Archiwa kategorii: ZŻ nr 39e listopad 2018

Marek Słodownik: Zanim ukazały się „Żagle”…

 Zanim ukazały się „Żagle” – w styczniu 1959 roku – na polskim rynku prasowym okresu powojennego funkcjonowało już z powodzeniem kilka tytułów prasy żeglarskiej; pierwsze, ukazało się już w 1945 roku. Interesujące w szacie graficznej, przyciągały czytelników zachęcając do aktywności na wodzie, do pracy na morzu, pokazując inny, nieznany, ale pociągający, czasami egzotyczny świat żagli i morza.

Jeszcze wcześniej, wkrótce po odzyskaniu niepodległości, sto lat temu, w maju 1919 roku ukazało się pierwsze czasopismo o problematyce morskiej „Bandera Polska”.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

                              Marek Słodownik

  Żeglarstwo i sprawy morskie w mediach do roku 1959.

Zanim w 1959 roku na scenę mediów w Polsce wkroczył magazyn „Żagle” w sprawach czasopiśmiennictwa poświęconego nie tylko sprawom wodnym w ogóle, ale także żeglarstwa, działo się wiele.

Prasa poświęcona morzu po wojnie ukazuje się już od 1945 roku. Już w listopadzie wydano pierwszy numer miesięcznika „Młodzież Morska” z podtytułem „Miesięcznik Młodzieżowy Ligi Morskiej”.

M_Strona_06  2a. M_Strona_04  3a. M_Strona_05 4a. M_Strona_02  5a. M_Strona_03  6a. M_Strona_01

W numerze marcowym z następnego roku w stopce pojawiło się nazwisko Wacława Słobczyńskiego, którego następnie zamienił Walery Przyborowski. Od numeru lipcowego osobę redaktora zamienia kolegium redakcyjne. W połowie roku 1948 pismo zostaje połączone z miesięcznikiem „Żeglarz”[1], które wszelako nie miało nic wspólnego z zasłużonym przedwojennym tytułem.

1a. MORZE_Strona_05  2a. MORZE_Strona_04  3a. MORZE_Strona_03

Było to pismo wydawane przez Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, miało charakter szkoleniowo-instruktażowy i koncentrowało się na popularyzacji zawodów związanych z morzem i gospodarką morską.

Z połączenia tych dwóch tytułów powstał w 1949 roku magazyn „Młody Żeglarz” ukazujący się w nakładzie od ośmiu do dziesięciu tysięcy egzemplarzy.

1a. M_Strona_11  2a. M_Strona_12  3a. M_Strona_13 4a.M_Strona_14  5a. M_Strona_09  6a.M_Strona_10 7a. M_Strona_07  8a. MORZE_Strona_04

Wydawcą została organizacja Służba Polsce przy aktywnym współdziałaniu wspomnianego już Państwowego Centrum Wychowania Morskiego oraz Ligi Morskiej i Marynarki Wojennej.[2] Już rok później samodzielnym wydawcą zostaje Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, a od roku 1951 zmienia podtytuł na „Młodzieżowe pismo popularyzacyjno-szkoleniowe Ligi Morskiej” i wkrótce także dokonuje się zmiana szaty graficznej. Na łamach odnowionego tytułu coraz mniej miejsca poświęca się sprawom żeglarstwa, pismo zyskuje charakter periodyku agitacyjnego wobec nowej władzy, co nie zyskuje aprobaty czytelników i w efekcie w listopadzie tegoż roku ukazał się jego ostatni numer.

Nieco wcześniej, bo już w październiku 1945 roku, reaktywowano czasopismo „Morze”, ale zmieniła się zupełnie jego formuła w stosunku do okresu międzywojennego.

1. MORZE_Strona_01  2. MORZE_Strona_12  3. MORZE 2_Strona_5

4. MORZE 2_Strona_7  5. MORZE_Strona_03  6. MORZE_Strona_05

7. MORZE_Strona_06

Wkrótce połączono go z innym tytułem, „Marynarz Polski” by w kilka lat później powrócić do swego pierwotnego tytułu.

1a. RE_Strona_8  2a. RE_Strona_9  3a. P1410699

4a. RE_Strona_6  5a. RE_Strona_7  6a. MORZE 2_Strona_3Pismem kierowali kolejno: Franciszek Walicki (w późniejszym czasie dziennikarz muzyczny, ojciec polskiego big-beatu i rocka – przyp. red.), Bronisław Miazgowski, Alicja Azembska i Józef Wójcicki.[3] Ważną postacią związaną z „Morzem” był Jerzy Miciński, który pracował w redakcji od 1946 roku, a od roku 1967  kierował pismem jako redaktor naczelny. Na emeryturę przeszedł w roku 1987. Zmarł w marcu 1996 roku. Drogę do pracy dziennikarskiej i swoje związki z pismem podsumował krótko w numerze sześćsetnym, z listopada 1980 roku: „Od „Morza” zaczęła się moja cała morska kariera. (…) Najpierw było czytanie, później kurs korespondencyjny prowadzony przez redakcję, wreszcie-w 1952 roku- kurs żeglarski. W tym czasie, zgodnie z radą „Morza” miałem już złożone podanie do Szkoły Morskiej”[4]

Współpracownikami pisma byli min: Karol Olgierd Borchardt, Wincenty Milenuszkin, Czesław Adamowicz, Wiesław Gawłowicz, Krzysztof Baranowski, Waldemar Łysiak. Od roku 1957 zaczęły ukazywać się regularne materiały poświęcone żeglarstwu, pisywał je Stanisław Wilga, a za tym pseudonimem krył się Włodzimierz Głowacki. O wielkich imprezach żeglarskich pisał również komandor Julian Czerwiński oraz Bolesław Kowalski. Wielokrotnie publikowano również relacje w ważnych wypraw żeglarskich, których w latach siedemdziesiątych było coraz więcej.

W czerwcu 1955 roku na rynku prasowym dość nieoczekiwanie pojawił się nowy tytuł. „Wodami Polski” wydawało Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, a redakcja mieściła się w Warszawie, przy ulicy Senatorskiej 11.

1a. 5kolor  3a. kolor  4a. kolorRedaktorem naczelnym był Marian Sobański, a nad pismem sprawował pieczę Komitet Redakcyjny, na którego czele stał Lesław Dobrucki. Pismo od początku napotkało niemałe trudności wydawnicze wynikające w dużej mierze z sytuacji politycznej i gospodarczej kraju. Pierwsze cztery numery wydano jeszcze przed przemianami politycznymi Października 1956 roku, co w istotny sposób rzutowało na politykę personalną oraz na linię redakcyjną. Tematy polityczne sporadycznie gościły na łamach tytułu, jednak bez wątpienia miały istotny wpływ na kształt nowego czasopisma. Redaktor naczelny po przemianach październikowych pisał na ten temat: Od VIII Plenum upłynęło już trochę czasu. Cała Polska żyje zagadnieniem naprawiania i przestawiania na nowe tory panujących dotychczas stosunków. Również w PTTK przedsięwzięto w tej sprawie pierwsze kroki. Uchwałą Plenum ZG PTTK przekazuje się program z zakresu turystyki kwalifikowanej do wykonania komisjom społecznym wraz ze środkami finansowymi.[5] Kiedy w 1958 roku obchodzono uroczyście Tydzień Ziem Zachodnich, redakcja stanęła w pierwszym szeregu frontu ideologicznego informując o zwartych szeregach i mobilizacji całego środowiska żeglarzy turystycznych: Cały kraj obchodzi w dniach 5 – 14 maja br Tydzień Ziem Zachodnich. Społeczeństwo polskie w ciągu tego tygodnia manifestuje wszelkimi formami silną więź tych ziem z resztą kraju. I żeglarze-turyści obchodzą również Tydzień Ziem zachodnich. Dziwny jednak jest ten tydzień, ma on bowiem 365 dni. Tak jest, gdyż cały okrągły rok trwa praca Klubów i Sekcji Turystyki Żeglarskiej Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego nad utrwaleniem związku ziem zachodnich z Macierzą.[6] Tak pryncypialne materiały były jednak rzadkością na łamach pisma turystycznego, a przez czytelników były przyjmowane jako naturalna danina na rzecz dysponenta politycznego decydującego o dalszym istnieniu tytułu ważnego dla środowiska.

Pismo zawierało zmienną liczbę stron, ukazywało się również bardzo nieregularnie, a przerwy w publikacji kolejnych wydań sięgały nawet kilku miesięcy. Zmienny był również nakład czasopisma, co pokazuje na jakie problemy napotykał zespół redakcyjny w codziennej pracy. Mimo to nie poddawano się i kontynuowano misję wydawania pierwszego czasopisma o profilu turystycznym adresowanym do środowiska wodniackiego.

  „Wodami Polski” to skromny tytuł, wydawany w technice czarno-białej na słabej jakości papierze, zawierał niewiele zdjęć, ale poza nimi starano się zamieszczać rysunki i tabele podnoszące walor ilustracyjny periodyku. Redakcja nie trzymała się ściśle przyjętych na wstępie rozwiązań graficznych, dokonywała zmian na okładkach, modyfikowano logotyp pisma, zmieniano także układ graficzny wewnątrz kolejnych numerów. Problemem były zapasy redakcyjne, chociaż w tych latach turystyka wodniacka istniała, to jednak bariery formalne były wciąż bardzo silne, niewielu turystów dokumentowało swoje wyprawy zdjęciami, a ponadto wyprawy te ograniczały się do terenów Polski, co notabene wpisywało się w zakres tematyczny nowego pisma.

W słowie wstępnym redakcja zwracała się do czytelników nie kryjąc satysfakcji: „Wodami Polski” (…) pierwsze drukowane we własnym organie wodniackie słowo. Długie i mozolne starania działaczy turystyki wodnej o swoje pismo znalazły wreszcie rozwiązanie.[7]

W kolejnych miesiącach wokół pisma skupiła się grupa wielu bardzo aktywnych działaczy związanych z różnymi nurtami wodnej turystyki. Tematyka żeglarska od początku znalazła poczesne miejsce na stronach pisma, a do najważniejszych publicystów należeli wspomniany już Marian Sobański, Tadeusz Jabłoński piszący pod pseudonimem Paweł Dzianisz, Marian Mickiewicz, Janusz Drzewiecki, Witold Tobis, jeden z późniejszych filarów miesięcznika „Żagle” czy Lech Jankowski, postaci bardzo popularne w środowisku  żeglarskim.

Zagadnienia żeglarskie poruszane na łamach „Wód Polski” koncentrowały się wokół kilku głównych grup zagadnień. Najważniejszym była prezentacja rodzimych akwenów i konieczność dobrego utrzymania szlaków żeglownych dla turystyki, co postulowano wielokrotnie na łamach pisma.[8] Prezentowano także najbardziej popularne wówczas konstrukcje jachtowe pod kątem wykorzystania ich w rekreacji i radzono jak dostosować je do dłuższych wypadów, a także prezentowano ofertę producentów zagranicznych, oczywiście wyłącznie z krajów bloku socjalistycznego.[9] Radzono jak manewrować łodziami na prądzie rzecznym i jak przygotować jacht do wyprawy.[10] Postulowano również rozwój turystyki morskiej, a także nawiązywano wprost do uchwał gremiów zajmujących się turystyką na szczeblu centralnym.[11] Najbardziej zaangażowany materiał w tej sprawie dotyczył umasowienia żeglarstwa morskiego, na co wówczas nie było jeszcze zgody politycznej. Marian Mickiewicz, znany warszawski kapitan, pisał nawiązując wprost do poetyki Mariusza Zaruskiego: Czas już i u nas skończyć z tą kompromitującą polskie żeglarstwo sytuacją – nie dziesiątki, lecz setki żeglarzy powinny w sezonie pływać po naszym morzu. To zupełnie możliwe, a nawet więcej – to jest konieczne, jeżeli mamy wszechstronnie wykorzystywać dobrodziejstwo posiadania wybrzeża morskiego, jeżeli mamy wszechstronni szkolić i wychowywać naszą młodzież.[12]

Pojawiały się także zagadnienia z dziedziny ekologii, wówczas określanymi jako ochrona wód, ale nie pisano o tych zagadnieniach w sposób zorganizowany choć na uwagę zasługuje fakt, że już wówczas dostrzegano zagrożenie ze strony przemysłu i wskutek złych nawyków właścicieli gospodarstw domowych.[13]

Pismo było pionierem w segmencie periodyków turystycznych i wywarło istotny wpływ na czytelników. Kolejne tytuły nawiązywały do niego czerpiąc doświadczenie zarówno z tematyki, sposobu jej ujęcia jak też angażując autorów periodyku do swoich zespołów redakcyjnych. Dla wielu pozostaje wciąż, mimo wielu słabości i wydaniu zaledwie 14 numerów, wzorem dobrze redagowanego czasopisma.

Przełomem w latach powojennych był rok 1956. Wówczas, na fali październikowej odwilży zmieniły się całkowicie realia polityczne. Dla żeglarstwa oznaczało to przywrócenie możliwości organizowania rejsów morskich, choć do prawdziwej swobody droga była jeszcze bardzo daleka. „Regaty” weszły na rynek prasowy dość nieoczekiwanie na dwa miesiące przed zmianami politycznymi, w sierpniu 1956 roku, a jego debiutem zaskoczone zostało nawet środowisko wodniackie.

1a. RE_Strona_1  2a. RE_Strona_2  3a. RE_Strona_3     Wydawcą była RSW Prasa, Wydawnictwo Prasa Sportowa, Redakcja Miesięczników Fachowych, ale w praktyce był to organ sekcji wioślarstwa, kajakarstwa, żeglarstwa i sportu motorowodnego GKKF.[14] Redaktorem naczelnym była Magdalena Godlewska, pracownica etatowa tej instytucji, a biuro redakcji usytuowano w Warszawie, przy ulicy Kredytowej 1. Pismo wydawane w formacie A4 jako dwubarwne, o nieujawnionym nakładzie i zmiennej objętości, wahającej się od 16 do 28 kolumn. Cenę egzemplarza ustalono na 5 złotych, było to zatem pismo relatywnie drogie. Miało atrakcyjną szatę graficzną, dwułamowy układ ułatwiający czytanie, dużo materiałów ilustracyjnych, zarówno zdjęć jak i rysunków ułatwiających zrozumienie skomplikowanych czasem tekstów. Staranny druk i dobrej klasy papier dopełniały wrażenia pisma profesjonalnie przygotowanego przez kompetentny zespół redakcyjny. Nowy periodyk miał grubą okładkę, która stwarzała wrażenie pisma bardziej obszernego niż było w rzeczywistości, a ponadto także ten element ułatwiał lekturę. Okładka miały stały wzór, wymieniano na niej tylko zdjęcie.

Pismo ukazywało się ale regularnie, ale z niewielkimi opóźnieniami, w roku 1956 wydano 5 numerów, kolejny rok przyniósł tylko jedno wydanie, po czym „Regaty” zniknęły z punktów sprzedaży.

W pierwszym numerze redakcja zwraca się do czytelników: „Regaty” wypływają na szerokie wody. Oczekujecie zapewne poważnego artykułu wstępnego. Nie znajdziecie go. Redakcja postanowiła zerwać z utartymi, powszechnie stosowanymi zwyczajami i w miejsce artykułu wstępnego zwrócić się do wszystkich żeglarzy, wioślarzy, kajakarzy motorowodniaków” – Pamiętajcie- „Regaty” są naszym wspólnym pismem. (…) Chcemy, by „Regaty” stały się przyjacielem wszystkich, którzy ukochali sporty wodne.[15]

Pismo starało się godzić interesy kilku niezależnych grup wodniaków i dzieliło miejsce na łamach według specyficznego klucza. Zbyt eklektyczna zawartość nie zachęcała do lektury czytelników zajmujących się aktywnie wybraną dziedziną wodnej rekreacji. Starano się pisać pobieżnie o wszystkim, co nie zadowalało chyba żadnej ze wspomnianych grup. Ale zdarzały się materiały godzące wszystkie, nierzadko zwaśnione stron, kiedy pisano o planach rozwoju akwenów przeznaczanych do turystyki i rekreacji. Bardzo ciekawy materiał z tego nurtu ukazał się już w pierwszym wydaniu pisma, a dotyczy planowanej budowy stopni wodnych na Wiśle.[16] Żeglarstwo na łamach nowego periodyku znalazło swoje miejsce i jego znaczenie z miesiąca na miesiąc rosło. Podzielone było na kilka niezależnych wątków, których autorami byli specjaliści różnych żeglarskich zagadnień. Technika reprezentowana była przez profesora Czesława Marchaja, największego w Polsce specjalisty od zagadnień teorii żeglowania, który w początku lat 60-tych emigruje do Anglii. Materiały o technice koncentrowały się konstrukcji jachtów i ich utrzymaniu w należytym stanie technicznym. [17]

Redakcji udało się skupić wokół spraw żeglarskich znakomitych autorów. Sprawami wychowawczymi i organizacyjnymi zajmował się na łamach pisma Włodzimierz Głowacki. Na łamach „Regat” opublikował on słynny artykuł, w którym udowadniał wyższość żeglarstwa klubowego nad indywidualnym.[18] O regatach śródlądowych pisywało do „Regat” kilku autorów, najbardziej aktywni byli Andrzej Dąbkowski i Wojciech Roszak, a plonem ich pracy były głównie relacje w etapowych regat Warszawa-Gdańsk, bardzo wówczas popularnych w środowisku.[19] Zagadnieniami sędziowskimi zajmował się Stefan Wysocki, działacz żeglarski i promotor tej dyscypliny, ale publikował on również artykuły na tematy techniczne.

Działania redakcji nie szły w parze z zainteresowaniem czytelników i tytuł niespodziewanie zniknął z rynku prasowego w początku 1957 roku. O okolicznościach zamknięcia redakcji na łamach „Żagli” pisał po latach Włodzimierz Głowacki: „Byłem członkiem kolegium redakcyjnego „Regat”. Gdy pewnego dnia przybyłem do redakcji z materiałem gotowym do następnego numeru, okazało się, że trudziłem się niepotrzebnie, Nie było już redakcji, ani „Regat”, ani kolegium redakcyjnego.[20]

Przyczyn należy poszukiwać w nietrafionej formule wydawniczej, która powodowała, że był to tytuł próbujący integrować środowiska wodniackie, ale czyniący to w sposób trudny do zaakceptowania przez adresatów oferty. Model pisma, w którym każda z dziedzin ma swoje kolumny nie zadowolił żadnego z tych środowisk, ponieważ każde z nich uważało, że zasłużyło na własny tytuł, a kolejne dziedziny wodnej aktywności stoją na przeszkodzie do posiadania pisma na wyłączność.

Redakcja zdawała sobie sprawę, że pismo ma kłopoty, wskazywano na konieczność dokonania zmian, jednak ostatecznie decyzją komisji złożonej z przedstawicieli KC PZPR, Zarządu Głównego RSW „Prasa”, GKKF i Wydawnictwa „Prasa Sportowa” zniknęło nagle z rynku.[21] Nie był to wówczas przypadek odosobniony, z uwagi na trudności w zakupie papieru szukano na szczeblu centralnym oszczędności i dokonywano analizy tytułów prasowych pod kątem ich ekonomicznego potencjału.

„Regaty” nie zawierały w ogóle reklam, co powodowało, że wpływy na jego utrzymanie były niewystarczające, jednak w roku 1956 publikowanie reklam prasowych nie było w ogóle rozpatrywane, nie tylko w kontekście poprawy rentowności tytułów prasowych.

Marek Słodownik

___________________________________________

1.„Żeglarz” był pismem wydawanym przez struktury ZHP w latach 1934-1939 z przerwą w roku 1938. Początkowo ukazywał się jako dodatek do pisma „Na Tropie”, później stał się samodzielnym bytem. Łącznie ukazało się 45 numerów pisma.

[2] „Młody Żeglarz” nr 1/1949, str. 2

[3] Henryk Mąka, „750 numerów Morza”, „Morze” nr 4/1997, str. 2-4

[4]  ba (Jerzy Miciński) „Od Redaktora” „Morze” nr 11/1980, str. 2

[5]  Marian Sobański, „Na nowe tory”, „Wodami Polski, nr 5/1956, str. 1

[6]  (Sigis), Żeglarski tydzień Ziem Zachodnich, Przemysław Bussse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 5/1958, str. 2

[7]   (ba), „Od redakcji”, „Wodami Polski nr 1/1955, str. 3

[8]   Paweł Dzianisz (Tadeusz Jabłoński),  „Wodami ukochanego kraju”, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 6, Marian Sobański, „Wisła”, Wodami Polski” nr 1/1955, str. 1/1955, str. 7, Lech Jankowski, „Budowa stopni piętrzących na Wiśle a turystyka wodna”, „ Wodami Polski” nr 4/1956, str. 7-8, Wiesław Nasiłowski, „Moje doświadczenia z rejsów mazurskich”, „Wodami Polski” nr  2/1958, str. 5-6, Przemysław Busse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 3-4/1958, str. 3

[9]   Zbigniew Kościński, „Finn, Słonka, Hetka, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 1/1955, str. 6, Józef Wierzbicki, „Amatorska budowa łodzi żaglowych, Wodami Polski” nr 2/1955, str.2/1955, str. 7-8, Zbigniew Kościński, „T-10, nowa turystyczna łódź żeglarska, „Wodami Polski” nr 5/1956, str. 14-15, Witold Tobis, „Sprzęt żeglarski z NRD”, „Wodami Polski” nr 10/1957, str. 9, Witold Tobis, „Katamaran”, „Wodami Polski” nr 10/1957, str. 10, (ba), „Łodzie żaglowe dla młodzieży” Przemysław Bussse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 5/1958, str. 11-12

[10]   (Jaskar), „O załodze słów kilka”, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 15-16,  Stanisław Bogdanowicz, Andrzej Iżycki, „Manewrowanie łodzią żaglową na prądzie rzecznym”, „Wodami Polski” nr 6/1957, str, 5-7, kontynuacja w numerach: nr 8/1957, str. 5-7

[11]   Marian Mickiewicz, „O turystyczne żeglarstwo morskie, „Wodami Polski” nr 4/1956, str. 4, Antoni Łukasiewicz, „Rejs do Helsinek”, „Wodami Polski” nr 5/1956, str. 10, Marian Mickiewicz, „Pod Skagen, Mariusz Zaruski i Zew Morza do Narviku”, „Wodami Polski” nr 2/1958, str. 5-6

[12]   Marian Mickiewicz, „O turystyczne żeglarstwo morskie”, „Wodami Polski” nr 4/1956, str. 4

[13]   Edward Muszalski, „Zanieczyszczenia rzek, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 25-26

[14]  W latach 1951-56 związki sportowe zostały zlikwidowane, a w ich miejsce wprowadzono, na wzór radziecki, sekcje poszczególnych dyscyplin skupione wokół Głównego Komitetu Kultury Fizycznej pełniącego de facto rolę ministerstwa sportu. Przewodniczącym Sekcji Żeglarskiej GKKF w tych latach był Jerzy Putrament.

[15]  (ba), bez tytułu, „Regaty” nr 1/1956, str. 1

[16]  (ba), „Warszawski węzeł wodny”, „Regaty”,  nr 1/1956, str. 24-25

[17]  Czesław Marchaj, „Formuły pomiaru wartości regatowej jachtu”, „Regaty”,  nr 1/1956, str. 9-11, kontynuacja w numerach: 2/1956, str. 8-9, nr 3/1956, str. 15-17,  Czesław Marchaj, „Zagadnienia rozkołysu klasy Finn”, „Regaty”,  nr3/1956, str. 6-8, Stefan Wysocki, „Maszt jest ważny”, „Regaty”,  nr 4/1956, str. 10-11

[18]  Włodzimierz Głowacki, „Polski Związek Żeglarski”, „Regaty”,  nr 5/1956, str. 4-5

[19]  Andrzej Dąbkowski, „Po raz pierwszy Warszawa – Gdańsk”, „Regaty”,  nr 2/1956, str. 2-3,  Wojciech Roszak, „O regatach Warszawa – Gdańsk”, „Regaty”,  nr 4/1956, str. 12

[20]  Włodzimierz Głowacki „O „Żaglach” mówią ich redaktorzy” „Żagle” nr 1/1969, str. 4-5

[21]  Włodzimierz Głowacki, „Zanim doszło do „Żagli”, „Żagle”, nr 1/1984, str. 6-7

Zamieszczone scany okładek czasopism żeglarskich pochodzą z prywatnego archiwum Autora artykułu.

________________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w                                                            University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych                                                                materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami                                                  żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o  żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np.                                                   kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Kapituły i Rady  Konkursu „Kolosy”. Żegluje od                                         1973 roku.

 

 

Mariola Landowska: Farol znaczy latarnia.

Mariola Landowska 2003Szesnastowieczny Forte de Santo António da Barra w portugalskim Cascais nad brzegiem oceanu na zdjęciach Marioli Landowskiej.

Fort jest pięknie położony. Kolor ochry fortu kontrastuje z turkusem wody, ze skałami w dole pośród których wyrastają duże, ciemnozielone agawy. Ponieważ inżynier – projektant fortu był Włochem, mam wrażenie, że zakamarki fortu, prawie romantyczne, zostały celowo tak zaprojektowane, by prócz funkcji obronnych czuć było pewną atmosferę miejsca; choćby pomieszczenia z balkonami wychodzącymi na Ocean.

Jest w forcie wiele pięknych starych kafli (azulejos), ułożonych, pozostałych? w różnych, czasami odległych od siebie miejscach; zapewne są to pozostałości posadzek, ścian ocalałe z trzęsienia ziemi i bitew. Atmosfera pustki panuje wokół .. bo nie ma mebli, jest tylko jedna szafa typu biblioteka, ale pusta.

2. Forte de Santo António da Barra    3. Forte de Santo António da Barra

IMG_1125    IMG_1134

A po drugiej stronie Atlantyku, w brazylijskim stanie Bahia w mieście Salvador strzegąc wejścia na Bahia de Todos os Santos Portugalczycy zbudowali w XVI wieku Forte de Santo Antônio da Barra. W połowie XIX w. na jego szczycie dobudowano latarnię morską (Farol da Barra). (…)ten farol czyli latarnia da Barra albo inaczej – św. Antoniego, w Salvadorze – to druga, najstarsza latarnia morska po latarni w Recife, która to latarnia była starym pałacem Fryburga, czyli Farol da Barra, w Salvador. Sam Forte de Santo Antonio da Barra to jedna z najstarszych (XVI w.) budowli europejskich na kontynencie południowoamerykańskim.

Farol da Barra i fort to jedno z emblematycznych miejsc w Salvadorze dzięki swojemu położeniu – prawie w centrum miasta, na atlantyckim brzegu. Wzgórze posiane  zieloną trawą wypełnia się popołudniem tłumami ludzi podziwiających zachód słońca. Wspaniałe miejsce na spotkania dla zakochanych i poszukujących refleksji po całym dniu. W dobrym tonie jest bywać tam. Powietrze rozgrzane po całym dniu ochładza około godziny siedemnastej bryza morska.

Dopełniając dzień patrzymy na słońce, słuchając  rytmów bębnów na których grają i młodzi i starsi, ale zawsze następne pokolenia niewolników przywiezionych z Afryki w czasach kolonialnych.

Dzisiaj Salvador to miasto najbardziej afrykańskie. Mają swoje bóstwa – Orixá, mają swoją muzykę, tańce condomblé. To już kultura, a nie tylko religia.

Ogólnie bardzo dobrze wspominam trzy i pół miesięczny pobyt w Salvadorze, gdzie powstały moje obrazy do cyklu ORIXAS. Wysyłam fotki. Malowałam także życie rybaków na brzegu plaży Boca do Rio, gdzie mieszkałam.

Bahia3,33x33 Bahia5-33x33 Bahia 2, 33x33 Bahia 7,33x33Bahia 33x33

Com os melhores cumprimentos.                        

Mariola Landowska, Lizbona, listopad 2018

________________________________________________________________________________________________________

Mariola Landowska – żeglowała w Jacht Klubie AZS w Szczecinie w latach osiemdziesiątych XX w. Z pasją oddaje się malowaniu i podróżom. Wystawy malarskie w Szczecinie, we Włoszech, w Portugalii, w Hiszpanii. Od kilku lat mieszka w Oeiras koło Lizbony.                                                                                                                                    (zs)

 

ZŻ nr 39e listopad 2018

2 0 1 8   –   R O K    H E R B E R T A

Zb. Herbert, szkic z Holandii, 1976r.   Zbigniew Herbert, szkic z podróży do Holandii, 1976r.                                                                                                        https://www.bn.org.pl/projekty/rok-herberta-2018/szkicowniki#gallery13-2

Zbigniew Herbert ze swoich licznych podróży, oprócz pięknych literacko i mądrych esejów, prozy i wierszy, przywoził szkice rysunkowe, które zamiast fotografii, turystycznych widokówek pozwalały mu zatrzymać w ołówkowej kresce zachwyt, zdziwienie, czasami owo nieuchwytne dla obiektywu poruszenie wewnętrznej struny – nad oglądanymi miejscami, ludźmi, sytuacjami.

        ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

„ Dnia 28 grudnia 1618 roku wypłynął z portu na wyspie Texel żaglowiec „Nowy Horn”, udając się w długą i niebezpieczną drogę do Indii Wschodnich. Cargo stanowiły beczki z prochem strzelniczym. Kapitan statku Willem Ysbrantz Bontekoe opisał dzieje tej osobliwej nawigacji….”

Tak rozpoczyna Herbert swój tekst, który w polskim wydaniu w wersji książkowej ukazał się w tomie Martwa natura z wędzidłem, w części „Apokryfy”.

Ale wróćmy do żaglowca i jego załogi. Cóż w owej żegludze morskiej – nawigacji – mogło być „osobliwego”?…   Jak pisze dalej Herbert: „Sztormy, cisze morskie, wielodniowe burze, tropikalne ulewy przypominające biblijny potop, choroby gnębiące załogę, utarczki z Hiszpanami” – to wszystko, jak na razie, jest jeszcze „w granicach normy”, aż przychodzi 19 listopada następnego roku w którym to dniu życie marynarzy żaglowca diametralnie się zmienia. „Nagły przechył statku i świeca pada wprost do otwartej beczki z wódką”  (…) następuje „potężna eksplozja, która unicestwia statek”. Garstka ocalałej załogi, bez żywności, bez pitnej wody, pozostaje w łodzi zagubiona w pustce oceanu: „bezlitosne słońce tropików mąci umysły, w których lęgnie się barbarzyński zamiar uśmiercenia chłopca okrętowego, aby nasycić się jego ciałem i krwią”.

Herbert sugestywnie przybliża dalszy bieg zdarzeń jak to marynarz Rudy Joost jedną ręką trzymając za włosy przerażonego i wrzeszczącego chłopca okrętowego, drugą rękę uzbrojoną w nóż podnosi do góry… I w tym momencie, ponieważ jest to apokryf, tekst niepewny co do autorstwa, ale i co do autentyczności, Herbert podaje trzy wersje dalszych wydarzeń, z których trzecia jest dla niego najbardziej prawdopodobna. Otóż kapitan w odruchu człowieczeństwa grożąc „utratą dziennego zarobku i należnej racji żywnościowej” (sic!), ale i szubienicą w Amsterdamie przywołuje wygłodniałych żeglarzy do opamiętania się: „Przywrócił oszalałym z pragnienia i głodu marynarzom poczucie moralnego ładu, stawiając przed nimi jasny obraz cywilizacji, której fundamentem są – jadło, pieniądz i drewniany słup z poprzeczną belką u szczytu.”

(Cytaty z: Zbigniew Herbert, Martwa natura z wędzidłem, „Apokryfy: Kapitan”.)

C Z Y T A J M Y    H E R B E R T A

                                                                                                                                             (zs)                                                                                                                             _____________________________________________________________________________________________________

 (zs):                                                                                 ARTYKUŁY

Jest już koniec września i uświadamiają sobie, że to koniec możliwości żeglugowych w tym sezonie – bariera lodowa zamyka dalszą drogę. Zresztą, sama osada swoją nazwą jakby chciała zatrzymać i przypomnieć, że byli tu więksi od nich i też ulegli arktycznej zimie: Amundsen na swoim statku „Gjöa” zimował tu, w tym miejscu – wówczas jeszcze nie osadzie – przez dwa sezony i nadał mu obecną nazwę…”

________________________________________________________________________________________

Oonah V. Joslin:                                             WIERSZE

„Standing amid a symmetry of sky and sea                                                                                                                                          rippling like the destiny                                                                                                                                                                            of the sail that drove him     …”

_________________________________________________________________________

Marek Słodownik:                                          WSPOMNIENIA

„…już w październiku 1945 roku, reaktywowano czasopismo „Morze”, ale zmieniła się zupełnie jego formuła w stosunku do okresu międzywojennego.(…) Pismem kierowali kolejno: Franciszek Walicki (w późniejszym czasie dziennikarz muzyczny, ojciec polskiego big-beatu i rocka – przyp. red.)…”

_________________________________________________________________________

(zs):                                                                                     RECENZJE

„…na wyspie Prospera „rozgrywa się historia świata – walka o władzę, mord, bunt i przemoc”; nawet Kaliban i duszek Ariel nie są od tego wolni. W tej walce, starciu sił nie można być biernym, nie można czekać na cudowne ocalenie, na jakieś czary-mary…”

_________________________________________________________________________

   F O T O

IMG-20180706-WA0016  IMG-20180706-WA0017          Brazylia, Fortaleza – Ocean. Fot. M. Landowska

________________________________________________________________________

 W I D O K Ó W K A

A. M. Prokofieff, Am Flusse. - A la riviere. - On the river.

A. M. Prokofieff, Am Flusse. – A la riviere. – On the river.

Anna Kaniecka-Mazurek: recenzja

KB1Kazimierz Robak, Żeglarskie kto jest kim: Krzysztof Baranowski, Warszawa, Wydawnictwo Megas, 2018, ss. 199.

Książka Kazimierza Robaka pt.: Żeglarskie kto jest kim… przedstawia dokonania i sylwetkę słynnego polskiego żeglarza, Krzysztofa Baranowskiego. Tytuł sugeruje, że autor planuje serię wydawniczą. Czy tak jest? Nie wiem, okaże się.

Książka Kazimierza Robaka jest bogato ilustrowana zawiera wiele map. Poprowadzona jest w formie kalendarium życia bohatera, począwszy od przybliżenia losów rodziny kapitana Baranowskiego (jego ojciec był pasjonatem szybownictwa, swoją żonę, matkę Krzysztofa, poznał w Aeroklubie Lwowskim). Początek dalekomorskiej kariery żeglarskiej Krzysztofa Baranowskiego łączy się z losem naszego przyjaciela Ludomira Mączki. Obaj panowie spotkali się na s/y Śmiałym w rejsie wokół Ameryki Południowej. Baranowski był w tym rejsie kukiem. Śledząc losy Krzysztofa Baranowskiego na kartach książki Kazimierza Robaka jeszcze kilka razy poczułam mocniejsze zabicie serca: za każdym razem kiedy pojawiał się nasz wielki klubowy kolega, kapitan Wojciech Jacobson i kiedy zobaczyłam zgrabną sylwetkę s/y Gandalfa, który to wcześniej pod nazwą Zenit służył kapitanowi Baranowskiemu. PorKB2uszył mnie widok tej zgrabnej Vegi, świadomie pozbawionej przez armatora nadbudówki, bo to na niej odbyłam jeden z pierwszych swoich morskich rejsów, pod wodzą kapitana Grzegorza Górkiewicza. Tak się plotą losy jachtów i żeglarzy. Dobrze, że są żeglarze o kronikarskich zapędach i umiejętnościach, bo można prześledzić krok po kroku historię kilku słynnych jachtów i paru ważnych żeglarskich przedsięwzięć, jak choćby Szkoła pod Żaglami, budowa s/y Pogorii, czy s/y Fryderyka Chopina.

Książka Kazimierza Robaka stanowi cenne źródło informacji o polskim żeglarstwie. Polecam i zachęcam do zapoznania się z tą ciekawą historią.

Anna Kaniecka-Mazurek

________________________________________________________________________________________________________Anna Kaniecka-Mazurek absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Ostatnio wydała książkę Kobieta/Mężczyzna. Niepotrzebne skreślić. Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

Oonah V. Joslin: „Ludek’s Dawn”

Dawn after Bellot Strait        Wschód słońca po przepłynięciu Cieśniny Bellota. Fot. W. Jacobson (z pokładu Vagabond II, 26.08.1988r.)

Standing amid a symmetry of sky and sea                                                                                            rippling like the destiny                                                                                                                     of the sail that drove him

 towards mackerel sky and mackerel sun                                                                                         burning the horizon.                                                                                                                              Like a „latter day Moses”

 standing there with God                                                                                                                  no mountain now, no desert, no                                                                                                    commandment on His lips

 only the gifts                                                                                                                                     of sea and sight                                                                                                                              and silence.

                                           Oonah V. Joslin,  04.2008.

Świt Ludka

Pomiędzy morzem połyskliwym i chmurami                                                                                                                                   morskiego przeznaczenia siłami                                                                                                                                                           które go tutaj przywiodły

 ku słońcu i niebu makrelowemu                                                                                                                                                            a słońcu widnokrąg rozpalającemu.                                                                                                                                                      Niczym „ Mojżesz współczesny”

 będąc tam z Tobą o Panie                                                                                                                                                                      z ust Twoich żadne przykazanie                                                                                                                                                              i nie ma pustyni ni góry

 tylko te dary                                                                                                                                                                                           z morza, widoku                                                                                                                                                                                       i ciszy.

                             tłum. (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Czytając wiersz, dobrze jest spojrzeć na fotografię, bo jak pisze w e-mailu  Wojciech Jacobson: … Wiersz jest właściwie inspirowany fotografią. Ludek był w tle, bo jednocześnie autorka czytała (w tłumaczeniu) nasze odczucia… Ludek spał, obudziłem go dla tego wschodu … był to jeden z piękniejszych momentów naszej żeglugi we dwóch z Ludkiem, po przejściu cieśniny Bellota – działu wodnego między Pacyfikiem a Atlantykiem ….  A w liście do autorki wiersza tak oto opisuje wrażenia wyniesione z tamtej chwili: …The dawn of the next day was, for me and Ludek alike, the most wonderful moment of our Arctic voyage; I can still see it. The sun rising above the bay, a delicate crunching sound produced by the thin ice cover as it was being broken by the bow, and a soaring feeling, most probably known only to mountain climbers after a successful assault on the top. We’d made it, we’d passed through!…

O samej fotografii, autorstwa Wojciecha Jacobsona, autorka wiersza Oonah Joslin  pisze w e-mailu: …That photograph is magnificent.  In fact I began to write a poem about it so emotional was my response…”.                                                                                                           (zs)

________________________________________________________________________________________________________Oonah V. Joslin (nee Kyle) – angielska poetka urodzona w Ballymena (Północna Irlandia); po ukończeniu pracy pedagogicznej pisze głównie poezje i tzw. „flash  fiction”; mieszka w Anglii; więcej o autorce wiersza na stronie internetowej www.writewords.org.uk/oonah/ lub na stronie www.bewilderingstories.com

~~~~~~~~~~~~~~                                                                                                                           Tekst pierwotnie ukazał się w Zeszytach Żeglarskich nr 22, maj 2008, str. 24.

 

(zs): NORTHWEST PASSAGE – wyprawa jachtem „Vagabond’eux” z zachodu na wschód, 1984-1988.

Maria wpłynęła do Rio; do Rio de Janeiro. Wreszcie będzie czas na uroki lądowego życia, na bogate życie towarzyskie, na chłonięcie mozaiki kolorów, zapachów, wrażeń, na dalsze plany żeglarskie. Zatoka Guanabara, Corcovado z posągiem Chrystusa, Góra Cukru, bajecznie kolorowe plaże Copacabana i  inne atrakcje turystyczne, nowo poznani ludzie, spotkania, rozmowy. Jeden z poznanych, przebywający „na kontrakcie” Zbyszek Siniecki i jego żona Inga niezwykle serdecznie opiekują się Marią i jej załogą (Ludomir Mączka, Wojciech Jacobson, Marek Kowalski). Gdy wypłyną z Rio będą z nimi w kontakcie; wysyłają im przychodzącą do Rio na adres Marii korespondencję. Z Rio żeglarze płyną do Vitorii, potem do Salvadoru (Baia de Todos os Santos). I właśnie w Salvadorze dostają wiadomość od Sinieckiego, że szuka z nimi kontaktu Janusz Kurbiel, prosi o telefon. Znają go jeszcze z kraju, ze Szczecina, z klubu żeglarskiego; mieszka we Francji, żegluje, najczęściej na daleką Północ. Wojtek dzwoni do Paryża, do Janusza; rozmowa krótka – połączenie telefoniczne drogo kosztuje – więc umawiają się, że Janusz napisze list do Cayenne (ich kolejnego portu); list z pewną propozycją dla nich. Maria żegluje dalej; wpływa do Cayenne w Gujanie Francuskiej, gdzie na poczcie odbierają listy, dużo listów, a wśród nich ten jeden, jak się okaże bardzo ważny, z Paryża od Janusza. W mesie Marii czytają na głos, tak żeby do wszystkich dotarło – Kurbiel pisze o rejsie arktycznym na Northwest Passage, jego jachtem, z nimi w załodze. Kolejne telefony do Paryża i umawiają się na spotkanie, na rozmowy o szczegółach arktycznego rejsu. Wkrótce do Cayenne przylatuje Janusz z żoną Joelle; przywożą dużo prezentów dla Marii – radionamiernik, echosondę, samoster na rumpel – tak jakby chcieli jej wynagrodzić, może przeprosić, że odciągają Ludka od niej…  Na kotwicowisku, na Marii, omawiają szczegóły: najpierw przeprowadzenie jego jachtu Vagabond II (piętnastometrowy stalowy kadłub, powierzchnia ożaglowania 120m2) z Francji do Kanady, na zachodnie wybrzeże. Na zapoznanie się z jachtem, omówienie dalszych szczegółów r1a. na paryskim brukuejsu umawiają się w Paryżu, na dwudziestego piątego maja (1984r.) – w tym dniu będzie otwarcie wystawy pt. „Retour du Pôle” („Powrót z bieguna”) o niezwykłym rejsie jachtem a potem wyprawie zorganizowanej przez Janusza Kurbiela saniami motorowymi – 2000 km do bieguna magnetycznego; w Paryżu, na nabrzeżu Sekwany stoi jacht, vis a vis wieży Eiffla – „łatwo znajdziecie”.                                                                                                                 Fot. W. Jacobson

Maria kolejny raz  – już czwarty – przepływa Atlantyk; po 65 dniach cumują w Brest. Do Paryża na spotkanie z Kurbielem pociągiem jadą Wojtek i Ludek, Marek Kowalski zostaje na Marii, dla niego rejs kończy się definitywnie – wyjedzie z Francji do krewnych w Niemczech. Omawiają szczegóły – Janusz przedstawia plan całej wyprawy: rejs Francja – Kanada to początek, prolog, celem jest wyprawa z zachodu na wschód Przejściem Północno-Zachodnim (Northwest Passage). Jeszcze Marię przeprowadzić z Brest do Le Havre, wystawić na ląd, na keję, zabezpieczyć na postój – roczny, wg planów wyprawowych Janusza. Włączają się w przygotowania jachtu, wyprawy; do załogi – na zaproszenie Kurbiela – dołącza córka Wojtka, Magda, studentka architektury.

13 października 1984, start z Le Havre (Wojtek Jacobson jako kapitan, Ludek Mączka, Magda Jacobson); postój techniczny w Brest, potem dwukrotnie będą wychodzić w morze i wracać – kłopoty z silnikiem – by ostatecznie 1-go listopada wypłynąć z Europy. Atlantyk – Gran Canaria – Antyle – Wenezuela – Kanał Panamski – zachodnie wybrzeże Meksyku i USA – Vancouver (Canada, B.C.); jest 30.04.1985r. Za rufą Vagabond II pozostało 12520 mil morskich, osiemnaście portów i kotwicowisk w których się zatrzymywali.

W kraju pogrążonym w siermiężnych warunkach gospodarczych, w napiętych relacjach społecznych, przy ograniczeniach swobodnej aktywności, również żeglarskiej ich rejs do Vancouver budzi zaciekawienie, uznanie dla żeglarskiej dobrej roboty; rejs uzyskuje prestiżową, I nagrodę i „Srebrny Sekstant” w konkursie Rejs Roku 1985.

 

Do Arktyki – sezon 1.

4 czerwca 1985 roku wypływają dalej na Północ Kanady; przed nimi wyprawa na Northwest Passage. W załodze Vagabond II jest właściciel jachtu i organizator wyprawy Janusz Kurbiel jako kapitan, jego żona Joelle, Wojtek Jacobson i Ludek Mączka. Akweny Kolumbii Brytyjskiej – Pacyfik – Dutch Harbor (Aleuty) – Morze Beringa – Nome (Alaska) – kotwicowisko w Clarence Bay (tuż przed Cieśniną Beringa).

„…Krajobraz był już subarktyczny, brak lasów, niska roślinność, tundra pokryta kwiatami. Wokół na brzegach rozłożone były namioty obozów letnich Inuitów i rozciągnięte sieci do połowu ryb. Na sąsiednich wzgórzach, koło osady Teller, lądował w roku 1926 Roald  Amundsen po przelocie sterowcem Norge nad biegunem północnym…”     

                                                                              (ze wspomnień Wojciecha Jacobsona)

18 lipca 1985 roku, Cieśnina Beringa, przekraczają koło podbiegunowe (krąg polarny).

„…przy słonecznej pogodzie, wpłynęliśmy między dwie wyspy leżące pośrodkuCieśniny Beringa –  Małą i Dużą Diomede, przez Rosjan zwaną Ostrowem Ratmanowa. Jednym rzutem oka mogliśmy ogarnąć dwa widoczne w oddali kontynenty i dwa regiony – Amerykę i Azję, Alaskę i Syberię , dwa państwa – USA i ZSRR,  dwa oceany – Spokojny i Arktyczny, dwa morza – Beringa i Czukockie,  i … dwa dni – dziś i jutro! Tak – środkiem cieśniny biegnie bowiem linia zmiany daty!…”

                                                                             (ze wspomnień Wojciecha Jacobsona)

Na Morzu Czukockim pojawiają się pierwsze pola kry lodowej; na razie jest to luźny pak lodowy, jeszcze niegroźny dla żeglugi dopóki nie zgęstnieje i nie unieruchomi jachtu. Wzdłuż północnego wybrzeża Alaski ciągną się płycizny, skały podwodne, podwodne pingo – wypiętrzone formy geomorfologiczne. Na szczęście kadłub Vagabond’eux jest przystosowany do żeglugi po płytkich wodach. Ma to jeszcze i tę zaletę, że spychane wiatrem dolądowym większe kry lodowe osiadają „zaczepiając” o dno, pozostawiając przybrzeżne płycizny możliwymi do żeglugi, ale dla jachtu o małym zanurzeniu, takiego jak ich Vagabond’eux.

10 sierpnia 1985 roku, kotwicowisko koło dużej osady Inuitów i portu arktycznego Tuktoyaktuk (ujście rzeki Mackenzie). Z powodu znacznego zalodzenia dalsza żegluga staje się zbyt niebezpieczna, a nawet wręcz niemożliwa (podejmują jeszcze próby żeglugi wśród gęstniejących pól lodowych, ale bezskutecznie) .

2a.Vagabond II_NW Passage 1985

 

3a. J309_b

 

 

  Fot. J. Kurbiel

Trzeciego września Vagabond’eux zostaje wyciągnięty spychaczem Inuitów na ląd (ma płaskie dno, podnoszony miecz, jest do takich manewrów przystosowany). Arktyczna zima nadchodzi szybkimi krokami; Kurbielowie wracają do Francji; Ludek z Wojtkiem zabezpieczają jacht na zimę, przenoszą wyposażenie do użyczonych, ogrzewanych pomieszczeń działających tam firm naftowych.

23 września odlatują: najpierw do Inuvik – to jeszcze Arktyka – i po kilku dniach (po prawie tygodniu kwerendy naukowej w Arctic Research Centre) lotem z przesiadką w Edmonton do Londynu, Paryża (we Francji zdążą jeszcze pojechać do St. Nazaire na próby żeglowania katamaranem ojca francuskiej sławy żeglarskiej Marca Pajota) i do Polski – Wojtek (do pracy na uczelni), bo Ludek zostaje we Francji do czerwca następnego roku (w styczniu następnego roku Ludek z Januszem Kurbielem pojawią się na krótko w Polsce).

Bilans sezonu w Arktyce to: 4100 mil morskich i 25 portów i kotwicowisk.

 

Arktyka – sezon 2.

 W połowie czerwca 1986 roku Wojtek i Ludek przylatują do Tuktoyaktuk; przygotowują jacht do dalszej żeglugi. Z początkiem lipca pojawiają się Kurbielowie i wraz z nimi kanadyjski filmowiec Jerome del Santo.

27.07.1986 opuszczają Tuktoyaktuk; Zatoka Amundsena – Zatoka Koronacyjna – Zatoka Królowej Maud – Gjoa Haven (Wyspa Króla Williama). Żegluga trudna, częściowo w lodach, tworzące się zatory lodowe ograniczają możliwości płynięcia w pożądanym kierunku, zamykają wolną od lodu drogę wodną; sytuacja staje się coraz trudniej przewidywalna, niebezpieczna, z trudem osiągają zatokę przy osadzie Gjoa Haven.

4a. 0007bis09.1986Jest już koniec września i uświadamiają sobie, że jest to koniec możliwości żeglugowych w tym sezonie – bariera lodowa zamyka dalszą drogę. Zresztą, sama osada swoją nazwą jakby chciała zatrzymać i przypomnieć, że byli tu więksi od nich i też ulegli arktycznej zimie: Amundsen na swoim statku Gjöa zimował tu, w tym miejscu – wówczas jeszcze nie osadzie – przez dwa sezony i nadał mu obecną nazwę.                    Fot. J. Kurbiel

Nie było rady, z pomocą miejscowych Inuitów, na specjalnie przygotowanych w tym celu saniach, podczepiając Vagabond’eux do buldożera wyciągnęli jacht na brzeg. I był to ostatni moment – w nocy przy mrozie minus 15˚C zatoka zamarzła; arktyczna zima rozpoczęła się na dobre.

Kurbielowie odlatują do Montrealu; Wojtek leci do Polski przez Yellowknife (nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym), Edmonton, Toronto, Londyn, Paryż, a Ludek, po krótkim pobycie w Yellowknife (szuka pracy), jako autostopowicz zabiera się dużym truckiem do Edmonton (tu też, bezskutecznie, szuka pracy), potem autobusem za ostatnie pieniądze dociera do Vancouver i do Victorii, gdzie zatrzymuje się u poznanego w Ar5a. North Starktyce w Tuktoyaktuk skipera jachtu Belvedere Svena Johanssona. Na jego trzymasztowej, rejowej fregacie North Star of Herschel Island, przebudowanej z inuickiego arktycznego kutra, Ludek znajduje opiekę i lokum na okres zimy; podejmuje różne prace dorywcze. Wiosną następnego roku, jeszcze przed powrotem do Arktyki, na zaproszenie szczecińskiego kolegi żeglarza, Ludek pojedzie do San Diego, u którego                                                                                                                        Fot.  W. Jacobson                                                                                               znajdzie dach nad głową, wikt i zarobek przy pracach budowlanych, i co równie ważne – nagrzeje się ciepłymi promieniami słońca południowej Kaliforni.

Sezon nawigacyjny 1986 roku w eksploracji Arktyki zamykają bilansem przebytych 1850 mil i odwiedzanych 21 kotwicowisk i portów.

 

Arktyka – sezon 3.

1.07.1987 Wojtek z Ludkiem pojawiają się w Gjoa Haven. W drugiej połowie sierpnia 6a. Vagabond'eux w lodach_1987_ fot.J.Kurbiel correctedprzylatują Janusz i Joelle Kurbielowie, kilka dni później Jerome del Santo; wodują jacht i 25 sierpnia podejmują próbę żeglugi, choć sytuacja lodowa wokół nie nastraja optymistycznie.

Po kluczeniu w polach lodowych, widząc zatory lodowe w cieśninach i po przeżeglowaniu trzystu mil (postoje w 4 miejscach) Arktyka zatrzymuje ich na kolejną zimę.

7a. wyciaganie w Gjoa Haven corrected

 

 

                                               Fot. Jerome del Santo

Wracają do Gjoa Haven i jak przed rokiem wyciągają jacht na brzeg.

Rekonesans lotniczy dokonany dzięki zaprzyjaźnionym pilotom nad pobliskimi akwenami po widnokrąg pokrytymi lodem, bez śladu wolnej od lodu, żeglownej wody tylko utwierdził ich w słuszności podjętej decyzji.                                                                                      Fot. W. Jacobson

Bilans żeglugi to zaledwie trzysta mil, ale postęp w pokonywaniu Northwest Passage – zero; pozostali w tym samym miejscu co w poprzednim sezonie.

Na szczęście w bilansie wyprawy nie tylko liczą się przebyte mile; jest coś znacznie cenniejszego w wyprawie, coś co jest ważniejsze od „zaliczania” kolejnych mil, portów, kotwicowisk. I właśnie ten sezon, „dzięki” nie do pokonania trudnościom nawigacyjnym, pozwolił im nawiązać bliższe kontakty z lokalną społecznością osady Inuitów: tradycyjne zabawy, tańce, igrzyska sportowe, wizyty w domach mieszkańców wioski, i rewizyty Inuitów na stojącym na brzegu jachcie, a nawet pomoc w pochówku zmarłych. Utrwaliły się nazwiska: Eddie Kikoak, Georg Porter i ich rodziny, mały Allan; i właśnie Allan, prawie dwadzieścia lat później w 2006 roku witając załogę Starego i Nektona wyciągnie z kieszeni pomiętą, ale cenną dla niego małą karteczkę z pieczątką jachtu Vagabond II i zapisanymi poniżej nazwiskami „Wojtek Jacobson, Ludek Mączka”. „Jak byłem młodym chłopcem, to tu byli Polacy. Dali mi karteczkę z nazwiskami i powiedzieli, że tu kiedyś przypłyną ich przyjaciele”  – opowiadał żeglarzom ze Starego zadowolony i dumny Allan. Po rejsie Starego Wojtek Wejer z Kanady odszukał w Gjoa Haven Inuitę z tą osobliwą karteczką, korespondował z nim i okazało się, że w rzeczywistości nazywa się William Aglukkag.

 

Arktyka – sezon 4.

 15.08.1988, po miesięcznych przygotowaniach jachtu, wyruszyli z Gjoa Haven – Ludek i Wojtek, bo Kurbielowie w tym czasie podjęli próbę żeglugi od strony wschodniej Przejścia Północno-Zachodniego ich nowym jachtem, również przystosowanym do żeglugi polarnej Vagabond III,  z nadzieją pomyślnego kontynuowania żeglugi przez Northwest Passage.

Tym razem sytuacja lodowa w Arktyce sprzyjała im. Lody cofnęły się na północ, otworzyła się wolna woda i 25 sierpnia przepłynęli Cieśninę Bellota przedostając się na atlantycką stronę działu wodnego.8a. Vagabond 2 i 3 spotkanie w NW Passage

W Zatoce Prince Regent Inlet spotykają się z Kurbielami na Vagabond III (jacht na cześć sponsora nazywa się Tupperware)i dalej żeglują przez Cieśninę Lancaster, Admiralty Inlet do osady Inuitów Arctic Bay, Cieśnin Baffina, Davisa i portów Grenlandii.

                                                                                                     Fot. J. Kurbiel                                                              Radość z przebycia całego Northwest Passage i to jako pierwszy polski jacht, pierwszy jacht żaglowy płynący z zachodu na wschód, a 38. jednostka, wg statystyki kanadyjskiego Coast Guard, która przepłynęła całą trasę Przejścia Północno-Zachodniego.

9a. Trasa wyprawy przez NWP 1985-1988

Rys. St. Matusiewicz    

Po czteroletnich trudach żeglugi polarnej pozostawała tylko (!) żegluga jachtem z powrotem, z Grenlandii do Francji. Dziewiętnastego września odpływają; Wojtek i Ludek. Znany im już Atlantyk pokazuje swój pazur; oddech Arktyki jakby chciał ich jeszcze dosięgnąć, choć z każdym stopniem szerokości temperatury rosną.

Tropikalny sztorm Helene o sile huraganu dosięga Vagabond’eux. Wysokie fale, huraganowy wiatr kładą jacht na burcie z masztem pod wodą.  Relacja Ludka jest dramatyczna, budzi przerażenie i grozę, a przecież trudno posądzać wytrawnego wilka morskiego o nadmierne ekscytowanie sensacją:                                                                                                           „Piekło trwało trzy dni. Nieśliśmy zaledwie płachetek grota, a i tak trzy razy  maszt poszedł pod wodę. Najgorsza była pierwsza wywrotka. Byliśmy szczelnie zamknięci pod pokładem, mimo to do kabiny zaczęła wlewać się woda. Aha, to tak wygląda koniec żeglarskiej zabawy!” – pomyślałem i zrobiło mi się jakoś nieswojo. Gdybym powiedział, że się wtedy nie bałem, to bym skłamał. Jacht jednak powoli podniósł się i choć na maszcie nie było ani anteny radarowej, ani żadnego z innych urządzeń tam zainstalowanych, wiedziałem, że przetrwaliśmy…”.

Duże zniszczenia, stracone urządzenia elektroniczne, radary, anteny masztowe, kompas; nie działa radio; na szczęście maszt stoi. Do Brestu docierają 16 października w gęstej mgle; wyczerpani, poobijani, z licznymi uszkodzeniami na jachcie, ale szczęśliwi.

Na Ludka, na nabrzeżu w Le Havre czeka – niczym wierna narzeczona – Maria

(zs)

 

 

Maciej Krzeptowski: W 80 lat dookoła świata – wystawa fotograficzna.

Kopia mk 001Większość prezentowanych zdjęć robionych była z myślą, by za wszelką cenę zatrzymać dla siebie spotkanych ludzi, miejsca i sytuacje. Jest tam przede wszystkim zdziwienie, że tak wygląda Atlantyk, przylądek Horn, pingwin, pani Latimer, szczyt Dhaulagiri…! Za to brak w nich zupełnie zamysłu i przekonania, że kiedyś mogłyby posłużyć do przygotowania wystawy. Wyraziste, czasami trudne wyprawy w góry, rejsy na jachtach i statkach rybackich dostarczyły mi niezapomnianych przeżyć, nic dziwnego, że właśnie tam fotografowąłem najczęściej…

                                                                                                                  Maciej Krzeptowski

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

1. Tatry

W miejscu, gdzie się urodziłem, góry całkowicie zasłaniają widoki. Grań Tatr Wysokich z Polany Rusinowej.

 

SONY DSC

 

 

 

Nad brzegiem Bałtyku po raz pierwszy przekonałem się, co znaczy odległy horyzont. Niechorze, poranny powrót łodzi z pławnicowych połowów śledzi.

 

SONY DSC

Niemcy. Łodzie rybackie Zeesbooty przeżywają dzisiaj swoją drugą młodość. W regatach rozgrywanych na wodach Saaler Bodden uczestniczą co roku żeglarze z rotariańskiej Floty Pomerania.

9.Porto

Portugalia. Łodzie używane do transportu beczek z winem, zakotwiczone w Porto na rzece Douro.

SONY DSC Wenecja. Gondole na Canal Grande widziane z mostu Rialto.

SONY DSC

 

 

Spitsbergen. „Stary” przy czole lodowca podczas pobierania prób dla Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie.

27.Madera.Maki

Madera. Wybrzeże Półwyspu Świętego Wawrzyńca. W kolistych sadzach, zakotwiczonych w osłoniętej zatoczce, hodowane są ryby.

30.Fernando de Noronha

 

 

 

„Maria” w drugim rejsie dookoła świata kotwiczyła na Fernando de Noronha.

 

34.Lew.

Młody król zwierząt (Panthera leo).

36.Latimeria nr 1

 

Pierwszy okaz latimerii złowiony przez rybaków w 1938 roku. Aleksandra Kropiwnicka-Hall oprowadza nas po East London Museum.

 

37.P.Dobrej Nadziei Przylądek Dobrej Nadziei widziany z pokładu „Marii”.

40.Georgia Płd.

„Tazar” zawinął do dawnej faktorii wielorybniczej w Grytviken na Georgii Południowej. Jako pierwszy grań tę pokonał Ernest Shackleton w maju 1916 roku, po zatonięciu statku „Endurance”.

42.Ludek szyje

Z Ludomirem Mączką płynąłem na „Marii” w jego drugim rejsie dookoła świata. W drodze do Cieśniny Magellana kilka sztaksli zostało mocno nadwątlonych. Ludek naprawia porwany róg szotowy kliwra.

49.Bracia Wybrzeża.0 

Zafarrancho. Spotkanie z chilijskimi Braćmi Wybrzeża.

52.Torres 

 

 

Wieże Torres del Paine. Wspinacze tygodniami czekają w pobliskim obozowisku na okno pogodowe, które pozwoliłoby im podjąć próbę wejścia na szczyt.

58.Tonga.Stroje

 

 

 

Tonga. Nukualofa. Niedzielnie wystrojona rodzina udaje się do kościoła.

63.Matuki 

Wyspa Południowa. Dolina Matukituki. Po niedawnym deszczu, tylko dzięki kijkom udało mi się pokonać wyjątkowo strome zejście z grani.

70.Zapasy żywności.0

Przygotowywanie prowiantu na dalszą część rejsu. Mistrzostwem jest usunięcie włóknistej skorupy kokosa trzema celnymi uderzeniami w ostrze kotwicy pługowej.

~~~~~~~~~~~~~~~~

Wybrane zdjęcia można otrzymać w zamian za darowiznę na rzecz Rotary Clubu Szczecin.

Grzegorz Węgrzyn: Przerwany rejs. „Regina R” w Simon’s Town (RPA).

Żeglarstwo przy dużej sile przyciągania do zmierzenia się z pokusą horyzontu ciągle niesie z sobą element ryzyka, niepewności osiągnięcia zamierzonego celu. Dalekie rejsy oceaniczne, a już z pewnością samotne, są dla wielu wyzwaniem, któremu trudno się oprzeć; swoistym celem życiowym  na drodze żeglarskich dokonań. I choć otwierające się za widnokręgiem bogactwo i inność świata oszałamia, wciąga to zwykłe, życiowe kłopoty i problemy nie znikają, a wręcz przeciwnie kumulując się, prawie niezauważenie potrafią przybierać coraz większe rozmiary, by w niespodziewanym momencie brutalnie przerwać cienką linię zamierzonego kursu…                                           (zs)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Grzegorz Węgrzyn: Relacje z przerwanego rejsu – Republika Południowej Afryki.

 Regina R w Simon’s Town (RPA) .

Grzegorz WęgrzynPrzypłynąłem do portu Marynarki Wojennej w Simon’s Town (Simonstad, Republika Południowej Afryki). Jest to małe miasteczko w stylu wiktoriańskim, leżące nad całkiem sporą zatoką, a bezpośrednio sąsiadujące przez górę z Cape Town (Kapsztad). Obrazowo wygląda to tak, że jest to najbardziej wysunięte miasteczko na południe w Afryce. Z tego miejsca idzie się, lub jedzie na Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei).

Jeszcze dobrze się nie wyspałem, a już zaczęli przychodzić goście, wszyscy na galowo, w czapkach z „naleśnikami” na głowie. Miałem zaszczyt uścisnąć prawicę komendanta portu, komendanta szkoły i ich adiutantów. Po chwili przypłynęła motorówka robiąca za holownik i Regina R, razem ze mną została odholowana do pobliskiej mariny. A w marinie już wszyscy wiedzieli, że jestem żeglarzem z Polski i że płynę samotnie dookoła świata. Jak to się mówi, wiadomości szybko się rozchodzą. Jeszcze dobrze cum nie obłożyłem, a już „komitet powitalny” zaprosił mnie na wieczornego grilla i przekazał wiadomość o poinformowaniu Polonii o moim przybyciu. Nie było to trudne, gdyż Holender Arnold w tej marinie trzyma swój jacht, a który ma żonę Polkę Jadwigę Głowacką. Dalej poszło jak po sznurku. Jednocześnie poznałem sir Spili, menadżera mariny, który po zapoznanie się ze stanem technicznym jachtu, umówił służby celne, emigracyjne i kwarantannę na przyjazd tutaj, do mnie. Gdyby nie jego dobra wola, musiałbym płynąć do Cape Town, czyli opłynąć przylądek; jest to około 80 Mm.

Tego samego dnia, wczesnym wieczorem rozpoczął się grill i trwał do drugiej na d ranem. Byli na nim żeglarze z różnych stron: Amerykanie z Alaski, Kanadyjczycy z Vancouver, Niemcy, Szwed, Francuzi, Holender. Polacy jeszcze nie dotarli. Na drugi dzień, bladym świtem około dziewiątej rano poszedłem do kościoła, gdzie wspólnie z miejscową wspólnotą podziękowałem Panu Bogu za szczęśliwe dotarcie do portu. Gdy wróciłem na przystań już czekał na mnie Arnold z wiadomościami od Jadzi. Jadzia od pierwszego dnia wzięła się za metodyczne działania. Umówiła lekarza, umówiła Krysię Żyluk przewodniczącą Polonii, umówiła Dziunię Tanewską, która roztoczyła nade mną opiekę duchową. Po chwili przybyła Basia Lasek, dentystka i szczecinianie Jola i Rysiek Nardy. Nie sposób wymienić wszystkich i opisać wszystkie działania na rzecz remontu Reginy R. Ale nie można wspomnieć o uroczystości Flagi Polskiej, która odbyła się po Mszy Świętej pierwszego maja, tylko dlatego, że wypadało to w niedzielę. Cały program i organizacyjnie przygotowała Krysia – przewodnicząca Polonii. Podczas tego spotkania podziękowałem wszystkim zebranym za okazaną mi pomoc i zaprosiłem wszystkich na jacht w dniu 3.maja, Święto Konstytucji. Uroczystość odbyła się w pełnej gali, w towarzystwie żeglarzy innych nacji, a co dla niektórych było dziwne, Amerykanin z Alaski doskonale wiedział co to jest za uroczystość.

Spotkania towarzyskie odbywały się przeważnie wieczorami, już po pracy, gdy każdy miał chwilę wolną, ale ja całymi dniami musiałem pracować przy jachcie. W tych pracach pomagała mi cała grupa przyjaciół: Andrzej Żyluk jeździł ze mną po całym mieście w sprawie lin stalowych, Rysiek Nardy załatwiał gaz, Krzysiek Tanewski prowiant, „lokalsi”, których imion nie pamiętam, pomagali na przystani. Arnold ze swoim kumplem Holendrem sprawy spawalnicze, Basia Laska przegląd i naprawa uzębienia, Jola Nardy i Jadzia Głowacka obiady po całodziennej pracy, Conni i Kristyn (Kanadyjka i Niemka) czuwały nade mną w trakcie pracy, przynosząc przekąski i napoje. Nie jestem w stanie zmieścić w jednym artykule wszystkich dobroci, jakie doznałem.

 Któregoś dnia, przy porannej kawie z Arnoldem i uzgadnianiu zakresu zajęć na dziś Regina R na slipie w Simons Town w towarzystwie Ryśka Nardyprzychodzi sir Spili i proponuje wyciągnięcie jachtu na slip, pod warunkiem, że wszystkie prace w części podwodnej wykonam w przeciągu tygodnia. Kto by z takiej propozycji nie skorzystał?

Taka wspaniała atmosfera towarzyszyła mi podczas postoju w Simon’s Town. Gdy już byłem obrobiony z technicznymi rzeczami, poprosiłem Krzyśka Tanewskiego o zorganizowanie spotkanie z przedstawicielem powojennej emigracji i udało się.

 

Spotkałem siSpotkanie z Panem Witoldemę z panem Witoldem Jarmołowiczem, kadetem gen. Andersa. Cały dzień opowiadał mi o swoich przeżyciach, ale najciekawszą opowieścią była opowieść o ostatniej wizytacji wojsk polskich przez gen. Sikorskiego. Potem już tylko łzy, łamiący się głos i cisza. W ostatni dzień pobytu w Cape Town, pan Witold przyjechał do mnie na jacht, posiedzieliśmy chwilkę; herbata, wymiana książkowych prezentów. Nie zapomniane chwile spędzone z żywą historią Polski.

Następną ciekawą opowieścią o losach Polski i Polaków opowiedział mi Kuba Miszewski, syn lotnika z dywizjonu 302. Kuba urodził się już tutaj w RPA, jak całe jego rodzeństwo i jak opowiadał języka uczyli się słuchając wieczornych opowieści mamy, a później czytając książki. Jego tato, po kampanii wrześniowej dostał się do Francji, a później do Anglii. Po zakończonej wojnie Miszewski senior skończył studia architektury w Liverpoolu, po czym na zaproszenie swojego kolegi z RPA wyemigrował do Johannesburga i rozpoczął pracę w zawodzie. Po krótkim czasie założył swój zespół (co było na ówczesne czasy, dla cudzoziemca ewenementem). Był bardzo cenionym architektem, czego wyrazem było to, że uczestniczył w zespole budującym słynną operę Kapsztadzką.

W takiej historycznej atmosferze mijały mi ostatnie dni postoju w Simon’s Town. Gdy już wszystko po stronie technicznej było gotowe, wyruszyłem do Cape Town aby zrobić odprawę i z czystym kontem wypłynąć dalej. Tym razem przylądek Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei), był dla mnie bardzo łaskawy. Płynąłem jak po gładziutkim jeziorze.

Pożegnanie w międzynarowym towarzystwiePo uzupełnieniu pieczątek i innych dokumentów w kilku urzędach, wyruszyłem w kierunku Australii. Było to 17 maja 2016r.,o godz.0000, razem z odpływem wypłynąłem z waterfront, żegnając przyjaznych mi ludzi i kraj.   Zadałem sobie tylko jedno pytanie, co mi zafunduje Ocean Indyjski, po tym jak mi pokazał swoją siłę, gdy wpłynąłem na niego po raz pierwszy. Jest druga połowa maja, za chwilę zacznie się zima. Miałem ułożoną trasę na podstawie Routering Chart (specjalne mapy na których zamieszczone są statystyczne dane co do wiatrów, temperatury, ciśnienia, itd.), wybrałem szerokości po których chciałem płynąć, gdzie statystycznie było najmniej sztormów, ale czy to mi się uda?

Na odpowiedz nie musiałem czekać długo, po tygodniu dość spokojnej żeglugi przyszła pierwsza 7-8˚B. Powiało około dwunastu godzin i zeszło do 3-4˚. I tak było niemal przez cały Ocean Indyjski. W sumie miałem taką pogodę przez 16-cie tygodni. Do tego niska temperatura i mokre ciuchy przez cały czas, przypominały mi, że płynę po Indyjskim w zimie. O tym też zaczynały przypominać mi żagle, które robiły się coraz bardziej „rzadkie”, zaczęły się rozłazić na brytach(szwach) i na likach (krawędziach). Na szczęście miałem kilka żagli zapasowych, więc jak jeden szedł do szycia, to drugiego stawiałem i płynąłem dalej. Było tak do momentu, aż pewnej nocy zostałem zaskoczony podczas snu i podstawowy komplet żagli został całkowicie podarty. Już nie było co szyć, zacząłem płynąć na rezerwowych (dużo mniejszych) żaglach, co odbiło się na prędkości i dryfie. Do tego wszystkiego zaczęły pękać liny takielunku te, których nie wymieniłem w Simon’s Town. Żeby wymienić popękane liny musiałem czekać aż się ocean na tyle uspokoi, że będę mógł wejść na top, a i tak siedząc na topie bujałem się po kilka metrów, jak wahadło w zegarze. Do wchodzenia na maszt służyły mi feet strepy, które wciągałem w likszparę w maszcie i tak jak po schodkach szedłem na top. Poobijany przy tym niemożliwie z duszą na ramieniu naprawiałem co trzeba i z powrotem. Droga powrotna na deck zawsze jest gorsza od wchodzenia. Zmęczenie materiału zaczęło dotykać wszystkiego i mnie też.

Sto dwadzieścia mil morskich od brzegów Australii silnik przestał działać, jedyne źródło zasilania akumulatorów, a więc i całej nawigacji. Jednak nie to było najważniejsze, wpływałem na bardzo silne prądy wzdłuż brzegów Australii, nie mając dobrych żagli i silnika zacząłem się zastanawiać jak wpłynąć do Perth. Jedynym rozwiązaniem było czekać na sprzyjające wiatry, które mnie wepchną do portu. I tak też zrobiłem, trwało to prawie tydzień jak pływałem do przodu i do tyłu, aż w końcu byłem w takiej odległości, że podjąłem ryzyko wpłynięcia na małym foku do mariny we Fremantle. Było to 18.09.2016r. Tutaj przez najbliższy miesiąc, przy pomocy australijskiej braci żeglarskiej i Polonii naprawiałem Reginę R. Jak to się wszystko odbywało opowiem w następnym odcinku.

Kpt. G.W.

P.S. Chciałem jeszcze wrócić na chwilkę w okolice przylądków Dobrej Nadziei i Igielnego.  Jest Przylądek Dobrej Nadzieito miejsce gdzie jest duży ruch statków. W tym miejscu jest jakby mijanka, tych co wracają z Oceanu Indyjskiego płynąc na Atlantyk i tych którzy wchodzą na Ocean Indyjski z Oceanu Atlantyckiego. Trzeba tutaj zachować szczególną ostrożność. Z kilkoma to się mijałem na „grubość lakieru”. Chociaż to wszystko było pod kontrolą, to jednak niepotrzebny stres osłabiał organizm. Takich statków jak tam, nie widziałem jeszcze nigdzie. Ogromne, ogromne kontenerowce, które jakby zaprzeczały prawom fizyki; jak to może pływać, jak to się utrzymuje na wodzie?

Grzegorz Węgrzyn

________________________________________________________________________________________________________

Grzegorz Węgrzyn – ur. 1952r. w Zwierzyńcu n/Wieprzem; żeglarstwo morskie uprawia od 1976 r. w szczecińskich klubach: HOM, LOK, Stal Stocznia; w 1983 i 1984r żegluje w załodze s/y „Karfi” pod kpt. Zbigniewem Rogowskim w Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski (Mistrzostwo Polski); żeglował na Bałtyku, Morzu Północnym, Adriatyku, Morzu Czarnym; brał udział w wyprawie „Islandia 2009” na s/y „Stary”(kpt. M. Krzeptowski) w 50. rocznicę rejsu s/y „Witeż II”, w wyprawie J. Kurbiela na Grenlandię (2010) i na Svalbard (z kpt. K. Różańskim) w 2011r; w czerwcu 2015r. na jachcie „Regina R” wypłynął w rejs, z pierwotnym zamiarem samotnego, non-stop opłynięcia Ziemi, z którego to zamiaru żeglarz wycofał się na Atlantyku, a rejs przerwany został 15.04.2017r na Pacyfiku z powodu awarii steru i utraty jachtu.

___________________________________________

Jacht Regina R:

Runda na starcie

– konstrukcja            typ „Skorpion II”

– rok produkcji         1980

– stocznia                  Hamburg

– stalowy slup, S      49m2

– długość  LOA        10,65 m

– szerokość   B           3,30 m

– silnik                       Bukh MDV24  24 kW