniła. Najbardziej prawdopodobną przyczyną nieotwarcia się tratwy był skorodowany zawór butli z gazem do jej napełniania. Tratwa wyprodukowana była w Grudziądzkich Zakładach Przemysłu Gumowego. Stan i jakość sprzętu używanego na polskich jednostkach ze szczególną mocą ujawnił się podczas katastrof statków Busko Zdrój i Kudowa Zdrój. Wielu marynarzy poniosło śmierć między innymi z powodu nieotwarcia się części tratw. W latach siedemdziesiątych XX wieku kapitan i redaktor Telewizji Polskiej Krzysztof Baranowski prowadził cykliczny program popularyzujący żeglarstwo wśród młodzieży pt. Siódemka. Do jednego z nich zaprosił czeskiego żeglarza Ryszarda Konkolskiego. Na zakończenie gość programu miał efektownie uruchomić tratwy umieszczone w studiu. Część z nich nie otworzyła się!   Ponieważ program realizowany był na żywo, była to najlepsza możliwa reklama Grudziądzkich Zakładów Przemysłu Gumowego.

Podczas przewodu w IM okazało się, że jacht ubezpieczony był wyłącznie w żegludze po polskich wodach wewnętrznych i morzu terytorialnym. Mimo tego, że w ostatnim rejsie jacht pożeglował na obce wody, nie rozszerzono polisy. Towarzystwo Ubezpieczeniowe WARTA zwróciło się do Izby z zapytaniem o miejsce i czas utraty przez jacht zdolności żeglugowej. Było to istotnie z punktu widzenia ewentualnego odszkodowania dla armatora. Izba orzekła, że jacht utracił zdolności żeglugowe po awarii silnika i podarciu wszystkich żagli, a więc na polskich wodach terytorialnych.

W szeregu zaleceń jakie wydała Izba Morska w Gdyni, znalazły się także postulaty uzupełnienia programów szkolenia żeglarzy na stopnie morskie w zakresie wiedzy o stateczności jachtu, technik sztormowania i posługiwania się sprzętem ratowniczym.

Sformułowanie o niewywracalności jachtów morskich przywołane w cytacie we wstępie do artykułu na stała zakorzeniło się w świadomości polskich żeglarzy. Rozwój polskiego żeglarstwa morskiego, z czasem także oceanicznego uświadomił części środowiska, że nie ma jachtów niewywracalnych. Wywrotce uległ między innymi Polonez pod Hornem, Otago na Oceanie Indyskim, Carmen na Biskajach, Spaniel na Morzu Północnym, Zew Morza na Morzu Śródziemnym. W wywrotce Polarisa wyjątkowe było to, że jachtu nie przewróciła tzw. fala potworna na Wielkim Oceanie Południowym, ale bałtycka fala pod Rozewiem w warunkach sztormowych, ale nie ekstremalnych. Zmiany w zakresie konstrukcji jachtów, przede wszystkim zastąpienie długiego falszkilu wąską płetwą balastową całkowicie zmieniło dzielność morską jachtów, a co za tym idzie konieczność stosowania nowych technik sztormowania. Niewątpliwie do wypadku przyczynił się brak odpowiednich żagli sztormowych. Gdyby jacht utrzymywał odpowiednia prędkość, zapewne nie został by przewrócony. Pojawienie się wyjątkowo dużej fali w okolicy Rozewia również nie powinno dziwić. Konfiguracja dna i wybrzeża wpływa w tym miejscu na charakter zafalowania. Także i z tego powodu Rozewie było i jest nazywane „Hornem dla ubogich”.

Zagłada Polarisa i dramat jego załogi są słabo znane wśród współczesnych żeglarzy. Warto więc przypominać tę historię, by takie wypadki nie powtórzyły się w przyszłości.

Bogdan Sobiło

_____________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na  Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Libiążu.

 

Anna Kaniecka-Mazurek: „Kobieta/mężczyzna* niepotrzebne skreślić” (fragment książki)

(fragment)

Anna Kaniecka-Mazurek– Przestań, daj mi spokój, gdzieś ty się tego nauczył – sapnęła Cecylka. Speszona, odwróciła się na bok, i obciągając wykrochmaloną koszulę nocną, wtuliła twarz w karczek ozdobiony bawełnianą koronką.

– A ty, to tylko przestań i przestań… Co na ulicę mam iść sobie dogodzić? – warknął nie na żarty wkurzony Albert Kosecki, usiadł na skraju małżeńskiego łóżka i zapalił papierosa. – Coś taka święta?! Wojna się skończyła, trzeba żyć dalej. Jesteś żoną, to masz obowiązki, a jak ci przestałem wygadzać to mów, zaraz sobie znajdę inną. Człowiek haruje jak wół, a potem baba mu w łóżku fochy stroi, też coś – burknął Albert i podszedł z papierosem do okna.

– Tylko nie przypal firanek, dopiero co świeże powiesiłam – fuknęła Cecylia, odzyskując rezon.

– Firanki, sranki, wszystko w tym domu ważniejsze od męża. A może już tobie obrzydłem? Może Ruskie lepiej rżnęły? – Albert zaciągnął się papierosem i gniewnym wzrokiem omiótł pokój, wyglądało na to, że szykuje się do ataku.

– Przestań, bo dzieciaki pobudzisz. Co ci odbija? – syknęła gardłowym szeptem Cecylia, naciągając na plecy pierzynę. – A wy tam w Wehrmachcie, to gdzie lataliście, już ja swoje wiem?! Bo skąd niby byś nagle takie bezeceństwa znał, pewnie cię jakaś tłusta Helga tych świństw nauczyła?

– Czego ty chcesz kobieto?! – Albert zgasił papierosa i usiadł na skraju łóżka, tyłem do Cecylii. – Pół Europy przeszedłem, żeby do domu wrócić, żebyś zimno pod pierzyną nie miała, żeby dzieciaki ojca miały, żeby wszystko znowu było jak dawniej, a ty mi tu takie rzeczy gadasz. Samaś nie lepsza, już mi sąsiedzi mówili, ale nie dawałem im posłuchu, bo mówię wojna, to wojna, co dziewczyna miała robić. Karabiny odłoży się na półkę, to wszystko jakoś się od nowa poukłada. A tu masz ci los. Kochanie jej obrzydło. Od własnego męża się odwraca.

– A co ty sobie wyobrażasz? Tylko zupy ugotuj, bieliznę zaceruj i nogi rozkładaj tak, jak się jaśnie panu zachciewa? Tu się nastaw, tu się wypnij… A paszoł mnie won do burdelu po takie rarytasy! A jak ja ciebie proszę, żebyś zaraz po robocie do domu wrócił, wódki nie pił, albo choć w niedzielę się dziećmi zajął… Porozmawiał, popytał co i jak. Zainteresował się, skąd te wieczne skargi. Dlaczego, jak ludzie, uczyć się porządnie nie chcą? Dlaczego tak psocą? To ty albo ziewasz, albo szybko palto wkładasz i tyle cię widzę! Wojna nie wojna, ciągle ze wszystkim jestem sama. Pociechy żadnej nie mam, tylko mu jeszcze wygódź.

– Nie to nie. Bez łaski. Żebyś tylko nie żałowała!

Albert wciągnął spodnie na piżamę. Złapał płaszcz. Wymacał po ciemku zapasową paczkę papierosów i trzasnął drzwiami tak mocno, że mało z futryny nie wyleciały. Tej nocy przespał się u kolegi. Potem jeszcze się jakiś czas ze sobą mocowali. Schodzili, rozchodzili, aż w końcu rozwiedli.

Bez męża przynajmniej w nocy jest spokój.

***

– No dobrze, pani Zofio, to tyle wspomnień, ale proszę mi powiedzieć, dlaczego akurat o TYM pani mi opowiada? Nie szuka pani zbyt głęboko? – zapytał Marek Iwański, dyplomowany terapeuta biorący stówę za godzinną sesję. Fakt, w jego gabinecie były miękkie sofy i przyjemne kolorowe bohomazy na ścianach, zachęcające do nieoczekiwanych zwierzeń i „otwierających” wizji.

– Tak, może, sama nie wiem – odpowiedziałam niepewnie, trochę zbita z tropu. W sumie cała sytuacja stawała się coraz bardziej groteskowa. Czułam, że tracę czas, a za stówę mogłabym kupić trzy niezłe flaszki wytrawnego Côtes du Rhône, i pewnie byłby z tego większy pożytek. Potarłam dłonią nadgarstek, bezwiednie poprawiłam zegarek. Czułam, że płoną mi policzki, a krew uderza do głowy.

– Pani Zofio, jedyne co utrudnia pani życie, a jest do naprawienia, to pani stosunek do samej siebie. Rozwody dziadków czy pokrzywione drogi rodziców mają na nas wpływ do momentu uświadomienia sobie tego, że taki, czy inny niekorzystny dla nas fakt, miał miejsce, potem to już tylko mydlenie oczu. – Pan Marek się rozkręcił. Przyznaję, że był to najlepszy moment sesji. – Trzeba się wziąć w garść i myśleć. Szukać w sobie. Co mogę robić? Jak żyć, żeby wykorzystać swój potencjał? A taka przeszłość, tacy antenaci to nie musi być upiór, to może być skarb!

– Skarb… – powtórzyłam jak echo i dyskretnie spojrzałam na zegarek. Było mi duszno, chciałam już wyjść, wiedziałam, że niczego nowego się nie dowiem. Słońce zawisło nad miastem. Szyby wieżowca drżały zanurzone w płynnej lawie.

– No to na dzisiaj koniec. Widzę, że już panią wymęczyłem. Zapraszam za tydzień albo kiedy uzna to pani za stosowne. Mój numer pani zna. – Marek Iwański ujął moją dłoń w mocnym biznesowym  uścisku. Na twarzy miał grymas, od biedy mogący uchodzić za uśmiech.

Pożegnałam się z terapeutą bez żalu. Z niejakim smutkiem wręczyłam mu honorarium, postanawiając, że już więcej nie dam mu zarobić, pomimo tych wszystkich ślicznie oprawionych dyplomów i najnowszego awansu – na kochanka mojej wiecznie pogubionej koleżanki. Czułam, że znam na pamięć te jego mądre rady, by budować ze wszystkiego, co się ma. Sam biedny Iwański, też musiał zbudować „coś” z tą swoją aparycją chrząszcza zrywającego się do lotu. Czarne włosy, rozwichrzone wokół kopuły łysej czaszki, z góry musiały – zapewne – przypominać owada z lekko rozpostartymi skrzydłami.

„Cholera! Co z tym całym gównem zrobić? Jak je zutylizować? Wiadomo, że nie chodzi o babcię, tylko o mnie. To ja nie umiem żyć i żadne skargi nie pomogą, jeśli się rozmemłam, i zanurzę się w czarnej dupie” – Tak rozmyślając, dotarłam do samochodu.

Dzień był jasny, można powiedzieć radosny. Jedenasta. Poniedziałek. Początek wakacji. – „Dzieciaki już wczoraj wyjechały, nawet niepotrzebnie poszłam na tę sesję, w takich okolicznościach przecież żadne ciemne moce nie mają nade mną władzy” – pomyślałam z nostalgii za forsą.

Wróciłam do domu. Od rana było tu cicho i przytulnie. Tylko pies, jak zwykle, świdrował mnie błagalnym wzrokiem, prosząc o drugie śniadanie. Redaktor w Trójce mamrotał o agresji Putina i o akcjach odwetowych na rosyjsko-ukraińskiej granicy. Radio było nastawione cicho, więc można było tego nie słuchać.

„Napić się wina? Czy od razu usiąść do komputera?” – zastanawiałam się rozleniwiona upałem. Pustka w domu i lipcowa jasność zza okna działały na mnie kojąco. – „Tak, wino z rana, to będzie jakby anarchia, więc tak. Zdecydowanie najpierw szklanka wina”.

– Saga, grzebanie w rodzinnych anegdotach, dopisywanie pogubionych wątków, ale przecież ja nie szukam korzeni – monologowałam, skrobiąc psa po brzuchu. – Jestem dzieckiem rewolucji społecznej, nic wielkiego się za mną nie kryje. – Mimo to dolałam do szklanki jeszcze kroplę i wyłączyłam telefon. – Spróbuję – powiedziałam rozrzewniona winem. – Tylko jak zacząć? Hm, może tak:…

Okladka      nota      zapro

____________________________________________________________________

Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

(zs): Wojciech Wejer

All’s well that ends well” – to spopularyzowane przez Williama Szekspira powiedzenie przywołał Jimmy Cornell w podziękowaniu przysłanym Wojciechowi Wejerowi za jego pomoc w „prowadzeniu” jachtu Aventura na którym Cornell w ubiegłym roku żeglował przez Northwest Passage.

Jimmy Cornell to postać znana w światku żeglarzy oceanicznych, dość powiedzieć, że największa oceaniczna impreza żeglarska, czyli Atlantic Rally for Cruiser’s (ARC) to jego dzieło, podobnie jak założony przez niego Word Cruising Club. Nic więc dziwnego, że skromny żeglarz z Toronto, który pierwsze kroki żeglarskie stawiał w Szczecinie i jako żeglarz regatowy z akademickiego klubu na początku lat 60tych osiągał sukcesy, m.in. w klasie Cadet, Finn, z dumą pokazuje e-mail od Jimmy Cornell’a.

Wojtek Wejer aWojciech Wejer: „…Na koniec Jimmy, po zakończeniu rejsu w Londynie, przesłał podziękowanie warte miliona.”

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~  All is well that ends well.   By Jimmy Cornell on 21.09.2015

Event(s): Blue Planet Odyssey
Destination(s): Atlantic Ocean, London

And now I would like to thank those who have provided ground support throughout my voyage.

Canadians Peter Semotiuk and Victor Wejer have both spent much of their lives in the Arctic and for many years have been advising sailors embarking on a transit of the Northwest Passage. For a long time Peter was based at Cambridge Bay and from there provided information and advice on weather and ice conditions over the radio or by email. He is doing that now from Southern Canada. Victor has been involved in various projects in Arctic Canada and has a great practical knowledge about the area. I wish to thank Peter and Victor, both in my name and on behalf of all sailors who have greatly benefitted from their generous help of over the years.

Goodbye!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wojtek Wejer z Jimmy Cornellem 2014 Wojciech Wejer z Jimym Cornellem.

Żeglarstwo zaczął jako „niezrzeszony” w 1958 roku przy klubie Pogoń, gdzie pływał na małej, popularnej wówczas żaglówce P70. Jesienią tego roku był na wystawie marynistycznej organizowanej przez Wojciecha Jacobsona w Klubie Naukowca przy al. Wojska Polskiego w Szczecinie i tam spotkał samego Wojtka. Od 1959 roku był członkiem JK AZS. I tak się zaczęło.

100_0297 Ludomir Mączka i Wojciech Wejer w Toronto.

W 2004 roku Wejer spotkał w Toronto Ludka Mączkę, który mieszkał na sublokatorce u swojego kolegi – Bolka Korneluka; Ludek miał swój mały, osobny pokoik. Wkrótce po tym nawiązał ponowny kontakt z Wojtkiem Jacobsonem.
W tym czasie spotykali się wiele razy kiedy to Ludek snuł różne opowieści o swoim żeglowaniu. W maju 2005 żegnał Ludka wyjeżdżającego do Polski. Dopiero wtedy dowiedział się o żegludze Vagabond’eux przez Northwest Passage.

 Bilans wspomaganych przez Wojtka Wejera jachtów żeglujących przez NWP jest imponujący:

Northwest Passage Supported Boats

2006: Nekton (POL), Tadeusz Natanek; Stary (POL), Dominik Bac, Jacek Wacławski, Sławek Skalmierski, Tomek Szewczyk

2008: Berrimilla (AUS), Alex Whitworth

2009: Fleur Australe (FRA), Philippe Poupon

2010: RX II (NOR), Trond Aasvoll; Sarema (FIN), Pekka Kauppila; Solanus (POL), Bronisław Radliński

2011: Anna (SWE), Börje Ivarsson, NWP and NEP to Pevek (od Cambridge Bay/Nanisvik Monika Witkowska); Chamade (SUI), Marc Decrey; Imvubu (RSA), Ralf Dominick; Issuma (CAN), Richard Hudson; Muktuk (AUT), Karl Mayer; St. Brendan (USA), Matt Rutherford, North Atlantic, NWP, Pacific, Cape Horn, South Atlantic. Solo voyage; Santa Maria Australis (GER), Wolf Kloss; Roxane (FRA), Luc Dupont; Teleport (AUS), Christopher Bray

2012: Best Explorer (ITA), Giovanni Acquarone; Jonathan III (NED), Mark van de Veg; Katharsis (GBR), Mariusz Koper; Marguerite (FRA), Janusz Kurbiel

2013: Isatis (FRA), Jean-Pierre Levie; La Belle Epoque (AUT), Jürgen Kirchberger; Libellue (SUI), Philip Cottier; Traversay III (CAN), Larry Roberts

2014: Altan Girl (CAN), Erkan Gursoy. Solo voyage; Empiricus (USA), Jesse Osborn; Gitana (USA), Mike Johnson; Lady Dana 44 (POL), Ryszard Wojnowski

2015: Aventura (GBR), Jimmy Cornell; Drifter Way (CAN), Robert Graf. Solo voyage; La Chimere (FRA), Emanuel Wattecamps-Etienne. Solo voyage; Philos (AUS), Roger Wallis; Salty (USA), Carl Zaniboni; Selma Expedition (POL), Piotr Kuźniar.

Prócz tego:

Współpraca z R.K. Headlandem czyli przedstawicielem Scott Polar Research Institute, University of Cambridge.

Note/Uwaga: St. Brendan (USA),  Matt Rutherford, solo in a 27 foot Albin-Vega (smallest monohull) around the Americas via Horn, West 3, crossed Gulf of Alaska and Cape Horne..  www.solotheamericas.org

Wojciech Wejer jest autorem locji – przewodnika dla żeglujących przez Przejście Północno-Zachodnie, pod tytułem: „Yacht Routing Guide to the North West Passage: Reported safety of anchorages and shelters” która jest wznawiana i uzupełniana co roku na: http://www.rccpfmk3.org.uk/passage-planning/arctic i współautorem książki: „Arctic and Northern Waters”, wydawca – Royal Cruising Club Pilotage Foundation.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

pilot_2-wVBEJ1Yacht Routing Guide to the North West Passage 2015

Author : Victor Wejer

A supplement to the RCC Pilot to ’Arctic and Northern Waters

This Yacht Routing Guide to the North West Passage by Victor Wejer is a compilation of port and anchorage information which will be updated annually by Victor Wejer. The RCC Pilotage Foundation is very pleased to be able to make this guide available to you via a download from the RCCPF website.

The 2015 edition has much additional information.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wojciech Wiktor Wejerur. 1942r, w Warszawie, inżynier mechanik (University of Alberta, Edmonton, Kanada), z Polski wyjechał w 1967r, od 1969r w Kanadzie; żeglował w Szczecinie w klubie Pogoń i w JK AZS; z powodzeniem startował w regatach – Cadet, Finn; w Kanadzie praca w Arktyce w przemyśle naftowym; od wielu lat wspomaga w nawigacji żeglarzy pływających w Arktyce, przez Northwest Passage; autor locji żeglarskich rejonów arktycznych; w 2015 nominowany do nagrody Ocean Cruising Club, Merit Award.

 

 

 

 

 

SUPER KOLOS 2015: WOJCIECH JACOBSON

Kolosy to najbardziej prestiżowa nagroda przyznawana w środowisku podróży i eksploracji w Polsce. Nagrody w postaci statuetek kolosów z Wyspy Wielkanocnej są przyznawane co roku za dokonania ubiegłoroczne w czasie Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów w Gdyni. Oprócz nagród za dokonania roku Kapituła Kolosów przyznaje corocznie honorową nagrodę Super Kolosa za całokształt osiągnięć lub w uznaniu wybitnego historycznego dokonania zespołowego. Laureatami nagrody wśród żeglarzy zostali dotychczas: kpt. Ludomir Maczka (2001), kpt. Krzysztof Baranowski (2007), kpt. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz (2008) i kpt. Henryk Jaskuła (2012).  W tym roku Kapituła Kolosów uhonorowała Super Kolosem kpt. Wojciecha Jacobsona za: „Całokształt osiągnięć żeglarskich, w szczególności zaś za:

– udział w pierwszym polskim pokonaniu arktycznego Przejścia Północno-Zachodniego,

– pierwsze polskie opłynięcie jachtem Ameryki Północnej,

– docieranie pod żaglami do miejsc rzadko odwiedzanych oraz

– kilka dziesięcioleci bezinteresownej pomocy polskim żeglarzom i podróżnikom.

Przed wręczeniem nagrody w hali Gdynia Arena przed czterotysięczną publicznością odbył się wywiad który poprowadzili Monika Witkowska i Dominik Bac. Zapis wywiadu znajduje się poniżej.

Dominik Bac, Monika Witkowska:  Drogi Wojtku, dziękuję, że przyjechałeś do nas ze Szczecina. Wiem, że mimo że znasz doskonale „kolosową” publiczność, ale tym razem jesteś tu jako gość specjalny i stoisz po drugiej stronie lustra, jako nagrodzony najważniejszą nagrodą podróży i eksploracji w Polsce – Super Kolosem.  Szanowni Państwo, wielkie brawa – Kapitan Wojciech Jacobson !

Wojciech Jacobson:  Witam wszystkich bardzo serdecznie.

DB/MW:  Jesteś znany z wielkiej skromności i trudno znaleźć o Tobie wiele informacji nawet w wszechwiedzącym internecie. Chcielibyśmy abyś podczas tej krótkiej prezentacji spróbował opowiedzieć nam o swoim życiu pod żaglami. Zostawiłeś za rufą ponad 260 000 mil morskich; ilość którą mogą pochwalić się tylko zawodowi marynarze pływający we flotach handlowych. Mamy na tą prezentację 40 minut więc mamy 6500 mil na minutę ! Kotwica w górę !

WJ:  Obawiam się, że  mile na morzu są łatwiejsze do pokonania.

DB/MW:  Wkrótce  kończysz 87 lat . To kawał czasu. Jakie były początki Twojego kontaktu z żeglarstwem?  

WJ:  Starsi bracia mieli jolę mieczową, żeglowali po Wiśle, w Toruniu. Zabierali mnie także. Miałem 6-7 lat i bałem się.  Obecnie dzieci w tym wieku żeglują samotnie na Optymistach, bez problemu i strachu.

Wpływ na zainteresowanie żeglarstwem miały też lektury. Jako 8 latek dostałem książkę, można powiedzieć żeglarską, Jaskółki i Amazonki Artura Ransome. Opowieść o przygodach wakacyjnych kilkorga rodzeństwa i ich przyjaciół żeglujących na jeziorach angielskich.  Książka mnie fascynowała, wspominam do dziś.

Lektury inspirowały także do podróży. Taką książką, która w latach młodzieńczych zachęcała do ruszania w świat była Z setka złotych naokoło świata Tadeusza Perkitnego, późniejszego profesora AR w Poznaniu. Perkitny, wraz z kolegą świeżo po studiach ruszyli w świat po różnych krajach i kontynentach. Po drodze pracowali. Oglądanie świata, ale nie jako turysta – to było pociągające.

Jaskółki i Amazonki_książka 003-003

Na poważnie z żeglarstwem zetknąłem się już po wojnie w Szczecinie, gdzie studiowałem chemię.  Wyciągnęli mnie na przystań AZS-u  bardziej doświadczeni koledzy. Momentem przełomowym był ogólnopolski obóz żeglarski AZSu  w r. 1949 w Trzebieży – 67 lat temu! To była dobra szkoła żeglowania – i nie tylko. Także zachowania się na jachtach i… śpiewania.

Tam poznałem studenta z Wrocławia, który się nazywał Ludomir Mączka. Nie wiedziałem, że z tym kolegą, zwanym na obozie „Ludojadem”, 24 lata później popłynę na oceany!

DB/MW:   Na usta ciśnie się pytanie, jak wyglądało żeglarstwo w tamtych czasach.

WJ: Morskie żeglarstwo było ograniczone. Wtedy pływało się po jeziorze.  Morzem dla nas był Zalew Szczeciński. Żeby tam popłynąć, trzeba było mieć odprawę graniczną na Jez. Dąbskim. Najpierw listy załogi zatwierdzane przez milicję, potem jachty były przeszukiwanie przez WOP.

Na jeziorze można było żeglować relaksowo lub na regatach. Były świetną formą doskonalenia rzemiosła żeglarskiego. Próbowałem sił w różnych klasach- od mieczowych do balastowych: Omega, Finn, Star, jachty kilowe. Często z sukcesami.

DB:  A morze ? Kiedy po raz pierwszy udało Ci się stracić ląd z oczu ?

 WJ:  Pamiętam, że to było na regatach na Bałtyku, i że byłem w załodze kpt. Haski. Nowicjuszom kazał wypić szklankę wody morskiej.  W latach 1955-56  warunki poprawiły się. Żeglarze mogli wypływać na tzw. rejsy krajowe, bez portów zagranicznych.  Można było oglądać np. Bornholm prawie z bliska, ale bez zawijania.  Z tym samym kapitanem Haską popłynąłem później na Jurandzie w rejs na wody pływowe na wyspy Normandzkie koło Francji.

DB/MW:  W tamtym czasie pracujesz jako chemik, a Twój przyjaciel z kursu żeglarskiego w Trzebieży – Ludomir Mączka (zresztą również Laureat Super Kolosa) wyjeżdża na wyprawy geologiczne do Mongolii i Zambii oraz odbywa rejs dookoła Ameryki Południowej na s/y Śmiały w 1966 roku.

WJ:  Mączka przeniósł się do Szczecina w r. 1955, żeby być bliżej morza. Wziął udział w trzech dużych wyprawach żeglarskich – do Narwiku, do Islandii  i dookoła Ameryki Południowej. Jako geolog pojechał do Mongolii, a potem na trzy i półletni kontrakt do Zambii.

Jego wyprawy i wyjazdy już wtedy budziły zainteresowanie. Listy z Mongolii i Zambii krążyły z rąk do rąk. Zachowały się do dziś.

DB/MW:  Po powrocie z tych wypraw Ludek stał się “milionerem” i kupuje jacht, słynną Marię. W 1973 wyruszacie wspólnie w pierwszy daleki rejs.

008-008

WJ:  Wyruszyło nas trzech. Mączka na trzy letni, w planach, rejs dookoła świata, Andrzej Marczak i ja na kilka miesięcy. Najpierw przez Atlantyk, potem Małe Antyle – „śladami Teligi” – (spotkaliśmy jego przyjaciół) –  Antigua, St. Vincent, St. Lucia, Bequia, Testigos.

Najpiękniejsze przeżycia dał nam dwumiesięczny pobyt w Wenezueli (zresztą nielegalny), gdzie dzięki koledze ze Szczecina, który miał samolot,  dotarliśmy aż na Wyżynę Gujańską, do słynnej Canaimy i wodospadu Salto Angel.

Potem był Kanał Panamski i Pacyfik. Nasz udział w rejsie skończył się w Peru.

011-011

DB/MW:  Trzeba w tym miejscu wspomnieć że dalekie rejsy małymi jachtami w tamtych czasach były wciąż rzadkością. Wielkie rejsy Polaków można było policzyć na palcach. Maria zostaje w Peru aby następnie kontynuować przez Pacyfik jak się później okaże 11-letnią włóczęgę. Za chwilę do niej wrócimy. Ty z kolei zarażasz się oceanem i już w 1976 wyruszasz przez Ocean do Nowego Jorku.

 020-020

WJ:  Był to rejs był organizowany przez Szkołę Morską – udział w Operacji Żagiel znanej dzisiaj jako Tall Ship’s Race’s; zlot żaglowców do USA na 200-lecie amerykańskiej konstytucji. To były regaty oceaniczne.

Popłynąłem w załodze Krzysztofa Baranowskiego jachtem Polonez. Połowę załogi stanowili studenci SM. Teraz są poważnymi kapitanami. Mam z nimi kontakt do dzisiaj.

Po drodze dołączyła Angielka, która spóźniła się na swój jacht. Przez Atlantyk płynęło 6 chłopów i dziewczyna! Potem razem na defiladę na East River w NY.

DB/MW:  Jednak z powrotem przez ocean wracasz już inaczej. Może trochę wybiegnę w przyszłość, ale w Bostonie poznałeś kolejną żeglarską pasję czyli żaglowce, która będzie towarzyszyła Ci przez wiele lat.

WJ:  Jeszcze nie była to pasja, a poznanie czegoś nowego. Polonez zostawał w USA, a  Krzysztof Baranowski załatwił dla załogi możliwość powrotu do kraju na Darze Pomorza. Szansa niezwykła. Pływałem na mieczówkach, jachtach kilowych, a tu nagle statek żaglowy!

Dar płynął przez Atlantyk ostatni raz. Pozwolono mi dołączyć do załogi studenckiej, ale najpierw zobowiązałem się,  wobec kierownika nauk – kpt. Tadeusza Olechnowicza,   poprowadzić kilka wykładów dla studentów z dziedziny zbliżonej do chemii – środki ochrony przeciwpożarowej. Potem mogłem po raz pierwszy wchodzić na reje – z wielkim strachem…

025-025

 DB/MW:  Mówisz często że jacht Maria był częścią Twojego życia. Od 1975 roku Ludek zmieniając załogę odwiedza kolejne zakątki świata. Pokonuje Pacyfik i dociera do Australii tam przez pewien czas pracuje zarabiając na remont jachtu. Później pokonuje 3-krotnie Ocean Indyjski. W tym czasie również uczestniczysz w rejsie Marii jako jej załoga lądowa – organizujesz załogi, zbierasz informacje i jesteś “skrzynką kontaktową” Marii.

WJ:  Przez długie lata wyprawy Marii prowadziłem w domu kalendarium rejsu, miałem kontakt listowy z załogą (z wyjątkiem stanu wojennego), a czasem radiowy, przez radioamatorów. Otrzymywałem zapiski, które udostępniałem innym – rodzinie Mączki, żeglarzom, dziennikarzom. Część  była publikowana w różnych mediach. Rezultatem była książka A.J.Pisza Marią przez Pacyfik.

Pomogłem też kilku następnym osobom dotrzeć do załogi na pokład Marii.

W tym czasie, prócz pracy zawodowej, żeglowałem na jachtach klubowych po Bałtyku.  Startowałem w regatach morskich, także jeden raz w regatach samotników. Udzielałem się też  jako instruktor: m.in. szkoliłem młodzież libijską w Trzebieży, a potem w Bengazi, w Libii.

DB/MW:   W 1982 Ludek dopływa do Ameryki Południowej i w 1983 wypływacie wspólnie z Montevideo do Le Havre we Francji i tak jak 11 lat wcześniej wspólnie rozpoczęliście rejs Marią wspólnie go kończycie.

WJ:   Razem z kolegą z Politechniki, Markiem Kowalskim, dolecieliśmy podmianą rybacką  do Montevideo i do Marii. Rozpoczął się powrót do Europy wzdłuż wybrzeży  brazylijskich i Gujany Francuskiej .

Na Atlantyku zamknęliśmy pętlę rejsu dookoła świata Marii i Ludomira Mączki. Dopłynęliśmy do Francji, do Le Havre, gdzie jacht został wyciągnięty na ląd. Okazało się, na dość długo. Na 7 lat.

Etap do Francji był najdłuższy ze wszystkich. Trwał 76 dni, prowiant się kończył ale głód nam nie groził. Ryżu, oleju i cebuli nie brakło. Ryż miał robaki, to nie przeszkadzało.

DB/MW:   Z Francji jednak nie wracacie do Polski. Jak widać na tym zdjęciu (Vagabond w Paryżu) na paryskim bruku odnajdujecie kolejny jacht i kolejną przygodę?

037-037

WJ:  Jeszcze w  Ameryce Południowej doszła do nas propozycja od Janusza Kurbiela, , polskiego żeglarza działającego we Francji, by przeprowadzić jego jacht Vagabond 2 do Vancouver w Kanadzie, po stronie Pacyfiku.

Janusz Kurbiel już wtedy był znanym żeglarzem polarnym. Jest nim nadal, od blisko 40 lat zorganizował ponad 30 wypraw do Arktyki.

Jego jacht Vagabond 2 był zbudowany specjalnie do żeglugi w Arktyce i świetnie wyposażony w najnowszy sprzęt i elektronikę.  W porównaniu z Marią to był przeskok w inną epokę żeglarską.

Zamierzeniem Kurbiela było  przeprowadzenie jachtu  z Pacyfiku  przez Przejście Północno-Zachodnie z powrotem na Atlantyk. Od Vancouver załogę miała stanowić jego żona Joelle i my dwaj – Mączka i ja.

Tymczasem we Francji czekała mnie niespodzianka. Na rejs do Kanady Kurbiel zaprosił moją córkę Magdę.  Nie uprzedził mnie. Z Ludkiem i Magdą, w  3 osoby, wyruszyliśmy późną jesienią przez Biskaje na Atlantyk.

Żegluga do Kanady trwała 7 miesięcy.  Z przygodami, ale dotarliśmy na czas.

043-044

DB/MW:   Jak wspomniałeś Janusz Kurbiel przygotował jacht specjalnie do żeglugi w lodach. W tamtych czasach (zresztą i dzisiaj) był to jacht marzenie do pływania w wysokich szerokościach geograficznych. Dzisiaj w dobie GPS, elektronicznych map, zdjęć satelitarnych i dokładnych prognoz lodowych, żeglowanie w tych rejonach jest bardziej ułatwione. Jednak wtedy w roku 1985 w ciągu 80 lat od pierwszego  przejścia przez Amundsena, Northwest Passage pokonało przed Wami zaledwie 3 jachty. Czy nie czuliście, że ruszacie w nieznane ?

WJ:  Szczerze mówiąc nie przypuszczałem, że będę kiedykolwiek żeglował w lodach. Byłem kiedyś na rejsie, na którym koledzy rozmawiali, że bardzo chcieliby zobaczyć Arktykę, choćby taki Spitsbergen. Powiedziałem im wtedy wprost: „Płyńcie sobie, tam zimno, ja nie zamierzam!”

Ale propozycja od Janusza Kurbiela, była nie do odrzucenia: -„Przeprowadzacie jacht do Kanady i dalej razem pokonujemy Przejście Północno-Zachodnie”. Ja wtedy nawet nie wiedziałem dokładnie, co to jest ten Northwest Passage, ale rozumiałem, że to będzie naprawdę wielka rzecz.

Jak już wyruszyliśmy –  żeglugi wśród pól lodowych, oceny warunków, uczyliśmy się od Kurbiela.  Bariery lodowe często zagradzały drogę. Przy wietrze północnym, wzdłuż Alaski,  pola lodowe dociskały nas do brzegu. Jacht miał niskie zanurzenie i dzięki temu mogliśmy się chronić w tzw. lagunach – płytkich rozlewiskach za mierzejami, gdzie kry lodowe nie docierały.

DB/MW:   Po Waszym wyczynie trzeba było czekać 20 lat na kolejne polskie akcenty w Northwest Passage. Dopiero w 2006 roku przejście pokonały wspólnie Stary i Nekton, w 2010 roku jacht Solanus, następnie Lady Dana i w tym roku Selma Expeditions. Wszystkie dokonały tego w ciągu jednego sezonu. Wy na Vagabond podobnie jak pionierski Amundsen potrzebowaliście aż 4 sezonów żeby przedostać się na Atlantyk.

072-076

WJ:  Złe warunki lodowe w latach 1985-1988 nie pozwalały na zakończenie Przejścia i zmuszały nas do pozostawiania jachtu przez kolejne zimy w Arktyce. Vagabond II nie mógł zostawać w zamarzającej wodzie, to była łódka z mieczem, skrzynką mieczową. Trzeba było jacht 3 razy wyciągać na ląd.

Była to trudna operacja.  Wyszukanie odpowiedniego miejsca, budowanie sań do wyciągania, zorganizowanie ciągnika. Potem  wyniesienie z jachtu w ciepłe miejsce wszystkiego co mogłoby ulec zniszczeniu w niskich temperaturach. Na wiosnę, a raczej latem, operacja odwrotna – zrzucanie na wodę.

Obaj z Ludkiem zjawialiśmy się przy jachcie wcześniej niż inni, by łódkę przygotować do sezonu i odwrotnie. Miało to dobrą stronę, – uczestniczyliśmy dłużej w życiu wioski inuickiej- eskimoskiej.

DB/MW:  Dwie zimy jacht pozostawał w Gjoa Haven, miejscu nazwanym od kutra Roalda Amundsena. W tym miejscu chciałbym przytoczyć niezwykłą anegdotę. Kiedy w 2006 roku na jachcie Stary płynęliśmy przez Northwest Passage również zatrzymaliśmy się w Gjoa Haven. Przy maleńkim pomoście zebrała się grupka Inuitów. W czasie rozmowy spytaliśmy czy nie pamiętają przypadkiem czerwonego jachtu z polską załogą. Jeden z nich bez słowa wyciągnął wtedy portfel i wyjął złożoną starannie karteczkę. Na kawałku papieru była pieczątka Vagabond i podpisy: Wojciech Jacobson / Ludomir Mączka. (zdjęcie). Była to dla nas niesamowita chwila. Powiedział, że oczywiście pamięta dokładnie pobyt Vagabond’eux i że jako mały chłopiec odwiedzał jacht często. Gdy jacht opuszczał Gjoa Haven, dostał tę karteczkę z podpisami a Wojtek i Ludek powiedzieli, że kiedyś ktoś o nią zapyta.  Wojtku, skąd wiedzieliście że tak się stanie ?

068-079

WJ:  Karteczkę zostawiliśmy chłopcu 18 lat wcześniej z myślą o załodze zaprzyjaźnionego jachtu amerykańskiego Belvedere. Miał się tam zjawić nieco później po nas.  To, że karteczka trafiła na Was było absolutną niespodzianką – sprawił to los i pamięć chłopca. Nie dziwię się, że zatelefonowaliście wtedy z Arktyki do mnie. Nazwisko Inuka poznaliśmy później – William Aglukkaq.

W Gjoa Haven przebywaliśmy dość długo zjawiając się wcześniej by przygotować jacht do sezonu. Mieliśmy dobre relacje z Inuitami – Eskimosami. Zapraszali nas na różne imprezy, uroczystości, także do swoich domów (np. na kąpiel). Kiedyś prosili o pomoc przy pochówku 2 zmarłych osób.

DB/MW:   W 1988 roku wreszcie sytuacja lodowa się poprawia i przygotowujecie jacht z Ludkiem do ostatecznej rozgrywki z Arktyką.

WJ:  W ostatnim roku Arktyki (1988) Janusz Kurbiel dał znać, że nie może przylecieć na Vagabonda 2, i  zostawił nam przeprowadzenie jachtu we dwóch.

Mieliśmy duży kłopot ze zrzuceniem jachtu na wodę. Jedyny wioskowy spychacz był zepsuty. Do pomocy Inuitom w naprawie ruszył Ludek. Jego przykład zadziałał i w końcu łódka znalazła się na wodzie.

Tym razem wiatr odepchnął pola lodowe i przez Cieśninę Bellota przedostaliśmy się do Cieśniny Lancaster, osady Arctic Bay i dalej do Grenlandii. Stamtąd na Atlantyk. I w drogę do Francji.

DB/MW:  Po opuszczeniu Arktyki i kilku sezonach w lodach w drodze powrotnej przyszedł dla Was moment największej próby. Na północnym Atlantyku przeżyliście ciężki sztorm i kilkukrotną wywrotkę jachtu.

WJ:  W połowie drogi do Francji dopadł nas sztorm tropikalny Helene, o sile huraganu.  W krytycznym momencie  wysokie fale trzykrotnie położyły jacht masztem pod wodę. To były chwile grozy. Utraciliśmy znaczną część elektroniki, w tym wszystkie anteny masztowe i radar. Utrudniało to znacznie dalszą żeglugę.

Szczególne kłopoty mieliśmy przy wybrzeżu francuskim z powodu gęstej mgły. Na torach wodnych było wiele statków. We mgle nie było ich widać. Nie wiedzieliśmy czy widzą nas na radarach. Z pomocą przyszła stacja brzegowa przy latarni morskiej Quessant. Znalazła nas na swoim radarze i przejęła ostrzeganie statków o jachcie na trasie. Potem podawała nam namiary. Mając kolejne pozycje weszliśmy niemal po omacku do Brestu.  Tym samym 16.10.1988 zakończyliśmy wyprawę wokół Ameryki Północnej: – pierwszą polską.

DB/MW:   Już w czasie jednego z zimowań Vagabond’eux powróciłeś do wielkich żagli. Jak w popularnej szancie dostałeś telefon od przyjaciela z pytaniem “potrzebuję do załogi jakąś nową twarz” i wyleciałeś do Singapuru ?

WJ:   Kolejna niespodzianka w życiu żeglarskim. Kpt. Andrzej Marczak prowadził Pogorię dookoła świata w czarterze kanadyjskiej Szkoły pod Żaglami, zwanej Class Afloat. W połowie rejsu zabrakło mu oficera ze znajomością jez. angielskiego. Poleciałem wtedy do Singapuru. Rejs biegł przez Ocean Indyjski, Malediwy, Indie, Morze Czerwone i Kanał Sueski do Gdyni. To był dla mnie początek dalszych kontaktów z Class Afloat.

DB/MW:   Rozpocząłeś wieloletnią współpracę ze szkołą pod żaglami z Kanady Class Afloat. Po rejsie z Singapuru były kolejne rejsy przez Atlantyk na Karaiby i wreszcie rejs dookoła Afryki

WJ:  W latach 1990 -1992 trafiłem znów na Pogorię w czarterze kanadyjskim. Przemierzyliśmy Atlantyk do Kanady, na Karaiby i z powrotem do Gdyni. Potem, w kolejnym rejsie okrążyliśmy  Afrykę. Żegluga z młodzieżą dawała dużą satysfakcję.

DB/MW:   Class Afloat wybudowało wreszcie swój własny żaglowiec Concordia, który stał się Twoim domem na wiele lat. Przepłynąłeś na Concordii ponad 133 000 mil morskich.

101-0108

WJ:   Rejsy na Concordii były przedłużeniem kontaktów ze szkołą kanadyjską – Class Afloat – nawiązanych na Pogorii. Byłem już wtedy na emeryturze, mniej ograniczony pracą zawodową. Concordia w tych latach przemierzała wiele oceanów i mórz. Dla mnie była to realizacja podróży, ale nie jako turysta.

Na Concordii poza zajęciami jako oficer miałem czasem wykłady dla uczniów z nawigacji i meteorologii. Zainteresowanych uczyłem też astronawigacji. Zdarzało się, że nauczyciele prosili mnie abym opowiedział uczniom jak wyglądała wojna w Polsce. Wojnę przeżyłem jako dziecko-chłopiec, więc opowiadałem im przeżycia chłopca, takie zapamiętane obrazki,  videoclipy. Przy tej okazji mogłem powiedzieć coś o historii Polski.

DB/MW:   W czasie tych rejsów wielokrotnie pokonywałeś oceany, odwiedzałeś mało znane wyspy i dalekie porty. Co utkwiło Ci w pamięci z tamtych rejsów ?

Kiribati

WJ:  Concordia zatrzymywała się w wielu rzad­ko odwiedzanych miejscach, jak wyspy Pitcairn, Palmyra, Fanning, Majuro, Tarawa, Nauru i inne na Oceanie Spokojnym czy na Oceanie Indyjskim wyspy Bożego Narodzenia, Chagos lub Św. Paweł i inne.

Wyspa Św. Pawła była szczególnie interesująca. Czubek wulkanu z kraterem do którego wpłynęło morze. Wyspa bezludna, odwiedzają ją tylko rybacy lub naukowcy. W połowie XIX wieku należała do Polaka  – Adama Piotra Mierosławskiego, który był wspaniałym żeglarzem i odkrywcą. Brat powstańca gen. Ludwika Mierosławskiego.

 DB/MW:  Dotarłeś też cztery razy pod żaglami na Wyspę Wielkanocną. Jak wygląda kraina Kolosów w rzeczywistości ?

WJ:  Wyspa nie ma portu. Statki, żaglowce i jachty stoją na kotwicy przy osadzie Hanga Roa. Lądowanie pontonem na przybojowej fali jest trudne. Czasem zapiera dech. Przy niekorzystnym wietrze trzeba zmieniać kotwicowisko. Moai – czyli Kolosy są w wielu miejscach.  Miejsc głównych jest 5. Trudno je odwiedzić w jeden dzień. Trzeba też pamiętać o innych osobach w załodze, dzielić czas tak, aby wszyscy mieli szansę odwiedzenia wyspy na zmianę.

Tak więc cztery pobyty na wyspie to nie jest dużo. Pośpiech przy zwiedzaniu psuje atmosferę obcowania z tajemniczymi posągami.

DB/MW:  Spędziłeś na Concordii 8 lat. W Twój ostatni rejs z Class Afloat popłynąłeś w 2001 roku w wieku 71 lat z Wyspy Wielkanocnej dookoła Hornu.

Beagle channel

WJ:  Concordia płynęła z Pacyfiku, z Wyspy Wielkanocnej, na Atlantyk drogą przez Horn. Dostałem niespodziewanie zaproszenie od uczniów i nauczycieli Szkoły na ten etap.  Pokryli mój przelot na Wyspę Wielkanocną i powrót do kraju po okrążeniu Hornu. To była ich inicjatywa. Dzięki nim i z nimi zobaczyłem Przylądek Niezłomny.

Razem przeżyliśmy ciężki  sztorm w tym miejscu.  W tym samym sztormie, niedaleko od nas walczyła z żywiołem Warta-Polpharma z załogą Romana Paszke.

Rejs przez Horn  był podsumowaniem wielu moich lat na tym żaglowcu, lat przyjaźni z załogami i oceanami.  9 lat później Concordia zatonęła.

DB/MW:  Zawsze byłeś uznawany za chodzącą encyklopedię i znawcę planowania dalekich rejsów. Niewielu jest żeglarzy którzy nie korzystali z Twoich wskazówek i rad przy organizacji dalekich wypraw. Począwszy od rejsów Marii stałeś się dobrym duchem wielu wypraw. Ktoś mógłby pomyśleć że to teoria spiskowa, ale w ciągu ostatnich lat wspomagałeś radami licznych żeglarzy w tym też tych nagrodzonych Kolosami.

WJ:   Moja pomoc dotyczyła głównie informacji o warunkach żeglugi w różnych rejonach. Przekazywałem także kontakty, adresy ludzi pomocnych na szlaku. I odwrotnie – uprzedzałem tych na lądzie, że jacht płynie w ich okolice.

Planowanie rejsów było częścią mojej pracy na Concordii i w tym mogłem być pomocny innym. Z drugiej strony taki kontakt z tymi co płynęli był jakby przedłużeniem mojej żeglugi, mojego uczestnictwa w rejsach.

DB/MW:  Nigdy nie szukałeś rozgłosu, ale oprócz wspaniałego Super Kolosa którego otrzymasz dzisiaj w tej sali jesteś laureatem wielu prestiżowych nagród i wyróżnień: dwukrotnie otrzymałeś I nagrodę Rejs Roku. Należysz do Bractwa Wybrzeża które  uhonorowało Cię nagrodą Chwały Mórz, a z rąk Prezydenta Polski odebrałeś banderę RP w uznaniu Twoich zasług. Jesteś honorowym ambasadorem Szczecina i wreszcie przez 10 lat byłeś członkiem kapituły Kolosów. Jest jednak jedno wyróżnienie które wiem że cenisz bardzo wysoko i mówi o Twojej osobie najwięcej. To nagroda Derek Zavitz Memorial Award.  

118-0125 121-0128

WJ:  Derek Zavitz był uczniem Szkoły pod Żaglami. Zginął w nieszczęśliwym wypadku w czasie rejsu. Ku jego pamięci ustanowiono na pokładzie i w Szkole medal, który na koniec roku szkolnego przyznawali  sami uczniowie. Medal miał honorować osoby godne naśladowania. Nie znałem Dereka, ale coś nas łączyło. Wiem, że był pod urokiem Wyspy Wielkanocnej i jej posągów. Podobnie jak ja.

DB/MW: Chciałabym dodać, że szanujesz innych, nie wymądrzasz się, nie narzucasz ze swoją ogromną wiedzą.

 WJ:  Wiedza jest poparta książkami i źródłami  pod ręką. Wymądrzać się nie lubię.

DB/MW:  Jesteś znany ze skrupulatności i rzetelności. Jednak nie dbasz o własne liczby i rekordy. Mimo to zebraliśmy je tutaj.  Żeglujesz 65 lat, przepłynąłeś 260 000 mil morskich, jako pierwsi w świecie pod żaglami pokonaliście Przejście Północno-Zachodnie z zachodu na wschód i byliście też pierwszymi Polakami i czwartym jachtem w historii na świecie któremu udało się pokonać arktyczną trasę. Przepłynąłeś wielokrotnie Ocean Atlantycki, Indyjski i Pacyfik, ten ostatni nawet raz dookoła. W sumie co najmniej dwa razy dookoła Świata. Z Ludkiem jesteście pierwszymi Polakami którzy zamknęli pętle dookoła Ameryki Południowej i Północnej. Opłynąłeś też Afrykę i Australię. 4 razy byłeś w krainie Kolosów na Wyspie Wielkanocnej. A dzisiaj jeden z magicznych posągów trafia w Twoje ręce. Kapitanie Jacobson, Super Kolosie, serdecznie gratulujemy !

119-0126. 203

WJ:  Dziękuję serdecznie za rozmowę, a wszystkim na sali za cierpliwość.  Jestem ogromnie wdzięczny Kapitule Kolosów za ich decyzję.  Życzę wszystkim takich szans żeglarskich jakie ja miałem. Dziękuję kapitanom i załogom, z którymi pływałem za piękne rejsy.

120-0127

Gdynia 13.03.2016

__________________________________________________________

Dominik Bac podróżnik, żeglarz i fotograf; kapitan jachtowy; uczestnik  wyprawy  jachtem „Stary” – „Cape Horn Antarctica Expedition 2002/2003” (nagroda „Rejs Roku 2003 – Srebrny Sekstant”, nagroda Kolos 2003); współorganizator i jeden z kapitanów wyprawy jachtem “Stary” przez Przejście Północno-Zachodnie (Arktyka Kanadyjska) – nagroda „Rejs Roku 2006 –Srebrny Sekstant”, nagroda Kolos 2007, nagroda National Geographic Traveller 2006. Jego zdjęcia i teksty ukazują się w czasopismach żeglarskich i podróżniczych m.in. Żagle i National Geographic. Na codzień koordynuje prace Stowarzyszenia Grupa Outdoor – organizatora rejsów żeglarskich i wypraw do Ameryki Południowej.

Monika Witkowska – dziennikarka, j. st. m. podróżniczka, odwiedziła ponad 180 krajów na wszystkich kontynentach. Miłośniczka gór, nurkowania i sportów powietrznych, jednak jej hobby to przede wszystkim żeglarstwo. Jak na razie jej najdłuższą eskapadą był półroczny rejs przez Ocean Spokojny, Kanał Panamski i Atlantyk na „Zawiszy Czarnym”. Za największe swoje osiągnięcie żeglarskie uważa opłynięcie przylądka Horn na jachcie „Stary”. Pisze m.in. dla „National Geographic”, „Voyage”, „Obieżyświata”, „Podróży”, „Twojego Stylu”, „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej”. Autorka kilku przewodników oraz książek globtroterskich.

_________________________________________________________

Laudacja na cześć Laureata nagrody Super Kolos 2015 wygłoszoną przez Marka Słodownika w jego artykule na stronie Żeglujmy Razem  http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=17626

F O T O

 DSC_6581 Foto. Adrian Larisz

DSC_6577 Foto. Adrian Larisz

_DSC2095 Foto. Adrian Larisz

 

Anna Kaniecka-Mazurek: Kobieta/mężczyzna niepotrzebne skreślić (fragment książki)

Anna Kaniecka-MazurekKORSARZ 
W sobotę, pierwszego maja, obudziło Zosię mocne słońce łaskocące ją po twarzy zza niedosuniętej żaluzji. Wesoły ognik. Było już dobrze po dziewiątej.
– Może to dobry dzień, żeby się wybrać na przystań? – Zosia zapytała Romka zaspanym głosem, uśmiechając się do perspektywy słonecznego dnia. – Jest ładnie, pewnie sporo ludzi się wybierze, poznałbyś moich znajomych, może przepłynęlibyśmy się z kimś po jeziorze? Co ty na to? – rzuciła zaczepnie.
Od miesiąca chodziło jej to po głowie, ale wciąż nie mogła się zdecydować, czy to już, czy nie jest za wcześnie. Wreszcie dogadała się sama z sobą, że Dominik nie ma już dla niej żadnego znaczenia; minęły prawie trzy lata.
– Ychm, dobry pomysł. Niezły, rzeczywiście niezły, już zaraz się obudzę. Jeszcze minutka – mamrotał przez sen zaspany Romek, naciągając na głowę kołdrę.
– Okay, w takim razie na pobudkę zrobię jajecznicę. – Uśmiechnęła się i zadowolona, że ma takie wyborne plany, wygrzebała się z dusznej pościeli. Zmyła z oczu sen zimną wodą i poszła do kuchni kroić cebulę. Po drodze włączyła play i z wieży popłynął zachrypły głos Roda Stewarda:
I’am sailing
I’m sailing
home again 'cross the sea
I am sailing stormy waters
to be near you to be free…
Zapowiadał się beztroski, majowy weekend. Nareszcie można było bezpiecznie wychylić z domu nosy po długiej zimie. Rozochocone promienie na dobre już lizały w salonie plamy niedającej się usunąć czerwonej farby, pstrzącej stary dębowy parkiet na kształt rozdeptanego muchomora. Zosia kroiła cebulę, wrzucała jajka na skwierczący tłuszcz i zastanawiała się, czy na przystani zastanie Krzysia, jak zwykle czatującego z workiem na kei i czy „Terra Incognita” wesoło kołysze się na spracowanych cumach. Nie miała żadnych wieści. W ostatnim czasie wypadła z obiegu, ale nie czuła nostalgii. Przeszłość nie była dla niej miłym wspomnieniem.
Zjedli śniadanie, jajecznicę na boczku i tosty z zamrażalnika, wskoczyli w Romka karmazynowe porche – polski model ludowy, zwany polonezem, i ruszyli do Dąbia. Na przystani było już sporo aut, zaparkowali przy samym hangarze.
– O, Zosia! Witaj, widzę, że ciepełko wygania niedźwiedzie z nory – zawołał na powitanie Jacuś cumujący swojego „Pielgrzyma” tuż przy hangarze, gdy tylko Zosia wyłoniła się z auta. – Chodź, zapraszam na pokład!
– Cześć Jacek, miło cię widzieć! Przyjechałam się rozejrzeć. – Zosia podeszła z Romkiem do drewnianej burty i chwyciła wantę „Pielgrzyma”. – Poznaj Romka.
– Wchodźcie, zapraszam. – Jacek ochoczo odłożył papier ścierny, jakby od rana tylko czekał na pretekst.
– Super, właśnie przyjechaliśmy i chciałam Romkowi pokazać jachty moich przyjaciół. Świetnie się składa. Widzę, że „Pielgrzym” już gotowy do sezonu. – Zosia zmrużyła oczy. Usiadła na swojej ulubionej ławeczce na rufie „Pielgrzyma” i słońce przeniknęło ją na wskroś. Właśnie na ten moment czekała przez całą zimę.
– W zasadzie. Chociaż zawsze jest coś do zrobienia.
Panowie wymienili uściski i już po chwili Jacek zamiast pracowitego szlifowania rumpla polewał gościom wino. Zaczęły się morskie opowieści. Okazało się, że Romek pasował do żeglarskich klimatów jak ulał. W dzieciństwie pływał na samotopkach, czuł wiatr, lubił niespieszną włóczęgę, a zwłaszcza bohaterskie historie o szkwałach, mieliznach i przeciwnych wiatrach opowiadane w portowym zaciszu.
Godzinkę później Chołodeccy wypłynęli z Jackiem na Dąbskie, mieli wieczorem wrócić, ale okazało się że nikomu się nie spieszy – przecież są jeszcze dwa dni wolnego. Obrali kurs na Roztokę, popłynęli do Stepnicy. Zacumowali w uroczym młyńskim kanale, a że wielu żeglarzy wpadło na ten pomysł, noc długo niosła echo podchmielonej gędźby daleko za polickie hałdy i na północ aż pod Chełminek.
***
To był bardzo udany weekend, a kilka tygodni później zaświtał Zosi pomysł, by kupić własną łajbę:
– Romek, pomyśl, będzie cudnie – zapaliła się Zosia – mam znajomych szkutników, doradzą nam na co zwrócić uwagę, sprawdzą, czy planki i wręgi nie są przegniłe, czy jacht jest dobrze skrojony i ma szansę na stateczność kursową i takie tam różne, no wiesz, żebyśmy się nie wpakowali w jakąś pływającą wannę! A przede wszystkim Jacuś nam doradzi, przecież on swojego „Pielgrzyma” to praktycznie od podstaw zbudował!
– Nie ma strachu, sami damy radę – podchwycił Romek – a poza tym, nawet nie prosząc nikogo, zaraz dostaniemy tyle porad, że głowy nam popękają. – Wprawdzie Romek jakby zaskrzypiał zza okularów, ale widać było, że pomysł mu się od razu spodobał. Czuł, że zbliża się dobry czas. „Z tą dziewczyną się wiele wydarzy” – pomyślał zadowolony.
Chołodeccy mieli pierwszy wspólny cel – jacht. I rzeczywiście zaraz dostali tyle bezcennych rad od pytanych i niepytanych, że sam Adam Słodowy nie poradziłby sobie lepiej z wystruganiem pływającego czółna, gdyby je zechcieli wszystkie zastosować. Ostatecznie zdecydowali się jednak na gotową jednostkę. Po obejrzeniu kilku, wybrali dwudziestosześciostopowy, mahoniowy jacht o lśniących, niewysokich burtach i zgrabnej sylwetce. Na wszelki wypadek wybrali łódkę w naprawdę znakomitej kondycji.
– To ostatecznie, ile za to cacko? – zapytał Roman po trzeciej z kolei wizycie w olbrzymim hangarze na przedmieściach, gdzie na wysokich saniach, pod burą plandeką lśniła mahoniowa, rdzaworuda piękność. Burty gładziutkie, aż żal je potem było papierem ściernym, przed pierwszym sezonem rezać.
– Tak jak mówiłem piętnaście i mniej nie będzie, choćby pan jeszcze ze sto razy pytał. Ona jest warta tej ceny. Nawet silnik działa i ma pan komplet aktualnych map na Zalew Szczeciński, Zatokę Pomorską i południowy Bałtyk aż po Stilo i Arkonę, żeby pan tylko tam dopłynął! – Zadrwił nieznacznie stary bosman. – To jest, panie, dzieło sztuki. Taka łajba to skarb! – zachwalał płomiennie wyznaczony przez armatora opiekun ślicznej „Adieu”.
Forsa na stół. Kupili.
– Żyć nie umierać! – zawołał uradowany Romek, gdy opadło napięcie po dobiciu targu. – No, teraz to mamy dwie fury z klimą i pełnomorski jacht z klimatyzacją! – Uśmiechnął się do Zośki promiennie zza swoich rogowych oprawek i zachichotał, klepiąc się po łydkach, jak doński Kozak.
– Nooo. Super!! – zawtórowała z przejęciem i niedowierzaniem zmęczona targowaniem Zosia. Klimatyzację stanowiły trzy bzyczące wiatraczki przytwierdzone odpowiednio w mesie na „Adieu” i na przednich szybach w Zosi pomidorowym fiacie, i w Romka karmazynowym polonezie wzorowanym prędzej na czołgu niż na porsche – niemniej rodzima konstrukcja i chluba polskiej FSO. Ale łódka Chołodeckich, trzeba przyznać, rzeczywiście była pełnomorska. Miała tak zwaną klasę P-12. Mogła się poruszać po morzach i oceanach, byle nie dalej niż dwanaście mil od brzegu. Ale komu to przeszkadza? Przecież płynąc dwanaście mil od brzegu, można nawet odbyć podróż dookoła świata! A poza tym, kto to sprawdzi. Kogo to interesuje, gdy już przebrniesz przez odprawę w Świnoujściu na główkach, na ostatnim polskim Granicznym Punkcie Kontrolnym? Po wypiciu na osławionym GPK-u litra z ziewającym dyżurnym bosmanem?
Świteź, polska konstrukcja, wzorowana na dzielnym, niemieckim folkboacie, tyle że balastowa, a nie longkilowa. Chołodeccy kupili swojego świtezia, s/y„Adieu”, od huty. Wypielęgnowane, idealnie dopieszczone cacko. Mosiężne kabestany, mocne, niezużyte szoty, dwa komplety dakronowych żagli. Tylko silnik okazał się kiepski, zaburtowy, dławił się i parskał. Gasł na każdej fali. Silniki na jachtach zresztą dopiero wchodziły w modę, wcześniej nawet duże, trudne do manewrowania jednostki, zawsze musiały czekać na pomyślny wiatr.
Armator „Adieu”, podobnie jak inne duże firmy w latach dziewięćdziesiątych, pospiesznie wyprzedawał zbędny majątek. Zaczynał się bezwzględny kapitalizm, nie było miejsca na sentymenty i utrzymywanie niedochodowych obiektów, choćby nawet pływających.
Lakier na „Adieu” lśnił, jak na meblościance ze Swarzędza, maszt dumnie strzelał w niebo. W latach świetności „Adieu” co tydzień rozwijał żagle na Roztoce i kołysał podchmieloną załogę w drodze do Trzebieży, na wędzonego pstrąga u pani Krysi. „Adieu” miał kiedyś brata bliźniaka – „Baltazara”, z którym co roku ścigał się w morskich regatach wokół Rugii. Niestety los był dla „Baltazara” mniej łaskawy – zapomniany zgnił gdzieś w szuwarach i słuch po nim zaginął. A zgrabny „Adieu” stał się dla spragnionych przygód Chołodeckich drugim domem. Gdy pod koniec czerwca zawisł na pasach po raz ostatni pod hutniczym dźwigiem i dyndał pod niebem niczym śliwka, Zosia wstrzymała oddech. Po chwili ramię żurawia się obniżyło i „Adieu” łagodnie usiadł na wodzie.
***
– Cholera! – zaklęła po sekundzie Zośka i zadarła głowę do góry. Z tego całego przejęcia Chołodeccy zapomnieli przed zwodowaniem otaklować maszt. Trzeba będzie to zrobić na wodzie, a jacht kołysał się jak wańka-wstańka. – Jak w takich warunkach mam wdrapać się na górę i przeciągnąć fał przez ciasne oko bloczku? – Złościła się nieopierzona pani armator.
Po Odrze rzeczywiście co chwila przepływały w prawo, w lewo jakieś statki i barki. Rozkołys nie ustawał. Leniwa na co dzień Odra tańczyła jak pijana.
– Zostawcie to mnie – wtrącił niespodziewanie Korsarz, podając Zosi okulary – tylko, jak stracę życie, to zaopiekujcie się dobrze moim „Nostromo”, ma pływać aż połknie go ocean! – Zaśmiał się krótko, objął maszt kolanami i niczym małpa, w oka mgnieniu, znalazł się na salingu jakieś trzy metry nad pokładem. Stanął wygodnie na drewnianych, rozkrzyżowanych ramionach, zadarł głowę do nieba, poprawił fał grota na topie masztu i ześlizgnął się na pokład. Bez gadania, bez sensacji, gładko, sprawnie jak nastolatek, a dokładnie miesiąc wcześniej, wszyscy razem pili wino na jego siedemdziesiątych urodzinach.
– Co ty wyprawiasz!? Na drugi raz konsultuj ze mną takie niebezpieczne przedsięwzięcia! – huknął gromko Federico, emerytowany inżynier, zawodowy poszukiwacz przygód, Polak na hiszpańskich papierach. Niedawno zredukowali mu etat w międzynarodowym koncernie, gdzie miał nieźle płatną fuchę i myślał dotrwać do zasłużonej emerytury. Dobrze, że przynajmniej nie zapomnieli o odprawie, no i teraz Fred przyjechał do Polski, by ją zainwestować. A co może zrobić w ramach najlepszej, biznesowej inwestycji poszukiwacz przygód? Przyjechał do kraju bez autostrad, bez twardej waluty i zainwestował ostatnie w życiu pieniądze w wymagającą remontu łajbę kolegi, z którym w młodości wyściubił głowę w świat. – W końcu jesteśmy partnerami – dodał pojednawczo – inwestuję w twoje „Nostromo” i nie zamierzam szukać do załogi jakichś żółtodziobów, jak już ją wyrychtujemy i będzie można oddać cumy! Zamierzam płynąć z tobą.
– Już po krzyku – powiedział spokojnie Korsarz, stawiając stopy na pokładzie – oddajcie moje okulary, bo bez nich nie widzę nawet czubka własnych butów – zagadnął wesoło krótkowzroczny krecik, smagły mężczyzna z niewielkim brzuszkiem à la piłka wydatnie rysującym się pod krótką żołnierską koszulą bez patek, obieżyświat – Korsarz. Niegdyś obiekt westchnień nie jednej kobiety (z miss Mongolii na czele!), zawsze szarmancki, choć nigdy w smokingu, zawsze przyjazny i chętny do gawędy.
– Dzięki Korsarz! Muchas gracias! – mamrotała zbita z tropu Zosia, oddając Korsarzowi okulary.
– Widzisz, taka prawda, żeglować z kimś a u siebie, to wielka różnica.
– Z taklowaniem masztu nie miałam jeszcze do czynienia… – Zosia na krótką chwilę straciła rezon, ale przyjazna kompania zaraz wprawiła ją z powrotem w dobry nastrój. W końcu niecodziennie woduje się swoją pierwszą w życiu łajbę, w dodatku w towarzystwie faceta, który przepłynął, lekko licząc jakieś sto tysięcy mil (taki był chyba jedyny pożytek, jaki przyniósł jej bolesny brak kochającego papy – zastępowała go ciekawymi facetami.) Oczywiście najciekawsi byli ci, których nie spodziewała się znaleźć w roli kochanka we własnym łóżku, choć już o piętnaście lat starsza od niej Emma rozpatrywała Korsarza w tych kategoriach. Prawdopodobnie nawet ze wzajemnością. W końcu „Nostromo” i „Terra Incognita” przez długie lata kołysały się zgodnie przy tej samej kei. A stary Korsarz rzeczywiście był wielce interesującym facetem. Mając czterdzieści parę lat, rzucił dobrze płatną pracę, kupił jacht i popłynął w świat. Proste, ale mało kto umie porzucić ciasny gorset rutyny. Stwierdził, że dość już się w życiu napracował i nie chce żyć w kieracie do samej śmierci albo do czasu, kiedy łamanie w kościach nie pozwoli już na żadną fantazję. Pieniędzy wystarczyło mu na zakup łajby i dwa lata skromnego życia. Zaryzykował i się nie przeliczył. Do końca stać go było na utrzymanie „Nostromo” i na tanie czerwone wino w towarzystwie przyjaciół. Zdawał się realizować stare pomysły Epikura w żeglarskiej scenografii, minimalizować potrzeby i otaczać się gronem przyjaciół. Od kiedy ruszył w świat pracował dorywczo, nie wybrzydzał, brał każdą robotę, która go nie wiązała, którą mógł natychmiast rzucić po otrzymaniu gaży. Po nazbieraniu na remont kadłuba, po zaprowiantowaniu na kolejny etap rejsu. Nie był rozrzutny. Umiał dawać i brać. Zachował do końca jasny umysł i pogodę ducha. Kiedy spokojny, w siedemdziesiątej ósmej wiośnie życia, odmeldowywał się do krainy duchów, Zosia ze swoim maleńkim synkiem siedziała przy jego łóżku. Uwielbiała Korsarza, bo Korsarz miał odwagę w sercu i lubił ludzi. Tak generalnie; unikał jedynie ortodoksyjnych wegetarian w załodze (już nieortodoksyjni mu nie przeszkadzali: – niech sami jedzą zielsko, skoro lubią – mawiał – ale ja wolę białko zwierzęce.) Wyczuwał też na odległość i omijał wszelkiej maści tchórzliwych hipokrytów, czyli dupków.
Si, si. Tak, Zosia i Romek spędzili pierwszy sezon na „Adieu” w wybornym towarzystwie. Powoli zaliczyli wszystkie mielizny na Dąbskim, przecięli jakieś uparte rybackie sieci rozstawione pechowo akurat na ich drodze, pokochali kanał Krętego Węża i urokliwą Świętą z siwymi wartowniczkami. Czaple, stojąc tam w przybrzeżnych namorzynach na jednej nodze, cierpliwie czekają na żaby, ślimaki i świeże ryby uciekające przed namolnymi wędkarzami. Pilnują błogiej ciszy. A czasem zdenerwowane machają do roześmianych żeglarzy skrzydłami, tak mocno bijąc wodę, że aż leniwe pustułki bez widoku na zdobycz zrywają się do lotu. Zapuszczali się też Chołodeccy w Kurowskie Błota, zadzierając w zachwycie głowy, gdy tuż obok toru wodnego umykał nagle z drzewa krogulec czy myszołów.
Działo się. Cały czas się działo. Dużo się działo i nawet w deszczowe dni mieszkało w Zosi słońce, bo każdy dzień przynosił tyle możliwości!

__________________________________________________________________________________________________

Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim
dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

(zs): Uśmiech Fortuny raz jeszcze

                                                                                                                                   Life is a tragic folly
                                                                                                                                   Let us laugh and be jolly
                                                                                                                                   Away with melancholy
                                                                                                                                   Bring me a branch of holly
                                                                                                                                   Life is a tragic folly
                                                                                                                                                                         A. Symons.
                                                                                                                           (motto z Joseph Conrad: Twix Land and Sea)

Z końcem września 1888 roku do Port-Louis na wyspie Mauritius (Ocean Indyjski) przypłynął z Sydney, trasą przez Cieśninę Torresa, z ładunkiem nawozów sztucznych, mydła i łoju bark Otago. Armatorem żaglowca była firma Black Diamond Line a właścicielami firmy i żaglowca, Henry Simpson & Sons. Otago był jedynym żaglowcem tej firmy a czarterowało go w rejsie na Mauritius inne przedsiębiorstwo, którego dyrektorem urzędującym w Port-Louis był Paul Langlois. Jednostką dowodził trzydziestoletni kapitan Konrad Konkorzentowski, jak donosiła australijska gazeta The Sydney Morning Herald zniekształcając nazwisko Konrada Korzeniowskiego (z kolei Lloyd’s Register w dokumentach na rok 1888 podał nazwisko kapitana Otago jako Korneowski).

W oczekiwaniu na korzystny fracht na rejs powrotny do Australii, ale również z braku mat jutowych do wyłożenia ładowni żaglowca (spłonął magazyn z matami) przed umieszczeniem w nim cukru (tak pisze Z. Najder, choć być może powodem był brak trzykorcowych worków jutowych do pakowania cukru?), młody kapitan – wytworny gentleman, z doskonałą znajomością języka francuskiego („capital chap, though queer to look at”, jak powie o nim poznany kilka lat później na Torrensie John Galsworthy), szybko nawiązał bliższe kontakty z miejscowym high society – potomkami dawnych kolonistów francuskich, mówiących wykwintną, archaiczną francuszczyzną epoki przedrewolucyjnej. Korzeniowski nie ograniczał się tylko do kurtuazyjnych wizyt. Poznany wcześniej kapitan francuskiej marynarki handlowej Gabriel Renouf wprowadził go do domu swojej siostry, zamężnej z wysokim urzędnikiem kolonii p. Louisem Edwardem Schmidtem.

Postój żaglowca przedłużył się do blisko dwóch miesięcy, więc czasu było aż nadto do nawiązania bliższych znajomości. Częste wizyty u Państwa S., podwieczorki na Otago dla całej rodziny, albo przejażdżki powozem w interior do kawiarni ogrodowej – oto co wypełniało czas młodego kapitana. Oprócz zamężnej siostry kpt. Renoufa, były tam jeszcze dwie inne, młodsze siostry. Jedna nich, 26-letnia Eugénie, zawładnęła sercem i uczuciami młodego kapitana z Otago do tego stopnia, że próbował się oświadczyć. Niestety panna była już zaręczona i zawiedziony kapitan szybko opuścił wyspę (z ładunkiem cukru – 500 ton ? – z którego produkcji wyspa słynęła a także, być może, z … ziemniakami ?, ale o tym – dalej).

Ślad owej „przygody” zaistniał po latach w twórczości Josepha Conrada, w opowiadaniu portowym („harbour story”) A Smile of Fortune, zamieszczonym w tomie Twixt Land & Sea. Tales (pierwsze wydanie książkowe w 1912 r.): narrator, młody kapitan próbuje nawiązać flirt z panną Alice Jacobus, która mieszka z ojcem, lokalnym handlowcem – przedsiębiorcą przeładunkowym, w domu otoczonym „niebrzydkim starym ogrodem” okolonym murem; jedynym w mieście ogrodem kwiatowym.

Być może panna Eugénie Renouf była pierwowzorem Alicji Jacobus: „ponurej, biernej ofiary losu”, ale – jak się okazuje w owym czasie w Port-Louis jedyny ogród różany był przy domu miejscowego przedsiębiorcy przeładunkowego a jego córką była 17-letnia … Alice Shaw.

Joseph Conrad po latach wspominając dawne „przygody” – flirt a może nawet romans (a nie zdarzyło mu się to – owo wspominanie!!! – nigdy więcej), na odległej wyspie w archipelagu Maskarenów i budując wokół tych przygód własną fantazję, świat fikcji literackiej, mógł mieć na uwadze również inne, zasłyszane historie.

Otóż przez te wszystkie dni oczekiwań Otago i innych żaglowców na ładunek i … worki jutowe (w owej „Perle Oceanu”, z której sączy się na świat dużo słodyczy”, cumowało w okresie kampanii cukrowej, nawet kilkanaście żaglowców, jak podaje wspomniany wcześniej Paul Langlois), ich kapitanowie w godzinach południowych spotykali się u jedynego, od ponad trzydziestu lat, agenta frachtowego na wyspie w Port-Louis – u „Papy Krumpholtza”.

Różnym opowieściom, jak to w gronie marynarzy, zapewne końca nie było; wiadomościom nawigacyjnym, plotkom portowym, opiniom o armatorach, o innych portach, wyspach. „Papa Krumpholtz” pamiętający lata pięćdziesiąte na wyspie, niejedną historię słyszał; również z bliższych i dalszych stron. Młody kapitan z Otago mocno wyróżniający się wśród prostych, nieokrzesanych kapitanów swoją aparycją, manierami, ale również dziwnie brzmiącym nazwiskiem nie mógł nie zwrócić uwagi starego agenta frachtowego.

A „Papa Krumpholtz” czy nie mógł nie słyszeć przed kilkudziesięciu laty o innym równie młodym kapitanie o podobnie obco brzmiącym nazwisku? Kpt. Adam Piotr Mierosławski, bo o nim to mowa, od początku lat 40-tych żeglował w tych stronach; „odkrył” i objął w posiadanie zapomniane od ponad 200. lat Wyspy Świętego Pawła i Amsterdam; objął w posiadanie pod flagą francuską, pod zarządem wysp burbońskich (Reunion).

Mierosławski żeglował między Afryką, Australią i Azją handlując oraz łowiąc ryby, foki i perły; bywał również na leżącej na szlaku jego wypraw, oddalonej zaledwie o 110 mil morskich od Mauritius wyspie Reunion, właściwie w porcie Saint-Denis; spotykał się z miejscowymi kolonistami francuskimi i ich rodzinami. Pewnego razu, pobyt zapewne się przedłużył – czy tylko z powodu oczekiwania na fracht?, młody kapitan nawiązał kontakty towarzyskie. Skutkiem tego wytworzył się romans i w efekcie Mierosławski poślubił córkę bogatego kolonisty pannę Rozalię Cayeux. Niestety żona umarła miesiąc po ślubie; być może zabrała ją epidemia cholery.

Mierosławski wrócił na morza i oceany; rejs do Australii zakończył się rozbiciem statku u jej brzegów. Szybko przezwyciężył trudności, nabył kolejny statek (a właściwie zbudował na Mauritius żaglowiec i nazwał go Le Pilote) po czym żeglował do Australii i z powrotem na Mauritius. W drodze powrotnej, w niejasnych do końca okolicznościach zapadł na zdrowiu i zmarł; ciało zwyczajem morskim – oddano morzu.

Dziwnie podobnie łączą się romanse młodych kapitanów: Korzeniowskiego na Mauritius i Mierosławskiego na Reunion, z fikcyjnymi przygodami sercowymi młodego kapitana w Uśmiechu Fortuny. Na przestrzeni zaledwie ćwierćwiecza, na archipelagu Maskarenów, na dwóch leżących blisko siebie wyspach Mauritius i Reunion rozegrały się wydarzenia zadziwiająco podobne, które dla młodych, polskich kapitanów, prawie równolatków były niczym uśmiech fortuny, szczęśliwego, ślepego losu; i jak to zwykle bywa, był to uśmiech przelotny, wciągający na chwilę, ale jakże mocno zmieniający losy, poruszający serca, uczucia.

Obie wyspy, zarówno Mauritius dla Konrada Korzeniowskiego jak i Reunion dla Adama Piotra Mierosławskiego były tylko uśmiechem bogini Fortuny, czy też uśmiechem szczęścia, jak przetłumaczono ten zwrot w pierwszym polskim wydaniu z 1925 r.

Yes, Mr. Burns, (….) Quite a smile of fortune” – mówi kapitan żaglowca do swojego pierwszego oficera w A Smile of Fortune.
Uśmiech Fortuny jawił się I oficerowi z Otago, Mr. Burnsowi, w potrojonym każdym funcie gotówki, zainwestowanym przez kapitana w ziemniaki (17 ton – jako „prywatny” fracht; przebicie ceny sprzedaży w Melbourne było trzykrotne; niezły deal; pragmatyczny, obeznany z interesami wuj Tadeusz Bobrowski byłby dumny ze swego siostrzeńca). Uśmiech Fortuny, tam na wyspie Mauritius, niespełnione uczucia, kazały kapitanowi zrezygnować z upragnionego dowodzenia żaglowcem.

Dla Josepha Conrada A Smile of Fortune okazał się sukcesem, swoistym uśmiechem szczęścia; czytelnicy przychylnie przyjęli opowiadanie, zadowolony był również wydawca popularnego miesięcznika ilustrowanego The London Magazine, gdzie „harbour story ukazało się w lutym 1911 r.

Jeśli opowieści „Papy Krumpholtza” sięgały kilkadziesiąt lat wstecz i padło w nich nazwisko „Mierosławski”, to tym bardziej mogło ono zwrócić uwagę Konrada Korzeniowskiego z Otago i przypomnieć wydarzenia sprzed ćwierćwiecza z dalekiej Polski, Warszawy – wszak jego ojciec Apollon Korzeniowski był mocno zaangażowany w przygotowania do powstania styczniowego, którego jednym z dyktatorów był Ludwik Mierosławski (wśród zarzutów władz carskich wobec Apollona Korzeniowskiego był zarzut uczestnictwa w „komitecie Mierosławskiego”) – starszy brat Adama Piotra, żeglarza i capitaine au long cours.

                                                                                                                                            (zs)

__________________________________________________

F O T O

2. W-pa Św. Pawła Wyspa Św. Paweł. Fot. W. Jacobson

3. Świ Paweł F1040005a Wyspa Św. Paweł; wejście do zatoki utworzonej w miejscu po kraterze wulkanicznym. Fot. W. Jacobson

7. W-pa Amsterdam Scan0212 Wyspa Amsterdam. Fot. W. Jacobson

6. Scan0190 Wojciech Jacobson na Concordii, w tle Wyspa Św. Paweł. Fot. z arch W. Jacobsona

4. Mieroslawscy5Scan0930  5. Mieroslawscy6aScan0931

Kazimierz Robak i Krzysztof Grubecki: „Lê Quý Đôn” u celu

01_2015-08-03_Lê_Quý_Đôn

Staramy się nie zastępować agencji prasowych i raczej nie podajemy wiadomości bieżących, ale tym razem robimy wyjątek z pełną świadomością (pod spodem będzie dlaczego).

Żaglowiec Lê Quý Đôn, płynący z Gdańska do wietnamskiego portu Nha Trang, zakończył szczęśliwie rejs 26. stycznia 2016.
Trzymasztowy bark szkolno-patrolowy Lê Quý Đôn zamówiony został w 2013 r. przez wietnamską Akademię Marynarki Wojennej (Học viện Hải Quân Việt Nam) w gdańskiej stoczni Marine Projects i wybudowany wg projektu Zygmunta Chorenia, opracowanego przez Biuro Projektowe Choreń Design & Consulting. Stępka została położona 2 lipca 2014. Wodowanie, przeprowadzone w kilku etapach, rozpoczęło się 2 czerwca 2015.
W kontrakcie, podpisanym przez Wietnamską Ludową Marynarkę Wojenną i Polski Holding Obronny, znalazła się klauzula o przeszkoleniu wietnamskiej załogi, m. in. w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni i na ORP Iskra.
W swój dziewiczy transoceaniczny rejs Lê Quý Đôn wyruszył 26 września 2015 z Nowego Portu w Gdańsku. Płynął pod polską banderą z polsko-wietnamską załogą, pod dowództwem Piotra Leszczyńskiego – kapitana dużej floty, po Szkole Morskiej w Cuxhaven i praktyce na dużych statkach, a także kapitana jachtowego, swego czasu kilkakrotnego kapitana barkentyny Concordia pływającej z kanadyjską Class Afloat.
Trasa, początkowo planowana dookoła Afryki, ostatecznie prowadziła przez Kanał Panamski, Wyspę Kokosową, atol Fakarava, Tahiti, Majuro, atol Bikini i filipińską cieśninę San Bernardino; dystans to ok. 18 000 Mm.
Załogę wietnamską tworzyli kadeci Akademii Marynarki Wojennej Socjalistycznej Republiki Wietnamu oraz ich oficerowie. Załogą polską byli zawodowi żeglarze i kadra techniczna.
Kadłub Lê Quý Đôn ma długość 58,3 m (z bukszprytem – 67 m); szerokość – 10 m, wysokość nad linią wodną – 5,75 m, zanurzenie – 3,6 m, wyporność – 857 ton. Wysokość masztów – 41 m. Maksymalna powierzchnia żagli – 1400 m kw. Jednostka może pomieścić 80 kadetów oraz do 30 osób kadry.
Żaglowiec nazwany został imieniem wietnamskiego filozofa, poety, naukowca, encyklopedysty i urzędnika rządowego, żyjącego w XVIII wieku.
Projektant żaglowca, Zygmunt Choreń[1] to światowy autorytet w kwestii budowy i eksploatacji wielkich żaglowców. Pierwszą jednostką żaglową, którą zaprojektował, była Pogoria (1980). Dziś jego żaglowce pływają pod banderami Polski, Bułgarii, Rosji, Ukrainy, Niemiec, Finlandii, Panamy, Luksemburga, Japonii, Malty, Indonezji, Wietnamu. W budowie jest żaglowiec szkolny El Mellah dla algierskiej marynarki wojennej – jego wodowanie odbyło się 7 listopada 2015, przekazanie kontrahentowi zaplanowano na koniec 2016 r.

Piszemy o tym wszystkim oczywiście z powodów osobistych.
Jednym z oficerów na Lê Quý Đôn był bowiem Janusz Kawęczyński czyli „Geograf”. To właściwie wyjaśnia wszystko.
„Geograf”, który nas uczył żeglarstwa morskiego (Kazimierza wcześniej, Krzysztofa później : ) jest teraz zawodowym kapitanem jachtowym. Prowadził wielokrotnie Pogorię, ma własną firmę (tak, będzie kumoterska reklama: to Geo-Sail) i w ogóle, jak wszyscy wiedzą, to bardzo fajny facet.
02_2015-08-28_CSPI0804_Geograf_fot_Cezary_Spigarski 28 sierpnia 2015: Zatoka Gdańska z pokładu Lê Quý Đôn
Jako ciekawostkę, choć w pełni profesjonalną, dodamy, że sfilmowanie i sfotografowanie Lê Quý Đôna pod pełnymi żaglami, podczas rejsów próbnych na Bałtyku, zostało przydzielone firmie FlyFilms, zajmującej się filmami i zdjęciami z dronów. Właścicielem firmy i operatorem jednostek latających jest Paweł Kawęczyński – siostrzeniec „Geografa” (tak, też będzie reklama, bo skoro popieramy wuja to i siostrzeńca: www.FlyFilms.pl). Wywiad z nim możecie przeczytać na stronie „Świat Dronów.pl”.
Teraz jeszcze tylko przypis dotyczący Zygmunta Chorenia (gdy przeczytacie, zrozumiecie, że bez tego się po prostu nie da) i dalej już możecie oglądać pościągane z Internetu zdjęcia (panom: Cezaremu Spigarskiemu i Michałowi Szafranowi dziękujemy szczególnie!).
„Geograf” na nich też jest!
Kazimierz Robak i Krzysztof Grubecki
26 stycznia 2016
PS. Interesujące relacje (teksty i wideo) z rejsu do Wietnamu, autorstwa Stefana Wrońskiego, płynącego w załodze Lê Quý Đôna, znajdziecie na stronie Parabuch Magazyn.

________________________________________
[1] Inż. Zygmunt Choreń, ur. w 1941, ukończył Politechnikę Gdańską i Leningradzki Instytut Budowy Okrętów. Jest żeglarzem i kapitanem jachtowym, jako członek załogi s/y Otago brał udział w pierwszych wokółziemskich regatach Whitbread (1973-74). Jest współczesnym rekordzistą jeśli chodzi o liczbę zaprojektowanych i zbudowanych żaglowców – po prototypowej Pogorii (1980), na bazie jej kadłuba powstały: ORP Iskra (1982, dla Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni), Kaliakra (1984, dla bułgarskiej Wyższej Szkoły Morskiej w Warnie) i Oceania (1985, żaglowiec badawczy Polskiej Akademii Nauk ze zdalnie sterowanym ożaglowaniem płatowym).
W roku 1982 inż. Choreń i jego zespół zrealizowali zamówienie Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni: pełnorejowy trójmasztowiec Dar Młodzieży (108 m długości) zbudowany w Stoczni Gdańskiej. Bazując na kadłubie Daru, zespół inż. Chorenia zbudował w latach 1987-1991 serię pięciu pełnorejowców dla ZSRR; obecnie Mir (1987), Nadieżda (1991) i Pałłada (1989) pływają pod banderą Rosji, a Drużba (1987) i Chersones (1989) – Ukrainy.
W 1990 roku na deskach kreślarskich biura projektowego Zygmunta Chorenia powstał, na zamówienie fundacji Międzynarodowa Szkoła Pod Żaglami Krzysztofa Baranowskiego, bryg Fryderyk Chopin, w tym samym roku zwodowany.
Od 1992 Choreń pracuje we własnym biurze konstrukcyjnym Choreń Design & Consulting w Gdańsku.
Na zamówienie armatorów zagranicznych zaprojektowane lub przebudowane przez Zygmunta Chorenia zostały żaglowce: Alexander von Humboldt (przebudowa: 1988, bandera: Niemcy), Kaisei (zwodowany: 1990, Japonia), Estelle (1995, Finlandia), Royal Clipper (2000, Luksemburg), Mephisto (2002, Luksemburg), Running On Waves (2010, bandera maltańska, armator rosyjski), Zen (2013, Indonezja), Lê Quý Đôn (2015, Wietnam), El Mellah (2016, Algieria).

____________________________________________________________________________________________________

Kazimierz Robakpolonista, historyk, dziennikarz, żeglarz, obecnie wykładowca akademicki w USA; organizator i
uczestnik Szkoły pod Żaglami 1983-1984 na „Pogorii” (kierownik sekretariatu i nauczyciel); dyrektor i nauczyciel SzPŻ na „Pogorii” 2013 i 2015; redaktor i współwłaściciel www.zeglujmyrazem.com; autor książek „Pogorią na koniec świata”, „Szkoła” i „Gibraltar: Cieśnina-Skała-Państwo”.

Krzysztof Grubecki – kapitan jachtowy, uczestnik pierwszej Szkoły Pod Żaglami na „Pogorii”; kapitan „Pogorii” (m.in. Szkoły Pod Żaglami 2012, 2013, 2014), redaktor i współwłaściciel www.zeglujmyrazem.com; mieszka w USA.

________________________________

Trasa żaglowca przez Pacyfik

03_MAPA_Lê_Quý_Đôn_Pacific_route_sm

Tekst przedrukowujemy za zgodą twórców i właścicieli strony www.zeglujmyrazem.com, gdzie ukazał się pierwotnie  http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=16782

Bogdan Sobiło: Tragiczny wypadek „Barbórki”

SONY DSCLata siedemdziesiąte XX wieku pod wieloma względami były złotą epoką polskiego żeglarstwa. Ekipa, która doszła do władzy w 1970 r., na czele z Edwardem Gierkiem stawiała na rozwój nowoczesnego przemysłu, w tym stoczniowego. Znaczne środki przeznaczono na potrzeby stoczni jachtowych (w Szczecinie im. Leonida Teligi oraz w Gdańsku im. Josepha Conrada). Zaprojektowano w tym czasie szereg nowoczesnych jachtów morskich, a projekty wdrożono do realizacji. Nowe konstrukcje pod każdym względem przewyższały stare, wysłużone jednostki. Poza jachtami klasy Taurus, Draco i Cetus, których produkcja miała wtedy miejsce, zakupiono także licencję na amerykański jacht Carter 30.
Nowoczesny sprzęt i przychylna polityka władz sprzyjała udziałowi Polaków w wielkich imprezach sportowych. Dość wymienić start Krzysztofa Baranowskiego, Teresy Remiszewskiej i Zdzisława Puchalskiego w regatach OSTAR 1972. Kazimierz „Kuba” Jaworski zabłysnął na swych Spanielach w tym samych wyścigach w 1976 i 1980 roku. Dwa polskie jachty brały udział w pierwszej edycji regat Whitbread dookoła świata (1973/4). W lutym i marcu 1973 roku trzy polskie jachty okrążyły legendarny Przylądek Horn (Polonez, Euros i Konstanty Maciejewicz). Nasi żeglarze jako jedyni z „bloku wschodniego” brali udział w nieoficjalnych morskich mistrzostwach świata, regatach Admiral’s Cup (1977 i 1979). Krystyna Chojnowska – Liskiewicz, jako pierwsza kobieta na świecie samotnie opłynęła świat na Mazurku. Na Polonezie dokonał tego wyczynu Krzysztof Baranowski.
Wzrost liczby organizowanych rejsów, skutkował jednak nie tylko większym doświadczeniem, ale także prowadził do coraz większej liczby wypadków. Najbardziej fatalny był pod tym względem sezon 1975 roku. W maju znalazł śmierć w falach Bałtyku bardzo doświadczony i ceniony kapitan Zygmunt Werpechowski. Jesienią zaginął wraz z całą siedmioosobową załogą Janosik. Przyczyna zatonięcia tego jachtu do dzisiaj nie została wyjaśniona. Wreszcie w październiku wyrzucony został na mierzeję helską jacht Barbórka. W wypadku tym śmierć poniosły dwie osoby. Ponieważ wypadki jachtów Wanda i Janosik zostały omówione wcześniej w innym miejscu (magazyn Jachting), w tym numerze Zeszytów Żeglarskich chciałbym przybliżyć Czytelnikom okoliczności wypadku Barbórki.
Jacht Barbórka został zbudowany w Szczecinie w 1973 roku na zamówienie Katowickiego Okręgowego Związku Żeglarskiego. Był jednostką należącą do popularnego wówczas typu Taurus (długość 10,57 m, szerokość 3,57 m, powierzchnia ożaglowania 50 m2, silnik pomocniczy 25 KM). Kilkadziesiąt jachtów tej klasy pływało pod banderą polską i wielu innych państw. Konstrukcja była generalnie uważana za bardzo udaną.
Dla okoliczności opisywanego wypadku ogromne znaczenie ma wyposażenie ówczesnych jachtów oraz stosowane metody nawigowania. Produkowana w Polsce elektronika jachtowa była słabej jakości. Log i sonda zamontowane na nowym jachcie po kilku miesiącach przestawały działać. Radionamiernik, o ile w ogóle był na jachcie, również nie działał, albo też nikt z załogi nie potrafił kompetentnie go obsłużyć. W tych warunkach nawigacja opierała się na bardzo mało dokładnym zliczeniu opartym o utrzymywany kurs i przebytą drogę. Kompasy magnetyczne były wówczas atestowane i wykonywano dla nich tabele dewiacji, ale ta jak wiadomo ulega częstym zmianom. Poza tym poprawka na dryf szacowana była „na oko”, a i sternik często miał problemy z utrzymaniem zadanego kursu (zawsze widoczna tendencja od odpadania na bajdewindzie i ostrzenia w baksztagu). Przebyta drogę zliczano w oparciu o pomiar prędkości jachtu wykonywany raz na godzinę. Zwykle posługiwano się w tym celu wypełnioną częściowo wodą butelką przywiązaną do jachtu linką określonej długości. Nic więc dziwnego, że prowadzoną takimi metodami nawigację uważano za prawidłową, jeżeli błąd pozycji zliczonej nie przekraczał wartości 10% przebytej drogi. Wynika więc z tego, że jacht idący z portów zatoki Gdańskiej do Kalmaru (ok. 140 mil) prowadził nawigację prawidłowo, jeżeli rzeczywista pozycja jachtu nie różniła się od zliczonej o więcej niż 14 mil morskich!
Nocą z 4 na 5 października 1975 r. Barbórka wraz z siedmioosobową załogą wyruszyła w drogę powrotną z Tallina do Gdyni. Pogoda nie sprzyjała żeglarzom -dominowały przeciwne wiatry o sile dochodzącej do 9° B. Po czterech dniach (8.X), podczas wachty w godz. 1600 – 2000 pełnionej przez I oficera zauważono na widnokręgu łunę świateł, którą zidentyfikowano jako Trójmiasto. Jacht szedł wówczas kursem rzeczywistym 210° z prędkością ok. 6 węzłów. Wachtę w godz. 2000 – 2400 pełnił II oficer. Około godziny 2100 zauważył światło błyskowe z prawej burty. Mając jednak trudności z jego identyfikacją poprosił o pomoc kapitana, który uznał, że przed jachtem znajdują się trzy pławy. Niemal wszystko wskazuje na to, że z pokładu Barbórki widziano nie pławy, ale latarnię morską Rozewie z odległości ponad 20 mil. Biorąc pod uwagę znaczne zafalowanie oraz zmęczenie załogi trudnymi warunkami i choroba morską, nie trudno zrozumieć ten fatalny w skutkach błąd. Na zakończenie swojej wachty o godz. 2400 II oficer nie zapisał w dzienniku pozycji jachtu. Wraz ze zmianą wachty kapitan polecił zmienić kurs na KK = 240° w przekonaniu, że jacht wchodzi do Zatoki Gdańskiej. W rzeczywistości Barbórka znajdowała się wówczas znacznie dalej na zachód, bo ok. 15 mil na NE od Kuźnicy. Na polecenie kapitana III oficer zajął się naprawą jednego ze świateł nawigacyjnych. Schodząc do kabiny zauważył z lewej burty zalesiony brzeg i plaże w odległości ok. 200 metrów. Była godzina ok. 0230. Jacht utrzymywał w tym czasie KK = 240°, widzialność była bardzo dobra, wiał wiatr z NW 5 – 7° B, a stan morza określono na 5 – 6. Mimo panujących sztormowych warunków, załoga i kapitan nie korzystali z pasów bezpieczeństwa. Niemal natychmiast po zaalarmowaniu kapitana jacht uderzył o dno. Fala zmyła z pokładu III oficera. Jacht na jakiś czas przechylił się na lewą burtę, a następnie powrócił do normalnej pozycji. Kapitan ogłosił alarm „człowiek za burtą”. Żadne z rzuconych kół ratunkowych nie znalazło się jednak w zasięgu ratowanego. Aby podejść jachtem do człowieka w wodzie zrzucono fok i uruchomiono silnik. Kapitan rozpoczął wystrzeliwanie białych i czerwonych rakiet. Kiedy udało się obrócić jacht w kierunku pełnego morza nastąpiło silne uderzenie kolejnej fali, która zmyła z pokładu kapitana i I oficera. W tym samym czasie uwolniła się i otwarła samoczynnie tratwa ratunkowa. Z czterech osób, które znalazły się za burtą, zbawczy brzeg osiągnęli I i III oficer. Ciało kapitana znaleźli biorący udział w akcji ratunkowej żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza. Kilka dni później natrafiono na zwłoki sternika. Sam jacht doznał na skutek wypadku tylko nieznacznych uszkodzeń.
Przebieg i przyczyny tragicznego wypadku zbadała drobiazgowo Izba Morska w Gdyni. Za podstawowe przyczyny zdarzenia uznano: niewyznaczenie obserwatora, nieprawidłową identyfikację świateł oraz bezkrytyczne utrzymywanie kursu w kierunku lądu, mimo nieznajomości rzeczywistej pozycji. Za winnego Izba uznała nieżyjącego już kapitana. Zarzuty postawiono także oficerom, przede wszystkim zaniedbania w prowadzeniu nawigacji. Orzeczenie Izby I instancji zaskarżyli zainteresowani oficerowie, uznani za współwinnych. Odwoławcza Izba Morska ponownie przeanalizowała wypadek i doszła do wniosku, że przez kilka godzin przed wypadkiem jachtem kierował osobiście kapitan. Polecając III oficerowi naprawę światła doprowadził do zaniechania ciągłej obserwacji, która, prowadzona właściwie, mogła doprowadzić do odpowiednio wczesnego zauważenia lądu. W efekcie tych rozważań uwolniono oficerów od stawianych im wcześniej zarzutów. Odwoławcza Izba Morska sformułowała również ważną tezę: „Nie można oceniać wg tej samej miary postępowania załogi jachtu (…) oraz postępowania załogi statku składającej się z zawodowych marynarzy. Wymagania stawiane tym tak różniącym się kategoriom ludzi nie mogą być identyczne, równie rygorystyczne”.
Na skutek poważnego błędu nawigacyjnego Barbórka znalazła się na brzegu, a jej kapitan i jeden z członków załogi ponieśli śmierć. Dzisiaj, po ponad czterdziestu latach, mimo GPS i map elektronicznych dochodzi do podobnych wypadków. Dotyczy to zarówno słabiej wyszkolonych żeglarzy – amatorów, jak i zawodowych załóg jachtów regatowych (np. Vestas Wind na Oceanie Indyjskim w 2014 roku został kompletnie rozbity, ponieważ posługiwano się mapą o zbyt małej skali). Na morzu staranności, wiedzy i doświadczenia, a zwłaszcza zdrowego rozsądku i „łutu szczęścia” nie zastąpią mapy elektroniczne, satelitarne systemy łączności czy AIS.

                                                                                                                            Bogdan Sobiło

_____________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Libiążu.

Ania Kaniecka-Mazurek: O Marii Towiańskiej-Michalskiej i jej książce.

Anna Kaniecka-MazurekZ radością przypominam, że mamy w gronie przyjaciół naszego Klubu (JK AZS w Szczecinie – przyp. red.) niesamowitą koleżankę! Pani Maria Towiańska-Michalska, wdowa po kapitanie Zewu Morza Zdzisławie Michalskim, jest osobą niezwykłą z wielu względów, ale dla mnie przede wszystkim dlatego, że daje wyraz swoim radościom, troskom i zachwytom poprzez sztukę. Nie poprzestaje na zdawkowym: „- Co słychać?” „- Dobrze”, a kiedy indziej, stosownie do sytuacji: „- Źle” ewentualnie „- A co ma być słychać…” i zalega pusta cisza, a rejestruje bogaty wachlarz swoich odczuć, pragnień, tęsknot i niepokojów. Szuka subtelnych różnic w porach roku, wietrze, dżdżu i słocie, co roku, jak my żeglarze, czekając blasku migocącego wiosennego słońca. To zresztą z pewnością połączyło przed laty śliczną pannę Malinę (Maria Alina) Towiańską z młodym żeglarzem – Zdziśkiem Michalskim, szukającym niebanalnych krajobrazów na rozlewiskach Odry pływając na mieczowej Przygodzie. Bo żeglarze to też takie „upoetycznione” dusze, a przynajmniej ja noszę w sobie takie romantyczne przekonanie.
Pani Maria od lat publikowała w polskiej i amerykańskiej prasie swoje opowiadania, a w tym roku, roku swoich osiemdziesiątych szóstych urodzin (Sic!), opublikowała je po raz pierwszy w formie książki. I jak to z książkami bywa, w dniu jej premiery odbyło się spotkanie autorskie, które miałam zaszczyt prowadzić. Licznie zgromadzeni goście słuchali opowieści pani Marii o Polesiu i o magicznym domu jej babci – polskiej patriotki, która hołdowała tradycyjnym wartościom i promowała edukację. Pani Marii w domu babci Bilewiczowej wprawdzie nieraz było smutno, bo jak mogła się czuć mała dziewczynka, której zmarła mama i której z troski o jej czteroletnią duszyczkę nikt o tym nawet nie powiedział, ale na szczęście liczne wujostwo i gromadka rówieśników z sąsiedztwa wypełniało małej tę rozpaczliwą pustkę. Proza Pani Towiańskiej-Michalskiej jest ciepła, ale nie ckliwa i ma spory walor historyczny, bo autorka ze swadą opisuje kresowe relacje w II Rzeczpospolitej. Bohaterami jej opowieści są Żydzi, tutejsi, czyli Białorusini, kacapy, czyli Rosjanie, no i oczywiście ciotki autorki, czyli rozliczne lekarki, nauczycielki i panny na wydaniu oraz wujowie, czyli inżynierowie, awanturnicy i przystojni kawalerowie. A przede wszystkim autorka przywołuje atmosferę dopiero co rozbudzonego życia w podwójnym tego słowa znaczeniu, bo i bohaterka przeżywa swoją młodość i bo młodzi, w młodej Polsce, są jej krewni (oczywiście z wyjątkiem babci).
Towiańska-Michalska jest obdarzona znakomitym zmysłem obserwacji, nie uchodzą jej uwadze ani niuanse społeczne, żartobliwa sąsiedzka hipokryzja porządkująca hierarchię ważności w Łunińcu na krańcach Rzeczpospolitej, ani szczegóły dotyczące codziennych obyczajów, nawyków, czy przywar, ani echa konwersacji dorosłych odbijające ówczesne sprawy polityczne. Ale Towiańska kocha swoich bohaterów i każdego z osobna obdarza swoją uważnością i maluje wielobarwną paletą słów. Jej fraza jest krótka, trafna, bezpośrednia. Przykuwa uwagę czytelnika, skrzy się dowcipem, nie nuży. Krótka forma potrafi wywoływać w czytelniku niedosyt, ale nie w przypadku naszej koleżanki – jej styl literacki jej dopracowany, każde zdanie służy po coś, jest przemyślane, zwiewne i potrzebne. Opowiadania Towiańskiej-Michalskiej po prostu dobrze się czyta. Zapraszam do lektury i do kontaktu z autorką za pośrednictwem Zeszytów Żeglarskich. Z pewnością Pani Maria ucieszy się z żywej reakcji swoich czytelników, a zarazem przyjaciół – żeglarzy. Książkę opublikowało szczecińskie Wydawnictwo Forma i można ją nabyć w księgarni Zamkowej na placu Hołdu Pruskiego. Serdecznie polecam!

                                                                                                                    Ania Kaniecka-Mazurek

__________________________________________________________________

Anna Kaniecka-Mazurekabsolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim; drukuje w szczecińskim
dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”; żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

______________________________________________________________________________________________________

engram_rgb  35b

Engram Maria Towiańska-Michalska; spotkanie autorskie odbyło się 18.11.2015 w salonie Pro Media przy al. Wojska Polskiego 2 w Szczecinie.

____________________________

Fragmenty z książki Marii Towiańskiej-Michalskiej Engram.

….

Ponad dziesięć lat temu, mój pięcioletni wtedy wnuk zapytał swego dziadka, czy to prawda, że ziemia jest kulista. Jasiowi nie wystarczyło potwierdzenie, domagał się dalszych informacji.
– Dziadek, ale po co ona jest okrągła?
– Ziemia jest okrągła po to, żeby podróże nie miały końca.
Dziadek Jasia był żeglarzem i ekspertem od takich spraw.
W roku 1973, kiedy Jasia jeszcze nie było na świecie, jego dziadek wyruszył
w rejs dookoła świata, jako kapitan szkunera „Zew Morza”. Przepłynął 34835 mil morskich i sam sprawdził, że ziemia na pewno jest okrągła. Wycinki prasowe dotyczące tego rejsu przechowuje razem z innymi pamiątkami po dziadku mój wnuk – Jan Barański, już od ośmiu lat mieszkający w pobliżu Nowego Orleanu….

….

Dziadek Wacław wybudował swój obszerny i jakby trochę mroczny dom w dolinie rzeki Jasiołdy.  Jasiołda to dopływ Prypeci, wielkiej, poleskiej rzeki. Wydaje mi się, chociaż wiem, że to nieprawda, że Prypeć jest równie wielką rzeką jak Missisipi. Kiedyś, kiedy znałam Missisipi tylko z mapy, była ona dla mnie niewyobrażalną, tajemniczą i egzotyczną rzeką. Nigdy nie sądziłam, że ją zobaczę. Czasami zobaczyć coś, to jakby odczarować. Pozbawić magii. Mam kilka zdjęć zrobionych nad Missisipi. Stoję nad wielką rzeką i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Rzeka i tyle. Bardziej egzotyczna wydaje mi się teraz Prypeć, bo już o niej prawie zapomniałam. Z czasem stała się nierealną rzeką z dziecinnego snu….

….

Na początku lat osiemdziesiątych przyjaciel Zdzisia, Jurek Kraszewski, wybudował jacht. Jurek i Zdzisiek chodzili kiedyś do tej samej klasy w słynnym Liceum im. Henryka Pobożnego, czyli „Pobożniaku”. Jurka koledzy przezywali „Hrabia Lolo”. Zasługiwał na takie przezwisko. Akceptował je. Posturę miał hrabiowską i takież maniery. Kiedy wybudował jacht, nazwał go „Lolo”. Zaprosił Zdzisia na rejs po Bałtyku. Wypływali z przystani „Pogoni”. Widzę ich oczyma pamięci, jak stoją na kei – wysocy, opaleni, przystojni, w białych spodniach i niebieskich koszulach. Wcale nie byli podobni, a jednak łączyło ich coś nieuchwytnego. Może to była pasja żeglarska?
Kiedy Zdzisiek wrócił z rejsu, opowiadał z nutką zazdrości, jakim wspaniałym jachcikiem jest „Lolo”. Jurek zgromadził pierwszorzędny sprzęt. Czego tam nie ma! „Lolo” jest super!
– Taki prywatny jachcik też by się nam przydał – marzył.                                                                                              Były to puste marzenia, bo Zdzisiek nie był ani oszczędny, ani zapobiegliwy i zupełnie nie miał głowy do zdobywania pieniędzy. Wcale nie byłam lepsza, więc nie miałam mu tego za złe. Jednak po jakimś czasie przyniósł do domu drewnianą skrzynkę, tryumfalnie postawił ją na kuchennym stole i oznajmił:
– No, jest na początek. Od czegoś trzeba zacząć. To jest pierwszorzędny log jachtowy. Będę stopniowo kompletował wyposażenie do jachtu, który wybuduję.
– Kiedy? – zapytałam zaniepokojona.
– Jak to „kiedy”? Powoli, „Mucho”. Z sensem i powoli….

 

O książce Tomasza Głowackiego.

7gdMBr95Uczciwe strategie, które sprawiają, że budowa super jachtu jest sukcesem
Co sprawia, że budowa super jachtu jest sukcesem lub porażką
Autor Tomek M. Glowacki
www.glowackimaritime.com

Tytuł oryginału: “successful, win-win strategies for a super yacht project – what makes or breaks the creation of a super yacht”

clip_image001

Spis treści

Strategia 1 – Po pierwsze, trzeba „zabić” wszystkich prawników” – Mądrze kieruj swoim zespołem

                           prawnym.
Strategia 2 – Zanim postawisz żagle: nauczy się podstaw żeglowania – Korzystaj ze sprawdzonych metod

                            zarządzania.
Strategia 3 – Miej swoich bohaterów: Scott, Amundsen & Shackleton – Uważaj na pół-mądrych, są

                           wszędzie.
Strategia 4 – Osiągnąć sukces razem albo się rozpaść – Zanim pójdziesz do ołtarza.
Strategia 5 –  Jasne wymagania = doskonały produkt – „Gdybyś mi to od razu powiedział …”.
Strategia 6 – Zbliżaj się do założeń projektowych – Spirala Projektowa.
Strategia 7 – Zawsze mierz swoje postępy – Nie można kontrolować tego, czego nie można zmierzyć.
Strategia 8 – Miej na uwadze właściwe ograniczenia projektowe – Tutaj robimy trzy rodzaje projektów.
Strategia 9 – Staraj się być zwięzły w pisaniu i rozmowie – Pisz aby cię rozumieć, mów aby cię słyszeć.
Strategia 10 – Usuwaj przyczyny, a nie objawy – Utrzymuj wysokie zyski a koszty jakości niskie.
Strategia 11 – Zrób to sam albo znajdź “faceta w czarnym garniturze” – gdy wszystkie środki zawiodą.
Strategia 12 – Nie niszcz tego, przy naprawie tamtego! – Dzień ostateczny.
Strategia 13 – Miej z tego zabawę! – Smutek, zimno i głód nie są dobrymi partnerami w biznesie.

Zaraz na pierwszych stronach książki Autor uwidacznia różnicę w czasochłonności i kompleksowości pomiędzy super jachtem a statkiem towarowym. Robi to miedzy innymi dlatego, ze wiele stoczni jak zauważył budujące statki komercjalne tzw. black boats (holowniki, małe promy, statki pomocnicze itp) porywa się na budowę super jachtu nie zdając sobie sprawy z kompleksowości takiego projektu i różnicy jaka występuje przy budowie statku roboczego a super jachtu.

„Czym różni się budowa super jachtu o długości 40m w stosunku do statku towarowego o długości 175m?

Wyporność super jachtu od długości 40 metrów może być w zakresie około 140 ton. Jego budowa trwa około 20 miesięcy i potrzeba na nią około 150000 godzin pracy. To się przekłada na 7t na miesiąc, i około 1100 roboczogodzin na tonę. Wyporność statku towarowego o długości około 175 metrów może się mieścić w zakresie około 7500 ton. Budowa trwa dziewięć miesięcy, i zużywa około 650 tysięcy roboczo godzin. To się przekłada na 836t na miesiąc i 85 roboczogodzin na tonę. Teraz widać na ile budowa super jachtu jest skomplikowana i pracochłonna w porównaniu ze znacznie większym statkiem towarowym: budowa super jachtu jest prawie 13 razy bardziej pracochłonna.

______________________________________________________________________________________________________

Tomasz Głowacki konstruktor jachtowy. Mieszka w Nowej Zelandii.