Wojciech Jacobson: List do Braci Wybrzeża na Zafarrancho Mesy Szczecińskiej

Ludomir – geolog i żeglarz

Ludomir Mączka i Wojciech Jacobson na „Marii”, Atlantyk, 1974 rok. Fot. A. Marczak

 

Drodzy Zebrani, Bracia i Branki oraz Goście!

Michał Jósewicz, # 143, nasz Kapitan, zobowiązał mnie do przedstawienia paru słów o Ludomirze. Ponieważ nie mogę przyjść na obecne Zafarrancho, przekazuję moje słowa w formie opowiadania Bratu Zenkowi Szostakowi, # 181, z góry dziękując za odczytanie.

Wspominałem wielokrotnie, że w moim „Archiwum Ludkowym” jest folder, w którym są zawarte różne historie z Ludkiem związane, a jest ich ogromna ilość. Kilka z nich, w skrócie, przytoczę teraz, a ich wspólnym mianownikiem będą dwa słowa: „geolog” i „żeglarz”.

Właśnie w tej kolejności, bo cała żegluga „Marią” to efekt pracy Ludomira jako geologa – przez dwa sezony (1962-1963) w Mongolii, co Ludek później nazwał swoją największą „przygodą intelektualno-geologiczną”; a także przez trzy i pół roku (1968-1972) w Zambii, gdzie otrzymywał wypłatę w „twardej walucie”, za którą później mógł w PRL kupić jacht.

Jednocześnie żeglował. Po studiach we Wrocławiu, pracował w Warszawie potem przeniósł się do Szczecina, aby być bliżej morza. W 1957 roku popłynął szkunerem „Zew Morza” do Narviku, a w 1959 – jachtem „Witeź II” na Islandię. Po powrocie z Mongolii wziął udział w wyprawie Polskiego Towarzystwa Geograficznego dookoła Ameryki Południowej na jachcie „Śmiały”. Po rejsie „Śmiałego” wyjechał, jako geolog, do Zambii.

Swoje dwie pasje – geologię i żeglarstwo – Ludomir potrafił łączyć przez całe życie. Podczas wyprawy na „Śmiałym”, gdy tylko mógł, wyruszał w teren z geologicznym młotkiem.

Pracując w Instytucie Geologicznym w Szczecinie zawsze starał się tak sterować, by prace, które zlecano mu do wykonania, były związane z morzem. W ten sposób Ludek został „przypisany” do tematu: „Perspektywy występowania minerałów ciężkich w piaskach plażowych południowego Bałtyku na odcinku Świnoujście – Bagicz”.

Żeglować, a równocześnie pracować jako geolog i jeszcze dostawać za to wynagrodzenie!; czyż można sobie wyobrazić bardziej pomyślny układ?! Ludek prowadził więc rejsy na jachtach: „Piana”, „Witeź II” i „Pegaz”, których celem było badanie piasków cyrkonowych w strefie przybrzeżnej. Uczestnicząca w ostatnim rejsie Maria Gerlach wspomina w wywiadzie dla Macieja Krzeptowskiego: (patrz: książka „Mam na imię Ludomir”)

Prace na „Pegazie” trwały od 19 do 29 czerwca 1968 roku, przepłynęliśmy 277 mil, zachodziliśmy do Dziwnowa, Kołobrzegu i Darłowa. Na mapach wyznaczono wcześniej punkty, gdzie należało pobrać próby. Stawaliśmy na kotwicy bardzo blisko brzegu. Najpierw rzucaliśmy sondę, mającą w ciężarku wgłębienie wypełnione tłuszczem, do którego przyklejały się fragmenty dna. Później następowała najtrudniejsza operacja, a więc pobranie właściwej próby. Używaliśmy specjalnego czerpaka, materiał z odpowiednim opisem pakowaliśmy do woreczków. Przy większej fali było z tym sporo kłopotów.

Z Jacht Klubu AZS Szczecin płynął wtedy także Zbyszek Faberski.

Z kolei w Zambii, gdzie Ludek robił zwiad geologiczny w dzikim terenie, do ustaleń topograficznych przydawała mu się znajomość astronawigacji.

Oszczędność, umiejętność prowadzenia traperskiego życia przy minimalnych wymaganiach, których nauczył się podczas wypraw geologicznych – zgodnie z zasadą prof. Józefa Zwierzyckiego z Wrocławia, że „geolog i pies jada raz dziennie” – pomagała mu zarówno podczas forsownych wypraw, jak i rejsów.

Po naszym wspólnym rejsie do Peru, w latach 1973-1974, Ludek przysłał mi do Szczecina opis swojego wypadu w Andy, gdy „Maria” stała w Callao, a na jej pokładzie zostali Kazik Jasica i Antoni Jerzy Pisz. Wyjazd zorganizował mieszkający w Peru inżynier-górnik Leszek Piotraszewski, który zabrał Ludka do jednej z kopalń, wysoko w Andach.

Z Limy, 14 października 1974 r, pojechali na południe, przez miejscowości Cañete, Chincha, Ica, Nazca (widzieli tam geoglify) do Acarí i dalej – terenowymi drogami – do kopalni Huarato Viejo. W górach, w surowych warunkach, na wysokości 1400 m n.p.m, Leszek i Ludek spędzili 2 tygodnie. Wyprawa w Andy była jedną z przygód, którą Ludek wspominał jako piękną. Opis – w korespondencji Ludka – przytacza obserwacje zawodowego geologa, przywołuje piękno Andów i przedstawia relacje z fiestas w miejscowych wioskach, gdzie Ludek tańczył, śpiewał i… strzelał z pistoletu. Szersze opisanie tej przygody jest przytoczone w mojej książce „Od równika do bieguna…” oraz w kwartalniku „Zeszyty Żeglarskie”.

Gdy w 1999 roku Ludek wyruszył ze Szczecina na kolejną wyprawę – „Szlakiem Magellana”, zbierał, razem z Maciejem Krzeptowskim, geologiczne okazy, głównie w Patagonii. Tego rejsu, Ludomir ze względu na komplikacje zdrowotne, nie dokończył, ale zbiory dotarły na prowadzonej przez Macieja „Marii” do Szczecina i trafiły do muzeum.

Żeby zakończyć te geologiczno-żeglarskie przygody Ludka anegdotą prawdziwą, opowiem o tym, co przydarzyło się latem 1987 roku w Gjoa Haven, inuickiej (eskimoskiej) osadzie w kanadyjskiej Arktyce. Było to podczas trzeciego, przedostatniego roku naszej żeglugi na jachcie „Vagabond’eux” przez Przejście Północno-Zachodnie.

Wiadomość o kwalifikacjach geologicznych Ludka rozeszła się szybko w Gjoa Haven.

8 lipca 1987 r. przyszła do nas, a właściwie do Ludka, grupa Inuitów – poważni ludzie z szefem wioski na czele oraz przyjezdny Inuk z Yellowknife.

Goście wystąpili z propozycją eksploracji górzystego rejonu odległego ok. 30 mil od Gjoa Haven, w odludnych, niedostępnych częściach Półwyspu Boothia. Mieliśmy popłynąć „Vagabondem” do jednej z dalszych zatok, której strome brzegi pełne były niezbadanych minerałów, może nawet ze srebrem lub złotem. Ludek miał być ekspertem, a „Vagabond’eux” – bazą zakotwiczoną w pobliżu.

Ludek otrzymał do zbadania próbki minerałów. Następnego dnia przedstawiał wyniki swojej analizy, omawiając po kolei każdą z próbek, a ja spisywałem to, co mówił. Określenia były fachowe i brzmiały bardzo mądrze. Ekspertyza była niepomyślna dla naszych rozmówców, tym niemniej sprawa ciągnęła się przez jakiś czas. Wygasła po przylocie Janusza Kurbiela – szefa wyprawy i właściciela jachtu: musieliśmy skoncentrować się na przygotowaniu jachtu do wodowania i dalszej żeglugi.

Wodowanie odbyło się 21 sierpnia 1987, wyjście z Gjoa Haven – 25 sierpnia. Zdołaliśmy jednak przepłynąć na północ zaledwie 150 mil – dalszą drogę zamknął nam zwarty lód. 26 września, znów slipowaliśmy „Vagabond’eux” w Gjoa Haven i przygotowywaliśmy go na kolejne zimowanie.

O poszukiwaniach złota nie było już więcej mowy.

                                                                                                        Wojciech Jacobson, # 44
                                                                                                               26 lutego 2026 roku

___________________________________
Wojciech Jacobson – ur. 1929 r.; jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem, m. in., z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II”, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP – Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Za współpracę z kanadyjską szkołą pod żaglami – Class Afloat, wyróżniony nagrodą Derek Zavitz Memorial Award – „za postawę godną naśladowania” (1998). Nagroda Conrady – 2009, Honorowy Ambasador Szczecina – 2011, członek honorowy PZŻ, AZS, członek Bractwa Wybrzeża.