Archiwum kategorii: ARCHIWUM

Marek Słodownik: Złoty Puchar Finna 1965

Marek Słodownik: Złoty Puchar Finna 1965

60 lat temu, 22 lipca 1965 roku, w Gdyni rozpoczęły się regaty Finn Gold Cup – pierwsze zawody rangi mistrzostw świata rozegrane w Polsce po II wojnie światowej. Wprawdzie impreza nie miała charakteru oficjalnych mistrzostw świata w tej klasie, niemniej środowisko tak właśnie ją od lat traktowało. Dla kraju wciąż jeszcze dźwigającego się z ruin po II wojnie światowej organizacja tej rangi imprezy była szansą na pokazanie dorobku ludowej ojczyzny, tak właśnie bowiem postrzegano przyznanie Polsce praw do przygotowania tych regat.

Władze postanowiły wpleść w zawody sportowe silne wątki polityczne i konsekwentnie realizowały swój plan.

Finn Gold Cup rozgrywano od 1956 roku i zawsze skupiały na starcie światową czołówkę. Rozgrywane były w atrakcyjnych miejscowościach, z bogatą oprawą imprez towarzyszących, nic zatem dziwnego, że podobne były oczekiwania światowej federacji żeglarskiej odnośnie imprezy rozgrywanej w Polsce. Rok wcześniej finnistów gościło brytyjskie Torquay, poprzeczka była zawieszona zatem bardzo wysoko.

W organizację regat wysokiej rangi klasy Finn rozegranych w Polsce wierzyło chyba niewielu, choć liczni żeglarze w kraju na pewno o tym marzyli. Informacja o planowanych pierwotnie w Giżycku regatach Finn Gold Cup po raz pierwszy pojawiła się w mediach w październikowym numerze „Żagli” w roku 1964 jako krótki komunikat. Zaznaczono w nim jednak, że w miejsce mazurskiego kurortu, planowane jest rozegranie imprezy na wodach morskich. Finn Gold Cup to nieoficjalne mistrzostwa świata w popularnej klasie olimpijskiej, zawody bardzo prestiżowe i silnie obsadzone. Pomimo ograniczenia liczby żeglarzy do 15 z jednego kraju kilka lat wcześniej wystartowało 160 zawodników, postanowiono więc administracyjnie ograniczyć ich liczbę.

Dla Polski ważnym aspektem było docenienie naszej federacji, która od kilku już lat zabiegała o organizację dużej żeglarskiej imprezy w Polsce. Finn Gold Cup miał być pierwszą po wojnie imprezą sportową w randze mistrzostw świata, co dodatkowo motywowało polskich działaczy.

              

Wkrótce ujawniono więcej informacji. Jerzy Borowski, trener w PZŻ pisał na łamach „Żagli”: Złoty Puchar Finna w roku 1965 zostanie zorganizowany na terenie okręgu szczecińskiego w Świnoujściu. Trasa będzie prawdopodobnie ustawiona na wodach przybrzeżnych 1,5 mili od brzegu w kierunku na Międzyzdroje.(…) Dlaczego zdecydowaliśmy się na organizację imprezy na terenie Świnoujścia? Ma to poważne znaczenie zarówno polityczne jak i czysto praktyczne. Rok 1965 będzie rokiem XX-lecia dla naszych Ziem Zachodnich. W uroczystości obchodów jako jeden z najbardziej atrakcyjnych punktów zostanie włączona impreza Złotego Pucharu. W ten sposób zawodnicy zagraniczni, przyjeżdżający z całego świata, będą mogli podczas pobytu na terenie województwa szczecińskiego poznać prawdę o naszych Ziemiach Zachodnich, ich odbudowie i ludziach, którzy je zamieszkują1. Z dzisiejszej perspektywy to zdumiewające oczekiwania, jednak należy wziąć pod uwagę kontekst tamtych lat i sytuację polityczną w regionie.

Niespełna pół roku później informowano, że regaty zostaną rozegrane w Gdyni, podkreślając zarazem, że odbędą się w XX rocznicę wyzwolenia polskiego morza i na zakończenie obchodów 40-lecia PZŻ2.

Zaplanowano, że w regatach wystartuje 150 żeglarzy, a do Trójmiasta przybędzie 350 osób – trenerów, działaczy i członków rodzin3. Do organizacji włączono tzw. czynniki polityczne, bowiem bez poparcia władz zorganizowanie takiej imprezy nie byłoby możliwe. Przygotowano okolicznościowe plakaty, broszury, a Poczta Polska wydała serię okolicznościowych znaczków pocztowych z wizerunkiem polskich jachtów. Zorganizowanie tak dużej imprezy wymagało przemeblowania Basenu imienia Zaruskiego, który stać się miał epicentrum wydarzeń. Nie zdążono z budową pawilonów klubowych, ale wyremontowano te istniejące, zbudowano drogi dojazdowe i place dla załóg, puste połacie obsiano trawą. Przeholowano wszystkie jachty, zaadaptowano okoliczne budynki na potrzeby organizacji regat, zorganizowano na terenie Gdyni noclegi i dodatkowe atrakcje dla uczestników imprezy.

Trasa regat została ustawiona po trójkącie, 1,5 Mm od brzegu między Gdynią i Orłowem. Każdy z wyścigów miał dystans około 15 Mm, z czego ponad 70 procent prowadziła na wiatr.

Polacy w Pucharze

Jakie były oczekiwania wobec polskich żeglarzy? Przewodniczący Rady Trenerów, Apolinary Pastuszko, uważał, że będziemy mogli być zupełnie zadowoleni, jeśli choć jeden z naszych zawodników znajdzie się w pierwszej 20-ce4.

Pierwsze krajowe eliminacje, dla 50 zawodników, zorganizowano na Zalewie Zegrzyńskim. Po wyłonieniu czołowej dwudziestki dołączono do niej sześciu zawodników z kadry narodowej. Treningi zaplanowano w Warszawie, Poznaniu, Bydgoszczy, Olsztynie i Gdyni. Na zakończenie eliminacji rozegrano regaty wewnętrzne, które wyłoniły finałową piętnastkę, która trenowała na akwenie przyszłych regat w Gdyni aż do rozpoczęcia międzynarodowych regat. Chodziło o jak najlepsze poznanie niuansów akwenu, co miało dawać przewagę gospodarzom regat.

Ostatecznie polska reprezentacja, choć jedna z najstarszych wiekowo, miała w swoim składzie kilku młodych i obiecujących zawodników. Andrzej Zawieja, Zbigniew Malicki, Czesław Zając czy Andrzej Rymkiewicz jechali jednak na te regaty głównie po naukę. W składzie znalazł się także Leon Jensz, olimpijczyk z 1936 roku, dla którego był to ostatni start w wielkiej imprezie.

Na trasie regat

Pierwszy dzień to flauta i przypadkowi –zdaniem mediów- zwycięzcy. Drugiego dnia powiało tak silnie, że do mety dotarło zaledwie 71 żeglarzy, a kilku z nich wycofało się, wskutek awarii sprzętu, jeszcze przed startem. To był pokaz umiejętności żeglarzy z NRD, którzy w tych warunkach imponowali przygotowaniem fizycznym. Po trzecim dniu potwierdziła się opinia o świetnie przygotowanych Niemcach z NRD, w czołowej dziesiątce było ich aż czterech. Kolejny dzień rywalizacji nie przyniósł większych zmian, czołówka ustabilizowała się i oczekiwano, że regaty wygra któryś z zawodników naszego zachodniego sąsiada. 9 miejsce Czesława Zająca było najlepszym z dotychczasowych wyników. Nazajutrz żeglowano w trudnych sztormowych warunkach, nic zatem dziwnego, że wycofało się na trasie aż 23 żeglarzy, Niemcy zajęli dwa pierwsze miejsca. Ostatniego dnia generalny falstart, ale w powtórce czołowi żeglarze żeglowali ostrożnie, koncentrując się na obronie pozycji.

Jak wypadli nasi żeglarze? Wielomiesięczne przygotowania organizacyjne i sportowe do tej wielkiej imprezy nie przyniosły spodziewanych w skrytości ducha, choćby niedużych sukcesów sportowych. Dwudzieste trzecie miejsce najlepszego Polaka, Michała Skalisza nie jest bowiem sukcesem, którym można by się szczycić na „międzynarodowym rynku żeglarskim5. Przyczyn porażki dopatrywano się w dwóch elementach; ludzi i sprzętu, i obydwa te czynniki nie były najlepiej, jak się okazało, przygotowane do tej wielkiej batalii6. Była to opinia Apolinarego Pastuszki, trenera odpowiedzialnego za przygotowanie żeglarzy. Polacy dostali w tych regatach tęgie lanie mimo, że doskonale znali akwen i długo przed zawodami na nim trenowali. Zawodziło przygotowanie fizyczne, taktyka, brak opływania w trudnych warunkach na wysokiej fali, elementy, bez których nie było szans na nawiązanie skutecznej rywalizacji z najlepszymi. Polscy żeglarze słabo żeglowali w trudnych warunkach przy wysokiej fali, co jednak nie dziwi skoro zazwyczaj trenowali na śródlądziu, a morze pozostawało dla nich może nie do końca zamknięte, ale obarczone wieloma problemami natury formalnej.

Wyniki regat:

1 Jurgen Mier NRD
2 Bernd Dehnel NRD
3 Richard Hart Wieka Brytania
4 Valentin Mankin ZSRR
5 Miroslav Vejvoda Czechosłowacja
6 Hans Fogh Dania

Miejsca Polaków:

23 Michał Skalisz
34 Czesław Zając
41 Andrzej Ostrowski
43 Tadeusz Żero
45 Andrzej Rymkiewicz
48 Lech Poklewski
50 Lech Stapf
63 Wiesław Bracław
65 Andrzej Zawieja
66 Zygmunt Twardowski
67 Zygmunt Paszkiewicz
68 Wiesław Szczepiński
69 Zbigniew Malicki
72 Sławomir Bielawski
79 Leon Jensz
80 Andrzej Gajewicz

Seria znaczków pocztowych wydana przez Pocztę Polską z okazji Mistrzostw Świata w Klasie Finn 1965 (przedstawiono na znaczkach różne klasy jachtów i łodzi żaglowych, nie tylko klasę Finn, a kolorowe żagle – spinakery, lekkie, przednie żagle – bardzo dobrze prezentowały się graficznie).

                 

Marek Słodownik

_______________________________

  1. Jerzy Borowski, „Złoty Puchar Finna w Polsce”, „Żagle”, 1964
    2. Wiesław Rogala „Złoty Puchar Finna”, „Żagle”, 1965
    3. tamże
    4. (ba), „5 minut przed startem”, „Żagle”, 1965
    5. (ba), „Po Złotym Pucharze Finna”, „Żagle”, 1965
    6. tamże

________________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

Ludomir Mączka: Listy z rejsu statkiem m/s Wyspiański do Buenos Aires na wyprawę jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej.

W latach 1965-1966 Polskie Towarzystwo Geograficzne zorganizowało wyprawę naukowo-żeglarską na jachcie Śmiały dookoła Ameryki Południowej. Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika Poznaj Świat, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, wyspy Galapagos, Kanał Panamski i powrót do Polski. Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby z doświadczeniem żeglarskim, jak i przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy. Ludomir Mączka znalazł się w załodze wyprawy, ale jako członek rezerwowy. Ze Szczecina na Śmiałym nie wypłynął, ale ponieważ w pierwszym etapie rejsu, w Londynie, z przyczyn zdrowotnych, musiał opuścić wyprawę jeden z członków załogi, więc Ludek wypłynął z Gdyni statkiem PLO m/s Wyspiański, aby dołączyć do załogi Śmiałego w Buenos Aires.

Publikowane poniżej listy Ludomira Mączki do przyjaciół i znajomych w Polsce są o tyle odmienne od dotychczasowej korespondencji żeglarza, że pokazują świat oglądany w rejsie, ale tym razem z pozycji pasażera statku handlowego; nawet nie załoganta.
                                                                                                                                                                                                      (zs)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Nov 24 at 0200 LT –→ Cadiz in direction (bounding to) Rio de J. (Janeiro – przyp. red.)

From the deck I said goodbye to the Sunny Spain, its ???, ??? and all its mauretanien charm and ??? deeply – until the brekfast at 0800. The sea in the morning was a little rough but now in quite calm with only smal waves. The sky is clouded with thin strato of stratus. Our speed about 17 kn.

Nov. 25 Thu. Speed 17 kn. … Wind from South. It’s silt from Sahara, witch is blown from about 70 Nm. You can read about it in Gładysz „Meteorologia”.

26 XI Visibility good. Today we crossed the tropic.

…….5. Rio. I have now no time to write in English. I hope that the news you will have from Wojtek. Kind regards for you and family.

Ludomir

                                                                    *   *   *

11 XII 1100 LT –→ Rio. Łapię o 10 sygnał czasu. Coś trochę nieregularnie chodzi, ale to może brak wibracji i ewentualnie zmiana naciągu. Nakręcam ???

2330 LT Ok. 1200 mijamy gł. Cuhne i wyjście. Trzeba się udać na obiad. Nasz Peter (Niemiec) jest bardzo dociekliwy. Denerwuje go, że np. w autobusie biorą pieniądze i to za całą trasę, mimo że jedzie się jedną strefę i nie dają biletu, że taksówkarz usiłuje jeździć na nocnej taryfie, że kelner nabija w butelkę, itd. A ile papierosów dostał pilot, itd., itp.

Płyniemy niedaleko od brzegu. Jest pochmurno i wydaje się zimno, 27o – tylko. Po obiedzie spłukałem z siebie przy myciu pokładu wszystkie brudy. Taki masaż wodą z węża jest bardzo miły. Po Rio wydaje się zimno. Z prawej dość wysokie, zalesione góry (tak chyba 500-1000m. wysokości), brzeg wygląda bezludnie. Wczoraj pożegnałem Romera, który odleciał via Paryż do Warszawy. Potem z Peterem, Mirkiem i stewardem poszliśmy obejrzeć jedną z atrakcji Rio. Mangue – taki kwadracik ulic, nawet niezbyt daleko od centrum, gdzie w starych ruderach kwitnie wolna miłość. Zresztą wszystko jest nie tylko na sprzedaż, po bardzo umiarkowanych cenach, ale też na pokaz. Reeperbahn to prawie szkółka niedzielna. Tutaj trochę knajpek i nieprzyzwoite domki. W drzwiach i oknach wielka ilość dam do wynajęcia, różnej maści, wagi, wieku i ładności, i już rozpoznają gości. No cóż, pora chyba na obiad.

Tłumek mężczyzn na ulicy. Murzyni, biali, marynarze i licho wie kto jeszcze. Krzyki, śmiech, muzyka, smród, śmieci, odrapane ściany. Wrażenie duże, ale raczej przykre. Wśród tłumu kręcą się parami policjanci ze spluwami na pasie (Colt 45). Poza tym spokojnie. O 2300 wróciliśmy na statek.

Obejrzałem te tzw. favelos, takie biedne szopy i domki. Po Copacabana, Ipanema, Leblon – te sławne plaże – kąpałem się oglądając cały czas własne portki i koszulę na brzegu. Copacabana wygląda ciekawie, bo zaraz za plażą biegnie szosa, a za nią rząd wysokich 10-12 m pięknych domów, ale mi to się niezbyt podoba. Najbardziej podobało mi się na Corcovado, 710 m n.p.m.

Widok bardzo piękny na Rio. Morza i góry. Byliśmy tam w sześć osób. Najpierw tramwajem, potem kolejką zębatą. Był wschód słońca, potem zmrok, nasze cienie na morzu, ciemne, nieużywane góry i światła miasta. Całość psuło trochę towarzystwo p. Marii, która jest może i poczciwa, ale zupełnie ciemna i trochę w pretensjach. Ma wygląd takiej 40. letniej Rosjanki i tak samo się zachowuje, no a ja muszę odgrywać gentlemana, no bo trudno ma i jeszcze świecić czasem oczami. Uparła się na to Corcovado, najpierw żeby ją też zabrać, to powiedziałem, że ja tutaj nie decyduję, tylko korzystam z pośrednictwa Frau Dory i myślałem, że się odczepi, a ona jednak się jakoś z nią dogadała i Frau Dora przy obiedzie zapytała czy nie ma nic przeciw temu, że p. M. pojedzie też. No cóż, życie ma swoje cienie. Jutro wypowiedzą się p. Miłaszewscy i będzie nas troje, a za tydzień będę na jachcie. No i się zacznie. Nie jest najgorzej, jak wynika z relacji Tomcia, ale też nie najlepiej. No, to się zobaczy.

                                                                                                                                         Ludomir

Fot. z arch. Wojciecha Jacobsona

________________________________________________________________________________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.

Przed rejsem …

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Grzegorz Wegrzyn:                                                    ARTYKUŁY
O godzinie 0230 am silnik staje, jest noc, nie wiem co się dzieje. Rano wszystko się wyjaśnia, wpłynąłem w porzucone sieci rybackie. Po kilkugodzinnych nieudanych próbach uwolnienia się z sieci, nadaję sygnal „PAN, PAN” i wystrzeliwuję czerwone rakiety.
_________________________________________________________________________________________________________
Ludomir Mączka:
                                                       LISTY
Potem z Peterem, Mirkiem i stewardem poszliśmy obejrzeć jedną z atrakcji Rio. Mangue – taki kwadracik ulic, nawet niezbyt daleko od centrum, gdzie w starych
ruderach kwitnie wolna miłość. Zresztą wszystko jest nie tylko na sprzedaż, po bardzo umiarkowanych cenach, ale też na pokaz. Reeperbahn to prawie szkółka niedzielna.

_________________________________________________________________________________________________________
T
adeusz Miciński:                                                     WIERSZE
                                                         Żywiołem moim huragany wód.
                                                        Lecz pomnę, żyłem nad brzegiem rzeczki,
                                                        (…)
_____________________________________________________________________
Mariola Landowska:                                                 KORESPONDENCJA:     z Lizbony
Ujście rzeki Sado do Oceanu Atlantyckiego w Setubalu to dla wakacyjnego turysty-przybysza miejsce pełne niespodzianek. Tereny wokół rzeki są rezerwatem przyrody: Reserva Natural do Estuario do Sado.

___________________________________________________________________
Marek Słodownik:                                                    WSPOMNIENIA
22 lipca 1965 roku, w Gdyni rozpoczęły się regaty Finn Gold Cup – pierwsze zawody rangi mistrzostw świata rozegrane w Polsce po II wojnie światowej.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

G A L E R I A   O B R A Z U

                  Paweł Przybyłowski, olej na płótnie


                                                                                                                                      Paweł Przybyłowski, olej na płótnie

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

F O T O G A L E R I A 

Foto. Jolanta Raczyńska.
„…
 gdy przekraczam bramę prowadzącą na przystań, to zaczyna się mój urlop, nawet jeśli to jest tylko kilkugodzinna wizyta. Świat i jego sprawy zatrzymują się wtedy, nie istnieje nic poza aparatem przy oku lub linami w rękach…”

Wernisaż wystawy odbył się w dniu 24 maja 2025 r., na przystani Jacht Klubu AZS w Szczecinie, przy okazji otwarcia sezonu
żeglarskiego.

 

 

 

 

Mariola Landowska: Korespondencja z Portugalii.

Od neolitu do naszych czasów w Setubalu.

 

 

 

 

Setubal, 1923

Luciano dos Santos, Doca de Setubal, olej na płótnie, 1970 r.

Ujście rzeki Sado do Oceanu Atlantyckiego w Setubalu to dla wakacyjnego turysty-przybysza miejsce pełne niespodzianek. Tereny wokół rzeki są rezerwatem przyrody: Reserva Natural do Estuario do Sado. Cały ten obszar rozciąga się już od rozlewisk widocznych z miejscowego zamku. Stąd roztacza się piękny, daleki widok, co prawda,  nie taki jak w XVIII wieku i wcześniej. Na starych sztychach, właśnie z tamtych wieków, widać dużo żaglowców, łodzi rybackich, pełne gwaru nadbrzeżne dzielnice portu; ruch na wodzie wprowadza w nas nastrój radości; życie kwitnie na jeszcze nie skażonych cywilizacją przemysłową XX wieku wodach i terenach przywodnych.

Patrząc w przeszłość, miejsce to było zasiedlone już w czasach neolitu. Potem dotarli tu Fenicjanie, Rzymianie ze swoją administracją, kulturą i właśnie oni nazwali osadę Caetobriga i tak przetrwało to zasiedlone miejsce aż do czasów chrześcijańskich.

W czasach rzymskich osada urosła do rangi bogatego miasta. Nazwa pochodzi od „Set” (indoeuropejskiego pochodzenia), co znaczy góra; „Briga” znaczy cytadela (element celtycki w nazwie to ślad po bytności tu Celtów).
Jeszcze dzisiaj wyczuwa się zapach przeszłości – może nie aż tak odległej jak czasy fenickie, czy rzymskie – w miejscowych zabytkach, w mieście o uwspółcześnionej już nazwie Setubal.
W jednym z takich wiekowych budynków (Museu de Setubal/Convento de Jesus), znalazłam salę z obrazami a wśród nich między innymi te które Wam przedstawiam.
A na ulicach można usiąść na łodziach- kanapach, bo kultura morska nadal trwa w dzisiejszym Setubal, tak niedaleko, bo około 50 km od centrum Lizbony.

Com os melhores cumprimentos

Fot. i tekst  Mariola Landowska
www.mariolalandowska-art.com

_________________________________________________________________________________________Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.

Maria Jasnorzewska (Pawlikowska): Marina

I
Szum morza w otwartym oknie
budzi mnie w nocy znienacka.
Świat leży przy mnie i błyszczy
jak złotych gwiazd pełna tacka.
Godzina druga. Głowonóg dawno już zasnął w ciemności,
pod ciężką głowę podłożył ramię niezmiernej długości …

II
Jedwabne rybki zmęczone
w falbankach tiulowych skrzeli,
spadają sennie daleko, aż do dna czarnej kąpieli,
i te największe, z atłasu, z podszewką cudnie dobraną,
kładą się w ciemną kołyskę i szepcą sobie: dobranoc …

III
W oddali błędnej, najdalszej
chwieje się srebrny krążownik.
Zasnęli już marynarze w rozkołysanej warowni.
I ukwiał zacisnął płatki najciszej i jak najtajniej,
i małe czarne koniki śpią w czarnej głębokiej stajni.

IV
Na morzu wznoszą się fale jak tysiąc ust do księżyca …
Woda ma barwę młodego zieleniejącego żyta …

                                                 Maria Jasnorzewska (Pawlikowska)

_________________________________________________________________________________________
Maria Jasnorzewska (Pawlikowska z Kossaków), ur. 1895, czołowa przedstawicielka grupy „Skamander”; poetka o częstych tematach morskich; w r. 1935 poetycka nagroda Zw. Zaw. Literatów Polskich w W-wie za zbiór „Śpiąca załoga; w tymże roku odznaczenie złotym 'Wawrzynem Akademickim” Polskiej Akademii Literatury za wybitną twórczość Literacką. Poezje drukowała w „Skamandrze”, „Wiad. Literackich”, „Drodze”, „Pam. Warszawskim”, „Pionie”. Wydała: „Niebieskie migdały” (1922); „Różowa magja” (1924); „Pocałunki” (F. Hoesick, W-wa, 1926); „Wachlarz, zbiór poezyj dawnych i nowych” (1927); „Dancing, karnet balowy” (1927); „Cisza leśna” (1928); „Paryż” (1929); „Profil białej damy” (1930); „Śpiąca załoga” (1933); „Balet powojów” (1935); kilka wystawianych utworów dramatycznych.
W

(Wiersze i nota o autorze z: „Morze w poezji polskiej” w opracowaniu Zb. Jasińskiego, Główna Księgarnia Wojskowa, Warszawa 1937).

Mariola Landowska: Korespondencja z Portugalii.

Mariola Landowska: Korespondencja z Portugalii.


Joaão Vaz, Figuras e barcos na praia, olej na płótnie, 35×47 cm, ok. 1920 r.


Joao Vãz, Marinha, olej na drewnie, 30×41 cm, przed 1931r.


João Vaz, Partida de Vasco da Gama para a Índia, olej na płótnie, ok. 1900 r.


João Vaz, Vista do rio Sado, olej na płótnie, ok. 1920 r.

João José Vaz, 1859-1931, portugalski malarz, rzeźbiarz.

Był malarzem naturalistą, którego malarskie oko spoczywało niejednokrotnie na nadwodnych widokach, gdzie ludzi, ich pracę, łodzie żaglowe, barki, statki uwieczniał na swoich obrazach. Uznany za życia, obrazy swoje wystawiał w Lizbonie, Paryżu, Rio de Janeiro. Był także pedagogiem, profesorem rysunku, dyrektorem szkoły przemysłowej w Lizbonie, dekoratorem wnętrz.

Com os melhores cumprimentos
www.mariolalandowska-art.com

Mariola Landowska

 

 

 

(zs): Potomek Pana Cogito postanawia wyruszyć na morza.

W Lizbonie, nie tak daleko od monumentalnego Pomnika Odkrywców z postaciami Henryka Żeglarza, Vasco da Gamy, Ferdynanda Magellana i innych wielkich żeglarzy, badaczy i misjonarzy z epoki odkryć geograficznych, tuż za wysokim Ponte 25 de Abril, cumując w Doca de Alcântara do burty starego żaglowca potomek Pana Cogito poczuł potrzebę zaznania niczym nieograniczonej wolności; postanowił wyruszyć w świat; na morza i oceany, w pogoni za słońcem.

Oddalenie od domu, pracy, trosk, szarzyzny codziennego życia, ale także atmosfera egzotyki roztaczająca się w porcie wypełnionym żaglowcami z odległych krajów, a jeszcze opowieści z dalekich mórz w upalne dni i wieczory lizbońskie, no i Henryk Żeglarz jakby wskazujący i nakazujący: nie bój się, płyń! – to wszystko rozbudzało wyobraźnię, szeptało: płyń, płyń. Inny żeglarz z żaglowca do burty którego stoi jacht potomka Pana Cogito, już zdecydował: sprzedał wszystko co miał, oddał długi, pożegnał przyjaciół, rodzinę, zlikwidował swoje interesy (biznesy!), nawet adres mailowy usunął z sieci i teraz płynie w świat, po wolność.

Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, taką ma wolę potomek Pana Cogito. Wreszcie oderwie się od obowiązków, powinności, konieczności robienia dobrych min w dziwnych sytuacjach, życia wymagającego każdego dnia dokonywania trudnych wyborów moralnych i etycznych. Budzik nie będzie dzwonił o piątej rano, wzywając do pracy.

Jako potomek Pana Cogito ma ukryte, prawie już zapomniane w genach podróże i także jego w podróżach interesuje krajobraz, morze, dalekie wyspy, ale zabytki historii już mniej, za to szczególnie ciekawią go inni napotkani, tak zwani zwykli ludzie.

Dziwi się, jest olśniony ich swobodą, beztroską. On zostawił za sobą ludzi znajomych, przyjaciół pełnych trosk, kłopotów, z poważnymi i przytłaczającymi problemami egzystencjalnymi. Jest zdumiony, że bez Homera, Szekspira, nie wiedząc kto to Cezar, a kto Napoleon można żyć i śmiać się.

Odkrywa świat już odkryty i ze zdumieniem stwierdza, że droga przed siebie którą obrał, jak najdalej od domu, prowadzi go, o dziwo … z powrotem do jego domu. Ale stwierdza też, że w którąkolwiek wyruszyłby stronę to i tak u kresu wędrówki powróci do domu. Więc Ziemia jest okrągła! Potomek Pana Cogito doznaje olśnienia i zdumiony popada w zadumę, a może i w rozterkę. Więc poszukiwanie wolności wypełniło się, powrócił do domu i w tym stanie, w jego świadomości pojawia się dokładne, rachunkowe spostrzeżenie – zgubił jeden dzień z życia. Następnym razem popłynie w drugą stronę, żeby wyrównać stratę. Wróci do stanu pierwotnego, ale czy również nie zgubi znalezionej na morzu wolności?

(zs)

(zs): Wojtek (Victor) Wejer – Nagroda Ocean Cruising Club 2024.

OCC’s Lifetime Award for his long service to high latitude sailors.

Żeglarzom, tym zainteresowanym żeglugą w rejonach polarnych, w Arktyce, a już szczególnie zmierzającym na wody NWP Wojtka (Victora) Wejera przedstawiać nie trzeba. Każdy kto planuje rejsy na tamte akweny słyszał o nim, a wielu korzystało z jego rad i pomocy na tych trudnych, tak bardzo nieprzewidywalnych wodach.

W tym roku żeglarze oceaniczni ze znanego na całym świecie stowarzyszenia Ocean Cruising Club uhonorowali, m.in., znaną brytyjską żeglarkę oceaniczną (regaty Vendée Globe) Pip Hare oraz Wojtka (Victora) Wejera.

The OCC Announces its 2024 Awards for Sailing and Voyaging Excellence

Devon, UK, 18 February 2025—The Ocean Cruising Club has announced the winners of its 2024 awards for sailing and voyaging accomplishments featuring its Seamanship Award to British Vendée Globe racer Pip Hare and the Lifetime Award to Canadian Victor Wejer.

Pełny  tekst na stronie OCC: https://www.oceancruisingclub.org/

Wojtek (Victor) Wejer jest osobą znaną żeglarzom oceanicznym. Już w 2016 roku Ocean Cruising Club przyznał mu nagrodę honorową: OCC Award of Merit – za wybitne dokonania w społeczności żeglarskiej. To uznanie dla jego bezinteresownego wsparcia radami i doświadczeniem (przez lata pracował w Arktyce) żeglarzy przemierzających Northwest Passage (NWP); dla jego raportów o możliwościach żeglugowych, warunkach meteorologicznych i nawigacyjnych panujących w Arktyce. Wojtek Wejer jest autorem locji NWP: Yachtsmen Routing Guide to Northwest Passage for safe/unsafe anchorage/shelter

Został także nagrodzony, m.in., Specjalną Nagrodą Honorową PZŻ Rejs Roku 2017 i Medalem Franklin’s Lost Expedition przyznawanym przez Royal Canadian Yacht Club.

Dla Wojtka Wejera żeglarska przygoda rozpoczęła się w Polsce, w Szczecinie, gdzie w klubach żeglarskich – w Morskim Klubie Sportowym „Pogoń” i akademickim Jacht Klubie AZS, w latach 1958-1967 z sukcesami uprawiał żeglarstwo, o czym świadczą odszukane w archiwach niektóre jego wyniki sportowe z tamtych lat:
14-15 VIII 1960   Żeglarskie Mistrzostwa Okręgu Szczecińskiego; kl. Finn: Wojciech Wejer – 1m
             VI 1961   Mistrzostwa Okręgu; kl. Finn: Wojciech Wejer – 1m/4
             VI 1961   Mistrzostwa Okręgu Juniorów, kl. Omega: W. Wejer – 2m/4
                  1962   Mistrzostwa Szczecina, kl. Finn: W. Wejer – 1m
  21-22 IX 1963   VIII Międzynarodowe Regaty Przyjaźni, kl. Finn: W. Wejer – 2m

W korespondencji mailowej do Zeszytów Żeglarskich, tak oto pisze o przyznanej mu tegorocznej nagrodzie:

Ja będę odbierać tę nagrodę w Newport, Rhode Island w kwietniu w towarzystwie innych
Polarników, których prowadziłem.
To Trofeum „Life Time” dedykuję wszystkim, których kierowałem bezpiecznie, a od tego
czasu wspomagałem ponad 100 jachtów.
To była ich przygoda na całe życie, którą przebyli przez nieosiągalne legendarne Przejście
Północno-Zachodnie i pobudziła wyobraźnię wielu słynnych odkrywców na całym świecie.
Takie osiągnięcie umożliwiłoby realizację celu, który wymykał się ludzkości od czasu,
gdy król Anglii Henryk VII wysłał Johna Cabota na poszukiwanie tej drogi w Ameryce Północnej w 1497 roku. Następna wyprawa – 350 lat później – Sir Johna Franklina, zakończyła się tragicznie – wszyscy zaginęli
.
Cheers,
Wojtek Wejer

W Zeszytach Żeglarskich niejednokrotnie pisaliśmy o Wojtku Wejerze: nr 29e (V 2016), nr 32e (II 2017), nr 34e (VIII 2017), ZŻ nr 35e (XI 2017), nr 55e (XI 2022).

(zs)

Marek Słodownik: 100 lat pod polską banderą.

16 maja 1925 roku na polskim jachcie postawiono po raz pierwszy biało-czerwoną banderę. Jacht „Carmen” przeszedł do historii żeglarstwa, a jego armatorzy stali się prekursorami sportowej żeglugi pod żaglami.

           Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Carmen” przeszła do historii polskiego żeglarstwa chociaż w swoim dorobku nie miała ani spektakularnych rejsów, ani też długiego żywota. Jacht był jednak pierwszą jednostką żaglową, na której postawiono banderę odrodzonego państwa polskiego. Był niewielkich rozmiarów jolem o niskiej burcie, niewysokich masztach i ciasnym wnętrzu. Jednostka została zakupiono z inicjatywy Czesława Czarnowskiego, do którego dołączył, tworząc krakowsko-wileńską 10-osobową maszoperię, Jan Józef Fischer. Ten drugi, mający większe doświadczenie żeglarskie, wyruszył w kwietniu 1925 roku do Danii w celu poszukiwania odpowiedniej jednostki. Jego uwagę w duńskim Nyborgu zwrócił niewielki jacht o smukłych kształtach kadłuba i harmonijnych liniach. Zakup sfinalizowano bardzo szybko i wkrótce postawiono na nim polską banderę. Wkrótce do Fischera dołączyła załoga z Polski, która po postawieniu bandery w dniu 16 maja 1925 roku wypłynęła do kraju. Rejs trwał 4 dni, odbył się bez przygód i awarii, i jacht zawinął do Gdańska.

W pierwszym sezonie „Carmen” żeglowała po Zatoce Gdańskiej, a w przerwach pomiędzy rejsami uzupełniano wyposażenie i dokonywano drobnych napraw. W kolejnych latach jacht żeglował,,z załogami wyłonionymi z naboru, po Bałtyku zawijając do portów skandynawskich. Na podstawie zebranych materiałów Fischer opracował prezentację, z którą jeździł po klubach i otwartych spotkaniach pokazując zdjęcia opatrzone własnym komentarzem.

Fischer wielokrotnie przestrzegał niedoświadczonych żeglarzy na łamach pism żeglarskich. (pisownia oryginalna): Nie wychodźcie w morze bez wiedzy żeglarskiej. Może stać się to przyczyną wypadku a ukazanie się polskiego jachtu w obcym porcie będzie powodem żartów, jeśli będzie bez porządnego osprzętu, map, i t. d. Manewry żaglami to rzecz najważniejsza, Na pierwszy sezon weźcie rybaka za nauczyciela. Nauczy was jak stawiać żagiel, jak cumować, robić sploty i węzły. […] Wychodzenie na pełne morze bez map, odpowiedniego osprzętu to kuszenie Opatrzności i nie powinno się powtórzyć1

Po kilku sezonach „Carmen” okazała się zbyt mała na potrzeby żeglarzy i została sprzedana Romualdowi Piterze. W 1933 roku jacht został przekazany morskiej drużynie harcerskiej z Gdyni. Wkrótce został skradziony z portu i uprowadzony do Niemiec. Porzucony został w porcie Stolpmünde (dzisiejsza Ustka). W czasie wojny został zrabowany i wywieziony do Niemiec i ślad po nim zaginął.

Maszoperia po długich – tym razem – poszukiwaniach, zakupiła większy jacht, „Jurand”, ex „Haimat”, ex „Drei Rosen”, ex „Spray”, który pod polską banderą żeglował do wybuchu wojny.

Podstawowe dane techniczne jachtu „Carmen”:
długość całkowita 13 m
szerokość całkowita 3 m
powierzchnia żagli 10 m2
balast 4 tony

                                                                         *   *   *

Jan Józef Fischer, ur. 20 marca 1873 r., zm. 10 września 1942 r.

Urodził się w zamożnej mieszczańskiej rodzinie krakowskiej i od wczesnych lat pasjonował się turystyką górską. W wieku 15 lat wszedł na Łomnicę, schodząc jako pierwszy przez Wyżnią Miedzianą Ławkę w płn. ścianie tego masywu. Potem były inne taternickie osiągnięcia, dziś już nieco zapomniane. Młody Fischer zasłynął jednak swoimi wyczynami narciarskimi. Jego uczniem był Mariusz Zaruski, który w Zakopanem osiadł w początku XX wieku. Swoimi osiągnięciami zaskarbił sobie przychylność środowiska wskutek czego przez wiele lat piastował funkcję prezesa krakowskiego Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarzy, istniejącego aż do wybuchu II wojny. Wielką pasją Jana Józefa Fischera były także sporty automobilowe; brał udział w rajdach i zlotach samochodowych na terenie całej Europy. Kolejną jego pasją było lotnictwo.

Jako ochotnik zgłosił się do wojskowej szkoły lotniczej w Fischamend, a po jej ukończeniu wstąpił w szeregi Hallerczyków (Armia Polska pod dowództwem gen. Józefa Hallera utworzona w 1917 r. we Francji – przyp. red) i jako lotnik wrócił do wolnej Polski. Zainteresował się w tym czasie żeglarstwem morskim, miał już za sobą kilka rejsów w Dalmacji.

Po zakupie „Carmen”, a następnie „Juranda”, pływał głównie do portów Skandynawii, jednak jako żeglarz coraz rzadziej stawał na jego pokładzie. Wspierał finansowo rejsy studentów, wpłacał datki na Fundusz Komitetu Floty Narodowej oraz sekcje żeglarskie i wioślarskie AZS‐ów: krakowskiego i warszawskiego, z którymi był związany osobiście, bądź przez swych przyjaciół.

     

W czasie wojny Fischer pozostał w Krakowie, w czerwcu 1942 roku został aresztowany przez gestapo i osadzony w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Rodzina nie zdołała go wykupić, a prawie 70-letni człowiek słabł z każdym tygodniem. Zmarł w obozie z wycieńczenia.

Czesław Czarnowski, ur. 23 czerwca 1883 r., zm. 29 listopada 1983 r.

Dzieciństwo i młodość spędził w Nowogrodzie, Petersburgu i Wilnie. Jego ojcem był inżynier leśnik, który został przez władze carskie skierowany wraz z rodziną w głąb Rosji (ojciec otrzymał przydział do pracy nad środkową Wołgą). Czesław w ramach służby wojskowej ukończył Akademię Medyczną w Petersburgu. Studiował również w Dorpacie. Był aktywnym członkiem dawnych klubów żeglarskich w Nowogrodzie i Petersburgu, działał również w strukturach Ligi Morskiej w Wilnie. Patent kapitański uzyskał jeszcze w XIX wieku, w roku 1899, w roku 1967 uzyskał patent jachtowego kapitana żeglugi wielkiej.

W 1926 roku zwodował jacht „Mewa”, na którym żeglował po jeziorach Trockim i Narocz, brał udział w imprezach promujących żeglarstwo, gościł często podczas regat, zapraszał na pokład oficjeli. Odbywał corocznie kilka rejsów, a na pokład zabierał młodzież zdobywającą żeglarskie doświadczenie w wyprawach do portów duńskich i szwedzkich. Był jednym z pionierów żeglarskich wypraw bałtyckich i na Morze Północne, zwycięzcą pierwszych polskich regat pełnomorskich na jachcie „Jurand”. Po powrocie do Polski został ponownie członkiem YACHT KLUBU POLSKI, do którego należał od jego założenia w 1924 roku.

 

Wydał siedem publikacji z zakresu tematyki morskiej i żeglarstwa. Opublikował m.in. „Podróże „Jurandem” do Skandynawii” (1938) oraz „Strzępy wspomnień” (1973). Był także malarzem amatorem, twórcą prac o tematyce marynistycznej (sprzedał ponad tysiąc obrazów). Po wodach śródlądowych przepłynął około 3000 kilometrów, a po morzach około 5000 mil morskich.

Ukończył studia medyczne i jeszcze przed II wojną światową wykładał na Uniwersytecie Wileńskim. Praktykował także jako lekarz na terenie Rosji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zamieszkał w Wilnie, gdzie wykładał na Uniwersytecie Wileńskim i został tam profesorem otolaryngologii. Na szesnaście lat wyjechał do Argentyny, potem cztery lata mieszkał w Anglii, trzy na Bliskim Wschodzie i niecały rok w USA. W 1965 przyjechał do Polski. Został członkiem Polskiego Towarzystwa Otolaryngologicznego.

_____________________________________
1. Fischer, J. „Wiosna w pełni”, Sport Wodny, 7/1934, str. 123

                                                                                                                            Marek Słodownik

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe i z arch. Autora.
________________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, Mass media Communication w University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np. „Kino Żeglarskie”, „Ratujmy Dezety”, „Rok Zaruskiego”, „Rok Prasy Morskiej”, członek Rady Konkursu „Kolosy”. Żegluje od 1973 roku.

 

Ludomir Mączka: Listy z rejsu statkiem m/s „Wyspiański” do Buenos Aires na wyprawę jachtem „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej.

W latach 1965-1966 Polskie Towarzystwo Geograficzne zorganizowało wyprawę naukowo-żeglarską na jachcie Śmiały dookoła Ameryki Południowej. Pomysł wyprawy wyszedł z redakcji miesięcznika Poznaj Świat, od redaktora Bronisława Siadka. Trasę rejsu zaplanowano ze Szczecina przez Atlantyk do wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i dalej przez Cieśninę Magellana, Patagonię, zachodnie wybrzeża Ameryki Płd, wyspy Galapagos, Kanał Panamski i powrót do Polski. Spośród wielu kandydatów do udziału w wyprawie wybrano osoby z doświadczeniem żeglarskim, jak i przygotowaniem naukowym w badaniach terenowych objętych programem wyprawy. Ludomir Mączka znalazł się w załodze wyprawy, ale jako członek rezerwowy. Ze Szczecina na Śmiałym nie wypłynął, ale ponieważ w pierwszym etapie rejsu, w Londynie, z przyczyn zdrowotnych, musiał opuścić wyprawę jeden z członków załogi, więc Ludek wypłynął z Gdyni statkiem PLO m/s Wyspiański, aby dołączyć do załogi Śmiałego w Buenos Aires.

Publikowane poniżej listy Ludomira Mączki do przyjaciół i znajomych w Polsce są o tyle odmienne od dotychczasowej korespondencji żeglarza, że pokazują świat oglądany w rejsie, ale tym razem z pozycji pasażera statku handlowego; nawet nie załoganta.
                                                                                                                                                                                                      (zs)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

10 XI 65 MS Wyspiański

Godz. 22.00. Trochę pada. Jestem ostatecznie na statku. Trochę spraw zostało niezałatwionych – zwłaszcza żywność z Lublina. Szkoda, ale trudno. Właściwie to powinienem podskakiwać z radości, bo ziszczają się marzenia młodości, ale może ta młodość przeszła – tak, że czuję tylko odprężenie. No i twarde postanowienie, że muszę i potrafię przetrzymać wszystkich i trochę niepokoju – jak to będzie.
Właściwie to zetknąłem się z życzliwymi ludźmi. Kabina 2-osobowa, mieszkam z młodszym ode mnie i nawet żeglarzem, z Gdyni, który z rodziną wyjeżdża do Santos.
Odejście 11.11 ok. 0100. Trochę się rozpogodziło, potem księżyc. 0800 śniadanie. Jestem trochę rozespany. Po śniadaniu obchodzę statek „po wierzchu”. Na dalsze znajomości – potem.
Biorę się do hiszpańskiego. Pogoda ładna, widać jakiś ląd na S, chyba niemcy, ale ja jestem pasażer to mi wszystko jedno. Nie, to Bornholm i na N Christianso. Zawsze piękny. Przechodzimy w odległości jakichś 3-4 kabli. Teraz już odwrotu nie ma. Powrót tylko przez Cape Horn lub Magellana. Cieśnina Le Maire’a, Cieśnina Drake’a, Virgin Is, Staten Is. i to wszystko co się czytało. Teraz się sprawdzi na sobie. Zobaczę. Mongolia mi smakowała i była smakiem życia. Wielka żegluga chyba też.

11 XI 2100, deszcz. ←┴ pomnik łodzi podwodnych – Kiel. Śluza Kiel. 2145. Deszcz, światła, itd.

12 XI ok. 1030 ʍ Hamburg. Strasznie zimno. Cumujemy daleko od miasta. Waltershof. Do miasta trzeba przepłynąć promem a następnie jakimiś autobusami i tramwajem.
Pasażerów jest sztuk 7.
1. ja.
2. dwie zakonnice do Brazylii, do polskiej szkoły.
3. jedzie pani w odwiedziny do braci w Argentynie.
4. ojciec, matka i ok. 2 – 2,5 letni syn do Brazylii, na stałe.
Załoga. Kpt. Stanisław Mikołajczyk.
Trzeci oficer pamięta smutną wyprawę Conrada i Teresę (Teresa Dudzic – członek wyprawy w 1958 r. jachtem Joseph Conrad – przyp. red.), nazywa się Trąbka-Laś (zdaje się). Intendent pamięta Wagnera i całą wojnę pływał na Batorym.
Żarcie dobre i dużo, ale elegancko. Jako pasażer muszę się myć, golić i w ogóle wyglądać chlujnie.
Mam ze sobą sekstans i chronometr, który mi dostarczono przed wyjazdem. Do Maryli G. względnie T.(Maryla Grochowska-Thomsen, żeglarka z kręgu bliskich znajomych szczecińskich L. Mączki, zamieszkała w Hamburgu – przyp. red.) telefonowałem. Chyba wkrótce będzie.

(Sobota 13 XI godz. 1030) Wczoraj łaziłem z tym wspólnikiem (jako germanista !!!?) po Hamburgu. Ale się jeszcze nie rozkręciłem. Pojechaliśmy gdzieś na wieś autobusem i stamtąd do Wedel i tramwajem do miasta. Zresztą wieczorem ruch niewielki. Przedmieście przyjemne i ciche, ale mówił jeden znajomy znajomych, że tutaj też po nocy biją i rabują zwłaszcza ????? Jutro chyba pójdę nawet do kościoła z tymi zakonnicami, bo to aż w śródmieściu, no i wypada jakoś się nimi zaopiekować (dodatni wpływ kościoła na moją grzeszną duszę – cóż robić).
Dostałem na chwilę plan. Stoimy w Griesenwerder Hafen.
Z reklamy – 20 tyś. statków rocznie, ponad 30 milionów ton. Hamburg Fischmarkt – ruch w sobotę do 10. Szkoda, trzeba będzie zajrzeć w poniedziałek. Ponoć wszystko co z morza, można tam obejrzeć – od świeżych śledzi do krokodyli.
Dostałem taki folder – Landheng Hamburg. W sobotę ok. 14 przyjechał Peter z Marylą i dziećmi. Pojechałem do nich. Przegadaliśmy do wieczora. Peter pokazywał i opowiadał o swoim pobycie w USA. Ze wstydem stwierdziłem, że moja niemczyzna i angielszczyzna pozostawia bardzo wiele do życzenia i w sprawach bardziej skomplikowanych nieraz się nie dogadałem. No, ale trudno, jakoś się doszlifuję z czasem. W niedzielę Peter przyjechał samochodem ze mną (nocowałem u nich na materacu dmuchanym) i zabrał te dwie siostry do kościoła, ale nic z tego nie wyszło, bo nabożeństwa już nie było, ok. 1200. Ale za to zobaczyły siostrzyczki Reeperbahn i Grosse Freiheit, bo tam akurat jest kościół katolicki św. Józefa. Z wierzchu chyba barok (?), wewnątrz nowoczesny, ale ładny – poza tym jasny i surowy.

17 XI O 0400 (około) wyszliśmy z Hamburga. Pooglądałem odejście i poszedłem trochę spać. Wróciłem od Petera ok. 0100 ostatnim tramwajem wodnym z Landungsbrücken. Peter telefonował do portu, kiedy statek wychodzi i odwiózł mnie z Farmsen do Landungsbrücken. Tymczasem na statku wybuchła panika, że się zabrudziasiłem i spóźnię. Zresztą bardzo to ładnie ze strony kierownictwa i współpasażerów. Kapitan był już skłonny nawet poczekać na mnie na redzie. Trochę w tym mojej winy, że nie zostawiłem telefonu do Petera, ale trochę nabrali zaufania do mego rozsądku jak powiedziałem, że telefonowałem do portu (telefonował Peter, ale to wszystko jedno). Oczywiste pozdrowienia dla wszystkich znajomych Wojtków, Danki K., itd.

Przyjemnie mi się wracało: pusto, cicho, od promu ciemno. W mieście światła i tak jakoś poczułem się, że naprawdę jestem w wielkim świecie. No, a powitanie na statku było bardzo miłe, bo zawsze przyjemnie zetknąć się z życzliwymi ludźmi. Pozdrowienia też od ks. S. Jenczyka czy jakoś tak. Tego co był w Londynie.

Wracając do tego kościoła na Grosse Freiheit to jak mi to ksiądz objaśnił naprzód był kościół zbudowany ok. 1715 roku jeszcze w Danii, bo granica wtedy przebiegała tamtędy i katolicy z Hamburga chodzili tam do kościoła, bo w tych czasach służba graniczna i przebieg nie były jeszcze tak doskonałe jak teraz. Dopiero po wojnie z Danią w 1864 roku Prusy zagrabiły część Danii (Szlezwik Holstein), no a następnie powstała tam dzielnica hamburska. Jak mi to tłumaczył Peter, że to nie jest cały Hamburg, tylko jakiś jeden objaw życia wielkiego portu. Podobało mi się, że nie wychwalał i nie przeganił Reeperbahn.

W domu, z Marylą, oplotkowałem wszystkich znajomych, trochę pogadałem z Peterem. Posłuchałem dobrej muzyki z płyt i tak właściwie sobie pomieszkałem. Miasto, jak każde duże miasto. Sporo widzi się samochodów, trochę złotej młodzieży, ale specjalnie krzykliwa nie jest. Kobiety z automatów również telefonują godzinami. Zresztą, tak jak w Warszawie lub Kopenhadze.

Minęliśmy Elbe 1, zostawili pilota i płyniemy dalej. Robimy ok. 17 kn. Morze jest szare. Wiatr 4-5º, smugi piany. Ale statek prawie się nie kołysze, trochę na boki waha o parę stopni. Niebo szare. Morze, jak to określił Conrad, wygląda staro. Rano były pojedyncze płaty mgły, teraz widzialność jest dobra. Mamy nowych pasażerów. Jeden Brazylijczyk średniego wzrostu i wieku (ale starszy ode mnie) siwawy z wąsikiem, opalony albo smagły. Tak sobie wyobraziłem starszego Brazylijczyka. Jeden starszy dziadzio Niemiec, jeden młody (ok. 20 lat) jw. i dwie starsze Niemki (babcie). Jedna wygląda całkiem miło, a druga jędzowato. Coś mi się widzi, że lekcji niemieckiego nie będzie. Jest wreszcie jakiś półsztorm, trochę kiwa, ale jakoś się żyje. Zobaczę jak będzie dalej.

18 XI Ok. 0800 Pas de Calais. Skałki Dover, jakieś latarniowce. Widzialność dość dobra. W nocy przestało kiwać. Uczę się hiszpańskiego. Po południu jest całkiem ciepło i spokojnie. Mamy łagodne wzdłużne kołysanie, całkiem miłe. Dostałem telegram od p. H. Lewińskiej z Poznaj Światu. To było przyjemne. Czytałem trochę Geologię And, ale trzeba przyznać, że mi to nietęgo idzie, choć nawet dość ciekawe. O wulkanach i niepowiązaniu ich z rowami tektonicznymi. O lawach pokrywających utwory lodowcowe w których znów wymyte są plejstoceńskie terasy, itp., ale jeszcze wciąż jestem trochę w stanie podniecenia i ciężko mi się skupić.
Wieczorem mijamy półwysep Cherbourg. Ciepło, deszcz.

19 XI Piątek. Od rana już Biskaje. Ciepło, niebo czyste. Rano były ciemne chmury, ale się rozeszły. Teraz słońce, długa łagodna fala i w ogóle prawie Południe. Wiatr słaby, chyba 3ºB od SW. Później trochę się chmurzy, wiatr trochę rośnie. Ok. 2 godziny bawię się w tłumacza. Tłumaczę moim sąsiadom (tym emigrantom) opowiadanie starego dziadka Niemca jak i co, i za ile w Brazylii. Po obiedzie się trochę rozdmuchało, chyba do 6ºB, ale strasznie ciepło.Trochę chmur, trochę słońca i dość silne wzdłużne kołysanie. Czasem jak dziób zaryje w falę to pył wodny leci przez cały dziób i słychać uderzenie i czuć wstrząsy.

20 XI Sobota. Wyszliśmy na Atlantyk. Pogoda gorsza. Wiatr się trochę uspokoił, ale fale silne i trochę statkiem poniewiera. Przechyły do ok. 30º i silne kołysanie wzdłużne. Widzialność bardzo dobra, cumulusy, słońce, 14ºC.
Część pasażerów wysiadła, część chodzi jak muchy w jesieni, fotele jeżdżą. Jak na razie nie jest źle. Apetyt służy.

21 Niedziela. Morze jak na obrazku, ciemnogranatowe, niebo błękitne, w oddaleniu jakieś chyba 10 Mm widoczna Portugalia. Jest ciepło. O 0800 16ºC w cieniu. Nie kołysze, jest cicho i pięknie. Wybrzeże jest wysokie, lekko zamglone, widać jakieś miasteczka, zamki, sporo rybaków i dość dużo statków. Chorzy odżyli i nabierają barwy. Za 8-10 godzin powinniśmy być w Kadyksie. Ciekaw jestem Hiszpanii. Koło Anglii sztorm. U nas pewnie pełny listopad, a tutaj już prawie Południe.

Ok. 1800 (kotwica) w Kadyksie. Piękna, rozległa zatoka. Pogoda, że u nas rzadko w lecie. Woda turkusowo zielona, łagodny przybój z Atlantyku, błękitne niebo, zupełnie jak na pocztówkach. Na redę wprowadza nas pilot. Pilotówka parowa trochę zakopcona i drewniana. Dookoła zatoki osiedla. W Kadyksie widać jakąś świątynię w stylu mauretańskim. W porcie cicho. Niedziela. Do portu wejdziemy jutro – es Domingo (niedziela). Mnie to nawet odpowiada tak sobie stać na redzie i czekać na jutro. To też przyjemne.

Kadyks – to starożytny Gades. Jakieś tam koneksje z Fenicją, potem chyba Rzymem, Maurami. Niedaleko, tuż, tuż, jest Xeres de la Frontera, tutaj w 711 roku Maurowie zadali decydującą klęskę wojskom chrześcijańskim i pozostawali tutaj aż do 1492 roku, kiedy to padły ostatnie twierdze Grenady. To najładniejsza część Hiszpanii – Andaluzja. Kobiety, wino i śpiew. W przynajmniej wino, bo reszta za droga.W porcie jak u nas, na falochronach goście łowią ryby. W mieście widać prawdziwe palmy na ulicy (a może tylko mi się zdaje). W oddaleniu ku N widać wysokie góry, to chyba będzie Sierra Morena.

22 XI Poniedziałek 0800 cumujemy w Kadyksie. Pogoda piękna. Miasteczko ponad 100000 mieszkańców. O Kadyksie później, bo wyjąłem kupę butelek.

Otrzymują wg wykazu.

Ludomir

                                                                     * * *

Kadyks 22 XI 65

Jestem już drugi dzień w Kadyksie. W hiszpańskim porobiłem już znaczne postępy. Una copa de vino, dos copas de vino, i tak aż straciłem rachunek. Wino jest tutaj tanie, sprzedają na kieliszki i bardzo dużo. Wczoraj cały dzień łaziłem po Kadyksie. Naprzód z tym moim współtowarzyszem kabiny, potem sam, a potem z marynarzami i tak aż do kolacji o 1700. O 1730 poszliśmy – ja i dziesięciu marynarzy na dalsze zwiedzanie miasta. Po drodze spotkaliśmy chiefa, który odwrotnie wracał na statek z zakupionym 2 litrowym gąsiorkiem muszkatelu. Pokazał gdzie to sprzedają. Potem jeden marynarz już z dwoma gąsiorkami poszedł na statek. Wreszcie zostaliśmy we trzech. Chodziliśmy po wąskich uliczkach starego miasta – może też jest eleganckie, z rozmachem, ale nie zielone. Ruch zaczyna się wieczorem. Wąskie uliczki zapełniają się. Między ludźmi przeciskają się samochody. Knajpki zapełniają się. Typy wina bardzo różne, 3 pesety – 1$ do 60 pesetos, kartka pocztowa 3, znaczek 3, list 7 pesetos. Uliczki w stylu mauretańskim, podwórka ze studniami i z podwórka wejście do mieszkań. Część wykładana kafelkami. Dzieci jak wróbli. Biegają po ulicy, krzyczą, biją się, jak u nas. Teraz urwałem się sam, połaziłem trochę po mieście. Usiadłem na starej bramie prowadzącej do starych fortyfikacji, grzejąc się do słońca i korzystając z samotności piszę. Ten mój sąsiad jest trochę męczący, oglądałby tylko koszule i albo wpada w wielkie uwielbienie dla stopy życiowej, techniki, albo wszystko mu się nie podoba. Tak, że bardzo chętnie wreszcie się go pozbyłem. Poszedł na podwieczorek, a ja zostałem w mieście. Natomiast chief jest bardzo miły i kulturalny, szpakowaty pan. Widział kawałek świata i umie o nim opowiedzieć. Lubi łazić po takich różnych zaułkach i wczuć się w atmosferę miasta. Kadyks ma ponad 100 tys. mieszkańców. Stare miasto otoczone jest murem. Zaułki są piękne w dzień, a jeszcze ciekawsze w nocy. Szerokie, miejscami na samochód i jeszcze troszkę. Na ulicy sprzedają pieczone kasztany (ohydne), oliwki marynowane całkiem dobre, pieczone orzeszki ziemne. Właściwie całe miasto to jedno muzeum w stylu mauretańskim, renesansu i bo ja wiem co jeszcze. W typach ludu widać dużo elementu arabskiego. Ale na nasz europejski gust to mało jest ładnych kobiet i mężczyzn. Jednak to jest Południe i ludzie się tutaj szybko starzeją. W mieście kręci się dużo kundli i są traktowane bardzo życzliwie. Nie widziałem, aby ktoś za nimi rzucał kamieniami. Również wiele jest kotów.

Kadyks jest portem pływowym, przy odpływie odsłaniają się skały. Dużo jest rybaków, wędkarzy i wyniki takie jak u nas w Odrze. Teraz jest już po sezonie, ale miasto nastawione jest na ruch turystyczny. Stąd chyba tyle winiarni. Ludzie życzliwi. Celnicy mili. Naprawdę. Stoją wprawdzie na bramie w porcie i jeden na trapie, ale tak nikomu nie wadzą. To chyba Bizet w Carmen zrobił hiszpańskim celnikom złą prasę. Trzeba jednak opisać miasto. Trzeba by wziąć opisy trochę z Capri, trochę z Włoch i to byłaby Hiszpania. Przy tym wydaje mi się dziwne, że ten naród wymyślił i lubi corridę. Tutaj coś nie gra. Nie wiem co, a za mało czasu by dokładniej poznać kraj i ludzi. A szkoda, chętnie bym tutaj jeszcze kiedyś na dłużej zajrzał.

A wszystko to jest tak jakoś ładnie, ciepło i swojsko, że aż żal odpływać. Żal, że wszystko musi się zakończyć. A tak tutaj by się posiedziało. Po raz pierwszy zobaczyłem rosnące na swobodzie palmy i cytryny. Piękny park, mury z widokiem na Atlantyk. Kadyks był obok Sewilli głównym portem srebrzystych flot. Po mieście jeździ sporo dwukołowych wozów zaprzężonych w muły. Koła są wielkie, ogumione, muły średnie i to też egzotyka.

Nareszcie kończę. Jak się coś naprawdę przypomni to następnym razem. W drodze lub z Rio.

Do wiadomości.

1. Jacobsony i wg uznania w Szczecinie.
2.
Hipcio
3.
Chałupa
4.
T. Dudzic – W-wa
5.
ad acta – Szczecin
6.
kolejność dowolna, a nie będę pisał o tym samym 10 listów.

Pozdrowienia
Ludomir

Pozdrowienia dla wszystkich znajomych.
Lu

P.S. Posłałem list do chałupy, do Gliwic, ze sprawozdaniem z Hamburga. Powinien też trafić do Szczecina.

________________________________________________________________________________________________________
Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Super Kolos 2001,Conrady -2003.