Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski: Rok rzeki Wisły 2017

rok wisły 2017(fragmenty artykułu „Rok rzeki Wisły 2017” autor Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski w Gospodarka Wodna nr 1/2015, 2/2015 i 3/2015)

Dlaczego 2017? Dlaczego teraz?

W 1466r. – w wyniku zwycięskiej wojny z Krzyżakami – cała Wisła stała się żeglowna od ujścia Przemszy do ujścia Wisły do Zatoki Gdańskiej. Do tamtego czasu państwo zakonne ściągało od transportu towarów Wisłą niemiłosiernie wysokie cła. Czyniło to wiślany spływ nieopłacalnym. W 1467r., 550 lat temu, ruszył wielki wiślany handel z miastem Gdańskiem, a przez to z Europą zachodnią. To zapoczątkowało wielki rozwój gospodarki, przede wszystkim opartej na własności polskiej szlachty i potęgi szlacheckiej Rzeczypospolitej….

Jaka Wisła do końca XXI wieku?

…W świadomości społecznej utrwalił się (…) model „betonowania Wisły” przez szalonych hydrotechników. Ludzie profesjonalnie związani z Wisłą i kochający rzekę traktują ją jako element gospodarki narodowej, należący do skarbu państwa na równi z obiektem NATURY; obiektem aktywnym, w ciągu tysiącleci rzeźbiącym tereny, przez które przepływa. Uczestniczy w erozji gór, z których wycieka ona i jej dopływy, a materiałem wleczonym, inaczej zwanym rumoszem dennym (rumosz denny – materiał skalny odrywany przez szybko spływające z gór wody), buduje nowe połacie lądu, zasypując piaskiem Zatokę Gdańską. Płynąca woda nie znosi linii prostych. Fizyka płynącej wody powoduje, że jej nurt odbija się od brzegu do brzegu. Mało tego. Również w niektórych, dość regularnych odstępach prąd rzeki uderza w dno i rzeźbi w nim głęboczki, a wymyty z dna piasek usypuje w plaże i mielizny. Powstają przykosy, odsypiska, przymuliska, wreszcie kępy. Podczas wielkich wezbrań potęga płynącej wody jest tak wielka, że zdarzają się zmiany koryta i rzeka rzeźbi nowe, zaś stare pozostają często odcięte usypanymi ławicami piaszczystymi, potem zarośniętymi roślinnością. Powstają w ten sposób starorzecza, albo inaczej zwane wiśliska. (…) Kto nie umie „czytać” jej nurtu, nie zna się na znakach nawigacyjnych, niechybnie wjedzie na przykosę, nieraz ciągnącą się w poprzek koryta niemal od brzegu do brzegu. To zdradziecka pułapka i zepchnięcie jednostki przez kant przykosy jest bardzo trudne. A nurt sobie płynie pod którymś z brzegów wąziutkim przejściem….

…Zakotwiczyliśmy tuż przy Wyspie Krowiej obficie zarośniętej młodą wikliną. … Tuż za burtą szczególnie namiętnie kląskał słowik. Słychać było głośny gwizd kosa i gwar innych ptaków. – Oto dzika Wisła! – Zachwycali się „ptakoluby”. I jak to można zabetonować. Przecież tu znajduje się jedyne w Polsce stanowisko ostrygojada. (…) Wyspa powstała w trakcie przeprowadzania regulacji środkowej Wisły w latach 1970-1973. Jest ona jednym z fragmentów wielkiego dzieła regulacji Wisły na tym odcinku od ujścia Sanny w okolicach Annopola do Puław. Te regulacje zostały wykonane za pomocą materiałów przyjaznych środowisku – z naturalnego kamienia z tutejszych kamieniołomów i faszyny pozyskiwanej z miejscowych plantacji wikliny… …Przestrzenie między ostrogami, opaską i brzegiem nazwano klatkami kolmatacyjnymi (kolmatacja – osadzanie się rumoszu dennego). Zalewane są one w czasie wiosennych wezbrań. Kiedy woda schodzi na poziom SNW (Średnia Niska Woda), klatka się zamyka, zaś woda w niej stojąca nabiera charakteru starorzecza, w miarę podsychania zmieniającego się w mokradło. Jest to wspaniały biotop. Tu legną się liczne gatunki całej palety biosu ziemskiego od narybku i kijanek począwszy, piskląt ptactwa wodnego aż do drapieżników, kręgowców i bezkręgowców. Akustycznie ujmując, w wodzie biotopu rechoczą i kumkają żaby, zaś w krzakach wikliny wtórują wielcy muzykanci – słowiki….

Przykład Rospuda

64 słupów posadowionych w podmokłych łąkach doliny Rospudy miało zniszczyć jej przyrodę, przegonić ptaki i inne stworzenia. Zrobiono z tego show na całą Europę. Protest był rzeczywiście wspaniały. Jechały wręcz grupy szturmowe dla obrony Rospudy. No i – naciskany tą gorączką rząd machnął ręką i budowy zaniechano. O czym nie powiedziano „Rozpudnikom”? O drobiazgu, że te mokradła, które i tak nie byłyby zepsute, powstały dzięki pracy hydrotechników budujących spiętrzenia o 244 cm rzeki Netty, która przejmuje wody Rospudy. Spiętrzenie to wykonano podczas budowy Kanału Augustowskiego. Przedtem łąki nad Rospudą były suche, zaś rzeka płynęła wciętym o dwa metry korytem. Podniesienie poziomu wody nasyciło wilgocią łąki, dawniej koszone i wypasane, i zamieniło roślinność na mokradłową. I tym mokradłom, dziełu ludzkiemu, miały przeszkodzić słupy pod estakadą mostu, przez który szła ta rzeka TIR-ów, zamiast rozjeżdżać piękny Augustów i jego umęczonych mieszkańców. A szosę S8 puszczono przez kilka wsi z krzywdą dla ich mieszkańców. (…) To ma także przełożenie na Wisłę. A na Wiśle – na Jezioro Włocławskie. Że tak bardzo zniszczyło przyrodę Wisły i krajobraz, i okolicę. (…) Jezioro Włocławskie, czyli spiętrzona Wisła, od samego początku było monitorowane… Szczątkowe laski (Lasy Gostynińskie) na suchych piaskach dostały wodę przez cofki na dopływach do Wisły, strumykach i rzekach. Ich to korytami Wisła weszła do lasu. Teraz jest to wspaniały mieszany las, który zdobył tytuł Parku Krajobrazowego. Zagnieździły się tam orły bieliki, kormorany w wielkich ilościach. No bo ryb jest pod dostatkiem. I co jest niezwykle cenne, to przemysł czasu wolnego: przystanie, plaże, hotele, pensjonaty. Dawne utrapienie – ścieki – zostało ujarzmione. Woda jest czysta. I taki dobytek rozbierać, wodę spuszczać ? ….

Jezioro Włocławskie

…Przygoda przyszła wraz z niepogodą dopiero w Solcu Kujawskim. Stanęliśmy przy palu, do którego miejscowi rybacy przywiązywali swoje łódki. Rzuciłem kotwicę z rufy. Na czas zdążyłem postawić namiot. Dmuchnęło. Deszcz zabębnił po namiocie. Byliśmy schowani za sporą łodzią rybacką, ale huśtało nieźle. Grunt, że było sucho. Nagle ktoś zastukał w burtę. – Jest tu kto? – Wychyliłem głowę. Nad „Grażyną” stało chłopisko z wielką, kudłatą chyrą czarnych włosów. Przypomniał mi obrazek z okładki książki „Melikles Grek”. Zupełnie jakby nasz – chyba rybak – mu pozował. – – No my jesteśmy. A co nie wolno? – Dobra, dobra, za pół godziny będę wracał. Czekajcie – nie brzmiało to zbyt przyjaźnie. A „Melikles Grek” postawił szybciutko rozprzowy żagiel i śmignął na drugi brzeg drewniana łodzią. Zresztą zniknął w mroku, mgle i deszczu. No i za pół godziny wrócił. Niósł wielkiego sandacza. – No, wychodźcie z tego jachtynka – niedobrze to zabrzmiało, ale wyjaśnił – będziecie spać u mnie. Żona właśnie obchodzi czterdziestkę. A ja jej taki prezent. Oprócz sandacza, dwoje z Warszawy. – Nie wolno odmówić na takie dictum. Oboje gospodarze to Bergowie. Ona Anna, on – Zdzichu. Nie lada kto. Król Bractwa Kurkowego i wiceprezes kółka łowieckiego w powiecie. Oprócz tego znakomity rybak. Pan tutejszych wód, o czym choćby świadczył ten ogromny sandacz. Smaczny ogromnie, doskonały pod bimberek też oczywiście własnej roboty. Doskonały myśliwy (przecież Król Bractwa) umiał sprawić każdą zwierzynę, zrobić wszelkie przetwory. I w tym przypominał mi Witka Minczuka z Minczuków nad Mamrami. No i znał się na wszelkiej budowlance. Żeby zarobić prawdziwy pieniądz – marki (to były wczesne lata osiemdziesiąte), jeździł do Niemiec. Tam postawił gospodarzowi dom, stodołę. Kiedy się Niemczysko dowiedział o myślistwie Zdzicha, okazało się, że jest myśliwym ze związku łowieckiego w Bawarii. No i Zdzichu u niego polował. I Niemiec przyjechał na św. Huberta do Bydgoskiego Związku Łowieckiego. No, nasz „Melikles Grek” okazał się być niezłym ludzkim kombajnem wieloczynnościowym. Wyspani pod prawdziwa, wielką pierzyną, nakarmieni tym pysznym sandaczem popitym bimberkiem własnego pędzenia, polecieliśmy do naszej „Grażyny”. Dzielnie sobie sama bez nas tej nocy poradziła. A że lekko nie było, zaświadczyły ślady fal do połowy namiotu podwieszonego na bomie…..

Trąby nad jeziorem

Słońce zaczęło przygasać. A jako że żeglarz ma „oczy dookoła głowy” obejrzałem się i stwierdziłem, że za naszymi plecami, gdzieś nad zaporą, wypiętrzyła się olbrzymia chmura cumulonimbus. Zaczęliśmy kombinować czym to grozi. Za moment wyjaśniło się. A raczej ściemniło się. Chmura pożarła słonce i nad jeziorem sunie ku nam, przez całą szerokość jeziora, spod czarnej nisko opuszczonej chmury, biała ściana. Kiedy ja spostrzegliśmy, oceniłem, że na żaglach nie zdołamy schronić się przy brzegu. Postanowiliśmy zrzucić żagle i na silniku dojść nieco bliżej południowego brzegu. Odpaliłem silnik. Podpłynęliśmy bliżej brzegu. Stanęliśmy. Rzuciłem kotwicę z dziobu i stanęliśmy pod wiatr. Biała ściana szybko mknęła ku nam. Włożyliśmy sztormiaki. Zostaliśmy w kokpicie. Grube krople zabębniły staccato po pokładzie i za moment lunęły z nieba potoki w ukos ustawione z wiatrem. Kotwica mocno trzymała. Łódź ładnie się ustawiła. Brała fale pod siebie, a większość opływała nam burty. Widok był przepyszny. Chmura leciała nad nami na wysokości na pewno mniej niż sto metrów. Nagle spod chmury wykręcił się lejek i szybko spadł na jezioro. Wciągnął wodę z jeziora. Oszołomieni gapiliśmy się na ten mknący kilkadziesiąt metrów od nas lej. Żeby dodać nam trwogi, lej ten buczał w niesłychanie niskiej tonacji. To trwało dużo szybciej, niż się o tym pisze. Lej zwany trąbą przeleciał dalej, ale jakieś sto metrów za nim zaatakował następny. I też przeleciał. Świetnie się ustawiliśmy. Ale byśmy wyglądali, gdyby te trąby przeleciały się po nas! Po ich przejściu deszcz lał jeszcze przez kwadrans, następnie tylko padał, potem siąpił. Nagle błysnęło słońce i na chmurze stanęła tęcza. Jeszcze długo tak siedzieliśmy i schliśmy. Fala się ustatkowała, wiatr ucichł. Bez problemów postawiliśmy żagle, wyrwaliśmy kotwicę i radzi, że coś takiego widzieliśmy, stanęliśmy na gościnnej kei „Morki” w Płocku, pod Wzgórzem Tumskim.

                                                                                                                    Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski

                                                                                          (fragmenty; całość w Gospodarka Wodna nr 1, 2, 3 z 2015r.)

_____________________________________________________________________________________________________

Wojciech Jastrzębiec Kuczkowski ur. 1930r., żeglarz, pisarz, reportażysta, harcmistrz, ekolog, działacz turystyczny,
krajoznawca. Autor mapy hydronawigacyjnej Polskie śródlądowe szlaki żeglowne.

Zuzanna Jakubowska: Recenzja książki

okladkaaChristopher (A.K.A. Krzysztof Konstanty) Vorbrich, Wspomnienia. 80 lat Sekcji Żeglarskiej Akademickiego Związku Sportowego w Poznaniu, Wydawnictwo Naukowe CONTACT, Poznań 2014, ss. 218

Przedstawiony mi do recenzji tom wspomnień, którego autorem i redaktorem jest Christopher (A.K.A. Krzysztof Konstanty) Vorbrich, podzielony jest na trzy odrębne części. Na pierwszą składają się teksty pięciu autorów. Dwa z nich to wprowadzenie W. Lipońskiego oraz wspomnienia A. Serafinowskiej, pozostałe trzy natomiast są przedrukami tekstów związanych z minionymi rocznicami AZS w Poznaniu (W. Głowacki, E. Szałek, T. Szponder.). Drugą, zasadniczą część książki stanowią wspomnienia autora, trzecią zaś – o wyraźnym walorze historyczno-poznawczym – przedruki artykułów na temat wypraw żeglarskich, jakie organizował Ch. Vorbrich w latach 70. i w pierwszych latach XXI wieku. Całości dopełnia imponujący wykaz literatury przedmiotu.
Kartkując wspomnieniową część książki, ma się wrażenie, iż jest to mozaika złożona z mnóstwa pomniejszych podrozdziałów, nieraz zaledwie kilkuzdaniowych. To powierzchniowe rozczłonkowanie stanowi jednak odzwierciedlenie wielowątkowego życia autora. Ch. Vorbrich to astronom i doktor fizyki kosmicznej, ale także doktor anglistyki, a nadto jachtowy kapitan żeglugi wielkiej. Zajmuje się tak nawigacją satelitarną, jak i badaniem twórczości naukowo-literackiej Johanna Reinholda oraz George’a Forsterów. W ich ślady podąża na pokładach jachtów, żeglując wyczynowo po wodach coraz odleglejszych akwenów. Pozornie rozbity na najdrobniejsze motywy obraz układa się w spójną całość. Kolejne dziedziny zainteresowań wynikają z siebie nawzajem: taniec i kulturystyka pomagają utrzymać formę żeglarską; narciarstwo uczy orientacji bez kompasu; przodek działający w służbie kolonialnej na Archipelagu Bismarcka nieopodal Australii kieruje uwagę autora w tamten rejon świata, po czym praca na uniwersytecie w Singapurze otwiera mu drogę do wypraw po wodach Australazji; rodzina w Montrealu (Kanada francuska) jest inspiracją do zainteresowania się wojną siedmioletnią i Jamesem Cookiem, a potem do organizowania rejsów jego tropem…
Kolejnym walorem publikacji jest jej różnorodność. Poruszające wątki osobiste przeplecione są z historią odwiedzanych miejsc, a także z technicznymi odniesieniami do żeglarstwa, lotnictwa i innych sportów. Widzimy zatem małego chłopca, który z dumą pokazuje rodzinie własny model rakiety o napędzie fotonowym; po kilku latach z rozpaczą opuszcza na zawsze gruzy rodzinnego Wrocławia/Breslau. Potem na kartach książki pojawia się młody człowiek, który rezygnuje z kariery lotniczej, by poświęcić się żeglarstwu („Studia, potem praca, przygotowania do rejsów i treningi tańca zabierały wszystkie wolne chwile. Szybownictwo, wymarzone od wczesnego dzieciństwa, zeszło na drugi plan i tam pozostaje do dziś [s. 75]”.). Wreszcie poznajemy dojrzałego naukowca, który współpracuje z ośrodkami w Niemczech, Singapurze, Wielkiej Brytanii, korzystając z każdej okazji, by pogłębić swe umiejętności w każdej z uprawianych dziedzin:

Zainicjowałem też w 1991 r. współpracę na polu satelitarnej nawigacji lotniczej z Instytutem Kontroli Lotów na Uniwersytecie Braunschweig w Niemczech [gdzie] miałem możliwość korzystania z bogatych zbiorów starodruków w bibliotekach w Niemczech. […] [D]ało mi to możliwość napisania trzeciej pracy magisterskiej – z filologii angielskiej na temat recepcji teorii Kopernika we współczesnej mu Anglii. Tematy te zawierają oczywisty wątek nawigacyjny [s. 120].

Książka posiada także aspekt pedagogiczny. Ch. Vorbrich nie tylko opowiada o odbytych kursach i wyprawach czy przeżytych przygodach, ale stara się uzmysłowić czytelnikowi, na czym polega etyka żeglarska, albo ostrzec „niedzielnych żeglarzy”, jak wiele niebezpieczeństw czyha na wodzie na osoby nieprzygotowane. Autor nie popada jednak bynajmniej w ton moralizatorski. Przeciwnie, okazuje się człowiekiem dowcipnym i pełnym fantazji („W 2013 roku mijała 50. rocznica uzyskania przeze mnie w Sekcji Żeglarskiej AZS w Poznaniu stopnia żeglarza jachtowego […] oraz 51. rocznica szlifowania i malowania jachtów w Sekcji. Postanowiłem uczcić tę rocznicę jak zwykle, szlifując i malując jacht flagowy AZS, s/y Joseph Conrad [s. 93].”). Do swoich jachtów i wypraw Ch. Vorbrich ma stosunek głęboko osobisty. Szczególnie barwnym wątkiem, jaki przewija się przez całe wspomnienia i opisany jest w części zamieszczonych artykułów, są tzw. MewoRejsy:

„MewoRejs” musi odbywać się całkowicie poza granicami Polski, ponadto musi mieć charakter oryginalnego i trudnego dla mnie przedsięwzięcia organizacyjnego i żeglugowego. […] Żeglowanie w czasie większości „MewoRejsów” odbywało się na łodziach mieczowych, wymagało maksymalnego napięcia uwagi i odbywało się z bardzo dużą dozą ryzyka. Co najważniejsze „MewoRejsy” muszą tworzyć łańcuszek przyczynowo-skutkowy.

Analizowana publikacja nie jest zwykłym, okolicznościowym tomem wspomnień. Po pierwsze, mimo wyraźnie żeglarskiego kontekstu, jego prosty, elegancki język i styl są na wskroś humanistyczne. Po drugie, ta książka czegoś uczy. Uczy tak holistycznego podejścia do różnych dziedzin wiedzy, nauki i działalności sportowej, że określenie „interdyscyplinarność” wydaje się tu pojęciem utworzonym sztucznie i zbyt słabym. Uczy także, w jaki sposób można twardo i rozważnie stąpać po ziemi, a zarazem nie sprzeniewierzać się własnym marzeniom.

                                                                                                                      Zuzanna Jakubowska

______________________________________________________________________________________________________

Zuzanna Jakubowskaur. 1975r.; absolwentka lingwistyki stosowanej oraz iberystyki, dr hab. nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Pracuje w Instytucie Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich na Uniwersytecie Warszawskim. Jest tłumaczem z kilku języków oraz redaktorem książek, a z zamiłowania fotografem.

______________________________________________________________________

FOTO

ZZ L80 Tasmania234-popr

Tasman Peninsula, Stormy Bay; crossroads Southern Ocean/Pacific. Fot. K. K. Vorbrich

Foto K. K. Vorbrich z jego żeglugi s/y Zoe (bandera Australii) na przełomie 2001/2002: południowy cypel Tasmanii, w okolicy punktu rozdziału Oceanów Południowego oraz Pacyfiku.

 

Mariola Landowska: Korespondencja z Portugalii

Mariola Landowska 2003Koniec XV wieku. Budują się zabudowania arystokratyczne w miejscowości Paço de Arco. Jest potem trochę zapisów, że Vasco da Gama pomieszkiwał tutaj. Być może był „u mnie”. Ostatnie 50 lat „moja” pracownia była zamknięta. Należała do budujących łodzie, do hodowców zwierząt i do rybaków. Tamte czasy minęły. Ponad 500 lat. Żyją w historii, a ja maluję obrazy współczesne. Ostatnia seria Oceanów,…. bo Ocean to uwodziciel.
Pracownia ma wielkie wrota, bo może była tutaj dorożka i konie? Wrota wpuszczają wielki świat do mnie. Wielkość horyzontu, wielkość chmur, bezkres jak bumerang wraca. Wraca bo go maluję i „gadam sobie” z wodą, łodziami, ptakami. Elementy poruszające się na wodzie jak forma fali, forma koloru turkusu albo ciemnego granatu. Czasem szarości. Obok mają swoją „kanciapę” rybacy. Jeden z nich to opowiadacz historii. Ostatnio opowiedział coś takiego:
Pan Dionizio: Mam dwie planety: jedna, na której żyję, a druga to ocean. Gdy wsiadam na łódź wypadam z mojej planety i wpadam w inną orbitę i jestem na planecie ryb, ośmiornic…. Pomyślałam sobie: Tak jest z nami wszystkimi gdy robimy coś z pasją.
Gdy maluję jestem też na innej orbicie, ale nigdy nie myślałam aby tak to ująć. Rybak mi to powiedział. Człowiek wrażliwy, choć gdy przynosi ośmiornice z tymi oczkami patrzącymi na mnie, to nie mam ochoty więcej jeść je. A Pan Dionizio mówi patrząc na ni: co? przepis kulinarny portugalski polvo a lagareiro. No cóż, dwa światy.
Mówię mu, że muszę namalować tę ośmiornicę zanim zginie nikczemnie z rąk oprawcy. Śmieje się; ze swoim papierosem i w kaloszach na nogach. Ma oczy niebieskie i jest całkiem przystojny… Nie pije; ubrany jak do filmu. Chyba zrobię o nim filmik. Niebawem.
Są to minuty spotkań podczas dnia w mojej pracowni. Zaraz wracam i maluję. Za parę dni Pan Dionizio przyjdzie podpatrzeć i powie: Wszystko w tym obrazie jest na swoim miejscu: tylko brakuje jednej rzeczy. CO? Osoby która to zrozumie. No i tak musi któregoś dnia kolekcjoner zrozumieć albo intuicyjnie „posiąść” sztukę bez tłumaczeń.
Poniżej zdjęcia rybaka, mojego oceanu i mojej pracowni. Obrazy za 10 dni w Galerii Sztuki Moniki Krupowicz w Szczecinie.

Com os melhores cumprimentos

                                                                                                                          Mariola Landowska

www.mariolalandowska-art.com

_______________________________________________________________________________________________________

Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych; z pasją oddaje się malowaniu i podróżom; miała wystawy w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii; od kilku lat mieszka w Oeiras, koło Lizbony.   (zs)

_______________________________________

F O T O

    IMG_4456  IMG_6106  IMG_5184  IMG_5183  IMG_4723  Fot. M. Landowska

 

Pacyfik ! Pacyfik ! Oddech oceanu, dalekie przestrzenie morskie i mała Maria z trzema żeglarzami. W zapiskach Ludka wśród opisu codziennych zajęć pokładowych, kontaktów na falach radiowych, zmagań załogi z astronawigacją, przewija się wątek wspomnieniowy – nostalgiczne obrazy pamięci, wyobraźni, które z pasatowym wiatrem przyniosły czar minionych lat przeżytych na wodach Jeziora Dąbskiego i Zalewu Szczecińskiego. Dla lepszego poznania tego etapu żeglugi Marii przytaczamy fragmenty owych dni w opowieściach Antoniego Jerzego Pisza z jego książki Marią przez Pacyfik.
Ludkowe zapiski – notatki z rejsu Marii, jak już uprzednio wspominaliśmy, przedstawiamy dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona, który olbrzymim zaangażowaniem i wytrwałością, gromadził i zachował spuściznę po Przyjacielu. W większości prezentowanych zapisków pozostawiono niepoprawiony, pisany na gorąco tekst, bez nadmiernej ingerencji w charakter i styl.                                                                                                                                                (zs)
________________________________________________________________________________________________________

Ludomir Mączka: Zapiski – notatki z rejsu Marii

23.03.75
Jest 02.00 LT. Minęła Niedziela Palmowa. Piękna noc, słaby SW – 1o B, gładkie morze, trochę chmur. Po zrobionej przez Jurka1 kulminacji wyszło, że wyniosło nas ca 100 Mm na N od Galapagos i chyba ze 30 na W od Wenmana. Marzenie o spokojnej wyspie rozwiało się. Trzeba to było przyjąć jako fakt, i „pomyłkę nawigacyjną”. Bo to nie pech – tylko błąd w sztuce. Zawsze w sztuce potrzeba trochę szczęścia, ale też i artyzmu. Ale to już przeboleliśmy. Idziemy teraz na S, bo tak nas ustawił wiatr; szukać pasatu. Okazało się, że ten koncentryk, który mam z Polski, nie nadaje się do anteny. Spróbowałem, za radą Jurka, założyć tą 15m (21 Mc) anteny na Luisowy koncentryk z 14-to Mc i od razu chwyciło.
Wieczorem spotkanie towarzyskie z Luisem2 (OA4RE – przyp. red), Alfredem i Ricardem + Andres z Salwadoru – ale on tylko na QSL. Alfredo z Kolumbii robi kumys, ale z krowiego mleka, Jurek nauczył go robić kwas chlebowy. Potem Jurek pracował na Dxy, a ja poszedłem się zdrzemnąć; była już 23.00. Przed 24-tą Jurek mnie zbudził na łączność z Australią, Kolumbią i znalazł się też Luis. Skończyliśmy około 02.00. Trzeba będzie jutro ładować baterie. Ricardo jutro odwiedzi Madejskiego3 w Buenos Aires; telefonu nie ma. Będę wiedział co u niego. Kazio4 pokleił trochę „stynkę”5 na przetarciach. Jutro złożymy i już na „oceanicznie” popłyniemy dalej. Żal Galapagos. Przybliżona pozycja 93 o W, 1o N.

24.03.75
Kazio polutował antenę na 15m pasmo. Antena jest dobra (SWR 1,2), ale nic nie ułowiliśmy. Tak zeszło do południa. Trochę pomęczyłem z Kaziem szachy i dzień zeszedł.

25.03.75, noc
Księżyc, łagodna fala. Maria lekko kołysze się i idziemy jakieś 4 węzły na SW. Łódka idzie sama. Ciche wyładowania, bokiem lecą cumulusy. Chyba już jesteśmy w pasacie. Do 23.30 rozmawiałem z Luisem (jakiegoś Carlosa z LU i Jose z HC nie liczę; to tylko jakby przechodnie, którym się mówi dzień dobry i koniec). Potem wylazł rozespany Kazio, mówiąc, że to za 4 godziny wachta, a tu tylko OA4RE. Spać nie można, za cztery godziny wachta. To niby drobnostki na lądzie. Tutaj mogą wyrosnąć problemy. Nie nadawać? Po to mam radio. Zresztą, czy ja wiem? Właśnie – to wszystko składa się na rejs. Mój? Nasz? Noc piękna, prawie pełnia (księżyca) i chyba szczęścia. To o czym marzyłem – i drobnostka – a może nie? Jak to ustawić. Siebie głównie, aby było ok., no i dobrze? Samotna żegluga? Też nie. Jestem moralnie i w ogóle zbyt marnym żeglarzem. Zamiast uspokoić, staję się nerwowy. Z byle powodu, np. palnę głową lub nogą o coś twardego, to lecą brzydkie słowa i to od serca, rejs raczej wzmaga napięcie nerwowe. Nie zawsze, ale właściwie jednak cały czas jest się napiętym, nie rozluźnionym – to specyfika żeglarstwa – ale nie relaks. I nie wiem czy to szukałem. Z wyniku osobiście jestem zadowolony. Jakoś trudno zbliżyć się do ideału. Do jakiegoś wzorca. I znów problem, który kiedyś już poruszyłem w dyskusji w Klubie (z kolegami – tymi bliższymi), czy żeglarstwo kształci charakter? W moim wypadku nie. Bardziej rozprężony i w lepszej formie wróciłem z Mongolii. Zresztą to kwestia wieku – 10 lat różnicy.

25.03 środa
Noc – zacząłem wachtę. Parno, pada deszcz. Po południu lało mocno. Jurek i Kazik nazbierali wody do wszystkich kanistrów i uzupełnili beczkę. Pragnienie nie grozi. Wymyliśmy się w deszczowej wodzie. Podładowaliśmy akumulatory. Łódka leci właściwie sama. Tylko trzeba przypilnować. Wiatr do 4oB, zmienny w sile. Po południu przez chwilę było chyba 5-6o z NW przy cichej ulewie. W ogóle pogoda jak u Gładysza (podręcznik meteorologii: Bronisław Gładysz „Meteorologia dla żeglugi morskiej”, Wydawnictwo Morskie – przyp. red.). Taka odmiana jest przyjemna, bo odświeża powietrze. Krótko pogadaliśmy z Luisem i Carlosem (LV1ET)6 i jeszcze jednym z Argentyny. Jacek Forembski7 był u Luisa. Cetus8 słucha mnie o 3.00 GMT na 14 Mc. Czy słyszy? Chyba tak. Więc zawsze pozdrowienia i krótki „komunikat” dla Cetusa po polsku. Te codzienne gadki dobrze robią – takie wprawki. Choć zaczynam hiszpanizować polskie wyrazy i wydaje mi się, że to po hiszpańsku. Np. wczoraj opowiadałem o „passato”, co się tłumaczy na „olisios”, ale moi odbiorcy (moich audycji) to ludzie inteligentni i jakoś się domyślają.

25.03
Całą noc lało, było duszno i gorąco. Około 06.00 przyszedł dość silny szkwał z ulewą. Kazio nas wywołał. Rzuciliśmy żagle, aby nam nie zabrało bączka, którego jeszcze nie złożyliśmy. Najpierw czekaliśmy na Wenmana, potem Kazio przykleił łatki, a ja malowałem patyki formaliną, bo się na bączku pokazały na patykach jakieś dziurki. Wygląda na robaki, oby się nie zapuściły na Marii. Teraz wiatr siadł, jest chmurno, ciepło, wiatr SE 3-4o i całkiem nieźle płyniemy. W nocy Jurek nie mógł spać i całą swoją wachtę przesiedział na pokładzie, na deszczu. Odrobiłem w tym czasie lekcję hiszpańskiego i przypomniałem sobie metodę długościową. To się zapomina i trzeba trochę czasu aby samo szło bez myślenia – tak jak idą „azymuty” Achmatowa („Tablice Astronomiczne. Wysokość i azymut w 3 minuty” opracowane na podstawie tablic prof. W. W. Achmatowa – przyp. red.) – ale tutaj lepiej robić długość rano i kulminację. Do kulminacji nie mam cierpliwości. Wczoraj Kazio robił astro. Wychodzi mu OK., tylko liczenie jeszcze trwa. Przykra sprawa, bo już wypiliśmy pół kanistra wina – tego z Floreany.

28.03.75
Wczoraj Luis połączył mnie z Giniewiczem i Fronczakiem w Limie. Działa prawie jak urząd pocztowy. Przez radio znajomym udziela porad lekarskich. Dziś miałem Luisa z Tahiti i Antarktydę. Powoli płyniemy do przodu. Dziś mamy już 97oW i 2oS. Ale Nuku-Hiva daleko: 140oW i 10oS. Pogoda normalna – przelotne opady. Drobne roboty na jachcie. Z Kaziem szachy. Obserwacje astro – to teraz robimy wszyscy. Próbując różne tablice i metody. Kazik się mocno zapalił do tego i robi to zupełnie dobrze (w każdym razie nie gorzej od nas).

29.03.75
Słaby wiatr (1-2o) z SW (2o), rzadki tutaj, trochę nas spycha z kursu, ale to się odrobi. Idziemy z grubsza na W. Cały dzień Jurek i Kazik zapamiętale łapali słonce i liczyli pozycję. Ja robiłem antenę na 20m, bo ta Luisowa się urwała. Cały dzień mi to zajęło. Wydłużałem, skracałem, aż w końcu mi się zdawało, że zepsułem radio, ale tylko odłączyła się antena. Wreszcie na wyliczonej długości zacząłem próbować zmieniać kąt między ramionami dipola – i okazało się, że o to chodziło. Zresztą, to mi mówił taki Felix z Meksyku, ale mi wyleciało z głowy. Teraz coś mi nie pasuje „Almanach” – poprawka na Ariesa – ale dojdę chyba do tego.


Astronawigacja, sztuka, dziś w dobie GPS niemalże tajemna i zapominana, ale pełna wrażeń i emocji, zajmowała żeglarzy Marii nieustannie, wprowadzając element rozsądnej niepewności. Antoni Jerzy Pisz w swojej książce Marią przez Pacyfik (Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1972, str. 134), tak oto opisuje, w ten sam co w Ludkowych zapiskach okres czasu, zmagania z sekstantem, pomiarami, obliczeniami:

„…Koniec z tą niepewnością, musimy wiedzieć, gdzie jesteśmy. Od rana sekstant przechodzi z rąk do rąk, spocone dłonie kleją się do arkuszy z obliczeniami. Każdy ślęczy nad swoją linią pozycyjną, wyrywa sąsiadom tablice nawigacyjne i rocznik astronomiczny. Ten ostatni jest z ubiegłego wieku i aby odczytać bieżące dane dotyczące Słońca, trzeba przeprowadzić dodatkowe obliczenia. Ludek i Kazik liczą Achmatowem, ja wybrałem Dreisonstoka, który nie wymaga kartowania i jest znacznie szybszy. Oczywiście to moja opinia, Ludek ma inną, a oprócz tego uważa, że Dreisonstok jest niedokładny. Usiłuję go przekonać, że zaokrąglenie długości pozycji zliczonych nie ma wpływu na dokładność linii pozycyjnej, ale Ludeczek przerywa mi, że nie ma przygotowania teoretycznego do dyskusji i że tak gdzieś wyczytał, czym ucina dyskurs.
Dreisonstok czy Achmatow – nieważne. Dość, że wyniki obliczeń są raczej urozmaicone. Linie pozycyjne, aby dać pozycję, winny się przeciąć po przesunięciu o przebytą drogę. Ba, ale jak się mają przeciąć, skoro są prawie równoległe. Jeżeli już się przecinają, to w tak odległych miejscach, że gdybyśmy tam mieli być, musiałbym stracić resztę zaufania do starego poczciwego kompasu. Na nasze usprawiedliwienie muszę dodać, że żeglujemy w pobliżu równika i to w czasie wiosennej równonocy, kiedy wszystkie azymuty słońca są przed południem prawie E, a po południu prawie W.
Dzisiaj słońce kulminowało na wysokości 89 stopni z hakiem. Jak można obliczyć dokładnie szerokość z kulminacji, skoro pomiar wysokości słońca wymaga zamiatania sekstantem prawie połowy widnokręgu, a do tego ucieka spod nóg beczka przymocowana do masztu, na która włazimy, aby mieć lepszą „wysokość obserwatora”? …”


Wielkanoc, 30.03.75
Noc. Wiatr z W (antypasat?). Długopis się skończył. Mieliśmy na Jurka wachcie silny szkwał z W – do 8o. Przedryfowaliśmy go na bezanie. Teraz idziemy na NW. Może z prądem na WNW – oby ! Ciepło, mży deszcz. Wypiliśmy po filiżance pomarańczowego wina (casa Wittmar – Floreana). Kazio też się zbudził. Przy okazji wspomniałem Hipcia10 i Mongolię (opowieści pijackie – wspomnienia młodości ?). Jurek na wachcie najechał na małego kaszalota (z 5-6 m)? Jak chlasnął ogonem, to aż do mnie do forpiku chlusnął trochę wody. Radio oszczędzałem. Luisa nie ma, był Alfredo (HK6CHK) i Andres z Salvadoru. Starzy znajomi. Luisa z Tahiti nie było.
Kiedy będzie pasat? Prawie cisza. Okazało się, że jesteśmy jeszcze na N od równika w pasie cisz i zmiennych wiatrów. Na Isabeli zgubiliśmy jeden dzień. Potem nasza nawigacja (moja) była obarczona tym błędem. Prąd zrobił swoje. Oczywiście trudno było w tym wypadku znaleźć Wenman. Kulminację tutaj ciężko złapać, a jak się okazało, to zamiast na N, to te półtora stopnia odłożyłem na S. Dobrze, że Jurek to jakoś wykombinował, no i Luis też zasugerował przez radio, że ten typ pogody jest na N od równika. Znaczenia wielkiego praktycznie nie ma, ale musiałem Luisowi przez radio dziś (GMT) powiedzieć, że to taka „mancho negra” na mojej nawigacji. Święta się skończyły. Jutro „papa seca”. Jedną puszkę szynki wyrzuciliśmy. Była prawie okrągła. Jurek (chemik) ją jednak „dla nauki” otworzył – smród i czarna ciecz. Opanowało nas lenistwo. Z Kaziem gramy w szachy – ale klasa się nie poprawia. Noc jest piękna i spokojna. Maria sama płynie wolno na S. Świeci księżyc, trochę cumulusów. W smudze księżyca łagodnie i cicho wzdyma się długa oceaniczna fala – oddech oceanu (Mar de fondo). Codziennie „rodzinne” łączności trochę mnie mobilizują do hiszpańskiego. Jurek łapie jakieś ciekawe stacje, a Kazio, jak to każdy bosman, płacze nad akumulatorami. Długopisy się skończyły. Coś tam jeszcze resztki ma Kazio i Jurek, ale to na działalność literacką. Moja już w ołówku.

2.04.75, środa
Prima Aprilis. Jurek zbudził mnie okrzykiem, że jest wąż morski. Dzień był piękny. Ciepły. Słaby wiatr. Pod tentem (od Jurka Borowca) z Kaziem graliśmy w szachy. Potem wprawka w strzelaniu z pistoletu. Flauta zrobiła się całkowita. Nurkując oczyściliśmy dno z „Krokusów”, jak je nazywał Wojtek (Wojciech Jacobson – przyp. red.). Potem na 15m złapaliśmy (Jurek) na FT „Głos Ameryki” – ok. 21,500 Mc – akurat wieści z Afryki – Zambia, Rodezja, Angola itd. Potem na 15m dłuższa rozmowa z Salvadorem, Argentyną, Brazylią, Nikaraguą. Ładowanie akumulatorów. Na 14.100 – Luis, Chile, Argentyna. No i już jest 2.04. Noc, czasem coś dmuchnie, księżyc, cisza.

3.04.75
Chyba wyszliśmy ze strefy cisz i N prądu. Mamy 2o B SE. Gwiazdy, za chwilę będzie księżyc. Po południu wyszedł nas ruski hydrograficzny statek z Władywostoku. Stanął w dryf – podeszliśmy na odległość głosu – 10m lub mniej. Ze względu na rozkołys nie można było stanąć przy burcie. Spytali czy nam czego nie trzeba. Na rzutce podali chleb, świeży, jeszcze ciepły (mamy parę bochenków), 3 kanistry ropy – (podaliśmy na sznurku). Podrzucili polski samouczek ang. („In London, Warsaw and Elsewhere” J. Przybyła, PWN, Warszawa – przyp. red.) – przyda się. Pogadaliśmy. Przekazałem wiadomość do Finy Stiekłowej do Ałma-Ata, tłumaczki na ruski, którą poznałem u Wiktora Ostrowskiego. I do zobaczenia. Na 18 (00.00 GMT) na radio nie zdążyłem. Takie spotkanie towarzyskie na 21.240 Mc. Wieczór rozmawiałem z Luisem. Innych znajomych nie było. Jakiś mecz piłkarski. Luis chwalił moją nową antenę. Jestem z niej dumny, jakbym sam wymyślił. Potem z Jurkiem przy filiżance (szklanek nie mamy) wina, gadka na tematy afrykańskie. No i już wachta. Dzień przeszedł. Tyle, że wyciągnęliśmy ruski sekstant, aby go „rozgryźć”. To zapasowy, który dostałem od Romana (Kality) w Szczecinie. Roman przyszedł jak szykowałem Marię: – „Wiesz, ja też szykowałem się w rejs. Ne wyszło, ale Tobie może się przyda”. To było, nie wiem jak to określić – miłe?, wzruszające? W moim wieku – ale jakieś takie życzliwe – i to sobie najwyżej cenię. Czy to dodatek do rejsu – a może to właśnie jest najważniejsze – życzliwość – Przyjaźń. Nie wiem.
Wieje chyba już pasat SE. Maria idzie sama: 3-4 węzły. Jurek i Kazio śpią. Trzeba sobie ukroić chleb – z czosnkiem. Aby to docenić też trzeba być właśnie tutaj. Żegluga po Polinezji będzie ciekawsza, ale nie taka beztroska jak tutaj. Trzeba będzie znów się zmobilizować do napiętej czujności – prądy, pogoda itd. A tutaj – łódka płynie, książka, szachy. Nawet wróciłem do Geologia Nafty po rusku.


Ten sam fragment żeglugi pasatowej oczami A. J. Pisza w książce Marią przez Pacyfik, str. 141:

„… złapaliśmy prawdziwy pasat południowo-wschodni. Niebo w cumulusach, ale tych ładnych, bez ciemnego podcienia, równy wiatr 4-5 stopni Beauforta, prędkość 6 węzłów. Mile lecą, wszyscy jacyś raźniejsi, nawet sterowanie sprawia przyjemność. A jeszcze prąd pomaga, dziś „utarg” będzie niezły.
I nie wiadomo skąd przyszły wspomnienia. Kilkanaście lat temu, ba, przecież to przeszło dwadzieścia, nie przypuszczałem, że zamienię Jezioro Dąbskie na Pacyfik. W owych czasach wyprawa do Inoujścia, Lubczyny czy na Świętą była równie ekscytująca jak rejsy pierwszych żeglarzy w nieznane. Przecieraliśmy szlaki (tak nam się przynajmniej wydawało) na łódkach własnoręcznie skonstruowanych ze szczątków poniemieckich jachtów. Gięliśmy wręgi w parniku zrobionym ze starej rynny, szyliśmy żagle, w czym niektórzy doszli do perfekcji, że wspomnę tylko o Jurkach: Borowcu i Szałajce, czy Zbyszku Gerlachu.
Pamiętam zapach tych bawełnianych żagli, przewianych wiatrem i wygrzanych w słońcu, żagli, pod którymi spaliśmy na twardych deskach koi. Nie zastąpią ich najlepsze śpiwory ani miękkie materace i wyściełane koje.
Dawne to czasy, lecz do dziś przetrwały nazwy różnych zakątków Dąbskiego, takich jak Meduzostan, Ziemia Umbriagi, Marysin, Przylądek Białego Słonia – któż jednak pamięta, że ochrzcili je żeglarze AZS? Wielu z nich już nie żegluje, lecz wystarczy przypomnieć im Kaczorka, Tuńczyka, Przygodę czy Wicherka, a krew szybciej zatętni w żyłach. A Witeź II i Swantewit? Pod okiem niezmordowanego „prezesa” – Jurka Borowca wstawialiśmy wręgi i deski poszycia tym rozsypującym się wrakom, nie mając pojęcia o szkutnictwie, Witezia już nie ma, podobnie jak wielu innych jachtów, ale pozostały wspomnienia, pełne zabawnych historyjek, ciekawych postaci, a przede wszystkim owej radości życia, którą mogliśmy znaleźć w żeglarstwie. …”


5.04.75
Ciepło, przelotne opady. Złapaliśmy kanister wody. Żyjemy teraz chlebem (ruskim) ze słoniną, czosnkiem i aji11 i herbatą. Odmiana po kaszkach …

6.04.75
Wreszcie znów na półkuli S. Pogoda zmienna. Trochę słońca, trochę chmur. Dzień zeszedł normalnie. Kazio przykręcał poduszki pod kotwicę, po południu poszedłem z książkami na luk. Zobaczyłem rozprucie na genui. Rzuciłem brzydkie słowo, potem genua i czas do zmroku zeszedł. Wiatr słaby SE-ESE, kiwa nas. O 00.00 na początku wachty rzuciłem grota i założyłem spinakerbom do genui. Wiatr słaby, może pójdzie samo – ale nie bardzo to działa. Radziecki chleb się kończy. I znów zupa mleczna, ale to od poniedziałku. Radio, – tylko pogadałem z Luisem, Ricardem (Buenos Aires) i Rolfem z St. Marii. Potem nic nie chciało mi się słuchać. W forpiku jutro trzeba będzie robić porządek.
                                                                                                                             Ludomir Mączka

_________________________________

1Jurek – Antoni Jerzy Pisz, członek załogi jachtu Maria na trasie Peru – Australia, 09.1974 – 06.1976.
2Luis – Calderon, radioamator z Limy, lekarz i człowiek światowy. Luis uruchomił i ustawił amatorską radiostację Ludka. Radiostacja była kupiona taxfree jeszcze w strefie kanału Panamskiego (maj 1974) i nigdy nie używana. O Luisie pisał A. J. Pisz w książce Marią przez Pacyfik, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982, str. 54-57.                                                                           (wj)
3 Madejski – znajomy Ludka jeszcze z okresu pobytu w Buenos Aires i oczekiwania na Śmiałego (1965/66).
4 Kaziu – Kazimierz Jasica, członek załogi jachtu Maria na trasie Peru – Australia – Nowa Zelandia – Australia, 09.1974 – 05.1977.
5 „stynka” – łódź składana wiosłowa produkcji Wytwórni Wyrobów Precyzyjnych ”Niewiadów” w Niewiadowie; produkcja, m.in. kajaki składany „Neptun”, łodzie żaglowe „Mewa”, przyczepy campingowe, młynki do kawy, elektryczne roboty kuchenne, przyczepy bagażowe, podłodziowe.
6 Carlos (LV1ET) – radioamator z Buenos Aires.
7 Jacek Forembski – żeglarz z Gdańska, kpt j.ż.w. od 50 lat; był w tym czasie w Peru służbowo.
8 Cetus – polski statek rybacki (baza) na łowisku peruwiańskim.
9Giniewicz – przedstawiciel PLO w Callao; bardzo pozytywna postać, życzliwa osoba, pomagał jak mógł załodze Marii. Ludkowi pożyczał buty na przyjęcie w konsulacie i ambasadzie. Ludek wybierał się tam w białych tenisówkach.                                     (wj)
10Hipcio – „Hipcio” to Janusz Kuchciński, geolog (dr), kolega ze studiów we Wrocławiu. Janusz wyciągnął Ludka na wyprawę naukową do Mongolii. Ta wyprawa była najwspanialszą przygodą Ludka w życiu (w/g jego oceny). Janusz był też szefem Ludka w pracowni terenowej Instytutu Geologicznego w Szczecinie. Tam Ludek pracował wraz z Romanem Racinowskim.
Nie umiem z pamięci powiedzieć jak długo tam Ludek pracował, a w jakim okresie pracował w Geoprojekcie. Chyba od 1964 w Instytucie z przerwą na Śmiałego, a potem do Zambii (grudzień 1968 – maj 1972)
Janusz zmarł w Krakowie niedługo po Ludku, 26 grudnia 2006 r..
Łączę zdjęcia z Mongolii. (wj)

1Hipcio” na koniu (2 z lewej) obok Ludka.
2. 100_2462 „Hipcio” i Ludek.                                     Fot. z arch. J. Kuchcińskiego
Więcej o Instytucie Geologicznym w Szczecinie na     http://www.pgi.gov.pl/pl/oddzial-pomorski/historia-szczecin

11aji – aji pepper (capsicum baccatum) – przyprawa, ostra papryczka chilijska (południowoamerykańska).
_____________________________________________________
F O T O

6. Na Pacyfiku. Fot A.J.Pisz

2. F1000006

4. F1000019

5. F1000011 Załamujące się fale na rafie koralowej; Pacyfik. Fot. A. J. Pisz.

Henryk Jaskuła: Argentyna moimi oczami

Henryk Jaskuła,2007Temat: Re: Podróże – Buenos Aires
Data: Sun, 17 May 2015 12:39:18 +0200
Nadawca: Henryk Jaskuła <……….@…..>
Adresat: Wojciech Jacobson <………@…..>

Wojtek,
Dziękuję za Buenos Aires. Mieszkałem tam dwa ostatnie lata pobytu w Argentynie. Na moich oczach w 1945 roku zaczęto budować Avenida 9 de Julio. Wyburzono wszystkie budynki między dwoma równoległymi ulicami. W 1946 roku miała 300 metrów długości, nazywaliśmy ja „najszersza i najkrótsza aleja świata”. Gdy byłem tam w 1973 roku miała już 16 km. Biegnie od Plaza Constitución prawie po Retiro. Został na niej tylko jeden nie zburzony gmach: 33 piętrowy budynek Ministerio de Obras Publicas. Obelisk to kopia obelisku waszyngtońskiego.
Pozdrowienia
Hen

——————————————————————————-

Data: Sun, 17 May 2015 14:46:25 +0200
Nadawca: Henryk Jaskuła <………..@….>
Adresat: Wojciech Jacobson <………..@….>

Wojtek,
Jeszcze dwa słowa. Na zdjęciu Avenidy 9 de Julio widać gmach Ministerio de Obras Publicas w lewym górnym rogu. Był z nim problem: za drogi aby go zburzyć. Pewna firma amerykańska zaoferowała przesunąć go o 50 metrów. Wszyscy byliśmy ciekawi, jak to się skończy. Widocznie cena przesunięcia budynku była za duża, zdecydowano budynek pozostawić na swoim miejscu. W tym jednym miejscu aleja zwęża się, co wydaje się nie przeszkadzać w niczym.
Miarą odległości miejskiej w Argentynie to cuadra. Una cuadra to odległość między dwoma równoległymi ulicami; ma wynosić sto metrów. Numeracja domów to sto numerów na jednej cuadra; parzyste po jednej, nieparzyste po drugiej stronie ulicy.
W La Plata – miasto nowoczesne, zaprojektowane i wybudowane geometrycznie, ulice mają numery; parzyste są prostopadłe do nieparzystych. Jeżeli jesteśmy na ulicy nr 1, róg ulicy 44, a kolega mówi, że mieszka na ulicy 44 pod numerem 1239, wiemy, że stąd jest do niego 1200 metrów plus ileś tam kroków.
A propos La Plata. Takiego miasta nie było, miasto Buenos Aires było stolicą państwa, a mieści się w prowincji Buenos Aires. W Argentynie od 1851 roku jest ustrój federalny (w wyniku 20-letniej wojny między federalistami a unitarystami, którzy chcieli, żeby cały duży kraj był rządzony centralnie z Buenos Aires).
W mieście Buenos Aires urzędowały więc dwa niezależne (częściowo) rządy: rząd federalny i rząd prowincji Bs. As. I wybuchła wojna między nimi, a każdy miał swoje wojsko. Wojsko prowincji przegnało, wyrzuciło rząd federalny, który schronił się w mieście Generał Belgrano, w powiecie (partido) tej samej nazwy, 200 km od Bs. As. Nastała dziwna sytuacja polityczna, groteskowa. Jedni i drudzy poskrobali się po głowie, i uradzili – nie budować nowej stolicy Argentyny, jako że miasto Bs. As. miało już ponad 1,5 miliona ludzi – tylko nową stolicę dla prowincji Buenos Aires.
Zlokalizowano ją 60 km od miasta Bs. As., nazwano La Plata, narysowano geometrycznie wszystkie ulice; 100 m jedna od drugiej – przecinały się pod kątem prostym. Nakreślono kilka diagonales, które przecinały X-em miasto. Tam sprowadził się rząd prowincji Buenos Aires, a miasto Buenos Aires, jako stolica państwa, otrzymało status Distrito Federal, poza jurysdykcją władz prowincji Buenos Aires. Działo się to w latach 1860. i coś. I do dzisiaj jest spokój.
Za moich czasów Argentyna była podzielona na 10 prowincji, 14 gobernaciones i un distrito federal. Żeby uzyskać status prowincji trzeba było liczyć określoną minimalną ilość mieszkańców. Argentyna miała wtedy 16 milionów mieszkańców, stolica Buenos Aires – la capital – liczyła 3 miliony.
Teraz Argentyna liczy blisko 30 milionów, wszystkie gobernaciones stały się prowincjami.
Miasto federalne Buenos Aires ma swoją policję umundurowaną na granatowo, która nosi pistolety kaliber 45, prowincje mają swoje policje, ta z prowincji Bs. As. jest umundurowana na kolor khaki, nosi rewolwery (kolty) mniejszego kalibru. Pałek żadna policja nie nosiła.
Pieniądzem jest peso, którego znakiem jest $ – taki sam jak dolara USA. Za moich czasów było to $m/n – peso moneda nacional (znaku „m/n” nie używało się potocznie), gdy byłem tam po latach, po denominacjach, nazywało się peso ley. W 1973 roku trafiłem akurat na denominację 100:1 i musiałem się orientować w cenach „starych” i „nowych”. Podobne „szczęście” miałem gdy w roku (chyba 1981?) w Anglii trafiłem na likwidację szylingów i ustanowienie sto „penisów” w funcie, co stało się łatwe do zrozumienia, a trudne dla Angoli.
Hen

Buenos Aires Para turistas -w
______________________________________________________________________________________________________

Henryk Jaskuła – ur. 22.10.1923 r., jachtowy kapitan żeglugi wielkiej. Wsławił się pierwszym polskim rejsem dookoła świata bez zawijania do portów na trasie Gdynia – Gdynia (1979-1980), na jachcie „Dar Przemyśla”.

—————————————————————————-

Rynek Przemyski, 20. maja 2015 roku, wmurowanie tablicy z okazji 35-lecia rejsu solo non-stop dookoła świata Gdynia-Gdynia na jachcie „Dar Przemyśla”.

Tablica (7)

Na portalu

http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150522/PRZEMYSL/150529910

35 lat po zakończeniu rejsu dookoła świata przemyślanie pamiętają o tym wielkim wydarzeniu i są dumni, że bohater pokonujący morze samotnie przez blisko rok, jest mieszkańcem naszego miasta – mówi Robert Choma, prezydent Przemyśla.

Kpt. Jaskuły nie było na uroczystości. Jednak tuż przed nią odwiedził go w domu prezydent Choma.

– Pan kapitan ma 92 lata, ale jest w doskonałej formie. Sporo rozmawialiśmy, żartował na różne tematy. I już zaprosił nas na… pięćdziesięciolecie jego rejsu, które wypadnie za 15 lat – opowiada prezydent.

 

Krzysztof K. Vorbrich: Recenzja książki

Forster okladkaZuzanna Jakubowska: Wciąż odkrywana. Wyspa Wielkanocna w nieznanym rękopisie Forsterów z XVIII wieku.

Wydawnictwo: Muzeum Historii Ruchu Ludowego i Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2014

Rozbudowany tytuł niniejszej publikacji pasuje do tak nowatorskiej, wielowątkowej książki. Wskazuje na sedno badań, które autorka nie tylko klarownie przedstawiła, ale również poparła dowodami pierwszej klasy.
Cele, jakie przyświecają autorce, są niezmiernie trudne do realizacji, albowiem badania Zuzanny Jakubowskiej kwestionują powszechnie akceptowany dogmat, iż w przypadku Forsterów – pochodzących z Prus Królewskich, dodatkowych członków załogi Jamesa Cooka podczas jego drugiej wyprawy dookoła świata (1772–1775) – wszelkie możliwe pisma o jakiejkolwiek wartości literackiej i naukowej są znane i dokładnie przestudiowane, a zatem nie jest możliwe uzupełnienie dokumentacji z owej wyprawy o żaden nowy, cenny tekst.
Cele, jakie przyświecają badaniom autorki, są również dość delikatnej natury. Pretensje do spuścizny literackiej po Forsterach rości sobie bowiem sześć narodów i państw: Polska, Niemcy, Anglia, Szkocja, Francja, a wreszcie Litwa.
Niniejsza praca jest szczególnie ważna w odniesieniu do Polski i Litwy. Forsterowie żyli w czasach Cooka i Jerzego III, króla Wielkiej Brytanii i Irlandii, a także carycy Katarzyny oraz króla Stanisława Augusta Poniatowskiego – władcy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Monarchowie ci wywarli na podróżników przemożny wpływ.
Jak zostało powiedziane wyżej, Forsterowie urodzili się nieopodal Wolnego Miasta Gdańska, na terenie Prus Królewskich, należących do ówczesnej Korony Polskiej, która wchodziła w skład Unii Polsko-Litewskiej. Dawne kraje Unii po trosze o nich zapomniały. Praca Z. Jakubowskiej dąży do przywrócenia im należnego miejsca w panteonie dziedzictwa polsko-litewskiego.
Niniejsza publikacja zabiera także głos w sporze polityczno-literackim, towarzyszącym zakazowi, jakim brytyjska Admiralicja objęła publikację dzienników Johanna Forstera, pisanych na pokładzie flagowego statku Cooka, Resolution.
Last but not least, praca Z. Jakubowskiej to również głos w dyskusji wokół rzekomej niemieckiej versus polskiej spuścizny kulturalnej po Forsterach. Ich dziedzictwo niemieckie i polskie to w zasadzie trzon niniejszej publikacji.
Dzięki swej twórczości literackiej w języku niemieckim, Forsterowie mają zapewnione miejsce w panteonie kultury niemieckiej (czy raczej pruskiej). Niemieccy czytelnicy szczególnie cenią George’a Forstera za przekład relacji z wyprawy Cooka – A Voyage…, w tłumaczeniu zatytułowanej Reise… – i za inne arcydzieło, mające charakter wspomnień z podróży w towarzystwie słynnego Humboldta.
Pomimo ograniczonych rozmiarów, praca Z. Jakubowskiej to szeroko zakrojone przedsięwzięcie naukowe. Przypisy są dość liczne, zazwyczaj słusznie, i ogólnie klarowne. Praca jest skomponowana ze szczególną dbałością o spójną formę graficzną. Reprodukcja oryginalnego rękopisu francuskiego nadaje publikacji charakter prawdziwie źródłowy. Transkrypcja ułatwia czytanie dokumentu i skomputeryzowane badania porównawcze z uwzględnieniem innych tekstów literackich autorstwa Fosterów. Książka zawiera także tłumaczenia oryginału na języki angielski i polski. Przekład wykonany został z należytą troską o szczegóły techniczne i o kulturową specyfikę wszystkich trzech języków. Tłumaczeniowa część książki powinna być traktowana jako niezwykle istotna z punktu widzenia badacza, nie zaś po prostu wprawka w sztuce przekładu.
Jeśli chodzi o tłumaczenie na język polski, Z. Jakubowska dostarcza polskim czytelnikom-niespecjalistom zupełnie nowego, wyjątkowo potężnego narzędzia: mogą oni teraz porównać trzy różne teksty źródłowe Forsterów o Wyspie Wielkanocnej, przełożone przez tę samą, niewiarygodnie kompetentną osobę. Warto bowiem przypomnieć, że Z. Jakubowska w jednej ze swoich wcześniejszych książek zamieściła już przekłady fragmentów Journals… Johanna Forstera i A Voyage… George’a Forstera, dotyczących Rapa Nui.
Dla każdego badacza, poważnie zainteresowanego wschodnimi rejonami Pacyfiku na południe od równika, dokonany przez Z. Jakubowską przekład angielski okazuje się jeszcze ważniejszy niż polski. Tłumaczenie angielskie może posłużyć do studiów porównawczych nad takimi pracami Forsterów, jak Journals…, A Voyage…, jej przekład Reise… oraz Observations…. Zważywszy, że każdy anglojęzyczny literaturoznawca, specjalizujący się w zagadnieniach Pacyfiku, powinien posiadać przynajmniej roboczą znajomość języków holenderskiego i niemieckiego, angielski przekład manuskryptu (wraz z dziełami niemieckimi i holenderskimi, przywoływanymi przez Z. Jakubowską w przypisach, ze wspomnianą Reise… oraz publikacjami wyszczególnionymi przez autorkę w bibliografii) umożliwi specjalistom w dziedzinie kultury i literatury obszaru Oceanu Spokojnego zestawienie doświadczeń Forsterów z doświadczeniami podróżników holenderskich. Czytelnicy francuskojęzyczni otrzymają z kolei możność porównania tekstu oryginału, drobiazgowo i skrupulatnie przetranskrybowanego przez Agatę Frankowską-Thuinet (z pomocą Zuzanny Jakubowskiej), ze źródłami autorstwa podróżników hiszpańskich i francuskich, którzy dotarli na Wyspę Wielkanocną odpowiednio w roku 1770 i 1786. Jak było wspomniane wyżej, w przypisach do swych przekładów autorka częstokroć powołuje się na publikacje w języku holenderskim i niemieckim; czytelnika zdumiewa jej kompetencja językowa w zakresie tak istotnym dla studiów nad historią eksploracji Pacyfiku, od Magellana do Cooka i dalej.
Przekłady zawierają również „Tabelę zgodności między językami Morza Południowego”, co może niesłychanie ułatwić życie potencjalnego badacza.
Szczególny nacisk należy położyć na kwestię dostępności i wiarygodności oryginalnych pism Forsterów, tj. rękopisów, zdeponowanych w Bibliotece Berlińskiej, w innych księgozbiorach, a także pozostających w rękach prywatnych.
Najbardziej znanymi opublikowanymi wspomnieniami Forsterów są: A Voyage…, tom napisany jakoby przez George’a Forstera, możliwe, że z pomocą ojca Johanna, oraz Observations…, opracowanie jakoby sporządzone przez Johanna Forstera. Specjaliści utrzymują, że rękopiśmienne Journals… Johanna były pierwotnym, jeśli nie jedynym źródłem faktów zawartych w obydwu wspomnianych pracach. Sytuacja jest jednak daleko bardziej skomplikowana, co wykazałem w opracowaniu z 2011 roku2 . Pozwolę sobie zacytować:

Dowiedziawszy się o śmierci George’a, wdowa po nim, Therese, która przechowywała jego rękopisy na tematy botaniczne, „przekazała je ludowi Francji”. Rękopisy te znajdują się obecnie w Bibliotece Historii Naturalnej w Paryżu.

…po śmierci Johanna wdowa po nim, Justyna, zdeponowała rękopis jego dzienników w Berlinie, gdzie obecnie są przechowywane. Trzeba jednak mieć na uwadze, że Justyna przekazała tamtejszej bibliotece również krótkie notatki naukowe Johanna, notesy antropologiczne i glosariusze, jakie prowadził podczas wyprawy.3

Wykazu rękopisów Johanna w muzeum berlińskim nie sporządzono jednakże z należytą skrupulatnością. Rękopis dzienników został odnaleziony przypadkiem pod koniec lat 70. lub we wczesnych latach 80., następnie drobiazgowo przepisany, aż wreszcie skomputeryzowany przez Michaela Edwarda Hoare i opublikowany w roku 1982.
Na koniec chciałbym poruszyć kwestię zagadnień politycznych czy też okołopolitycznych, obecnych w części analitycznej niniejszej książki. W mojej ocenie w przeprowadzonej przez Z. Jakubowską analizie kwestie te przejawiają się w trzech odmiennych wątkach, którym można przypisać odrębne kategorie. Za pierwszy można uznać spór między Forsterami a brytyjską Admiralicją oraz jego konsekwencje literackie i polityczne. Drugi to uwłaczający wpływ, jaki wywarli „biali” podróżnicy na ludność rdzenną Wyspy Wielkanocnej. Trzeci zaś problem zawiązany jest z „socjopolityczną” rolą „pomników” wzniesionych na omawianej wyspie.
Pozwolę sobie zacząć od sporu na linii Forsterowie – Admiralicja. Jego trafne zobrazowanie przez Z. Jakubowską sparafrazowałbym w sposób następujący: Na pokładzie HMS Resolution Johann

pisze dzienniki, pokładając w nich duże nadzieje. […] Tym niemniej […] niedługo po roku 1775 niektórzy z bardziej wpływowych torysów z brytyjskiej Admiralicji starają się – agresywnie, uporczywie i skutecznie – zablokować twórczość literacką Forsterów. […] W tym okresie głównymi powodami owej „serii […] intryg” zdają się być, między innymi, ambicja literacka Cooka, liberalne, anty-imperialne poglądy Johanna oraz pewne jego nieortodoksyjne teorie naukowe, jak również obraźliwy esej W. Walesa, Remarks…. […] Walka Johanna Forstera o prawo do wolności słowa i o prawo do opublikowania relacji z wyprawy Cooka pośrednio przyczyniła się do zapoczątkowania kariery literackiej George’a, który wydał A Voyage…4 .

Spór Forsterów z Admiralicją doprowadził pośrednio do ich powrotu do Europy, a w dalszej kolejności do napisania Mémoire, z na poły politycznych powodów, o których była już mowa. Jak zaznaczyłem, zgadzam się z eleganckim, wiarygodnym wyjaśnieniem tych kwestii, zaproponowanym przez Z. Jakubowską.
Zgadzam się również ze stwierdzeniem autorki, iż coraz liczniejsi są „naukowcy, którzy – w duchu rozważań postkolonialnych – dążą do rehabilitacji dawnych mieszkańców Wyspy Wielkanocnej oraz ich stylu życia, wskazując przy tym na czynnik zewnętrzny w postaci kontaktu z cywilizacją zachodnią, jako na przyczynę degradacji społecznej i środowiskowej Rapa Nui”. W moim rozumieniu siłowe zniewolenie mieszkańców Wyspy Wielkanocnej przyczyniło się do depopulacji i dekulturacji Rapa Nui, czego powodem był kontakt ze światem zewnętrznym. Innymi słowy – w XIX wieku łowcy niewolników napadli na wyspę. Życie jej rdzennych mieszkańców zostało zakłócone w takim stopniu, iż ich delikatna cywilizacja została poważnie zagrożona, wiedza o własnej przeszłości uległa niemal całkowitej zagładzie, a umiejętności przodków – zapomnieniu.
Na koniec Z. Jakubowska, z właściwą sobie przenikliwością badawczą, przeprowadza analizę porównawczą prac podróżników i zauważa, iż „w wielokrotnie wspominanych pismach Forsterów pojawiają się doniesienia, iż posągi pełnią funkcję pomników wystawianych dawnym, wybitnym wodzom […]. Tymczasem w memoriale okoliczność ta powtarzana jest aż do przesady […] wraz z peanami na cześć stopnia rozwoju miejscowej sztuki […]. Co więcej, autorzy memoriału aktywnie odrzucają myśl, iż owi upamiętniani wodzowie byli deifikowani – mimo że choćby w Observations dywagacje na ich temat pojawiają się właśnie w kontekście omawiania zwyczajów religijnych Pacyfiku. Zaprzeczenie to wpisuje się w dość widoczną w rękopisie politykę unikania nawiązań do Boga”. Wedle tej tezy, w memoriale posągi zwane moái pełnią „czytelną funkcję socjopolityczną”.
Bazując na powyższych rozważaniach, z pełnym przekonaniem i bez najmniejszych zastrzeżeń sugeruję i nalegam, by praca Z. Jakubowskiej ukazała się w formie książkowej.

_____________________________________

1 – Johann Forster i jego syn George Forster urodzili się nieopodal Wolnego Miasta Gdańska, odpowiednio w 1729 i 1754 roku.

2Cf. K. K. Vorbrich, Memoirs of the Forsters—the Polish-Born Participants of Cook’s Expedition: the Same Voyage, Worlds Apart—extended edition, Scientific Publishing House CONTACT, Poznań 2011.

3 – “Upon learning of his death, George’s widow, Therese, who held his botanical manuscripts, ‘gave them to the people of France.’ The manuscripts are now deposited at the Library of Natural History in Paris. […] [A]fter Johann’s death, his widow, Justyna, deposited the manuscripts of Forster’s Journals… in Berlin, where they are kept presently. However, it is important to realise that in Berlin Justyna deposited also Johann’s short scientific notes, anthropological notebooks, and vocabularies kept during the Voyage”. Ibid., s. 69, 71.

4 – K. K. Vorbrich, Some Geographical and Geological Aspects in Johann Forster’s Posthumous Journals… Controversy—HMS Resolution Memoirs Never Refined, „Quaestiones Geographicae”, 31(3), Poznań, 2012, s. 90–91.

                                                                                 Christopher (Krzysztof Konstanty) Vorbrich

                                                                                                                 Poznań, 30 maja 2014 r.

W OBIEKTYWIE WOJCIECHA JACOBSONA: WYSPA WIELKANOCNA

Zdjęcia z Wyspy Wielkanocnej były robione w latach 1993, 1994, 1998 i 2001 w czasie postoju tam barkentyny Concordia z kanadyjską „Class Afloat”. Na wyspie nie ma portu, jedynie przystanie łodziowe i przystań dla małych barek. Statki i jachty stoją na kotwicy, a łączność z lądem zapewniają łodzie i pontony. Przy niekorzystnym wietrze trzeba było zmieniać miejsce zakotwiczenia, nieraz kilkakrotnie w czasie postoju.
Wojciech Jacobson

11. Easter I.
Mapka schematyczna z nazwami, na pocztówce.

11a. Mapka Wyspy Wielkanocnej Mapka schematyczna wyspy z nazwami miejsc.

12. F1020002 Pierwsze zaoczenie, widok strony SE Wyspy, kurs Concordii na SW, widoczne wzgórze wulkanu Rano-Kau i wysepki Motu-Nui i Motu-Iti. Fot. Wojciech Jacobson

13. F1000034 Zatoka Hanga-Hotuiti, widok na posągi Aku Tongariki na brzegu i na wulkan-kamieniołom Rano-Raraku. Fot. Wojciech Jacobson

Scan0687 Przystań łodziowa w Hanga Roa. Fot. Wojciech Jacobson

Scan0690 Krater wulkanu Rano Tau. Fot. Wojciech Jacobson

Scan0692 Wysepki Motu-Nui i Motu-Iti, widok z obrzeża wulkanu Rano Tau. Fot. Wojciech Jacobson

14. F1000001aa Samotny posąg w pobliżu zatoki Hanga-Hotuiti i grupy posągów Ahu Tongariki. Widoczne są wzgórza koło wulkanu-kamieniołomu Rano-Raraku. Fot. Wojciech Jacobson

15. F1040050 Posągi (Moai) na zboczach zachodnich wulkanu-kamieniołomu Rano Raraku. Fot. Wojciech Jacobson

15a. F1000032a Posągi (Moai) Ahu Akivi – jedyne jakie „patrzą” w stronę morza (na NW). Fot. Wojciech Jacobson

15b. F1000029a Posągi (Moai) Ahu Akivi – jedyne jakie „patrzą” w stronę morza (na NW) – kolejne ujęcie. Fot. Wojciech Jacobson

F1000025 Moai Ahu Akivi – jedyne jakie nie są odwrócone plecami do morza („patrzą” na NW). Fot. Wojciech Jacobson

Scan0689 Moai z wyrytym obrazem żaglowca w kamieniołomie Rano-Raraku. Fot. Wojciech Jacobson

Żaglowiec Moai z żaglowcem z książki portugalskiej „Ilha de Pascoa”.

F1000016 Odbudowa przez Japończyków posągów zniszczonych przez tsunami na plaży Tongariki (r.1993). Fot. Wojciech Jacobson

F1000043 Odbudowa przez Japończyków posągów na plaży Tongariki zniszczonych przez tsunami (r. 1993). Fot. Wojciech Jacobson

F1000024 Plaża Anakena, widok z W na E, widać posągi w dolinie (Ahu Vai Tara Kai Ua) i samotny posąg na wzgórzu (Ahu Nau Nau). Fot. Wojciech Jacobson

16. Pic. 253 Posągi (Moai) na zboczach zachodnich wulkanu-kamieniołomu Rano Raraku. Fot. Wojciech Jacobson

17. F1000018 Posągi (Moai) na zboczach zachodnich wulkanu-kamieniołomu Rano Raraku. Fot. Wojciech Jacobson

18. F1040070 Zatoka Hanga-Hotuiti, na brzegu widoczne posągi Ahu Tongariki (w remoncie), z prawej zakotwiczona Concordia. Fot. Wojciech Jacobson

19. F1000021 Widok na plażę Anakena i pierwszy posąg ujrzany przez odkrywców Wyspy (Ahu Nau Nau). Fot. Wojciech Jacobson

20. F1040072 Zatoka Hanga-Hotuiti, zachód słońca, widoczny zarys wulkanu-kamieniołomu Rano-Raraku. Fot. Wojciech Jacobson

Zuzanna Jakubowska: fragment książki o Wyspie Wielkanocnej

Zuzanna Jakubowska: Odkryta przypadkiem, pojęta opacznie.
Wyspa Wielkanocna w osiemnastowiecznych relacjach podróżników na tle rozważań o spotkaniu kultur.

(fragment)

SPIS TREŚCI
WSTĘP
I. ZDERZENIE ŚWIATÓW ŻYCIA

1. Zagadnienie obcego/innego
2. Europa a inni
2.1. Europocentryzm i poczucie wyższości
2.2. Odkrywanie Nowego Świata
2.3. Postrzeganie innych kultur, imperializm i przemoc
2.4. Interakcja z innymi: komunikacja i wymiana towarów
3. Inność w przekazach
3.1. Nauka w służbie imperializmu
4. (Nie)przetłumaczalność kulturowa?

II. OSIEMNASTOWIECZNE RELACJE Z WYSPY WIELKANOCNEJ: PRZEKŁADY

II.1. Wprowadzenie
1. Przebieg wypraw i autorzy relacji
2. Podstawa przekładów
3. Język relacji i redakcja przekładów

II.2. Wyprawa holenderska
1. Jacob Roggeveen
2. Cornelis Bouman
3. Carl Friedrich Behrens
3.1. Podróż do nieznanych lądów południowych i dookoła świata (poemat)
3.2. Przez Carla Friedricha Behrensa osobiście odbyta podróż do znanych i nieznanych lądów południowych
4. Anonimowa relacja 1
5. Anonimowa relacja 2

II.3. Wyprawa hiszpańska
1. Felipe González de Haedo
1.1. Wyciąg z dziennika
1.2. Opis wyspy św. Karola zbadanej na rozkaz wicekróla Peru
1.3. Opis wyspy św. Karola oraz jej osobliwości
2. Juan Hervé
3. Francisco Antonio Aguera e Infanzón

II.4. Wyprawa angielska
1. James Cook
2. Georg Forster
3. Johann Reinhold Forster
4. William Wales
5. John Marra
6. Pozostałe relacje angielskie
6.1. Charles C. Clerke
6.2. Joseph Gilbert
6.3. John Elliott

II.5. Wyprawa francuska
1. La Pérouse

III. WYSPA WIELKANOCNA W RELACJACH PODRÓŻNIKÓW: ANALIZA TEKSTÓW

III.1. Wyspa – środowisko i zasoby
1. Od morza
2. Od lądu
2.1. Fauna, flora, żywność

III.2. Ludność rdzenna i jej kultura materialna
1. Rapanujczycy i Europejczycy: pierwsze spotkania a rozwój relacji
2. Dalsza charakterystyka tubylców
3. Język
3.1. Glosariusz Aguery
3.2. Glosariusz Cooka
3.3. Glosariusz Forsterów
4. Kultura materialna
4.1. Posągi i platformy
4.2. Siedziby, pozostałe konstrukcje i przedmioty codziennego użytku

PODSUMOWANIE
1. Społeczeństwo zdolne do przetrwania
2. Zrozumieć

ANEKS
1. Poemat Carla Friedricha Behrensa (fragment)
2. Film Podziemny świat Rapa Nui – polemika
3. Zestawienie chronologiczne relacji
4. Skala Beauforta
5. Glosariusz niektórych terminów rapanujskich

BIBLIOGRAFIA
1. Źródła
1.1. Archiwalne
1.2. Drukowane
2. Opracowania
2.1. Książki
2.2. Artykuły
3. Internet
4. Inne materiały

_____________________________________________

Las verdades geográficas o antropológicas son –como todas– verdades culturales, contingentes. De manera coloquial podría decirse que toda verdad tiene denominación de origen y fecha de caducidad.

[Prawdy geograficzne czy antropologiczne są – jak wszystkie – prawdami kulturowymi i przypadkowymi. Kolokwialnie rzec by można, że każda prawda ma swój certyfikat pochodzenia i swoją datę przydatności do spożycia.]

                                                                                                                                                                               Juan Pimentel

 

Dziś wszyscy jesteśmy tubylcami i każdy, kto nie w pełni do nas należy, jest egzotyczny.

                                                                                                                                    Clifford Geertz

WSTĘP

Mam przed oczyma linię brzegową Wyspy Wielkanocnej: miejsce styku wód oceanicznych z lądem wyznaczają kostropate kamienie, urwiska i ciemne, ostre skały ze zwietrzałej lawy, kontrastujące z białymi rozbryzgami piany. Owa fizyczna granica w pierwszej połowie XVIII wieku stała się granicą metaforyczną. Naprzeciw siebie znalazły się wówczas dwie kultury, dwie cywilizacje, dwa światy, które stanęły twarzą w twarz – i weszły w interakcję, którą trudno nazwać porozumieniem.
Europejczycy – choć w sumie nie tego szukali – odkryli jeszcze jedną małą wyspę na Pacyfiku.
Mieszkańcy małej wyspy na Pacyfiku – choć niczego nie szukali – odkryli, że istnieją ludy odmienne od Polinezyjczyków.
Na przestrzeni kilkudziesięciu lat (1722–1786) do brzegów Rapa Nui, która wówczas jeszcze nie nosiła tej nazwy, przybili kolejno Holendrzy, Hiszpanie, Brytyjczycy i Francuzi. Za każdym razem z innego powodu, w innym celu, z innym nastawieniem i z odmiennymi wyobrażeniami: pierwotnymi, które kształtowały ich oczekiwania – i wtórnymi, które unosili ze sobą, odpływając. Ale też za każdym razem było to spotkanie dwóch różnych rzeczywistości; jego owoc stanowiły pisane przez Europejczyków teksty: dzienniki pokładowe, raporty, wspomnienia. (…)

Właśnie owe teksty stanowią oś rozważań zawartych w niniejszej książce. Moim celem było przyjrzenie się im w formie pierwotnej, niezaburzonej późniejszymi transformacjami – a więc uchwycenie ich w tej postaci, w jakiej powstawały w swoim miejscu i czasie, by trafić do odbiorców prymarnych – po to, bym następnie mogła jak najwierniej przekazać polskiemu czytelnikowi ich treść. Dopiero na podstawie tak przygotowanego materiału możemy pochylić się nad wizją Wyspy Wielkanocnej i jej mieszkańców, ukształtowaną w umysłach pierwszych podróżników, którzy poznali ten skrawek lądu – i odnieść ów zespół sądów i wyobrażeń do dzisiejszego stanu wiedzy. Co przekazali nam dawni żeglarze? W jaki sposób ich bagaż kulturowy, bagaż doświadczeń wpływał na odbiór nieznanej cywilizacji czy na stosunek do jej przedstawicieli? A co tak naprawdę wiemy dzisiaj o wyspie, z którą powszechnie kojarzone są dwa słowa: „posągi” i „tajemnica”? Jak ma się wiedza obiegowa, spod znaku publikacji popularnych, które tylko w założeniu mają uczyć – bawiąc, programów National Geographic i okolicznościowych, wielkanocnych wydań czasopism – do hipotez, analiz i faktów, funkcjonujących w sferze nauki? (…)

By przeanalizować te zagadnienia, nie wystarczy przełożyc osiemnastowieczne teksty na polszczyznę XXI wieku. Mamy tu raczej do czynienia z przekładem międzykulturowym, który ponadto sięga w głąb czasu i przestrzeni: odłam kultury polinezyjskiej, przez wieki rozwijający się w izolacji, odkrywany stopniowo przez Europę w dobie Oświecenia, postrzegany oczami i umysłami Holendrów, Niemców, Hiszpanów, Brytyjczyków, Francuzów (kapitanów, żołnierzy, marynarzy, przyrodników…), ma zostać przedstawiony polskiemu czytelnikowi żyjącemu tu i teraz. (…)

W tradycji badań nad Wyspą Wielkanocną ustaliła się periodyzacja jej dziejów, w myśl której okres wypraw osiemnastowiecznych nazywany jest pierwszym okresem historycznym. Ponadto, cztery wspomniane ekspedycje traktuje się łącznie jako „odkrywcze”, choć oczywiście z punktu widzenia dzisiejszych Europejczyków wyspa została odkryta tylko raz: przez członków wyprawy Jacoba Roggeveena w 1722 roku. Tym niemniej naukowcy uznają, że wszystkie cztery pierwsze ekspedycje wniosły istotny wkład w wiedzę cywilizacji zachodniej na temat Rapa Nui, jej kultury i środowiska, stąd – umownie i post factum – podnieśli załogi wszystkich statków do rangi odkrywców. I to pomimo faktu, iż nie kto inny, jak James Cook, rozczarowany niegościnnym środowiskiem i zastanym tu ubóstwem, twierdził, iż żaden naród „nie będzie ubiegać się o honor odkrywcy Wyspy Wielkanocnej” . (…)

Książka, którą trzymają Państwo w rękach, składa się z trzech zasadniczych części. Pierwszą z nich stanowi szerokie, wielowątkowe tło, na jakim pragnę ukazać przekłady osiemnastowiecznych tekstów podróżniczych. Za punkt wyjścia służą rozważania o naturze obcości i inności. Pragnę prześledzić, jak rozmaici myśliciele definiują te pojęcia, czym charakteryzuje się inność, a czym obcość, czy granica między nimi może w ogóle być jasno wytyczona. Refleksje te opieram głównie na przemyśleniach Bernharda Waldenfelsa, a także m.in. Edmunda Husserla oraz Tzvetana Todorova. Interesuje mnie ponadto, jak odczuwana jest inność i obcość na płaszczyźnie psychologicznej i w przestrzeni międzykulturowej – z czego wynika i jakie są konsekwencje jej istnienia. Poruszam też wątki lęku, fascynacji i interakcji między postrzegającym ‘ja’ a postrzeganym innym/obcym.
Kwestie owe wiążą się nierozerwalnie z rozległym tematem spotkania Starego Świata z Nowym. Problematykę ową – omówioną przeze mnie na podstawie przemyśleń takich autorów, jak np. David Abulafia, Stephen Greenblatt, Juan Pimentel, Mary Louise Pratt czy Bernard Smith – poruszano już wielokrotnie (podobnie jak poprzednie zagadnienie), tym niemniej zawsze pozostaje aktualna, gdy w grę wchodzi kontekst, jaki stał się przyczyną powstania niniejszego tomu. Musimy zatem zmierzyć się ze zjawiskiem europocentryzmu, na który przedstawiciele cywilizacji zachodniej skazani byli w sposób nieunikniony – ale i z towarzyszącym mu poczuciem wyższości; kładło się ono głębokim cieniem na historię odkryć i poznawania innych rejonów świata. Proces ten uwarunkowany był bowiem – jak wspomniałam – bagażem intelektualnym podróżników, którzy wyruszali z macierzystych portów wyposażeni mentalnie w założenia wstępne (albo nimi obarczeni), wyrosłe z własnej wielowiekowej tradycji i nieprzystające do realiów odkrywanych ziem. Poznanie nie może jednak odbywać się w próżni, a zatem wykształcenie, doświadczenie życiowe, przyswojone wzory kultury i wiedza książkowa nieuchronnie nakładały się na obraz nowej rzeczywistości, modelowały go i przeplatały się z jego wątkami, tworząc nową jakość, w której półświadomie próbowano szukać dawnych prawideł i sensów.
Nastawienie to, jak wiadomo, rzutowało negatywnie na napotykane kultury; przedstawiciele cywilizacji zachodniej nieraz zajmowali wobec nich stanowiska skrajne: od pobłażliwości i narzucania im zawłaszczającej, manipulującej opieki, po traktowanie instrumentalne i przemoc. Ludność rdzenna odkrywanych terenów utożsamiana bywała z elementem krajobrazu bądź z zawadą na drodze do nowych posiadłości terytorialnych. Tym niemniej jej istnienia nie można było usunąć poza nawias; naturalną konsekwencją spotkania była więc komunikacja – ograniczona i niedoskonała, bazująca na uprzedzonej interpretacji i nieadekwatnych oczekiwaniach, a zatem wiodąca do mylnych sądów i nieporozumień. Szczególnym wymiarem owej komunikacji była wymiana handlowa, obejmująca między innymi żywność; ten akurat aspekt podczas długich wypraw stał się dla Europejczyków koniecznością.
Kolejną żywotną kwestią, jaką poruszam w toku rozważań, jest tekstowy obraz inności i jego transformacja na przestrzeni dziejów – od niesprawdzalnej dla laika fikcji po postulowaną w XVIII wieku wiarygodną naukowość, która – jak się okazuje – także nie gwarantowała rzetelnego podejścia do tematu. I tak dochodzimy do jednego z zagadnień kluczowych dla niniejszego tomu: problemu przetłumaczalności bądź nieprzetłumaczalności kulturowej. Definiując kulturę – śladami Clifforda Geertza – jako sieć znaczeń i symboli, omawiam kwestię splecenia języka z podłożem cywilizacyjnym, nieuchronnie stwarzającego trudności w procesie przekładu sensu largo, czyli takiego, którego przedmiotem są nie tylko języki i słowa, ale odrębne rzeczywistości. To właśnie owe obce realia próbujemy zrozumieć oraz wyjaśnić. W tym zaś przypadku przetłumaczalność – czyli pojmowalność! – zależy przede wszystkim od narzędzi, jakie mamy do dyspozycji, oraz od nastawienia. (…)

Część druga to przede wszystkim przekłady kilkunastu relacji z czterech osiemnastowiecznych wypraw, których uczestnicy zetknęli się z kulturą Wyspy Wielkanocnej. Scharakteryzowawszy pokrótce przebieg owych ekspedycji oraz sylwetki poszczególnych autorów – w oparciu o takich autorów, jak John Cawte Beaglehole, Roelof van Gelder, Francisco Mellén Blanco, Herbert von Saher, Krzysztof Vorbrich – skupiam się na omówieniu podstawy tłumaczeń. Pod względem merytorycznym mamy do czynienia z materiałem niejednorodnym: są to bowiem zarówno teksty kierowane do przełożonych (dzienniki, raporty), jak i do opinii publicznej (wspomnienia, a nawet poemat). Gdy zaś idzie o nośnik, korzystam zarówno z oryginalnych, pierwszych wydań relacji, jak i z edycji krytycznych źródeł, a także – w przypadku niektórych dokumentów z wyprawy hiszpańskiej i brytyjskiej – z manuskryptów . Ostatnim w tej części elementem metatekstowym jest analiza języka oryginalnych materiałów oraz omówienie procesu redakcji tłumaczeń.
Warto zaznaczyć, iż przekłady nie są ułożone chronologicznie. Kryterium, jakie mi przyświecało, była przede wszystkim osoba autora i jego ranga. A zatem, w kontekście każdej z wypraw najpierw prezentuję teksty, które wyszły spod pióra dowódców poszczególnych wypraw: Jacoba Roggeveena, Felipe Gonzáleza de Haedo, Jamesa Cooka i hrabiego La Perouse’a (ostatni przykład jest o tyle specyficzny, iż stanowi jedyną relację z ekspedycji francuskiej). Następnie o kolejności decyduje albo piastowany przez pozostałych autorów stopień w hierarchii żeglarskiej – jak w zestawie dokumentów z ekspedycji holenderskiej i hiszpańskiej – albo też waga samego tekstu, jak w przypadku Brytyjczyków, gdzie wspomnienia George’a Forstera (oparte na dzienniku ojca) stały się bodaj nawet sławniejsze i bardziej poczytne niż dziennik kapitana Cooka.
Część trzecia – zasadnicza – to analiza zaprezentowanych dokumentów, przedstawiona w formie konfrontacji wizji Wyspy Wielkanocnej i jej kultury, jaką wypracowali w swych tekstach osiemnastowieczni podróżnicy, z późniejszym, a zwłaszcza współczesnym stanem wiedzy w tej dziedzinie. Poruszam tu zagadnienia związane ze środowiskiem morskim i lądowym wyspy oraz jej zasobami, przede wszystkim zaś z ludnością rdzenną, przebiegiem jej spotkań z Europejczykami, jak również miejscowym językiem i kulturą – w tym materialną. W zależności od tego, w jakim kierunku prowadzą mnie motywy odnotowane przez autorów, omawiam kwestie związane z astronomią, pochodzeniem ludności, zdobieniem ciała czy konfliktami w łonie społeczeństwa.
Rozmaitość zaprezentowanych kwestii wypływa więc bezpośrednio z różnorodności faktów i zjawisk, jakim w sposób mniej lub bardziej celowy poświęcali uwagę żeglarze.
Wątki stale obecne, powracające w różnych odsłonach przy okazji omawiania poszczególnych aspektów panoramy materialnej i duchowej Rapa Nui, to dwie głośne dyskusje, jakie przez lata ożywiały wymianę zdań pomiędzy znawcami tematu. Jedna z owych debat – w dużej mierze przebrzmiała, przez co nie mniej ciekawa i pouczająca dla polskiego odbiorcy – dotyczy pochodzenia mieszkańców wyspy, druga natomiast, wciąż aktualna i pełna emocji, to polemika tocząca się pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami wspomnianej już teorii upadku miejscowego społeczeństwa. Co znamienne, echa obu debat można napotkać nawet przy analizie tak odległych, zdałoby się, dziedzin, jak fauna wyspy czy rośliny uprawne.
O zagadnieniach, które poruszyli w swych relacjach dawni podróżnicy, pisało w następnych latach wielu ludzi morza i badaczy. Ich teksty, interpretacje i przekłady przyczyniają się do poszerzania i pogłębiania wiedzy opinii międzynarodowej na temat Wyspy Wielkanocnej, jaka jawiła się oczom żeglarzy u zarania interakcji tamtejszego społeczeństwa z cywilizacją zachodnią, jednakże są to przekazy niewolne od uproszczeń, omyłek, jak również przekłamań. Nakładają się one na mylne sądy i przypadki niewłaściwego bądź zmanipulowanego odczytania rzeczywistości rapanujskiej przez jej europejskich odkrywców, niepostrzeżenie wpływając na jej obraz w dniu dzisiejszym. Zjawisko to nader często przywoływane jest na kartach niniejszego tomu; stanowi, w moim przekonaniu, swoisty drogowskaz dla umysłu, który pragnie przeniknąć do sedna tematu z pozycji odpowiedniego dystansu, zachowując jak najdalej posunięty obiektywizm. (…)

                                                                                                                 Zuzanna Jakubowska
                                                                                                                 Warszawa, kwiecień 2013

 

Grażyna Grudzińska, Tadeusz Miłkowski: Recenzja książki

1. Wyspa Wielkanocna - OKLZuzanna Jakubowska: Odkryta przypadkiem, pojęta opacznie.
Wyspa Wielkanocna w osiemnastowiecznych relacjach podróżników na tle rozważań o spotkaniu kultur.
Wydawnictwo: Muzeum Historii Ruchu Ludowego i Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2013, s. 488+18

 

Na polskim rynku wydawniczym praca p. dr Zuzanny Jakubowskiej jest unikatem, jeśli chodzi o studia nad Wyspą Wielkanocną. Autorka, podczas swoich badań nad osiemnastowieczną Hiszpanią, zainteresowała się również ówczesnymi relacjami podróżniczymi z zupełnie innego rejonu świata. Szczególnie zafascynowały ją teksty dotyczące Wyspy Wielkanocnej. Zastanowiło ją, iż wiele z nich, pomimo, że funkcjonują w międzynarodowych kręgach naukowych, interpretowanych i tłumaczonych jest opacznie, a w Polsce pozostają nieznane. Dr Jakubowska, jako językoznawca, tłumacz, kulturoznawca postanowiła zatem przyswoić te teksty polskiemu odbiorcy i poddać je gruntownej analizie.

W XVIII wieku do wyspy docierali kolejno Holendrzy, Hiszpanie, Brytyjczycy i Francuzi. Cele ich podroży były różne – były to ekspedycje odkrywcze, wojskowe, naukowe. Dr Jakubowską interesował fakt, iż za każdym razem były to spotkania dwóch różnych rzeczywistości, ale tylko Europejczycy zostawili potomnym świadectwo tych wydarzeń. Powstające teksty były dziennikami pokładowymi, raportami, ale także wspomnieniami, a zatem z rozmysłem kierowane były albo do przełożonych, albo do czytelników, zaciekawionych relacjami z podróży. Ich autorzy obowiązani byli do sporządzania sprawozdań z wypraw, ale też zależało im na podkreśleniu własnych zasług, choćby nieistniejących. Za zróżnicowanie treści i wymowy relacji odpowiada też fakt, że podróżnicy pochodzili z różnych warstw społecznych i wykonywali rożne zawody. Co zwróciło uwagę dr Jakubowskiej, że również droga, jaką te relacje docierały do odbiorcy, znacznie różniła się w każdym przypadku – niektóre teksty ginęły, odnajdywały się po latach, były manipulowane przez redaktorów.

Autorka rozprawy pragnęła przyjrzeć się, w jaki sposób zaplecze kulturowe i doświadczenia poszczególnych podróżników wpływały na wizję nieznanej cywilizacji, jaka wyłania się z ich przekazów. Jej celem było wykazanie, na ile wizje te dadzą się kulturowo przełożyć i skonfrontować z dzisiejszym stanem wiedzy na temat Wyspy Wielkanocnej.

Rozprawa naukowa dr Jakubowskiej jest bardzo obszernym i wielowątkowym opracowaniem tematu. Należy zwrócić uwagę na rozbudowane wprowadzenie, stanowiące analizę teoretyczną przebiegu kontaktów między Europą a Nowym Światem. Część druga pracy zawiera przekłady kilkunastu tekstów źródłowych, które stanowią materiał wyjściowy do analizy. Teksty te – tłumaczone przez dr Jakubowską z języka holenderskiego, niemieckiego, hiszpańskiego, angielskiego – są przekładane w większości z pierwszych wydań, a niektóre nawet z rękopisów.

Trzecia, kluczowa część, czyli analiza tekstów, dotyczy zarówno ludności rdzennej, jak i jej kultury materialnej oraz środowiska wyspy jako takiej. Ogrom zgromadzonego materiału stanowi jednocześnie i słabą, i silną stronę pracy: chociaż sprawia, że niektóre aspekty zagadnienia gubią się w gąszczu poruszanych wątków, to zarazem świadczy o rzetelnym, naukowym podejściu do tematu. Ciekawym elementem jest rozdział poświęcony opisowi pierwszych kontaktów Europejczyków z mieszkańcami Wyspy Wielkanocnej. Jest to wieloaspektowa analiza nie tyle spotkania, co właściwie rozmijania się tych dwóch kultur.

Podsumowanie, bardzo istotne, zawiera między innymi polemikę z popularną teorią, że ludność rdzenna Wyspy Wielkanocnej sama doprowadziła do swojego upadku. Autorka powołuje się na najświeższe wyniki badań naukowych w tej dziedzinie. Dr Jakubowska dużą wagę przywiązuje też do piętnowania banalizacji tematu Wyspy Wielkanocnej i sprowadzania jej do jedynego rozpoznawalnego symbolu, jakim są „tajemnicze posągi”. Reasumując, mimo postępów wiedzy i nauki, kultura Wyspy Wielkanocnej w dalszym ciągu pozostaje niezrozumiana.

Książka zawiera również bardzo interesujący aneks, w którym nalazł się np. fragment poematu Carla Friedricha Behrensa, uczestnika wyprawy holenderskiej. Należy zwrócić uwagę na fakt, iż ten poemat w kręgach badaczy tematu długo pozostawał nieznany. Cennym dodatkiem umieszczonym w aneksie jest glosariusz słownictwa rapanujskiego, które pojawia się w rozprawie. Warto nadmienić, że książkę uzupełnia bogaty materiał ilustracyjny, pochodzący zarówno z archiwum fotograficznego autorki, jak i pozyskany z zbiorów muzealnych i archiwalnych.

Zwraca uwagę bardzo bogata bibliografia, obejmująca zarówno najstarsze teksty archiwalne, jak i opracowania najnowsze. Na pochwałę zasługuje fakt, iż autorka pracowała prawie wyłącznie na oryginalnych tekstach źródłowych, nie zadowalając się ich współczesnymi, nierzadko ułomnymi edycjami, co niewątpliwie świadczy o poważnym, naukowym podejściu do zagadnienia.

Całość rozprawy stanowi rzetelne, merytoryczne opracowanie zamierzonego tematu i zasługuje na wnikliwą lekturę oraz uważne przyjrzenie się poruszanym zagadnieniom.

                                                                                               prof. UW dr hab. Grażyna Grudzińska
                                                                                               Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich UW

___________________________________________________________________

Pierwsza w polskich badaniach naukowych praca będąca analizą obrazu Wyspy Wielkanocnej zawartego w tekstach jej osiemnastowiecznych odkrywców.
Długotrwałe badania autorki nad rękopisami i pierwszymi wydaniami dały efekt w postaci wyśmienicie napisanej książki, w której dzienniki okrętowe, raporty i wspomnienia zostały zestawione z dzisiejszą wiedzą o Wyspie.
Daleka od sensacjonalizmu i banalizacji, jakie obecnie dominują w tekstach o Wyspie Wielkanocnej, Zuzanna Jakubowska stara się przedstawić czytelnikowi prawdziwą naturę jej pierwotnych mieszkańców oraz środowisko naturalne, w którym funkcjonowali.

                                                                                                                                               dr hab. Tadeusz Miłkowski