Archiwa kategorii: ZŻ nr 29e maj 2016

Doubrava Krautschneider: Korespondencja z NY, USA

RAPORT Z „KONCERTU NA WODZIE”

Doubravka_Dobrawa_Krautschneider_2015W niedzielę, 22 maja br, w siedzibie Polskiego Klubu Żeglarskiego w Nowym Jorku odbył się pierwszy nowojorski „Koncert na Wodzie” poświęcony pamięci Ludomira Mączki. Organizatorkami wydarzenia były Małgorzata i Doubravka Krautschneider, Szczecinianki które wiązała z kpt. Ludomirem Mączką wieloletnia przyjaźń. Nowy Jork symbolicznie nawiązał do pięknej tradycji koncertów na wodzie w Jacht Klubie AZS Szczecin, skąd kpt. Mączka wypływał w świat.

W Gateway Marina na Brooklynie, na zacumowanej barce, zaaranżowana została widownia. Na małe podium wniesiono klasyczne pianino „Yamaha”. Staroświecki instrument, idealnie dopasował się do niezwykłego miejsca. Żeby dopełnić romantyczną scenerię rodem z Kapitana Nemo Juliusa Verne, scena została udekorowana rekwizytami, takie jak świeczniki, stoliczek z różą i czerwone dywany. Dzięki bosmanowi barka lśniła czystością i wszyscy przybysze czuli podniosłą atmosferę.

Na codzień, zabudowana część barki służy żeglarzom jako tawerna, a w części odkrytej często odbywają się imprezy taneczne. Koncert zaplanowany był na świeżym powietrzu, lecz pokład był przykryty namiotem, który w razie deszczu dawał schronienie. Na szczęście pogoda okazała się przyjazna, mimo że koniec maja okazał się chłodniejszy niż zwykle. Wiał lekki wiatr od lądu, dlatego biało-czerwony spinaker służył nie tylko do dekoracji, ale też opatulał scenę od nawietrznej. W czasie koncertu jednak kapryśny wiatr zmienił kierunek i zrobiło się dużo chłodniej.

Do końca trudno było przewidzieć ilość słuchaczy i z jakich środowisk mogą się rekrutować. Ile przyjdzie ludzi? Tłum, a może za mało? Ile naszykować miejsc? To były pytania, które zadawali sobie organizatorzy. Okazało się, że wcale nie byli to żeglarze, którzy w większości dotarli na barkę. Melomani, którzy zwyczajowo chodzą na różnego rodzaju koncerty muzyczne i inne imprezy polonijne, zapewne byli ciekawi jak wygląda Polski Klub Żeglarski i zapełnili miejsca siedzące. Reklama bowiem była duża. Media polskojęzyczne ogłaszały koncert z wyprzedzeniem. Poczytny tygodnik Nowy Dziennik oprócz ogłoszenia w rubryce Co gdzie kiedy w ostatnim wydaniu przed koncertem umieścił obszerny artykuł na temat koncertu, a na barkę wydelegował dziennikarkę, która planuje napisać reportaż o tym wydarzeniu.

Było obecnych kilka osób znających Ludomira Mączkę. W tym Andrzej Gruszka, Andrzej Palowski i Lucyna Kopczyńska. Po koncercie wraz z Małgorzatą i Doubravką Krautschneider dołączyli do wspomnień o Ludku. Wszyscy spędziliśmy miłe i wyjątkowe popołudnie i dużo ludzi zapoznało się z fenomenem jakim był Ludomir Mączka.

Jak to zwykle w Nowym Jorku bywa, z powodu korków, wypadków i robót, uczestnicy mieli problem z dotarciem na koncert na czas. Z małym opóźnieniem,  widownia zaczęła się zapełniać i o 3:30 pm koncert się rozpoczął.

Pierwsza część tego spotkania należała do muzyki. Po powitaniu gości przez panią komandor klubu Elżbietę Sawicką i po uroczystym wybiciu szklanek na cześć Ludomira Mączki, wystąpił męski chór z wieloletnią tradycją, im. M. K. Ogińskiego, który zaśpiewał wraz z publicznością Morze, nasze morze.

Chor im. M.K. Oginskiego z dyrygentka podczas proby przed koncertem w tawernie na barce

Chór im. M.K. Ogińskiego z dyrygentką podczas próby przed koncertem w tawernie na barce, NY. Fot. M. Krautschneider.

Następnie poza programem chór zaprezentował Bogurodzicę (O. M. Żukowskiego, słowa Juliusz Słowacki) żeby przypomnieć niedawną rocznicę chrztu Polski.  Zabrzmiały kolejne patriotyczne pieśni: Wisła (autor Józef Nowakowski) i Hymn do Bałtyku (autor Feliks Nowowiejski). Występ chóru bardzo się spodobał. Dlatego na bis dodali jeszcze pieśń ludową Czerwony pas, z solistą Januszem Wolnym.

Eiko Suzuki, pianistka z Japonii, już występowała na tej przystani z okazji zakończenia regat samotników w 2012 r. Teraz zagrała Waltz Fryderyka Chopina. Planowany wspólny występ śpiewaczki Joanny Mieleszko z akompaniamentem Eiko Suzuki został nieco zmieniony. Z powodu nagłej niedyspozycji pani Joanny  ulubioną melodię Ludka Pieśń Solvejgi zaśpiewała Doubravka Krautschneider, ze świetnym akompaniamentem Eiko Suzuki (kompozytor: Edvard Grieg, słowa Henrika Ibsena przetłumaczył Jan Kasprowicz). Zaśpiewanie tak trudnego utworu i nieco archaicznego poetyckiego tekstu nie było by możliwe bez korepetycji nauczycielki śpiewu Izabelli Kobus-Salkin, doświadczonej śpiewaczki operowej.

NA ZDJECIU Soushi Kubota, Eiko Suzuki i Doubravka Krautscheider

Soushi Kubota, Eiko Suzuki i Doubravka Krautscheider. Fot. M. Krautschneider.

Kolejnym gościem była polonijna piosenkarka Dorota Huculak. Jej recital zawsze sprawia dużą przyjemność słuchaczom. Wśród żeglarzy występuje często z Jurkiem Porębskim w czasie jego gościnnych pobytów w USA a także na samodzielnych koncertach. Z okazji naszej imprezy zagrała i zaśpiewała kilka ballad morskich: Balladę o brygu, Morze (autor Jerzy Lawina-Świętochowski) i pieśń tradycyjną Pod Sztokfiszem.

Dorota Huculak, spiewaczka i gitarzystka

Dorota Huculak, śpiewaczka i gitarzystka. Fot. M. Krautschneider.

Młody utalentowany muzyk Soushi Kubota, to drugi gość z Japonii. Soushi zagrał na wibrafonie wariację na znaną w całym świecie melodię Amazing Grace (autor John Newton). Złotym gwoździem programu stał się oryginalny duet: pianistka Eiko Suzuki z wibrafonistą Soushi Kubotą. Świetnie zgrani muzycy wykonali specjalnie na tę okazję przez nich skomponowaną aranżację jazzową do ulubionej pieśni Ludomira Mączki El Condor Pasa (autor muzyki Daniel Robles).

muzycy z Japonii Soushi Kubota i Eiko Suzuki, w tle operator dzwieku Mariusz Bryszkiewicz

Muzycy z Japonii Soushi Kubota i Eiko Suzuki, w tle operator dźwięku Mariusz Bryszkiewicz. Fot. M. Krautschneider.

na zdjeciu ponizej jest pianistka Eiko Suzuki i wibrafonista Soushi Kubota na molo w Gateway Marina przed barka.Autorem wszystkich zdjec jest Malgorzata Krautschneider.

Pianistka Eiko Suzuki i wibrafonista Soushi Kubota na molo w Gateway Marina przed barka. Fot. M. Krautschneider.

Program muzyczny zakończył się ich wykonaniem współczesnego japońskiego utworu Lato z filmu Kikurijo (autor muzyki Joe Hisaishi). Eiko i Soushi studiują jazz w Berklee College of Music w Bostonie. Do koncertu przygotowywali się pieczołowicie. Eiko przyleciała wcześniej z Japonii, żeby mieć czas na próby z wibrafonistą. W czasie podróży autobusem na koncert, z Bostonu do Nowego Jorku, zostały mu skradzione pałeczki do wibrafonu. Soushi i Eiko, z 40 kg ciężkim instrumentem na podwoziu, korzystając z miejskiego transportu, wiele godzin poszukiwali sklepu muzycznego otwartego w sobotę wieczorem, żeby zakupić nowe pałeczki. Na szczęście znaleźli!

Na zdjeciu wibrafonista Soushi Kubota z nowo zakupionymi paleczkami

Wibrafonista Soushi Kubota z nowo zakupionymi pałeczkami. Fot. M. Krautschneider

Doubravka Krautschneider podjęła się konferowania koncertu i w jego trakcie oprócz informacji na temat artystów przytoczyła kilka ciekawostek z  barwnego życia Ludka Mączki. Powiedziała, że Ludek przebywał w wielu krajach świata, lecz nigdy nie był w Japonii. Tak się złożyło, że koncert na Jego pamiątkę przygotowali właśnie japońscy muzycy. Symbolicznie dzięki nim więc mógł zaliczyć wyprawę muzyczną do Kraju Kwitnącej Wiśni. Przywitała i zapowiedziała japońskich gości w ich języku co spotkało się z dużym aplauzem.

Wszyscy wykonawcy otrzymali czerwone róże a następnie artyści i publiczność przesunęła się do tawerny gdzie oczekiwał na nich poczęstunek, zainspirowany przysmakami Ludka Mączki: chleb ze smalcem oraz pastą czosnkową. W ofercie była również yerba mate, ale goście zamawiali raczej mocniejsze trunki, żeby się rozgrzać. Żeglarki z PKŻ przygotowały smaczne pierogi, kiełbasy i bigos. Wszyscy wymieniali się wrażeniami. Słuchacze zbierali autografy artystów, oglądali przystań żeglarską i jachty. Był czas do robienia sesji zdjęciowych, do czego świetnie posłużył czerwony dywan na pokładzie barki.

Kiedy powoli zaczęło się zmierzchać, nastąpiła projekcja filmu opartego na wywiadzie z Ludomirem Mączką oraz innymi żeglarzami związanymi z jego podróżami. Żeglarz i kabareciarz Andrzej Palowski przytoczył historię pierwszego wypływania Ludka na jachcie Maria z Gdyni do Szczecina. Moment wzruszenia podkreśliła Lucyna Kopczyńska zapaleniem świeczki i symboliczną minutą ciszy.

Na zakończenie Doubravka Krautschneider opowiedziała kilka wesołych przygód związanych z Ludkiem które zapamiętała z dzieciństwa. Ludzie odchodzili w pogodnym nastroju.

Doubravka Krautschneider, 30 maja 2016 r, NY, USA

_______________________________________________________

Doubravka Krautschneiderjest teatrologiem z wykształcenia i zamiłowania. Obecnie przebywa w USA gdzie zajmuje się animacją kultury, prowadzi warsztaty teatralne, pisze recenzje do portalu www.scena.cz i do polskich mediów. Śpiewa w polonijnym chórze. Córka Małgorzaty i Rudy Krautschneiderów.

Anna Kaniecka-Mazurek: „Kobieta/mężczyzna* niepotrzebne skreślić” (fragment książki)

(fragment)

Anna Kaniecka-Mazurek– Przestań, daj mi spokój, gdzieś ty się tego nauczył – sapnęła Cecylka. Speszona, odwróciła się na bok, i obciągając wykrochmaloną koszulę nocną, wtuliła twarz w karczek ozdobiony bawełnianą koronką.

– A ty, to tylko przestań i przestań… Co na ulicę mam iść sobie dogodzić? – warknął nie na żarty wkurzony Albert Kosecki, usiadł na skraju małżeńskiego łóżka i zapalił papierosa. – Coś taka święta?! Wojna się skończyła, trzeba żyć dalej. Jesteś żoną, to masz obowiązki, a jak ci przestałem wygadzać to mów, zaraz sobie znajdę inną. Człowiek haruje jak wół, a potem baba mu w łóżku fochy stroi, też coś – burknął Albert i podszedł z papierosem do okna.

– Tylko nie przypal firanek, dopiero co świeże powiesiłam – fuknęła Cecylia, odzyskując rezon.

– Firanki, sranki, wszystko w tym domu ważniejsze od męża. A może już tobie obrzydłem? Może Ruskie lepiej rżnęły? – Albert zaciągnął się papierosem i gniewnym wzrokiem omiótł pokój, wyglądało na to, że szykuje się do ataku.

– Przestań, bo dzieciaki pobudzisz. Co ci odbija? – syknęła gardłowym szeptem Cecylia, naciągając na plecy pierzynę. – A wy tam w Wehrmachcie, to gdzie lataliście, już ja swoje wiem?! Bo skąd niby byś nagle takie bezeceństwa znał, pewnie cię jakaś tłusta Helga tych świństw nauczyła?

– Czego ty chcesz kobieto?! – Albert zgasił papierosa i usiadł na skraju łóżka, tyłem do Cecylii. – Pół Europy przeszedłem, żeby do domu wrócić, żebyś zimno pod pierzyną nie miała, żeby dzieciaki ojca miały, żeby wszystko znowu było jak dawniej, a ty mi tu takie rzeczy gadasz. Samaś nie lepsza, już mi sąsiedzi mówili, ale nie dawałem im posłuchu, bo mówię wojna, to wojna, co dziewczyna miała robić. Karabiny odłoży się na półkę, to wszystko jakoś się od nowa poukłada. A tu masz ci los. Kochanie jej obrzydło. Od własnego męża się odwraca.

– A co ty sobie wyobrażasz? Tylko zupy ugotuj, bieliznę zaceruj i nogi rozkładaj tak, jak się jaśnie panu zachciewa? Tu się nastaw, tu się wypnij… A paszoł mnie won do burdelu po takie rarytasy! A jak ja ciebie proszę, żebyś zaraz po robocie do domu wrócił, wódki nie pił, albo choć w niedzielę się dziećmi zajął… Porozmawiał, popytał co i jak. Zainteresował się, skąd te wieczne skargi. Dlaczego, jak ludzie, uczyć się porządnie nie chcą? Dlaczego tak psocą? To ty albo ziewasz, albo szybko palto wkładasz i tyle cię widzę! Wojna nie wojna, ciągle ze wszystkim jestem sama. Pociechy żadnej nie mam, tylko mu jeszcze wygódź.

– Nie to nie. Bez łaski. Żebyś tylko nie żałowała!

Albert wciągnął spodnie na piżamę. Złapał płaszcz. Wymacał po ciemku zapasową paczkę papierosów i trzasnął drzwiami tak mocno, że mało z futryny nie wyleciały. Tej nocy przespał się u kolegi. Potem jeszcze się jakiś czas ze sobą mocowali. Schodzili, rozchodzili, aż w końcu rozwiedli.

Bez męża przynajmniej w nocy jest spokój.

***

– No dobrze, pani Zofio, to tyle wspomnień, ale proszę mi powiedzieć, dlaczego akurat o TYM pani mi opowiada? Nie szuka pani zbyt głęboko? – zapytał Marek Iwański, dyplomowany terapeuta biorący stówę za godzinną sesję. Fakt, w jego gabinecie były miękkie sofy i przyjemne kolorowe bohomazy na ścianach, zachęcające do nieoczekiwanych zwierzeń i „otwierających” wizji.

– Tak, może, sama nie wiem – odpowiedziałam niepewnie, trochę zbita z tropu. W sumie cała sytuacja stawała się coraz bardziej groteskowa. Czułam, że tracę czas, a za stówę mogłabym kupić trzy niezłe flaszki wytrawnego Côtes du Rhône, i pewnie byłby z tego większy pożytek. Potarłam dłonią nadgarstek, bezwiednie poprawiłam zegarek. Czułam, że płoną mi policzki, a krew uderza do głowy.

– Pani Zofio, jedyne co utrudnia pani życie, a jest do naprawienia, to pani stosunek do samej siebie. Rozwody dziadków czy pokrzywione drogi rodziców mają na nas wpływ do momentu uświadomienia sobie tego, że taki, czy inny niekorzystny dla nas fakt, miał miejsce, potem to już tylko mydlenie oczu. – Pan Marek się rozkręcił. Przyznaję, że był to najlepszy moment sesji. – Trzeba się wziąć w garść i myśleć. Szukać w sobie. Co mogę robić? Jak żyć, żeby wykorzystać swój potencjał? A taka przeszłość, tacy antenaci to nie musi być upiór, to może być skarb!

– Skarb… – powtórzyłam jak echo i dyskretnie spojrzałam na zegarek. Było mi duszno, chciałam już wyjść, wiedziałam, że niczego nowego się nie dowiem. Słońce zawisło nad miastem. Szyby wieżowca drżały zanurzone w płynnej lawie.

– No to na dzisiaj koniec. Widzę, że już panią wymęczyłem. Zapraszam za tydzień albo kiedy uzna to pani za stosowne. Mój numer pani zna. – Marek Iwański ujął moją dłoń w mocnym biznesowym  uścisku. Na twarzy miał grymas, od biedy mogący uchodzić za uśmiech.

Pożegnałam się z terapeutą bez żalu. Z niejakim smutkiem wręczyłam mu honorarium, postanawiając, że już więcej nie dam mu zarobić, pomimo tych wszystkich ślicznie oprawionych dyplomów i najnowszego awansu – na kochanka mojej wiecznie pogubionej koleżanki. Czułam, że znam na pamięć te jego mądre rady, by budować ze wszystkiego, co się ma. Sam biedny Iwański, też musiał zbudować „coś” z tą swoją aparycją chrząszcza zrywającego się do lotu. Czarne włosy, rozwichrzone wokół kopuły łysej czaszki, z góry musiały – zapewne – przypominać owada z lekko rozpostartymi skrzydłami.

„Cholera! Co z tym całym gównem zrobić? Jak je zutylizować? Wiadomo, że nie chodzi o babcię, tylko o mnie. To ja nie umiem żyć i żadne skargi nie pomogą, jeśli się rozmemłam, i zanurzę się w czarnej dupie” – Tak rozmyślając, dotarłam do samochodu.

Dzień był jasny, można powiedzieć radosny. Jedenasta. Poniedziałek. Początek wakacji. – „Dzieciaki już wczoraj wyjechały, nawet niepotrzebnie poszłam na tę sesję, w takich okolicznościach przecież żadne ciemne moce nie mają nade mną władzy” – pomyślałam z nostalgii za forsą.

Wróciłam do domu. Od rana było tu cicho i przytulnie. Tylko pies, jak zwykle, świdrował mnie błagalnym wzrokiem, prosząc o drugie śniadanie. Redaktor w Trójce mamrotał o agresji Putina i o akcjach odwetowych na rosyjsko-ukraińskiej granicy. Radio było nastawione cicho, więc można było tego nie słuchać.

„Napić się wina? Czy od razu usiąść do komputera?” – zastanawiałam się rozleniwiona upałem. Pustka w domu i lipcowa jasność zza okna działały na mnie kojąco. – „Tak, wino z rana, to będzie jakby anarchia, więc tak. Zdecydowanie najpierw szklanka wina”.

– Saga, grzebanie w rodzinnych anegdotach, dopisywanie pogubionych wątków, ale przecież ja nie szukam korzeni – monologowałam, skrobiąc psa po brzuchu. – Jestem dzieckiem rewolucji społecznej, nic wielkiego się za mną nie kryje. – Mimo to dolałam do szklanki jeszcze kroplę i wyłączyłam telefon. – Spróbuję – powiedziałam rozrzewniona winem. – Tylko jak zacząć? Hm, może tak:…

Okladka      nota      zapro

____________________________________________________________________

Anna Kaniecka-Mazurek – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Szczecińskim. Drukowała w szczecińskim dwumiesięczniku kulturalnym „Pogranicza”. Żegluje w Jacht Klubie AZS w Szczecinie.

ZŻ nr 29e maj 2016

 Wojciech Wejer                                                 ARTYKUŁY

„…Na koniec Jimmy, po zakończeniu rejsu w Londynie, przesłał podziękowanie warte miliona…”

________________________________________________________________________

Ludomir Mączka:                                                  LISTY

„….Stłuczony lewy pośladek, nadszarpnięta noga i ogólne pobicia. Zresztą wszyscy prawie odczuli „uścisk ziemi”, ale te kilka siniaków nic nie znaczą. Trudno to opisać, ale moment skoku jest kulminacją. I ciągnie – dodaje życiu smak. Krzykiem dodajesz sobie odwagi i lecisz, i żadna siła już cię nie wciągnie do samolotu…”

____________________________________________________________________________

Doubrava Krautschneider:                              KORESPONDENCJE

„…Ludek przebywał w wielu krajach świata, lecz nigdy nie był w Japonii. Tak się złożyło, że koncert na Jego pamiątkę przygotowali właśnie japońscy muzycy…”

_________________________________________________________________________

F O T O: Widokówki z rejsu

a widok bushfire Burning off sugar cane before harvesting, North Queensland.

Looking along Smith Street Mall, Darwin, Northern Territory.

widok Darwina widok Darwin rewers

Darwin 04.08.1981r.

Wojtek! Za kilka dni – Cocos I, potem dalej. Płynę tylko z Jimem Doyle (23). Spadochroniarz z klubu. Przetrąciłem sobie prawą nogę, ale lekko (pęknięta pięta) – 33 skok. Paszport przyszedł 30 lipca – do końca 82. Bardzo sobie chwalę tutejsze szpitale i pogotowie. Obsługa szybka i miła. Oby nie za często. Pozdrowienia. W Durban koniec listopada.                             Ludomir

(zs): Wojciech Wejer

All’s well that ends well” – to spopularyzowane przez Williama Szekspira powiedzenie przywołał Jimmy Cornell w podziękowaniu przysłanym Wojciechowi Wejerowi za jego pomoc w „prowadzeniu” jachtu Aventura na którym Cornell w ubiegłym roku żeglował przez Northwest Passage.

Jimmy Cornell to postać znana w światku żeglarzy oceanicznych, dość powiedzieć, że największa oceaniczna impreza żeglarska, czyli Atlantic Rally for Cruiser’s (ARC) to jego dzieło, podobnie jak założony przez niego Word Cruising Club. Nic więc dziwnego, że skromny żeglarz z Toronto, który pierwsze kroki żeglarskie stawiał w Szczecinie i jako żeglarz regatowy z akademickiego klubu na początku lat 60tych osiągał sukcesy, m.in. w klasie Cadet, Finn, z dumą pokazuje e-mail od Jimmy Cornell’a.

Wojtek Wejer aWojciech Wejer: „…Na koniec Jimmy, po zakończeniu rejsu w Londynie, przesłał podziękowanie warte miliona.”

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~  All is well that ends well.   By Jimmy Cornell on 21.09.2015

Event(s): Blue Planet Odyssey
Destination(s): Atlantic Ocean, London

And now I would like to thank those who have provided ground support throughout my voyage.

Canadians Peter Semotiuk and Victor Wejer have both spent much of their lives in the Arctic and for many years have been advising sailors embarking on a transit of the Northwest Passage. For a long time Peter was based at Cambridge Bay and from there provided information and advice on weather and ice conditions over the radio or by email. He is doing that now from Southern Canada. Victor has been involved in various projects in Arctic Canada and has a great practical knowledge about the area. I wish to thank Peter and Victor, both in my name and on behalf of all sailors who have greatly benefitted from their generous help of over the years.

Goodbye!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wojtek Wejer z Jimmy Cornellem 2014 Wojciech Wejer z Jimym Cornellem.

Żeglarstwo zaczął jako „niezrzeszony” w 1958 roku przy klubie Pogoń, gdzie pływał na małej, popularnej wówczas żaglówce P70. Jesienią tego roku był na wystawie marynistycznej organizowanej przez Wojciecha Jacobsona w Klubie Naukowca przy al. Wojska Polskiego w Szczecinie i tam spotkał samego Wojtka. Od 1959 roku był członkiem JK AZS. I tak się zaczęło.

100_0297 Ludomir Mączka i Wojciech Wejer w Toronto.

W 2004 roku Wejer spotkał w Toronto Ludka Mączkę, który mieszkał na sublokatorce u swojego kolegi – Bolka Korneluka; Ludek miał swój mały, osobny pokoik. Wkrótce po tym nawiązał ponowny kontakt z Wojtkiem Jacobsonem.
W tym czasie spotykali się wiele razy kiedy to Ludek snuł różne opowieści o swoim żeglowaniu. W maju 2005 żegnał Ludka wyjeżdżającego do Polski. Dopiero wtedy dowiedział się o żegludze Vagabond’eux przez Northwest Passage.

 Bilans wspomaganych przez Wojtka Wejera jachtów żeglujących przez NWP jest imponujący:

Northwest Passage Supported Boats

2006: Nekton (POL), Tadeusz Natanek; Stary (POL), Dominik Bac, Jacek Wacławski, Sławek Skalmierski, Tomek Szewczyk

2008: Berrimilla (AUS), Alex Whitworth

2009: Fleur Australe (FRA), Philippe Poupon

2010: RX II (NOR), Trond Aasvoll; Sarema (FIN), Pekka Kauppila; Solanus (POL), Bronisław Radliński

2011: Anna (SWE), Börje Ivarsson, NWP and NEP to Pevek (od Cambridge Bay/Nanisvik Monika Witkowska); Chamade (SUI), Marc Decrey; Imvubu (RSA), Ralf Dominick; Issuma (CAN), Richard Hudson; Muktuk (AUT), Karl Mayer; St. Brendan (USA), Matt Rutherford, North Atlantic, NWP, Pacific, Cape Horn, South Atlantic. Solo voyage; Santa Maria Australis (GER), Wolf Kloss; Roxane (FRA), Luc Dupont; Teleport (AUS), Christopher Bray

2012: Best Explorer (ITA), Giovanni Acquarone; Jonathan III (NED), Mark van de Veg; Katharsis (GBR), Mariusz Koper; Marguerite (FRA), Janusz Kurbiel

2013: Isatis (FRA), Jean-Pierre Levie; La Belle Epoque (AUT), Jürgen Kirchberger; Libellue (SUI), Philip Cottier; Traversay III (CAN), Larry Roberts

2014: Altan Girl (CAN), Erkan Gursoy. Solo voyage; Empiricus (USA), Jesse Osborn; Gitana (USA), Mike Johnson; Lady Dana 44 (POL), Ryszard Wojnowski

2015: Aventura (GBR), Jimmy Cornell; Drifter Way (CAN), Robert Graf. Solo voyage; La Chimere (FRA), Emanuel Wattecamps-Etienne. Solo voyage; Philos (AUS), Roger Wallis; Salty (USA), Carl Zaniboni; Selma Expedition (POL), Piotr Kuźniar.

Prócz tego:

Współpraca z R.K. Headlandem czyli przedstawicielem Scott Polar Research Institute, University of Cambridge.

Note/Uwaga: St. Brendan (USA),  Matt Rutherford, solo in a 27 foot Albin-Vega (smallest monohull) around the Americas via Horn, West 3, crossed Gulf of Alaska and Cape Horne..  www.solotheamericas.org

Wojciech Wejer jest autorem locji – przewodnika dla żeglujących przez Przejście Północno-Zachodnie, pod tytułem: „Yacht Routing Guide to the North West Passage: Reported safety of anchorages and shelters” która jest wznawiana i uzupełniana co roku na: http://www.rccpfmk3.org.uk/passage-planning/arctic i współautorem książki: „Arctic and Northern Waters”, wydawca – Royal Cruising Club Pilotage Foundation.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 

pilot_2-wVBEJ1Yacht Routing Guide to the North West Passage 2015

Author : Victor Wejer

A supplement to the RCC Pilot to ‚Arctic and Northern Waters

This Yacht Routing Guide to the North West Passage by Victor Wejer is a compilation of port and anchorage information which will be updated annually by Victor Wejer. The RCC Pilotage Foundation is very pleased to be able to make this guide available to you via a download from the RCCPF website.

The 2015 edition has much additional information.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wojciech Wiktor Wejerur. 1942r, w Warszawie, inżynier mechanik (University of Alberta, Edmonton, Kanada), z Polski wyjechał w 1967r, od 1969r w Kanadzie; żeglował w Szczecinie w klubie Pogoń i w JK AZS; z powodzeniem startował w regatach – Cadet, Finn; w Kanadzie praca w Arktyce w przemyśle naftowym; od wielu lat wspomaga w nawigacji żeglarzy pływających w Arktyce, przez Northwest Passage; autor locji żeglarskich rejonów arktycznych; w 2015 nominowany do nagrody Ocean Cruising Club, Merit Award.

 

 

 

 

 

Ludomir Mączka: Nie tylko żeglarstwo jest życiem …

„Zapiski Ludomira Mączki” z okresu pobytu w Darwin, Australia, 1981 roku (od 19. kwietnia1981, kotwicowisko w Darwin – do 12. sierpnia 1981r.), gdzie zasmakował w lotach spadochronowych (w Darwin Parachute Club) oraz listy z tego okresu do Wojciecha Jacobsona i bliskiej znajomej w Szwecji, Ireny Karpowicz (Irena Karpowicz-Balcerkiewicz – architekt, wraz z mężem była właścicielem jachtu Krzyż Południa – przyp. red.) przybliżają mało znane i pozornie dalekie od żeglarstwa epizody w życiu Ludomira Mączki, które jednakże w naturalny sposób wpisują się w pełen przygody i zaciekawienia rytm życia niespokojnego ducha Ludka.                                (zs)

________________________________________________________________________

Scan098L.Mączka_Darwin_1981_ Nie tylko żeglarstwo jest życiem27.04.  poniedziałek

Wczoraj byłem z Neville’m T. (Thomas – przyp. red.) (VK8NT) w Batchelor. Nevill teraz działa w klubie spadochronowym. Zabrał mnie tam. To jest ca 100 km S od Darwin. Małe lotnisko, kilkanaście osób. Jako pasażer byłem w powietrzu na małej „Cesna”. Bush, bush, dalej morze. Skaczą z ok. 10000’ (ft, stóp – przyp. red.), na 4000’ otwierają spadochron. Ta zabawa jest naprawdę emocjonująca, choć dość kosztowna. Wróciłem z Garrym samochodem do pół drugiej. Bar po drodze. Reszta dołączyła skacząc z samolotu na łąkę za barem. Na łódce byłem po 1200tej, syt wrażeń i piwa. Może też sobie poskaczę. Spróbuję. Dziś drobna reperacja „Boberka” (składana łódź wiosłowa typu „stynka” otrzymana z Klubu – Jacht Klub AZS Szczecin dzięki staraniom kierownika Klubu Czesława Bobera – przyp. red.), dalsza wymiana nitów na miedziane. Wieje jakieś 5oB, trochę kiwa, siedzę na łódce.

07.05,  kotwicowisko Darwin

Chyba tutaj postoję trochę. Sprawy się klarują. Czekam na przedłużony paszport. Dziś jestem na łódce. Cały prawie tydzień byłem poza Marią – dwa razy tylko byłem w porcie zobaczyć czy jest ok. Wziąłem się za spadochroniarstwo. Nowa Przygoda, sprawdzian, trzeba „uzasadnić swoje istnienie”. Mam już 6 skoków za sobą (i ca 200$). Każdy skok to 10$, ale chyba warto. Krótki moment czegoś w rodzaju strachu potem lot i lądowanie. Ostatnio bardzo kiepskie. Zbytnia pewność siebie, zagapienie. Piękne późne popołudnie, daleki bush i twarde lądowanie z wiatrem. Kilka siniaków i trochę więcej doświadczenia. W sobotę c.d. Teraz siedzę na łódce, chlupie odpływ wzdłuż burty. Prąd do 2 kn, mętna woda, dochodzi południe, gorąco, ale trochę bryzy. Chyba nie ruszę się przed wieczorem choć warto zajrzeć do znajomych. O 2000-tej do Clubu właściwie do miejsca gdzie składa się spadochrony. Chyba niedługo będę składał sobie sam. Na razie robię to pod okiem Neville’a lub Mike’a i pomagam innym. Mike jest Niemiec z Prus Wschodnich, ale on urodził się chyba już po wojnie. Czasem trochę praktykuję z nim po niemiecku. Po spakowaniu spadochronu do baru na piwo i chyba ok. 1200 (pm) do Neville’a. Jutro wizyta u lekarza (wyniki krwi i siniaków).

12.05, wtorek,  kotwicowisko

… W sobotę byliśmy koło Noonamah (ca 50 km) na weselnym party Billa (Darwin Parachute Club) . Część gości lądowała na spadochronach (na to trzeba „C” klasę). Wróciliśmy z Nevillem ok. północy. W niedziele rano polecieliśmy „Cesną” do Batchelor na 4000’; było zimno jakieś 4oC, ale ładnie wygląda z góry. Bush, jakieś osiedla. ale niewiele; kraj płaski, tu i ówdzie dymy z „bush fire”. Nad Batchelor najpierw wyskoczyło 3 – z Nevillem z 4000’ z opóźnionym otwarciem. Potem nad lotniskiem Rasia z ca 800m; dwóch pasażerów lądowało z pilotem. Pogoda była ładna, ale wietrzna. Skakania było mało, nawet instruktorzy dużo nie skakali. Potem po południu się uspokoiło. Miałem jeden skok. Nawet nienajgorszy, ale wyniosło mnie jakieś ca 200m poza cel. Przełamałem już opory przed skakaniem. Lądowanie było miękkie. Powrót po południu ok. 18tej do klubowego baru w Noonamah; reszta dołączyła z powietrza; kilka piwek. Umiarkowane zachwyty nad moim skokiem od Neville’a..

21.05,  Katherina

Chmury przeszły. Wczoraj miałem jeden skok. Trudno o więcej bo mistrzostwa. Nie było źle. Wprawdzie wystartowałem głową w dół. Nie wygiąłem się dobrze do tyłu, ale przynajmniej lądowałem 22 m od celu. Zresztą to zasługa nie moja tylko „jump master’a”  który mnie w odpowiedniej chwili wyrzucił. Słucham meteo z Darwin, ale wiatry słabe z E więc Maria powinna być ok. Wieczorem były filmy. Neville ma „Video recorder” więc najpierw dzienne skoki potem filmy z różnych mistrzostw i skoków. Ten „sky diving” to duża zabawa, ale wydaje mi się, że bardziej mi leży „HALO”  „High Altitude – Low Opening”. Zobaczymy. Na razie jeszcze skaczę na sznurku (Static Line).

23.05, Manbulloo                Manbulloo jest kilka mil od Katherine

Jest rano, sobota, ok. 11tej, już gorąco, noce są miłe i chłodne, ranki piękne, w dzień upał. Pogoda słoneczna. Wczoraj miałem 12ty i 13ty skok; 12ty był niezły, ale lądując wpadłem prawą nogą w małą dziurę w trawie i teraz noga na podbiciu spuchła. Dobrze, że nie złamałem, ale dzisiaj nic ze skakania i chyba parę dni spędzę na jachcie – „o chlebie i wodzie”. Zanim noga dobrze spuchła miałem pierwszy FF (Free Fall). Ron (Davidson – przyp. red.) był mój „jumpmaster” – skok był OK. Przy wyciąganiu „rip card” nie rozpostarłem rąk i przez chwilę leciałem głowa w dół. Lądowanie było OK. Trochę twardo. Wiatru nie było prawie zupełnie i wtedy lądowanie jest trochę twarde. Czuję tyłek (ale to nie szklanka). Ten FF to jest właśnie „to”. Wychodzisz na zewnątrz, puszczasz się, wyginasz do tyłu – i jesteś wolny, nie ma instruktora, static line która robi za ciebie. Wyciągasz rączkę i po 1-2 minut jesteś na dole z lekko potłuczonym tyłkiem, ale chyba szczęśliwy. Zawsze ten moment wyjścia jest emocjonujący. Potem wieczorem była fiesta. Pierwszy FF kosztuję skrzynkę piwa dla instruktora (15$) potem było więcej i cider jabłkowy. Gratulacje z okazji FF i 53 urodzin. Złożyłem podanie do klubu starszych panów. Powyżej 40 laty i w USA to już „old boye” i nie ma ich zbyt wielu. Klub jest dość ekskluzywny. Zresztą nie czuję różnicy wieku. Neville też zwichnął nogę i dziś nie skacze; ma kaca. W ogóle wieczór był OK. Nawet miałem „mowę do ludu” (po ang, być może coś dodałem po hiszp, ale wszyscy byli zadowoleni). Jutro do Darwin. Podskakuję na jednej nodze, druga spuchła, ale nie boli i palcami mogę ruszać bez bólu. Więc życie jest ok. nawet po 50-tce.

Poniedziałek, 25.05,  kotwicowisko  Fannie Bay

Wczoraj wcześnie p.p wyjechaliśmy z Manbulloo. Noga trochę lepsza. Sanitariusz z ambulansu, który miał „służbę” obejrzał nogę, obmacał, założył elastyczny bandaż i zaraz poczułem się lepiej. Wygląda, że wszystko jest OK, ale nie wiem czy w przyszłą niedzielę będę skakał (?). Wieczór barak klubowy przypominał trochę Africa Corps Headquarter po odwrocie – kilka połamanych nóg, jedna ręka i kilku uszkodzonych, jak ja. Na łódce byłem ok. 19.00, było już ciemno. Neville pomógł mi zwodować „Boberka”. Maria była na miejscu, trochę obesrana przez mewy. Przyjemnie być na własnych śmieciach po tygodniu. Przywitały mnie na pokładzie po zaświeceniu świateł pokładowych dwa duże karaluchy, które wyszły przez chyba kluzę kotwiczną, jak nadmuchałem przed odjazdem „muchobija”. Po kolacji („Tatar” a la Maria – kupiłem cebulę, wino i ziemniaki w Noonamah na stacji benzynowej) złożyłem potłuczone kości na koi. Stłuczony lewy pośladek, nadszarpnięta noga i ogólne pobicia. Zresztą wszyscy prawie odczuli „uścisk ziemi”, ale te kilka siniaków nic nie znaczą. Trudno to opisać, ale moment skoku jest kulminacją. I ciągnie – dodaje życiu smak. Krzykiem dodajesz sobie odwagi i lecisz i żadna siła już cię nie wciągnie do samolotu. Sam już pakuję swój spadochron, tylko końcowe zamknięcie wymaga jeszcze oka instruktora. (rezerwa zawsze jest pakowana przez uznanego „pakowacza” (riper).

______________________________________________

Listy do Wojciecha Jacobsona

06.05, Darwin kotwicowisko

Wojtek!

Od Wielkanocy stoję w Darwin. Pogoda się ustaliła. Stoję w Francis Bay, koło portu….. W Darwin odwiedzam stare kąty, starych znajomych, trochę nowych. Neville Thomas (VK8NT) zabrał mnie do Batchelor ca 100km S od Darwin gdzie działa jako instruktor w Darwin Parachute Club. Spodobało mi się to i zapisałem się na członka – no i znowu jestem „student”, że na ogół wszyscy poniżej 30. lub ciut wyżej więc Neville zabrał mnie do lekarza. Jakoś jeszcze przeszedłem, coś tam znalazł że wątroba za twarda. Może po malarii, a może po winie, ale to nie przeszkadza. Dwa dni – piątek , sobota, był krótki kurs ze skakaniem na materac u Neville’a w domu; 6 osób w tym dwie babki; w niedzielę rano wyjazd do Batchelor. Pierwszy skok, jeszcze z „static line”- linka przeciągniętą do samolotu, która otwiera spadochron. Z emocji nie liczyłem – zresztą spadochron się otworzył na „3 thousend” – (po 3 sekundach) – lądowanie było ok. – no i wzięło mnie. Może to dlatego że trochę jest energii przy skoku. Jeszcze się podniecam wyobrażając sobie, że to 17 sekund i mały czarny placek na ziemi. Mam już 6 skoków, szósty najgorszy; się zagapiłem i lądowałem z wiatrem. Rezultat – stłuczony tyłek i nauka, że po 5ciu skokach jeszcze się nie jest spadochroniarzem. Zresztą cel nie jest „spadochroniarz”, ale „skydiver” loty z opóźnionym otwarciem, skoki zbiorowe. Szkoda, że tak późno zacząłem. Za dwa dni rezultat dwie skręcone nogi, nie liczę swojego tyłka. Zabawa trochę kosztowna – 10 $ za skok, ale trudno „You have the cake or you eat it” – jak tutaj mówią. Więc chyba wykreślę z kalendarza Mauritius i Rodriques, i Christmas Is. Clearence z Customs mam do końca lipca. Może do tego czasu trochę poskaczę czekając na paszport….

Przyszły weekend znów w Batchelor; może zrobię pierwsze „Freefall” (bez sznurka). Porównując z innymi – jestem wolniejszy, ale mam mniej zahamowań. Może więcej ambicji  aby tego nie pokazać i skoczę na pierwsze „go”…

Ludomir

30.07 kotwicowisko Fannie Bay

… W niedzielę byliśmy z Mikiem w Batchelor. Wynajął samochód (15$ dzień). Miałem trzy skoki. Wyjście ok., lądowanie na drzewie. Parasol (spadochron) na drzewie ja ca 3 m nad ziemią. Brakło kilka metrów do sukcesu. Wylazłem z uprzęży i zlazłem z drzewa, ale później trzeba było drzewo ściąć siekierą i zdjąć spadochron, ale lądowanie było miękkie i spadochron się nie podarł. Mike Brown (instruktor) nawet nie rzekł złego słowa, choć mogłem przedryfować bokiem i siąść na pasie  startowym, ale wyglądało że można będzie przelecieć nad drzewami i siąść na celu, i następny miałem Free Fall – był ok. Następny z 5 sek. opóźnieniem nie bardzo mi wyszedł i Mike spisał mi, ale do 3 sek. FF. Ze static line definitywnie skończyłem. ….

Ludomir

________________________________________

List do Ireny Karpowicz

„Obiegowy” – prześlij do Wojtka                                                                             04.08.1981

Siedzę u Stefana. Kuruję nogi … W niedzielę w głupi sposób przy lądowaniu pękła mi pięta. Koniec na razie ze skakaniem. Wieczorem przyleciałem samolotem do Darwin i Kathy podrzuciła mnie do Stefana. W poniedziałek Stefan zawiózł mnie do szpitala. Prześwietlenie, pęknięta kość w pięcie (prawej). Przy okazji prześwietlili kręgosłup czy też nie chrupnął. Dostałem parę kuli do użytku. Pojutrze jeszcze raz do lekarza. Obiecał, że za tydzień będzie OK. Dziś odebrał Stefan mój paszport z poczty – do końca 82. ważny. Woda już nabrana. Zakupy i gdzieś za kilka dni – niedziela, wtorek – na Cocos Keeling. Dobrze mi było w Darwin. Może do Cocos Ilands wezmę Morissa z klubu; będę miał pielęgniarkę fachową; jeszcze nie wiem. Czekam jeszcze na listy od Ali i Wojtka. Stefan z Jimem gdzieś się wynieśli na piwko; z radia idzie portugalska muzyka. Siedzę z zabandażowaną noga na drugim krześle, usiłuję sklecić list. Coś jest w tropiku: żal mi i smutno. Brak będzie podniecenia przed skokiem, widoku buszu, zasnutego dymem i pyłem horyzontu i w ogóle Australii….

Ludomir

____________________________________________________________

Ludek spadochroniarz Scan1054

Ludek parachutist 1

Ludek spadochroniarz Log Book 22 majaScan1057

Ludek parachutist 3

Ludek parachutist 2

Szwecja 1972_ z Irena Karpowicz Ludomir Mączka z Irena Karpowicz, Szwecja, 1972r.

______________________________________

Ludomir Mączka – ur. 22.05.1926 r. we Lwowie, zm 30.01.2006 w Szczecinie, żeglarz, geolog. Na jachcie „Maria” w latach 1973-1991 żeglował w rejsie wokółziemskim. W latach 1984-1988 na jachcie „Vagabond 2”, wraz z W. Jacobsonem i na różnych odcinkach z innymi żeglarzami, przepłynął Przejściem Północno-Zachodnim (NWP). Laureat wielu nagród, m.in. Rejs Roku -1984,1988, 2003, Kolosy -2001: Superkolos 2001,Conrady -2003.

(zs): O wietrze wietrznie wiejącym wiecznie w wierszu i w prozie …

Czekając na wiatr, nie ten trzaskający niedomkniętą okiennicą albo wzbijający tuman piasku by sypnąć nim w oczy, ale oczekiwany po długiej zimowej przerwie żeglarskiej; ciepły, stały jak passat, wiatr z rufy a jeszcze lepiej z baksztagu; więc czekając na taki wiatr ….

                                              Wiatr Tobie Boże, huczał pieśni,
                                              Gdyś z mroków wykrzesywał świat.
                                              Chaosu świadek i rówieśnik,
                                              Wiatr Tobie, Boże huczał pieśni,
                                              Wodami wstrząsający wiatr.
                                              Wiatr – gniew otchłani zbuntowanej,
                                              Potęgi Twojej pierwszy bard,
                                              Homer Genezis opętany,
                                              Co w chwiejbę wprawił oceany
                                              Rytmicznym rykiem swoich skarg.
                                              I taki był ów zryw stworzenny,
                                             Taki prawichru Tobie hymn,
                                             Że wód wzburzonych ogrom pienny
                                             Do dziś w kołysie trwa bezsennym,
                                             Pomrukiem w brzegi bije złym.
                                             Do dziś – bylinnik, rapsod, epik,
                                             Początku chmurobrody dziad,
                                             Pierwotnej wojny wiarus ślepy –
                                             Wspomnienia szumne lubi wiatr …

                                                                                         (Julian Tuwim, Kwiaty polskie, cz. III, rozdz. I)

Michałowi Choromańskiemu w Zazdrości i medycynie wiatr wieje przez wszystkie strony powieści i jest niczym dekoracja teatralna: jest od pierwszej do ostatniej sceny, wprowadza nastrój, a że jest to wiatr halny więc i nastrój jest pełen niepokoju, grozy, szaleństwa:
„…Wiatr dął trzeci dzień z rzędu, jarzębina rosnąca pośrodku podwórka zgubiła już wszystkie liście, pęki jagód huśtały się jak szalone, pień jarzębiny był pęknięty. Zbliżała się późna jesień. Pomimo to dni były płomiennogorące, a w nocy wśród upalnego wiatru było parno i nieznośnie…”,
by strony dalej, pisać:

„…Na krańcu miasta wiatr dopadł smrekowego lasku i szalał w nim przez całą noc, a nad ranem ujrzano wyrwane z korzeniami pnie drzew i rozrzucone po całym polu połamane gałęzie. Wiatr w obłędnym wirze przerzucił się na drugi kraniec miasta i tam, w podwórku wielopiętrowego białego gmachu, kręcił się obłędny i dziki. Potem szarpnął brama wjazdową i zaczął walić w nią słupami żółtego piasku i kurzu…”
I tak, przez wszystkie karty powieści, wieje wiatr w Zakopanem.

Albo u Williama Faulknera w Dzikich Palmach :

„…palma za oknem szamotała się pośród suchych trzasków, a tuż przed świtem, po gwałtownym szkwale, zerwał się cyklon. Nie była to trąba powietrzna, ta galopowała gdzieś na Zatoce Meksykańskiej, ale jej ogon albo zabłąkany kosmyk grzywy, zrywający na spienionej, żółtej wodzie fale wysokości dziesięciu stóp, które wdzierały się w głąb wybrzeża i nie opadały przez dwadzieścia godzin, smagający bezlitośnie dziką, oszalałą palmę i przewalający się ponad dachem celi…”.

A są jeszcze wiatry „władcy Wschodu i Zachodu” i Wiatry Handlowe, o których pisze Conrad w Zwierciadle Morza:
„… W środkowym pasie ziemi panują niepodzielnie Wiatry Handlowe… Wiatry Handlowe między zwrotnikami sprzyjają codziennemu życiu statków kupieckich… Strefy rządzone przez północno-wschodnie i południowo-wschodnie Wiatry Handlowe są pogodne. Dla statku, który dąży na południe i zamierza odbyć długą podróż, przejście przez ich władztwa zaznacza się ulgą w wysiłkach i czujności ludzi na pokładzie…”
„… W orientacji wiatrów władających morzami północny czy południowy kierunek jest bez znaczenia. Nie ma ważnych Wiatrów Północnych i Południowych na tej ziemi. Wiatry Północne i Wiatry Południowe są tylko drobnymi książątkami … W polityce wiatrów, zarówno jak ziemskich plemion, prawdziwa walka rozgrywa się między Wschodem i Zachodem…”
„… Koniec dnia jest porą, kiedy się patrzy w królewskie oblicze Wiatru Zachodniego, ten wiatr bowiem rozstrzyga o losie statków. Łaskawe i wspaniałe, lub wspaniałe a złowróżbne, zachodnie nieba odbija skryte zamysły królewskiej duszy. Potęga Wiatru Zachodniego przybrana w płaszcz z olśniewającego złota lub obwieszona jak żebrak łachmanami czarnych chmur, króluje na tronie zachodniego widnokręgu, mając za podnóżek cały północny Atlantyk; migotanie pierwszych gwiazd tworzy djadem na jej czole…”

 (Joseph Conrad, Zwierciadło morza, przełożyła A. Zagórska, wyd. Dom Książki Polskiej, Spółka Akcyjna, Warszawa 1935)

Wiatr niosący nadzieję zmian: dla P. B. Shelley’a wiatr ma poruszyć ludzki bezwład, wyzwolić z ucisku, z zacofania:

                                       O Wild West Wind, thou breath of Autumn’s being
                                               Thou, from whose unseen presence the leaves dead
                                               Are driven. Like ghosts from an enchanter fleeing,
                                               …
                                                                                              (P. B. Shelley: “Ode to the West Wind”)

                                                                         ( Dziki wietrze Zachodni, tchu jesiennej pory,
                                                                           Niewidzialnie obecny, płoszysz uschłe liście –
                                                                           Mag, co potęgą zaklęć przeraża upiory –
                                                                            ….
                                                                                                                              tłum. St. Barańczak )

Dla nauki zjawisko wiatru podlega pod teorię chaosu; trudno go przewidywać na dłuższy okres czasu: układ jest nieprzewidywalny aczkolwiek może pojawić się pewien porządek, pewne zgranie się z sobą części układu, zorganizowanie całości i powstanie trąby powietrznej, potężnego silnika samonapędzającego się (ogromnej, nie sterowanej? energii), trwającego w stabilnym układzie stosunkowo długo…
Czekając na wiatr, w zimowe dni, w cieple kominka, znajdując go w literaturze …

(zs)

Bogdan Sobiło: Recenzja

morskie-zeglarstwo-turystyczne-podrecznik-ryaJeremy Evans, Morskie żeglarstwo turystyczne. Podręcznik RYA. Tłum. Małgorzata Czarnomska, ALMAPRESS, Warszawa 2015, ss. 222; ISBN 978-83-7020-613-0.

Od dłuższego czasu zauważalny jest na polskim rynku brak nowoczesnych podręczników z zakresu żeglarstwa morskiego. Wznawiana od niemal 30 lat książka spółki Kolaszewski – Świdwiński mimo pewnych zmian w kolejnych wydaniach nie wytrzymuje już próby czasu. Podobnie Vademecum żeglarstwa morskiego autorstwa M. Berkowskiego, J. Dziewluskiego i J. Dąbrowskiego. W naszych czasach burzliwej i permanentnej rewolucji technologicznej jedna dekada, to cała epoka. Ostatnio potentat na rynku książek dla żeglarzy, warszawskie wydawnictwo Almapress wypełnia powstałą lukę poprzez polskie edycje sprawdzonych podręczników Royal Yachting Association (między innymi: R. Gibson, Manewry portowe; Ch. Tibbs, Meteorologia). Mimo to ciągle brak opracowania, które mogłoby służyć pomocą zarówno uczestnikom kursów na stopnie jachtowego sternika morskiego i morskiego sternika motorowodnego jak i początkującym skipperom jachtów morskich.
Z tym większym uznaniem należy powitać wydany właśnie podręcznik Jeremy’ego Evansa. Książka jest niezwykle nowoczesnym opracowaniem, napisanym przez jednego autora. To do dobrze, bo dzieła zbiorowe, w których powstaniu bierze udział wielu specjalistów z różnych dziedzin, mają tendencję do wyczerpania tematu. Na ogół jednak, ambitny zamiar kończy się całkowitym wyczerpaniem czytelnika. Autor recenzowanej pracy zakłada u odbiorcy podstawową znajomość żeglarstwa, zwłaszcza nazewnictwa z zakresu budowy jachtu. Książka podzielona jest na 17 krótkich rozdziałów, w których J. Evans przedstawia najczęściej spotykane typy jachtów morskich, zasady postępowania z załogą, najważniejsze węzły (ok. 1/3 tego, czego uczy się w Polsce na kursach żeglarza jachtowego), obsługę urządzeń pokładowych, elementy nawigacji i locji, podstawy manewrowania jachtem na żaglach i silniku, wreszcie garść informacji o najczęściej odwiedzanych akwenach. Całość zamyka słowniczek terminów oraz indeks, umożliwiający łatwe odnalezienie w podręczniku poszukiwanych informacji.
Książka jest bardzo bogato ilustrowana. Mnóstwo kolorowych zdjęć, rysunków i wykresów stanowi nie tyle ozdobę tekstu, co jego integralną część ułatwiającą zrozumienie wykładu. Tekst czyta się dobrze, co jest zasługą tłumaczki, kapitan Małgorzaty Czarnomskiej wyjątkowo udatnie łączącej kompetencje żeglarskie i filologiczne.
By rzetelnie wywiązać się z obowiązków recenzenta zmuszony jestem jednak przedstawić kilka uwag krytycznych. Na s. 14 znajdujemy niezręczne sformułowanie: „wymaga dużej ilości miejsca w kokpicie”. Lepsze by chyba było wyrażenie „wiele miejsca w kokpicie”. Z kolei na zdjęciu (s. 40) literą A oznaczona jest urokliwa załogantka, chociaż opisana została w tekście jako „ciężka izolowana pokrywa”; dwie stronice dalej literą A oznaczona jest mesa, a nie „dwuosobowa koja”. Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem Autora: „wzrost ciśnienia oznacza poprawę pogody, a spadek jej pogorszenie” (s. 51). Na str. 60 w ciekawym opisie Skali Beauforta pojawia się błędne „mila statutowa”. „Statue mile” to przecież mila lądowa (1609 m). Pojawia się skrót TSS (Traffic Separation Scheme), ale nie jest objaśniony w słowniczku. Daleki od precyzji i jasności jest skondensowany opis prawa drogi, przedstawiony na stronach 92 – 93. Statki o napędzie mechanicznym idące wprost na siebie zobowiązane są zmienić swój kurs w prawo (Prawidło 15 MPZZM), a więc żaden z nic nie ma pierwszeństwa, jak to zaznaczono na rysunku (s. 93). W opisie świateł nawigacyjnych (s. 95) warto obok polskich definicji przedstawić angielskie. Chociaż brak wykładu i definicji terminów dotyczących pływów, w opisie zasięgu świateł nagle, niczym Atena z głowy Zeusa, wyskakuje „średnia wysoka woda syzygijna” . Na s. 119 zamiast „robienie” obrotów, lepiej byłoby napisać „wykonywanie”. Kolejność czynności związanych z cumowaniem w marinie (s. 118) powinna być inna, tj. najpierw ocena wiatru i prądu, a dopiero potem omówienie manewrów z załogą. Komentarz na rysunku przedstawiającym „efekt śruby” jest niezgodny z tekstem głównym (s. 119). Wbrew temu co pisze Autor (s. 121), przy długim najeżdżaniu rufą na miejsce cumowania lepiej jest, aby sternik stał przodem do osi jachtu, ponieważ umożliwia to równoczesną obserwację rufy i dziobu. Niezręcznie wypada „powierzchnia żaglowa” zamiast „ożaglowania” (s. 137). Twierdzenie, że bryza nocna jest silniejsza od dziennej (s. 176) jest błędne. Dalekie od ścisłości jest także zalecenie, by podczas postoju na kotwicy zapalać światło „topowe” (s. 184). Światło „kotwiczne”, to światło białe widoczne dookoła widnokręgu. Nie musi być umieszczone na topie. Na boi może być „podana,” ale nie „napisana” liczba jachtów jakie mogą z niej jednocześnie korzystać (s. 185). W tym samym miejscu przy opisie cumowania do boi brak wskazówki, że przy wysokim dziobie łatwiej chwycić boję z rufy. Grecka wyspa „Thassos” (s. 206) zadomowiła się w języku polskim jako Tazos. W słowniczku terminów brak definicji kolumny masztu, Systemu Rozgraniczenia Ruchu czy aneroidu.
Mimo tych drobnych uwag krytycznych polecam podręcznik wszystkim żeglarzom morskim, zwłaszcza początkującym skipperom. Książka będzie niezwykle cenną pomocą także dla uczestników kursów na stopień sternika morskiego. Sam, mimo niejedną książkę przeczytałem i niejedno morze przepłynąłem, bardzo wiele z Morskiego żeglarstwa turystycznego się nauczyłem. Gratuluję Autorowi, Tłumaczce i polskiemu Wydawcy wyjątkowo udanego dzieła.

                                                                                                                              Bogdan Sobiło

____________________________________________________________________________________________________

Bogdan Sobiło – ur. 1967 r. w Wolinie. Studiował historię i filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kapitan jachtowy. Mieszka w Libiążu.

Wanda z Mierosławskich Jaworska-Zubczewska: „Wspomnienia” (frag)

….Adam, młodszy brat Ludwika miał w sobie żyłkę marynarza. Może odziedziczył ją po swoim pradziadku, kpt. Stubbsie. Karierę rozpoczął jako chłopiec okrętowy, pływając po Oceanie Indyjskim. Po paru latach nabył statek, zdobywszy stopień kapitana au long cours. Kiedyś przypadkiem sztorm go tak zniósł z kursu, że przybił do dawno zapomnianej przez geografów wyspy Saint Paul i nieco dalej New Amsterdam.
Były to jeszcze czasy konkwistadorskie, więc Adam stał się właścicielem wyspy, ale że jako Polak niezbyt nadawał się na kolonizatora, przystał na apel Ludwika (starszego brata, jednego z przywódców powstania styczniowego – przyp. red.), by sprzedał wyspę i przysłał mu pieniądze na walkę z tyranami. Był to jeszcze okres Wiosny Ludów. Adam sprzedał pół wyspy, zasilił brata finansowo, ale sam nie zdecydował się na proponowaną wojaczkę. Kupił nowy statek, nazwał go Moja Polska i pływał na nim „kumając” się z poławiaczami pereł, rybakami i innymi ludźmi mórz.
Skolonizował część wyspy Saint Paul. Zginął śmiercią żeglarza w 1851 r. Wzmiankę o nim znalazłam przypadkiem w książce J. Verne’a  pt. „Dzieci Kapitana Granta”. *)
Na Adamie kończę historyczną niejako część moich wspomnień dochodząc do dziejów przeważnie znanych mi osobiście…

                                                                                                           Wanda Zubczewska

Wspomnienia, Warszawa 2012, redakcja: Krzysztof Jaworski, Michał Jaworski,
wybór i opracowanie całości: Michał Jaworski, Warszawa, ss. 177.
ISBN: 978-83-931458-8-1

_________________________________________

*)Wzmianka ta jest nader zabawna:
„Zresztą przeznaczeniem Wyspy Amsterdam było stać się kolonią francuską: należała ona najpierw prawem pierwszego okupanta do niejakiego Camina, armatora z Saint-Denis, stolicy Reunion; po czym zgodnie z jakimś układem międzynarodowym odstąpiono wyspę pewnemu Polakowi, który zaczął ją uprawiać posługując się niewolnikami malgaskimi. W myśl starego powiedzenia: „Polak – to prawie Francuz”, po pewnym czasie wyspa stała się znowu kolonią francuską, jako własność imci Pana Otovana”. (J. Verne: „Dzieci Kapitana Granta”).

______________________________________________________________________________________________

Wspomnienia dr Wandy Zubczewskiej_skan okładki Wanda Zubczewska, Wspomnienia

Adam-Mierosławski_min_200x363 Adam Piotr Mierosławski (1815 – 1851)

O Wyspie Św. Pawła, o Adamie Piotrze Mierosławskim i o innych z tego rodu, w tym również o praprawnuku brata A. P. Mierosławskiego Krzysztofie Jaworskim szczecińskim żeglarzu akademickim więcej w interesującym artykule Andrzeja Straburzyńskiego (i w przypisach).       http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=10930

(zs): Uśmiech Fortuny raz jeszcze

                                                                                                                                   Life is a tragic folly
                                                                                                                                   Let us laugh and be jolly
                                                                                                                                   Away with melancholy
                                                                                                                                   Bring me a branch of holly
                                                                                                                                   Life is a tragic folly
                                                                                                                                                                         A. Symons.
                                                                                                                           (motto z Joseph Conrad: Twix Land and Sea)

Z końcem września 1888 roku do Port-Louis na wyspie Mauritius (Ocean Indyjski) przypłynął z Sydney, trasą przez Cieśninę Torresa, z ładunkiem nawozów sztucznych, mydła i łoju bark Otago. Armatorem żaglowca była firma Black Diamond Line a właścicielami firmy i żaglowca, Henry Simpson & Sons. Otago był jedynym żaglowcem tej firmy a czarterowało go w rejsie na Mauritius inne przedsiębiorstwo, którego dyrektorem urzędującym w Port-Louis był Paul Langlois. Jednostką dowodził trzydziestoletni kapitan Konrad Konkorzentowski, jak donosiła australijska gazeta The Sydney Morning Herald zniekształcając nazwisko Konrada Korzeniowskiego (z kolei Lloyd’s Register w dokumentach na rok 1888 podał nazwisko kapitana Otago jako Korneowski).

W oczekiwaniu na korzystny fracht na rejs powrotny do Australii, ale również z braku mat jutowych do wyłożenia ładowni żaglowca (spłonął magazyn z matami) przed umieszczeniem w nim cukru (tak pisze Z. Najder, choć być może powodem był brak trzykorcowych worków jutowych do pakowania cukru?), młody kapitan – wytworny gentleman, z doskonałą znajomością języka francuskiego („capital chap, though queer to look at”, jak powie o nim poznany kilka lat później na Torrensie John Galsworthy), szybko nawiązał bliższe kontakty z miejscowym high society – potomkami dawnych kolonistów francuskich, mówiących wykwintną, archaiczną francuszczyzną epoki przedrewolucyjnej. Korzeniowski nie ograniczał się tylko do kurtuazyjnych wizyt. Poznany wcześniej kapitan francuskiej marynarki handlowej Gabriel Renouf wprowadził go do domu swojej siostry, zamężnej z wysokim urzędnikiem kolonii p. Louisem Edwardem Schmidtem.

Postój żaglowca przedłużył się do blisko dwóch miesięcy, więc czasu było aż nadto do nawiązania bliższych znajomości. Częste wizyty u Państwa S., podwieczorki na Otago dla całej rodziny, albo przejażdżki powozem w interior do kawiarni ogrodowej – oto co wypełniało czas młodego kapitana. Oprócz zamężnej siostry kpt. Renoufa, były tam jeszcze dwie inne, młodsze siostry. Jedna nich, 26-letnia Eugénie, zawładnęła sercem i uczuciami młodego kapitana z Otago do tego stopnia, że próbował się oświadczyć. Niestety panna była już zaręczona i zawiedziony kapitan szybko opuścił wyspę (z ładunkiem cukru – 500 ton ? – z którego produkcji wyspa słynęła a także, być może, z … ziemniakami ?, ale o tym – dalej).

Ślad owej „przygody” zaistniał po latach w twórczości Josepha Conrada, w opowiadaniu portowym („harbour story”) A Smile of Fortune, zamieszczonym w tomie Twixt Land & Sea. Tales (pierwsze wydanie książkowe w 1912 r.): narrator, młody kapitan próbuje nawiązać flirt z panną Alice Jacobus, która mieszka z ojcem, lokalnym handlowcem – przedsiębiorcą przeładunkowym, w domu otoczonym „niebrzydkim starym ogrodem” okolonym murem; jedynym w mieście ogrodem kwiatowym.

Być może panna Eugénie Renouf była pierwowzorem Alicji Jacobus: „ponurej, biernej ofiary losu”, ale – jak się okazuje w owym czasie w Port-Louis jedyny ogród różany był przy domu miejscowego przedsiębiorcy przeładunkowego a jego córką była 17-letnia … Alice Shaw.

Joseph Conrad po latach wspominając dawne „przygody” – flirt a może nawet romans (a nie zdarzyło mu się to – owo wspominanie!!! – nigdy więcej), na odległej wyspie w archipelagu Maskarenów i budując wokół tych przygód własną fantazję, świat fikcji literackiej, mógł mieć na uwadze również inne, zasłyszane historie.

Otóż przez te wszystkie dni oczekiwań Otago i innych żaglowców na ładunek i … worki jutowe (w owej „Perle Oceanu”, z której sączy się na świat dużo słodyczy”, cumowało w okresie kampanii cukrowej, nawet kilkanaście żaglowców, jak podaje wspomniany wcześniej Paul Langlois), ich kapitanowie w godzinach południowych spotykali się u jedynego, od ponad trzydziestu lat, agenta frachtowego na wyspie w Port-Louis – u „Papy Krumpholtza”.

Różnym opowieściom, jak to w gronie marynarzy, zapewne końca nie było; wiadomościom nawigacyjnym, plotkom portowym, opiniom o armatorach, o innych portach, wyspach. „Papa Krumpholtz” pamiętający lata pięćdziesiąte na wyspie, niejedną historię słyszał; również z bliższych i dalszych stron. Młody kapitan z Otago mocno wyróżniający się wśród prostych, nieokrzesanych kapitanów swoją aparycją, manierami, ale również dziwnie brzmiącym nazwiskiem nie mógł nie zwrócić uwagi starego agenta frachtowego.

A „Papa Krumpholtz” czy nie mógł nie słyszeć przed kilkudziesięciu laty o innym równie młodym kapitanie o podobnie obco brzmiącym nazwisku? Kpt. Adam Piotr Mierosławski, bo o nim to mowa, od początku lat 40-tych żeglował w tych stronach; „odkrył” i objął w posiadanie zapomniane od ponad 200. lat Wyspy Świętego Pawła i Amsterdam; objął w posiadanie pod flagą francuską, pod zarządem wysp burbońskich (Reunion).

Mierosławski żeglował między Afryką, Australią i Azją handlując oraz łowiąc ryby, foki i perły; bywał również na leżącej na szlaku jego wypraw, oddalonej zaledwie o 110 mil morskich od Mauritius wyspie Reunion, właściwie w porcie Saint-Denis; spotykał się z miejscowymi kolonistami francuskimi i ich rodzinami. Pewnego razu, pobyt zapewne się przedłużył – czy tylko z powodu oczekiwania na fracht?, młody kapitan nawiązał kontakty towarzyskie. Skutkiem tego wytworzył się romans i w efekcie Mierosławski poślubił córkę bogatego kolonisty pannę Rozalię Cayeux. Niestety żona umarła miesiąc po ślubie; być może zabrała ją epidemia cholery.

Mierosławski wrócił na morza i oceany; rejs do Australii zakończył się rozbiciem statku u jej brzegów. Szybko przezwyciężył trudności, nabył kolejny statek (a właściwie zbudował na Mauritius żaglowiec i nazwał go Le Pilote) po czym żeglował do Australii i z powrotem na Mauritius. W drodze powrotnej, w niejasnych do końca okolicznościach zapadł na zdrowiu i zmarł; ciało zwyczajem morskim – oddano morzu.

Dziwnie podobnie łączą się romanse młodych kapitanów: Korzeniowskiego na Mauritius i Mierosławskiego na Reunion, z fikcyjnymi przygodami sercowymi młodego kapitana w Uśmiechu Fortuny. Na przestrzeni zaledwie ćwierćwiecza, na archipelagu Maskarenów, na dwóch leżących blisko siebie wyspach Mauritius i Reunion rozegrały się wydarzenia zadziwiająco podobne, które dla młodych, polskich kapitanów, prawie równolatków były niczym uśmiech fortuny, szczęśliwego, ślepego losu; i jak to zwykle bywa, był to uśmiech przelotny, wciągający na chwilę, ale jakże mocno zmieniający losy, poruszający serca, uczucia.

Obie wyspy, zarówno Mauritius dla Konrada Korzeniowskiego jak i Reunion dla Adama Piotra Mierosławskiego były tylko uśmiechem bogini Fortuny, czy też uśmiechem szczęścia, jak przetłumaczono ten zwrot w pierwszym polskim wydaniu z 1925 r.

Yes, Mr. Burns, (….) Quite a smile of fortune” – mówi kapitan żaglowca do swojego pierwszego oficera w A Smile of Fortune.
Uśmiech Fortuny jawił się I oficerowi z Otago, Mr. Burnsowi, w potrojonym każdym funcie gotówki, zainwestowanym przez kapitana w ziemniaki (17 ton – jako „prywatny” fracht; przebicie ceny sprzedaży w Melbourne było trzykrotne; niezły deal; pragmatyczny, obeznany z interesami wuj Tadeusz Bobrowski byłby dumny ze swego siostrzeńca). Uśmiech Fortuny, tam na wyspie Mauritius, niespełnione uczucia, kazały kapitanowi zrezygnować z upragnionego dowodzenia żaglowcem.

Dla Josepha Conrada A Smile of Fortune okazał się sukcesem, swoistym uśmiechem szczęścia; czytelnicy przychylnie przyjęli opowiadanie, zadowolony był również wydawca popularnego miesięcznika ilustrowanego The London Magazine, gdzie „harbour story ukazało się w lutym 1911 r.

Jeśli opowieści „Papy Krumpholtza” sięgały kilkadziesiąt lat wstecz i padło w nich nazwisko „Mierosławski”, to tym bardziej mogło ono zwrócić uwagę Konrada Korzeniowskiego z Otago i przypomnieć wydarzenia sprzed ćwierćwiecza z dalekiej Polski, Warszawy – wszak jego ojciec Apollon Korzeniowski był mocno zaangażowany w przygotowania do powstania styczniowego, którego jednym z dyktatorów był Ludwik Mierosławski (wśród zarzutów władz carskich wobec Apollona Korzeniowskiego był zarzut uczestnictwa w „komitecie Mierosławskiego”) – starszy brat Adama Piotra, żeglarza i capitaine au long cours.

                                                                                                                                            (zs)

__________________________________________________

F O T O

2. W-pa Św. Pawła Wyspa Św. Paweł. Fot. W. Jacobson

3. Świ Paweł F1040005a Wyspa Św. Paweł; wejście do zatoki utworzonej w miejscu po kraterze wulkanicznym. Fot. W. Jacobson

7. W-pa Amsterdam Scan0212 Wyspa Amsterdam. Fot. W. Jacobson

6. Scan0190 Wojciech Jacobson na Concordii, w tle Wyspa Św. Paweł. Fot. z arch W. Jacobsona

4. Mieroslawscy5Scan0930  5. Mieroslawscy6aScan0931