Kt
óregoś dnia mój mąż oznajmił mi, że kupił świniaka i zamierza urządzić „świniobicie”. Co więcej, twierdził, że umówił się już z rzeźnikiem.„Będziemy się integrować z mieszkańcami, a dzieci poznają prawdziwe wiejskie życie” – powiedział z entuzjazmem.
Zaskoczona, poczułam ciężar na sercu, jakby przede mną wznosiła się kolejna góra.
Świniobicie to w Czechach rytuał, wręcz święto, do którego podchodzi się bardzo poważnie. Przeczuwałam, że nie sprostamy wszystkim obrzędom, a jak każdy pomysł Rudy, także i ten będzie wymagał mojego zaangażowania.
Żyliśmy skromnie, ale nasz styl życia różnił się od codzienności mieszkańców wioski. Dom, w którym mieszkaliśmy, należał do PGR (w Czechosłowacji były to JZD, czyli Jednotne zemedelske družstvo – przyp. red.) – firmy, w której Ruda pracował jako drwal. Stał na rozdrożu dróg. Przed domem stał jacht, który wzbudzał ciekawość przejeżdżających. To już drugi raz zamieszkaliśmy w Rzetůvce, wsi malowniczo położonej w wąwozie. Mieszkańcy okazywali nam sympatię – w końcu nie każda czeska wioska mogła pochwalić się własnym „żeglarzem”.
Na świniobicie Ruda zaprosił zaprzyjaźnionych żeglarzy z drugiego końca republiki. Karel, szef klubu żeglarskiego w Pribram, w którym Ruda oficjalnie działał, pomagał mu zdobywać potrzebne pieczątki i dokumenty na rejsy. Przyjechać miał z żoną Jožką – energiczną Czeszką, którą znałam już wcześniej.
Pewnego dnia niewielki prosiaczek został przywiązany za nogę do trzepaka przed domem i czekał na rozwój wydarzeń. Na moje pytanie, gdzie jest rzeźnik, mąż odparł, że niestety nie przyjdzie. Był zajęty innym świniobiciem we wsi, ale zapewniał, że „jakoś sobie poradzimy”. Rzeźnik miał nam doradzać na odległość – wykonamy jedną czynność, a potem pójdziemy do niego zapytać o następną. Ruda najwidoczniej blefował.
Nasze życie było ciekawe, pełne humoru i improwizacji. Ruda potrafił zrobić „show” z każdej sytuacji. Ludzie patrzyli na niego z podziwem i chętnie mu wtórowali. Z czasem ten czeski humor oczarował i mnie. Jednak obecność gości, którzy spodziewali się dostać pół świni, wywoływała mój niepokój.
Był piękny, słoneczny dzień. Zbliżało się południe. W domu byłam sama. Nagle przyszła nowina: rzeźnik zmienił zdanie. Zlitował się nad nami i obiecał, że „urwie się” z innego świniobicia i przyjedzie osobiście wszystkiego dopilnować. Do tego czasu nie wolno nam było dotykać świniaka, aby niczego nie zepsuć.
Świniobicie przesunięto więc na godzinę drugą po południu. Ruda beztrosko wybrał się z dziećmi i gośćmi do lasu na grzyby, a ja usiadłam na parapecie w kuchni, wystawiając twarz do słońca. Takie chwile ciszy zdarzały się rzadko, więc czułam się rozgrzeszona z chwilowego lenistwa.
Wkrótce zjawiła się Růženka, czyli „Chroust”, przyjaciółka domu. Była obecna w naszym życiu od zawsze, odkąd zamieszkałam w Czechach. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, więc i tym razem nie mogło jej zabraknąć. Razem cieszyłyśmy się jesiennym słońcem, gdy nagle rozległ się ostry dzwonek. Rzeźnik!
Pojawił się wcześniej. Najwyraźniej nasze świniobicie było dla niego priorytetem. „Ech, tamci sobie poradzą” – rzucił, widząc moją zatroskaną minę. Uspokoił go widok nietkniętego prosiaczka, cierpliwie czekającego na swój los.
„A gdzie panienki mają wrzątek?” – zapytał od razu.
Spojrzałyśmy na siebie zaskoczone. Automatycznie napełniłam wodą czajnik i po chwili zaniosłam go do garażu, gdzie rzeźnik zaczynał przygotowania.
Na widok czajnika złapał się za głowę.
„To ma być kocioł! Duży kocioł wrzątku!”
Na szczęście wrócił Ruda z gośćmi i zajął się udobruchaniem rzeźnika. Wyciągnęliśmy różne garnki, żeby zagotować jak najwięcej wody. Energiczna Jožka przejęła dowodzenie w kuchni, a Růženka jej asystowała. Garaż wypełnił się ludźmi — wszyscy pracowali w skupieniu pod komendą doświadczonego rzeźnika, który jak kapitan na statku wydawał rozkazy.
Szczęśliwie nie miałam wyznaczonej roli. Chciałam oszczędzić dziewczynkom oglądania tej krwawej sceny, więc poszłam na górę je uspokoić. Zadawały wiele pytań i same domyśliły się, że przytłumiony wystrzał oznaczał koniec życia zwierzęcia.
Jednak nie było mi dane pozostać na uboczu. Po paru godzinach z garażu dobiegły mnie krzyki, żebym zeszła. W końcu wysłano po mnie delegację podnieconych ludzi, którzy niemal siłą zaciągnęli mnie przed oblicze rzeźnika.
W garażu wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Dookoła leżało mięso, w wielkim kotle gotowała się zupa, a ludzie z zakrwawionymi rękami patrzyli na mnie z napięciem.
W końcu dotarło do mnie, że jako Pani Domu to ja decyduję o podziale mięsa, zwłaszcza o losie najlepszych kawałków. Rzeźnik zwracał się do mnie z szacunkiem, a pozostali czekali na moją decyzję. Natychmiast podpowiedział, co powinnam zrobić — przytakiwałam gorliwie, a wszyscy ruszyli do pracy.
Wieczorem nie było już śladu po świniobiciu. Połówkę świni Jožka fachowo spakowała na drogę. Wszyscy uczestnicy otrzymali podarunki, jak nakazuje tradycja. Nam dodatkowo zostały słoiki pełne mięsa na zimę.
Z czasem coraz bardziej doceniałam to doświadczenie. Zapasy ułatwiały mi życie, ale najbardziej zapadła mi w pamięć chwila, gdy rzeźnik dowartościował mnie w roli gospodyni.
Tego dnia naprawdę poczułam się jak królowa.
Małgorzata Krautschneider
___________________________________________________________
Małgorzata Krautschneider – w połowie lat siedemdziesiątych XX w. ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA i tam napisała i wydała książkę „The Vela” – opis i wrażenia z rejsu zaledwie 23. stopowym jachtem sklejkowym z Polski na Islandię i z powrotem; organizowała regaty Liberty Single Handed Race i inne wydarzenia sportowe i kulturalne w USA.
