Archiwum kategorii: Artykuły

Marek Słodownik: Kulisy wielokadłubowców

Nasz współpracownik, Marek Słodownik, dotarł do zespołu technicznego jednego z trimaranów klasy Ultim i przeprowadził rozmowę na temat kulis funkcjonowania najbardziej zaawansowanych technologicznie jachtów ścigających się w regatach oceanicznych. 32-metrowej długości trimarany kosztujące ponad 15 milionów euro są cały czas doskonalone, a nad ich eksploatacją czuwają wieloosobowe zespoły inżynierów różnych specjalności. Jachty te więcej czasu spędzają w hangarach niż na wodzie, a wiele aspektów z ich codziennego funkcjonowania pozostaje owiane mgłą tajemnicy.

Pamiętajmy, że to jest sport.

Z Vivienem Fraisse, członkiem zespołu technicznego zespołu SVR-Lazartigue, rozmawia Marek Słodownik.
                                                                                                                                                  (red.)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

Marek Słodownik: Czym zajmujesz się w zespole?

filename

Vivien Fraisse: Pracuję w firmie MerConcept zajmującej się optymalizowaniem jachtów regatowych. Od podstaw stworzył ją François Gabart w 2006 roku, jeszcze jako student. Firma wspiera tworzenie i rozwój projektów żeglarskich dzięki innowacjom, specjalizuje się w badaniach inżynierskich, technicznych oraz budowie najnowocześniejszych jachtów. To skomplikowany mechanizm, ale 12 lat na rynku pozwala na stwierdzenie, że jest to dobrze przemyślany projekt. Od 2015 roku jestem w projekcie trimarana „SVR-Lazartigue”. Jestem częścią tego zespołu od samego początku. Podczas budowy trimarana zająłem się kwestiami związanymi z obróbką CNC. Wiele części łodzi przeszło przez łoże mojej maszyny w ciągu 2 lat budowy jachtu. Od momentu uruchomienia trimarana wznowiłem pracę na stanowisku technika. Zajmuję się głównie układami napędowymi/energetycznymi oraz techniczną obsługą systemów foliowych.

MS: Ilu ludzi pracuje w twoim zespole?

VF: Cały zespół liczy 27 osób, wydaje się, że to dużo, ale uwierz mi, każdy ma bardzo dużo pracy. Role są precyzyjnie rozpisane, ten mechanizm działa bardzo precyzyjnie.

MS: Jak trafia się do takiego zespołu?

VF: Bardzo różnie, ale zawsze są to osoby doskonale znane z wcześniejszych dokonań. Nie przyjmujemy nikogo na naukę czy szkolenie, nie ma na to czasu. Środowisko specjalistów od technicznej strony żeglarstwa jest niewielkie, wszyscy się doskonale znamy i wiemy, czego można spodziewać się po nowych ludziach.

MS: Co przede wszystkim bierzecie pod uwagę przy zatrudnianiu nowych ludzi?

VF: Muszą być najlepsi w swojej dziedzinie, ale też powinni być wszechstronni, bo przy nielicznym składzie każdy musi dobrze orientować się w różnych aspektach funkcjonowaniu jachtu.

MS: Spotykacie się całym zespołem?

VF: Rzadko i tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Na co dzień pracujemy w zespołach merytorycznych skupionych na swoich zadaniach. Szczególnym czasem są regaty, kiedy zespół techniczny pracuje w jednym miejscu, ale później dzieli się na grupy, z których jedna pozostaje w porcie startowym, a inna już przenosi się na metę regat w celu asekuracji skippera. Jeśli nic złego się nie dzieje – jest spokój, ale każda, nawet najmniejsza, awaria techniczna, stawia wszystkich na nogi. W przypadku poważnej awarii, wymagającej na przykład holowania jachtu, uruchamiane są nadzwyczajne procedury, które mamy opracowane i przećwiczone. W takich przypadkach nie ma miejsca na improwizację i spontaniczność, działamy zawsze według opracowanego wcześniej schematu.

MS: Ile kosztuje budowa tej wielkości jachtu?

VF: Nie mogę mówić o szczegółach, ale ujawniono, że budowa Ultima, czyli jachtu o długości 32 metrów i szerokości 23 metrów, pociąga za sobą koszty w granicach 15-17 milionów euro. Żeglarze narzekają, że to drogo, szefowie biur projektowych twierdzą, że ta cena jest zbyt niska. To tylko budowa jachtu, utrzymanie prawie 30-osobowego zespołu to także niemały koszt, do tego modyfikacje techniczne jachtu, udział w regatach, logistyka, wyżywienie. Wszystko to składa się na potężne budżety. Trudno to porównać z budżetami i liczebnością zespołów Formuły 1, w których pracuje ponad 120 osób, ale z roku na rok liczebność ekip żeglarskich rośnie. Podkreślę jednak, że zakup używanego jachtu to wydatek od 4,5 do 12 milionów euro.

MS: Czy zatem budżety będą rosły w nieskończoność? I jak to wpłynie na liczebność klasy?

VF: To złożony problem, bo wzrost budżetów wydaje się nieunikniony. Rośnie presja na wynik, bo żeglarstwo we Francji stało się sportem prestiżowym, żeglarze z klasy Ultim zyskują status gwiazd, są obecni nie tylko w mediach żeglarskich, ale stają się postaciami rozpoznawalnymi w całym kraju. To kuszące, bo przekłada się na zyski reklamowe oraz rozpoznawalność firm i produktów sponsora. Kto jednak nie wskoczy do tego pociągu, szybko zostanie daleko w tyle.

MS: Klasa Ultim pozostaje jednak w pewnym zastoju. Liczba jachtów nie jest wielka, brak prestiżowych imprez, rosną koszty stałe. To zniechęca wielu wstępnie zainteresowanych.

VF: To jest problem, który władze klasy muszą rozwiązać. Do klasy Ultim zakwalifikowano wszystkie jachty zbliżone do tej wielkości, czyli 32 x 23 metry, ale niektórzy skipperzy wolą pozostać na uboczu, nie angażując się w życie klasy, choć startujących w regatach. To przykład, choćby ekipy IDEC Sport. Z drugiej strony powstają nowe jachty, ostatnio zbudowano kolejny trimaran „Gitana” dla zespołu Rothschild. Za projektem stoi Guillaume Verdier. To oznacza także, że obecny jacht zostanie sprzedany stanowiąc bazę dla kolejnego zespołu.

MS: Jakie są szanse starszych jachtów w starciu z najnowszymi maszynami?

VF: Różnice w prędkości są duże, sięgają nawet 10 węzłów, a to przepaść. Jachty starszej generacji są cięższe, mniej wydajne, nie mają stateczników poziomych na płetwach sterowych. Ale pamiętaj, że w jednej z ostatnich edycji regat Rumowych Francis Joyon na „IDEC Sport” wygrał z Françoisem płynącym na „Macifie” choć to jachty jakby z różnych epok żeglarskich. Takie przypadki będą jednak coraz rzadsze. Teraz można założyć, że wyłącznie nowe jachty będą nadawały ton tej rywalizacji.

MS: Ile czasu na wodzie spędza jacht klasy Ultim?

VF: W naszym przypadku jacht częściej stoi w hangarze niż na wodzie i nie jest to wyjątkowe w tym gronie. To czas poświęcany na niezbędne modyfikacje, dostrajanie sprzętu, wymianę zużytych elementów. Na wodę schodzi na regaty, niezbędne treningi i rejsy promocyjne dla partnerów, zarówno te z ich przedstawicielami na pokładzie, jak też na rejsy wspierające kampanie produktowe. Taki tour w naszym przypadku odbywa się wczesną wiosną w Hiszpanii, Francji i Tunezji.

MS: Macie precyzyjny plan rozpisany na lata?

VF: Tak, nasz projekt jest rozpisany na 4 lata, bo na tyle podpisano umowę sponsorską z konsorcjum Kresk. Od nas zależy teraz, czy zostanie ona przedłużona, a wpływ na nią mają zarówno wyniki sportowe, jak też korzyści marketingowe związane z reklamowaną firmą i jej produktami. Chcemy w ciągu tych czterech lat pobić kilka ważnych rekordów żeglarskich, wygrać ważne regaty. Tutaj nie jesteśmy oryginalni, takie założenia mają chyba wszystkie zespoły.

MS: Jakie są wasze cele sportowe?

VF: Mamy w planach pobicie rekordu samotnej żeglugi dookoła świata, który obecnie należy do Françoisa, ale został ustanowiony na poprzednim jachcie. Myślimy również o Jules Verne Trophy, ale to dopiero na koniec wyznaczonego okresu współpracy. Poza tym Transat Jacques Vabre i przyszłoroczne regaty samotników dookoła świata.

MS: Macie pełną swobodę w dokonywaniu zmian na jachcie?

VF: O wszystkim decyduje kompromis pomiędzy naszymi propozycjami, oczekiwaniami skippera oraz możliwościami sponsora. Każda modyfikacja jachtu jest kosztowna, a nie możemy przekroczyć założonego budżetu. Mamy ogólne ramy budżetowe, ale wiele spraw wypływa nagle, w trakcie sezonu, wówczas trzeba reagować szybko.

MS: Jakie koszty stoją za rocznym utrzymaniem jachtu?

VF: Zbyt wiele nie mogę ujawnić, ale na przykład grot do „SVR-Lazartigue” to koszt około 300 tysięcy euro.

MS: Jak często go wymieniacie?

VF: Na szczęście żagle na wielokadłubowcach mają dłuższą żywotność niż na jednokadłubowcach, nasz może służyć nawet kilka lat, ponieważ pracuje będąc wybranym prawie zawsze na maksa. Wymiana olinowania stałego to jednak duży koszt i tutaj nie można oszczędzać.

MS: Czy dane jachtu objęte są tajemnicą?

VF: Te podstawowe nie, jacht ma 4,5 metra zanurzenia, 32 metry długości, 23 metry szerokości, waży 15 ton. Same fiole to ciężar około 400 kilogramów. Wysokość masztu to 37 metrów.

MS: Duży jacht to duże obciążenia. Jaki jest nacisk pięty masztu na pływak centralny?

VF: To około 50 ton, w tej klasie te wielkości są zbliżone na wszystkich jachtach.

MS: Jak wygląda wasze codzienne żeglowanie?

VF: Każde wyjście w morze musi być uzasadnione i jeśli wypływamy, to zawsze na pokładzie oprócz żeglarzy są także technicy. Do ich zadań należy analiza danych na bieżąco, obserwacja urządzeń i reagowanie na najmniejsze odchylenia od ustalonych norm.

MS: Jak badacie zachowanie jachtu podczas żeglugi?

VF: Na jachcie jest zainstalowanych ponad 300 czujników, które na bieżąco opisują pracę jachtu. My zbieramy te dane i poddajemy analizie. Tyle szczegółów mogę ujawnić. Sama kuchnia pracy analitycznej musi pozostać naszą tajemnicą.

MS: Czy w środowisku żeglarzy i zespołów Ultim jest współpraca, czy każdy działa w ukryciu?

VF: Ta sprawa ma dwie płaszczyzny. Jak wspomniałem, wszyscy doskonale się znamy, bardzo często razem trenujemy, taka konfrontacja na wodzie przynosi najlepsze efekty. Żeglujemy więc wspólnie, analizujemy pracę każdego jachtu, ale zbierane dane pozostają sekretne. Jest ściśle określona granica, której żaden zespół nie przekracza. Tak to działa od lat i nie mamy z tym problemów.

MS: Wasz jacht powstawał w kontrowersyjnych okolicznościach, nie brakowało głosów, aby wyrzucić go z klasy Ultim. O co poszło?

VF: W największym skrócie, zarzucano nam, że jacht nie spełnia wymogów klasowych, głównie w zakresie możliwości obserwacji widnokręgu i usytuowania kabestanów. Nasz jacht nie powstawał w ukryciu, był wizytowany przez ekspertów technicznych powołanych przez władze klasy i stosowaliśmy się do wszystkich zaleceń. Po zbudowaniu trimarana wybuchła burza, ale ostatecznie na drodze sądowej zostaliśmy dopuszczeni do regat, uznano nasze argumenty.

MS: Ale orzeczenie sądu dotyczyło tylko regat Route du Rhum?

VF: Pracowaliśmy nad pomyślnym zakończeniem tej sprawy i obecnie jesteśmy pełnoprawnym członkiem rodziny Ultim.

MS: Co w waszym przypadku budziło największe kontrowersje?

VF: Skipper na „SVR-Lazartigue” ma stanowisko sterowania przed masztem, są to dwie małe kabinki po jego obu stronach, nieco podobne do kabiny w samolocie. Ponadto wygodny fotel znajduje się pod pokładem pływaka centralnego, a tam ma stanowisko z dużym monitorem, na którym może obserwować obraz z kamer rozmieszczonych w różnych częściach jachtu. Pod pokładem zlokalizowano także wszystkie kabestany, co nie jest jednak żadną nowinką, ponieważ to rozwiązanie stosowano już na innych jachtach tej klasy.

MS: Wam zarzucono instalację kabestanów głęboko pod pokładem.

VF: To nie jest pionierskie rozwiązanie, że kokpit jest zadaszony w celu podniesienia komfortu załogi. My poszliśmy krok dalej i – mówiąc skrótowo – kokpit schowaliśmy pod pokładem. Dzięki temu uzyskaliśmy również obniżenie środka ciężkości jachtu oraz poprawę aerodynamiki.

MS: Wasze problemy rzutowały na atmosferę w klasie?

VF: Oczywiście, ale uważamy, że racja jest po naszej stronie i ostatecznie sąd uwzględnił nasze argumenty.

MS: Znacie najważniejsze parametry jachtów konkurentów?

VF: Wiemy wiele o innych jachtach, ale oczywiście nie znamy szczegółów. Nasza wiedza jest wynikiem dokładnej analizy wyników na wodzie.

MS: Wszystkie nowe Ultimy, wasz „SVR-Lazartigue”, ponadto „Actual”, „Sodebo”, „IDEC Sport” czy „Mieux” zostały zaprojektowane przez spółkę VPLP (Marc Van Peteghem i Vincent Lauriot Prévost), a uważany za najszybszy jacht, „Maxi Edmond de Rothschild”, to dzieło Guillaume Verdiera. Na czym polega przewaga tego jachtu?

VF: To pozostaje zagadką także dla nas. Zespół chroni swoje tajemnice. Na podstawie wspólnych treningów widzę, że „Rothschild” potrafi żeglować ostrzej do wiatru o kilka stopni. W regatach takich jak Route du Rhum, gdzie mniej więcej jedna trzecia dystansu prowadzi pod wiatr, zanim jachty wejdą w pasaty, to może być kluczowe. W żegludze z wiatrem osiągi jachtów są podobne.

MS: Jakie są maksymalne prędkości trimaranów Ultim?

VF: Podczas jednego z treningów uzyskaliśmy 50,3 węzła, ale byłą to prędkość chwilowa, uzyskana w optymalnych warunkach na wodzie bez zafalowania. Zabiegamy o ustabilizowanie prędkości średniej, co tworzy przewagę nad konkurentami. W regatach jachty nowej generacji żeglują regularnie z prędkością w granicach 36-40 węzłów.

MS: Mam wrażenie, że wszystkie jachty klasy Ultim stają się coraz bardziej do siebie podobne. Z czego to wynika?

VF: W ogólnych założeniach tak się dzieje, to wynik optymalizacji. Coraz większą uwagę przywiązuje się do aerodynamiki kadłuba, tu wciąż są pewne rezerwy. Stąd schowanie kabestanów, bardziej opływowe kabiny, precyzyjne wyprofilowanie pływaków i dźwigarów. Jednak wiele rozwiązań technicznych bardzo się pomiędzy sobą różni. „Sodebo” ma na przykład kabinę przeniesioną przed maszt i nisko położony bom w celu obniżenia środka ciężkości. Różne są profile foili, także rozwiązania płetw sterowych i sterowanie statecznikami poziomymi różnią się pomiędzy sobą. Wszystkie kokpity są zadaszone, ale tu szczegółowe rozwiązania są bardzo różne. Te różnice idą nawet dalej, ale wiele z nich pozostaje tajemnicą zespołów, to między innymi dlatego bardzo ograniczamy dostęp do jachtu dla ludzi z zewnątrz i wprowadziliśmy zakaz fotografowania.

MS: Ile czasu potrzeba do całkowitego zoptymalizowania tej wielkości trimarana?

VF: „Maxi Edmond de Rothschild” został zwodowany w 2017 roku i dopiero w szóstym sezonie. załoga stwierdziła, że został dostrojony jak należy.

MS: Na czym polega jego przewaga w stosunku do innych jachtów klasy Ultim?

VF: Przede wszystkim jest doskonale poznany przez swoich ludzi, dostrojony do każdych warunków. Skipper zna optymalne ustawienia zależnie od wiatru, zafalowania i innych elementów. Na każdym jachcie tworzony jest zestaw informacji, coś na wzór instrukcji obsługi, która podpowiada prowadzącemu najlepsze rozwiązania. Chodzi zarówno o ustawienia żagli jak i pochylenie masztu, a także kąt natarcia foili czy ustawienie stateczników poziomych na płetwach sterowych. To oczywiście nie wszystkie elementy, takich punktów do weryfikacji jest znacznie więcej.

MS: Czy prace zmierzające do dostrojenia jachtu prowadzone są w porozumieniu z projektantem?

VF: Zawsze tak jest, to cenna lekcja zarówno dla projektanta jak i dla nas, obie strony na tym korzystają.

MS: Zdarza się, że osiągi jachtu zaskakują jego twórców?

VF: Bardzo często tak jest. Oczywiście dotyczy to detali, ponieważ ogólne parametry są dobrze przez projektantów policzone. Wszystkie istotne zmiany dokonywane są w porozumieniu z zespołem projektowym.

MS: Czy wasze prace zmierzające do dostrojenia jachtu prowadzone są przede wszystkim na żywo, czy też wynikają z symulacji komputerowych?

VF: Powiedziałbym, że jest pół na pół. Czasem symulacje pozwalają na prognozowanie pewnych zmian, ale nie zawsze pokrywają się one z rzeczywistością w sposób wskazany na ekranie komputera.

MS: Charles Caudrelier, skipper „Maxi Edmond de Rothschild” twierdzi, że niektóre techniczne rozwiązania nowych jachtów są wprost wzorowane na jego trimaranie. Na ile uzasadniona jest taka teza?

VF: Każdy nowy projekt jest uważnie oglądany przez konkurencję zarówno wśród żeglarzy, jak też projektantów. Niektóre rozwiązania wchodzą do obiegu, inne nie, to naturalna kolej rzeczy. W monokadłubowcach dzioby typu scow, wymyślone przez Sama Manuarda, są dziś stosowane przez innych. To naturalna droga postępu technicznego w żeglarstwie. Wymyślenie nowego rozwiązania to jedno, ale później trzeba to potrafić wykorzystać i wkomponować je w skomplikowany mechanizm jakim jest trimaran klasy Ultim.

MS: Czy żeglarz w ogóle o czymś decyduje?

VF: My, zespół inżynierów, tylko podpowiadamy, ostateczna decyzja należy zawsze do skippera.

MS: Czy w regatach takich jak Route du Rhum podpowiadacie skipperowi na bieżąco?

VF: Nie, oddajemy cumy i skipper zostaje na pokładzie sam z wiedzą, którą posiadł podczas treningów. To dobrze, nie chcemy zbyt ingerować w pracę żeglarza, niech to nie będzie jacht sterowany z brzegu. Pamiętajmy, że to wciąż jest sport.

Rozmawiał Marek Słodownik

  *   *   *

F  O  T  O

FOT. Marek Słodownik

_____________________________________

Marek Słodownik– dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

Marek Słodownik: 25 lat akcji Ratujmy Dezety

W długi, sierpniowy weekend, jak co roku od 24 lat, odbędą się regaty Dezet będące częścią akcji „Ratujmy Dezety”. Akcja ta spowodowała, że klasa po latach zastoju, a nawet powolnego upadku, ponownie odżywa. Jachty coraz bardziej przypominają maszyny regatowe, są w coraz lepszym stanie technicznym, a sama idea jest łatwo rozpoznawalna.

Wczesną wiosną 2002 roku Polski Związek Żeglarski ogłosił, że znosi obowiązek egzaminowania na jachtach dwumasztowych. W praktyce oznaczało to wyrok na jachty klasy DZ, najstarszej w naszym kraju klasy jachtów, której początki sięgają przełomu wieków XIX i XX. Skoro zniesiono obowiązek to wielu dotychczasowych armatorów przestało troszczyć się o jachty tej klasy, ponieważ zwyczajnie przestawały być one potrzebne. Będące na ogół w złym stanie technicznym, przez lata uważane za trudne w żegludze i kojarzące się z koniecznością szybkiego klepania komend oraz uciążliwością przeprowadzenia szkolenia szalupowego, powoli odchodziły do lamusa.

Równocześnie, także przestały obowiązywać przepisy zakazujące uprawiania żeglugi po śródlądowych drogach wodnych w porze nocnej, a nowych regulacji jeszcze nie było, powstała zatem luka w przepisach. Wpadłem wówczas na pomysł zorganizowania regat Dezet w formule long distance, takie bowiem założenie wydawało mi się optymalne dla dużych jachtów z wieloma osobami na pokładach. Budziło to początkowo pewne opory, ostatecznie jednak został przez środowisko zaakceptowane.

Geneza niecodziennych regat

Pod koniec lat 70-tych byłem młodym sternikiem jachtowym w Klubie Żeglarskim Pałacu Młodzieży w Warszawie. Co roku jeździłem na wędrowne obozy żeglarskie organizowane według tradycyjnego klucza: pobudka, śniadanie na jachcie, apel, zwijanie obozowiska, żeglowanie, przerwa na gotowanie obiadu, znowu żeglowanie i rozbijanie obozowiska zakończone kolacją i ogniskiem. Ale w roku 1978 ówczesny instruktor, Andrzej Dobosz, miał za zadanie zabranie z portu macierzystego ośrodka w Pieczarkach wszystkich jachtów na obóz, aby uwolnić tamtejszy port dla planowanych regat młodzieżowych. Zaproponował wędrowny obóz na Dezetach, co nie wszystkim przypadło do gustu. –Wędrówka na Dezetach? Niewygodny jacht, duża liczba załogi, kłopotliwe składanie masztów i w ogóle mnóstwo trudności – to zdanie sceptyków. – Coś nowego, dobra szkoła przed sierpniowymi egzaminami na sternika w Trzebieży, wreszcie coś interesującego, bo łamiącego utarte schematy – to zdanie entuzjastów.

Zebrano odpowiednią grupę ludzi w wieku przedmaturalnym i ruszyliśmy. Założenia obozu były ze wszech miar nietypowe. Zerwano z tradycyjnym porządkiem dnia, Andrzej zaproponował żeglowane non-stop przez całe Mazury. Pierwszy etap, z Pieczarek na jezioro Seksty, trwał dwie i pól doby i był znakomitą szkołą żeglowania dla załóg szybko adoptujących się do nowych reguł gry. Obóz szybko zyskał miano „desantu”, a jego formuła została bez zastrzeżeń zaakceptowana przez wszystkich. Długie przeloty, konieczność radzenia sobie samemu w każdych warunkach, bez asysty motorówki i silnika przyczepnego, nauka topografii szlaku Wielkich Jezior Mazurskich – to największe atuty. Nikt nie chciał być ostatni, nieoficjalne regaty trwały cały czas, a stawką było dobre imię. Rok później na podobny obóz zgłosiło się tak wielu chętnych, że popłynęły już trzy jachty i wówczas bardzo często rozmawialiśmy na pokładach o regatach Dezet rozgrywanych w tej formule. – Byłoby super, gdyby tak załóg było pięć, może sześć, byłaby wówczas super akcja – marzyliśmy. Później towarzystwo rozpierzchło się po świecie, a pomysł regat gdzieś zawisł w powietrzu. Nawet nie przypuszczałem, że kiedyś do niego wrócę…

A może regaty?

W roku 2002, kiedy splot okoliczności spowodował możliwość zorganizowania imprezy dla entuzjastów Dezet, wpadłem na pomysł zorganizowania regat tej klasy, ale koniecznie długodystansowych, bez konieczności ścigania się w krótkich biegach po bojach, aby dać szansę ostrego pływania wszystkim osobom znającym dobrze Mazury. Chciałem pościgać się w gronie podobnych miłośników Dezet, pogadać, spotkać się i zorganizować imprezę o charakterze zlotu entuzjastów klasy. Wydawało mi się, że znajdą się ludzie mający sentyment do tych łódek, a sama impreza stanie się okazją do wymiany doświadczeń, podczas gdy wyścig będzie niejako dodatkowym elementem całości, wcale nie najważniejszym. Liczyłem, że uda zaprosić się kilka załóg, marzeniem było wówczas zebranie ośmiu, może dziesięciu jachtów. Ponieważ był już maj, sezon za pasem, szukałem odpowiedniej formuły, która byłaby akceptowalna dla uczestników, a zarazem zapewniała pełne bezpieczeństwo uczestników. Oczywiście w grę wchodziły także koszty. W zasadzie wszystko było niewiadomą. Ile w Polsce żegluje Dezet, jak dotrzeć do ich armatorów, jak nakłonić ludzi do wzięcia udziału w regatach i wreszcie jak takie regaty zorganizować. W redakcji magazynu „Rejs”, w którym wówczas pracowałem, dyskutowaliśmy o formule, spieraliśmy się o celowość takiej imprezy, wreszcie przymierzaliśmy się do organizacji nietypowych regat.

Formuła imprezy

Pomysł nasunął się sam, kiedy zaczęliśmy liczyć koszty organizacji imprezy. Jednym z warunków była konieczność zapewnienia noclegów dla uczestników, a ich liczba była wciąż nieprzewidywalna. – A może zatem zorganizować regaty, podczas których nie trzeba organizować noclegów? Skoro załogi będą pływać całą noc to nie będą potrzebowały noclegu. I tak narodziła się formuła regat 24-godzinnych, która godziła wszystkie strony. Niezależnie od liczby jachtów i członków załóg nie zachodziła konieczność bukowania miejsc na brzegu, co znacznie uprościło organizację imprezy, a zarazem tworzyło bardzo oryginalną formułę regat łamiąc zarazem mazurską tradycję wyścigów long distance trwających 3 godziny, a nawet i krócej. Żeglowanie przez całą dobę, niezależnie od warunków pogodowych, powodowało, że załogi stawały przed trudnym wyzwaniem, ale organizatorom, paradoksalnie, łatwiej było zapanować nad całością. Ale do tego pomysłu trzeba było przekonać jeszcze sędziów i właścicieli ośrodka, giżyckiego „Almaturu”, w którym od początku chcieliśmy ulokować regaty. Marek Winiarczyk, szef ośrodka, pomysł podchwycił, ale długo nie krył swego sceptycyzmu. – Regaty Dezet? Całodobowe? Puknij się w czoło, kto będzie chciał wziąć udział w takim przedsięwzięciu? Przyjedzie pięć, może sześć załóg, studził mój zapał, ale wszelkiej pomocy udzielił i sam włączył się do organizacji nietypowego przedsięwzięcia. Sam miał wówczas dwie sprawne Dezety, trzecią na brzegu z którą nie wiedział, co zrobić, ale na którą wyrok już zapadł, i jeszcze jedną drewnianą za hangarem, dla której ratunku już nie było. Dziś ma już ich dziewięć i jest chyba największym w Polsce armatorem tych jachtów.

Aby zachęcić uczestników do wzięcia udziału w regatach, postanowiliśmy nadać im status oficjalnych Mistrzostw Polski, co finansowo kosztowało niemało, ale dawało również nadzieję na pozyskanie przychylności sponsorów i większe zainteresowanie żeglarzy. Trzeba było także znaleźć sędziego, który zgodziłby się wymyśloną formułę zamienić na spójną instrukcję żeglugi regat, co wcale łatwe nie było. Zgodził się ostatecznie Marek Gałaj z Anią. Długo dyskutowaliśmy o szczegółach, zwłaszcza tych regulujących żeglugę nocną, używanie wioseł, nawigację i mnóstwo detali, które wychodziły na bieżąco. Problemem była konieczność zapewnienia oświetlenia jachtom. Wiedzieliśmy, że zepchnięcie tego problemu na załogi skończy się fiaskiem, bo konieczność zabrania akumulatorów i świateł na jedną dobę wydawała się absurdalna. Z pomocą przyszedł Paweł Wojna, nieżyjący już dziennikarz „Rejsu”, który wpadł na pomysł zastosowania typowych światełek rowerowych. 100 godzin pracy na dwóch paluszkach A4, dobra widzialność, możliwość ustawienia różnych trybów pracy i cena na poziomie 12 złotych za sztukę spowodowała, że pomysł, zadziwiający swą prostotą, chwycił od razu.

Pozostawało do projektu startu w regatach przekonać armatorów, którymi z reguły były firmy czarterowe i szkoleniowe. A ci wcale chętni nie byli obawiając się często o stan jachtów, niezdolność do rywalizacji w regatach, przypadkowe załogi czarterujące jachty. Wysuwali sporo przekonujących argumentów, ale z reguły też bardzo przychylnie przyjmowali samą ideę.

Wpadłem wówczas na pomysł, że trzeba zachęcić do udziału właśnie armatorów oferując im armatorską formułę nagradzania w regatach. Budżet imprezy mieliśmy niewielki, ale sporo kontaktów w środowisku. Dość łatwo pozyskaliśmy dużo nagród rzeczowych, na ogół związanych z jachtami. Komplety żagli, liny, bloki, ściągacze, kotwice, zestawy farb to nasunęło pomysł aby nagradzani byli armatorzy niedoinwestowanych często jachtów, dla których nagrody w postaci wyposażenia jachtów mogą stać się atrakcyjnym uzupełnieniem stanu posiadania.

Problemy organizatorów

Do naszego pomysłu trzeba było przekonać jeszcze oficjalne władze w postaci Urzędu Żeglugi Śródlądowej, który musiał wydać zgodę na rozegranie regat w nocy. Z duszą na ramieniu jechałem do Giżycka z pismem, w którym przedstawiłem wszystkie argumenty. Moje wątpliwości błyskawicznie rozwiał ówczesny dyrektor, pan Tadeusz Zdanowicz, który sam okazał się admiratorem Dezet, żeglował na nich przed laty i do pomysłu odniósł się wręcz entuzjastycznie.

Zabiegałem od początku o stronę wizualną regat. Wymyśliłem logo akcji Ratujmy Dezety, spodziewałem się bowiem, że w ślad za tymi regatami pójdzie chęć organizowania innych przedsięwzięć, na przykład wypraw turystycznych. Zaprojektowałem dyplomy, „Almatur” wziął na siebie przygotowanie okolicznościowych koszulek. Banderki w pierwszym sezonie nie wypaliły, nie wiedzieliśmy bowiem ile załóg ostatecznie przypłynie. Ale już od drugiej edycji są nieodłącznym elementem regat, a po latach załogi przypływają z całą ich kolekcją. Ważną sprawą były barwy regat. Uznaliśmy, że nie warto robić corocznie banderek, dyplomów i koszulek w tym samym kolorze i corocznie zmienia się ich barwa tworząc zaskakujące czasem kompozycje. Logo regat pojawia się na wszystkich elementach, a całość tworzy ciekawą próbę identyfikacji wizualnej imprezy.

Kolejnym problemem był podział nagród. Uznaliśmy, że najlepsze jachty, te, które wygrają, są już i tak dobre, nagradzanie ich elementami wyposażenia mija się trochę z celem. Naszym celem stało się bowiem wsparcie tych najbardziej potrzebujących. Marek Winiarczyk podsunął pomysł, który z powodzeniem stosował u siebie w rozmaitych imprezach, a mianowicie losowanie nagród. Tak urodziła się formuła, która okazała się atrakcyjna dla wszystkich, a zarazem skłoniła wiele załóg do przyjazdu do Giżycka.

Stworzyłem bazę armatorów jachtów klasy DZ i okazało się, że na Mazurach żegluje regularnie około 20 jednostek, co było dla wszystkich pozytywnym zaskoczeniem. Rozesłałem zaproszenia, ale objechałem wszystkich osobiście przekonując ich do startu. Problemem była liczba członków załogi. Wiele jachtów przypłynęło podczas zwykłych rejsów czarterowych i nikt nie chciał rezygnować ze startu. Ostatecznie przyjęto płynne składy załóg mieszczące się w przedziale 6-12 osób.

I wreszcie kwestia łączenia napędu żaglowo-wiosłowego. To był bardzo trudny do rozwiązania problem, zdecydowano się ostatecznie wprowadzać jak najmniej zakazów stąd też nie wprowadzano żadnych w tej mierze ograniczeń. Bywały zatem takie lata, że wiało słabo, a parcie na zwycięstwo nie malało, stąd też decyzja o wiosłowaniu przez 18 godzin na krótkie zmiany. Pogoda zazwyczaj nie sprzyjała żeglarzom, wiało mizernie, ale dzięki temu w nocy było bezpiecznie. Tylko raz, w drugiej edycji, przywiało tak, że uczestnicy przepłynęli 165 kilometrów w ciągu doby. Bywały jednak takie lata, że od wioseł najlepsi nie odchodzili po kilkanaście godzin.

Dezety na start

Ostatecznie w dniu startu, w giżyckim porcie „Almaturu” stało przy kei 16 jachtów, co w gronie organizatorów uznaliśmy za duży sukces. Stan techniczny wielu jachtów już takim optymizmem nie napawał. Stare żagle, odrapane burty, olinowanie wiązane na przysłowiowe krawaty były wówczas codziennością. Wielkim problemem było skompletowanie pełnego zestawu wioseł. Nie udało się, toteż ostatecznie ustalono ich liczbę na sześć. Nie zabrakło jednak jachtów nienagannie utrzymanych, otoczonych troską armatorów, te jednak były w mniejszości.

Trasa pierwszych regat wiodła z „Almaturu” na jezioro Dobskie, stamtąd pod Pieczarki, do „Almaturu”, a na noc organizatorzy zaplanowali krótkie pętle wokół Dębowej Górki na Kisajnie. Regaty pokazały, że poziom wyszkolenia załóg i samych jachtów jest tak zróżnicowany, że flotylla bardzo szybko rozciągnęła się na długim dystansie.

Bezpieczeństwo

Ta sprawa spędzała sen z oczu organizatorom. Jak zorganizować regaty jeśli załogi rozciągają się na kilkanaście kilometrów, a żeglować trzeba także w nocy. Słynne kółka wokół Dębowej Górki na Kisajnie stały się prawdziwą zmorą, bo najszybsze załogi wykręcają ich po kilkanaście. Dłuższa pętla także nie wchodzi w grę z uwagi na zbytnie rozrzucenie jachtów po akwenie i niemożność kontrolowania ich w nocy w celu zapewnienia bezpieczeństwa. Ostatecznie przyjęto rozwiązanie w postaci punktu kontrolnego w Sztynorcie, być może tak już pozostanie.

Przez 24 edycje regat nie zdarzył się ani jeden wypadek żeglarza na trasie, a pamiętać trzeba, że jednorazowo ścigało się nawet grubo ponad 300 osób. Było to możliwe właśnie dzięki szerokiemu marginesowi bezpieczeństwa i rozsądkowi żeglarzy. Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że są to regaty bezpieczne.

Późniejsze edycje

Impreza zyskała szybko dobrą sławę. Już od II edycji startowało regularnie powyżej 30 jachtów, a na starcie na jeziorze Kisajno wówczas rządziły Dezety powodując, że ten fragment jezior przypominał nieco Mazury sprzed lat pięćdziesięciu. Startują w regatach przedstawiciele głównie dwóch grup wiekowych; licealiści z rejsów czarterowych oraz osoby w wieku mocno już zaawansowanym, dla których żeglowanie na Dezecie jest powrotem do ich żeglarskiej przeszłości sprzed wielu lat. Od 2003 roku do wsparcia naszej akcji włączył się Andrzej Janowski, właściciel stoczni Janmor, który ufundował początkowo skorupę Sasanki, a od roku 2004 regularnie przyjeżdżał z nagrodą główną w postaci skorupy Dezety wartej kilkanaście tysięcy złotych. To zwiększyło w istotny sposób zainteresowanie regatami, ale także zaostrzyło rywalizację.

Początkowo liczba startujących ustabilizowała się na poziomie powyżej trzydziestu załóg, w późniejszych latach zainteresowanie wyścigiem nieco zmalało i w ostatnich latach rywalizuje około dwudziestu załóg. Organizatorów zawsze najbardziej cieszyło pojawienie się Dezet, których kadłuby były wylosowane w przeszłości, niektóre przypływają po dziś dzień.

W siódmej edycji nie wyłoniono mistrza, regaty przerwano w nocy po ostrzeżeniu o nadciągającej silnej burzy, a ponieważ wszyscy mieli w pamięci jeszcze nawałnicę rok wcześniej i kilkanaście śmiertelnych ofiar, wielu protestów nie było. Dla mnie była to także ważna edycja imprezy, ponieważ przygotowywałem je po raz ostatni.

Oczywiście jak to bywa przy powodzeniu jakiejś idei, nie wiadomo skąd wyłaniają się liczni ojcowie sukcesu. Kiedy zatem w sierpniu wystartuje kolejna edycja regat, proszę pamiętać, że przez lata organizowali je dwaj szefowie giżyckiego Almaturu, obecnie nazwanego Oczy Mazur – Marek i Grzegorz Winiarczykowie, Paweł Wojna i niżej podpisany. Pomyślnych wiatrów…

                                                                                                                              Marek Słodownik

  *   *   *

F  O  T  O

 

          Pierwsza edycja regat „Ratujmy DZ-ty”, 2002 r. Od lewej: Anna Galaj – sędzia regat, Marek Słodownik – twórca i współorganizator regat, Marek Winiarczyk – szef ośrodka Almatur w Giżycku, współorganizator regat. 

Fot. z arch. Marka Słodownika

 _____________________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Marek Słodownik: 89-lecie pierwszego polskiego Hornu

1 marca 1937 roku „Dar Pomorza” minął Przylądek Horn jako pierwszy polski statek. Dla polskiej bandery było to wydarzenie symboliczne, pokazywało odrodzenie Rzeczypospolitej i rosnące ambicje środowiska morskiego. Dziś, w 89. rocznicę tego wydarzenia wracamy do historycznego rejsu Białej Fregaty.

W życiu każdego kapitana i jego statku dwa dokonania są szczególnie ważne: opłynięcie świata i pokonanie Przylądka Horn. Konstanty Maciejewicz na „Darze Pomorza” świat opłynął w latach 1934-1935, teraz chciał zdobyć drugi żeglarski szczyt.

15 września 1936 roku z Gdyni w daleki rejs wypłynęła Biała Fregata z 20 członkami załogi stałej, 6 instruktorami i 63 uczniami. Rejs przebiegał bez poważnych problemów, choć statek miał opóźnienie.

                          

Pierwszym portem był St. Thomas na Karaibach, a następnie „Dar” pożeglował do Kanału Panamskiego.

Na Galapagos załoga miała chwilę wytchnienia, ale później szybko wróciła do stałego rytmu wacht. Na Tahiti wypoczynku już nie było, czas postoju wypełniało intensywne szkolenie żeglarskie i szalupowe.

Kiedy ruszyli w stronę Hornu, równolegle do służby załoga przygotowywała statek na spotkanie z oceanem szczególnie groźnym w tym rejonie. Statek nękany był początkowo przez pasmo ciszy, ale schodząc w ryczące czterdziestki coraz częściej napotykał silne wiatry. Załoga sposobiła się na najgorsze, na pokładzie dawało się wyczuć niepokój. O przygotowaniach komendant pisał na łamach prasy:
Główną naszą troską było zabezpieczyć statek przed utratą sterowności, w razie zaś wdarcia się fali – przed utratą ludzi i inwentarza od zmycia za burtę. Przygotowaliśmy grube, długie liny, które wypuszczone z rufy, miały zmniejszyć ewentualność zepchnięcia statku w bruzdę fal. Przenieśliśmy posterunek sterowy bliżej śródokręcia zabezpieczając sterników i samo urządzenie dla sterowania od bezpośredniego zetknięcia się z wałem wodnym. Szalupy zostały również zamocowane, nad nadburciem zaś przeciągnięta została prowizoryczna siatka z lin okrętowych, zabezpieczając w ten sposób ludzi od wyniesienia wraz z falą za burtę. Żagle i liny zostały zamienione na najnowsze i najmocniejsze.1

Z każdym dniem było już tylko gorzej, a wśród załogi rosło zaniepokojenie. Wszyscy jednak chcieli zobaczyć legendarny przylądek. Komendant wspominał kulminacyjny moment rejsu: (pisownia oryginalna):
Tymczasem, podchodząc do przylądka Hoorn, mieliśmy już mocny, pomyślny wiatr, który marynarze nazywają pół-sztormem. Jednocześnie barometr stale opadał […] W dniu 28 lutego po południu zobaczyliśmy nieco z lewej strony grupę wysp. Były to wyspy Diego Ramirez, leżące 40 mil na południo-zachód od właściwego przylądka Hoorn. Mamy je wreszcie. Widać niegościnne brzegi. Wprost z wody piętrzą się niegościnne skały. […] W noc na 1 marca przychodzi sztorm, lecz wiatr wieje od lądu, dużej fali nie ma. Przylądek Hoorn przechodziliśmy w dość znacznej odległości, tak, że tylko dobrą lornetką mogliśmy odróżnić go od szeregu innych skał, leżących na tle gór pobliskiego lądu.2

W podsumowaniu Konstanty Maciejewicz podkreślił, że wyprawa udała się, jej cele zostały zrealizowane, a statek bezpiecznie powrócił do domu.

Właściwie można śmiało powiedzieć, że ostatnia podróż „Daru Pomorza” miała przebieg pomyślny ze względu na brak chwil niebezpiecznych dla statku i obsady statku, bo niestety, dla żaglowca dziś cisze są groźniejsze niemal od burz.3

           *      *       *

Przez lat żadna polska jednostka żaglowa nie opłynęła Przylądka, ale w początku roku 1973 dokonały tego aż trzy jachty.

  • Krzysztof Baranowski na „Polonezie” podczas wokółziemskiego rejsu dotarł do Hornu 23 lutego. Żeglował samotnie, a pod kątem tego etapu dokonał istotnych zmian na jachcie demontując bezanmaszt i zabudowując kokpit. Przedłużony rumpel pozwalał na sterowanie bez wychodzenia z kabiny.

  • Aleksander Kaszowski na „Eurosie” dowodził 7-osobową załogą, która z Polski do Valparaiso dotarła na pokładzie statku. Rejs zaczął się w tym porcie, a kolejnym było Buenos Aires. Na Hornie byli 27 lutego.

  • Tomasz Zydler dowodził 5-osobową załogą „Konstantego Maciejewicza” złożoną z bardzo młodych ludzi, głównie studentów w rejsie dookoła Ameryki Południowej. Żeglowali ze wschodu na zachód i Przylądek opłynęli 26 marca.

Tak uwiecznili ten moment w swoich wspomnieniach. Eugeniusz Moczydłowski pisał:
[…] w odległości kilku mil od wyspy Deceit ukazuje się nad jej górami czarny palec. To jest On! Najsłynniejszy z przylądków, surowy egzaminator żeglarzy i statków – Przylądek Nieprzejednany. We mnie wszystko się gotuje. Niewielu oglądało Go z tak bliska! Przechodzimy między skałami Deceit, jak przez bramę Jego królestwa. Pionowa ściana coraz bliżej. Wyciągamy spod koców aparaty, trzaskają migawki, gęby już uśmiechnięte – napięcie powoli ustępuje.4

Leszek Kosek na kartach swojej książki wspomina:
Siny, spiczasty pagórek wyłania się tam, gdzie go oczekiwano. Na jachcie wybucha radosne podniecenie.5

Jerzy Jaszczuk w artykule prasowym wspomina:
W odległości 2-3 mil stajemy się powoli „caphornerami”. Następuje szał robienia zdjęć. Najbardziej popularne są portrety a la Chay Blyth. Robimy oczywiście także tradycyjne, grupowe zdjęcie z kołem ratunkowym. O godzinie 1730 trawersujemy przylądek w odległości niecałej mili. Idziemy jak najbliżej, aby tylko ominąć kamienie wystające z wody u stóp wyspy. Locja twierdzi, że Horn nie robi przypisywanego mu zazwyczaj, groźnego wrażenia. Na mnie zrobił!6

Marek Słodownik

1Maciejewicz, Konstanty, Przez Cape Hoorn, Morze, 7/1937, str. 18-19
2tamże
3tamże
4Moczydłowski, Eugeniusz,” Pod żaglami i na cumach”, Warszawa , KAW, 1979.
5Kosek, Leszek, „Ze wschodu na zachód wokół Hornu”, Gdańsk, Wyd. Morskie, 1976.
6Jaszczuk, Jerzy, Ze wschodu na zachód, cz. 2, „Żagle i Jachting Motorowy”, 3/1974, str. 8

_____________________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

Małgorzata Krautschneider: Żeglarskie świniobicie.

Któregoś dnia mój mąż oznajmił mi, że kupił świniaka i zamierza urządzić „świniobicie”. Co więcej, twierdził, że umówił się już z rzeźnikiem.

Będziemy się integrować z mieszkańcami, a dzieci poznają prawdziwe wiejskie życie” – powiedział z entuzjazmem.
Zaskoczona, poczułam ciężar na sercu, jakby przede mną wznosiła się kolejna góra.
Świniobicie to w Czechach rytuał, wręcz święto, do którego podchodzi się bardzo poważnie. Przeczuwałam, że nie sprostamy wszystkim obrzędom, a jak każdy pomysł Rudy, także i ten będzie wymagał mojego zaangażowania.

Żyliśmy skromnie, ale nasz styl życia różnił się od codzienności mieszkańców wioski. Dom, w którym mieszkaliśmy, należał do PGR (w Czechosłowacji było to JZD, czyli Jednotné zemědělské družstvo – przyp. red.) – firmy, w której Ruda pracował jako drwal. Stał na rozdrożu dróg. Przed domem stał jacht, który wzbudzał ciekawość przejeżdżających. To już drugi raz zamieszkaliśmy w Rzetůvce, wsi malowniczo położonej w wąwozie. Mieszkańcy okazywali nam sympatię – w końcu nie każda czeska wioska mogła pochwalić się własnym „żeglarzem”.   

Na świniobicie Ruda zaprosił zaprzyjaźnionych żeglarzy z drugiego końca republiki. Karel, szef klubu żeglarskiego w Pribram, w którym Ruda oficjalnie działał, pomagał mu zdobywać potrzebne pieczątki i dokumenty na rejsy. Przyjechać miał z żoną Jožką – energiczną Czeszką, którą znałam już wcześniej.

Pewnego dnia niewielki prosiaczek został przywiązany za nogę do trzepaka przed domem i czekał na rozwój wydarzeń. Na moje pytanie, gdzie jest rzeźnik, mąż odparł, że niestety nie przyjdzie. Był zajęty innym świniobiciem we wsi, ale zapewniał, że „jakoś sobie poradzimy”. Rzeźnik miał nam doradzać na odległość – wykonamy jedną czynność, a potem pójdziemy do niego zapytać o następną. Ruda najwidoczniej blefował.

Nasze życie było ciekawe, pełne humoru i improwizacji. Ruda potrafił zrobić „show” z każdej sytuacji. Ludzie patrzyli na niego z podziwem i chętnie mu wtórowali. Z czasem ten czeski humor oczarował i mnie. Jednak obecność gości, którzy spodziewali się dostać pół świni, wywoływała mój niepokój.

Był piękny, słoneczny dzień. Zbliżało się południe. W domu byłam sama. Nagle przyszła nowina: rzeźnik zmienił zdanie. Zlitował się nad nami i obiecał, że „urwie się” z innego świniobicia i przyjedzie osobiście wszystkiego dopilnować. Do tego czasu nie wolno nam było dotykać świniaka, aby niczego nie zepsuć.

Świniobicie przesunięto więc na godzinę drugą po południu. Ruda beztrosko wybrał się z dziećmi i gośćmi do lasu na grzyby, a ja usiadłam na parapecie w kuchni, wystawiając twarz do słońca. Takie chwile ciszy zdarzały się rzadko, więc czułam się rozgrzeszona z chwilowego lenistwa.

Wkrótce zjawiła się Růženka, czyli „Chroust”, przyjaciółka domu. Była obecna w naszym życiu od zawsze, odkąd zamieszkałam w Czechach. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, więc i tym razem nie mogło jej zabraknąć. Razem cieszyłyśmy się jesiennym słońcem, gdy nagle rozległ się ostry dzwonek. Rzeźnik!

Pojawił się wcześniej. Najwyraźniej nasze świniobicie było dla niego priorytetem. „Ech, tamci sobie poradzą” – rzucił, widząc moją zatroskaną minę. Uspokoił go widok nietkniętego prosiaczka, cierpliwie czekającego na swój los.
A gdzie panienki mają wrzątek?” – zapytał od razu.
Spojrzałyśmy na siebie zaskoczone. Automatycznie napełniłam wodą czajnik i po chwili zaniosłam go do garażu, gdzie rzeźnik zaczynał przygotowania.
Na widok czajnika złapał się za głowę.
To ma być kocioł! Duży kocioł wrzątku!”
Na szczęście wrócił Ruda z gośćmi i zajął się udobruchaniem rzeźnika. Wyciągnęliśmy różne garnki, żeby zagotować jak najwięcej wody. Energiczna Jožka przejęła dowodzenie w kuchni, a Růženka jej asystowała. Garaż wypełnił się ludźmi — wszyscy pracowali w skupieniu pod komendą doświadczonego rzeźnika, który jak kapitan na statku wydawał rozkazy.

Szczęśliwie nie miałam wyznaczonej roli. Chciałam oszczędzić dziewczynkom oglądania tej krwawej sceny, więc poszłam na górę je uspokoić. Zadawały wiele pytań i same domyśliły się, że przytłumiony wystrzał oznaczał koniec życia zwierzęcia.

Jednak nie było mi dane pozostać na uboczu. Po paru godzinach z garażu dobiegły mnie krzyki, żebym zeszła. W końcu wysłano po mnie delegację podnieconych ludzi, którzy niemal siłą zaciągnęli mnie przed oblicze rzeźnika.

W garażu wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Dookoła leżało mięso, w wielkim kotle gotowała się zupa, a ludzie z zakrwawionymi rękami patrzyli na mnie z napięciem.

W końcu dotarło do mnie, że jako Pani Domu to ja decyduję o podziale mięsa, zwłaszcza o losie najlepszych kawałków. Rzeźnik zwracał się do mnie z szacunkiem, a pozostali czekali na moją decyzję. Natychmiast podpowiedział, co powinnam zrobić — przytakiwałam gorliwie, a wszyscy ruszyli do pracy.

Wieczorem nie było już śladu po świniobiciu. Połówkę świni Jožka fachowo spakowała na drogę. Wszyscy uczestnicy otrzymali podarunki, jak nakazuje tradycja. Nam dodatkowo zostały słoiki pełne mięsa na zimę.

Z czasem coraz bardziej doceniałam to doświadczenie. Zapasy ułatwiały mi życie, ale najbardziej zapadła mi w pamięć chwila, gdy rzeźnik dowartościował mnie w roli gospodyni.

Tego dnia naprawdę poczułam się jak królowa.

                                                                                                             Małgorzata Krautschneider

___________________________________________________________
Małgorzata Krautschneiderw połowie lat siedemdziesiątych XX w. ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA i tam napisała i wydała książkę „The Vela” – opis i wrażenia z rejsu zaledwie 23. stopowym jachtem sklejkowym z Polski na Islandię i z powrotem; organizowała regaty Liberty Single Handed Race i inne wydarzenia sportowe i kulturalne w USA. 

 

 

 

Wojciech Jacobson: Pochówek Eskimosów (Inuitów).

 

Tekst, napisany przez Wojciecha Jacobsona i odczytany na spotkaniu przy grobie Ludomira Mączki w 20 rocznicę śmierci Brata Wybrzeża, „Monje del Mar” („Mnich Morski”), #6,  pierwotnie ukazał się pod tytułem „Ludomir w Arktyce” na portalu internetowym Periplus.pl
Korekta tekstu, dobór zdjęć, podpisy pod zdjęciami – Kazimierz Robak (Periplus.pl)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Prosiłem Michała Jósewicza, Kapitana Mesy Szczecińskiej Bractwa Wybrzeża, o odczytanie tych kilku słów, przy grobie Ludka Mączki w 20 rocznicę Jego odejścia. Jednak Michał stwierdził, że – jak na lata przyjaźni i wspólnych rejsów z Ludkiem – to za mało. Prosił, bym uzupełnił to jakimś opowiadaniem. W moim „Archiwum Ludkowym” jest folder zatytułowany „Historyjki”, w którym są zawarte różne anegdoty związane z osobą Ludka. Jedną z historyjek chcę teraz przytoczyć, chociaż jej treść była opowiadana przeze mnie wielokrotnie i opisywana w dwóch książkach.

Było to prawie 40 lat temu. Pierwszego lipca 1987 r. przyleciałem wraz z Ludkiem do wioski inuickiej Gjoa Haven. Ludek z Edmonton w Kanadzie, ja z Polski, ale przez Edmonton. Nasz jacht, „Vagabond 2”, stał na piaszczystym, nieco pochylonym lądzie, blisko wody Zatoki Gjoa Haven.

1987, lipiec, Gjoa Haven: Vagabond’eux na brzegu zatoki. Foto. W. Jacobson

Po dotarciu do jachtu, stwierdziliśmy, że wejściówka, starannie przez nas w 1986 r. zaszalowana, została wyłamana.

Ludek wchodzi na jacht, ja układam to, co przywieźliśmy, Gjoa Haven, lipiec 1987 r. Foto. J. Łubisz

Nie weszliśmy więc do wnętrza, chcąc najpierw zawiadomić policję o włamaniu. Biały policjant, złapany gdzieś w terenie, orzekł, żeby wejść do środka bez niego; on sam jest bardzo zajęty, zjawi się nazajutrz. W wiosce był wypadek: zginęły dwie osoby, ojciec i syn, przy czyszczeniu zbiorników po paliwie. Trwało śledztwo i uroczystości żałobne z udziałem pastora anglikańskiego i księdza katolickiego. Obaj misjonarze, obaj przyjezdni. Grunt był jeszcze zamarznięty i trumny nie były pochowane. Zostały pozostawione na otwartym polu.

We wnętrzu jachtu nie było większych szkód. Zginęła, dość cenna, latarka stroboskopowa i zanieczyszczony został kibel, czyli WC. Nasze dalsze życie potoczyło się zgodnie z zasadą szefa wyprawy i właściciela jachtu : ”do roboty”, (z francuskiego „au boulot”): znaczyło to przygotowanie łódki do wodowania i rejsu.

Trumny na zamarzniętej ziemi, Gjoa Haven, 16 sierpnia 1987 r. Foto. W. Jacobson

16 sierpnia 1987 roku, czyli po 6 tygodniach od wypadku w Gjoa Haven i uroczystościach żałobnych, zaprzyjaźniony Eskimos (Inuk), Eddie Kikoak, katolik, zwrócił się do nas o pomoc przy pochowaniu trumien: ziemia zmiękła, koparka przygotowała doły, pozostał pochówek.

Oczywiście obaj przystąpiliśmy do akcji, szczególnie przykładał się Ludek. To była ciężka praca fizyczna: zasypanie trumien twardą, wpół zamarzniętą ziemią i utworzenie grobów z drewnianymi krzyżami. Groby stanęły w miejscu cmentarnym, widocznym z daleka, nawet z wody.

1987, 16 sierpnia, Gjoa Haven: cmentarz nad brzegiem zatoki. Fot. W. Jacobson

Obaj mieliśmy podobne odczucia: dusze zmarłych Eskimosów – Inuitów pomogą nam w żeglarskich i morskich poczynaniach. 

Pozostało tak do dziś: dusze Ludka i zmarłych przyjaciół żeglarzy sprzyjają nam w żeglarskich i morskich poczynaniach …

Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie…”

                                                                                                                         Wojciech Jacobson

___________________________________
Wojciech Jacobson – ur. 1929 r.; jachtowy kapitan żeglugi wielkiej, uczestnik wyprawy „Marią” od początku, od momentu przygotowań jachtu do rejsu. Prowadził jacht „Vagabond II” z Le Havre do Vancouver w Kanadzie – rejs został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku za 1985 rok, a kapitan prestiżową nagrodą „Srebrny Sekstant”. W latach 1985 – 1988 razem, m. in., z L. Mączką i J. Kurbielem, na jachcie „Vagabond II”, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP – Arktyka, płn. Kanada). Wyczyn żeglarski na miarę światową został uhonorowany I nagrodą Rejs Roku 1988 i „Srebrnym Sekstantem”. Za współpracę z kanadyjską szkołą pod żaglami – Class Afloat, wyróżniony nagrodą Derek Zavitz Memorial Award – „za postawę godną naśladowania” (1998). Nagroda Conrady – 2009, Honorowy Ambasador Szczecina – 2011, członek honorowy PZŻ, AZS, członek Bractwa Wybrzeża.

Marek Słodownik: Jules Verne Trophy

Aż dwa rekordy opłynięcia świata pod żaglami zostały ustanowione w ostatnim czasie. Jak to możliwe? Otóż najpierw 32-metrowy trimaran „Sodebo ULTIM 3” dowodzony przez Thomasa Coville’a opłynął świat w czasie 40 dni i 10 godzin, 45 minut i 50 sekund, a kilka dni później wyczyn opłynięcia świata pod żaglami non stop powtórzyła żeńska załoga kierowana przez Alexię Barrier kierująca 30-metrowym trimaranem „IDEC Sport”. Dziewczyny uzyskały wynik 57 dni, 21 godzin i 20 minut, ale w ich przypadku nie on był najważniejszy; przeszły do historii jako pierwsza całkowicie kobieca załoga, która świat opłynęła bez zawijania do portów. Pobicie tego kultowego rekordu wyścigów morskich zajęło dziewięć lat i trzynaście prób, w tym trzy „Sodebo Ultim”.

Panowie

Skipper Thomas Coville świat opłynął już 11 razy, pozostali członkowie zespołu w żegludze po wielkiej pętli nie mieli jeszcze doświadczeń, choć nie są to w żeglarskim fachu nowicjusze. Część z nich z Thomasem już żeglowała, dla dwójki załogantów był to pierwszy wspólny rejs. Ekipa „Sodebo” żeglowała znakomicie bijąc po drodze rekordy prędkości na odcinku z Francji do równika, do Przylądka Leeuwin i Hornu. „Sodeboys”, jak określiła ich prasa żeglarska, świetnie wystartowali; po 4 dniach i 4 godzinach po wypłynięciu z Francji zameldowali się na równiku, a na południowym Atlantyku notowali nawet 1300-milową przewagę nad dotychczasowymi rekordzistami. Wydaje się, że to dużo, jednak w praktyce oznaczało to zaledwie półtoradniową przewagę, bowiem jachty klasy ULTIM mkną z prędkością nawet powyżej 40 węzłów osiągając regularnie dobowe przeloty na poziomie nawet 850-880 Mm.

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Lloyd Images / Sodebo

 

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Lloyd Images / Sodebo

Były momenty, że przewaga stopniała do zera, nawet tracili do swych wirtualnych rywali. Krytycznym etapem było przejście Oceanu Indyjskiego. Podczas gdy Francis Joyon na trimaranie „IDEC Sport” „przejechał” ocean w 5 dni na jednym halsie, „Sodeboys” musieli wykonać aż 34 zwroty, ponieważ gonili układ niżowy. Mimo wszystko gnali jednak bezprzykładnie i systematycznie odrabiali utracony dystans. Do Przylądka Dobrej Nadziei panowie dopłynęli po 11 dniach, na Hornie meldowali się w 26 dniu wyprawy.

Po pięciu tygodniach ponownie przekraczali równik, aby do mety dopłynąć w czasie 40,5 dni żeglugi. Najtrudniejszym etapem rejsu nie był południowy Pacyfik, Horn, czy Ocean Indyjski. Najbardziej w kość załoga dostała w ciągu ostatnich 48 godzin rejsu, kiedy z pełną świadomością podejmowanego ryzyka wpłynęli w strefę sztormu Ingrid szalejącego z prędkością wiatru w porywach do 65 węzłów i falami wysokimi na 8-10 metrów. Ryzykowali, ale do końca walczyli o rekord, wygrali, ale najwięcej strat na jachcie odnotowali właśnie wówczas. Jachtem rzucało niemiłosiernie, wszyscy trwali w napięciu obawiając się, że ostatnie dwie doby mogą zniweczyć prawie sześciotygodniowy wysiłek.

BI embarquee Sodebo Trophee Jules Verne
credit Vincent Curutchet/Team Sodebo

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Vincent Curutchet / Sodebo

Uwagę obserwatorów przykuł jeszcze jeden element. 40-dniowy rejs w ekstremalnych warunkach nie spowodował istotnych awarii w sprzęcie, poza rolerem jednego z foków i utratą osłony steru w ostatnich dniach, kiedy jacht mierzył się ze sztormem Ingrid; nic nie wymagało spektakularnych działań. Załoga na bieżąco kontrolowała najważniejsze elementy jachtu obserwując krytyczne miejsca dzięki kilkuset czujnikom zainstalowanym w newralgicznych punktach. Dzięki temu załoga decydowała na bieżąco, na ile może sobie pozwolić w „żyłowaniu” jachtu bez ryzyka awarii.

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : The Abeille Bretagne activates her water jets to celebrate Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, after they win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Jean-Louis Carli / Sodebo

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, win the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Jean-Louis Carli / Sodebo

BREST, FRANCE – JANUARY 25 : Thomas Coville and his crew, Benjamin Schwartz, Léonard Legrand, Frederic Denis, Pierre Leboucher, Guillaume Pirouelle, Nicolas Troussel, aboard the Maxi Trimaran Sodebo Ultim 3 off Ouessant, celebrate winning the Jules Verne Trophy, a non-stop crewed round-the-world race, in Brest on January 25, 2026. Photo © Vincent Curutchet / Sodebo

Panie

W tym samym czasie o to samo trofeum walczyła 8-osobowa żeńska załoga The Famous Project dowodzona przez Alexię Barrier. Dziewczyny do tej próby przygotowywały się prawie 2 lata, trenowały nie tylko na jachcie, ale także w basenie, na siłowni, ba, nawet na ringu. Doskonale zdawały sobie sprawę, że męskiego rekordu nie pobiją, ale walczyły o swój, kobiecy. Dotąd miała miejsce zaledwie jedna próba z paniami na pokładzie, w 1997 roku Tracy Edwards próbowała ustanowić rekord na jachcie „Royal & Sun Aliance”, ex „ENZA New Zealand”, ale rejsu nie ukończyły z powodu złamania masztu. W 2003 roku kolejnym katamaranem, „Kingfisher”, dowodziła Ellen Mac Arthur, ale była to załoga mieszana. Oni także nie ukończyli próby, nota bene z tego samego powodu. Teraz 8 ambitnych i doświadczonych żeglarek popłynęło na jachcie „IDEC Sport”, tym samym, którego rekord pobili „Sodeboys”. Jacht został generalnie odnowiony, dostał nowy takielunek, nowe żagle, wymieniono niemal całą elektronikę, jest w świetnym stanie chociaż jest to jednostka niemal 20-letnia. Ich jacht to jeden z ostatnich wielkich wielokadłubowców nieposiadający foili, ponadto jako model nieco już historyczny, nie zapewniał załodze komfortu żeglugi z dachem nad głową, ponieważ stanowisko sternika osłonięte jest zaledwie odchylanymi klapami.

 

Skipper Alexia Barrier and his crew training onboard the Maxi-Trimaran The Famous Project CIC, off Groix island, on July 8, 2025, Photo © Jean-Marie LIOT / The Famous Project CIC

BREST, FRANCE – NOVEMBER 29, 2025 : Boat and crew of The Famous Project CIC, 100% women crew, are photographed before start for Trophée Jules Verne on November 29, in Brest, France – (Photo by Jean-Marie Liot / The Famous Project CIC)

Rejs przebiegał pod znakiem problemów technicznych. Już na południowym Atlantyku awarii uległ system obsługi grota na fale, dziewczyny nie mogły go zrzucić, co skutkowało poważnymi konsekwencjami, rozważano nawet zawinięcie do Kapsztadu. Uporały się z tym kłopotem, ale pojawiały się kolejne: z generatorem, autopilotem, posłuszeństwa odmawiała część elektroniki pokładowej. Kiedy 38. dnia żeglugi minęły Horn, uwierzyły, że mogą osiągnąć cel, ale nie był to jeszcze kres problemów technicznych. Na tysiąc mil przed metą porwały grota na tyle poważnie, że dokonanie naprawy stało się niemożliwe, a zapasowego nie było. Mogły postawić jego górny fragment, ale bardzo spowolniło to jacht. Teraz już jednak nie czas opłynięcia świata stał się nadrzędnym celem, a samo dopłynięcie i ustanowienie pierwszego kobiecego rekordu. Kiedy u wybrzeży Portugalii szalał sztorm Ingrid, dziewczyny schowały się za Azorami czekając na poprawę pogody. Ruszyły, kiedy Brest szykował się na powitanie załogi „Sodebo”. Ostatecznie do celu dopłynęły 26 stycznia uzyskując czas 57 dni, 21 godzin i 20 minut. Ich jacht żeglował regularnie ponad 500 mil w ciągu doby, ale odnotowały też skok 700-milowy. Dla nich jednak priorytetem było samo ukończenie rejsu, wynik był sprawą drugorzędną.

Na pokładzie ramię w ramię płynęły żeglarki z siedmiu krajów, w różnym wieku, najmłodsza miała 23 lata, najstarsza 57, o różnych doświadczeniach życiowych o żeglarskich, a mimo to potrafiły skupić się na wyniku i osiągnąć cel. Marzenie Alexii z Francji, Dee i Deborah z Wielkiej Brytanii, Annemieke z Holandii, Rebekki ze Szwajcarii i Nowej Zelandii, Molly z Włoch i USA, Tamary z Hiszpanii i Stacey z Australii. Dziewczyny z The Famous Project CIC żyły wyłącznie w rytmie swoich trzygodzinnych zmian na pokładzie. Na mecie stwierdziły zgodnie, że nie mają siebie dosyć, choć na pokładzie nie brakowało trudnych chwil i różnicy zdań.

BREST, FRANCE – NOVEMBER 29, 2025 :
Skipper Alexia Barrier (FRA) is photographed with 100% women crew before start of The Famous Project CIC for Trophée Jules Verne on November 29, in Brest, France – (Photo by Jean-Marie Liot / The Famous Project CIC)

Obydwie załogi były entuzjastycznie witane w Breście. Kilkadziesiąt tysięcy kibiców na brzegu to we Francji standard, ale tym razem prowadzono bezpośrednią transmisję telewizyjną, a ceremonia powitania zyskała dopracowaną oprawę.

Historia Jules Verne Trophy

33 lata rywalizacji na najwyższym poziomie to wielkie emocje i okazja do kreowania bohaterów. Trofeum zdobyło zaledwie 8 kapitanów (jeden trzykrotnie, drugi dwukrotnie), płynęło 9 jachtów zwycięskich jachtów, zaliczono tylko 10 udanych prób i 23 zakończone niepowodzeniem. Tak w skrócie można opisać historię najbardziej niezwykłego współzawodnictwa żeglarskiego w dziejach oceanicznej żeglugi. To najwyższa liga w oceanicznym żeglarstwie, do tej próby nie przystąpi nikt, kto nie ma odpowiedniego jachtu, wsparcia z brzegu i budżetu wyrażonego sumą siedmiocyfrową.

Założenia i nagroda

Jules Verne Trophy to nagroda za najszybsze opłynięcie świata dowolnym typem jachtu bez ograniczeń co do wielkości załogi, pod warunkiem zarejestrowania statku w organizacji i opłacenia wpisowego. Nazwa nagrody nawiązuje do powieści Juliusza Verne’a „W 80 dni dookoła świata”, w której Phileas Fogg przemierza planetę (choć koleją i parowcem) w 80 dni. Świeżo upieczony posiadacz rekordu, Thomas Coville, okrążył świat na czele 7-osobowej załogi w czasie 40 dni, 10 godzin, 45 minut i 50 sekund, a więc niemal w czasie dwukrotnie krótszym.

Zasady tej rywalizacji są proste; opłynięcie świata pod żaglami dowolnej konstrukcji jachtem w rejsie załogowym trasą wokół trzech przylądków w czasie poniżej 80 dni. Dystans teoretyczny to 21600 tysięcy mil morskich, czyli około 40 tysięcy kilometrów, ale zdarza się, że załogi nadkładają kilka tysięcy mil w poszukiwaniu optymalnej pogody i uciekania przed ekstremalnymi warunkami pogodowymi. Żeglarze startują na trasę w dowolnym momencie, mogą żeglować razem z rywalami lub w pojedynkę, trzeba swój zamiar zgłosić wcześniej i uregulować niemałe wpisowe. Dla zwycięzców chwała i stałe miejsce w historii żeglarstwa, dla niespełnionych okazja do ponownej próby. Żegluga w najcięższych sztormach wód południa, ale także w ciszach na Atlantyku. Zmiana stref klimatycznych tak szybka, że nawet wytrenowane organizmy zawodowych żeglarzy mają kłopoty z aklimatyzacją.

Opłynięcie świata pod żaglami w rejsie załogowym dzisiaj nie jest już wyczynem spektakularnym, dokonały tego setki żeglarzy. Ale perspektywa się zmienia diametralnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że najszybsi z nich na wokółziemski rejs potrzebują zaledwie 6 tygodni.

Trofeum Julesa Verne’a” zaprojektował Amerykanin Tom Shannon na zlecenie francuskiego Ministerstwa Kultury. Dzieło przedstawia unoszący się dzięki polu magnetycznemu kadłub, a wszystkie wymiary mają ścisłe znaczenie symboliczne i nawiązują do średnicy Ziemi i promienia. Rzeźba umieszczona jest na odlewanej aluminiowej podstawie, na której wygrawerowane są nazwiska skipperów, którzy zdobyli Trofeum. Musée National de la Marine w Paryżu jest gospodarzem i opiekunem Trofeum. Każdy zwycięzca otrzymuje miniaturę trofeum, namagnesowaną tak jak oryginał.

Po pobiciu rekordu odbywa się oficjalna ceremonia, podczas której poprzedni rekordziści wręczają trofeum nowym rekordzistom. Otrzymują oni kadłub i muszą umieścić go w miejscu cumowania w polu magnetycznym.

Geneza

Na tak szalony pomysł rywalizacji wpadł w połowie lat 80. francuski żeglarz regatowy Yves le Cornec. Wrócił właśnie z atlantyckich regat z Kanady do Francji i w gronie znajomych celebrował sukces. Jego jacht przepłynął dystans 3 tysięcy mil z oszałamiającą wówczas średnią prędkością 12,8 węzłów. Rozpromieniony Yves rzucił hasło: „A co byłoby, gdybyśmy z taką prędkością opłynęli świat?” Na kalkulatorze szybko policzył, że żeglując z identyczną prędkością Ziemię można okrążyć w 80 dni bez 5 minut. Tyle trwała hipotetyczna podróż dookoła świata Phileasa Fogga, bohatera powieści Julesa Verne’a. Wydawało się, że to zwykła zabawa, przechwałki, ale w gronie rozrywkowych żeglarzy siedziała Florence Arthoud, dziewczyna ambitna, szukająca swego miejsca w życiu, a przy tym doskonała żeglarka. Razem ze swym przyjacielem, Titouanem Lamazou opracowała regulamin takiego rejsu i wspólnie rozesłali do przyjaciół żeglarzy. W tamtym czasie światowe żeglarstwo oceaniczne było na innym poziomie rozwoju. Trwała właśnie 4 edycja regat załogowych Whitbread Round the World Race, rozegrano także jedną edycję etapowych regat wokółziemskich samotnych żeglarzy – BOC Challenge. Rekordowe opłynięcie świata w rejsie etapowym to wówczas 109 dni, a jachty wielokadłubowe dopiero raczkowały w oceanicznych wyścigach.

Florence w 1990 roku wygrała Regaty Rumowe na Atlantyku pokonując ponad 60 mężczyzn na trasie z Francji do Ameryki Południowej. Titouan w tym samym roku wygrał pierwsze regaty dookoła świata non-stop – Vendee Globe Challenge i wówczas machina organizacyjna nowego współzawodnictwa ruszyła. 109 dni Francuza na wokółziemskiej trasie wydawało się znakomitym wynikiem, ale do poprzeczki ustawionej przez Phileasa Fogga było to wciąż dużo. Taka wizja rozpalała jednak umysły ambitnych żeglarzy, którzy w nowym współzawodnictwie widzieli postęp techniczny, wielkie wyzwanie i hojnych sponsorów finansujących niezwykłe projekty. Pod koniec stycznia 1991 roku Florence i Titouan zarejestrowali stowarzyszenie „Dookoła świata w 80 dni”, które miało się stać wkrótce koordynatorem nagrody Jules Verne Trophy. Swoim projektem para postanowiła zainteresować dwóch wielkich żeglarzy: Robina Knox-Johnstona i Petera Blake. Pierwszy z nich to rekordzista z roku 1969, kiedy jako pierwszy człowiek na świecie opłynął świat w 313 dni na jachcie „Suhaili”, drugi to weteran regat Whitbread, w których startował pięciokrotnie i ostatecznie wygrał je w roku 1990. Obydwaj zapalili się do pomysłu i rozpropagowali go w prasie brytyjskiej i nowozelandzkiej, tym samym projekt Jules Verne Trophy stał się marką globalną. W połowie października 1992 roku oficjalnie powołano do życia nagrodę dla załogi, która opłynie świat w czasie poniżej 80 dni, rozpoczęły się gorączkowe przygotowania. Kolejki do najbardziej wziętych projektantów jachtów wydłużyły się, chętnych do zmierzenia się w nowej rywalizacji nie zabrakło. Lamazou zdobył środki na budowę 44-metrowego jachtu jednokadłubowego nie dowierzając trimaranom. Arthoud negocjowała budowę 40-metrowego trimarana, obydwa projekty zakończyły się fiaskiem. O ile jacht Florence nigdy nie powstał to Titouan swój zbudował, ale błędy popełnione podczas budowy spowodowały, że jacht omal nie zatonął podczas jednego z rejsów treningowych i wkrótce został porzucony jako zbyt niebezpieczny.

Wyzwanie trafiło na podatny grunt; swoje zamiary ogłosiła wkrótce rzesza żeglarzy, ale istotną barierą stały się koszty. Zbudowanie jachtu, który zdolny byłby okrążyć świat pod żaglami w niecałe trzy miesiące wymagało dużych nakładów zarówno na samą jednostkę, jak i na przygotowanie rejsu. Dlatego też pionierzy zdecydowali się wykorzystać jachty już istniejące, które wymagały tylko dopracowania. – Wówczas wszyscy zaczęli nerwowo rozglądać się za wielokadłubowcami zdolnymi do takiego wyzwania. Ceny dużych jachtów skoczyły w ciągu roku o prawie 25 procent– mówiła po latach Florence Arthaud, jedna z inicjatorek powołania nagrody.

Pierwsze nowe jachty do takiej próby powstały dopiero w 2000 roku i to za sprawą nie Jules Verne Trophy, a regat The Race, wymyślonych przez Bruno Peyrona. Wówczas nawet doszło do paradoksu, że zwycięzca tej imprezy, Grant Dalton żeglujący na „Club Med.” opłynął świat szybciej o prawie 9 dni niż wynosił ówczesny rekord, ale nagrody nie dostał. Jak to możliwe? Regulamin JVT mówi, że rejs musi zaczynać się i kończyć na linii leżącej nieopodal Brestu, a The Race zaczynały się w Barcelonie, a kończyły w Marsylii.

Jako pierwsza w szranki stanęły załogi Bruno Peyrona na katamaranie „Commodore Explorer” oraz Petera Blake’a i Robina Knox-Johnstona na katamaranie „Enza New Zealand”. Wystartowali w połowie stycznia 1993 roku, ale tylko Francuzowi udało się dopłynąć do celu. 79 dni, 6 godzin, 15 minut i 56 sekund, wówczas ten wynik uważano za przełamanie bariery, nową jakość w żeglarstwie. Zaledwie 5-osobowa międzynarodowa załoga poradziła sobie z olbrzymim jachtem, ale kiedy pytano żeglarzy na mecie o wrażenia, odpowiadali, że cieszą się, że w ogóle przeżyli. Wyczyn Bruno Peyrona i jego ludzi rozgrzał emocje, kolejni śmiałkowie rozpoczęli przygotowania.

Charakterystyczną cechą tej rywalizacji jest ogromna determinacja żeglarzy podejmujących kolejne próby. Francuz Bruno Peyron próbował aż siedmiokrotnie zdobyć nagrodę, powiodło mu się w trzech próbach (1993, 2002 i 2005), czego nie dokonał nikt inny. Dwukrotnie (1997, 2004) po trofeum sięgał inny francuski żeglarz, Olivier de Kersauson, który potrzebował na to aż sześciu prób. Pozostali żeglarze: Loick Peyron (1 próba), Franck Cammas (3 próby), Francis Joyon (3 próby) oraz płynący wspólnie Robin Knox-Johnston i Peter Blake (2 próby) nagrodę Julesa Verne zdobywali tylko raz. Obecny posiadacz rekordu, Thomas Coville, sięgnął po trofeum w trzeciej próbie. Na przełomie wieków, w latach 1997-2005 walka o nagrodę Julesa Verne nabrała cech osobistej rywalizacji pomiędzy Olivierem de Kersausonem i Bruno Peyronem. Trofeum przechodziło z rąk do rąk, a żeglarze nie szczędzili sobie uszczypliwości. Pięć lat nagroda była w rękach Oliviera, także pięć trzymał ją Bruno, ostatecznie pogodził ich Franck Cammas, który w 2010 roku przerwał tę rywalizację.

Jest także grono żeglarzy, którzy pomimo prób nagrody wciąż nie zdobyli. Ellen MacArthur, która przeżyła na jachcie „Kingfisher” w 2003 złamanie masztu, Tracy Edwards kończąca z podobnym efektem swą próbę w 1998 roku, Pascal Bidegorry (2011), któremu oderwał się fragment pływaka, wreszcie Yann Guichard, który trzykrotnie próbował, w jednym sezonie aż dwukrotnie wycofywał się po awariach, a w roku 2015 rejs ukończył, ale z wynikiem gorszym o 2 dni od rekordu.

Wydawać by się mogło, ze skoro zaledwie ósemka kapitanów sięgała po trofeum to jego zasięg jest ograniczony. Otóż jest dokładnie odwrotnie, a wąskie grono triumfatorów pokazuje, że jest to wyjątkowo trudne wyzwanie, wymagające niezwykłych umiejętności, doskonale przygotowanego jachtu, zasobnego sponsora oraz niezbędnej dawki szczęścia. Właśnie aspekt szczęścia, lub jego braku, podnosili wielokrotnie żeglarze po zakończeniu swoich zmagań na oceanach. Wspomniana Tracy Edwards mówiła po latach, że jej jacht stracił maszt, bo załoga skoncentrowała się na usuwaniu awarii lewej wanty, a w tym czasie pękła kolejna, tym razem z prawej burty i wówczas nie było już ratunku dla 25-metrowego węglowego masztu, który runął na pokład niwecząc doskonale przygotowaną próbę. Franck Cammas w 2008 roku przeżył oderwanie się pływaka trimaranu i wywrotkę jachtu, która zakończyłaby się niechybnie utratą jachtu, ale szczęśliwie wszystko to działo się w zasięgu wzroku nowozelandzkiego brzegu dzięki czemu pomoc nadeszła błyskawicznie i jacht uratowano. O wyjątkowym pechu może mówić Yann Guichard, który w 2014 roku aż dwukrotnie zmuszony był do przerwania prób; w pierwszej uszkodzeniu uległa rufa jednego z pływaków wkrótce po starcie, w drugiej, podjętej kilka miesięcy później, także w pierwszej dobie rejsu stwierdził, że jego 40-metrowy jacht nie słucha steru. Gdyby taka awaria przydarzyła się na wodach południa, strata jachtu wartego kilkanaście milionów euro byłaby w zasadzie przesądzona. Przed laty, w 2002 roku Bruno Peyron wystartował do rejsu po wielomiesięcznych przygotowaniach, ale już pół godziny po starcie złamał się top masztu i jacht, ku rozpaczy załogi i nerwowej reakcji sponsora, musiał zawrócić. Wystartowali trzy tygodnie później i zdobyli nagrodę, ale była to chyba największa huśtawka nastrojów w dziejach tej rywalizacji. Kiedy ten sam Bruno dwa lata później wystartował dwukrotnie do próby ponownie zabrakło mu szczęścia, bo najpierw na wysokości Hiszpanii zniszczył pływak jachtu po uderzeniu w niezidentyfikowany obiekt, a w kolejnej próbie nieopodal Wysp Zielonego Przylądka jacht uderzył tym samym pływakiem w kolejną dryfującą przeszkodę. Tym razem z odebraniem nagrody rywalowi musiał czekać aż do następnego sezonu.

Kto może płynąć i kto wygrywa?

Praktycznie każdy żeglarz może zgłosić zamiar opłynięcia świata zgodnie z zasadami JVT. Aby jednak zostać sklasyfikowanym i móc ubiegać się o nagrodę, musi przed rejsem wpłacić 30 tysięcy euro. Kto nie wpłaci, zostaje tylko rekordzistą trasy. Przez lata na ten wymóg boczył się Kersauson, ale odkąd jego sponsorem został światowy gigant Schneider Electric, przestał się obrażać, bo kasa na wpisowe zawsze się znajdowała. Steve Fosset, milioner amerykański, zaproponował organizatorom, że zapłaci, ale tylko w przypadku, gdy rekord pobije. Francuzi pozostali jednak nieugięci i zgody nie wyrazili, co skutkowało tym, że jego nazwisko nie znalazło się na oryginale nagrody, a on sam pozostawał tylko rekordzistą trasy. Jego rekord utrzymał się jednak tylko kilkanaście dni, w tym samym bowiem czasie płynął Bruno Peyron, który ustanowił kolejny rekord.

Interesujący jest wynik zaglądania w PESEL-e zwycięzców. Najmłodszym posiadaczem trofeum był Franck Cammas, który miał wówczas 38 lat i jako jedyny z ósemki zdobywców trofeum nie przekroczył wówczas jeszcze czterdziestki. Peter Blake liczył sobie 45 wiosen, pozostali przekroczyli 50 lat i więcej. Najstarszym triumfatorem tej rywalizacji jest Francis Joyon, kończył 61 lat, kiedy sięgał po trofeum. Sześćdziesiątkę przekroczył także Olivier de Kersauson w rejsie z 1997 roku.

Trasa i terminarz

Punkt startowy Jules Verne Trophy wyznacza wyimaginowana linia między latarnią morską Créac’h na wyspie Ouessant (Ushant) we Francji a latarnią Lizard Lighthouse w Wielkiej Brytanii. Łodzie muszą okrążyć świat, okrążając przylądki Good Hope, Leeuwin i Horn lewą burtą i przekroczyć linię startu w przeciwnym kierunku.

Linia startu jest otwarta od oficjalnej ratyfikacji regulaminu trofeum przez Światową Radę Rekordów Prędkości Żeglarstwa.

Do próby żeglarze startowali zazwyczaj późną jesienią aby na wodach południa i Przylądku Horn być w okresie lata na półkuli południowej. Oznacza to, że do Europy wracają w lutym. W ostatnich latach jednak podejmowano wiele prób dopiero w grudniu, co zawdzięczamy szybkości jachtów docierających w krótszym czasie na Horn. Nie brakowało jednak prawdziwych ryzykantów, wspomniany już Kersauson wypłynął z Brestu dopiero 25 lutego 2004 roku i powrócił pod koniec kwietnia. Po latach powraca do tamtego rejsu: To było nadludzkie wyzwanie: było potwornie zimno, mokro i wilgotno, wiało makabrycznie. Cholerne doświadczenie, dwa miesiące w ciągłym napięciu w okropnych warunkach i z ciągłym zagrożeniem lodowym. Przesadziliśmy! Inni mieli więcej pokory i po nadejściu kalendarzowej zimy już nawet nie próbowali. Ale i w historii tego przedsięwzięcia nie brakuje odważnych posunięć, jak choćby pionierski rejs Bruno Peyrona, w którym wzięło udział zaledwie pięciu żeglarzy. – Było naprawdę bardzo ciężko, a miewaliśmy momenty, kiedy śmierć zaglądała nam do oczu. Sztorm nieopodal Hornu, w który dostaliśmy się wówczas zapamiętam do końca moich dni – powiedział Bruno Peyron.

Jachty

We wszystkich próbach brało udział stosunkowo niewiele jachtów, zaledwie kilkanaście, ale płynących aż pod 18 różnymi nazwami. Dzieje się tak dlatego, że zazwyczaj po zakończeniu kilkuletniego projektu sponsorzy wycofują się z kontynuacji działań i jacht zostaje sprzedany kolejnym chętnym. Tak działo się na przykład z trimaranem „IDEC Sport”, zdobywcą trofeum w 2017 roku, który zdobywał Jules Verne Trophy pod nazwą „Groupama 3” w roku 2010 czy z jachtem „Spindrift 2”, który jest dawnym „Banque Populaire V” sięgającym po trofeum pod poprzednią nazwą w 2012 roku. Mniej uważnym obserwatorom wydaje się trudne do zrozumienia, że kilkuletni jacht w nowych rękach jest w stanie żeglować szybciej niż dotąd, sięgając po rekordy. Dzieje się tak, ponieważ każda zmiana właściciela pociąga za sobą poważny remont jednostki, zazwyczaj także odchudzenie jednostki o kilkaset kilogramów oraz oczywiście z powodu naturalnego postępu technologicznego skutkującego lżejszymi linami takielunku, żaglami czy wyposażeniem oraz stosowaniu nowocześniejszych technologii pozwalających na bardziej efektywne żeglowanie.

Zdarza się, że po zakończeniu sponsorowania jachtu żeglarz zostaje z jednostką, pozyskuje kolejnego sponsora i ten sam jacht żegluje w nowych barwach. Zdobywca nagrody w 1997 roku, trimaran „Sport Elec”, wcześniej żeglował pod nazwami „Lyonnaise des Eaux” (1994) i „Charal” (1993). „Royal SunAllience” Tracy Edwards z 1998 roku to dawna „Enza New Zealand”, zwycięzca sprzed czterech lat. „Kingfisher” Ellen MacArthur z 2003 roku to „Orange” Bruno Peyrona, który rok wcześniej rekord ustanowił. Inny przypadek to kontynuacja projektu z nowym jachtem po uzyskaniu satysfakcjonującego wyniku w poprzednich sezonach. Tak stało się z katamaranami „Orange” i „Orange II”, jachtami odpowiednio z 2000 i 2003 roku.

Wszystkie wspomniane rozwiązania są możliwe także z tego powodu, że wielokadłubowe jachty, które zdominowały tę rywalizację, są jednostkami długowiecznymi, żeglującymi wiele lat i przez wiele lat modyfikowanymi przez swoich właścicieli. W kontekście wielokadłubowców warto także porównać trimarany i katamarany. Jeszcze 20 lat temu problem wyższości jednych nad drugimi wydawał się być nierozstrzygnięty, dzisiaj już jednak wiadomo, że w walce o nagrodę i wyścigu o prędkość, dominują jachty trzykadłubowe. Spośród dziesięciu zdobywców nagrody cztery to katamarany, ale po raz ostatni ten typ jachtu zwyciężył w 2005 roku, a więc ponad 20 lat temu. Najszybszy katamaran, „Orange II” opłynął świat w 50,5 dnia, obecny rekord trimarana „Sodebo ULTIM 3” jest lepszy o 10 dni.

Wyniki

Pierwszy zdobywca Jules Verne Trophy na opłynięcie świata potrzebował 79 dni, 6 godzin, 15 minut i 22 sekund. Żeglował wówczas ze średnią prędkością 11,35 węzła, co wydawało się wynikiem z kosmosu. Tak szybko wokół świata nie żeglował jeszcze nikt, ale rywalizacja, wysiłki żeglarzy i sponsorów bardzo szybko przesuwały kolejne granice. Aktualny rekord, ustanowiony przez Thomasa Coville’a i jego 6-osobowej załogi wynosi 40 dni, 10 godzin, 45 minut i 50 sekund, a średnia prędkość to niemal 29,17 węzłów, czyli 54km/h. Statystycznie jacht każdego dnia próby pokonywał 700 mil morskich. Prawie dwukrotnie szybszy rejs na wokółziemskiej trasie był możliwy dzięki rozwojowi technologii i inżynierii materiałowej. To naturalny proces, ale skala zmian zaskakuje chyba wszystkich. Dziś na okrążenie świata potrzeba zaledwie niespełna 6 tygodni, a rekordowe dobowe przebiegi osiągają nawet 900 mil morskich.

Analizując tabele rekordów łatwo dostrzec, że poprawa wyników następowała skokowo. Zaledwie dwukrotnie rekordy poprawiano rok po roku, w latach 1993/1994 oraz 2004/2005. Zdarzyło się, że na nowy rekord czekaliśmy aż 5 lat od roku 2005 do 2010, czy pomiędzy latami 2012 a 2017, a najdłużej posiadaczem rekordu był Francis Joyon, który dzierżył go aż 9 lat, od 2017 roku. W przeszłości wyniki poprawiano o przysłowiowy włos, kiedy w 2004 roku Olivier de Kersauson żeglując przez 63,5 dnia poprawił rekord Bruno Peyrona zaledwie o 18 godzin, nowy rekord jest lepszy od dotychczasowego o godzin 12, ale zdarzały się skoki zaskakujące nawet fachowców. Tak było w roku 2005, kiedy ten sam Bruno dopłynął do mety w czasie krótszym o prawie 14 dni od ówczesnego rekordu. Jeśli zsumujemy wszystkie próby rekordzistów to mimo wszystko najdłużej z posiadania rekordu cieszył się Francis Joyon, mimo, że w tym czasie odnotowano cztery próby. Bruno Peyron był posiadaczem aż trzech rekordów, łącznie należał on do niego przez 8 lat. 6 lat trofeum Julesa Verne’a dzierżył Olivier de Kersauson, także na raty, bo zdobywał je dwukrotnie. Przez 5 lat rekordzistą wokółziemskiej trasy pozostawał Loick Peyron.

Obserwując rekordowe wyniki nie sposób pominąć także liczebność załóg. Tutaj ścierają się dwie tendencje. Pierwsza z nich mówi, że na pokład należy zabrać jak najwięcej żeglarzy, bo daje to wytchnienie ludziom w ciężkiej pracy pokładowej i pozwala na bardziej efektywne rotowanie wacht podczas wielotygodniowej żeglugi. Na „Banque Populaire V” żeglowało 14 żeglarzy, spędzających czas w obszernych stosunkowo wnętrzach jachtu. Oni rekord pobili. Ten sam jacht, już jako „Spindrift 2” z tak samo liczebną załogą w trzech próbach rekordu jeszcze nie ustanowił. Druga tendencja nakazuje zabranie jak najmniej licznej załogi, bo każdy człowiek na pokładzie to około 100 kilogramów wagi plus zapasy żywności. Zwiększenie liczebności załogi to także wzrost masy całkowitej jachtu. Wprawdzie większy jacht, to większa powierzchnia żagli, ale nie zawsze jest to oczywista przewaga. 40-metrowej długości „Banque Populaire V” zdobył wprawdzie trofeum w 2012 roku, ale znacznie od niego krótszy, zaledwie 30-metrowy „IDEC Sport” był szybszy o prawie 5 dni. Bruno Peyron w pierwszej próbie z 1993 roku żeglował w towarzystwie 4 żeglarzy, późniejszemu rekordziście, Francisowi Joyonowi towarzyszyła piątka ludzi, ale starannie wyselekcjonowanych spośród ponad 60 chętnych do wzięcia udziału w tej niezwykłej próbie. Nowi rekordziści to 7-osobowa załoga.

Dalsze losy żeglarzy

Pomysłodawca współzawodnictwa, Yves le Cornec, nie popłynął w swój wymarzony wokółziemski rejs, nie wystartował później w żadnych poważnych regatach oceanicznych. Zajmuje się prowadzeniem rejsów czarterowych, żegluje do dzisiaj. Titouan Lamazou, po wpadce z eksperymentalnym i przewymiarowanym 44-metrowym jachtem, także nigdy już nie popłynął w żadnych regatach. Zajął się malarstwem, żegluje na swojej mobilnej pracowni, organizuje wystawy, jest popularnym twórcą marynistycznym. Florence Arthoud zginęła w wypadku helikoptera podczas pracy nad filmem 10 lat temu. Peter Blake został w połowie lat 90. zwycięzcą regat o Puchar Ameryki, który obronił 5 lat później. W grudniu 2001 roku został zastrzelony na Amazonce na pokładzie swego jachtu badawczego podczas realizacji projektu ekologicznego. Robin Knox Johnston żegluje po dziś dzień pomimo 80 lat na karku, ale już tylko rekreacyjnie. Za swój rekordowy rejs z 1994 roku obaj z Blake’m odebrali z rąk królowej Elżbiety II tytuły szlacheckie, a ich instrumenty nawigacyjne z tamtego rejsu są elementami ekspozycji w muzeum w londyńskim Greenwich. Olivier de Kersauson już nie żegluje, ostatnio pełnił rolę patrona francuskiego zespołu regatowego przygotowującego się do regat o Puchar Ameryki. Bruno Peyron także jest na żeglarskiej emeryturze, pływa wyłącznie dla przyjemności w krótkich rejsach, jego brat Loick wciąż ściga się w regatach, ale w ostatnich kilku latach startował na historycznych jednostkach znanych powszechnie sprzed kilkudziesięciu lat. Franck Cammas kilka lat temu był skipperem zespołu startującego w rywalizacji o Puchar Ameryki, kilka lat temu w wypadku na jachcie omal nie stracił nogi. Francis Joyon dobiega siedemdziesiątki, rozstał się ze swoim jachtem „”IDEC Sport” i przeszedł na żeglarską emeryturę, a panie obecny rekord ustanowiły na jego dotychczasowym jachcie.

 Rekordy

Rok      skipper                      nazwa jachtu           typ jachtu            czas(dni,godz,min,s)  średnia                                                                                                                                                prędkość (kn)
______________________________________________________________________________

1993   Bruno Peyron             „Commodore Explorer”      katamaran      79,06,15,56                   11,35

1994   Peter Blake                 “ENZA New Zealand”       katamaran      74,22,17,22                    12
Robin Knox-Johnston

1997   Olivier de Kersauson   “Sport Elec”        trimaran                       71,14,22,08                    12,66

2002   Bruno Peyron              “Orange”             katamaran                   64,08,37,24                    13,98

2004   Olivier de Kersauson   „Geronimo”         trimaran                      63,13,59,46                     15,52

2005   Bruno Peyron              “Orange”            katamaran                   50,16.20,04                     17,89

2010   Franck Cammas          “Groupama 3”    trimaran                       48.07.44,52                     18,70

2012   Loick Peyron           “Banque Populaire V”    trimaran                45,13,42,53                    19,75

2017   Francis Joyon             “IDEC Sport”              trimaran               40,23,30,30                    21,96

2026   Thomas Coville          „Sodebo ULTIM 3”     trimaran               40.10.45.50                    29,17

Wyprawa Phileasa Fogga

Książkowy bohater Juliusza Verne’a potrzebował 80 dni na zrealizowanie zamiaru okrążenia świata. Harmonogram jego podróży ilustruje ramka. Wystartował 2 października 1872 roku. Geneza podróży to kłótnia (sic!) brytyjskich gentlemanów w słynnym Reform Clubie na temat możliwości objechania świata w ciągu 80 dni po otwarciu linii kolejowej w kolonialnych Indiach.

Londyn – Suez 7 dni pociąg i statek
Suez – Bombaj 13 dni statek
Bombaj – Kalkuta 3 dni pociąg
Kalkuta – Hong Kong 13 dni statek
Hong Kong – Jokohama 6 dni statek
Jokohama – San Francisco 22 dni statek
San Francisco – Nowy Jork 7 dni pociąg
Nowy Jork – Londyn 9 dni statek

Razem 80 dni

Fotografie – materiały prasowe, Lloyd Images/Sodebo, The Famous Project CIC

                                                                                                               Marek Słodownik

_______________________________________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

(zs): 80 lat żeglarstwa akademickiego w Szczecinie. Jacht Klub AZS Szczecin

Żeglarstwo akademickie Szczecina – ludzie i jachty
cz. I, lata 1946-1956

To ludzie tworzą historię organizacji; w żeglarstwie – ludzie i jachty. Pytasz o osoby, postaci ważne, znaczące, które pozostały w pamięci, czasami uwiecznione na starych fotografiach, wymienione w kronikach, artykułach prasowych, ale też i osoby mniej znane, które były, działały, choć pamięć o nich nie zawsze przetrwała po latach.

Żeglarstwo akademickie w powojennym Szczecinie rozpoczęło się w 1946 roku, a dokładnie – jak podają stare kronikarskie zapiski – 12 listopada owego roku. Wówczas to, przyszli studenci nowo powstałej Akademii Handlowej (a właściwie filii Akademii Handlowej z Poznania), jeszcze zanim rozpoczął się rok akademicki, utworzyli sekcję żeglarską przy Akademickim Związku Sportowym. Po kilku miesiącach, przed sezonem żeglarskim, sekcję przerejestrowali do szczecińskiego oddziału Akademickiego Związku Morskiego.

Na czele tego długiego pochodu imion i nazwisk – mówię imion, bo czasami tylko imiona lub tylko nazwiska albo ksywy pozostały w pamięci innych – rysuje się wyraźnie i bez wątpliwości osoba Felka Wodzyńskiego. Pojawił się w Szczecinie w 1946 roku. Był inicjatorem założenia sekcji żeglarskiej i co najważniejsze miał własną szalupę żaglową, która stała się …fundamentem i podstawą majątku (…) zapoznając członków praktycznie z arkanami wiedzy żeglarskiej… Tyle podaje kronika AZM, a wyobraźnia – patrząc na zdjęcie z kroniki – próbuje odczytać więcej z twarzy i póz kilku osób na małej łodzi z postawionym żaglem.

Szalupa ożaglowana Feliksa Wodzyńskiego. Była … fundamentem i podstawą majątku (…) zapoznając członków praktycznie z arkanami wiedzy żeglarskiej…, 1947 r.

Feliks Wodzyński przez lata był obecny w szczecińskim żeglarstwie, wielu zapamiętało go grającego, przy różnych żeglarskich okazjach, na glinianej okarynie; dźwięki walca Brahmsa niosły się daleko po wodzie; z upływem czasu, dźwięki jego okaryny coraz częściej brzmiały wśród parkowej zieleni na … Ku Słońcu.

W tych pierwszych latach żeglarstwa akademickiego, jeszcze przesiąkniętych przedwojennymi tradycjami azetemowskimi, wysokimi wartościami moralnymi, wzorcami postępowania, etosem organizacji, obok Wodzyńskiego, zaznaczają swoją aktywność żeglarską pierwsi członkowie zarządu AZM: Bernard Quandt – był bez ręki; czy to skutek wojny?, Mieczysław Babczyński, Jerzy Szelestowski – później przez wiele lat związany z ośrodkiem żeglarskim w Trzebieży, autor podręczników żeglarskich.

Od lewej: NN, Bernard Quandt, Mieczysław Babczyński (studenci Akademii Handlowej w Szczecinie), na jachcie „Kaczorek” na Zalewie Szczecińskim. Akademicki Związek Morski, lipiec 1948 rok.

Pojawia się Ziomek Ostrowski. Pojawia się, bo były to czasy w których ludzie nagle pojawiali się albo – i nie takie rzadkie to było – nagle znikali. Pytać o nich: gdzie są, dokąd wyjechali – nie było bezpiecznie. Ziomek – harcerz Szarych Szeregów, żołnierz AK w Lublinie, aresztowany przez Rosjan, przetrzymywany na Zamku Lubelskim z wyrokiem kary śmierci, później zamienionym na więzienie we Wronkach. W Szczecinie znalazł pracę (najpierw przy odbudowie portu, u kierującego odbudową inż. Bolesława Rossińskiego, jeszcze niedawno jego dowódcy w lubelskiej konspiracji – ps. „Irena”) i związał się na całe życie z żeglarstwem akademickim. Był sędzią regatowym i właśnie na regatach, któregoś roku, nieostrożność osoby sygnalizującej start do regat wystrzałem z rakietnicy sygnałowej, spowodowała utknięcie naboju w jego nodze. Poważny wypadek, niesprawność nogi pozostała na całe życie.

Ziemowit Ostrowski na jachcie „Dar Żoliborza”, Jastarnia, 1950 r. Foto. z arch. W. Jacobsona.

Ziomek był bardzo dobrym żeglarzem, również regatowym, przez lata aktywnym we władzach żeglarstwa akademickiego, ale także pełnym inicjatywy we wszelkich pomysłach i pracach technicznych przy jachtach, na przystani przy jej wyposażaniu technicznym. Charakterystyczne ożaglowanie jachtu „Witeź II” – od 1953 r. kecz sztakslowy z ożaglowaniem żebrowym – z tzw. szprajsgaflem („Va Marie”), obrotnica i tory wchodzące do hangaru dla slipowania jachtów na Wyspie – o Wyspie powiem za chwilę – to projekty i wykonania Ziomka. Było tego więcej, w ogóle Ziomek i jego żeglarskie „przygody”, nie mówiąc już o doświadczeniach wojennych i po wojnie, to temat na odrębną opowieść, łącznie z bolesnym dla niego doświadczeniem u ujścia Tamizy. Życie nie szczędziło mu – jak mawiał Conrad – „i miedziaków i kułaków”, choć tych drugich, chyba jednak, znacznie więcej.

Cały artykuł został zamieszczony w miesięczniku „TVSiódemka” (pod redakcją Marka Koszura), nr 06/2025, str. 64 – 69; dostępny w wersji papierowej lub elektronicznej.

(zs)
____________________________________________________
S T A R A    F O T O G R A F I A

Żeglarze akademiccy na jachcie „Witeź II”, w Szczecinie-Gocław, 1952 r. Trzeci od lewej (pochylony) – Krzysztof Jaworski; brodaty z akordeonem – „dziadek” Leon Dziadkowiec, żaglomistrz, takielator ze stoczni jachtowej; z gitarą Zbigniew Gerlach; za nim Jerzy Jósewicz; pierwszy z lewej stojący na górze – Jerzy Kraszewski; obok Pisarski i Smagacz; obok akordeonisty – Krystyna (?) Schnotale. Foto. z arch Zb. Gerlacha.

Maryla Grochowska i Krzysztof Jaworski, wczesne lata 50te. Foto. z arch. K. Jaworskiego.

 

 

Pałacyk Jachtowy na Gocławiu, Szczecin ok. 1951 r.; od prawej „Tuńczyk”, „Wicher”. Foto. z
arch. Z. Ostrowskiego.

Krzysztof Jaworski (w okularach), Maryla Grochowska, NN, Wojciech Jacobson. Wczesne lata
50te. Foto z arch. K. Jaworskiego.

Żeglarze akademiccy i ich jachty przy przy nabrzeżu – Wały Chrobrego, w Szczecinie, 1951 r.

 

Żeglarze szczecińskiego AZS na jachcie, ok. 1951 r. Foto. z arch. Zb. Gerlacha.

 

 

Od lewej: Lech Jasiński (marynarz Jumbo), Zdzisław Michalski (w czapce), Antoni Jerzy Pisz, JerzyBorowiec, NN (fotograf), NN, ok. 1951 r. Foto. z arch. Z. Dmochowskiego.

Małgorzata Krautschneider: Wojna o Falklandy

Ilekroć mój mąż wybierał się w rejs, między wierszami przygotowywał mnie na to, że może już nigdy nie wrócić. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że jacht może zatonąć w czasie sztormu, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że „Ruda” mógłby zginąć na wojnie, na drugim końcu świata, na odległych Falklandach.

W roku 1981 „Ruda” wyruszył na jachcie „Polka” w rejs. Cel jego podróży nie był dokładnie określony. Chciał spełnić marzenie – dotrzeć do południowego regionu polarnego. Może planował opłynąć świat, a może tylko dopłynąć do Antarktydy.

        „Polka”, pierwsza połowa lat 80tych. Fot. z arch. M. Krautschneider 

Tak czy inaczej – im dalsze, bardziej dzikie i nietknięte przez człowieka miejsce, tym lepiej. W tamtych czasach żegluga jachtem do Antarktydy była ogromnym wyzwaniem i niewiele jachtów tam docierało, a pływanie bez silnika, jak robił to „Ruda”, zdarzało się na pewno jeszcze rzadziej.

Mieszkałam wtedy w Znojmie u rodziny „Rudy”. Uznał, że dla mnie i naszych dwóch małych córek najlepsze będzie zaplecze pod „skrzydłami” jego mamy. Było w tym tylko trochę prawdy. W Polsce panował stan wojenny i życie było o wiele trudniejsze niż w Czechosłowacji. Dla mnie materialne wygody nie były najważniejsze. To miasto znałam z jego opowieści i wiedziałam, że Znojmo było dla „Rudy” prawdziwym azylem. Wychował się tam – naturalne było dla mnie, by tam być podczas jego nieobecności. Traktowałam to trochę jak przygodę.

Czechosłowacja, Znojmo, 2 kwietnia 1982

Był wieczór. Jak co dzień położyłam dzieci spać i wróciłam do kuchni, żeby podgrzać butelki z mlekiem. Nagle zobaczyłam w telewizji wiadomości z Wiednia. Choć żyliśmy w kraju komunistycznym, za żelazną kurtyną, w Znojmie – blisko granicy z Austrią – normalne było łapanie sygnału z Wiednia. Podczas II wojny światowej moja teściowa mieszkała w Wiedniu i w 1943 roku urodził się tam „Ruda”. Nic więc dziwnego, że lubiła oglądać wiedeńską telewizję.

Nie znałam niemieckiego, ale było dla mnie oczywiste, że coś wydarzyło się na Falklandach – właśnie tam, gdzie teraz powinien być „Ruda”. Wojna! Wojna między Argentyną a Wielką Brytanią! A mój mąż żegluje właśnie tam! Jakże to absurdalne! Byłam wstrząśnięta. Moja teściowa próbowała mnie uspokoić: „Gosi, może jego tam nie ma.” Ale moje obliczenia i intuicja nigdy mnie nie zawiodły. Czułam, że jest w niebezpieczeństwie i miałam poczucie, że muszę coś zrobić.

Dla mnie Znojmo, mimo że leżało blisko granicy z Zachodem, wydawało się końcem świata. Czułam się samotna – daleko od Polski i od Pragi, gdzie mogłabym znaleźć ludzi gotowych mi pomóc. Myślałam o moich polskich przyjaciołach, rybakach. Byli wszędzie na morzu. „Muszę im powiedzieć, żeby go szukali.” – mówiłam sobie w duchu.

Największym problemem był brak komunikacji z Polską. Na początku stanu wojennego telefony w ogóle nie działały, później były kontrolowane przez cenzurę. Zdecydowałam się jechać do Polski. Poprosiłam teściową, by zaopiekowała się dziećmi, i wyjechałam ze Znojma, jadąc najpierw do Pragi – do ambasady brytyjskiej. Wierzyłam, że pomogą mi uzyskać informacje o „Rudzie”.

Byłam tam już wcześniej – załatwiałam „Rudzie” brytyjską wizę przed jego podróżą. Teraz stałam przed budynkiem, próbując się przygotować do prośby o pomoc. Nie miałam żadnego planu, chciałam tylko jednego – dowiedzieć się, że on żyje.

Gdy jednak wyjaśniłam moją skomplikowaną historię urzędnikowi o kamiennej twarzy, napotkałam mur. „Nie możemy pani pomóc. Przykro mi.” – powiedział.

Niespodziewanie potwierdzenie moich przypuszczeń o losach „Rudy” otrzymałam z Radia Wolna Europa i BBC. Obie stacje były u nas zagłuszane, a ich słuchanie niemile widziane. Wiadomości podawały, że w porcie Stanley na Falklandach znajduje się czechosłowacki żeglarz. Ulżyło mi – jest w porcie; gorzej, gdyby okręty wojenne znalazły go na morzu, bez silnika i bez radia. Ale jednocześnie było dla mnie jasne, że „Ruda” stał się „gorącym kartoflem” dla obu stron konfliktu. Znalazł się w złym miejscu i w złym czasie. Znałam też jego buntowniczą i niekonwencjonalną naturę. Tym bardziej bałam się o jego życie.

Do tej pory Falklandy kojarzyły mi się z bezpieczną przystanią dla żeglarzy i łowiskiem dla naszych flot rybackich. A teraz, z dnia na dzień, nazwa Falklandów zmieniła się na Malwiny! Polityką się wtedy nie zajmowałam, niewiele też wiedziałam o historii tych wysp. Teraz musiałam szybko to nadrobić – tak samo jak cały zszokowany świat.

 

  7 kwietnia 1982

W międzyczasie dostałam od „Rudy” list. Na kopercie były znaczki z Malwin – prawdziwa rzadkość dla filatelistów. Zaskoczyło mnie, jak szybko dotarł. Wzięłam go ze sobą do pociągu do Polski. Chciałam go przeczytać w samotności.

Polska była w bloku komunistycznym czymś w rodzaju „okna na świat”. Polacy, rozsiani po całym świecie, pomagali sobie nawzajem – zwłaszcza ludzie morza: rybacy, żeglarze, marynarze. Panowała powszechna solidarność i koleżeństwo. Wierzyłam, że pomogą także „Rudzie”. Zabrali by go na pokład którejś rybackiej jednostki. Nie miało znaczenia, że był z Czechosłowacji! Znali mnie. Był moim mężem i marynarzem – a to dla Polaków oznaczało, że był „nasz”.

List był wysłany 7 kwietnia 1982 roku. „Ruda” opisywał w nim swoją dramatyczną sytuację, nadmieniając, że jeśli zostanie w Stanley, ma powody sądzić, że nowi „władcy” go zabiją.


 7 kwietnia 1982 – list

Jest słaba nadzieja, że uda mi się wydostać przez dwustumilową strefę radarową.
Muszę spróbować. Jeśli zostanę, nie mam szansy przeżyć.

Nowi panowie mnie nienawidzą. Jestem pierwszy w kolejce. Jak zwykle, wplątałem się za bardzo.
Powinnaś wrócić z dziećmi do Polski. Tam będzie wam lepiej. Polskę zawsze kochałem i wierzę, że dla ciebie tam życie będzie lżejsze niż gdziekolwiek indziej.
Nie martw się o mnie. Żałuję tylko, że tak mało zrobiłem dla Ciebie i dla dzieci.

Ten chaotyczny i pełen emocji list był czymś w rodzaju „pożegnania”. Był to kontrast z moim dotychczasowym wizerunkiem „nieustraszonego” „Rudy”, którego znałam z rejsu na Islandię, kiedy to w silnym sztormie ledwo uszliśmy z życiem. Podróż do Polski była długa. W pociągu całą noc rozmyślałam – i choć list był smutny, wierzyłam, że „Ruda” wyjdzie z kłopotów.

Czytałam list wiele razy i było dla mnie jasne, że na Falklandach, w Stanley – czyli na Malwinach – „Ruda” spotkał wielu polskich rybaków, z którymi się zaprzyjaźnił. Prosił mnie, abym szczególnie podziękowała kapitanowi i oficerom z bazy rybackiej „Kaszuby II”. Był pełen podziwu dla ich ciężkiej pracy, otwartości i serdeczności – takiej, jaką potrafią okazać Polacy. „Ruda” pomagał im nawet jako tłumacz przy przekazywaniu chorego polskiego rybaka z trawlera na statek-przetwórnię „Mazury”.

W tych dramatycznych okolicznościach Ruda postanowił wrócić do domu na pokładzie rybackiej jednostki, zostawiając „Polkę” w Stanley. Było dla niego jasne, że walka o wyspy rozegra się głównie na morzu i że jeśli przekroczy strefę radarową walczących stron, jego jacht zostanie zatopiony przez jedną albo drugą stronę konfliktu. Co paradoksalne, okazało się jednak, że kapitan „Mazur” odmówił zabrania go na pokład – po prostu go nie polubił.

Było mi smutno. Wydało mi się to wręcz nieprawdopodobne. Wszyscy moi przyjaciele na morzu chcieli mu pomóc – a tu nagle taki pech!

 

  24 kwietnia 1982 – list

Myślisz, że jestem szalony? Postaram się to wytłumaczyć najlepiej, jak potrafię.
27.3.1982 opuściłem Stanley i popłynąłem na południe w czasie możliwej okupacji. Ludzie byli bardzo zdenerwowani. Niektórzy z moich przyjaciół myśleli, że uciekam. Każdy, kto mógł, leciał samolotem.
29 marca 1982 wróciłem z południa na Falklandy. Dlaczego? Nie byłem w dobrym stanie. Spotkałem też argentyński okręt wojenny. Zmienili kurs i podpłynęli tak blisko, że ledwo ich minąłem. Żołnierze, uzbrojeni po zęby, patrzyli na mnie bez słowa i tak zimno, że od razu wiedziałem, iż będzie wojna. Jeden z nich wskazał na angielską flagę na moim maszcie i wszyscy cynicznie się roześmiali. Natychmiast zdecydowałem się wrócić do Stanley. Do portu wpłynąłem nocą 29 marca. Następnego dnia argentyńskie okręty zablokowały port.
Ludzie wysyłali swoje dzieci na farmy w górach i czekali. Samoloty ciągle latały. Ci, którzy wyjeżdżali, mieli w oczach poczucie winy. Kiedy przychodzili się pożegnać, zawsze podawali jakiś inny powód swojego wyjazdu. Trudno to opisać.
2 kwietnia 1982 o szóstej rano rozpoczął się atak argentyński. Anglicy bronili się przeciwko przeważającej sile aż do 11:30. Potem skapitulowali. Podziwiałem ich – wobec lekko uzbrojonych Anglików stanęło dziesięć tysięcy żołnierzy* z samolotami i czołgami. Panował niewiarygodny chaos. O 12:30 ostatnia angielska flaga w Stanley została zdjęta z mojej „Polki”. Odmówiłem wywieszenia flagi argentyńskiej.
Wszystkie miejscowe władze zostały zabrane samolotem z Falklandów. Dni były pełne emocji i zmian. Argentyńska służba bezpieczeństwa zajęła się mną. Nie było to nic przyjemnego.
Chciałem zostawić jacht u przyjaciół i odpłynąć na „Mazurach”. Niestety kapitan odmówił. Pomogły mi dwie rzeczy: działania bojowe Anglików i pewien dziennikarz z Paragwaju. Co jeszcze, sam nie wiem.
Sytuacja nieco się uspokoiła drogą dyplomatyczną. Postanowiłem odpłynąć z powrotem do domu! Do Ciebie i dzieci!
Wyruszyłem 9 kwietnia. W drodze do Montevideo przeżyłem trzy silne sztormy. 15 kwietnia jacht o mało się nie przewrócił.
Byłem przygotowany. Wszystko naprawiłem, ale wnętrze wyglądało strasznie. Łódź ratunkową miałem zawsze w kokpicie. Usztywnienia bomu pękły, a maszt się chwiał. Nie mogłem go unieruchomić. Łódź przewróciła się o 170 stopni, zanim powoli wróciła na tę samą burtę. Chodziłem po suficie. Woda wlewała się przez zejściówkę. Jacht powoli się prostował. Cały czas byłem spokojny, a nawet gdy leżałem na suficie, powtarzałem sobie, że jacht się całkiem nie przewróci, bo nie obrócił się o pełne 360 stopni.
Na dodatek walczyłem z insektami.
WAŻNE! Wypraż listy!!!
Zrobiłem sobie własną „wódkę na robactwo”. Jak? 3 decylitry ginu 50%, 4 ząbki czosnku, 1 decylitr nadtlenku wodoru, trochę nadmanganianu, jedna cebula, łyżka soli i cukru! Pół decylitra denaturatu, pół decylitra oleju, pół detergentu do mycia naczyń. Moje pasożyty są jeszcze pijane. Ale gdy się napiją, gryzą nieznośnie. Czasem mam wrażenie, że słyszę ich pijackie śpiewy.”

W liście z 24. kwietnia, pisanym na morzu na 37°S i 52°W, w drodze z Falklandów do Montevideo w Urugwaju (wysłanym z Montevideo), „Ruda” dokładniej opisał swoją historię.


4 maja 1982 – list z Montevideo
Moi przyjaciele z Falklandów są w niebezpieczeństwie. Staram się im pomóc poprzez gazety i telewizję. Ale nie ma szans! Wszystko ukazuje się w jakiś pokręcony sposób. Jestem zły. Pierwsze dni byłem dosłownie oblężony przez media. Ale szybko zrozumiałem, że moje poglądy nigdy nie zostaną wydrukowane. Mam wrażenie, że światem rządzi strach, że ogromna chmura zasłoniła słońce. Wszyscy to widzą. Niektórzy mówią, że tak ma być, inni milczą.”

Załatwiłem tutaj, że jeśli nie uda się odprowadzić jachtu, zostawię go na zimę. Teraz bez przerwy na nim pracuję! Ciągle sprzątam po wypadku. Nie mogę uwierzyć, ale niektórych rzeczy w ogóle nie znalazłem. Inne leżą w nieoczekiwanych miejscach. Szkło jest wszędzie i ciągle kaleczę sobie ręce.”

Ludzie są dla mnie bardzo dobrzy. Jestem w jachtklubie. Byłem mocno wyczerpany, ale powoli dochodzę do siebie. Ważyłem tylko 61 kilo, ale ludzie z portu cały czas mnie dokarmiają. Jem przez cały dzień pieczone mięso. Czuję, że wracają mi siły. Codziennie muszę się ważyć. Wszyscy cieszą się, gdy trochę przytyję. Jestem w bardzo ładnym otoczeniu. Ludzie chronią mnie, jakbym był ich dzieckiem. Są bardzo dobrzy i mądrzy, bo chronią mnie także przed samym sobą.”

Tutaj jest zima. Pada deszcz i wieje bardzo silny wiatr. Dzieci często przychodzą na jacht. Dobrze, że mam kostki cukru – daję im. Rozmawiam z nimi. Ludzie tutaj fantastycznie śpiewają. Poznałem Chilijczyków. To fajni ludzie, trochę smutni, ale kiedy śpiewają, od razu robią się weselsi.

 

POWRÓT

„Ruda” postanowił wrócić do domu statkiem, zostawiając „Polkę” w Montevideo. Nie tylko z powodu wojny – całą podróż uważał za pechową. Najważniejszym powodem była jednak tęsknota za nami. Był to pierwszy raz, kiedy byliśmy tak długo rozdzieleni, a stan wojenny w Polsce budził jego niepokój.

Zadzwonił do mojego brata w Polsce, prosząc go o zorientowanie się w możliwościach transportu. W prasie pojawiła się notatka, że polska jednostka rybacka spotkała czeskiego żeglarza. Rybacy okazali ogromną życzliwość i zaoferowali pomoc.

I tak „Ruda” 5. maja 1982 roku odpłynął z Montevideo na pokładzie statku „Manta”. Na morzu 10. maja przeszedł na statek „Otol”, na którym spędził prawie miesiąc, zanim 13. lipca 1982 wsiadł na „Gryfa Pomorskiego”, który – po krótkim postoju w Puerto Madryn, w Argentynie – popłynął do Szczecina.

Wszystkie te spotkania z rybakami i wspólne życie na trawlerach głęboko wpłynęły na „Rudę”. Odkrył inny, „prawdziwy” ocean – ocean ludzi.

Na statkach stał się ich powiernikiem. Godzinami z nimi rozmawiał i słuchał ich historii życia. Wszystkich łączyła tęsknota za domem. Te opowieści pobudziły wyobraźnię „Rudy”. Zaczął pisać eseje. Odkrył w sobie pisarza.

_________________________________
* według wikipedii: Argentyna: siły lądowe – liczba szczytowa 13000;  Wielka Brytania: siły lądowe około 5000-7500 żołnierzy.

                                                                                                                 Małgorzata Krautschneider

_____________________________________________
Małgorzata Krautschneiderw połowie lat siedemdziesiątych XX w. ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA i tam napisała i wydała książkę „The Vela” – opis i wrażenia z rejsu zaledwie 23. stopowym jachtem sklejkowym z Polski na Islandię i z powrotem; organizowała regaty Liberty Single Handed Race i inne wydarzenia sportowe i kulturalne w USA. 

Marek Słodownik: Regaty Kuipera Brandarisa – Święto Morza, Wiatru i Ludzi

Gdy w 1994 roku na Terschelling obchodzono 400-lecie Brandarisa, najstarszej latarni morskiej w Holandii, wyspa żyła tym jubileuszem jak wielkim rodzinnym świętem. Poproszono wówczas Hermana Brandsmę, by zorganizował coś wyjątkowego. I udało się – pod koniec tamtego roku po raz pierwszy w historii na wody wokół wyspy wypłynęła flota 50 statków. Wszystkie, do ostatniego żagla, znalazły sponsorów, a na twarzach załóg malowała się duma i entuzjazm. Tak narodziły się regaty Brandarisa – wydarzenie, które szybko stało się legendą.

Dziś limit statków wynosi 80. Nie dlatego, że brakuje chętnych – wręcz przeciwnie. Port, z troski o bezpieczeństwo, po prostu nie pomieści więcej jednostek. Ale ta liczba wystarcza, bo organizacyjnie dopracowano wszystko do perfekcji. Każdy, kto choć raz zobaczy tę armadę białych żagli, wie, że jest świadkiem czegoś niezwykłego.

W tę tradycję głęboko wpisała się rodzina Kuiper. Jaap Kuiper, serdecznie związany ze sportami wodnymi, kochał flotyllę nazwaną Bruine Vloot całym sercem. Dziś jego syn, Jacco Kuiper, z tą samą pasją i siłą niesie dalej ojcowską misję. Dzięki wsparciu Kuiper Verzekeringen organizatorzy mogą zapraszać ważnych gości, decydentów z Hagi – ludzi, którzy muszą zobaczyć, jak wielką i poważną branżą jest Brązowa Flota starych żaglowców. Tu nie ma przypadkowości, tu corocznie tworzy się coś wyjątkowego, projekt zrodzony z ciężkiej, profesjonalnej pracy i miłości do morza.

Dzięki sponsorom regaty Kuiper Brandaris stały się największym wydarzeniem żeglarskim Bruine Vloot na wyspie. Dla wielu to najpiękniejszy dzień roku: morze oddycha rytmem żagli, wiatr opowiada stare historie, a ludzie łączą siły w duchu sportu, tradycji i wspólnoty.

Brandaris – Wieża, która Strzeże Ludzi od Czterech Stuleci.

Dla mieszkańców Terschelling Brandaris to po prostu „Wieża”. Tak ją nazywano od pokoleń, z czułością i spokojną pewnością, że należy tylko do nich. Reszta Holandii zna ją jako najsłyniejszą kwadratową latarnię morską kraju – ale dla wyspiarzy to coś więcej: to strażnik, to symbol, to część ich historii.

Jej początki nie były łatwe. W 1593 roku Pieter Albertszoon Vlock z Medemblik rozpoczął budowę latarni. Los jednak nie był łaskawy. Zbyt miękkie podłoże ciężkiej kamiennej latarni, błędy konstrukcyjne i dramatyczny finał. Wieża zawaliła się jeszcze przed ukończeniem, a sześciu budowniczych straciło życie. Tragiczny rozdział, który na zawsze pozostał w pamięci wyspy.

Jednak nadzieja wróciła. Otrzymano drugą szansę. Tym razem praca była ściśle nadzorowana, a materiał dobrany staranniej. W 1594 roku Brandaris stanął dumnie na swoim miejscu, a jego światło po raz pierwszy przecięło ciemność nad morzem i wyspą. Początkowo słabe, bo zasilane świecami – dopiero od 1834 roku prawdziwa latarnia pozwoliła świecić zarówno dniem, jak i nocą. A gdy w 1920 roku firma Philips stworzyła specjalną, ogromną żarówkę o średnicy 30 cm, Brandaris stał się jednym z najnowocześniejszych punktów nawigacyjnych w kraju.

Przez wieki latarnia służyła wielu funkcjom – była latarnią, wieżą kościelną i więzieniem. Dziś pracuje bez przerwy, 24 godziny na dobę, jako serce systemu ruchu morskiego całego regionu Wadden.

Na jego ścianie znajduje się tablica z napisem:
Ku przestrodze wszystkim marynarzom, niech Bóg ma ich w swojej opiece.

To jedno zdanie niesie to samo przesłanie od XVI wieku aż po XXI. Przez burze, wojny, katastrofy i spokojne dni – wieża wciąż stoi. I wciąż ostrzega. I wciąż chroni. A co roku podczas regat miejsce to odwiedza grupa kilkuset żeglarzy z wielu europejskich krajów. Od kilku lat także z Polski.

                                                                                                      Tekst i foto – Marek Słodownik

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Kuiper Brandaris Race 2025, 18 X.2025
Fotorelacja Marka Słodownika

_____________________________
Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

Bogdan Sobiło: Periploi czyli starożytne locje.

Niemal każdy żeglarz wyruszając w rejs zabiera ze sobą nie tylko mapy na dany akwen, ale także locję, czyli szczegółowy przewodnik opisujący wybrzeże, warunki hydro-meteorologiczne i same porty-mariny. To na podstawie locji planujemy wejście do portu. Ogólnie przewodniki te możemy podzielić na profesjonalne-przeznaczone dla dużych jednostek oraz napisane z myślą o żeglarzach. Nową jakość w polskim żeglarstwie morskim stworzył znany żeglarz z Gdańska-Jerzy Kuliński. Przez wiele lat, „na swoim jachcie i za swoje pieniądze”, jak ma zwyczaj mówić, penetrował różne zakamarki Bałtyku i Morza Północnego. Te „locyjki” pozwoliły wypłynąć na szerokie morskie wody całej rzeszy „szuwarowo-bagiennych” żeglarzy. Dla niektórych samo nazwisko „Kuliński” stało się synonimem locji.

W naszych czasach postęp techniczny odbywa się w niesamowitym tempie. Coraz częściej obok tradycyjnych pomocy nawigacyjnych korzystamy z programów i aplikacji na różnych nośnikach: telefony komórkowe, tablety, laptopy. Możemy na nich zainstalować elektroniczną wersję pomocy papierowych albo też specjalny program nawigacyjny. Obecnie nawet na statkach podlegających Konwencji o bezpieczeństwie życia na morzu (SOLAS) zamiast papierowych map, locji, spisów świateł czy tablic pływów, dopuszczalne jest użycie ECDIS (Elektroniczny System Zobrazowania Nawigacyjnego). Na potrzeby żeglarzy powstają specjalne aplikacje. Jedną z bardziej popularnych o charakterze locji jest Navily. Możemy dzięki niej czerpać wiedzę o kanałach roboczych portów i marin, udogodnień, jakie tam spotkamy, a nawet kierunku i sile wiatru oraz prądzie na wejściu. W wielu marinach na Morzu Śródziemnym za pośrednictwem tej aplikacji można zarezerwować miejsce w marinie i zapłacić za postój. Dodatkowo użytkownicy Navily mogą umieszczać swoje uwagi i komentarze. Jednak mało kto z nas zastanawia się nad tym, jak daleko w przeszłość sięga historia locji.

Jedno z najstarszych i najważniejszych arcydzieł literatury europejskiej, Odyseja, opisuje trwający aż dziesięć lat powrót głównego bohatera na rodzinna Itakę. Po drodze spotyka go wiele niezwykłych przygód, jak cyklop Polifem, czy tajemnicza czarodziejka Kirke. Odyseusz nie pozwolił się sprowadzić na manowce Syrenom, wabiącym żeglarzy słodką pieśnią, uniknął też Scylli i Charybdy. Cała jego podróż z Troi na Itakę odbywała się drogą morską. Od najdawniejszych czasów podejmowano bardziej lub mniej udane próby rekonstrukcji wędrówek Odyseusza. Jeden z francuskich badaczy wysunął nawet hipotezę, że Odyseja oparta jest na fenickich opisach morskich dróg, czyli locjach.

Takie opracowane na potrzeby żeglarzy i kupców „przewodniki” nazywane były przez Greków periploi, dosłownie: „opływanie”. „żegluga dookoła”.

Autorem pierwszej takiej locji miał być Skylaks z Kariandrii, który na polecenie króla perskiego Dariusza I (522-486 p. Chr.) spłynął Indusem aż do Suezu i sporządził sprawozdanie z tej podróży. Opis Skylaksa nie zachował się, ale wiemy, że korzystali z niego późniejsi autorzy dzieł historycznych i geograficznych.

W tej samej epoce wojen grecko-perskich Hekatajos z Miletu tworzy Opisanie świata (gr. Periegesis tes ges). Dzieło składało się z dwóch części: Europy i Azji, która obejmowała także Afrykę. Pisma Hekatajosa, jak i wielu innych autorów dzieł geograficznych nie przetrwało do naszych czasów. Często jednak późniejsi pisarze cytowali je lub powoływali na nie.

Współczesny Skylaksowi i Hekatajosowi był wódz kartagiński Hanno. Miał przepłynąć przez „Słupy Merkalta” (cieśnina gibraltarska), a następnie penetrował od strony morza wybrzeże Maroka i południowej Hiszpanii.

Jednym z najbardziej znanych greckich żeglarzy jest Pyteasz z Massali (ob. Marsylia), żyjący na przełomie IV i III wieku przed Chr. Dowodem jego pasji naukowej jest fakt, że precyzyjnie obliczył szerokość geograficzną rodzinnego miasta. W swojej podróży wyszedł z Morza Śródziemnego na Atlantyk i pożeglował daleko na północ. Chyba jako pierwszy Grek zobaczył zamarznięte morze. Opłynął Brytanię, dotarł do dzisiejszych Wysp Fryzyjskich, a być może nawet wpłynął na Bałtyk. Istnieją przesłanki by twierdzić, że dotarł aż do ujścia Wisły. Być może te dywagacje uczonych zainspirowały wybitnego tłumacza Szekspira, Macieja Słomczyńskiego, który pod pseudonimem Joe Alex napisał ciekawą powieść historyczną dla młodzieży Czarne okręty.

Pyteasz jako północny kraniec znanego sobie świata wymienia Thule. Według badaczy antycznej geografii była to Islandia albo Norwegia. Przez późniejszych pisarzy antycznych ten na pół mityczny ląd nazywany był „Ultima Thule”, co w swobodnym tłumaczeniu można oddać po prostu jako „koniec świata”. Termin ten powrócił w epoce wielkich odkryć geograficznych, kiedy Kolumb, Magellan i inni żeglarze odkryli nieznane wcześniej lądy.

Żeglarski przewodnik czyli periplous „popełnił” także jeden z wodzów Aleksandra Wielkiego, Nearchos. Kiedy na skutek kolejnego buntu żołnierzy niechętnych ciągłemu marszowi na nieznany i niezbadany Wschód, Aleksander podjął decyzję o odwrocie, część armii, głównie chorych i inwalidów, odesłał do domu statkami. Być może na polecenie Aleksandra albo chcąc utrwalić pamięć o sobie Nearch sporządził opis swojej podróży.

Czy locję można napisać wierszem? Ależ oczywiście i to bez pomocy sztucznej inteligencji! Dość mierny rzymski poeta Avienus (IV wiek po Chr.) napisał Ora maritima (Wybrzeże morskie). Wartość literacka tego dziełka nie była duża, ale przekazane tam informacje na temat portów i przystani wykorzystywali później inni autorzy.

Czytelnik książki Włodzimierza Głowackiego Wspaniały świat żeglarstwa dowiaduje się, że słynne regaty w 1851 roku wygrał żaglowiec America, dzięki pochyłym masztom, płaskim żaglom i nowatorskiej konstrukcji kadłuba. Rzeczywistość była jednak inna. Bogaci przybysze zza oceanu wynajęli najlepszego miejscowego pilota. Dzięki jego wiedzy popłynęli krótszą trasą i wcześniej zameldowali się na mecie. Podobno sama królowa Wiktoria, obserwująca regatowe zmagania była w szoku na wieść o tym, że America pokonała brytyjskich rywali. Cóż, jak widać dobry pilot (locja) jest wart każdych pieniędzy, a skąpstwo zwyczajnie nie popłaca.

Otwierając Navily czy inną aplikację locyjną warto pamiętać o tym, że nie myśmy pierwsi.

                                                                                                      Bogdan Sobiło
http://www.kyma.pl/

____________________________________________________________
Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Krakowie.