Archiwa kategorii: ZŻ nr 23e listopad 2014

Łukasz Natanek: e-mail

E-mail od Łukasza i Gosi

Dnia Piątek, 5 Września 2014 18:28 Łukasz Natanek <lukasz.natanek@gmail.com> napisał(a)

lukasz i gosia Witam Kochani!,
W zeszły poniedziałek (25.08) o 16.00 dobiliśmy do kei w Toronto. Wykonałem ostatni manewr w porcie (udany!) i cumy zostały podane. Od tego czasu lataliśmy tu i tam i dopiero teraz mam chwilkę czasu naskrobać parę ostatnich słów. W przyszłym tygodniu mamy samolot do Polski, a jeszcze dużo zostało do zrobienia.
Myślę, ze jeszcze do mnie nie dotarło, ze to już koniec tego etapu (etap, bo mam nadzieję że będą jeszcze inne rejsy), i że się przeprowadzam na ląd. Razem z łódką zrobiliśmy kolo 40,000Mm (74,000km) w 4 lata i 3 miesiące. Te ostatnie 4,5 lat spędziłem prawie całkowicie na jachcie. Oprócz 2 tygodni w szpitalu i 2,5 tygodnia w Polsce w czerwcu to żyłem i spałem na „Nektonie”, czyli 99.98% czasu z tych 4,5 lat.
Wiele ludzi pyta się mnie, jak to teraz będzie na lądzie…nie buja, a horyzont to rzadko kiedy widać. Jako to mówił Szwejk: „Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Teraz też będzie dobrze i też sobie poradzę. Ostatnie 1,5 roku było trochę napięte czasowo i przelotowo (dużo mil, mało czasu), ale to wszystko jest częścią czegoś większego wiec też do tego podchodzę inaczej. Ważne żeby mieć plan i żeby wszystko prowadziło do kolejnego celu.
Wiec teraz jak zsiadam z jachtu, to myślę, że to tylko na chwilę (może to tylko sztuczka, ale działa!).
Od zeszłego roku Gosia jest ze mną na jachcie i też teraz kończy swoją podróż, więc oczywiście jest to moment sentymentalny. Bardzo dużo przepłynęliśmy tylko we dwójkę, razem z najdłuższym przelotem do tej pory: 57 dni bez zawijania do portu. Spędzamy nasze dni na jachcie pakując się i wywożąc nasze rzeczy, porządki itd. Trochę ciężko coś napisać, jakoś wyrazić co się teraz dzieje, emocje oraz przedstawienie konkretnej konkluzji. Generalnie są to pozytywne uczucia, z lekkim poczuciem nostalgii.
Z tej okazji wstępnie się żegnamy i trzymamy wszystkie adresy zapisane, żeby znów wysyłać relacje. Dziękuję i dziękujemy wszystkim za śledzenie naszej przygody, za wsparcie i zainteresowanie. Chciałbym również bardzo podziękować załodze która pływała i uczestniczyła podczas całego rejsu, ale zwłaszcza za to, że skrobała, naprawiała i sprzątała! To wszystko nie było by możliwe bez wsparcia rodziny i przyjaciół.
Pozdrawiamy,
Łukasz i Gosia

 

Mapka Rejsu  Trasa rejsu             logo 5 final_podglad  Logo rejsu

Łukasz Natanek  Horn_TEN6917 Łukasz Natanek przy Cape Horn. Fot. arch „Nektona”

Nekton jachttt100_0387 „Nekton”. Fot. W. Wejer

Nekton po powrocie 100_0416 Od lewej: Piotr Natanek, Łukasz Natanek, Gosia Czujko. Fot W. Wejer

Korespondencja z Australii

Łukasz Natanek: Powódź Stulecia… krótki opis powodzi na rzece Brisbane (Australia, Brisbane, styczeń 2011 r.)
Łukasz Natanek 100_0416 Zaczęło się wszystko spokojnie … Sąsiedzi straszyli, że następnego dnia, we wtorek 11. stycznia, woda będzie wyżej o 3 metry. Inni mówili, że aż 5 metrów. W sumie same plotki.
Następnego dnia dużo się nie działo; poziom wody troszkę się podniósł, ale nic strasznego. Zatem następnego dnia woda zaczęła się przelewać na chodniki przy parku, a w nocy prąd wzrósł do około 6-7 kn. Wieczorem, sąsiad poprosił nas o pomoc, aby poprawić cumy innego jachtu, którym się zajmował bo właściciel był w Holandii na parę dni, i zacumowany rufą do prądu jacht nie był stabilny; cuma dziobowa się zerwała i jacht był rzucany w jedną i drugą stronę; 10 m w jedną, i 10 m w drugą.
Razem z Henrykiem i Christianem popłynęliśmy naszym bączkiem (jedyny który był wystarczająco duży oraz z wystarczająco dużym silnikiem). Henryk używając talent akrobacki zarzucał liny dookoła pali i założyliśmy parę cum z przodu i z tylu. Jacht był duży i bardzo ładny. Po opuszczeniu rzeki dowiedzieliśmy się, że jacht zerwał się i został wypluty przez rzekę, po czym utknął gdzieś i został zabrany przez policję. Było trudno manewrować bączkiem przez prąd, fale i wiry, które były dookoła pali. Tego samego wieczoru Karol zadzwonił, że utknął 40 km od Brisbane i jest w centrum ewakuacyjnym. Dzień wcześniej stopem pojechał na północ, na parę dni, bo za dwa tygodnie miał wrócić do Polski. W radiu i w gazetach nic nie mówili o powodzi koło Brisbane. „Nektonem” trochę rzucało, w te i we w te, nikt nie spał w nocy. Non stop wstawałem i patrzyłem na liny czy jeszcze trzymają, no i też oczywiście sąsiada liny, który jest pod prąd od nas, i jego nie ma na jachcie a 30 tonowy jacht z ferro-cementu wygląda dość groźnie.
O świcie każdy kto mógł przygotowywał się do opuszczenia pali. Myśmy też zaczęli zakładać żagle, elektronikę i klarować wszystko na wypłynięcie. Mieliśmy z nami dwie Niemki couchsurferki: Michaela i Leo, które były już raz u nas w gościach, ale potem pojechały dalej, utknęły na północy, zawróciły i znowu były u nas. Bardzo spokojnie przeżywały wszystko. Więc rano biegamy dookoła i sztauujemy się. Inny sąsiad podpływa i prosi nas o odcięcie cumy innego jachtu, który jest nieprawidłowo przycumowany i bardzo przechylony na jedną stronę. Wskakujemy do bączka i znowu pędzimy. Liny strzelają po odcięciu i jacht od razu się prostuje. W drodze powrotnej inny jacht 15m, cumowany rufą do prądu, też z betonu, jest bardzo przechylony i widać że prąd bardzo stara się zerwać go z pali. Cumy jego, jednocalowe, jedna po drugiej strzelają, jak struny z gitary. Ale na nas jeszcze nie czas. Inny jacht, na którym mieszka baaaardzo stary dziadek (ponoć ma 135 lat, ale chyba bliżej 80.), próbuje coś zrobić z cumami. Rusza się bardzo powoli, jest głuchy, ma raka i zajmuje mu 10 min. żeby wejść do bączka. Poprawiamy jego cumy, wkładamy go do bączka (jego), i chcemy podwieźć do lądu. Ale on jest mega uparty i twierdzi, że sam sobie poradzi. Odpala maszynę (4 konny silnik), i w malutkim bączku wyrusza do pomostu. Płyniemy dalej. Christian chce odpłynąć i razem z Henrykiem odrzucamy jego cumy bo on jest sam. Następny jacht, drewniany, przegrzał silnik i odwróciło go rufą do prądu, i nie może się odwrócić, żeby wypłynąć. Bączkiem go odwracamy i wyrusza; silnik, jak na razie jeszcze działa. Jego sąsiad, w katamaranie wplótł linę w śrubę. Kapitan cały spanikowany biega dookoła i nie wie co zrobić, spokojna żona japonka jakoś się trzyma. Miał ze sobą kolegę który mu pomagał trochę, i on miał spokojną głowę. Do wody nie wypada wskakiwać bo są rekiny, bo jest prąd, bo jest syf i śmierdzi. Bączkiem wpływamy prawie połowę pod kadłub i Henryk manewrując bączkiem a ja nożem do sushi odcinam linę ze śruby. Na szczęście katamaran miał dwa silniki podnoszone, takie jak do bączka się używa. Po pas w tym syfie, jakoś się udało makaron odciąć. Na pokładzie, telefon cały czas dzwoni i właściciel prawie w łzach rozważa opuszczenie jachtu… policja ściągnie załogę, a jacht zostanie. Ale on na to się nie zgodzi. Udaje się odciąć ten makaron, super, jest wolny, ale jak próbuje odpłynąć to go coś przytrzymuje, obraca i rzuca na pale. Pale już są pod woda, jak normalnie są koło 1-2m nad powierzchnią, to teraz ich w ogóle nie widać. Okazuje się, że jego ster zaplątał się dookoła cumy. Więc znów za nóż i do roboty. Jacht jest odcięty, bączkiem trochę odwracamy i wypływa. Mega speed i wracamy na „Nektona”.
Jesteśmy na jachcie i polowa cum oddanych. Nagle z tylu słyszymy wielki huk. Kolejny jacht próbuje opuścić pale. Duży jacht nie radzi sobie z prądem i ciężko mu jest sterować. Jachty na palach są cumowane w czterech rzędach; z cumą na dziobie i rufie. Jacht uderzył w katamarana za nami jak tylko oddał cumy, widzimy jak traci panele słoneczne, odbija się i płynie na jacht po drugiej stronie; jakoś się ratuje, ale teraz płynie na nas. Sternik kreci w lewo i w prawo kołem jak szalony. Razem z Henrykiem łapiemy wszystkie odbijacze i zrzucamy bączek, żeby zamortyzował uderzenie. Lepiej baczek niż jacht… bo ten kawał chodnika (też z cementu), chyba waży z 20 ton! Ale udaje mu się wykręcić i tylko zahacza swoim koszem rufowym o nasz kosz dziobowy. Wielki huk i plusk: jego kosz jest zerwany i wpada do wody. Nasz kosz wydaje się nawet nie zadrapany. Jak piłka ping-balla płynie dalej i wypływa na otwartą rzekę. Koło nas duży katamaran motorowy nie radzi sobie z prądem i policja mu pomaga odpłynąć. Na rufie stoi oficer z nożem i po wielkim hałasie, dużej ilości czarnego dymu, lina przecięta i jakimś cudem, piruetem, łódka wypływa.
Na nas już czas, wszystkie jachty, które miały opuścić, opuściły, tylko my zostaliśmy. Maszyna się grzeje, ale mega strach bo tyle syfu w wodzie. Jak się zatka wlot do chłodzenia silnika to po nas. Wyobrażam sobie jak by to było, jeśli Henryk by też pojechał gdzieś na wycieczkę. W końcu tydzień temu dopiero Karol wrócił, a przedtem, oni dwaj śmigali po Australii, a ja byłem sam przez trzy tygodnie. Ale na szczęście teraz był ze mną, i we dwójkę oddajemy cumy. Byliśmy zacumowani „na biegowo”, czyli wszystko robi się z pokładu. Niestety jedna cuma rufowa mimo wszystko jakoś się zawinęła, zaplątała i musiała być odcięta. Wszystkie cumy oddane. Jesteśmy wolni, gaz i do przodu, delikatnie wypływamy na otwartą wodę.
Na rzece widzimy jak spływają chodniki, pomosty, łódki, drzewa, beczki, kanapy, kanistry na propan, piłki, siatki, liny, cuda nie widy. Brzeg jest cały zasłany dużymi pomostami i jachtami na bokach, zatopionych, połamanych. Większość czasu płyniemy na luzie żeby nie wplątać nic do śruby, lub jej nie wygiąć na czymś co nie jest wodą. Już po wszystkim, dowiadujemy się, że parę godzin po naszym odpłynięciu, jacht który był przed nami, ten cementowy groźny potwór, zerwał się z cumy rufowej i go odwróciło, i się „przycumował” na nasze miejsce. Fart za fartem…
Gdzie płynąć? Zatoka kolo Brisbane jest płytka i w sumie wszędzie można rzucić kotwicę i jest spoko, ale…Wodę mamy, paliwo, jedzenie, a praca? Nasze biedne Niemki, porwane? Ratuje nas znajomy z couchsurfing, który mówi, że gdzieś przeczytał, że marina 15 mil na północ od Brisbane, oferuje keje za darmo dla jachtów uciekających od powodzi. Więc tam płyniemy, lepsze to niż kotwica gdzieś tam. Dopływamy do mariny gdzie znajdują się inne łódki z pali. Przez następne dwa tygodnie zaprzyjaźniamy się ze wszystkimi i jest spoko. Wielu ludzi nie znaliśmy, ale teraz wszyscy się dobrze znamy. Okazuje się, że ten katamaran, który był tak super zaplątany, to jego właściciel jest super facet: Amerykanin z japońską żoną. Trzy lata temu lekarze mu powiedzieli, że ma rok do śmierci bo wykluł się w nim rak prostaty, który się przerzucił i teraz jest wszędzie. Jest na super eksperymentalnych lekach (żeńskie hormony…?), na dziennej dawce morfiny, która go zwala z nóg, no i normalne skutki uboczne takich ciężkich narkotyków. Ale super pozytywny facet, mimo braku sił, i od ostatnich 8 lat mieszka na jachcie, i to jest jego dom i życie. Był super wdzięczny, robi własne piwo, którego za bardzo nie może pić, co Henrykowi i mi bardzo odpowiadało. Prawie codziennie u niego byliśmy na obiedzie lub herbacie. Jego żona bardzo dobrze gotuje sushi i wszystko co japońskie i pyszne. Też często u nas robiliśmy obiady i małe imprezki.
W czwartek 27. stycznia, wróciliśmy na pale. Stoimy za darmo, bo wszystko zawieszone i nie kasują jachtów za cumowanie. Tym razem wybrałem miejsce pomiędzy dwoma jachtami dobrze zacumowanymi i z właścicielami. Nasze stare miejsce wciąż zajęte tym cementowym potworem (właściciela nie było na jachcie prawie 2 lata). W sumie pięć jachtów zostało zerwanych i zniszczonych.
Ale przygoda w Australii nie zakończona: na północy, dziś, zbliża się wielki huragan który, w Brisbane nie uderzy, ale jeśli będzie ulewa, to rzeka znów się przeleje i znów trzeba będzie pewnie uciekać. Ale na razie słońce świeci i jest bajkowo…
Poooozdrawiam,
Łukasz s/y „Nekton”, Brisbane Australia
ps. Długo nie pisałem po Polsku…chyba widać!

________________________________________________________________________________________________________

Łukasz Natanek ur. 1985, student Uniwersytetu Medycznego w Łodzi i absolwent York University – Glendon College w Toronto. Żeglarstwem zajmuje się od wczesnego dzieciństwa, prawie zawsze pływał na s/y „Nekton”. W 2006 r. brał udział w rejsie przez Przejście Północno Zachodnie (NWP z E na W). Po pierwszych studiach w 2010 r. wyruszył w rejs, który zamienił się w 4,5 letnią przygodę dookoła świata.

________________________________

Powódź w Brisbane na You Tube:

(zs): Recenzja książki

clip_ima1ge002

Andrzej Piotrowski, Michał Jósewicz, Maciej Krzeptowski, Stanisław Bolewicz, Cezary Pawłowski, Jacek Marchlewicz, Wojciech Seńków, Krzysztof Marski:    Dezeta da się lubić.

Wydawnictwo Polska Fundacja Morska 2014, s.126

© Maszoperia dezety Sum

To już druga książka, wydana w tym roku, o tym samym jachcie – o znanej, i chyba trochę niedocenianej, DZ-cie SUM (kilka miesięcy wcześniej ukazała się książka Grzegorza Czarneckiego, również uczestnika opisywanych rejsów, p.t. Szalupą przez Bałtyk i Sund. Niezwykły rejs starszych panów). Już choćby z tego, intrygującego faktu, warto sięgnąć po kolejną pozycję książkową.
Tym razem książka jest pracą zbiorową. Autorów książki – uczestników rejsów, jest wielu, a nad całością redakcyjną czuwał Maciej Krzeptowski. Swoje wrażenia z dezetowych wypraw przekazują: nauczyciel, prawnik, geolog, strażak, przyrodnik, inżynier, rybak dalekomorski. To trochę więcej niż Jerome’go „trzech panów w łódce, nie licząc psa”, którego to pieska w załodze „naszej” łodzi wiosłowo-żaglowej również nie było; podobnie jak u angielskich gentlemenów na Tamizie.

Trasy opisywanych rejsów prowadzą po wodach morskich, zalewowych, jeziorach, rzekach, kanałach śródlądowych. Mijane krajobrazy, spotykani ludzie, wynikłe zdarzenia stwarzają tak różnorodnej załodze, z bogatym doświadczeniem życiowym – wszak średnia ich wieku to ponad 60 lat!, – długie chwile do snucia ciekawych opowieści, roztrząsania interesujących ich spraw. Książka zaczyna się bardzo ciekawym wprowadzeniem geologa, pasjonata historii, o dawnej żegludze łodziami wiosłowo-żaglowymi, o słowiańskiej przeszłości obszarów po których żeglują współczesną DZ-tą. Wspominają również czasy nowsze, swoje dalekie podróże oceaniczne, początki żeglarstwa po wojnie; wspominają niemalże kultowego już Ludka Mączkę. Długim opowieściom nie było końca.

W przesadny nastrój wspomnieniowego smucenia nie wpadli: DZ-ta nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Za to, wyzwoliła w nich potrzebę działania, wspólnej pracy, szukania rozwiązań w sytuacjach czasami jak na obozach harcerskich z dawnych lat, albo współczesnych szkołach przetrwania. Więc poczuć tego młodzieńczego ducha rwącego się do Przygody, do odkrywania ciągle na nowo świata i ludzi; tych bliskich, tuż za miedzą, bo „morze to droga, która łączy” jak pisze Tage Voss; morze uczy zrozumienia dla Innych; również do poznawania samego siebie, do podróży w głąb własnej duszy… tego doświadczyli i to przekazali nam w swojej książce.

Imponujące wrażenie robią zamieszczone do opisywanych miejsc mapki tras rejsów SUM-a; zebrane razem żeglarskie, wodniackie szlaki nie pozostawiają wątpliwości co do wagi dokonań – chapeau bas. Dezeta krąży po tych terenach, jej drogi się przecinają, jest dla nich domem na dobre i na złe, jak trzeba wyśpią się na twardych deskach – ławach, mokną na deszczu bo przecież nie ma zabudowanej kabiny, a prowizoryczny, rozpinany tent przecieka. I jeszcze posiłki – w warunkach spartańskich, ale jakże nierzadko wyszukane, z prowansalskimi ziołami !

A gdzie jest pomnik Dezety ?, a wiersz „australijczyka” (załoganta !) na część SUM-a i jego załogi – wiersz niczym heroiczna epopeja rycerska, pisany pięknym aleksandrynem w rytmie jambicznym – czytaliście ? … Nie !!! To zachęcam do sięgnięcia po tę książkę. Naprawdę warto !

                                                                                                                                                    (zs)

Fot. arch. M. Jósewicza

Fotogaleria: Plakaty

Plakaty ze zbiorów Michała Jósewicza, Szczecin JK AZS.

Bogdan Sobiło: Recenzja książki

Rob Gibson: Trymowanie żagli. Podręcznik RYA.
tłum. Maciej Roszkowski, Almapress, Warszawa 2014, ss. 88.

W polskim piśmiennictwie brak opracowań dotyczących zaawansowanych technik żeglowania. Incydentalne uwagi można znaleźć w większości podręczników, ale są one zarówno zbyt ogólne, jak i najczęściej zbyt przestarzałe. Dlatego z uznaniem należy przyjąć inicjatywę wydawnictwa Almapress, przybliżenia polskim czytelnikom książki znanego brytyjskiego żeglarza Roba Gibsona. Jak większość opracować z serii Podręcznik RYA książeczka wyróżnia się zwięzłością, przejrzystością oraz ogromną liczbą rysunków i zdjęć, które bardzo ułatwiają zrozumienie treści poradnika. Autor rozpoczyna wykład od przedstawienia podstaw teorii żeglowania, następnie omawia typy osprzętu, pracę grota i foka, refowanie, specyfikę żeglowania na wiatr i z wiatrem, pływanie na spinakerze i genakerze, by na zakończenie omówić żeglowanie w warunkach sztormowych. Tekst główny, oprócz ilustracji, uzupełniają Dobre rady – ważne wskazówki praktyczne, szczegółnie warte zapamietania. Zarówno początkujący jak i bardziej zaawansowani żeglarze, znajdą w książce Gibsona wiele przydatnych wskazówek dotyczących na przykład napięcia want, sprawdzania ugięcia masztu, zapobiegania rozkołysowi na kursach wolnych etc. Pewne uwagi polemiczne można wysunąć wobec proponowanego przez autora sposobu refowania grota na refsejzingi. Pomija znany sposób refowania w baksztagu, dla zmniejszenia siły wiatru pozornego. Podobnie nie wspomina o tym przy refowaniu żagli przednich na rolerze. Omawiając problem granicznej prędkości kadłuba w żegludze wypornościowej pomija znany wzór. Cała wiedza przekazywana jest w sposób lekki, niekiedy wręcz zabawny, okraszony anegdotami. Autor radzi na przykład, aby w przypadku pozostawiania jachtu na dłużej bez załogi, związać zrolowany fok dodatkowym krawatem, ponieważ często przy silnym wietrze fok się rozwija. Że tak się zdarza, potwierdza sytuacja jaka zdarzyła mi się w St. Malo wiele lat temu. Podczas bardzo silnego sztormu, usłyszeliśmy w nocy na sąsiednim jachcie łopot żagla. Wybiegłem na pokład by zobaczyć co się dzieje. Po chwili do akcji gaszenia foka włączyli się żeglarze z innych jachtów. Kilka minut później Francuz, Anglik i Polak podali sobie ręce i wrócili do siebie, ot współczesna wersja internacjonalistycznej pomocy (opuszczonego jachtu nie porzucimy w biedzie!).

By w beczce miodu pojawiła się łyżeczka dziegciu dodam, że przekład jest miejscami nieco koślawy. Zamiast „topwanty”, tłumacz proponuje „wantę topową”, skrót VMG rozwija konsekwentnie jako Velocity Make Good zamiast Velocity Made Good. Tłumaczenie „optimum relacji kąta żeglugi na wiatr, prędkości i czasu dojścia do celu” też dalekie jest od jasności. Fragment tekstu ze s. 18 jest powtórzony w całości kilka linijek dalej. Zamiast „olinowanie cząstkowe”, w polskiej terminologii przyjęty jest „takielunek ułamkowy” (s. 21), podobnie w dopełniaczu liczby mnogiej mówimy „kip”, a nie „kipów” (s. 29). Podobnie termin „gadżety” (s. 33) w użytym kontekście nie jest zbyt fortunny. Objaśnienia do rysunku na s. 48 (optymalne halsowanie na wiatr) są podane błędnie. Pierwsze zdanie na s. 49: „Jeśli nasz kurs prowadzi poprzecznie do kierunku prądu, to hals prowadzący w stronę prądu będzie korzystniejszy” jest dla mnie niezrozumiałe. Na wewnętrznej stronie okładki pomylono imię autora zmieniając Rob na Ron.
Dzięki inicjatywie wydawnictwa Almapress do rąk polskich żeglarzy trafił kolejny nowoczesny i znakomicie napisany podręcznik. Powinien znaleźć się na pokładzie każdego jachtu, zarówno regatowego jak i turystycznego. Almapress zapowiada wydanie polskiego tłumaczenia innej znakomitej książki Roba Gibsona, Manewry portowe. Podręcznik RYA. W Polsce też z pewnością stanie się bestsellerem.

                                                                                                                                    Bogdan Sobiło

________________________________________________________________________________________________________
Bogdan Sobiło – ur. 1967 w Wolinie; studiował historię i filologię klasyczną w UJ; kapitan jachtowy; mieszka w Krakowie.

 

Krzysztof Jaworski: Żeglarskie wspomnienia

  ZOSTAJĘ AKADEMIKIEM, CHOĆ NA RAZIE
TYLKO ŻEGLARSKIM.

Zaostrza się reżim graniczny – „Zielone historie” – Teraz aresztuje nas WOP – Zostajemy akademikami – Flota AZS – Żegluga po Dąbskim i okolicach – Kurso-obóz w Dąbiu – Pamiętne ognisko – Jesteśmy zweryfikowani – Kolejna walka o „Błękitną Wstęgę Jeziora Dąbskiego”.

Krzysztof Jaworski; ur. 1933W 1947, .48, i .49 roku żegluga po Zalewie odbywała się, w zasadzie bez żadnych formalnych ograniczeń. Istniały co prawda punkty kontrolne WOP, koło nabrzeża Huk oraz w Trzebieży, ale ich kontrole były nader rzadkie i wyrywkowe: dzielni wopiści na ogół nie bardzo wiedzieli, jakich papierów od nas żądać. Zresztą, dla świętego spokoju, utarł się piękny zwyczaj omijania niewygodnych placówek. Huk omijaliśmy wychodząc przez Jezioro Dąbskie, a do Trzebieży po prostu nie zachodziliśmy. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni, i żegluga kwitła. Problem wychodzenia na morze był dla nas mało istotny – po pamiętnej klapie w 1948, nie próbowaliśmy go na naszym wspaniałym jachcie.
Od 1950 roku WOP wyraźnie oszalał. Nad brzegami Odry i nad Zalewem wyrosły liczne „koguty”, to jest drewniane wieże obserwacyjne. Nad brzegami zaczęły krążyć liczne patrole i z miejsca sytuacja zrobiła się niemożliwa. Żegluga na Odrze została zabroniona bez list załogi zatwierdzonych przez WOP. W ten sposób zostaliśmy praktycznie zablokowani w swym basenie, a każde wyjście odbywało się po długich peregrynacjach na ul. Kapitańską (listy załogi) i ul. Strzałowską (wezwanie oficera do odprawy). Naszych uczuć, w stosunku do biednych żołnierzy, nie warto opisywać; w każdym razie ich obecność uważaliśmy za najohydniejszą szykanę, a ich zrobienie „w capa” za najwspanialszy kawał. Porozumieć się z żołnierzami było trudno, zresztą stosowanie wojska i jego specyficznych zwyczajów do regulowania życia cywilnego, zawsze dawało rezultaty opłakane (ciekawostką jest, że w tym czasie, jednym z ważnych oficerów WOP w Szczecinie był niejaki Jaruzelski, Wojciech zresztą). Ten stan rzeczy, pogłębiała absolutna nieznajomość spraw żeglugi jachtowej, w szczególności wśród żołnierzy nigdy z tym nie mających nic wspólnego, co dostarczało mnóstwo radości i zabawnych sytuacji.
Płyniemy na Dąbskie całą flotyllą. Naturalnie w Dąbiu czeka masa osób (Jez. Dąbskie pozostało szczęśliwie poza pasem ochronnym). Pływamy przez cały dzień; w końcu czas zaczyna naglić. Wrócić do Dąbia i pchać się na flaucie na Golęcin – to strata 6 godzin. Pakujemy gości do achterpiku i wpływamy w pięć jachtów naraz do basenu. Zanim dyżurujących w krzakach dwóch „Jasiów” dodzwoniło się do oficera, gadając tajemniczo do kamienia lub słupa w których były ukryte gniazdka telefoniczne, goście ulatniali się w ogólnym bałaganie. Ewentualnie czekali ukryci na sprawdzenie dokumentów (oficjalnej załogi).
Inny żarcik wymyślili koledzy – chemicy. Brali po kilka kawałków metalicznego sodu i dyskretnie spychali nogą do basenu. Straszliwy huk i błysk wypłaszał z krzaków spokojnie drzemiących stróżów ochrony granic. Celował w tym J. A. Pisz.
Kiedyś ogarnął nas szał trałowania basenu. Znaleziska były istotnie nadzwyczajne. Kotwice jachtowe, okucia, liny, ba nawet cała autentyczna „Czajka” z gatunku pierwszych przedwojennych jachcików floty jastarniańskiej. Produktem uboczny były całe skrzynie amunicji: 20 mm od flaka, w pięknych, metalowych pudłach, skrzynki handgranatów, nawet znalazło się parę skrzyń pocisków 88mm. Do kompletu było wiele hełmów oraz dwa karabiny maszynowe. Cały ten arsenał układaliśmy na boku. „Jasiowie” patrzyli na to obojętnie – nie było rozkazu, żeby interweniować. Kiedyś przyszedł na inspekcję oficer, który brzydko przyczepił się do jednego z kolegów. Ten niewiele myśląc rzucił: A jak będziecie tak krzyczeć, to będziemy się bronić! Czym? – zaszydził porucznik. A tym odparł obojętnie nasz żeglarzy, i kopnął skrzynkę handgranatów. Co to? – Granaty, pan porucznik nie widział? A tu, w tym piórniku, to spłonki. Porucznik poszedł jak zmyty, ale za dwa dni przyszła milicja i kazała to wszystko … wrzucić z powrotem do basenu!
Kiedyś wypłynęliśmy „Wichrem” na Zalew Szczeciński z Kanału Piastowskiego. Podpłynęła motorówka i przez dziób zaczął gramolić się oficer z dwoma żołnierzami. Pepesza jednego z nich zaczepiła o sztag i … plusk! Nie było co zbierać, głębokość w tym miejsce wynosiła 12 m. Trałowanie naszą kotwicą nic nie dało. Do kompletu, w Świnoujściu strażnikowi chlupnął bęben z nabojami, ale widać nie było to straszne, gdyż żołnierze poszeptali i za chwilę jeden z nich przybiegł z nowym bębnem.
Od sierpnia 1950. przyszły nowe, surowe zarządzenia. Listy załogi na rejs po Zalewie Szczecińskim składało się na 18 ! (osiemnaście!) dni przed planowanym rejsem. Dlaczego 18 ?; zielony Bóg raczy wiedzieć. O morzu, w ogóle nie było mowy. Wpadliśmy na świetny pomysł: na liście załogi wpisywaliśmy porty dostępne również z Zalewu, lecz do odwiedzenia w takiej kolejności: Trzebież, Wolin, Dziwnów, Świnoujście, Międzyzdroje itp. Brygada podstemplowała tak sporządzone listy załogi i popłynęliśmy do Dziwnowa. Tam, na placówce zadeklarowano wyjście do Świnoujścia, naturalnie morzem. Placówka nie czyniła, widząc stempel brygady. I tak, po kilku godzinach pięknej żeglugi, „Kania” wpłynęła triumfalnie do Świnoujścia, gdzie zapanował szał. Akurat trafiła tam inspekcja i kiedy dowódca placówki referował, że jachty u nas w morze nie wychodzą, zameldowano jacht przychodzący … z morza. Skandal był okropny; załoga pod wodzą kol. Książyńskiego przesiedziała pół dnia w areszcie, ale w końcu puszczono ich z pogróżkami. Ja na szczęście wyokrętowałem się w Dziwnowie, gdyż na liście załogi figurowałem jako Antoni Jerzy Pisz, który akurat nie mógł popłynąć, a zmiana nazwiska nie wchodziła w grę (18 dni !!). Gdyby jeszcze do „figla morskiego” doszło posługiwanie się cudzą tożsamością i książeczką żeglarską – sądzę, że kol. Książyński mógłby posiedzieć nieco dłużej.
W owym czasie w Gdyni było jeszcze gorzej. Na redzie wytyczono „Oślą łączkę”, a wyjście za nią liczyło się za opuszczenie granic. Trzeba było oddawać do depozytu w MO dowód osobisty i książeczkę wojskową. Aby uniemożliwić ucieczkę jachtu, kontrolowano, czy nie ma na nim za dużo jedzenia i czy w szafkach nie wiszą „lepsze” garnitury. Widocznie uciekiniera nie przyjęto by w Szwecji w obszarpanym kombinezonie. Ponieważ trudno było określić, „za dużo jedzenia”, Kazio Rypiński był świadkiem takiego meldunku żołnierza: Obywatelu poruczniku, znalazłem w szafie dwie gruszki. Szczytowym osiągnięciem, było lina w poprzek wejścia, luzowana z budki WOP. Procedura była taka: po rewizji i odprawie jachtu na nabrzeżu, podoficer biegł do kamienia i długo z nim rozmawiał. W tym czasie jacht podpływał w kierunku wyjścia i okrzykiwał budkę: Jacht taki a taki. Ludzi tylu a tylu. I lina opuszczała się. Gorzej było z wchodzeniem. Trzeba było okrzyknąć budkę, budka dzwoniła do placówki, żołnierze przybiegali na nabrzeże i dopiero wtedy budka luzowała linę, ale tylko dla jednego jachtu. O ile był drugi, musiał czekać na zakończenie odprawy, połączonej z sakramentalną rewizją w której żołnierze wyczyniali cuda ekwilibrystyki włażąc do wszystkich zakamarków, zrzucając żagle z bomów i patrząc w worki z żaglami. Rewizja była, obojętnie czy jacht poszedł do Jastarni czy na „Oślą łączkę”, zwaną jak najniesłuszniej „Łączką Gołubiewa”, zasłużonego żeglarza, który załatwił z władzami choć taki akwen.
Biurokracja sięgała szczytów, listy załogi na „Oślą łączkę” pisało się w trzech egzemplarzach, a przy najmniejszej zmianie czy pomyłce – pisało się je od nowa. Jedyną pociechą były jachty Marynarki Wojennej, które jako ORP nie podlegały kompetencji WOP. Ba, nawet wopiści nie mieli prawa wstępu na ich pokład, o co marynarze skrupulatnie dbali. Na tych jachtach pływało się zupełnie swobodnie; na telefoniczne zlecenie oficera operacyjnego. W ten sposób można było dowieźć trochę ludzi na jachty pływające po „Oślej łączce”. Osoby te, po skończonym pływaniu, wsiadały z powrotem na jacht MW i wracały do portu. „Zieloni” byli bezsilni, gdy nie wypuszczony, na przykład z powodu braku kropki nad „i” żeglarz, wsiadał spokojnie na jacht MW! Takich anegdotycznych opowiastek można by przytoczyć mnóstwo. Jedna z nich przydarzyła się nam już na wiosnę.
Akademicy wzmocnili swoją flotyllę o dwa jachty. Jednym z jachtów, przekazanym przez Szkołę Morską, była czterdziestka, nazwana „Ewa” (później „Biały Słoń”, później „Przodownik”, później „Nadir”). Jacht ten w m zimie 1949/50 był już wyslipowany w Pałacyku, na wiosnę zaś, na wózku slipowym pojawiła się „Ewa” II” (później „Kania”). Druga „Ewa” miała swoją dość mętną historię: stanowiła własność akurat podpadniętego prokuratora, który zabrał ją harcerzom ze Szczecinka. Prawem czy lewem, teraz była nasza. I otóż wraz z Maciusiem i Leszkiem Jasińskim, zjawiliśmy się na przystani, podziwiając nowy nabytek. Ja zaś wyciągnąłem aparat fotograficzny i wykonałem im zdjęcie „na tle”. Po czym z krzaków wyszło dwóch wopistów i zostaliśmy aresztowani, i pod pepeszami odprowadzeni na komendę na ul. Strzałowskiej. Zarzut był prosty: fotografowanie na terenie portu! Na szczęście oficer dyżurny, po zapoznaniu się z naszymi dokumentami, puścił nas wolno i nawet nie skonfiskował filmu! Ale fakt był faktem – zaczęły się ciężkie czasy dla żeglarzy.
W związku z szykanami wobec YKP dokonaliśmy kolejnego transferu – i nasza „samodzielna maszoperia” In extenso weszła do Akademickiego Związku Sportowego, gdzie przyjęto nas, podobnie jak poprzednio w YKP, bez zbytnich pytań i formalności. Zresztą, i tak mieliśmy po maturze zostać studentami, a Leszek Jasiński był już nim pół na pół, bo status Szkoły Morskiej był wtedy właściwie ni pies, ni wydra: ani wyższa ani średnia. Więc wszystko było w porządku i tym samym staliśmy się akademikami. Ja zaś, bardzo szybko, objąłem funkcję zaopatrzeniowca klubowego.
AZS szczeciński w tym czasie stawał się, jak na miejscowe warunki, potężnym klubem. Oprócz wspomnianych wcześniej dwóch „Ew”, funkcjonował obudowany już nadbudówką „Kaczorek”, pływał pamiętny z naszego rejsu na zalew szpicgacik „Janeczka”, lecz pod zmienioną nazwą na „Meduza”; pływał „Tuńczyk”, a także „Przygoda” z którą na zasadzie podobnej do „Wichra” maszoperii przyszedł do AZS kol. Jerzy Szałajko. No, i w dalece zaawansowanym remoncie był pięćdziesiątka morska „Witeź II”, a na Stoczni Jachtowej trwały prace przy „Swantewicie”. Na stoczni stał jeszcze, przydzielony AZS-owi kadłub mahoniowego jachtu „Gazella”, no i ex harcerska „Dorota”. Nasz „Wicher” dopełniał mocarstwowego obrazu flotylli. AZS posiadał również szkutnika, stąd też można było pomyśleć o bardziej dogłębnych remontach, jak na przykład: wymiana naszego „kloca” na lekki, klejony maszt. Chwilowo do tego jednak nie doszło. Najpoważniejszą zmianą, zwiastującą nowe czasy, była zmiana nazw: „Ewę I” przemianowano na „Przodownika” a „Ewę II” na „Kanię”. Ta ostatnia nazwa, niby nie oznaczała sympatycznego ptaszka, ani też smacznego grzyba, lecz nazwę przodującego PGR-u w szczecińskiem. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni, nazwy były socjalistyczne w treści, a i estetycznie – tak sobie. Sezon 1950. chcąc nie chcąc spędzało się na Jeziorze Dąbskim, wolnym od granicznych historyjek. Jezioro jest dosyć duże do żeglowania po nim na jolkach, ale nasze jachty, zalewowe i morskie, były na nim wybitnie skrępowane. Przy dobrym wietrze „Tuńczyk”, czy „Przodownik” przelatywał jezioro, z końca w koniec, w 45 minut. Takie latanie wzdłuż jeziora stawało się rychle monotonne, stąd też dążność do jak największego urozmaicenia, które szło w kierunku włażenia w najbardziej niemożliwe dziury, kanały, kanaliki coraz większymi jachtami. Najlepsza do tych celów była „Meduza”, ze względu na małe zanurzenie. Rychło miałem na niej osiągnięcia wspaniałe: wejście do centrum Dąbia, do Marysina (dzisiejsza Czarna Łąka – przyp. red.), do Lubczyna (ówczesny Lubczyn, to dzisiejsza Lubczyna – przyp. red.) i wszystkich kanałów i kanalików pomiędzy Odrą a Jez. Dąbskim, rejs w górę rzeki Regalicy, ba, nawet wejście w rzekę Inę. Potem następowały penetracje wszystkich wysp, wysepek, zatoczek i cieśnin. Po „Meduzie” próbowaliśmy tam wchodzić „Wichrem”, „Kanią”, „Tuńczykiem” i w końcu „Przodownikiem”. Jednym z przyjemniejszych celów, były tereny poniemieckich przystani przy rzece Swante; trzeba było tylko przepchać się koło wraku U-boota, tarasującego rzekę. W tym celu, wykopaliśmy trochę skarpy brzegowej. U-bootów było więcej, między innymi koło Regalicy stały dwa. Wraku lotniskowca „Graf Zeppelin” już niestety nie było – zabrali go Sowieci.
Przystań mieliśmy w Dąbiu. Była ona cienista, dobrze osłonięta i pełna wraków barek, kryp i przedziwnych pogłębiarek, pamiętających czasy zeszłego stulecia. Manewrowanie pomiędzy nimi było trudne, ale za to pełne uroku. Obok przystani znajdowała się licznie uczęszczana plaża, z cosobotnimi zabawami, o reputacji nieco podejrzanej, ale dla zahartowanych na zabawach w lokalu Ligi Morskiej na Golęcinie – zabawy dąbskie nie były zbyt straszne.
Trzeba dodać, że AZS usiłował stworzyć dla naszych ślicznych i żywiołowych pływań jakieś ramy organizacyjne i nazwał przystań w Dąbiu „Ośrodkiem Szkolenia” a nasze pływania mianem „Kursu”. Niebawem wynikły z tego daleko idąc konsekwencje.
Otóż „Kurs” musiał być upolityczniony i należało na nim przeprowadzać również szkolenie ideologiczne. Sprawę załatwiono operatywnie, i wkrótce na każdym jachcie znalazła się dziesięciotomowa „Mała Biblioteczka Marksistowska”, w kartonowym pudełku. Były tam leninowskie „Dwa kroki naprzód i jeden wstecz”, albo odwrotnie, był też i „Krótki kurs WKP(b)”. Po drugie, zaczyniono poranny apel, na którym odbywała się „prasówka”. „Prasówkę” opracowywał kolejno wyznaczony żeglarz , którego wykopywano rano po gazetę, do kiosku na dworcu kolejowym. Biegnąc z dworca czytał tytuły, a potem przed zaspanym frontem ważniejsze cytaty, opatrywane komentarzem własnym. Trwało to zwykle nie więcej niż dwie minuty. Właśnie ohydni południowi Koreańczycy napadli na socjalistyczną Północ, trochę dziwne było tylko, że w drugim dniu wojny padł Seul, bądź co bądź stolica południowców. W ten sposób szkolenie ideologiczne załatwione, i lipiec, i sierpień upływały w atmosferze spokojnej. Wkrótce wykształcił się pewien swoisty rytm i styl żeglarskiego życia w Dąbiu. Stanowiliśmy zespół wesołych, młodych ludzi, pełnych zapału i energii. Mój osobisty udział w tym życiu rozpadł się przy tym na dwa okresy: przed i po egzaminie na Politechnikę Gdańską.
W okresie pierwszym, najważniejszym zadaniem było spuszczenie na wodę jachtów i doprowadzenie ich do użytku, co staraliśmy się wykonać przed 1. Maja, a to w celu wzięcia udziału w defiladzie jachtów na Wałach Chrobrego. Żeby wyglądało to jeszcze ładniej, Środowisko (Zarząd Środowiskowy AZS – przyp.red.) zafundowało nam białe marynarskie bluzy. Po defiladzie popłynęliśmy „na redę Dąbia”, gdzie czekać mieli umówieni goście z Zarządu AZS, ZSP, i ZAMP (dla współczesnych należy wyjaśnić, że był to Związek Akademicki Młodzieży Polskiej, czyli przybudówka ZMP, którą zresztą dość szybko zlikwidowano). My w załodze „Przodownika” pod wodzą Zdzisia Michalskiego, byliśmy pierwsi, rzucając kotwicę przed wypełnioną ludźmi plażą, ustalając komunikację z lądem przy pomocy malutkiego bączka napędzanego na śrubkę. Po zjawieniu się gości, zaszła potrzeba uzupełnienia zapasów alkoholu, czego dokonał jeden z prezesów ZAMP. Zrobiłem mu pamiątkowe zdjęcie. Obok nas rzuciła kotwicę „Kania” pod wodzą Jurka Szałajki, na której pokładzie panowała jakaś panika, gdyż wypełniony gośćmi jacht wyraźnie tonął. Okazało się, że po spuszczeniu jachtu na wodę zapomniano poszpachlować karawelowe poszycie, które rozeschnięte na świeżym wietrze przy przechyle, puszczało wodę jak sito. Na szczęście, po stanięciu na równej stępce, udało się wodę wybrać !
Nie był to koniec wrażeń. Po południu ruszyliśmy „Przodownikiem” w okolice kanału Swante. Trochę przywiało i puściły dwa sztagi. Po prostu rozkręciły się niebezpiecznie ściągacze. I tym razem na szczęście utrzymał forsztag, który też puścił, ale już po zrzuceniu żagli. Oba te incydenty, okropnie banalne, pokazują, że wiedza żeglarska, nawet akademików, nie była wtedy zbyt ugruntowana.
W okresie drugim, po niepowodzeniu gdańskim, żeglowałem sobie wesoło po „Morzu Dąbskim”. Nasz upolityczniony „Kurs” zostawił nam pełną inicjatywę w żeglowaniu. Wtedy też wielkie osiągnięcia miał Wojtek Jacobson, pojawiły się na wodzie obie małe Grochowskie: Maryla i Bogusia, na „Wichrze” szalał Leszek Jasiński z kolegą „Krokodylem” Sobieszczykiem. Pojawił się też jako desant z Wrocławia Ludomir Mączka. Było szalenie wesoło, wieczorami śpiewaliśmy sobie przy ognisku różne żeglarskie i nieżeglarskie piosenki, ze szczególnym uwzględnieniem hill-billies: „She’ll be coming from the mountains, if she came, singing ya – ya, yuppi, yuppi, ya”. Był nawet kiedyś jakiś alkohol: Leszek przytargał ćwiartkę, więc dawka była homeopatyczna. I ta amerykańska piosenka, oraz wyżej wymieniona ćwiartka stały się nagle głównym punktem oskarżenia. Ktoś oczywiście musiał kapować nas tam, gdzie nie trzeba. Z kół zbliżonych do Zarządu Środowiskowego AZS-u dowiedzieliśmy się, że szykuje się nalot i czystka. Wiadomo było też, że wykonawcą dintojry ma być kolega Zlamal z ZAMP. Kolega ten, choć ideologicznie słuszny, nosił się wszelako jak bikiniarz, gdyż miał krótkie i wąskie spodnie, wywatowaną w ramionach marynarkę, buty na słoninie oraz skarpetki w paski. Leszek bardzo się martwił, gdyż wraz z Sobieszczykiem miał być za głównego oskarżonego o demoralizację i pijaństwo. Ale wtedy przypomniałem sobie o zrobionym wiosną zdjęciu.
Pewnego wrześniowego wieczora, zebraliśmy się przy ognisku. Kol Zlamal, w asyście innych oficjeli, wystawił państwowo-twórczą mowę, żądając surowych konsekwencji w stosunku do śpiewaków amerykańskich, a więc imperialistycznych piosenek – to się tyczyło trochę mnie, oraz nie socjalistycznie upijających się studentów. Kiedy skończył wśród ogólnej ciszy, Pan Marynarz Jumbo podniósł się i zabrał głos: Tu się nam zarzuca picie wódki, ale to była ćwiartka i to wieczorem. A kolega Zlamal, w biały dzień, przed plażą pełną ludzi, pływał na bączku wymachując butelkami alkoholu. Ja skończyłem – tu usiadł z godnością. Zebranie zostało gwałtownie zakończone i do wniosków personalnych nie doszło. Za to zostaliśmy wszyscy gremialnie wyrzuceni z AZS-u, a następnie przyjmowani pojedynczo, według jakiś tajemniczo sporządzonych list. Musiała być to sprawka ubowska, bo na przykład, Wojtek Jacobson otrzymał wilczy bilet i zakaz pływania na jachtach AZS-u. Powód był oczywisty – jego ojciec, lekarz, szczęśliwie przeżył wojnę na Zachodzie i ściągnął tam matkę, która po pobycie w obozie w Ravensbrück znalazła się w Szwecji. Posiadanie rodziców w Londynie było zupełnie wystarczającym powodem dla pognębienia syna. Do Maryli i Bogusi Grochowskich jakoś nasi weryfikatorzy nie dogrzebali się, pomimo że ich najbliżsi siedzieli z dużymi wyrokami z Afery Robineau.
Po tej drace nasz obozo-kurs praktycznie się rozleciał. Ja zaś, zupełnie niespodzianie zostawszy studentem, chwilowo musiałem oddać się odrabianiu opóźnień w nauce. Mimo wszystko nie porzuciłem całkowicie żeglarstwa: wziąłem udział w spuszczaniu na wodę jachtu „Weser” (później „Witeź II”), po czym na wiosełkach przeholowaliśmy go ze stoczni jachtowej do Pałacyku, gdzie przezimował. No, i nie należy zapomnieć o największej imprezie regatowej Szczecina: „Regaty Jesienne” i zdobycie „Błękitnej Wstęgi”, traktowaliśmy prawie jako rodzinną imprezę, wszak zwycięski „Wicher” i Tuńczyk” były nasze klubowe, a „Przodownik” chodził jeszcze lepiej. Nie mniej ruszyli do boju patenciarze chemicy. Jurek Szałajko zapamiętał dobrze ubiegłoroczną porażkę, toteż wszystkie nasze jachty zostały wyciągnięte na slipie, oskrobane z balansów i pociągnięte świeżą farbą. Ale Jurek wymyślił coś ekstra: nabył kopę jaj, z żółtek powstała jajecznica – gigant, a białkami posmarował dno. Coś jednak stało się nie tak: białko skoagulowało, i wzdłuż dna powstały piękne, białe frędzle, które na pewno nie dawały poślizgu! W panice, tuż przed wyjściem z basenu, załoga szorowała dno, żeby pozbyć się tego cholernego białka ! Innym patentem było smarowanie dna grafitem, wyszachrowanym od tramwajarzy, którzy polewali nim szyny na zakrętach. W sumie pogodziła nas Trzydziestka konstrukcji Kazia Michalskiego, prowadzona przez Pana Kapitana Zbigniewa Szymańskiego. Miał on dużo szczęścia, bo wiaterek dmuchał ledwo-ledwo, a ta „piekielna” jola, już od dwóch stopni Beauforta, z trudem dawała się balastować.

                                                                                                                              Krzysztof Jaworski

_______________________________________________________________________________________________________

Krzysztof Jaworski ur. 1933r.; jachtowy kapitan morski; żeglarstwo uprawia od 1947r., początkowo w drużynie harcerskiej w Szczecinie; w szczecińskim żeglarstwie akademickim od początku lat pięćdziesiątych; brał udział w Mistrzostwach Polski Jachtów Morskich w 1952, 1953 (zdobywa I miejsce – Mistrzostwo Polski), 1955; liczne regaty morskie i śródlądowe (Słonka, Finn); w latach 1954-1959 Komandor Klubu AZS Gdańsk; członek Komisji Morskiej ZG AZS; w latach 1960-1966 członek Komisji Kapitanów ZG PZŻ; w latach 1983-1988 Komandor Klubu “Cała Naprzód” Warszawa; działalność instruktorska (Trzebież), publicystyczna (m. in. Żagle); mieszka w Warszawie.

_______________________________________________________________________________________

FOTO

„Koguty” nad morzem.

„Wicher”

„Kania”

„Nadir”.

„Meduza” w Dąbiu.

„Tuńczyk”.

„Przygoda”.

„Witeź II”.

„Kol. Zlamal”…

„Stanowiliśmy zespół wesołych, młodych ludzi… Było szalenie wesoło, wieczorami śpiewaliśmy różne żeglarskie i nie-żeglarskie piosenki …”

Adam Asnyk: Fale

Na morza wzdętej toni
Wciąż fala falę goni,
Wzbierając z szumem pędzi,
Srebrzystą pianą wrząca,
W podskokach się roztrąca
Na ostrej skał krawędzi;

Lub tocząc na brzeg płaski
Błyszczące, mokre piaski,
Kamyczki i muszelki,
Zamiera z dźwięcznym echem,
Zanim ją swym oddechem
Ocean wciągnie wielki.

I żadna z nich nic nie wie
W bezsilnym swoim gniewie,
Do jakich celów służy,
Lecz powracając ginie
W bezdennej wód głębinie,
Po krótkiej swej podróży.

Jednak ich ciągła praca
Skalisty brzeg wywraca,
Zmienia koryta prądów,
Pochłania ziem przestworza,
I nowe wznosi morza,
I rzeźbi postać lądów.

Pokoleń smutna fala
Podobnie się użala
Na marność swych zabiegów,
Że tak bez śladu tonie
W wielkiej całości łonie
Odbita z ziemi brzegów …

Widocznych śladów mało
Po każdej pozostało,
I dumne jej zamysły
Odparte w swoim pędzie
Przez ostre skał krawędzie,
Jak piana nagle prysły.

A przecież siła żywa
Wiążąca ich ogniwa
Z pokoleń w pokolenia
Przez długie lat koleje,
Z pokoleń w pokolenia
Ludzkości postać zmienia
I rzeźbi świata dzieje.

                      Adam Asnyk

________________________________________________________________________________________________________

Adam Asnyk (psed.: El… Y, 1838 – 1897) ostatni poeta z okresu romantyzmu (nota o autorze z „Morze w poezji polskiej” w opracowaniu Zb. Jasińskiego, Główna Księgarnia Wojskowa, Warszawa 1937, opracowanie graficzne: Atelier Girs-Barcz).

 

Góry i morze – pisał Asnyk, w liście do ojca, 28 maja 1874 – to jedyne uniwersalne lekarstwo na wszystkie ludzkie dolegliwości; tam oddychając świeżym, wonnym powietrzem, pojąc się widokiem świeżej a wzniosłej natury można zapomnieć o cierpieniach i troskach…”.

Ludomir Mączka: Zapiski-notatki z rejsu „Marii”.

 

Publikujemy ciąg dalszy zapisków Ludomira Mączki, z okresu żeglugi „Marią” po archipelagu Wysp Galapagos, w lutym i marcu 1975 roku. W kolejnym już fragmencie, po raz pierwszy publikowanych, osobistych notatek żeglarza, człowieka wolnego; notatek pełnych osobistych, emocjonalnych zwierzeń, duchowych uniesień, intelektualnych odniesień i uwag; bystrego obserwatora przyrody i świata całego, przenosimy się w rejon Wysp Zaczarowanych, jak nazywali je owiani romantyczną legendą, choć nie najlepszej reputacji, penetrujący tę część świata, XVI-XVII wieczni bukanierzy. Archipelag Wysp Galapagos to miejsce, do którego w swojej wędrówce po świecie, w drodze na Morza Południowe, dociera „Maria” i jej załoga. Młodzieńcza ciekawość świata u ludzi z pewnością młodych duchem, choć już nie wiekiem, londonowski zew Przygody i ten niepohamowany zachwyt nad otaczającą Przyrodą: florą i fauną a także krajobrazem z niebywałymi formami geologicznymi wysp i potężnym oceanem – oto koloryt i esencja tych niezwykłych zapisków…

Ludkowe zapiski – notatki z rejsu „Marii”, jak już uprzednio wspominaliśmy, przedstawiamy dzięki uprzejmości Wojciecha Jacobsona, który olbrzymim zaangażowaniem i wytrwałością, gromadził i zachował spuściznę po Przyjacielu. W większości prezentowanych zapisków pozostawiono niepoprawiony, pisany na gorąco tekst, bez nadmiernej ingerencji w charakter i styl.
                                                                                                                                                                                                         (zs)
________________________________________________________________________________________________________

Ludomir Mączka: Zapiski – notatki z rejsu „Marii”.

25.02.75
Jesteśmy drugi dzień w Zatoce Pocztowej, na wyspie Santa Maria (Floreana – przyp. red.). Ładnie tutaj. Stoimy na kotwicy. Otwarta zatoka, ale spokojna. Od E i NE chronią płycizny i pojedyncze skały. Fala się tam łamie, a tutaj jest spokojnie: od W zasłania przylądek Daylight. Z wizami słabo – bo ich nie dają. Jak nas tu przydybią, to wyrzucą. Wprawdzie będę twierdził, że potrzebuję wody i dopiero co przyszedłem, ale co to da, to nie wiem. Wczoraj wieczorem rozmawiałem z Leszkiem Piotraszewskim¹ przez OA4RE (sygnał wywoławczy radiostacji Luisa Calderona z Peru – przyp. red.), z Rolfem² przez Guayaquil przez innego Niemca, i tak czas zszedł od 10 do 12 w nocy. Było też słychać Tahiti, ale słabo. Wyspa Santa Maria ma ca 10 Mm dł x 10; prawie okrągła. Sterczą stożki wulkaniczne; wszędzie lawa i popioły. Niskie krzaki i drzewka, teraz nawet zielone – pora deszczowa – listki grube i lśniące – jakby nawoskowane. Na brzegu (ok. 100m) stoją dwie beczki (Postbarrel – przyp. red.) z drzwiczkami, na biało pomalowane, na listy. Jest trochę listów, ale wszystkie nie w naszym kierunku. Zostawimy też swoje.

Środa 26.02, Santa Maria
Straciliśmy rachubę czasu. Wczoraj była długa dyskusja: czy to wtorek czy środa. Kalendarz wprawdzie mamy, ale na postoju dziennika nie prowadzimy. Ja mam radiowy, ale został też poddany w wątpliwość. Pogoda ciepła, fala umiarkowana, pora deszczowa bez ulew, tylko trochę popada, czasem nawet dość gęsty deszczyk. Potem mniej lub więcej słońca. Dzisiaj Jurek³ popłynął bączkiem rozejrzeć się za „tematem”. Kaziu4 skończył tablicę pamiątkową (deskę z napisem „Maria”… itd.; 20×40 cm), którą zostawimy przy beczce – skrzynce pocztowej. W tym czasie przypłynęły ze 4 czy 5 pingwinów. Trochę większe od kaczki. Z góry wyglądają prawie jak delfiny. Polowały koło jachtu na małe rybki, które chodzą ławicami. Potem było kilka raji; takie chyba metrowe. Teraz Kazik z Jurkiem popłynęli fotografować. Ja zostałem na jachcie. Trochę posiedziałem w wodzie, przy burcie, zbierając małe „tulipanki”, które dość szybko tutaj rosną. Są ponoć rekiny. Jurek nawet widział, ale mam nadzieję, że przy burcie mnie za tyłek nie złapie. Na razie, tylko żółwi z bliska nie widzieliśmy, choć są ślady na piasku. Jurek widział morsa i kupę młodych fok. To naprawdę piękny zakątek. Na brzegu przy pocztowej beczce są deszczułki z nazwami jachtów. Niestety „Opty”5 nie widziałem. Ze znajomych to „Nike” Konkolskiego6, „Zew Morza”7 i „Baghena”8 koło której staliśmy w Balboa. Zwraca uwagę duża ilość jachtów szwajcarskich. No, to chyba wyraz jakiejś dążności do morza, no i stopy życiowej. Jest też deska – wizytówka po jakimś jachcie japońskim, tureckim. Większość – Niemcy i różne rodzaje Anglików (GB, South Afrika, New Zealand, Australia). Zwierzęta, rzeczywiście, niezbyt się boją – takie małe, ciekawe skrzyżowanie wróbla z kanarkiem to prawie na głowę siada, no a muchy, to są już zupełnie oswojone – wchodzą do nosa i oczu. Przestawiliśmy się jakieś 100m bliżej brzegu. Winda działa i stoimy na 10 m łańcucha.

27.02 czwartek, Santa Maria
Wczoraj na wszelki wypadek zapytałem (przez radio – przyp. W. J.) Luisa9 o datę. Nawet się zgodziło. To radio, to zaczyna wciągać. Jurek też siedzi i kręci, może coś ciekawego wyjdzie. Po Luisie i Carlosie10 (LV1ET) z Buenos Aires, którzy są stałymi odbiorcami moich audycji, jeszcze Jurek zaczął kręcić i złowiliśmy kilku znajomych z Limy, jakiegoś Meksykanina, ale słabo i na koniec bardzo słabo, ale dość czytelnie dwóch Nowo Zelanderów. Poszliśmy spać ok. 0200 LT. Noc była piękna. Księżyc w pełni, ciepło i komary – nie za dużo, ale dostatecznie. Dziś dzień chmurny, parny; kropi deszczyk. Wstaliśmy ok. 10 tej. Po śniadaniu, z Jurkiem, bączkiem, popłynęliśmy obejrzeć foki. Są tego całe stada, na plażach i skałach. Miłe to zwierzaki, wcale się nie boją. Tylko przykro, że znaczna część choruje. Widać wyraźnie, jak leci im ropa z oczu. Trochę widać padłych i kilka wyraźnie chorych. Nie wygląda to jakoś normalnie. Jak stąd odpłyniemy, to poproszę przez radio Luisa aby zawiadomił kogo trzeba od tego rezerwatu; może jest ktoś, kto się tym opiekuje, niech sprawdzi. Może Ekwador nie tylko zrobił z tego skarbonkę, ale rzeczywiście rezerwat. Teraz jeszcze przez te 2-3 dni, jak tu stoję, to wolę nic nie mówić – gości nie potrzebuję. Zresztą to chyba i słusznie, że zrobili te wszystkie ograniczenia, ale właśnie to. Nie rzucę marzenia całego życia dlatego, że się te 2-3 lata spóźniłem. Trudno – Galapagos to był dla mnie cel wycieczki. Teraz Kazik popłynął na brzeg. Zabrał kuszę. Może upoluje raję. Okazało się, że kupa tego świństwa siedzi na tej plaży, gdzie moczymy tyłki. Jakoś to nas zniechęciło do kąpieli.

28.02.75 piątek, Santa Maria
Dziś niestety będziemy wychodzić na Santa Cruz. Przed południem przypłynął jacht ekwadorski z załogą, która służy w Dyrekcji Parku. Wprawdzie byli bardzo mili, ale rezerwat jest rezerwat. Zresztą mają piękną robotę. Taka straż parkowa. Potem, na chwilę przyszła wycieczkowa motorówka – wywieźli na chwilę, na brzeg 6 osób i za godzinę już ich nie było. Rocznie jest to ponoć ca 7000 turystów. Mieszkańców ca 4000. Głównie na San Cristóbal – połowa Santa Maria (Floreana), Santa Cruz, Isabela – inne, pewno puste. Są czynne wulkany, w części W – głównie Wyspa Fernandina, to taki duży wulkan. Uchwaliliśmy, że Jurek jest chory na żołądek i szukamy doktora na Santa Cruz, bo teraz mamy ponad miesiąc żeglugi i lepiej, aby go zbadał. Coś w tym jest, ale nie cała prawda. Pocztę w beczce zostawiliśmy, tablicę pamiątkową też. Te chłopaki ekwadorskie wyglądają całkiem miło. Zobaczymy, co się da uzyskać na Santa Cruz. Będziemy tam starali się kilka dni leczyć Jurka. Ostatecznie Nuku-Hiva zaczeka. Mieliśmy szczęście spotkać pingwiny, bo one żyją normalnie głównie na Isabela. Tam jest chłodniej. Foki rzeczywiście, w czasie pory ciepłej (teraz) chorują. To jakaś sprawa wirusowa. Rekiny są, ale ponoć, jak mówili ci od Parku, nie było wypadków. W związku z tym, uczciwie sobie popływaliśmy. Woda na powierzchni – 28o C. Można pływać.

1.03.75, Bahia Academy – Santa Cruz
Ok. 17tej (LT) weszliśmy do Santa Cruz. Głównie na silniku, bo była flauta i tylko przelotne szkwały z NE o sile 1º B. Przynajmniej, naładowały się trochę akumulatory. Odwiedzili nas sąsiedzi z jachtu obok i Kapitan Portu. Mamy 3 dni na swoje sprawy, jesteśmy por emergencia. Woda, paliwo, no i żołądek Jurka, ale chyba z lekarza zrezygnujemy. Zresztą, zobaczymy co się da utargować. Jest ciepło, parno, komary. Tutaj, to prawie miasteczko. Sporo domów, dwa hotele, Stacja im. Karola Darwina (Charles Darwin Station – przyp. red.). Zobaczymy, jak to będzie. Pogadałem z Luisem i Carlosem (b. słabo). Wyłączyłem radio; Jurek i Kaziu śpią. Ja chyba zrobię to samo.

02.03 niedziela, Santa Cruz
Kapitan Portu przysłał nam 10 Gallons ropy (4$). Zapłaciliśmy za różne inne sprawy portowe 30 $ i mamy spokojnie prawo pobytu na 72 godz. w Santa Cruz. Jeszcze dolać 5 kanistrów wody. Jutro, ewentualnie Jurka do medyka z żołądkiem (5-6 $ ?), no i dalej w świat. Taniej niż w Paita. Pogoda piękna – gorąco i słońce. Nad wyspą w górze deszcz. Osiedle ma nawet coś w rodzaju ulicy. Hotel Forest Nelson z pawilonami, coś jakby domki wczasowe. Kapitanat Portu, bar, hala z jarzynami – trochę zielonej cebuli, homary, banany. Zauważyliśmy ze dwa Land Rovery – reszta komunikacji konna lub ośla. W porcie kąpie się kupa bachorów – i nie ma tablicy, że wzbrania się: „Kąpiel w porcie i łowienie ryb wzbronione – SUM”.
Nawiązałem bezpośredni kontakt z WB5ERR – Stoi obok, były pilot, ma na jachcie całą radiostację „Heathe’a”. Jest i coś tam jeszcze oraz różne ustrojstwa do dopasowania anten. Odwiedziłem z nim kilku jego znajomych. Jakiś znajomy Teligi. Kaziu wie lepiej, jak się nazywa, z książki. Po domu włóczy się sporo jaszczurek do 1 m długości. Łażą po podwórzu, po dachu, zresztą, jak je wołać do jedzenia to się złażą. Całkiem to miłe zwierzaki. Nawet małe jaszczurki, takie 10 cm, ludzi się nie boją i szczypią w palec. No, a ptaki to z rąk jedzą. Najbardziej są oswojone komary. Kąpać się można, bo rekiny prawie też oswojone. Potem z Leonardem (tym od radia) byliśmy w jakimś warsztacie zapuścić silnik, który nie chciał zaskoczyć. Nalał trochę oliwy i złapał kompresję, no i zaskoczył. W domu, takim kolonialnym przewiewnym i zabałaganionym, pani Davis przyjęła nas kawą. Sympatyczna pani ca 50-60, radioamator ale znaku nie pamiętam. Rozmowa po angielsku – z biedą łapałem o czym mówią. Na pytanie jakim językiem porozumiewałem się w Zambii, powiedziałem, że murzyni przypuszczali, że to angielski. Obok, stoi duży, blaszany szkuner. Pod flagą Ekwadoru wozi turystów – 4 szt. załogi, 8 turystów. Bywa różnie, ale ponoć nawet ciekawi ludzie.

3.03.75, Santa Cruz
W nocy komary dały trochę w kość. Noc była piękna. Do 0100 siedziałem przy radiu – 2 godz. – zajęcia towarzyskie. Wprawki w hiszpańskim – Luis, potem Antarktyda. Jakiś Luis z 8 pułku pancernego na manewrach pod Magdaleną. Potem Buenos Aires. Na chwilę słabo Brazylia. Potem jakiś statek argentyński na Atlantyku. Gorąco, w środku – komary gryzą. Jutro trzeba będzie wychodzić. Chyba jeszcze gdzieś tu zanocuję.
Oglądałem wyspę przez lornetkę. Widać kilka ścieżek, jakieś domki w lesie, ślady upraw ale nie za wiele. Krajobraz jest dla mnie trochę dziwny – wulkaniczny, takie zielone stożki wystające z łagodnie wznoszących się zboczy wyspy. Właściwie, to zazdroszczę tutejszym mieszkańcom – mają swoje zmartwienia, ale chyba nie za wiele, no i klimat, mimo much i komarów. Nie wiem, jak to będzie później w Szczecinie, ale chyba bardzo ciężko – klimat i codzienna robota, i miesiąc urlopu. Zresztą, całe szczęście, że to na razie jeszcze dość odległe.

3.03.75, koniec Galapagos
Jutro wychodzimy. Kapitan Portu trochę podejrzliwy. Coś mu to nie pasuje. Wczoraj byliśmy u Angermeyera11 – tego od „Opty”. Ciągle śladami „Opty”. Tylko czasy gorsze. Bo „Opty” nie miał trudności z wizami. Czy jeszcze gdzieś się przyzwolimy, to zobaczę. Parny upał. Z Angermeyerem przegadaliśmy cały wieczór. Wczoraj był deszcz. Taki uczciwy. Przyjemnie było u Angermeyera. Dużo widział i umie opowiadać. Szkoda, że bardzo dużo mi ucieka, jak mówi po niemiecku. Jurek jest o wiele lepszy. Dziś byliśmy w Stacji Karola Darwina. Spotkaliśmy szypra od jachtu co nas spotkał na Floerana. Ma kupę roboty. Skarży się, że teraz władza (Kapitan Portu) wymaga papierów od szypra na jachcie. Cóż, tutaj też robią „porządki”. Upał – kaktusy, kolczaste krzaki, lawa. W porcie łazi czapla, kapią się dzieci (temat dla Wojtka. Jurek woli jaszczurki). Są też, i pięknie pływają.

05.03 środa
Ok. 0800 odeszliśmy na silniku z Santa Cruz. Jurek, wczoraj w Kapitanacie wywołał film. Rano odebrał. Żegnał nas gęsty, krótki deszcz i piękna tęcza, aż prawie dochodząca do rufy. Szkoda, że trzeba odpływać. W Kapitanacie wczoraj, po otrzymaniu papierów, powiedziałem zastępcy kapitana (bardzo miły chłopak; sam kapitan jest trochę, jak mówią: żłobowaty, chytry i chciwy), że byłem tutaj por emergencia. Przyznał mi rację i pożegnaliśmy się przyjaźnie. Szkoda, że on tutaj nie jest za szefa. Wieczór. Kazia imieniny, był na jachcie Carl Angermeyer. Tym razem gadkę wybrałem po hiszpańsku, dla nauki, zresztą, mocno zapomniałem niemiecki. Długo ciągnęły się opowieści. Komarów nie było tym razem. W środku dmuchnąłem im zresztą spraya i z satysfakcją patrzyłem jak sypał się deszcz komarów na mapę. Potrafią życie obrzydzić. Wachty rozdzieliliśmy znów inaczej – na próbę 0-5 ja, 5-10 Kaziu, 10-15 ja, 15-20 Kazik, 20-24 Jurek plus kuchnia. Zobaczymy jak to zagra. Dwa dni nie miałem łączności radiowej z Luisem.

06.03.75, Isla Plaza
Wczoraj późno po południukotwica (zakotwiczyliśmy – przyp. red.) między wyspami Plaza. Przy W brzegu Santa Cruz. Pogoda w kratkę – trochę deszczu, trochę słońca. Wczoraj zidentyfikowałem Roca Gordon i wysepki. Wprost ok. 20 Mm. Trochę prąd, trochę wiatr. Weszliśmy o 1720. Stała „Orca”12, potem przyszło 2 rybaków i jeszcze jakiś jacht francuski. Pomachaliśmy sobie rękoma i jakoś nie chciało się ruszać. Wrażenie – raczej Norwegia, tylko ciepło. Czarne i szare skały. Wyspy są niskie – jakieś 20 m, może 30. Skąpa roślinność i foki. Dziesiątki we wodzie i na brzegu. Pływają, stękają, szczekają i bawią się. Spuściliśmy bączka, to kilka od razu zaczęło go podrzucać, popychać, podpływać pod spód. Również jacht, a zwłaszcza śruba to obiekt zainteresowań. Kazik wychylił się za burtę i złapał jedną za ogon, ale też się nie wystraszyła. Ciemne chmury, kolorowy zachód słońca. Siedziałem długo na pokładzie. Jurek załatwił pisanie. Potem usiłowałem zrobić lekcję hiszpańskiego. No i radio. Złapałem bez trudu znajomych. Luis (Lima), Luis (Papetee), Carlos (Buenos Aires) i później słabiutko Juan (Concepcion – Chile).

06.03, Isla Plaza
Z Santa Cruz wysłaliśmy kilka kartek – niewiele, bo dość drogo. Kartka ze znaczkiem 11sucrów (23 sucre = 1$ US). Czy dojdą ?, to też pytanie. W nocy prąd trochę nas wyniósł, ale niegroźnie. Rybacy odeszli nocą. Jachty, chyba też. Niemiło zaskoczyła nas obecność turystów. Przypłynęli dużą motorówką – statkiem, ale szybko odpłynęli, nie pytając nas o nic. To trochę zepsuło nastrój. To nie te Galapagos sprzed 30tu lat. Szkoda, ale i tak są piękne. Na dzisiaj umówiłem się z Rolfem przez Luisa na radio. Luis z Papetee mówił, że nie ma dla nas żadnych listów. Ciekawe, bo sądziłem, że tam będzie kupa poczty. Z licencją radiową w Papetee będą zdaje się kłopoty, bo Polska i Francja nie zawarły umowy na ten temat. Luis już zaczął starania. Dziś może będę wiedział dokładnie. Taka ciekawostka. Rozmawiałem długo z radioamatorem argentyńskim (ruchoma stacja), który wziął ją ze sobą na manewry wojskowe i opowiadał, że ma teraz czas, więc może porozmawiać z przyjaciółmi w eterze. U nas jeszcze tego nie ma a ostatecznie ten pobór mocy, np. z czołgu to pestka. Co kraj to obyczaj.

07.03, Las Plazas
Tutaj byłoby jeszcze lepiej, ale za dużo ludzi. W nocy znów napędzał mi trochę strachu jacht. Pokazało się wysoko nocą mocne światło i śmiało wszedł do zatoczki między wyspami. Wiadomo, że tutejszy, ale kto? Poświecił po nas reflektorami i z silnym topowym światłem stanął na kotwicy. Okazało się, że jacht. Tylko kto? – tutaj służba z Rezerwatu też pływa jachtami. Rano okazało się, że to ekwadorski jacht z Santa Cruz. Gdzieś ok. 0600 odpłynął. Chyba nam biedy nie napyta. Aż żal opuszczać te wyspy. Jurek uwija się z aparatem. My łazimy leniwie. Kąpać się trudno. Na zewnątrz widzieliśmy sporo rekinów. Wprawdzie ponoć też oswojone, ale a nuż trafi się jakiś „dziki”. Tutaj też trudno, bo pływa kupa fok. Są przyjaźnie nastawione, ale w wodzie pieszczoty mogą być przykre. Są takie już bezczelne, pakują się do bączka, nawet jak się w nim siedzi. Toby znów nie szkodziło, ale też może ugryźć albo zatopić bączek. Jurek sfotografował, jak się taki bydlak pchał do bączka. Teraz bączek trzymamy na pokładzie. Ale dokument jest. Wczoraj było trochę deszczu, chmurno z przejaśnieniami – gorąco. Dziś niebo czyste – jest 0800 rano. Kazik śpi, Jurek robi filmy. Spałem na pokładzie więc wstałem wcześnie. Skały na brzegu, gdzie żyją foki są ogładzone i zbielałe. Guano? Coś w tym stylu – skała wyraźnie zbielała. Widziałem czubek.

08.03.75, Galapagos
Odeszliśmy o 0630 w kierunku na Floreanę. Zobaczyć się z Rolfem (HC8WW). Wiatr słaby, morze spokojne. Już jest gorąco. Łazimy nago. Kąpiel raczej niewskazana.

09.03, Floreana, Black Beach
Nocą weszliśmy na silniku – wiatru nie było, do Correo Bay. Mimo, że już tutaj byliśmy to jednak wejście nocą – zresztą łatwe, daje dużo emocji. Zwłaszcza szum bliskiego przyboju. Weszliśmy ok. 0200 w nocy. Przestaliśmy do rana. Ok. 0600 odeszliśmy na Black Beach. Podnieśliśmy kotwicę i Kazik został na wachcie. Wiatru nie było. Tuż przed zatoką Kazik mnie zbudził. Ładnie tutaj, cicho, na kotwicy stoi „Tip Top”, jacht Rolfa. Przerobiony z miejscowego kuterka. Od razu z werandą na
rufie – coś takiego    weranda Rolfa
Łódka ładnie utrzymana. Rolf, jak pływa na niej to jest HC9WW; na lądzie HC8WW. Taki domek nad kokpitem jest dobry, ale na Morzu Północnym czy Bałtyku nie do pomyślenia. Jest wieczór. Jesteśmy na jachcie. Ciepło. Spokojna zatoczka. W osadzie (ok. 60 osób) świecą się światła „na ulicy”. Ok. 10tej przypłynął Rolf. Wymieniliśmy się kartami QSL. Potem ok. 16tej popłynęliśmy do niego. Przedtem u Kapitana Portu zostawiliśmy „papiery” z Santa Cruz. Powiedzieliśmy, że idziemy do Rolfa i że w drodze na Markizy chcielibyśmy tutaj być 2-3 dni. U Rolfa było bardzo miło. Dom z werandą, kilka kotów, dwa psy, kury, osły, troje dzieci, żona i dwie teściowe. Rozmowa hiszpańsko-niemiecka. Jurek robi to nieźle. Ja zrezygnowałem po kilku zdaniach. Wczoraj spotkaliśmy Kapitana Portu. Bardzo miły. Przedstawił żonę i syna. Zaprosił na jutro, na łowy, na langusty. Zobaczymy jak to będzie, na pewno ciekawie. Szkoda, że trzeba będzie opuścić te Zaczarowane Wyspy13.

11.03, Floreana
Byłem wczoraj z Kaziem i trzema marinos ekwadorskimi (18 lat sztuka – miłe chłopaki) na łowach na langusty. Jeden z nich złowił 2 szt, my nic, ale zabawa była ładna. Mam odrapane nogi i ręce. Pływa się w strefie przyboju i pod kamieniami szuka langust. Przychodzi fala i wszystko niknie w pianie, a ja walczę aby mnie nie poniosło na kamienie. Czasem się uda, czasem nie. Woda włazi do maski (czasem ją ściągnie). Powoli jakoś trochę się z tym oswoiłem. Woda ciepła. Czarna lawa, zupełnie jakby ktoś wylał smołę. Wróciliśmy na jacht. Jurek grzebał się przy fotografiach. Ma zacięcie do tego. W wieczór poszliśmy do Rolfa. Jurek aby wywołać zdjęcia, my aby pogadać. Zajrzał też capitan del puerto Velasco Ibarra z żoną. Oglądałem Rolfa QSL, ma ich sporo. Potem zgłosili się znajomi Ricardo z Argentyny i Luis. Była jakaś znajoma Rolfa u Luisa, aby sobie pogadać – takie zebranie towarzyskie przez radio.

11.03, Floreana
Jak wracaliśmy, to światła były pogaszone. Tutaj nawet są latarnie na głównej uliczce. Coś ok. 50-60 osób. Przehandlowałem z Rolfem kawał liny holowniczej i małą kotwicę. Dostaliśmy firmowe koszulki z napisem „Floreana …” itd., kanister wina i 50$. To nam wróciło wydatki z Santa Cruz. A hol mam drugi (wino pomarańczowe dobre). Pożegnaliśmy Rolfa, poszedł na farmę w głębi wyspy. Jurek kończy korespondencję (ja też). Trzeba dziś wieczór opuścić Floreanę. Jakaś władza ma być jutro. Szkoda, bo nie połaziłem po wyspie. Za namową Jurka założyłem topensztag, nakląłem się i naobijałem tęgo – jest jednak rozkołys.

13.03 czwartek, Galapagos Isla Isabela
Stoimy na kotwicy w zatoce Istmo Perry. Po E stronie Wyspy Isabeli, 35’ na S od równika. W tym miejscu Isabela ma ok. 6 Mm i jest niska. Zatoka wchodzi dość głęboko. Czarna, żużlowata lawa, mangrowce i cholerne komary. Noc była bardzo ciężka. Chmary komarów właziły wszędzie i teraz włażą. Weszliśmy dziś po ciemku i zakotwiczyliśmy na jakiś 10m. Dziś przestawiliśmy się bliżej wyjścia i kawałka piaszczystej plaży na 4-5 m.

14.03, Isla Isabela
Komary były trochę słabsze. Może przywykliśmy. Gorąco. Słońce. Widoczność umiarkowana. Pinzon, Rábida i dalsze części Isabeli zamazane siwą mgiełką. Rano Kazik został na łódce. Z Jurkiem poszliśmy na spacer. Wyspa robi tutaj silne wrażenie. Za strefą mangrowców kilometrami ciągnie się pole lawy. Czarna, rdzawa, lekko zielonkawa; miejscami kępy i smugi krzaków. Lawa w olbrzymich blokach, jakby ktoś wypróżnił ze szlaki olbrzymi piec hutniczy. Przejść trudno. Jurek w butach zdecydował się iść na przylądek lądem, ja brzegiem brodząc w ciepłej wodzie. Odpływ – daleko wystają skały, korale, jakieś chyba gąbki. Woda brązowa nad rafą, zielono-niebieska nad piaskiem. Trochę tną gzy i dzienna zmiana komarów, ale poza tym to „To”. Brodzę po wodzie, miejscami po kilkanaście metrów przepływam. Spodnie założyłem na plecy, tylko w sandałach (dobrze, że mnie trochę płetwonurki nauczyły pływać), ze złomiska skalnego wyskakują iguany, w wodzie pod nogami dosłownie 2-3 m kręci się pingwinek. Strasznie miły ptaszek. Inny, na wystającej skałce wybiera sobie, chyba, pchły z piór. Podpływam powoli i siadam na skałce jakiś metr (dosłownie na wyciągniętą rękę). Powoli odwraca głowę i potem dalej tyłem do mnie grzebie leniwie w piórach. Lekko przygwizduję. Odwraca się z niesmakiem i z godnością odsuwa się jakieś pół metra dalej. Jakiś krewny naszego bąka (ptaka – nie Dyrektora ze Stoczni Jachtowej) łazi 2m ode mnie, nawet gwałtowne odganianie się od gzów nie robi na niego wrażenia. Jakieś ptaszki wielkości małej mewy – szare, krążą nad wodą, jeden siada na głowie pelikana na chwilę i później leci dalej. Foki na przylądku podchodzą do ręki, ale boję się głaskać, bo a nuż ugryzie. Nie ze złości, tylko na próbę. Po powrocie do naszej zatoczki, zastaję już Jurka w wodzie. Wraca bączkiem na jacht po garnek, rękawice i Kazia. Zbieramy trochę krabów, wrzucamy do garnka i obiad gotów. Zresztą nie jest tak łatwo złapać. Jest już wysoka woda, a one choć pływają słabo, to po skałach chodzą dobrze. Ok. 5tej po południu zaczyna padać deszcz. Wracam „na piechotę” (płetwy od Kazia) na jacht. Teraz jest chmurno. Deszcz przestał padać. Jurek i Kazio jeszcze na brzegu. Z Jurkiem spaliliśmy 4 plastikowe flaszki i kawał liny znaleziony na brzegu. To konserwacja Przyrody. Nasz wkład w Ochronę Galapagos.
Galapagos – to żółw lądowy. Tortura – morski. Te lądowe z każdej wyspy są inne i się nie krzyżują, Stacja Darwina w Santa Cruz zbiera jaja, wylęga młode i po odchowaniu puszcza na rodzime wyspy. Głównym wrogiem są zdziczałe świnie i osły. Foki obecnie zbyt już się rozmnożyły, a że nie umierają więc za to gnębi je jakaś choroba wirusowa i trochę ich ginie. To samoregulacja, ale wygląda przykro. O tym wszystkim mówiła przez radio trzy dni temu żona Rolfa. Taki wykład z Galapagos dla znajomych radioamatorów. Największe wrażenie jednak robi widok na wnętrze wyspy. To duża wyspa i te kilometry czarnego żużla robią wrażenie. Tutaj jakoś czuje się i widzi Przyrodę. To nie da się opisać, ale to coś jest jak jakaś świątynia. Widać potęgę przyrody. Tutaj czuje się oddalenie od świata, ale jest mi tutaj naprawdę dobrze i nie odczuwam żadnej potrzeby płynięcia dalej. No, a Europa jest mi już zupełnie obca. Chwila zachłyśnięcia się pięknem Galapagos. To naprawdę Wyspy Zaczarowane. Urzekła mnie kiedyś Mongolia, ale chyba Galapagos też mogą zaczarować. Choć są inne. Też widać tutaj jakiś inny świat. Czy na stałe?, ale pożyłbym sobie tutaj. Wczoraj „spotkałem” rodaka – Edwarda14 z LU4AEF.

16.03, Isla Rabida
Wczoraj ok. 14tej wyszliśmy z Istmo Perry (Isabel). Wiał nawet pomyślny wiatr z W, ale ucichł szybko. Trochę kropił deszcz. Jurek kombinował z żaglami, ale w końcu wiatr ucichł i szliśmy na silniku. To jakieś 20-25 Mm do Isla Rábida. Zrobiło się ciemno, ale widoczność niezła. Z namiarów wyszło, że kotwicowisko tuż za cyplem. I rzeczywiście, za cyplem ukazała się zatoczka i światełka dwóch jakiś łódek. Dobrze, bo wiadomo, że to tutaj. Źle, bo nie wiadomo kto. Zaświeciliśmy światła topowe i rzuciliśmy kotwicę na 12m, ale ok. 30m od brzegu. Z sąsiedniego jachtu (jacht z turystami z Santa Cruz) przypłynął szyper z pomocnikiem. Chłopaki młode, szyper tutejszy, pomocnik z Kalifornii. Popytali skąd i jak. Trochę powiedziałem prawdę, trochę nie. Rano sobie poszli. Drugi jacht to „Nixe” – brata Carla Angermeyera. Wybieraliśmy się go odwiedzić, ale zanim zebraliśmy się, odpłynął. Też z 3 turystami. Rábida to niewielka wyspa – ca 2Mm x1,5, ok. 400 m wysokości. Czerwone tufy i frakcje wulkaniczne. Strome klify. Rzadki lasek. W ogóle wyspa jest czerwono-rdzawo-zielona. W lagunie, za wałem brzegowym, stado flamingów z gracją przebiera nogami w nagrzanej wodzie. Kupki jaszczurek po 5-8 szt. wygrzewają się na skałkach. Foki fukają, że się im przerywa drzemkę. Strome klify, różowo-czerwone. Przyglądają się nam różne ptaszki. Nawet Jurek już się zgubił. Określamy po swojemu – wróbel, turkawka, skowronek, szpak, itd. Widok z klifów na małe zatoczki – piękny. Kilkanaście mil dzieli nas od San Salvador – to duża wyspa. Przez szkła wygląda dziwnie pusta i tajemnicza. Trudno opisać wrażenia.
                                                                                                                              Ludomir Mączka
_________________________________
1 Leszek (Aleksander) Piotraszewski – inżynier górnik, mieszkający w Limie, ożeniony z Peruwianką. Bardzo ciekawy człowiek, imał się różnych zawodów, pracował jako górnik i jako kowboj; przeżył wiele przygód. To on zabrał Ludka ze sobą do jednej z kopalń, wysoko w Andach. Spędzili tam 3 tygodnie i Ludka wiedza geologiczna była tam przydatna. Ludek pracował jako geolog w środowisku hiszpańsko-języcznym, w surowych warunkach. Była to jedna z przygód Ludka, którą wspominał jako piękną. (wj)
2 Rolf – Rolf Wittmer, radioamator (sygnał wywoławczy HC8WW) z Galapagos, z wyspy Floreana. Rodzina Wittmerów   przybyła na Floreanę w 1932 r.

3 Jurek – Antoni Jerzy Pisz, członek załogi jachtu „Maria” na trasie Peru – Australia, 09.1974 – 06.1976.
4 Kaziu – Kazimierz Jasica, członek załogi jachtu „Maria” na trasie Peru – Australia – Nowa Zelandia – Australia, 09.1974 – 05.1977.
5 „Opty” – jol typu Konik Morski na którym Leonid Teliga, w latach 1967-69, odbył samotny rejs dookoła świata. Na wyspach Archipelagu Galapagos żeglarz przebywał w okresie wrzesień – październik 1967 r.
6 „Nike” – jacht typu „Zośka” konstrukcji Zb. Milewskiego (mocno zmodyfikowana wersja, dostosowująca jacht do wymogów regat OSTAR ‘72), na którym Richard Konkolski (Czechosłowacja), w latach 1972-75, odbył rejs dookoła świata trasą pasatową, odwiedzając po drodze Wyspy Galapagos.
7 „Zew Morza” – 2-masztowy szkuner gaflowy, który w latach 1973-74 odbył rejs dookoła świata (kpt Zdzisław Michalski) odwiedzając w Archipelagu Galapagos wyspy: San Cristóbal, Floreanę i Baltrę.
8 „Baghena” – jacht, który wcześniej załoga „Marii” spotkała w Balboa. Tabliczka z nazwą jachtu pozostawiona przy skrzynce pocztowej, świadczyła o obecności w tym miejscu jachtu.
9 Luis –– Luis Calderon, radioamator z Limy, lekarz i człowiek światowy. Luis uruchomił i ustawił amatorską radiostację Ludka. Radiostacja była kupiona taxfree jeszcze w strefie kanału Panamskiego (maj 1974) i nigdy nie używana. O Luisie pisał A. J. Pisz w książce „Marią” przez Pacyfik”, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1982, str.54-57. (wj)
10 Carlos (LV1ET) – radioamator z Buenos Aires.
11 Angermeyer – Carl Angermeyer. Wraz z bratem przybył na Galapagos, na wyspę Santa Cruz, w latach trzydziestych XXw. Byli pierwszymi kolonistami; początkowo mieszkali w głębi wyspy by z czasem przenieść się nad Zatokę Akademii, gdzie zbudowali jacht i dom. Postać bardzo znana i ceniona wśród naukowców badających archipelag.
12 Orca” – poznany jacht na Galapagos.
13 Wyspy Zaczarowane – Las Encantadas, nazwa Archipelagu Wysp Galapagos (oficjalna nazwa nadana przez Ekwador  Archipiélago de Colon) nadana przez bukanierów (korsarzy) w poł. XVI w.
14 Edward (LV4EF) – polski radioamator.

______________________________________________________________________________________________________________________

FOTO

1. 1975.02.24 Pod wyspa Enderby. Galapagos Luty 1975, Galapagos. Przy wyspie Enderby. Fot. A. J. Pisz

2. 1975.03.00 Wejscie do Kapitantu Puerto Ayora. Galpagos. LM KJ  i straznik Marzec 1975, Galapagos. Ludek i Kazik w rozmowie z oficerem z Kapitanatu Portu.                                                           Fot. A. J. Pisz

3. 1975.03.00 LM u wejscia do knajpki Nimfa. Puerto Ayora  Galpagos Marzec 1975, Galapagos. Ludek u wejścia do knajpki Nimfa w Puerto Ayora.                                                             Fot. A. J. Pisz

4. Postbarrel Galapagos. Postbarrel na wyspie Floreana. Fot. A. J. Pisz

5. Fot A.J.Pisz Galapagos 1975 Galapagos. Carl Angermeyer w swoim domu na wyspie Santa Cruz                                                                              w głębi „Maria” na kotwicy. Fot. A. J. Pisz

6. Na Pacyfiku, Fot A.J.Pisz Po opuszczeniu Galapagos. Przed dziobem „Marii” Pacyfik. Fot. A. J. Pisz

7. A.J.Pisz, 1975 fot.K.Jasica Antoni Jerzy Pisz, 1975. Fot. K. Jasica

08.Karta QSL Ludka Karta QSL Ludomira Mączki.

 

(zs): Paweł – malarz

ŻEGLARZE I ICH PASJE

Fot. Ania Szostak

Paweł (65 l.) i Helenka są jedną z tych par żeglarskich, które wspólną drogę przez życie kierują również na żeglarstwo, na wspólne pływania jachtem, w każdą wolną chwilę.

Jacht jest dla nich drugim domem, a dla Pawła czasami pracownią; pracownią malarską, co prawda skromną, niewielką, ale na potrzeby wykonania studium do późniejszego obrazu wystarczającą.

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Paweł maluje w technice olejnej. Tematyka obrazów narzuca się sama; wystarczy wzrok skierować poza burtę, w dal, by dostrzec, wyczulonym okiem, malarskie tematy, barwy przyrody, dalekie przestrzenie, przesiąknięte morskim powietrzem, czasami wypełnione delikatną mgiełką, czasami skrzące się w słońcu lub odbite w lekko falującej wodzie. W mesie swojego jachtu snuje opowieści:  „…żeglujemy na pobliskich akwenach; często na Zalew (Zalew Szczeciński – przyp. red.), na rozlewiska przy Wolinie: jez. Wicko, rozlewiska Starej Świny, do Dziwnowa, na Zalew Kamieński. Stąd istotne dla nas jest, żeby jacht miał małe zanurzenie. Możemy wówczas stanąć na kotwicy, blisko brzegu, blisko trzcin, w zatoczkach i wtedy czuję się jakbym był na plenerze malarskim…”

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Jacht jest wygodny. Już z daleka robi wrażenie solidnie wykonanego; konstrukcja o dużej dzielności morskiej. Stalowy kadłub, o obłych kształtach, przyciąga wzrok, intrygując nieczęsto spotykaną technologią wykonania. Paweł rozwiewa ciekawość, opowiadając historię zakupu tej jednostki, która dla niego, podobnie jak i dla wielu innych właścicieli jachtów, ma często związek emocjonalny, wyrażający się w używaniu w odniesieniu do jachtu, rodzaju żeńskiego:  „…Ona, jak gdyby na nas czekała półtora roku. Spotkałem się z kuzynem, który jest szkutnikiem i on mówi: „ jest taka, solidna łódka w Travemünde”, ale ja nie byłem tym zainteresowany.  

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Spotykaliśmy się z kuzynem zawsze na święta, co roku, i po półtora roku wróciliśmy do tematu i kuzyn mówi: „Paweł, zadzwoń, czy ta łódka jest jeszcze na sprzedaż czy nie”. I zadzwoniłem. Okazuje się,  że łódka jest na sprzedaż. Podczas rozmowy wynikło, że jacht  ma jeden metr zanurzenia, a to na nasze płytkie akweny Zalewu Szczecińskiego, Kamieńskiego, Jeziora Dąbskiego jest bardzo wygodne zanurzenie; dla mnie rewelacja… Na pytanie, „kiedy możemy przyjechać?” rozmówca odpowiada: „nawet jutro”. Ja mówię: „to my jutro jesteśmy”.

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Pojechaliśmy do Travemünde i tak rozmawialiśmy ze sprzedającym, jakby ta łódka była już nasza… Na sfinalizowanie transakcji,  przyleciał ze Szwajcarii syn, bo ten pan – ten lekarz, a może aptekarz – nie wiem dokładnie, już zmarł w międzyczasie… Pięć minut i umowa była podpisana. Facet przyleciał, kasę przeliczył i poleciał z powrotem do siebie, do Szwajcarii, a myśmy zostali. Helenka jest bardzo ostrożna, i mówi: „Pawciu, mogą nas okraść; nie można ufać i jak już ten jacht kupiliśmy to trzeba zorganizować akcję, żeby go odebrać i przypłynąć do Szczecina”. W przyprowadzeniu jachtu, poprosiliśmy o pomoc mojego kuzyna, doświadczonego marynarza… Jacht jest nowy; nowy silnik, nowe żagle, autopilot, GPS, ponton, nowy maszt. I właśnie maszt: jest trochę za duży – 13,5 m; może trochę za duży do tej łódki, która ma 8,60 m długości a waży 5 t. Trochę ubolewamy z powodu wysokości masztu bo lubimy pływać do Dziwnowa i ze względu na mosty, te nie zwodzone, w Wolinie, musimy pływać morzem do Dziwnowa. Ale to nie jest większy problem. Jest to frajda…”

Siedzimy w mesie jachtu, gdzie w wystroju, zabudowie wnętrza, pozostały ślady poprzedniego właściciela. Paweł z Helenką, owszem, dołożyli swoje elementy do wystroju, nadając mu swój, indywidualny nastrój.

Fot. Grzegorz Czarnecki

Fot. Grzegorz Czarnecki

Jachty, tak jak dawne żaglowce, a często również współczesne statki, mają swoje historie, swoją duszę, a czasem nawet trudne do zrozumienia, wykraczające poza nasze, przyziemne doświadczenie i poznanie, oplatające je rzeczy nadzwyczajne, transcendentne: „…Poprzedni właściciel był emerytem; miał ok. 70. lat. Helenka mówiła, tak z wdzięcznością i bardzo mile o nim: „dziadek nie popływał sobie zbyt dużo, choć tak dobrze przygotował i wyposażył sobie ten jacht…”. I czuliśmy jego ducha na jachcie… Kilka razy był z nami na jachcie… Oboje z żoną czuliśmy to…”

Razem z Helenką, zaskoczeni transcendentną sytuacją, reagują z powagą, w pełni duchowego uniesienia: „ …Po czym pomodliliśmy się i dał nam spokój… Dla nas wierzących, jest to głębokie przeżycie, takie duchowe odczucie.  I pływamy, dzięki Bogu…”

Jeszcze kilka lat temu, można byłoby się lekko uśmiechnąć, okazując swój pełny a jednak ograniczony, racjonalizm, ale dziś, gdy poważne europejskie (i nie tylko), ośrodki naukowe, badają możliwość istnienia naszej świadomości poza ciałem (również po śmierci) i funkcjonowanie jej jako samodzielny twór…

Paweł broni się przed oceną innych: „…Nie opowiadam tego wielu ludziom, bo nie chcę, żeby mi ironicznie, drwiąco odpowiadali, że, „Paweł malarz, ma może jakieś wizje, przywidzenia albo inne rzeczy…”.

Ktoś, kiedyś powiedział „Matejko” i tak zostało. W środowisku żeglarzy, jak w każdym takim mocno spolaryzowanym wokół wspólnej idei, pasji, zbiorowisku ludzkim, ktoś, tak wyrazisty, charakterystyczny jak Paweł musiał prędzej czy później otrzymać ksywę. Pasuje do niego, bo przecież maluje obrazy, a i włosy, wąsy, broda – jak u Matejki.

Obrazy Pawła zachwycają, miłymi oku i odczuciom, pejzażami morskimi. Emanuje z nich spokój i ciepło. Przestrzenie morskie z jachtami nastrajają nostalgicznie, przywołując wspomnienia z minionych rejsów, z wędrówek i włóczęg pod żaglami po miejscach, gdzie woda i ląd tworzą bogactwo wzajemnych oddziaływań.  Sielskie krajobrazy nadmorskie – jez. Wicko, wzgórza wolińskie, woda wlewająca się w płaskie tereny leśne – przyroda niezniszczona cywilizacją, zapraszają do korzystania z uroków życia na jej łonie, do wejścia w jej przestrzeń, zanurzenia się w atmosferę spokojnego trwania. Oczywiście, najlepiej rzucając kotwicę przy spokojnej pogodzie, w takich otoczeniach, wśród krajobrazów, jak na olejnych płótnach Pawła.

Fot. 1. Ania  Szostak (JK AZS, Harmoni).
Pozostałe fotografie – Grzegorz Czarnecki (fotografik, członek Polskiego Związku Artystów Fotografików, wydawca Zeszytów Szczecińskich).

(zs), Szczecin, 2014

Jerzy Kuśmider: Wyprawa przez NWP 2014

OLYMPUS DIGITAL CAMERATrzeciego sierpnia (03.08.2014 – przyp. red.) wypłynęliśmy z Nome na Alasce. Na początku była spokojna żegluga; na silniku pod słaby wiatr. Prognozy nie były optymistyczne. Za dwa dni miało dmuchnąć ponad 30 węzłów z północnego wschodu, czyli dla nas oznaczało to sztormowanie pod wiatr.
Następnego dnia, minęliśmy prawą burta Cape Prince of Wales, najdalej na zachód wysunięty punkt Ameryki Północnej. Po lewej burcie mieliśmy dwie wysepki: malutką Little Diomede należącą do USA i obok niej dużą Big Diomede. Nawet tutaj sprawdza się rosyjskie powiedzenie: samoje bolszoje.
Po południu minęliśmy Krąg Polarny. Przy tej okazji był toast i salut z karabinu jachtowego, każdy po kolei strzelał w górę na vivat.
Po dwóch dobach spokojnej żeglugi zaczęło się… Najpierw słońce, które dotychczas krążyło dookoła horyzontu, schowało się za chmury. Wiatr zaczął tężeć. Zbliżyliśmy się trochę do brzegu, gdzie mieliśmy mniejszą falę, ale potem zwrot i znowu kurs na odsłonięte morze; robiliśmy krótkie zygzaki po kilkanaście mil morskich. Cały czas ostro piłowaliśmy pod wiatr do ośmiu stopni w skali Beauforta. Chwilami wiatr trochę słabł do szóstki, żeby znowu pokazać, co to znaczy żegluga za kręgiem polarnym, i tak bez zmian ponad trzy doby.
Temperatura powietrza spadła do 2 stopni Celsjusza. Bryzgi fal zalewały pokład.
Point Barrow, najbardziej na północ wysunięty punkt Alaski, okazał się dla nas bardzo trudny do zdobycia. Przeciwne prądy kręcące z różnych kierunków, chwilami do 3 węzłów i sztormowy wiatr, broniły minięcia tego punktu zwrotnego na trasie Northwest Passage. Dalej nie było łatwo, bo też trzeba było trochę halsować, ale to już relaks w porównaniu do ostatnich dni. Pokazały się pierwsze growlery. Podczas słonecznej, ale mroźnej, pogody, nawet całkiem przyjemnie było je omijać.
Przed nami pokazały się, wybudowane na sztucznych wyspach, platformy wiertnicze, z których wydobywana jest ropa naftowa. Do jednej takiej zbliżyliśmy się bardzo blisko i cała nasza załoga wyszła do kokpitu.
Po płytkiej i gładkiej wodzie sunęliśmy przy brzegu jak na skrzydłach, ostro do wiatru, tylko na małym foku z pomocą silnika.
W nocy widoczność była nie najgorsza, ale w dzień byłoby lepiej lawirować w lodzie, dlatego stanęliśmy na kotwicy pod osłoną Narwhal Island, 10 Mm na południowy wschód od Cross Island. Wachta kotwiczna miała zajęcie, bo trzeba było odpychać lód wciskający się pomiędzy łańcuch kotwiczny i stalowy kadłub jachtu.
Około południa ruszyliśmy dalej. Na zewnątrz było dość zimno: niewiele ponad zero stopni, ale prawie wszyscy siedzieli w kokpicie i z zainteresowaniem oglądali jacht manewrujący pomiędzy growlerami. Chwilami robiło się dość gęste zalodzenie i dziobowy ster strumieniowy bardzo przydawał się do omijania pływającego lodu
W nocy 12. sierpnia przekroczyliśmy granicę USA i Kanady. Wiatr bardzo osłabł i cały dzień płynęliśmy tylko na silniku. Zbliżając się do ujścia rzeki Mackenzie, temperatura wody bardzo wzrosła, aż do 8º C. Z tego powodu było wielkie poruszenie i radość na jachcie. Nie dlatego, że byli chętni na kąpieli w „gorącej” rzece, jak na tutejsze warunki, ale to, że będzie można włączyć odsalarkę wody morskiej, która przy temperaturze wody zaburtowej poniżej 2º C produkuje niesmaczna słodką wodę.
14. sierpnia wpłynęliśmy do portu Tuktoyaktuk, który położony jest w zatoce z płyciznami. Wejście do portu było bardzo dobrze oznakowane pławami i nabieżnikami. Pławy wystawiane są tam tylko na krótki okres letni, bo przez większą część roku całe morze jest pokryte grubą warstwą lodu.
Rzuciliśmy kotwicę z dziobu i rufą zacumowaliśmy do małego pomostu obok drogowej stacji paliwowej.
W miasteczku wszystkie zabudowania są z drewna. Większość, to małe domki, ale jest też kilka budynków rządowych, samorządu ludności miejscowej, dom kultury, przychodnia lekarska, szpital, boisko sportowe z małymi trybunami i kilka sklepów. W każdym publicznym budynku jest napis, żeby zdejmować buty i zostawiać je przy wejściu. Obok pomostu, do którego cumowaliśmy są historyczne „domki eskimoskie” to znaczy nie igloo, ale ziemianki wykonane z drewna i przysypane torfem. Obecnie rozsypują się, ale stanowią ciekawy skansen i przykład jak kiedyś ludzie tutaj mieszkali. Roślinność jest bardzo uboga, nie ma drzew i wszędzie widać tylko gołą ziemię. Teren jest płaski, z dużą ilością jeziorek i lagun. Ulice są bardzo szerokie, żeby zimą było miejsce na odśnieżanie. Tylko jedna główna ulica Beauforta ma utwardzenie. Lokalny cmentarzyk jest trochę zaniedbany. Ciekawostką są kwiaty na grobach, przykryte plastikiem, bo na zimnie i wietrze nie utrzymałyby się długo.
Prognoza pogody znowu była niekorzystna. Dodatkowo odprawa graniczna wydłużała się i nie dało się załatwić jej w tym dniu. Musieliśmy czekać do następnego dnia na jakieś końcowe urzędowe papierki.
Tymczasem rozdmuchał się silny wiatr, kotwica w mulistym dnie nie trzymała i jacht zacumowany rufą niebezpiecznie zbliżał się do pomostu. Dla bezpieczeństwa podnieśliśmy kotwicę i przestawiliśmy się w inne, bardziej osłonięte miejsce. Niebo i morze pokazało się w kolorze czerwonym, tak jakby koś rozlał krew żeglarzy, którzy przez lata zdobywając Northwest Passage stracili swoje życie. Na zewnątrz wiał sztormowy wiatr do 9º Beauforta, a wewnątrz jachtu było przyjemnie i ciepło. Następnego dnia wiatr trochę osłabł i przestawiliśmy się znowu do pomostu. Zacumowaliśmy tak samo jak dzień wcześniej i dokończyliśmy tankowanie.
Po południu ruszyliśmy w drogę. Pierwsze kilkanaście mil żeglugi było przyjemne, bo płynęliśmy pod osłoną brzegu, ale później wyszliśmy na bardziej otwartą wodę. Znowu zaczęła się halsówka pod wiatr. Prognoza pogody przewidywała za jedną dobę, znowu sztormowe wiatry. Chcieliśmy przepłynąć około 100 Mm do Cape Batherst i ewentualnie tam przeczekać sztorm na kotwicy. Niestety halsowanie przez całą dobę, posuwało nas do przodu zbyt wolno i sztorm dopadł nas przed tym przylądkiem. Nie było wyboru i żeglowaliśmy krótkimi halsami do przodu.
Następnego dnia rano uspokoiło się i sunęliśmy po gładkiej wodzie. Na pokładzie było bardzo przyjemnie i ciepło. Święcące słońce dodawało uroku żegludze. Na zewnątrz temperatura wzrosła prawie do 9º C. Daleko za kręgiem polarnym, taką żeglugę można było określić, jak w tropikach.
Pierwszy raz w tym rejsie postawiliśmy grota. W kokpicie podnieśliśmy tylną zasłonę budki, Rzadko bywa, ale tym razem nie tylko wachta siedziała na pokładzie. Na najbliższe dni prognozy były bardziej sprzyjające i zaczęła się wspaniała żegluga, pod pełnymi żaglami.
22. sierpnia wpłynęliśmy do portu Cambridge Bay, który jest największym w Arktyce kanadyjskiej. Portem to jest tylko z nazwy, bo jest to osłonięta zatoczka, z jednym tylko malutkim pomostem, do którego zacumowaliśmy.
Był piątek i w miasteczku zaczynały się jakieś imprezy, i pomost miał być zajęty z tego powodu. Pozwolono nam stać jedynie do godziny 18:00, a potem powinniśmy przenieść się na kotwicę na 24 godziny. Pompowanie pontonu, żeby dostawać się na brzeg, niezbyt nam pasowało.
W Cambridge Bay planowaliśmy, ewentualnie postać dłużej i czekać na informacje lodowe, bo w krytycznych cieśninach lód nadal był nie do przepłynięcia.
Jachty płynące przez Northwest Passage, zarówno te ze wschodu, jak i te z zachodu, w różnych miejscach stały w oczekiwaniu na topnienie lodów. W Gjoa Haven czekały na otwarcie przejścia jachty płynące, tak jak my, z zachodu. My mieliśmy jeszcze do tego porciku ponad 200 Mm bez lodu.
Otrzymaliśmy wiadomość, że te jachty już ruszyły, bo lody zaczynają puszczać. To chyba było głównym powodem decyzji nie czekania. Po 4 godzinach postoju w Cambridge Bay ruszyliśmy dalej.
Następnego dnia rano, woda była gładka; warunki można było porównać do Mazurskich Jezior w bezwietrzną pogodę.
Dla odmiany dwanaście godzin później pokazały się pojedyncze growlery. Po zachodzie słońca, zaczęło robić się coraz gęściej od lodu. Na jednej małej krze, którą minęliśmy bardzo blisko, siedziała foka. Popatrzała na nas i bez zainteresowania przytuliła swoja główkę do lodu, tak jak leżała wcześniej. Kawałek dalej na znacznie większym lodzie, jak przystało na jego wielkość, leżała większa foka, ale ta z kolei była wystraszona naszą obecnością i leniwie zsunęła się do wody. W ciągu nocy przepłynęliśmy cieśninę Simpson Strait.
24. sierpnia, w niedzielne południe zakotwiczyliśmy w Gjoa Haven. Jest to małe miasteczko, znacznie mniejsze niż Cambridge Bay. W całej zatoce nie ma pomostu do cumowania jachtu wielkości „Lady Dana 44”, dlatego musieliśmy zakotwiczyć. W Gjoa Haven podobnie jak w innych miasteczkach Arktyki, ulice to szerokie nieutwardzone drogi, bo praktycznie nie jest to potrzebne. Przez większą część roku wszystko pokryte jest śniegiem.
Domki wybudowane z drewna są małe, w każdym z nich zwykle mieszaka bardzo dużo osób z kilku pokoleń. Spowodowane to jest bardzo dużym przyrostem naturalnym, największym w Kanadzie. Dlatego jest tu duży problem mieszkaniowy. Miasteczko zamieszkuje około 1400 osób, głównie Inuitów.
Ojciec Łukasz Zając, Oblata z Polski jest administratorem i jedynym katolickim duchownym w miasteczku.
Obsługuje trzy misje w okolicznych osadach Inuickich. Od razu zaprosił nas na swoją plebanię, która mieści się w budynku kościelnym, za ołtarzem.
Na wzgórzu, z widokiem na całą zatokę, stoi pomnik, z tablicami informacyjnymi oraz zdjęciami, upamiętniający Roalda Amundsena. Spędził on tutaj dwie zimy 1903-5 podczas historycznej podróży przez cały Northwest Passage, którą zakończył w roku 1906.
25. sierpnia po południu ruszyliśmy dalej. Następnego dnia rano przeszliśmy małe pole lodowe. Na krótko pokazała się woda czysta od lodu, ale wkrótce pojawiła się na horyzoncie zapora lodowa nie do przebycia. Zakotwiczyliśmy w Oscar Bay, na głębokości około 10 m. Wiatr i prąd pływowy wyraźnie przesuwał masy lodowe. Pokazały się duże growlery przepływające blisko burt. Jeden z nich dość pokaźnych rozmiarów zbliżył się do jachtu i padła decyzja podniesienia kotwicy. Niestety kotwica była już pod tą dużą masą lodową. Wybiegli wszyscy na pokład i zaczęło się odpychanie jej bosakami i bambusowymi tyczkami. Manewrując silnikiem i sterem strumieniowym przy jednoczesnym odpychaniu tyczkami udało się wypłynąć. Popłynęliśmy w inne miejsce, gdzie lodu było mniej i ponownie zakotwiczyliśmy.
Wieczorem wiatr południowo wschodni zaczął wzmacniać się i wkrótce wiała już szóstka Beauforta. Staliśmy pod osłoną niskiego brzegu, i krótka fala rzucała jachtem. Normalnie w podobnej sytuacji chciałoby się, żeby taki wiatr osłabł, ale w tej sytuacji cieszyliśmy się, że wieje z tego kierunku, bo odpychał pole lodowe.
Wieczorem spadł pierwszy w tym rejsie deszcz, chwilami nawet ulewny.
27. sierpnia rano wiatr ucichł, ale za to pojawiła się mgła. Pole lodowe zostało odepchnięte od brzegu i pokazała się czysta woda bez przeszkód. Trzeba było wytężać wzrok, bo radar mało pokazywał. Z mgły wyłoniło się pole lodowe. Zaczęliśmy omijać je kierując się do brzegu, ale pole nie kończyło się. Nie było wyboru i ruszyliśmy z powrotem, żeby okrążyć pole lodowe z drugiej strony. Lód cały czas przemieszczał się i tam gdzie go nie było wcześniej, później był.
Pole lodowe zaczęło zagęszczać się i w rezultacie zamknęło się całkowicie ze wszystkich stron jachtu. Odpychanie bosakami i tyczkami nie dużo dawało. Każde ruszenie silnikiem do przodu lub tyłu powodowało ocieranie się lodu, często z wielkim hukiem dodającym wrażenia i majestatu Arktyce. Na lodzie widać było czerwoną farbę, zdartą z pomalowanego dna jachtu. Sprawiało to wrażenie jak byśmy krwawo rozjechali jakiegoś wieloryba.
Stanęliśmy w polu lodowym i zaczęliśmy dryfować razem z nim do tyłu, bo prąd zmienił kierunek a wczorajszy wiatr południowo wschodni już się wywiał. Trwało to pewien czas zanim coś zaczęło ruszać się na wodzie i z wielkim trudem wyszliśmy z tej pułapki na bardziej otwartą wodę. Siedząc w kabinie, a szczególnie leżąc w koi, każde otarcie lodu sprawiało wielkie wrażenie. Dźwięk pracy silnika był miernikiem sytuacji. Kiedy słychać było manewry silnikiem: zwalnianie, do przodu, do tyłu lub praca steru strumieniowego, oznaczało to, że wachta pokładowa walczy z lodem. Dla odmiany, jak słychać było równomierny rytm pracy silnika była ulga, bo oznaczało to, że płyniemy po wodzie bez lodu, przynajmniej na krótko zanim znowu słychać było ocieranie lodu o burtę.
Na noc chcieliśmy zakotwiczyć w zatoczce, ale nie było szans, bo przy brzegu lód był gęstszy. Stanęliśmy w dryfie w gęstym polu lodowym, bo nie było już możliwości płynięcia. Słaby wiatr, który zmienił kierunek na północno-wschodni, oraz prąd morski, pchały lód a razem z nim jacht z prędkością około pół węzła, w kierunku przeciwnym do naszego zamierzonego kursu. Spokojne stanie w polu lodowym, chwilami sprawiało wrażenie, że cumujemy w marinie, ale co jakiś czas głośne ocieranie o burtę poruszających się po wodzie growlerów sprowadzało nas do rzeczywistości.
Około południa przy brzegu nie widać było lodu, potem długi lodowy jęzor wzdłuż brzegu a następnie obszar znowu czystej wody, do której zbliżaliśmy się wychodząc z gęstego pola lodowego i szybko ruszyliśmy dalej w kierunku Cieśniny Bellota.
29. sierpnia rano, zbliżyliśmy się do Cieśniny Bellota. W zamgleniu zobaczyliśmy trzy jachty płynące ze wschodu, które wcześniej czekały na możliwość przepłynięcia.
W cieśninie, zgodnie z oczekiwaniem pokazał się lód, ale to było nic w porównaniu z naszym wcześniejszym doświadczeniem z polem lodowym. Wszyscy wybiegli na pokład z aparatami i kamerami. Było to wielkie wydarzenie, bo podobnie jak Kanał Panamski, ta cieśnina praktycznie też dzieli Pacyfik od Atlantyku. W samej cieśninie żegluga była spokojna, jedynie trzeba było trochę lawirować pomiędzy growlerami. Przy końcu cieśniny, prawą burtą, minęliśmy najdalej wysunięty na północ punkt stałego kontynentu amerykańskiego.
Wieczorem zakotwiczyliśmy w Fort Ross, który jest w małej zatoczce, na brzegu, której nie ma żadnej zabudowy mieszkalnej. Jedynie stoją dwa niezamieszkałe historyczne domki Hudson Bay Company.
Na środku zatoki stał na kotwicy norweski holownik „Tandeberg Polar”, ciągnący sprzęt do wydobywania wraków. Holownik ten płynął do Cambridge Bay w celu podniesienia z dna historycznego statku „Maud”, Roalda Amundsena.
Po przejściu Bellot Strait można już było przyjąć, że lody nas nie zatrzymają i osiągniemy cel wyprawy przez Northwest Passage. Na nasze wieczorne party z tej okazji, zaprosiliśmy dwóch Norwegów z holownika, którzy podpłynęli do nas na dinghy.
Jeden z domków na brzegu, jest miejscem kultowym przepływających jachtów. Drzwi wejściowe, dla ochrony przed niedźwiedziami polarnymi, są zastawione deskami. Najpierw trzeba wszystkie te deski po kolei wyjąć i odstawić na bok. Wtedy można dopiero otworzyć drzwi i wejść do środka. Wewnątrz jest całkiem dobrze zagospodarowany domek traperski. Na ścianach, na deskach obramowujących łóżka i wszędzie tam gdzie jest jeszcze miejsce, są pamiątkowe napisy, często z ciekawymi rysunkami tych, co tutaj byli. Bez trudu odnaleźliśmy napisy jachtów: „Nekton” i „Stary”, które były w roku 2006, oraz jachtu „Katharsis II” w roku 2012.
Oczywiście my zostawiliśmy nasz wpis na ścianie, z listą całej naszej załogi. W księdze pamiątkowej leżącej na stole, też zostawiliśmy nasz wpis. Po południu ruszyliśmy dalej.
Następnego dnia rano zaczęło pokazywać się coraz więcej lodu. Growlery widziane w słońcu mieniły się różnym barwami. Wpłynęliśmy w gęste pole lodowe i znowu nie było widać gdzie płynąć dalej, wszędzie dookoła był tylko lód. Stanęliśmy w dryf i spokojnie zjedliśmy śniadanie. Po jakimś czasie powoli ruszyliśmy, cały czas manewrując w lodzie. Na wodzie pomiędzy bryłami lodu, widać było coś w rodzaju kaszki lodowej. To był nowy lód, który powstał w nocy podczas niższej temperatury. W ciągu dnia topił się, ale kilka chłodniejszych dni może stworzyć nowy lód, który byłby nie do przebicia się. To był znak końca krótkiego arktycznego lata i zbliżającej się zimy.
Pierwszego września, nad ranem, osiągnęliśmy najdalej na północ wysunięty punkt naszej wyprawy 73º 53’N.
W cieśninie Lancaster Sound była wspaniała żegluga,; wiał wiatr zachodni o sile około 5º Beauforta. Na samym grocie i ze sprzyjającym prądem, sunęliśmy po sfalowanym morzu z prędkością ponad 8 węzłów.
Zbliżając się do cieśniny Navy Board Inlet, która prowadzi do Pond Inlet, zobaczyliśmy pierwsze prawdziwe duże góry lodowe. Płynąc przez cieśninę oglądaliśmy wspaniałe widoki lodowców z jęzorami dochodzącymi do poziomu morza.
Drugiego września, wcześnie rano, zakotwiczyliśmy w Pond Inlet. Jest to małe miasteczko, w którym mieszka około 1600 mieszkańców. Dla nas był to ostatni port w Kanadzie. Na pontonie przeprawiliśmy się na brzeg i zwiedziliśmy miasteczko. Po południu podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy przez cieśninę, obierając kurs na Grenlandię.
Zatoka Baffina przywitała nas słabym wiatrem północnym. Mijały kolejne dni otwartej żeglugi. Wiatr północny rozdmuchał się i gnał nas do przodu z prędkością chwilami przekraczającą 10 węzłów. Postawiliśmy foka na spinaker bomie i grota na motyla; była to wspaniała żegluga. Trzeba było uważać na góry lodowe, które mijaliśmy w dość dużej odległości, a szkoda było nam czasu na podpływanie do nich w celu sesji fotograficznej.
7. września przekroczyliśmy Krąg Polarny. W tym miejscu oficjalnie zaliczyliśmy całe Przejście Północno Zachodnie, czyli od kręgu na Pacyfiku do Atlantyku. Znowu był salut z karabinu pokładowego.
8. września zacumowaliśmy w porcie Nuuk na Grenlandii.
Ja wyokrętowałem się, ale wyprawa dookoła Bieguna Północnego trwała nadal.

                                                                                      Jerzy Kuśmider, 1.11.2014, pisane z Afryki

_______________________________________________________________________________________________________

Jerzy Kuśmider – ur. 1950 r. kapitan jachtowy( 1975); działacz klubów żeglarskich w Warszawie (Pałac Młodzieży, PTTK Bryza, SKŻ PW) i PKM w Gdańsku; absolwent Politechniki Warszawskiej (1976). Od 1977 na emigracji; w Vancouver (Kanada) mieszka od 1981. Właściciel i budowniczy jachtu s/y „Varsovia”. Od 1985 liczne rejsy – głównie samotne po Pacyfiku (ok. 40 tys. Mm). W 2014 rejs na Northwest Passage w załodze jachtu „Lady Dna 44”. Działacz polonijny. Autor książki „Samotnie przez Pacyfik”, „Varsovią na Hawaje” oraz licznych publikacji w Kanadzie, USA i w Polsce.