Archiwa kategorii: Wspomnienia

(zs): STS „Kapitan Głowacki”

Jeśli, cytując Conrada: „porty są do niczego – statki gniją, ludzie schodzą na psy”, to casus brygantyny STS Kapitan Głowacki jest wręcz modelowym tego przykładem. Przeholowany do portu na środkowym Wybrzeżu czeka (oby nie – „gnije”!) na remont klasowy.

„Co dalej ze statkiem?!” – pyta i apeluje osoba ongiś mocno zaangażowana w „Szczecińską Szkołę pod Żaglami”, właśnie na owej brygantynie – „mam nadzieję, że podjęta inicjatywa, by odbudować żaglowiec, choć milcząca ostatnio, nadal nie została zagubiona.”

Tymczasem decyzją nr 1518/2017 z 14.09.2017 roku Zachodniopomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Szczecinie żaglowiec Kapitan Głowacki został wpisany jako zabytek do rejestru zabytków ruchomych techniki.

Document-page-001 Document-page-002 Document-page-004 Document-page-005 Document-page-006Document-page-003

Zamieszczono na prawach cytatu bez komercyjnego wykorzystania.

Kadłub obecnej brygantyny został zbudowany w stoczni niemieckiej w Świnoujściu pod koniec II wojny światowej. Po wojnie podniesiony z dna w pobliżu toru wodnego Szczecin – Świnoujście, pod koniec lat czterdziestych został przetransportowany do Gdyni w celu przebudowy na jednostkę żaglową (kecz gaflowy). Początkowo nadano mu nazwę Rybak (GDY-180), którą wkrótce zmieniono na Henryk Rutkowski (GDY-180). Po przejęciu jednostki przez ośrodek żeglarski Ligi Obrony Kraju w Jastarni (w 1967r.) zachowano nazwę Henryk Rutkowski (PZ-2). Kolejnym właścicielem jachtu stał się Centralny Ośrodek Żeglarstwa Polskiego Związku Żeglarskiego w Trzebieży (od 1970r.) i nowy właściciel … zmienił nazwę na Biały Słoń (PZ-2); ale tylko chwilowo bo wkrótce powrócono do poprzedniej nazwy Henryk Rutkowski i po kilkunastu latach „burzliwej” eksploatacji, w połowie lat osiemdziesiątych dokonano przebudowy na brygantynę. Głębokie zmiany polityczne w Polsce dosięgły także „Rutka” – ktoś przypomniał sobie (a może wszyscy wiedzieli, ale nie wypadało głośno mówić, a i oficjalna historia była „inna”), że Henryk Rutkowski, którego imię nosi dostojna brygantyna to:  „działacz komunistyczny, rozstrzelany w 1925 roku za zabójstwo kilku osób, w tym policjanta. W czasach PRL uznawany za bohatera ruchu robotniczego”, więc nazwę zmieniono na Kapitan Głowacki (na cześć znanego działacza i popularyzatora żeglarstwa). Dziś przed „Rutkiem” – „Głowasiem”, jak niektórzy zdrobniale mówią, wyzwania poważniejsze niż zmiana nazwy… choć nazwa Biały Słoń, w zasadzie neutralna politycznie, była ciekawym i „bezpiecznym” pomysłem.

(zs)

Małgorzata Krautschneider: The Vela

 

Małgorzata KrautschneiderROZDZIAŁ 20

W drodze na Islandię

(…)

Któregoś dnia, wczesnym rankiem, po raz pierwszy ujrzałam wybrzeże Islandii. Oglądać wyspę na własne oczy było czymś zupełnie innym niż marzyć o niej. Widok rzeczywistej Islandii na horyzoncie wywołał we mnie euforię. Zapomniałam o incydencie z jedzeniem. W mojej wyobraźni, triumfalnie, wysyłałam już pocztówki z Islandii do adresatów z długiej listy osób, które powątpiewały w sukces naszej wyprawy.

Obudziłam Rudę i Pavla. Od razu chciałam przygotować wszystkie liny i odbijacze niezbędne do zacumowania.

Ruda wyśmiał mnie i stwierdził: „Jesteśmy jeszcze za daleko”.europe

Miał rację. Wysokie, pokryte śniegiem góry sprawiały wrażenie, że są znacznie bliżej niż były w rzeczywistości. Podpłynięcie do nich zajęło nam wiele godzin. Ja jednak uparcie wywlekałam na pokład wszystkie liny cumownicze. Chciałam być doskonale przygotowana, aby zapobiec chaosowi podczas manewrów podejścia do kei. Przede wszystkim zaś przytłaczały mnie moje własne oczekiwania i musiałam dać upust emocjom.

Teraz już wszyscy patrzyliśmy z zachwytem, zahipnotyzowani widokiem lśniącego lodowca. Zbliżając się do wschodnich wybrzeży Islandii, ujrzeliśmy Vatnajökull, jeden z największych lodowców w Europie. Gdzieś tam daleko na południu Islandii leży Surtsey, pomyślałam sobie. Słynna w owym czasie wyspa, utworzona w wyniku erupcji wulkanicznej działała na moją wyobraźnię. My jednak zmierzaliśmy ku wschodniej części Islandii, do miasta Seyðisfjörður leżącego nad fiordem o tej samej nazwie.

(…)

ROZDZIAŁ 21

Seyðisfjörður – Islandia

Andrzej rysunkiZbliżaliśmy się do wybrzeża, poszukując wejścia do fiordu Seyðisfjörður, które ze względu na nasz kąt podejścia nie było widoczne – zasłaniały je wysokie góry. Wyciągnęłam locję, „Arctic Pilot”, książkę wydaną przez Admiralicję Brytyjską, stanowiącą wielowiekowy zbiór doświadczeń dawnych żeglarzy, zawierającą również rysunki fragmentów linii brzegowej. Porównywaliśmy widoczne kontury lądu na horyzoncie z rycinami w książce. Byliśmy podekscytowani, a ta „zgadywanka” była dla nas pasjonującą zabawą.

Jak gdyby nie dość tych niezwykłych okoliczności, napotkaliśmy wieloryba. Pojawił się nagle obok nas, za rufą jachtu. Ogromne stworzenie sapało i majestatycznie przewalało się na falach. Wieloryb był większy niż Vela i być może jedno machnięcie ja_002ego ogona mogło uszkodzić łódź. Ponieważ wiatr był słaby, niemal tkwiliśmy w miejscu i nawet nie było możliwości ucieczki. Kiedy myślałam o tym później, wydawało się, że była to scena niczym z książki przygodowej, jednak w chwili, gdy zdarzenie miało miejsce, byliśmy niepomni zagrożenia, jedynie zafascynowani zwierzęciem. Studiowałam biologię morza, a teraz miałam okazję zobaczyć to wyjątkowe zwierzę na własne oczy. Obserwowałam z ciekawością opary wody, które wieloryb wydmuchiwał przez nozdrza. Pamiętam rozczarowanie – fontanna nie była aż tak duża, jak to sobie wyobrażałam. Dla Rudy w przyszłości, podczas długich rejsów, spotkania z wielorybami miały stać się powszechne. Skorzystał nawet z możliwości podrapania jednego z nich własną stopą po grzbiecie.

U ujścia fiordu kręciło się kilka statków rybackich. Nie wykazywały nami żadnego zainteresowania. Rozpierała mnie pycha, że jesteśmy na Islandii (i chyba wydawało mi się, że wszyscy powinni witać nas z aplauzem). Poruszaliśmy się na żaglach bardzo wolno, aż wkrótce wiatr całkiem ustał. Znosiło nas na prawą stronę fiordu. Silnik był mocno przymocowany linami do relingu. Jego uruchomienie było zawsze trudne i wymagało dwóch osób. Tymczasem Ruda nawet nie obudził Pavla, który odpoczywał po wachcie pod pokładem. Zaczęłam się denerwować i miałam pretensję do Rudy, że nie jesteśmy przygotowani na taką sytuację. Jacht tracił sterowność. Wzdłuż prawej krawędzi fiordu zobaczyłam silny prąd, jakby w morzu płynęła rzeka. „Wiosła!” Ruda wziął ster i wcisnął mi jedno wiosło z naszego pontonu. Wiosła okazywały się dotąd bardzo użyteczne w manewrach portowych, teraz jednak dryfowaliśmy na skały! W panice wiosłowałam z całych sil, jakby przyszło mi walczyć o życie. Ruda wiosłował z drugiej strony łodzi pilnując jednocześnie steru i wyglądał spokojnie, jakby odpychanie się od skał zdarzało mu się codziennie.

Na szczęście, wiosłując, nabraliśmy wystarczającej szybkości, aby oddalić się od brzegu i uniknąć spotkania z kotłującym się nurtem prądu. Złapaliśmy wiatr. Pozostawałam u steru, kierując Velę na sam środek długiego fiordu. To było jak wejście do świątyni. Przez cały czas spoglądałam w górę, bo widoki były niewiarygodnie piękne. Z gór spływały wodospady, które kryły się w dolinie fiordu. Woda spadała z ogłuszającym hukiem. Czułam się bardzo mała, przytłoczona naturą.

Podpłynęliśmy do miasta, rozciągniętego u krańca fiordu i rozglądaliśmy się, szukając dogodnej przystani. Tymczasem przed dziobem Veli pojawiły się dwie dziewczyny, które postanowiły się wykąpać. Niczym syreny, podpłynęły do ​​nas ze śmiechem. Ruda zapytał je o coś, a one szybko wspięły się na pokład. Były to siostry: blondynka miała na imię Helen, a brunetka – Heidbjört. Radosne, młode Islandki, ubrane tylko w bieliznę, przyciągały wzrok Rudy i Pavla. Obaj byli rozproszeni, chociaż manewry związane z zacumowaniem jachtu wciąż nas czekały. Byłam zmarznięta, zmęczona, a poza tym nagle poczułam się dziecinnie zazdrosna.

Kiedy zacumowaliśmy przy molo, dziewczyny pożegnały się z nami i zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, jak blisko już niebawem będzie z nimi spleciony mój los.

(…)

ROZDZIAŁ 23

Pavel opuszcza jacht

Planowaliśmy kontynuować rejs na północ albo przynajmniej opłynąć Islandię dookoła. Ambicją Rudy było dotarcie za krąg polarny. Skrycie marzył o dotarciu na Jan Mayen, wyspę leżącą około 370 mil morskich na północny wschód od Islandii, albo do wschodnich wybrzeży Grenlandii. Rozmawialiśmy o tym przed wyjazdem. Wiedzieliśmy, że nasze możliwości są ograniczone. Vela była wykonana z drewna i mogła nie przetrwać spotkania z lodem. Zaproponowałam więc, żebyśmy pożeglowali do Akureyri, na północnym wybrzeżu Islandii, a potem ewentualnie wyruszyli w rejs dookoła wyspy. Nasze plany jednak nieoczekiwanie uległy zmianie, kiedy okazało się, że będziemy płynąć bez Pavla.

„Pavel jedzie do Reykjaviku, stolicy Islandii, a stamtąd poleci samolotem”, wyjaśnił mi Ruda, nie okazując szczególnego smutku i żalu. Byłam dosyć zszokowana. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak poradzimy sobie ze wszystkim sami, tylko we dwójkę.

(…)

ROZDZIAŁ 24

Za krąg polarny – tylko my dwoje

(…)

Żeglowanie we dwoje było zupełnie innym doświadczeniem. Konieczność polegania wyłącznie na sobie nawzajem spowodowała nagły wzrost naszej wzajemnej zależności. Czuliśmy wobec siebie większą odpowiedzialność, a nasze wzajemne uczucie umocniło się.

Płynęliśmy wzdłuż wybrzeża. W miarę jak przemieszczaliśmy się coraz bardziej na północ, temperatura spadała, widoczność słabła i częściej padał śnieg.

Trzymaliśmy sześciogodzinne wachty. Na początku sterowanie było jeszcze znośne, później jednak – w miarę jak żeglowaliśmy coraz bardziej na północ – siedzenie w bezruchu, ze sterem w dłoniach, stawało się udręką.

Nawet w środku Veli nie dało się rozgrzać. Schodząc z wachty musiałam jeszcze złapać sygnały radiowe i sprawdzić naszą pozycję. Zabierałam radio do koi i wchodziłam do śpiwora.

Przez pierwszych kilka godzin nie byłam w stanie zasnąć, bo trzęsłam się z zimna. A kiedy jako-tako się rozgrzewałam, trzeba było zastąpić Rudę na wachcie.

Moje stopy były non stop zimne. Kalosze były za ciasne. Ściśle mówiąc, buty miały dobry rozmiar, ale w grubych wełnianych skarpetach nie byłam w stanie poruszać palcami. Ruda nie miał tego rodzaju problemu. Jego kalosze, których używał podczas pracy w lasach i przy pracy w oborze, były zaopatrzone w filcową wkładkę. Na początku rejsu tego rodzaju buty wydawały mi się bardzo ciężkie i nie dość eleganckie na jacht.

Ruda wynalazł grzejnik! Wykonał go z kawałka styropianu, który kiedyś znalazł w śmieciach razem Pavlem. Siedząc, kładliśmy go pod pośladki – styropian dobrze izolował od zimnego pokładu. Ruda przełamał kawał styropianu, a ja włożyłam go w stopy w moim śpiworze. Kiedy dotykałam styropianu, miałam złudzenie ciepła. Uwielbiałam to uczucie i od tej chwili nie rozstawałam się z tego rodzaju „wsparciem”. Niebawem zaczęłam nosić styropian pod ubraniem, na brzuchu i na plecach.

Znaleźliśmy się w położeniu 66° 33′ 39” szerokości geograficznej północnej i oto, po długim rejsie, znaleźliśmy się za kręgiem polarnym. Minęliśmy półwysep Langanes na północno-zachodnim krańcu Islandii, a następnie zbliżyliśmy się do Grimsey, małej wyspy leżącej dokładnie na kole podbiegunowym. Było tam lotnisko, udało mi się więc złapać dobry sygnał radiowy.

Byliśmy podekscytowani tym, że tak daleko dopłynęliśmy. Nasza Vela była na pewno najmniejszą łodzią pod czeską banderą, która przekroczyła koło podbiegunowe, używając tylko żagli. Jednak rejs stawał się coraz trudniejszy.

Popsuła się kuchenka gazowa, nie mogliśmy więc podgrzewać sobie jedzenia. Do dyspozycji mieliśmy tylko suchy prowiant, a właściwie zimny „kit”. Nigdy nie zapomnę, jak pewnego razu Ruda wziął kubek i podgrzał odrobinę mleka z puszki nad płomieniem świecy. Choć było tylko letnie, dla mnie, dygocącej za sterem, było prawie jak wrzątek!

Dni i noce niczym nie różniły się od siebie. Przez cały czas było jasno, panowało arktyczne lato. Po wielogodzinnym czuwaniu za sterem można było stracić kontakt z rzeczywistością. Poruszaliśmy się po omacku, we mgle. Czasami padał śnieg. Było pięknie. Nieustanna wilgoć i zimno sprawiały jednak, że czułam się letargiczna i apatyczna. W końcu przestałam odczuwać chłód. Zaczęliśmy sobie wzajemnie przedłużać wachty. Nie chciałam budzić Rudy, bo wiedziałam, że dopiero po czterech godzinach można się rozgrzać i zasnąć.

Nie spodziewałam się takiego rozsądku ze strony Rudy, byłam więc zaskoczona, kiedy postanowił, że trzeba wracać do Seyðisfjörður. Z żalem porzucałam nasze plany, ale w głębi duszy czułam, że to była dobra, prawdziwie „kapitańska” decyzja.

IMG_4554   Ruda Krautschneider, kapitan Veli na Islandii 1977 r

(…)

ROZDZIAŁ 26

Życie w islandzkiej rodzinie

Zostałam przyjęta do rybackiej rodziny Johana Johanssona. Już wcześniej zetknęłam się z jego córkami, Helen i Heidbjört – to one urządziły sobie kąpiVela 16el w fiordzie. Teraz Ruda i ja mieliśmy okazję poznać również jego żonę, Ingę, a także pozostałych członków licznej rodziny Johana.

Wszyscy zostawiali buty na progu przed głównymi drzwiami wejściowymi do domu, podobnie jak to robiło się w Czechach.

                                                                                                                                                                                             Inga, Fjola i ja w Seydisfjordur, Islandia, sierpień 1977r

Nigdzie indziej nie spotkałam się z równie ścisłym przestrzeganiem „reguł domowych”. A jednak stosunki rodzinne cechowała tolerancja i wolność, jakiej nigdy wcześniej nigdzie nie widziałam.

Heidbjört oddała mi własny pokój, który dzieliła ze swoją siostrą Helen. Helen miała już osiemnaście lat, więc mogła mieszkać ze swym chłopakiem. Na cały dzień wszyscy gdzieś znikali. Przeważnie spędzałam czas samotnie, leżąc w łóżku i czekając na odwiedziny Rudy i powrót pozostałych członków mojej „rodziny”. Heidbjört pozwoliła mi słuchać płyty z musicalu „Evita”, który w owym czasie święcił triumfy na szczytach list przebojów. Słuchałam jej po wielokroć, wciąż od nowa.

Inga i ja oglądałyśmy razem telewizję. Pewnego dnia – był to 16 sierpnia 1977 – dotarła smutna wieść: zmarł Elvis Presley. Wszyscy zaczęli płakać. Nigdy nie zapomnę, że byłam w tamtym czasie na Islandii. Wydarzenie to przypomniało mi, że nie powinniśmy przebywać tu aż tak długo – robiło się późno. Chociaż lekarz zalecił mi przynajmniej dwutygodniowy pobyt w cieple, Ruda już myślał o powrocie.

Inga wciąż robiła dla mnie na szydełku czapkę. Wcześniej zdążyła już skończyć rękawiczki i szalik – wszystko z oryginalnej islandzkiej wełny. Oznajmiła, że ​​nie wolno nam wypłynąć przed ukończeniem czapki.

Każdy starał się przychylić mi nieba. Nigdy wcześniej nie jadłam tylu ciastek z bitą śmietaną. Była to przyjemna zmiana po papce Rudy. Ruda starał się hamować mój apetyt, spoglądając na mnie z wyrzutem. Odczuwaliśmy ogromną wdzięczność wobec rodziny Johana, lecz w żaden sposób nie byliśmy w stanie im się odpłacić.

Ruda zabawiał więc naszych Islandczyków, jak to on potrafił i już niebawem wszyscy go pokochali. Cieszyliśmy się dużym wzięciem i musieliśmy brać udział w wielu organizowanych dla nas biesiadach. Czasu było niewiele. Fjola, siostra Ingi, wyraziła żal, że ​​nie zdoła zaprosić nas do siebie. Wyczuwając rywalizację o nasze względy, staraliśmy się nie być obojętni na serdeczność ze strony Fjoli i dzielić naszą uwagę i serdeczność równomiernie pomiędzy siostry.

Islandczycy, których mieliśmy okazję poznać, byli wykształconymi ludźmi. Przeczytali wiele książek. Inga powiedziała nam również, że w przeszłości wyjeżdżała do Reykjaviku, aby studiować z córkami w czasie długich zim. Okazało się, że Inga może pochwalić się znajomością ważnych dzieł literatury czeskiej. Ruda był wrażliwy na punkcie swojej kultury, więc Iga bardzo urosła w jego oczach. Musiałam przyznać, nie wiedziałam o literaturze czeskiej tyle, co ona. Ruda przechwalał się, że przeczytał powieść „Salka Valka” islandzkiego noblisty Halldora Laxnessa. Kiedy byłam nastolatką, również moją ulubioną lekturą były skandynawskie sagi. W domu miałam też Laxnessa „Dzwon Islandii”. Nieśmiałość nie pozwalała mi włączyć się do rozmowy i – chociaż chyba lepiej od Rudy znałam język angielski – rzadko zabierałam przy nim głos. Ruda świetnie sobie radził w każdej sytuacji.

Życiem na lądzie władały kobiety, żony rybaków. Kiedy Johan Johansson pojawiał się w domu, w jego rodzinie było to duże wydarzenie. Wszyscy – nie tylko rodzina – traktowali go z wielkim szacunkiem. Był posłem do Althingu – Parlamentu Islandzkiego. Althing został założony w 960 roku, co czyni z niego najstarszą instytucję parlamentarną na świecie. W pewien weekend byłam świadkiem, jak Johan Johansson wyjeżdżał do Reykjaviku. Tego dnia czułam się dość niezręcznie. Było to prawdziwe „trzęsienie ziemi”. Uwaga wszystkich skupiona była tylko na panu domu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy byli podekscytowani, mówili głośno, kręcili się po domu, wpadali do jednego z pokoi po odzież.

Byliśmy już wystarczająco zaniepokojeni z powodu burzliwej pogody, którą moglibyśmy napotkać po drodze do domu. Ruda wierzył, że będę w stanie żeglować z nimi i chciał mnie „uprowadzić”. Rozmawiał długo z Ingą, która nie chciała mnie wypuścić spod swoich skrzydeł. Była to nasza ostatnia szansa na opuszczenie Islandii przed zimą.

Pewnego dnia zatem Inga musiała się poddać i oddać mi niedokończoną czapkę. Uwielbiałam wszystko, co zrobiła dla mnie z prawdziwej islandzkiej wełny, pomagając mi zachować ciepło na morzu i na lądzie przez wiele przyszłych lat. Mimo, że czapka była na moją głowę za mała i nie mogłam jej naciągnąć na czoło, nie chciałam się z nią rozstawać.

Po naszym powrocie matka Rudy przez długie lata pozostawała w kontakcie z islandzką rodziną. Pielęgnowała tę niezwykłą przyjaźń za swojego syna, pisząc po niemiecku i w języku esperanto. Miała wielu przyjaciół z esperanckich kręgów, rozsianych po całym świecie, dumna z syna, pisała im o jego wyprawach. Wierzyła w misję tego języka i próbowała zarazić tym innych. Ruda nigdy jednak nie traktował tego poważnie i odmawiał pomocy, którą mógłby otrzymać tą drogą.

(…)

Małgorzata Krautschneider

_________________________________

rysunki wykonane na podstawie zdjęć –  Andrzej Wojtasik; fotografie z archiwum Małgorzaty Krautschneider

_____________________________________________________________________________________________________

Małgorzata Krautschneiderw połowie lat siedemdziesiątych XX w.  ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego  w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA. 

 

(zs): Jacht Klub AZS Szczecin: żeglarstwo regatowe – 1970, 1971 rok.

zdj od A. Soko?owskiegoW sierpniu 1970 roku w Gdyni na wodach Zatoki Gdańskiej i na pełnym morzu odbywają się Morskie Żeglarskie Mistrzostwa Polski połączone z Międzynarodowym Tygodniem Zatoki Gdańskiej. Żeglarze akademiccy ze Szczecina startują na Swantewicie prowadzonym przez Wojciecha Jacobsona (w załodze, m.in. Antoni Brancewicz). W kl. II RORC zajmują bardzo wysokie miejsce – 2. na 23 startujące jachty (MTZG; MŻMP są na 7. miejscu); na Pegazie regatowe doświadczenie zdobywa Jerzy Madeja (MTZG – 9m, MŻMP – 8m), a na nowym nabytzdj od A. Soko?owskiegoku Jacht Klubu AZS, zbudowanym w szczecińskiej Morskiej Stoczni Jachtowej, jachcie Dal II (typ Orion) kpt. Eugeniusz Ryżewski z załogą: Hanna Kuźnicka, Andrzej Sokołowski, Michał Jósewicz, J. Żuchowicz, A. Bogdanowicz plasuje się w kl. III RORC na 4. miejscu na 9 jachtów startujących.

MŻMP/MTZG, Gdynia 1970r.  Przy ścianie falochronu, stoją żeglarze JK AZS Szczecin, od lewej:  Jędrzej Porada, Stefan Gruszczyński, Antoni Brancewicz, Antoni Rosner, Gieniu Ryżewski, Andrzej Marczak (stoi tyłem), Wojciech Jacobson, Jerzy Madeja. Fot. A. Sokołowski.

zdj od A. Soko?owskiego (by? w za?odze Dali II).

DSC00033

 

Nowy jacht wymaga drobnych zmian technicznych poprawiających jego stateczność, poprawienia trymu jednostki; załoga również dopiero go poznaje, ale już widać regatowy potencjał.

 

Fot. A. Sokołowski

 

http://bogdanfijalkowski.pl/yachting/

http://bogdanfijalkowski.pl/yachting/

 

W regatach startuje jeszcze azetesowki, nie pierwszej już młodości, Nadir, na którego pokładzie, jest tylko jeden człowiek – Krzysztof Baranowski. Dla tego żeglarza, wywodzącego się z wrocławskiego AZS-u, regaty te są przygotowaniem i klasyfikacją do transatlantyckich regat samotnych żeglarzy OSTAR 72.

 

W Akademickich Żeglarskich Mistrzostwach Polski (1970) w kl. Ok.Dinghy bardzo dobre – drugie miejsce zajmuje młody zawodnik Dariusz Kłokocki; potwierdzi swoje możliwości na regatach w Rostocku zajmując szóste miejsce na 23 startujące jednostki, w Mistrzostwach Okręgu Juniorów – 2m/9, a także w Regatach Przyjaźni – trzecie miejsce. Akademickie Żeglarskie Mistrzostwa Polski przyniosły szczecińskim azetesiakom, również w kl. Hornet, dobre trzecie miejsce wywalczone przez Jana Szeliwiaka.

Kolejne lata stoją pod znakiem sportowych zmagań z żeglarzami niemieckimi na akwenach morskich koło Warnemunde (Regaty Ostseewoche) i z żeglarzami z Trójmiasta w Mistrzostwach Polski; i to zarówno w grupie jachtów balastowych jak i w klasach młodzieżowych mieczowych. Swoje świetne walory nautyczne, prowadzony przez doświadczonych kapitanów, pokazuje jacht Dal II.


zdj od A. Soko?owskiego; od lewej: Z. Hrynkiewicz, Alik Dudarenko, W. Jacobson, A. Brancewicz, S. Gruszczy?ski.Najpierw w pierwszej połowie lipca 71. roku na wodach niemieckich w kl. IOR III  kpt. Wojciech Jacobson z załogą: Andrzej Sokołowski, Antoni Brancewicz, Zbigniew Hrynkiewicz, Stefan Gruszczyński, Alik Dudaimg397renko zostawiają w tyle konkurentów kończąc regaty na pierwszym miejscu. Rok później, w tych samych regatach, również na jachcie Dal II z kpt. Andrzejem Marczakiem zwycięstwo zostanie powtórzone.

 

Stoją od lewej: Zbigniew Hrynkiewicz, Alik Dudarenko, Wojciech Jacobson, Antoni Brancewicz, Stefan Gruszczyński. Fot. A. Sokołowski.

Równie świetne wyniki w regatach łodzi mieczowych osiąga młody zawodnik Jacht Klubu AZS Stanisław Przełomski, który w kl. OK.Dinghy zajmuje pierwsze miejsce; zarówno w 1971 roku jaki w następnym, co daje mu awans do Kadry Narodowej.

img175

 

W Mistrzostwach Polski 1971 Dal II prowadzona przez „swojego” kapitana Eugeniusza Ryżewskiego startuje w dobrym trymie, z dobrą załogą: Romek Kisłowski, Andrzej Sokołowski, Jan Płachta, Marek Lewenstein (student Wyższej Szkoły Rolniczej Wydział Rybactwa), Michał Domański (student Pomorskiej Akademii Medycznej). Z regatowych zmagań w kl. One Ton Cup wracają z zasłużonym zwycięstwem – Mistrzostwo Polski. W kolejnych Żeglarskich Mistrzostwach Polski, za rok, kpt. E. Ryżewski z załogą prawie tą samą  i oczywiście na „swojej”  Dali II zdobędzie v-ce mistrzostwo Polski.

Żeglarskie Mistrzostwa Polski w 1971 roku przynoszą jeszcze jedno ważne zwycięstwo żeglarzom akademickim. W kl. Dragon startuje Witold Zdrojewski, Mistrz Polski sprzed dwóch lat w kl. Folkboat. Tym razem łódka jest klasą olimpijską, technicznie trudniejszą, wymagającą większych umiejętności, większej uwagi. Osiągnięty wynik jest znakomity – v-ce Mistrzostwo Polski. Wcześniejsze drugie miejsce w mistrzostwach okręgu i pierwsze miejsce w Regatach Przyjaźni to bilans osiągnięć dobrze zapowiadającego się żeglarza, których efektem jest powołanie do Kadry Narodowej.

                      (zs)

(zs): Jacht Klub AZS Szczecin. Rok 1951.

(…)  W styczniu 1951r. w pierwszych w kraju Bojerowych Mistrzostwach Polski w Giżycku na jeziorze Niegocin brali udział studenci Wydziału Inżynierii Lądowej Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie: Jerzy Kerner („Alojzy”) i Krzysztof Jaworski. To właśnie akademiccy żeglarze (jeszcze Zbigniew Gerlach zwany

 

Krzysztof Jaworski i Zbigniew Gerlach z bojerem zbudowanym                                                                                                przez Jerzego Kernera, na Jeziorze Dąbskim.; ok. 1950r. Fot. z arch. K. Jaworskiego.

„Nierdzewnym”, też student tego samego wydziału Szkoły Inżynierskiej) byli pionierami sportu bojerowego w powojennym Szczecinie.                                

2-regaty-przyjazni-1951Administracyjne ograniczenia w żegludze praktycznie zamykają dostęp do morza, a nawet Zalewu Szczecińskiego. Tylko politycznie nośne idee, zgodne nurtem obowiązującej doktryny, wpisane w nazwę imprezy mogą otworzyć wody Zalewu dla żeglarzy. Tak rodzi się wśród żeglarzy azetesiaków pomysł „Regat Przyjaźni” (w domyśle – przyjaźni, wiadomo jakiej i z kim).
Dziennikarz Głosu Szczecińskiego z przejęciem godnym dobrego sprawozdawcy sportowego, relacjonował przebieg tych regat:
„(…) Na maszcie łodzi Komisji Sędziowskiej powiewają już dwie flagi kodu „P” umówiony znak – „Start za pięć minut”. Rośnie napięcie nerwowe (…) Zawyła syrena. Czerwona rakieta z sykiem wylatuje w górę. Skrzypią przerzucane bomy, w powietrzu krzyżują się okrzyki rozkazów. (…) Wielkie 2-dniowe „Regaty Przyjaźni” – rozpoczęte. Przed żeglarzami Ligi Morskiej, AZS, Gwardii, Kolejarza, Budowlanych i Stali 87 mil morskich rejsu; trudne żeglowanie w nocy, (…) Jezioro Dąbskie i kanały Odry zostały już daleko w tyle. Zapada wieczór. Jachty mijają wyspę Nawigacyjną i wchodzą na Zalew. Zbliża się najefektowniejsza i najbardziej trudna część regat: Duży trójkąt na Zalewie. Trasa prowadzi do Bramy „N”, a stąd do boi Krickser Haken. (…) Noc. Wiatr jest silny, chwilami porywisty. (…) Żeglowanie staje się trochę niebezpieczne (…)

 

Najszybszą jednostką w regatach okazał się Przodownik ze sternikiem Ziemowitem Ostrowskim, studentem Wydziału Elektrycznego Szkoły Inżynierskiej.

 

Przodownik w regatach; w zejściówce Ziemowit Ostrowski. Fot. Zenon Dmochowski.

 

 

W klasie jachtów powyżej 50m² po przeliczeniu handicapowym  wygrał Swantewit ze sternikiem studentem (chemik) Jerzym Szałajką (w załodze studenci Szkoły Inżynierskiej – Inżynieria Lądowa: Zbyszek Gerlach i Krzysztof Jaworski), jako drugi został sklasyfikowany Przodownik, a trzeci Witeź II ze sternikiem Jerzym Jósewiczem (student Szkoły Inżynierskiej Wydział Inżynierii Lądowej).

                                                                                                                                                                                                                              Hol na regaty 1951 r. Od lewej stoją: Jerzy Kraszewski,  Kazimierz Starowieyski, Jerzy Kerner, Ziemowit Ostrowski, Stefan Lewicki. Fot. Zenon Dmochowski.

W regatach uczestniczył również student Wydziału Chemii Szkoły Inżynierskiej Wojciech Jacobson, przed którym świat żagli, nie tylko regatowych, dopiero się otwierał. Wszyscy z Sekcji Żeglarskiej AZS.

 

W klasie jachtów 30-50 m² druga była azetesowska Kania ze sternikiem Jerzym Kraszewskim (student Inżynierii Lądowej Szkoły Inżynierskiej), a w załodze płynęła młoda licealistka Małgorzata Jaworska, która niebawem sięgnie po tytuł v-ce Mistrza Polski Jachtów Morskich (1956r).

 

 

Kania uległa Wojtkowi z Ligi Morskiej na której żeglowali: Kazimierz Haska, Kazimierz Rypiński i Józef Demczuk; po regatach zmienili barwy klubowe i wraz z jachtem przeszli do Sekcji Żeglarskiej AZS.
W klasie jachtów do 30 m² jacht żeglarzy akademickich – Kaczorek, uplasował się na trzecim miejscu….

     

  Fot. z arch. członków Klubu.

(…)

(zs)

__________________________________________

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie internetowej: www.żeglujmyrazem.com

http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=18994

Wanda z Mierosławskich Jaworska-Zubczewska: „Wspomnienia” (frag)

….Adam, młodszy brat Ludwika miał w sobie żyłkę marynarza. Może odziedziczył ją po swoim pradziadku, kpt. Stubbsie. Karierę rozpoczął jako chłopiec okrętowy, pływając po Oceanie Indyjskim. Po paru latach nabył statek, zdobywszy stopień kapitana au long cours. Kiedyś przypadkiem sztorm go tak zniósł z kursu, że przybił do dawno zapomnianej przez geografów wyspy Saint Paul i nieco dalej New Amsterdam.
Były to jeszcze czasy konkwistadorskie, więc Adam stał się właścicielem wyspy, ale że jako Polak niezbyt nadawał się na kolonizatora, przystał na apel Ludwika (starszego brata, jednego z przywódców powstania styczniowego – przyp. red.), by sprzedał wyspę i przysłał mu pieniądze na walkę z tyranami. Był to jeszcze okres Wiosny Ludów. Adam sprzedał pół wyspy, zasilił brata finansowo, ale sam nie zdecydował się na proponowaną wojaczkę. Kupił nowy statek, nazwał go Moja Polska i pływał na nim „kumając” się z poławiaczami pereł, rybakami i innymi ludźmi mórz.
Skolonizował część wyspy Saint Paul. Zginął śmiercią żeglarza w 1851 r. Wzmiankę o nim znalazłam przypadkiem w książce J. Verne’a  pt. „Dzieci Kapitana Granta”. *)
Na Adamie kończę historyczną niejako część moich wspomnień dochodząc do dziejów przeważnie znanych mi osobiście…

                                                                                                           Wanda Zubczewska

Wspomnienia, Warszawa 2012, redakcja: Krzysztof Jaworski, Michał Jaworski,
wybór i opracowanie całości: Michał Jaworski, Warszawa, ss. 177.
ISBN: 978-83-931458-8-1

_________________________________________

*)Wzmianka ta jest nader zabawna:
„Zresztą przeznaczeniem Wyspy Amsterdam było stać się kolonią francuską: należała ona najpierw prawem pierwszego okupanta do niejakiego Camina, armatora z Saint-Denis, stolicy Reunion; po czym zgodnie z jakimś układem międzynarodowym odstąpiono wyspę pewnemu Polakowi, który zaczął ją uprawiać posługując się niewolnikami malgaskimi. W myśl starego powiedzenia: „Polak – to prawie Francuz”, po pewnym czasie wyspa stała się znowu kolonią francuską, jako własność imci Pana Otovana”. (J. Verne: „Dzieci Kapitana Granta”).

______________________________________________________________________________________________

Wspomnienia dr Wandy Zubczewskiej_skan okładki Wanda Zubczewska, Wspomnienia

Adam-Mierosławski_min_200x363 Adam Piotr Mierosławski (1815 – 1851)

O Wyspie Św. Pawła, o Adamie Piotrze Mierosławskim i o innych z tego rodu, w tym również o praprawnuku brata A. P. Mierosławskiego Krzysztofie Jaworskim szczecińskim żeglarzu akademickim więcej w interesującym artykule Andrzeja Straburzyńskiego (i w przypisach).       http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=10930

Maria Towiańska-Michalska: „Engram” (fragmenty)

engram_rgbAtlantyda
Wychowywałam się w domu mojej Babci w Łunińcu, na Polesiu. Łuniniec był miastem powiatowym, ostatnią polską węzłową stacją kolejową przed granicą wschodnią. W mojej pamięci Łuniniec jest polaną położoną wśród bagien i lasów – ma kształt trójkąta, w którego trzech kątach znajdują się kościół, cerkiew i bożnica.
Tory kolejowe i stacja przedzielały miasto na dwie części, a most nad torami łączył te części na powrót w jedną całość. Dom mojej Babci stał po tej stronie miasta, która nazywała się Zalesie, przy ulicy Mickiewicza pod numerem 5. Rozległy, drewniany, sześciopokojowy parterowy dom miał kształt rosyjskiej litery P, czyli kształt podkowy. Pamiętam rozkład pokoi i potrafię narysować plan domu. Minęło tyle lat – ponad pół wieku – od kiedy opuściłam dom przy ulicy Mickiewicza 5 na Zalesiu. Jest on jednak wciąż żywy w mojej pamięci i zawsze myślę
o nim jako o domu rodzinnym, chociaż mieszkałam w nim nie jako córka swoich rodziców, ale jako wnuczka mojej Babci, Marianny Bilewiczowej. Piszę ten pamiętnik, który przecież nie jest prawdziwym pamiętnikiem, czyli codzienną relacją minionego dnia. Opisuję świat, którego nie ma, o którym już nikt nie pamięta, bo i po co to komu potrzebne. Piszę nocami. Z dziwną radością widzę, jak wynurza się ze wspomnień Atlantyda mojego dzieciństwa.
Myślałam, że niewiele pamiętam. Ale przywołane wspomnienia nakładają się jedne na drugie, tworząc jakby zawiły wzór chemiczny, który rozrasta się coraz bardziej i bardziej. Wyławiam z mroków niepamięci wydarzenia, o których dawno zapomniałam. Jest w tym jakby radość wskrzeszenia. Nocą kiedy piszę, otacza mnie tłum ludzi, którzy kiedyś istnieli i już dawno odeszli. Jestem wśród nich, a oni przypominają mi dawne sprawy…
Chyba rok temu znajoma przyprowadziła do mego domu Rosjankę, która
przyjechała do Szczecina z Łunińca. Nazywa się Maria Mikulicz. Rozmawiając, próbowałyśmy
odnaleźć coś, o czym wiemy obydwie – ludzi, albo miejsca. Szło nam
to jakoś opornie. Wreszcie padło nazwisko:
– Szura Tulejko.
– A, Tulejko! To zupełna stara wariatka. Mieszka na Piaskach. Stado kotów hoduje.
Wszy zjadają śmierdzącą staruchę.
Szura Tulejko… Najpiękniejsza panna w okolicy. Nauczycielka matematyki. Zapamiętałam
ją jakby w jakimś fragmencie starego filmu: dworzec kolejowy w Łunińcu.
Pani Szura stoi na peronie w powiewnej sukience z różowego jedwabiu i podaje
pamiętnik? fotografię? Zbyszkowi Sawanowi, który z grupą aktorów przyjechał
ze spektaklem do Łunińca. Sawan pyta:
– Jak ma pani na imię?
– Aleksandra
– Muszę napisać: ślicznej Oleńce.
I jeszcze Szura w otoczeniu oficerów Pińskiej Białej Floty. Panowie w eleganckich
białych mundurach. I ona – Szura – z chmurą blond, prawie białych włosów,
a oczy ma czarne. Piękna Szura, przedmiot tylu westchnień.
Zawszona staruszka, śmierdząca kotami. Nic nie zostało. A jednak… Szura Tulejko
wciąż mieszka na Piaskach w Łunińcu. Ma teraz chyba około 80. lat.
Aleksandra Tulejko to Rosjanka. Razem z moją ciotką, Józefą Bilewicz, w czasie
wojny uczyła polskie dzieci matematyki na tajnych kompletach. Bo tak to już
jakoś było. Rozmaite nacje żyły w zgodzie i w symbiozie. Polacy modlili się w katolickim
kościele, prawosławni w cerkwi, a Żydzi w bożnicy. Żyli obok siebie i szanowali
się nawzajem – w praktyce, bo nie w teorii. Kacap, to zawsze kacap. Bolszewik
i komunista. Przeważnie nieuk. Dobrze, jeśli w ogóle piśmienny. Ale przecież nie
dotyczyło to pana Sokołowskiego, naszego domowego lekarza. Pan Sokołowski
to nasz własny kacap, przyjaciel rodziny, gotów na każde zawołanie przyjść z po
mocą. Od lat leczył całą rodzinę bezinteresownie i za darmo. A było kogo leczyć.
Rodzina była liczna i chorowita.
Albo Żyd. O, to jeszcze gorzej. Żyd to krwiopijca. Żydzi, nie dość że zamordowali
Pana Jezusa, to do dzisiaj stosują makabryczne praktyki rytualne. Nabijają
beczkę gwoździami do wewnątrz. Do środka tak spreparowanej beczki wsadzają
katolickie dziecko i toczą beczkę, aż utoczą całą krew z niewinnego chrześcijańskiego
dziecka. Tę krew dolewają do macy.
Pani doktor Singałowska, która leczyła zęby całej rodzinie, przynosiła w żydowskie
święto bardzo smaczną macę, którą wszyscy jedli ze smakiem. Ale to była
nasza „własna” Żydówka.
Małżeństwa z innowiercami były bardzo źle widziane. Kiedy brat mojej Babci
– Florian Kozłowski – zawiadomił swoją matkę, że chce się żenić z Rosjanką,
matka powiedziała słynne potem w rodzinie zdanie:
– Syneczku, wolałabym cię widzieć na katafalku.
A i tak z czasem wszyscy pokochali Nastię, która nigdy nie nauczyła się poprawnie
mówić po polsku. Moja Babcia mówiła w zadumie:
– Wszystko byłoby bardzo dobrze, ona jest taka miła, gdybyż jeszcze nie była
kacapką.
Były to tzw. rubieże Rzeczypospolitej i trzeba było pilnie strzec polskości, czystości
języka, znajomości polskiej literatury i historii.
Przy ulicy Mickiewicza szeregiem stały domy: Jarmontowiczów, Bartoszewiczów,
Bilewiczów, Ołtarzewskich, Sawickich i Piotrowskich. Były to rodziny z tradycjami
i ambicjami. Nie wiadomo jakim sposobem pomiędzy tymi posesjami
znalazł się dom Bernatów. Chatynka maleńka, kupa dzieci w środku. Narodowość
– „tutejsi”. Tak przeważnie określali swoją narodowość Białorusini. Syn Bernatów,
Kola, ożenił się z Żydówką. Była bardzo ładna ta Żydówka Bronia i zupełnie do
Żydówki niepodobna
W tym samym czasie ożenił się też mój wuj, Edward Bilewicz. W tym samym
też czasie w jednej i drugiej rodzinie urodziły się dzieci. Chłopak i dziewczynka.
Z początku Bernatowa była bardzo przeciwna małżeństwu swego syna z Żydówką.
Z czasem jednak pokochała swoją bardzo urodziwą synową i udane wnuki.
W czasie okupacji ktoś doniósł Niemcom, że żona Koli Bernata to Żydówka. Starej
Bernatowej nie było w domu. Poszła do lasu na jagody. Podczas jej nieobecności
Niemcy zabrali całą rodzinę i rozstrzelali za torami na Piaskach. Kolę Bernata, jego
żonę Bronię, ich dwoje dzieci, siostrę Koli Olę, jej męża, ich troje dzieci, a także
starego Bernata. Bernatowa wróciła z jagodami z lasu i zastała pusty dom.
W sionce domu mojej Babci stał duży kufer. Pamiętam, że dnami i nocami siedziała
na nim Bernatowa i płakała. Nie chciała wejść do naszego domu i nie chciała
już być w swoim domu. Oślepła od tego płaczu. Wypłakała oczy.
Wojna przyszła na Polesie od wschodu.
W nocy obudził nas łomot wyważanych drzwi. Przez wyważone drzwi wpadli
sowieccy żołnierze z karabinami „na sztyk”. Przecwałowali przez amfiladowe pokoje.
Wyszła do nich moja Babcia. Po rosyjsku, z poprawnym akcentem spytała:
– A wy czego tu szukacie?
– Będziemy likwidować burżujów!
– Durak! Koszulę w zębach nosiłeś, jak ja robiłam rewolucję w Rosji.
To jest odrębna historia z tym „robieniem rewolucji”. Moja Babcia owdowiała
w czasie I wojny światowej. Podczas rewolucji znalazła się z dziećmi jako uciekinierka
w Jelcu. Pracowała tam jako kierowniczka domu dla sierot i nieletnich przestępców.
Wracając z dziećmi do Polski, przywiozła ze sobą listy pochwalne i dyplomy
za wzorową pracę. Nie zniszczyła tych papierów mimo sugestii rodziny
i przyszedł czas, że się przydały. Cała okolica zachodziła w głowę, dlaczego nie
wywieziono na Sybir Bilewiczowej i jej rodziny.
Rano po wkroczeniu ruskich, zjawił się pan Sokołowski i powiedział do Babci
po rosyjsku:
Ot i oczutiłsia ja w swojom gosudarstwie (Obudziłem się we własnym kraju).
– A jeszcze dodał, że wywiesił czerwoną flagę. Babcia powiedziała:
– Precz!
Miałam jej to za złe. Pan Sokołowski był prawie członkiem rodziny. Tyle lat
wszystkich leczył. Nie rozumiałam, dlaczego tak bezwzględnie go wygoniła. Tymczasem
sowieci, mimo że powitał ich jak rodaków, pierwszym transportem wywieźli
go na Sybir i słuch o nim zaginął na zawsze.
Wielu tzw. tutejszych z entuzjazmem witało sowieckie wojsko, co wcale nie
chroniło przed wywiezieniem w głąb Rosji….

….

Zosia zamieszała patykiem w ognisku i nagle zawołała:
– Poczekaj, nie pal tego jeszcze! Takie ładne znaczki z kangurem. Powycinam znaczki. Mój wnuk Michałek zbiera. Od kogo masz australijskie listy?
– Od Jurka Pisza. Przecież znałaś Jurka.
– No chyba! Kto nie znał Jurka? To był niezwykle interesujący i przystojny facet.
Wszystkie dziewczyny kochały się w Jurku. Ja też. Legendy o nim opowiadano.
Wszechstronnie utalentowany, kompletny wariat. Z wykształcenia chemik, z zamiłowania żeglarz, fotograf i ornitolog. Zakładał kiedyś nad jeziorem Świdwie rezerwat ptasi. Wiecznie zabiegany, zaaferowany,nieprzytomnie zapracowany.Ciekawe, jak on znajdował czas na romanse? Żenił się, rozwodził i uwodził. Miał takie piękne, niebieskie oczy i zniewalający uśmiech. Nie wiedziałam, że z nim korespondujesz. Jakim sposobem znalazł się w Australii? Chyba wiesz, skoro tyle listów do ciebie napisał. Czekaj no… Jeżeli tyle napisał, to by oznaczało, że…
– Trafnie podejrzewasz, ale niedokładnie. Poznałam go nawet wcześniej niż
Zdzisia. Podobał mi się. Jednak odkąd poznałam Zdzisia i wyszłam za niego za
mąż, nikt inny mnie nie interesował.
Jurek był przyjacielem mego męża. Łączyła ich wspólna pasja żeglarska i dość ryzykowne wtedy poglądy polityczne. Wiem, jak Jurek znalazł się w Sydney. Pewnej nocy opowiedział mi o tym przez telefon. On często zapominał o różnicy czasu i bywało, że telefonował z Australii do Szczecina w środku nocy. Rozmawiałam z nim jakby przez sen. Rano nie zawsze pamiętałam, o czym mówiliśmy, ale to, o co pytasz, pamiętam. Płynął na „Marii” z Ludkiem Mączką. Zachorował. Polski statek zabrał go z jachtu i odstawił do szpitala
w Sydney. W tym czasie nastał w Polsce stan wojenny i Jurek do Polski już nie wrócił.
Minęło sporo lat i zapomniałam o nim.                                                                                  Tyle się działo w moim życiu przez te lata. Owdowiałam. Moja córka i wnuk wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Zresztą sama wiesz. Aż kiedyś zobaczyłam w miesięczniku Morze sprawozdanie z regat żeglarskich w Sydney podpisane przez Jerzego Pisza. W tym samym mniej więcej czasie wychodzący w Sydney Kurier Polski wydrukował moje opowiadania. Spotkaliśmy się na łamach gazet. Zaczęliśmy korespondować, czasem telefonowaliśmy. W tajemniczy i pełen niedomówień sposób powstała więź, której nie umiałam inaczej niż żartem określić. Jurek napisał: „Czy rozumiesz, co się dzieje?”. Odpowiedziałam: „Oczywiście, rozumiem. Ucinamy sobie śliczny, romansik oceaniczny”… I stało się tak, jakbym otworzyła ukrytą furtkę. Nasze listy nabrały wyrazu. Sama zobacz. Na przykład ten.
– To wielostronicowa nowela, nie list. Przeczytam chętnie, ale nie teraz. Nie pal
tego listu. Może w ogóle nie pal listów od Jurka. Dlaczego miałabyś je niszczyć, skoro
wciąż jesteście w kontakcie?
– Nie jesteśmy w kontakcie. On parę lat temu miał udar i jest sparaliżowany….

_____________________________________________

Maria Towiańska – Michalska – z żeglarstwem akademickim związała się w latach czterdziestych ubiegłego wieku w
Szczecinie; żona wieloletniego kapitana „Zewu Morza”.

Kpt. Bolesław Kowalski nie żyje

Bolo   Bolesław K.Kowalski 18.8.2012 Nowe Warpno

La Hermandad de la Costa Mesa Polonia

Bractwo Wybrzeża Mesa Kaprów Polskich

Pierwszy Sztorman Mesy, Przewodniczący Trybunału MKP

Jarosław Jeziorek #103

unnamedDrodzy Bracia !

  Informuję i proszę o przekazanie dalej informacji, że

  ostatnie pożegnanie  naszego

  Brata #1 Kpt. Bolesława Kowalskiego odbędzie się w  

 Warszawie na Cmentarzu Południowym w piątek 11

 września 2015r. o godz. 11.00

_______________________________________________________________________________________________________

Fotografia z rejsu „Śmiałym” dookoła Ameryki Płd; 1965-1966, kpt B. Kowalski.

Patagonia 1966.Wykład z geologii.Kpt.B.Kowalski_mgr.L.Mączka_fot.K.Baranowski  „Krótki wykład z geologii. Patagonia 1966. Głos ma mgr Ludomir Mączka – jego słuchaczem jest kpt. B. Kowalski. Odwrócenie hierarchii służbowej na rzecz podnoszenia kwalifikacji uczestników naukowej wyprawy”. Fotografia i tekst na odwrocie zdjęcia – Krzysztof Baranowski.

 

Krzysztof Jaworski: Żeglarskie wspomnienia

                                                           TRZY REJSY NA SWAROŻYCU
Pod Pieńkawą: – Gdynia – Ustka- Darłowo. Żegluga z kotkiem lecz bez steru – Dyskusje nawigatorów i wejście do Darłowa – Mądrości nawigacyjne.
Pod Wełnickim: – Gdynia – Bornholm – Władysławowo. Polityczny Mindur – Opowieści Rudiego.
Pod Samolińskim: Gdynia – Ustka – Władysławowo. Sztorm bridżowy w Ustce – Czerpiąc jakoś wracamy.

Krzysztof Jaworski; ur. 1933W 1954 roku wypadał rok „nieprzestępczy”, to znaczy żaden żeglarz nie uciekał jachtem (czy z jachtu) zagranicą. Ku naszemu zdumieniu, wszystko szło nader gładko- zafunkcjonowały listy członków klubu wysłane na wiosnę i sprawdzane przez milicję; WKKF wbił nam „klauzule na pływania morskie”, no i Swarożyc został spuszczony na wodę w porę i jako – tako wyremontowany. Z „wielkiego remontu”, polegającego na wymianie wręgów z drewnianych na stalowe, w konsekwencji wymiany poszycia, z braku funduszy trzeba było zrezygnować. Niemniej Stefan Domański przytargał wręgi zrobione na miarę „z odpadów” na Stoczni Gdańskiej i uroczyście złożył je w hangarze w Wisłoujściu.

Pierwszy rejs poprowadził kapitan Zbigniew Pieńkawa, czyli mówiąc prościej, Kapitan Papawa. Wypłynęliśmy z Gdyni 27. lipca z zacną załogą, przy czym funkcję pierwszego oficera pełnił Czesio Skibicki, czyli Naczelny Irygator. Ja robiłem za trzeciego. Byłem niezwykle podniecony – był to bowiem mój pierwszy, prawdziwy rejs morski! (Nie wiedziałem wtedy, że dla Pieńkawy był to też pierwszy rejs, ale kapitański). Żeglowaliśmy przy pięknej pogodzie dookoła Helu, i płynąc ostrym beidewindem wypchaliśmy się do wieczora już pod Władysławowo. Na wysokości Rozewia, chwyciła nas dość wysoka martwa fala, no i skutki były szybko widoczne – rzygnąłem na żółto (kartofelki z obiadu!), ale szybko mi przeszło. Wiatr klapnął, i fala szybko się zmniejszyła. Bardzo spokojnie płynęliśmy na zachód mając ląd w zasięgu wzroku. Nad ranem minęliśmy Łebę i do wieczora dopłynęliśmy do Ustki. Cumując koło latarni morskiej, udaliśmy się na dobrze zasłużony wypoczynek.

Po porannym zwiedzeniu miasta – wypłynęliśmy dalej na zachód. W nocy załoga zwiększyła się o jednego ślepego pasażera – na pokład przyplątał się mały, czarny kotek! Szybko się zadomowił we wnętrzu jachtu. Wiatr 2-3° B z południowego zachodu pozwolił nam wziąć kurs na Christiansö, które Pieńkawa postanowił opłynąć w kółko – nic lepszego nie mogło mi się trafić. Moja wachta wypadała od 16.00 do 20.00, więc usiadłem za sterem, podczas gdy całe towarzystwo udało się pod pokład celem rozegrania kilku robrów na dwa stoliki, gdyż cała załoga liczyła dziewięć osób. Ustawiłem bezana i foka, tak, żeby zrównoważyć jacht, więc praktycznie nawet nie musiałem dotykać rumpla; płynąc pod żaglami, jacht odchylał się po kilka stopni od kursu – zupełnie jak w podręczniku! Zadowolony gapiłem się na lekką falę i skrzeczące mewy – jednym słowem prawdziwy „joting” i dolce farniente. Większa falka wystawiła nas trochę do wiatru, więc postanowiłem skorygować kurs sterem. Delikatnie przyciągnąłem rumpel … i nic. Pociągnąłem mocniej i omal nie wypadłem za burtę – rumpel był zupełnie luźny! Jacht sam wrócił na kurs, a ja przyjrzałem się uważnie rumplowi. Głowica trzymała wał sterowy mocno, tyle że takowy kręcił się luźno w kokerze. Znaczyło to, że nie mamy steru!! Odruchowo spojrzałem za rufę – wisiał za nią krótki koniec urwanej logliny – resztę, razem z propelerem szlag trafił. No więc miałem już pełną diagnozę: urwała się płetwa sterowa, i jako drewniana, wypływając na powierzchnię, urwała log! Wstałem od bezużytecznego rumpla, i zlazłem do kajuty. Panowała tam wysoka temperatura, Kapitanowi szła akurat karta i rozgrywał szlemika. Poczekałem trochę, i możliwie najspokojniej oświadczyłem:
– Kapitanie, nie mamy steru
Zbyszek spojrzał na mnie nieprzychylnie, podejrzewając jakiś wygłup. Musiałem się „zabożyć”, co podniosło towarzystwo od stolików. Wybiegłem na pokład i demonstracyjnie okręciłem rumpel w kółko. To ruszyło lawinę paniki – Zbyszek zaczął latać po pokładzie i wydawać różne rozkazy, nieco bez sensu, bo nic się nie działo, tylko płynęliśmy nadal z prędkością czterech węzłów w kierunku Christiansö, mając Ustkę pięćdziesiąt mil za rufą. Wreszcie, po pewnym czasie „Rada Załogowa” uzgodniła plan działania: z podłóg zbitych gwoździami stworzyliśmy prowizoryczny „ster” podwieszony pod rufą na linach i „sterowany” prawym i lewym „szotem steru”. W międzyczasie na żaglach ustawiliśmy się w pół wiatru przeciwnego kursu i mniej więcej ruszyliśmy na południe.

Przez całą noc żeglowaliśmy z prędkością dwóch – trzech węzłów nieco zygzakowatym kursem, który kolejni oficerowie wachtowi usiłowali przenieść na mapę, zliczając przebytą drogę metodą logu burtowego z butelek po piwie. Żeglugę urozmaicał kotek, rzygający jak przysłowiowy kot. Wstał mglisty poranek, i gdzieś około południa zamajaczyła przed nami jakaś budowla. Utworzyły się z miejsca dwa obozy nawigatorów. Zbyszek krzyknął, że poznaje magazyny w Kołobrzegu, Czesio twierdził, że to Ustka, w końcu mgła się podniosła i nawigatorów pogodziło Darłowo. Wiała sympatyczna jedynka z południowego zachodu, i ciągnąc szoty steru udało się skierować dziób w wejście. Za główkami zrzuciliśmy szmaty i kotwicę. Pod salingiem załopotała nasza jedyna flaga kodu „M”, która jak na zamówienie- akurat pasowała do sytuacji. Widocznie stanowiliśmy nie lada atrakcję, bo z kanału wypłynęła pilotówka i zaholowała nas za zwodzony most do nabrzeża małych warsztacików Urzędu Morskiego. Kotek, natychmiast po przycumowaniu dał dyla – żeglarstwo mu widocznie nie odpowiadało.

W Darłowie stał właśnie nasz klubowy towarzysz – Szkwał II pod wodzą Wojtka Samolińskiego, z zamkniętym za karę w forpiku – „Kanarkiem”! Był to jednak nie zwyczajny kanarek, ale Pan Sławek Tobiasz, z powyższym pseudo, który tak jakoś napyskował Kapitanowi, że ten za karę go zamknął w forpiku. Nasze przybycie rozluźniło jednak sytuację, wszyscy wzięli się za nasz remont i właściwe porady. Na nabrzeżu był mały dźwig, którym unieśliśmy nieco rufę, i okazało się, że nie jest tak źle: płetwa sterowa była na swoim miejscu, tylko wał steru ukręcił się przy samym kokerze. Dokonaliśmy remontu, przewiercając obie końcówki wału i biorąc wał w łubki skręcone śrubami. Trudno to sobie wyobrazić, ale ten patent zadziałał sprawnie do końca sezonu! Nasz przypadek zaowocował takim oto usprawnieniem – mianowicie na płetwach sterowych, zamontowano uszko, przez które można by w razie awarii wału sterowego przeciągnąć „szoty steru”!

Powrót do Gdyni był łatwy i szybki, i tak się skończył mój pierwszy rejs morski, na którym ukręciłem 750 mil morskich. To że się coś na jachcie urywa, po doświadczeniach Wichra to nie była dla mnie nowina. Uroki nawigacji bez logu i z mniej więcej działającym kompasem – to też nie była nowość. W rezultacie potwierdziło mi to dwie podstawowe zasady nawigacji po Bałtyku.

Pierwsza, to: „Jak się ściemni, to się wyjaśni”. Faktycznie, taką latarnię morską widać w nocy z kilkunastu mil i łatwo ją zidentyfikować. Poznanie tej latarni w dzień wymaga podejścia bardzo blisko brzegu.

Druga, że trzeba zawsze zakładać najbardziej niemożliwy wariant przebytej drogi i kursu, i ewentualnie wyciągnąć z niego średnią.

Z „metodą kaszubską” zapoznałem się nieco później. Jest ona wielce prosta: na łowisko jedziemy na „kwiotek”, czyli na upstrzoną różnymi zawijasami północ na róży kompasu, do domu zaś wracamy na „Sy”, czyli na południe i patrzymy kiedy zrobi się „biała woda”, czyli przybój. Wtedy zatrzymujemy silnik i słuchamy, czy szczeka pies Konkelów, czy Neclów, i w zależności od jego identyfikacji – płyniemy do portu w prawo, lub w lewo. Oczywiście jest to prześmiewka, ale raz dzięki tej metodzie znaleźliśmy właściwy kurs!

Ponadto zdobyłem jeszcze inne doświadczenie nawigacyjne: zdając wachtę o północy, zaznaczyłem na mapie naszą pozycję. Na co z koi wylazł Pan Kapitan, i począł skrupulatnie sprawdzać trójkątami i cyrklem przebieg drogi na mojej wachcie – i z triumfem odkrył, że „jego pozycja” różniła się od „mojej” o jakieś pół kabla. Zostałem opieprzony i pouczony, że taki brak staranności może kosztować życie! Wysłuchałem tego z nabożnym skupieniem, obiecując poprawę i jak widać, zapamiętałem tę lekcję.

Po powrocie do Gdyni, czekała już nowa załoga, a ja, prawie że etatowo, zostałem też na kolejny rejs. Prowadził tym razem Wiesio Wełnicki, niezwykle spokojny facet (jak się okazuje był to jego dziewiczy kapitański rejs, wtedy o tym nie wiedziałem i byłem pełen nabożnego szacunku dla poważnego Kapitana). Ja awansowałem na I-go Oficera. W załodze mieliśmy też element „polityczny”, czyli pana prorektora Mindowicza. Od czego był prorektorem, tego nie pamiętam, ale Zarząd Środowiskowy AZS przykładał wielką wagę do jego przewiezienia jachtem po morzu. W sumie okazał się dość sympatyczny, choć rzygał jak kot, lecz się nie skarżył. Natomiast główną atrakcją towarzyską rejsu stał się Rudi Fojcik, autentyczny Ślązak który potrafił i lubił opowiadać po śląsku. Opowieści jego były krwawe i ponure, miał on bowiem za sobą szlak bojowy spadochroniarza z Falmschjaeger Division; od Sycylii do Padu. Jedna z przepięknych opowieści dotyczyła nieudanego poddania się całego oddziału. Stojąc na jakiejś górce, pluton Rudiego wysłuchiwał odgłosów nocnej bitwy, która jakby przetoczyła się doliną w kierunku na północ. Wstał cichutki ranek, i dzielni żołnierze doszli do wniosku, ze są już na alianckich tyłach. Wyrzucili więc w krzaki swoje schmeissery, i przygotowali się do niewoli, konsumując skrzynkę czekolady zafasowaną w jakiejś fabryce. Niestety, alianci nie przyszli, a wieczorem zjawił się leutenant z rozkazami – okazało się, że front wcale nie przeszedł. Pozbierali swoje śmiercionośne zabawki, ale iść nie mogli – wszyscy mieli potworne zatwardzenie. Sytuację rozwiązał leutenant lejkiem od benzyny i wiadrem z mydlinami. Mensch, tak nas szprycowali, że jednemu pękł brzuch i umorł, ale gute witz! – zakończył swą najłagodniejszą opowieść Rudi. Reszta opowieści nie nadaje się do druku. W końcu tak narozrabiał, że za karę posłano go na tyły frontu wschodniego z grupą dywersyjną. Pomimo sławetnej dobrej organizacji, nie wszystko u Niemców grało, gdyż Rudiego zrzucili na ….Śląsk. W ten sposób mógł dość sprawnie zdezerterować do domu, unikając kuli od swych kolegów, no i oczywiście od Sowietów. Dzięki temu mogliśmy posłuchać wyżej wymienionych wycinków z jego barwnego żywota. Rudi wykazał swój temperament i szybką orientację, gdy któryś z kolegów nieudolnie zaczerpnął wiadrem wodę zza burty, no i wiadro z urwaną linką zostało za rufą. Rudi błyskawicznie zrzucił koszulę i ostrym startowym zanurkował w wodę. Teraz mieliśmy klasycznego „człowieka za burtą” i wyłowiliśmy go w czterdzieści sekund, oczywiście z wiadrem Było to nasze jedyne, więc wdzięczność kapitana nie miała granic.

Tym razem nawigacja była sprawna i podpłynęliśmy aż pod Bornholm. Było to dla mnie nieopisane wrażenie, że za tą wodą jest jednak jakiś ląd, i to tak piękny. Potem wróciliśmy 15. sierpnia z rześkim wiatrem do Gdyni. Ukręciłem znów 710 mil.

Rozochocony sukcesem, zostałem na trzeci, wrześniowy rejs, tym razem pod wodzą Wojtka Samolińskiego. Do kompletu mej praktyki dodałem funkcję II Oficera. Cała załoga liczyła dziesięciu chłopów, toteż można było zorganizować bridża na dwa stoliki, a reszta podawała napitki i w przerwach mogła grać w zechcyka. Stało się tak, gdyż wrześniowa aura dała nam w tyłek na tyle mocno, że z trudem dohalsowaliśmy do Ustki. Biedny Swarożyc tłuczony na fali puszczał wodę z szybkością kilkudziesięciu wiader na wachtę. Schronienie się przed szalejącym przez dalsze trzy dni sztormem było absolutną koniecznością. Po zniszczeniu zapasów, na resztkach sztormu popędziliśmy na wschód, ale pomimo stałego czerpania było tak mokro w środku, że Wojtek zdecydował się zrobić przerwę we Władysławowie. W godzinę po nas, przytelepał się LPŻ-towski Chrobry. Ci mieli jeszcze lepsze osiągnięcia w wyczerpywaniu wody, wypadło im ponad sto wiader na wachtę! Tym razem wróciliśmy do macierzystego Wisłoujścia, i był to, jak się okazało, ostatni rejs Swarożyca w jego poniemieckim wcieleniu. Wyciągnięty do hangaru posłużył po prostu jako „kopyto” do zdjęcia wymiarów, i zbudowania obok zupełnie takiego samego jachtu co zajęło blisko siedem lat. Następny rejs na tym pięknym jachcie odbyłem dopiero w 1965 roku, z tym że ze starego Swarożyca został tylko balast i bezanmaszt.

Był to dla mnie niezwykle udany sezon: przede wszystkim zdobyłem dwa tysiące mil morskich stażu po stopniu sternika morskiego, a więc staż na kapitana. No i okazało się, że na prawdziwym morzu choroba morska mnie się nie ima, tak więc świat stał otworem!! Mogłem zająć się nauką, która rozpaczliwie mnie ścigała.

                                                                                                                                                                          Krzysztof Jaworski
_______________________________________________________________________________________________________

Krzysztof Jaworskiur. 1930r.; jachtowy kapitan morski; żeglarstwo uprawia od 1947r., początkowo w drużynie harcerskiej w Szczecinie; w szczecińskim żeglarstwie akademickim od początku lat pięćdziesiątych; brał udział w Mistrzostwach Polski Jachtów Morskich w 1952, 1953 (zdobywa I miejsce – Mistrzostwo Polski), 1955; liczne regaty morskie i śródlądowe (Słonka, Finn); w latach 1954-1959 Komandor Klubu AZS Gdańsk; członek Komisji Morskiej ZG AZS; w latach 1960-1966 członek Komisji Kapitanów ZG PZŻ; w latach 1983-1988 Komandor Klubu “Cała Naprzód” Warszawa; działalność instruktorska (Trzebież), publicystyczna (m. in. Żagle); mieszka w Warszawie.

 

 

 

Maryla Grochowska: Żeglarskie wspomnienia

Początki mojego żeglarstwa:1950 rok – Jedna z pierwszych żeglarskich przystani w Szczecinie: Golęcin 1950r. – Przystań AZS na wyspie na Odrze Zachodniej 1952r. – Przystań żeglarska w Dąbiu.

Maryla Grochowska, 1950Jaki to był cudowny czas; byliśmy wszyscy jak jedna rodzina; byliśmy skromni i zawsze ten co miał więcej, przynosił coś z domu do jedzenia, i dzielił się z innymi. Jachty musieliśmy sami przygotować do wodowania. Między innymi ściągało się starą farbę z burt; czasami za pomocą starej lutlampy. Następnie musieliśmy szpachlować między plankami. Przed pomalowaniem zostały burty jeszcze szmerglowane i nareszcie nakładana nowa farba. Nastrój był wesoły, „Pirat”1 i Krzysiu (Krzysztof Jaworski – przyp. red.) grali na gitarze a my śpiewaliśmy żeglarskie piosenki. Na tej przystani był też Pałacyk, z którego mogliśmy korzystać. Wtedy się jakoś klubów nie rozróżniało, stał tam jakiś czas s/y Chrobry z Ligi Morskiej, późniejszej LPŻ. Wiem, bo zostałam w worku żeglarskim wciągnięta na maszt, a łobuzy sobie poszły. Moje przeraźliwe krzyki i płacz, ściągnął innych na „plan”, i oni mnie z masztu spuścili. Ha! Ha!

Na przystani staliśmy zawsze pod opieką WOP-u. Przyjeżdżaliśmy tam tramwajem z „przerywką”. Golęcin utkwił mi bardzo w pamięci poprzez osobiste przeżycia. Po zaaresztowaniu mojego ojca i brata przez UB („Sprawa Robinou”2 – przyp. red.), po jakimś czasie dokwaterowano w naszym mieszkaniu jedną rodzinę z dwójką dzieci. Wtedy moja mama zdecydowała się na wyprowadzkę i przeniosła się z nami na Golęcin, na ul. Garncarską, do małego mieszkania. Ponadto mając lat 14 wybraliśmy się na wieżę Bismarcka na Golęcinie; było to bardzo niebezpieczne, bo brakowało na górze, wokół, częściowo barierek; mogliśmy spaść. Gdy wróciłam do domu i zaczęłam opowiadać, moja mama ze strachu o mnie dała mi lanie, abym drugi raz coś takiego nie zrobiła.

W roku 1952 przeprowadził się AZS na wyspę na Odrze Zachodniej; w zupełnie innej stronie Szczecina. Ale i tam spędzaliśmy wesoło czas pracując przy jachtach. Przypominam sobie, że kiedyś poszliśmy się kąpać wokół było pełno jakiś czarnych bobków. Pytam chłopaków co to jest, a oni odpowiadają: „gówna…”. O mało co się nie utopiłam. Nigdy więcej nie weszłam tam do wody. Były to przecież czasy powojenne i jeszcze nie wszystko funkcjonowało w mieście, ale my byliśmy szczęśliwi. Na wyspę dopływaliśmy na bączku. Ile było z tym uciechy, ile śmiechu, musieliśmy się także nauczyć wiosłować, później regaciliśmy się nawet na bączkach.

Trzecią ważną przystanią było Dąbie przy Jeziorze Dąbskim. Był to basen przy starym spichlerzu. Przystań w tych czasach też była bardzo zaniedbana, ale za to bardzo romantyczna. Dojazd do przystani był bardzo uciążliwy, ponieważ od tramwaju trzeba było iść pieszo. Był to długi kawał drogi, o ile nas ktoś nie zabrał na plecy, co się raczej rzadko zdarzało, chyba, że któryś z chłopaków się napił. Prawie nikt nie posiadał samochodu, oprócz Nela Szumockiego, ale on nie był żeglarzem, tylko myśliwym, a bratu Jasiowi, który był żeglarzem samochodu nie dawał. Także kpt. Andrzej Huza miał samochód ale wtedy się nami nie interesował. Trudno jest sobie to dziś wyobrazić, kiedy zaczynam samochody nienawidzić. To były czasami nawet niebezpieczne wyprawy do Dąbia. Raz chyba z Teresą (Teresa Smolska z domu, obecnie Kurowska – żona dr Michała Kurowskiego, – brata Teresy Kurowskiej zwanej „Bronkiem” – Mathiasowej – przyp. wj) wybrałyśmy się do Dąbia i przed mostami zatrzymała się ciężarówka, naturalnie nie dzisiejsze olbrzymie Tiry. Pytamy się kierowcy czy jedzie do Dąbia i czy nas może zabrać? „Naturalnie panienki” – kto teraz mówi „panienka”, ale zbóje są te same albo nawet gorsze. Co dalej: my patrzymy a on jedzie w zupełnie innym kierunku. Strach nas ogarnął, postanowiłyśmy skoczyć z ciężarówki w biegu. Na szczęście te stare graty nie mogły szybko jechać więc udało się nam. Dobre były to czasy, kiedy nam się wydawało, że zawojujemy cały świat.

Przypominam sobie obóz żeglarski AZS-u w Dąbiu, kierownikiem był Ryszard Książyński z nim była jego narzeczona Iga (Jadwiga Klęczanka – przy. red.) i jej przyjaciółka Ila (Maria Popiel – przyp.red.) – narzeczona Kazia Michalskiego – konstruktora jachtowego. Mieszkaliśmy na jachtach, przycumowanych rufą do brzegu a dziobem do boi. Na jednym z jachtów mieszkali tzw. „Bendorzy”3 – żeglarze, którzy lubili popić. Była też Rita4 z Krakowa śpiewająca i grająca na gitarze. Bardzo ładna i interesująca dziewczyna. Wszystkich nie potrafię wymienić, bo pamięć zawodzi. Ja byłam w stosunku do tych pań bardzo mało doświadczona.

Zapamiętałam trzy wydarzenia, wesołe i smutne. Był to czas pełen opozycji w stosunku do rygorów komunistycznych. Opozycję „odstawiało” się na wesoło, np. ubieraliśmy się kolorowo, obdarci – nawet naszyłam sobie kolorowe łaty na spodnie; słuchało się radia BBC, jazzu. Nie wiem, który rok to był, może 1951 może 1952. Ci chłopcy, w końcu podpadli i zostali wyrzuceni z AZS-u, a ja poszłam za nimi, bo ich bardzo lubiłam, i bardzo mi imponowali – nazwano nas wtedy kosmopolitami. Wtedy było to polityczne przezwisko, dziś jest to odznaczeniem, Nawet powstało wówczas słowo „kosmopoł” dla Polaków żyjących zagranicą. Śmieszne jak wszystko jest zmienne, relatywne. Kiedyś trzeba sobie postawić pytanie: co naprawdę w życiu jest ważne? Niestety na ogół stawiamy sobie to pytanie za późno.

Z AZS-u wylądowaliśmy w LPŻ-cie. W roku 1953 zostałam mistrzynią Polski na konikach na Zatoce Gdańskiej; nie dla AZS-u ale dla LPŻ; to był rezultat tego obozu żeglarskiego. Wracam jeszcze do tego obozu. Co jakiś czas się chodziło do Dąbia kupować chleb; tak i na mnie przyszła kolejka. Chłopcy, „Bendorzy”, poprosili mnie abym im kupiła ½ litra wódki, ale w tajemnicy przed dowództwem. Wracam z chlebem i wódką, staję przed jachtem wołam, z mesy wygląda głowa i mówi: „Marylu skacz na pokład” – więc ja głupia skaczę: w jednej ręce butelka a w drugiej chleb. Zamiast na jacht, wpadam do wody ale zatrzymana przez nogę zawieszoną na cumie, tracę chleb ale butelkę trzymam w ręku do góry. Chłopcy przerażeni wyrywają mi butelkę z ręki a potem mnie wyciągają na pokład. Od tego czasu wyrosłam na bohaterkę. Wymyślili dla mnie zaraz kolejne zadanie. Kpt. R. zapatrzył się na Ritę, więc nauczyli mnie śpiewać: „szedł Rysiek raz leśną drogą i Ritę na niej znajduję, więc ja obwąchał i z miną błogą wnęt ją do pyska pakuje”. Prosili abym to zaśpiewała wieczorem przed jego jachtem. Po wykonaniu tej piosenki zrobiono alarm nocny i musieliśmy rzucić się do szalup i wiosłować na środek jeziora i z powrotem. To są śmieszna historyjki, ale opuszczenie AZS-u to była smutna historia; nie wiem ile łez popłynęło i ile wódki. Przez jakiś okres byli oni moimi najlepszymi przyjaciółmi (Bendor, Jędrek A. Tadeusz P, Portugalczyk i nie wiem kto jeszcze). Wybaczcie, ale pamięć coraz bardziej zawodzi. W tym czasie byłam studentką na Wydziale Chemii, w Szkole Inżynierskiej w Szczecinie.
Maryla Grochowska, 2011

___________________________________________

1„Pirat” – Zbigniew Banasik, AZM-owiec. Miał stopień sternika morskiego, czyli wówczas bardzo wysoki stopień żeglarski. Zwany był „Piratem”, bo miał pasiastą koszulkę, chustę na głowie i ciemną cerę.                                                                                    (wj)
2„Sprawa Robineau” – od nazwiska wicekonsula Francji w Szczecinie Andre Robineau, którego w listopadzie 1949r. aresztowały władze komunistycznej Polski; był to odwet za wykrycie szpiegów z Polski we Francji. Wraz z aresztowaniem dyplomaty francuskiego, aresztowano osoby mające kontakt z konsulatem. Sfingowane procesy i surowe wyroki dotknęły również najbliższych autorki wspomnień. „Sprawa Robineau” była jednym z najgłośniejszych procesów szpiegowskich w Polsce Ludowej.                (zs)
3 „Bendorzy” – ja znam określenie „Bendory”; luźna grupa kolegów, która trzymała się razem, a wyróżniał się w niej Jurek Bendor. W większości byli to studenci Akademii Handlowej. Weseli, pomysłowi, nakręcający się nawzajem. Owszem, lubili wypić, ale to nie był jedyny wyróżnik, jak można by sądzić z opowiadanie Marylki. Byli związani z AZM-em. Do grupy „Bendorów” należał oczywiście Bendor (Jerzy), Jędrzej Adamski, Tadeusz Poźniak, Zbigniew Banasik („Pirat”), Leszek Zarębski („Portugalczyk”) i trochę trzymał się z nimi Rysiek Książyński, ale jego nie zaliczaliśmy do „Bendorów”.                                                                           (wj)
4 Rita – Rita była ruda i pełna seksapealu. Słynne było zdjęcie ściągania z mielizny Witezia II (?, a może Przodownika ?). Na bomie siedziała Rita, a obok nagi Ludek Mączka … – nie chciał moczyć ubrania.                                                                          (wj)   ___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Maryla Thomsen-Grochowskaur. w 1933r. w Tczewie; żeglarstwo uprawiała od końca lat czterdziestych w Szczecinie, odnosząc znaczące sukcesy w regatach – w 1953r. zdobyła I miejsce – Mistrzostwo Polski w Żeglarskich Mistrzostwach Polski na Morzu (w barwach LPŻ Szczecin); pod koniec lat pięćdziesiątych wyjechała do Niemiec, nadal żeglując po morzach i Atlantyku.                                                                                                                                                                                         (zs)

_____________________________________________

I jeszcze ze wspomnień biograficznych Maryli Grochowskiej: „…Po ukończeniu szkoły powszechnej dostałam się do gimnazjum słynnej pani Szczerskiej, w Szczecinie. Zaczął się dla mnie jeden z najszczęśliwszych okresów życia: gimnazjum i żeglarstwo. Ten okres został niestety zaciemniony przez aresztowanie mojego ojca i brata, posądzonych o szpiegostwo na rzecz Francji (Sprawa Robineau – przyp. red.); oskarżonych za zamkniętymi drzwiami, bez adwokata, bez świadków, bezprawnie jak to często było za czasów dyktatury komunistycznej… Było nam ciężko, ale ludzie nam pomagali. Byliśmy obserwowani, przesłuchiwani; mojej matce zabroniono uczyć, została pracownicą fizyczną. Jeździliśmy do Goleniowa i Strzelc Opolskich do więzień, by ich zobaczyć i dodać otuchy. Ja angażowałam się coraz bardziej w żeglarstwo, zdobywając stopnie żeglarskie i miejsca w różnych regatach żeglarskich. Największym moim osiągnięciem było zdobycie pierwszego miejsca w mistrzostwach Polski na morzu w 1953 roku… We wrześniu 1956 roku brałam udział w pracach komisji sędziowskiej w Regatach Przyjaźni na Zalewie Szczecińskim. Tu rozstrzygnął się mój dalszy los. Zakochałam się w niemieckim żeglarzu – studencie budowy okrętów z Rostocku…”

Po latach inny uczestnik tych regat, Ziemowit Ostrowski, tak wspominał tamten czas: „…zorganizowaliśmy pierwsze regaty międzynarodowe: VI Regaty Przyjaźni stały się I Międzynarodowymi Regatami Przyjaźni. 29. września wystartowały w nich 42 jachty w tym 5 z akademickich ośrodków DDR (Greifswald i Rostock). Kapitan jachtu Wodan, Peter Thomson, potrafił „poderwać” – a w dwa lata później, zabrać jako żonę – znakomitą żeglarkę, Marylę Grochowską. Cóż na morzu strat nie da się uniknąć…”.                                                                                                                                                           (zs)

__________________________________________

FOTO

1. Maryla Grochowska 1950 Maryla Grochowska, 1950 r. Fot. W. Jacobson.

2. Krzysztof Szymański (syn kpt. Szymańskiego), Krzysztof Jaworski, Maryla Grochowska, NN, Wojciech Jacobson 1950 sepia Krzysztof Szymański (syn kpt. Szymańskiego), Krzysztof Jaworski (w okularach), Maryla Grochowska, „Zbylutek” (NN), Wojciech Jacobson; 1950 r. Fot. arch. M. Grochowskiej.

3. Maryla Grochowska, NN, Wojciech Jacobson Maryla Grochowska, „Zbylutek” (NN), Wojciech Jacobson. Fot. arch. M. Grochowskiej.

4. Jasiu Schumocki, brat Nela. Jasiu Szumocki, brat Nela. Fot. arch. M. Grochowskiej.

5. Maryla Grochowska, NN, Jędrzej Adamski, Wojciech Kaminski, Józef Demczuk, ... Maryla Grochowska, NN, Jędrzej Adamski, Wojciech Kamiński, Józef Demczuk. Fot. arch. M. Grochowskiej.

6. "Pirat" z gitarą, 1949r. „Pirat” z gitarą; Szczecin – Golęcin, 1949 r. Fot. arch. M. Grochowskiej.

7. Teresa Smólska na Kiekrzu, 1952r. Teresa Smólska, regaty, Kiekrz 1952 r. Fot. K. Jaworski.

8. od MG d

9. od MG a

10. Kurier Szczeciński, 1953r. Kurier Szczeciński, 1953 r.

11. karta z albumu a MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

12. karta z albumu b MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

13. karta z albumu c MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

14. karta z albumu e MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

15. karta z albumu MG Kartka z albumu M. Grochowskiej.

16. na jachcie "Chrobry", Maryla  i inni, 1956r. Na jachcie Chrobry; Dni Morza w Szczecinie, 1956 r. Od lewej: Antoni Robakowski – bosman jachtu Chrobry, Józef Demczuk, Maryla Grochowska, kpt. Zbigniew Szymański, Krzysztof Szymański – syn kpt. Szymańskiego, Krystyna Benesz, Ryszard Książyński, Danuta Kopacewicz. Fot. arch. M. Grochowskiej.

 

 

 

Krzysztof Jaworski: Żeglarskie wspomnienia

  ZOSTAJĘ AKADEMIKIEM, CHOĆ NA RAZIE
TYLKO ŻEGLARSKIM.

Zaostrza się reżim graniczny – „Zielone historie” – Teraz aresztuje nas WOP – Zostajemy akademikami – Flota AZS – Żegluga po Dąbskim i okolicach – Kurso-obóz w Dąbiu – Pamiętne ognisko – Jesteśmy zweryfikowani – Kolejna walka o „Błękitną Wstęgę Jeziora Dąbskiego”.

Krzysztof Jaworski; ur. 1933W 1947, .48, i .49 roku żegluga po Zalewie odbywała się, w zasadzie bez żadnych formalnych ograniczeń. Istniały co prawda punkty kontrolne WOP, koło nabrzeża Huk oraz w Trzebieży, ale ich kontrole były nader rzadkie i wyrywkowe: dzielni wopiści na ogół nie bardzo wiedzieli, jakich papierów od nas żądać. Zresztą, dla świętego spokoju, utarł się piękny zwyczaj omijania niewygodnych placówek. Huk omijaliśmy wychodząc przez Jezioro Dąbskie, a do Trzebieży po prostu nie zachodziliśmy. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni, i żegluga kwitła. Problem wychodzenia na morze był dla nas mało istotny – po pamiętnej klapie w 1948, nie próbowaliśmy go na naszym wspaniałym jachcie.
Od 1950 roku WOP wyraźnie oszalał. Nad brzegami Odry i nad Zalewem wyrosły liczne „koguty”, to jest drewniane wieże obserwacyjne. Nad brzegami zaczęły krążyć liczne patrole i z miejsca sytuacja zrobiła się niemożliwa. Żegluga na Odrze została zabroniona bez list załogi zatwierdzonych przez WOP. W ten sposób zostaliśmy praktycznie zablokowani w swym basenie, a każde wyjście odbywało się po długich peregrynacjach na ul. Kapitańską (listy załogi) i ul. Strzałowską (wezwanie oficera do odprawy). Naszych uczuć, w stosunku do biednych żołnierzy, nie warto opisywać; w każdym razie ich obecność uważaliśmy za najohydniejszą szykanę, a ich zrobienie „w capa” za najwspanialszy kawał. Porozumieć się z żołnierzami było trudno, zresztą stosowanie wojska i jego specyficznych zwyczajów do regulowania życia cywilnego, zawsze dawało rezultaty opłakane (ciekawostką jest, że w tym czasie, jednym z ważnych oficerów WOP w Szczecinie był niejaki Jaruzelski, Wojciech zresztą). Ten stan rzeczy, pogłębiała absolutna nieznajomość spraw żeglugi jachtowej, w szczególności wśród żołnierzy nigdy z tym nie mających nic wspólnego, co dostarczało mnóstwo radości i zabawnych sytuacji.
Płyniemy na Dąbskie całą flotyllą. Naturalnie w Dąbiu czeka masa osób (Jez. Dąbskie pozostało szczęśliwie poza pasem ochronnym). Pływamy przez cały dzień; w końcu czas zaczyna naglić. Wrócić do Dąbia i pchać się na flaucie na Golęcin – to strata 6 godzin. Pakujemy gości do achterpiku i wpływamy w pięć jachtów naraz do basenu. Zanim dyżurujących w krzakach dwóch „Jasiów” dodzwoniło się do oficera, gadając tajemniczo do kamienia lub słupa w których były ukryte gniazdka telefoniczne, goście ulatniali się w ogólnym bałaganie. Ewentualnie czekali ukryci na sprawdzenie dokumentów (oficjalnej załogi).
Inny żarcik wymyślili koledzy – chemicy. Brali po kilka kawałków metalicznego sodu i dyskretnie spychali nogą do basenu. Straszliwy huk i błysk wypłaszał z krzaków spokojnie drzemiących stróżów ochrony granic. Celował w tym J. A. Pisz.
Kiedyś ogarnął nas szał trałowania basenu. Znaleziska były istotnie nadzwyczajne. Kotwice jachtowe, okucia, liny, ba nawet cała autentyczna „Czajka” z gatunku pierwszych przedwojennych jachcików floty jastarniańskiej. Produktem uboczny były całe skrzynie amunicji: 20 mm od flaka, w pięknych, metalowych pudłach, skrzynki handgranatów, nawet znalazło się parę skrzyń pocisków 88mm. Do kompletu było wiele hełmów oraz dwa karabiny maszynowe. Cały ten arsenał układaliśmy na boku. „Jasiowie” patrzyli na to obojętnie – nie było rozkazu, żeby interweniować. Kiedyś przyszedł na inspekcję oficer, który brzydko przyczepił się do jednego z kolegów. Ten niewiele myśląc rzucił: A jak będziecie tak krzyczeć, to będziemy się bronić! Czym? – zaszydził porucznik. A tym odparł obojętnie nasz żeglarzy, i kopnął skrzynkę handgranatów. Co to? – Granaty, pan porucznik nie widział? A tu, w tym piórniku, to spłonki. Porucznik poszedł jak zmyty, ale za dwa dni przyszła milicja i kazała to wszystko … wrzucić z powrotem do basenu!
Kiedyś wypłynęliśmy „Wichrem” na Zalew Szczeciński z Kanału Piastowskiego. Podpłynęła motorówka i przez dziób zaczął gramolić się oficer z dwoma żołnierzami. Pepesza jednego z nich zaczepiła o sztag i … plusk! Nie było co zbierać, głębokość w tym miejsce wynosiła 12 m. Trałowanie naszą kotwicą nic nie dało. Do kompletu, w Świnoujściu strażnikowi chlupnął bęben z nabojami, ale widać nie było to straszne, gdyż żołnierze poszeptali i za chwilę jeden z nich przybiegł z nowym bębnem.
Od sierpnia 1950. przyszły nowe, surowe zarządzenia. Listy załogi na rejs po Zalewie Szczecińskim składało się na 18 ! (osiemnaście!) dni przed planowanym rejsem. Dlaczego 18 ?; zielony Bóg raczy wiedzieć. O morzu, w ogóle nie było mowy. Wpadliśmy na świetny pomysł: na liście załogi wpisywaliśmy porty dostępne również z Zalewu, lecz do odwiedzenia w takiej kolejności: Trzebież, Wolin, Dziwnów, Świnoujście, Międzyzdroje itp. Brygada podstemplowała tak sporządzone listy załogi i popłynęliśmy do Dziwnowa. Tam, na placówce zadeklarowano wyjście do Świnoujścia, naturalnie morzem. Placówka nie czyniła, widząc stempel brygady. I tak, po kilku godzinach pięknej żeglugi, „Kania” wpłynęła triumfalnie do Świnoujścia, gdzie zapanował szał. Akurat trafiła tam inspekcja i kiedy dowódca placówki referował, że jachty u nas w morze nie wychodzą, zameldowano jacht przychodzący … z morza. Skandal był okropny; załoga pod wodzą kol. Książyńskiego przesiedziała pół dnia w areszcie, ale w końcu puszczono ich z pogróżkami. Ja na szczęście wyokrętowałem się w Dziwnowie, gdyż na liście załogi figurowałem jako Antoni Jerzy Pisz, który akurat nie mógł popłynąć, a zmiana nazwiska nie wchodziła w grę (18 dni !!). Gdyby jeszcze do „figla morskiego” doszło posługiwanie się cudzą tożsamością i książeczką żeglarską – sądzę, że kol. Książyński mógłby posiedzieć nieco dłużej.
W owym czasie w Gdyni było jeszcze gorzej. Na redzie wytyczono „Oślą łączkę”, a wyjście za nią liczyło się za opuszczenie granic. Trzeba było oddawać do depozytu w MO dowód osobisty i książeczkę wojskową. Aby uniemożliwić ucieczkę jachtu, kontrolowano, czy nie ma na nim za dużo jedzenia i czy w szafkach nie wiszą „lepsze” garnitury. Widocznie uciekiniera nie przyjęto by w Szwecji w obszarpanym kombinezonie. Ponieważ trudno było określić, „za dużo jedzenia”, Kazio Rypiński był świadkiem takiego meldunku żołnierza: Obywatelu poruczniku, znalazłem w szafie dwie gruszki. Szczytowym osiągnięciem, było lina w poprzek wejścia, luzowana z budki WOP. Procedura była taka: po rewizji i odprawie jachtu na nabrzeżu, podoficer biegł do kamienia i długo z nim rozmawiał. W tym czasie jacht podpływał w kierunku wyjścia i okrzykiwał budkę: Jacht taki a taki. Ludzi tylu a tylu. I lina opuszczała się. Gorzej było z wchodzeniem. Trzeba było okrzyknąć budkę, budka dzwoniła do placówki, żołnierze przybiegali na nabrzeże i dopiero wtedy budka luzowała linę, ale tylko dla jednego jachtu. O ile był drugi, musiał czekać na zakończenie odprawy, połączonej z sakramentalną rewizją w której żołnierze wyczyniali cuda ekwilibrystyki włażąc do wszystkich zakamarków, zrzucając żagle z bomów i patrząc w worki z żaglami. Rewizja była, obojętnie czy jacht poszedł do Jastarni czy na „Oślą łączkę”, zwaną jak najniesłuszniej „Łączką Gołubiewa”, zasłużonego żeglarza, który załatwił z władzami choć taki akwen.
Biurokracja sięgała szczytów, listy załogi na „Oślą łączkę” pisało się w trzech egzemplarzach, a przy najmniejszej zmianie czy pomyłce – pisało się je od nowa. Jedyną pociechą były jachty Marynarki Wojennej, które jako ORP nie podlegały kompetencji WOP. Ba, nawet wopiści nie mieli prawa wstępu na ich pokład, o co marynarze skrupulatnie dbali. Na tych jachtach pływało się zupełnie swobodnie; na telefoniczne zlecenie oficera operacyjnego. W ten sposób można było dowieźć trochę ludzi na jachty pływające po „Oślej łączce”. Osoby te, po skończonym pływaniu, wsiadały z powrotem na jacht MW i wracały do portu. „Zieloni” byli bezsilni, gdy nie wypuszczony, na przykład z powodu braku kropki nad „i” żeglarz, wsiadał spokojnie na jacht MW! Takich anegdotycznych opowiastek można by przytoczyć mnóstwo. Jedna z nich przydarzyła się nam już na wiosnę.
Akademicy wzmocnili swoją flotyllę o dwa jachty. Jednym z jachtów, przekazanym przez Szkołę Morską, była czterdziestka, nazwana „Ewa” (później „Biały Słoń”, później „Przodownik”, później „Nadir”). Jacht ten w m zimie 1949/50 był już wyslipowany w Pałacyku, na wiosnę zaś, na wózku slipowym pojawiła się „Ewa” II” (później „Kania”). Druga „Ewa” miała swoją dość mętną historię: stanowiła własność akurat podpadniętego prokuratora, który zabrał ją harcerzom ze Szczecinka. Prawem czy lewem, teraz była nasza. I otóż wraz z Maciusiem i Leszkiem Jasińskim, zjawiliśmy się na przystani, podziwiając nowy nabytek. Ja zaś wyciągnąłem aparat fotograficzny i wykonałem im zdjęcie „na tle”. Po czym z krzaków wyszło dwóch wopistów i zostaliśmy aresztowani, i pod pepeszami odprowadzeni na komendę na ul. Strzałowskiej. Zarzut był prosty: fotografowanie na terenie portu! Na szczęście oficer dyżurny, po zapoznaniu się z naszymi dokumentami, puścił nas wolno i nawet nie skonfiskował filmu! Ale fakt był faktem – zaczęły się ciężkie czasy dla żeglarzy.
W związku z szykanami wobec YKP dokonaliśmy kolejnego transferu – i nasza „samodzielna maszoperia” In extenso weszła do Akademickiego Związku Sportowego, gdzie przyjęto nas, podobnie jak poprzednio w YKP, bez zbytnich pytań i formalności. Zresztą, i tak mieliśmy po maturze zostać studentami, a Leszek Jasiński był już nim pół na pół, bo status Szkoły Morskiej był wtedy właściwie ni pies, ni wydra: ani wyższa ani średnia. Więc wszystko było w porządku i tym samym staliśmy się akademikami. Ja zaś, bardzo szybko, objąłem funkcję zaopatrzeniowca klubowego.
AZS szczeciński w tym czasie stawał się, jak na miejscowe warunki, potężnym klubem. Oprócz wspomnianych wcześniej dwóch „Ew”, funkcjonował obudowany już nadbudówką „Kaczorek”, pływał pamiętny z naszego rejsu na zalew szpicgacik „Janeczka”, lecz pod zmienioną nazwą na „Meduza”; pływał „Tuńczyk”, a także „Przygoda” z którą na zasadzie podobnej do „Wichra” maszoperii przyszedł do AZS kol. Jerzy Szałajko. No, i w dalece zaawansowanym remoncie był pięćdziesiątka morska „Witeź II”, a na Stoczni Jachtowej trwały prace przy „Swantewicie”. Na stoczni stał jeszcze, przydzielony AZS-owi kadłub mahoniowego jachtu „Gazella”, no i ex harcerska „Dorota”. Nasz „Wicher” dopełniał mocarstwowego obrazu flotylli. AZS posiadał również szkutnika, stąd też można było pomyśleć o bardziej dogłębnych remontach, jak na przykład: wymiana naszego „kloca” na lekki, klejony maszt. Chwilowo do tego jednak nie doszło. Najpoważniejszą zmianą, zwiastującą nowe czasy, była zmiana nazw: „Ewę I” przemianowano na „Przodownika” a „Ewę II” na „Kanię”. Ta ostatnia nazwa, niby nie oznaczała sympatycznego ptaszka, ani też smacznego grzyba, lecz nazwę przodującego PGR-u w szczecińskiem. W ten sposób wszyscy byli zadowoleni, nazwy były socjalistyczne w treści, a i estetycznie – tak sobie. Sezon 1950. chcąc nie chcąc spędzało się na Jeziorze Dąbskim, wolnym od granicznych historyjek. Jezioro jest dosyć duże do żeglowania po nim na jolkach, ale nasze jachty, zalewowe i morskie, były na nim wybitnie skrępowane. Przy dobrym wietrze „Tuńczyk”, czy „Przodownik” przelatywał jezioro, z końca w koniec, w 45 minut. Takie latanie wzdłuż jeziora stawało się rychle monotonne, stąd też dążność do jak największego urozmaicenia, które szło w kierunku włażenia w najbardziej niemożliwe dziury, kanały, kanaliki coraz większymi jachtami. Najlepsza do tych celów była „Meduza”, ze względu na małe zanurzenie. Rychło miałem na niej osiągnięcia wspaniałe: wejście do centrum Dąbia, do Marysina (dzisiejsza Czarna Łąka – przyp. red.), do Lubczyna (ówczesny Lubczyn, to dzisiejsza Lubczyna – przyp. red.) i wszystkich kanałów i kanalików pomiędzy Odrą a Jez. Dąbskim, rejs w górę rzeki Regalicy, ba, nawet wejście w rzekę Inę. Potem następowały penetracje wszystkich wysp, wysepek, zatoczek i cieśnin. Po „Meduzie” próbowaliśmy tam wchodzić „Wichrem”, „Kanią”, „Tuńczykiem” i w końcu „Przodownikiem”. Jednym z przyjemniejszych celów, były tereny poniemieckich przystani przy rzece Swante; trzeba było tylko przepchać się koło wraku U-boota, tarasującego rzekę. W tym celu, wykopaliśmy trochę skarpy brzegowej. U-bootów było więcej, między innymi koło Regalicy stały dwa. Wraku lotniskowca „Graf Zeppelin” już niestety nie było – zabrali go Sowieci.
Przystań mieliśmy w Dąbiu. Była ona cienista, dobrze osłonięta i pełna wraków barek, kryp i przedziwnych pogłębiarek, pamiętających czasy zeszłego stulecia. Manewrowanie pomiędzy nimi było trudne, ale za to pełne uroku. Obok przystani znajdowała się licznie uczęszczana plaża, z cosobotnimi zabawami, o reputacji nieco podejrzanej, ale dla zahartowanych na zabawach w lokalu Ligi Morskiej na Golęcinie – zabawy dąbskie nie były zbyt straszne.
Trzeba dodać, że AZS usiłował stworzyć dla naszych ślicznych i żywiołowych pływań jakieś ramy organizacyjne i nazwał przystań w Dąbiu „Ośrodkiem Szkolenia” a nasze pływania mianem „Kursu”. Niebawem wynikły z tego daleko idąc konsekwencje.
Otóż „Kurs” musiał być upolityczniony i należało na nim przeprowadzać również szkolenie ideologiczne. Sprawę załatwiono operatywnie, i wkrótce na każdym jachcie znalazła się dziesięciotomowa „Mała Biblioteczka Marksistowska”, w kartonowym pudełku. Były tam leninowskie „Dwa kroki naprzód i jeden wstecz”, albo odwrotnie, był też i „Krótki kurs WKP(b)”. Po drugie, zaczyniono poranny apel, na którym odbywała się „prasówka”. „Prasówkę” opracowywał kolejno wyznaczony żeglarz , którego wykopywano rano po gazetę, do kiosku na dworcu kolejowym. Biegnąc z dworca czytał tytuły, a potem przed zaspanym frontem ważniejsze cytaty, opatrywane komentarzem własnym. Trwało to zwykle nie więcej niż dwie minuty. Właśnie ohydni południowi Koreańczycy napadli na socjalistyczną Północ, trochę dziwne było tylko, że w drugim dniu wojny padł Seul, bądź co bądź stolica południowców. W ten sposób szkolenie ideologiczne załatwione, i lipiec, i sierpień upływały w atmosferze spokojnej. Wkrótce wykształcił się pewien swoisty rytm i styl żeglarskiego życia w Dąbiu. Stanowiliśmy zespół wesołych, młodych ludzi, pełnych zapału i energii. Mój osobisty udział w tym życiu rozpadł się przy tym na dwa okresy: przed i po egzaminie na Politechnikę Gdańską.
W okresie pierwszym, najważniejszym zadaniem było spuszczenie na wodę jachtów i doprowadzenie ich do użytku, co staraliśmy się wykonać przed 1. Maja, a to w celu wzięcia udziału w defiladzie jachtów na Wałach Chrobrego. Żeby wyglądało to jeszcze ładniej, Środowisko (Zarząd Środowiskowy AZS – przyp.red.) zafundowało nam białe marynarskie bluzy. Po defiladzie popłynęliśmy „na redę Dąbia”, gdzie czekać mieli umówieni goście z Zarządu AZS, ZSP, i ZAMP (dla współczesnych należy wyjaśnić, że był to Związek Akademicki Młodzieży Polskiej, czyli przybudówka ZMP, którą zresztą dość szybko zlikwidowano). My w załodze „Przodownika” pod wodzą Zdzisia Michalskiego, byliśmy pierwsi, rzucając kotwicę przed wypełnioną ludźmi plażą, ustalając komunikację z lądem przy pomocy malutkiego bączka napędzanego na śrubkę. Po zjawieniu się gości, zaszła potrzeba uzupełnienia zapasów alkoholu, czego dokonał jeden z prezesów ZAMP. Zrobiłem mu pamiątkowe zdjęcie. Obok nas rzuciła kotwicę „Kania” pod wodzą Jurka Szałajki, na której pokładzie panowała jakaś panika, gdyż wypełniony gośćmi jacht wyraźnie tonął. Okazało się, że po spuszczeniu jachtu na wodę zapomniano poszpachlować karawelowe poszycie, które rozeschnięte na świeżym wietrze przy przechyle, puszczało wodę jak sito. Na szczęście, po stanięciu na równej stępce, udało się wodę wybrać !
Nie był to koniec wrażeń. Po południu ruszyliśmy „Przodownikiem” w okolice kanału Swante. Trochę przywiało i puściły dwa sztagi. Po prostu rozkręciły się niebezpiecznie ściągacze. I tym razem na szczęście utrzymał forsztag, który też puścił, ale już po zrzuceniu żagli. Oba te incydenty, okropnie banalne, pokazują, że wiedza żeglarska, nawet akademików, nie była wtedy zbyt ugruntowana.
W okresie drugim, po niepowodzeniu gdańskim, żeglowałem sobie wesoło po „Morzu Dąbskim”. Nasz upolityczniony „Kurs” zostawił nam pełną inicjatywę w żeglowaniu. Wtedy też wielkie osiągnięcia miał Wojtek Jacobson, pojawiły się na wodzie obie małe Grochowskie: Maryla i Bogusia, na „Wichrze” szalał Leszek Jasiński z kolegą „Krokodylem” Sobieszczykiem. Pojawił się też jako desant z Wrocławia Ludomir Mączka. Było szalenie wesoło, wieczorami śpiewaliśmy sobie przy ognisku różne żeglarskie i nieżeglarskie piosenki, ze szczególnym uwzględnieniem hill-billies: „She’ll be coming from the mountains, if she came, singing ya – ya, yuppi, yuppi, ya”. Był nawet kiedyś jakiś alkohol: Leszek przytargał ćwiartkę, więc dawka była homeopatyczna. I ta amerykańska piosenka, oraz wyżej wymieniona ćwiartka stały się nagle głównym punktem oskarżenia. Ktoś oczywiście musiał kapować nas tam, gdzie nie trzeba. Z kół zbliżonych do Zarządu Środowiskowego AZS-u dowiedzieliśmy się, że szykuje się nalot i czystka. Wiadomo było też, że wykonawcą dintojry ma być kolega Zlamal z ZAMP. Kolega ten, choć ideologicznie słuszny, nosił się wszelako jak bikiniarz, gdyż miał krótkie i wąskie spodnie, wywatowaną w ramionach marynarkę, buty na słoninie oraz skarpetki w paski. Leszek bardzo się martwił, gdyż wraz z Sobieszczykiem miał być za głównego oskarżonego o demoralizację i pijaństwo. Ale wtedy przypomniałem sobie o zrobionym wiosną zdjęciu.
Pewnego wrześniowego wieczora, zebraliśmy się przy ognisku. Kol Zlamal, w asyście innych oficjeli, wystawił państwowo-twórczą mowę, żądając surowych konsekwencji w stosunku do śpiewaków amerykańskich, a więc imperialistycznych piosenek – to się tyczyło trochę mnie, oraz nie socjalistycznie upijających się studentów. Kiedy skończył wśród ogólnej ciszy, Pan Marynarz Jumbo podniósł się i zabrał głos: Tu się nam zarzuca picie wódki, ale to była ćwiartka i to wieczorem. A kolega Zlamal, w biały dzień, przed plażą pełną ludzi, pływał na bączku wymachując butelkami alkoholu. Ja skończyłem – tu usiadł z godnością. Zebranie zostało gwałtownie zakończone i do wniosków personalnych nie doszło. Za to zostaliśmy wszyscy gremialnie wyrzuceni z AZS-u, a następnie przyjmowani pojedynczo, według jakiś tajemniczo sporządzonych list. Musiała być to sprawka ubowska, bo na przykład, Wojtek Jacobson otrzymał wilczy bilet i zakaz pływania na jachtach AZS-u. Powód był oczywisty – jego ojciec, lekarz, szczęśliwie przeżył wojnę na Zachodzie i ściągnął tam matkę, która po pobycie w obozie w Ravensbrück znalazła się w Szwecji. Posiadanie rodziców w Londynie było zupełnie wystarczającym powodem dla pognębienia syna. Do Maryli i Bogusi Grochowskich jakoś nasi weryfikatorzy nie dogrzebali się, pomimo że ich najbliżsi siedzieli z dużymi wyrokami z Afery Robineau.
Po tej drace nasz obozo-kurs praktycznie się rozleciał. Ja zaś, zupełnie niespodzianie zostawszy studentem, chwilowo musiałem oddać się odrabianiu opóźnień w nauce. Mimo wszystko nie porzuciłem całkowicie żeglarstwa: wziąłem udział w spuszczaniu na wodę jachtu „Weser” (później „Witeź II”), po czym na wiosełkach przeholowaliśmy go ze stoczni jachtowej do Pałacyku, gdzie przezimował. No, i nie należy zapomnieć o największej imprezie regatowej Szczecina: „Regaty Jesienne” i zdobycie „Błękitnej Wstęgi”, traktowaliśmy prawie jako rodzinną imprezę, wszak zwycięski „Wicher” i Tuńczyk” były nasze klubowe, a „Przodownik” chodził jeszcze lepiej. Nie mniej ruszyli do boju patenciarze chemicy. Jurek Szałajko zapamiętał dobrze ubiegłoroczną porażkę, toteż wszystkie nasze jachty zostały wyciągnięte na slipie, oskrobane z balansów i pociągnięte świeżą farbą. Ale Jurek wymyślił coś ekstra: nabył kopę jaj, z żółtek powstała jajecznica – gigant, a białkami posmarował dno. Coś jednak stało się nie tak: białko skoagulowało, i wzdłuż dna powstały piękne, białe frędzle, które na pewno nie dawały poślizgu! W panice, tuż przed wyjściem z basenu, załoga szorowała dno, żeby pozbyć się tego cholernego białka ! Innym patentem było smarowanie dna grafitem, wyszachrowanym od tramwajarzy, którzy polewali nim szyny na zakrętach. W sumie pogodziła nas Trzydziestka konstrukcji Kazia Michalskiego, prowadzona przez Pana Kapitana Zbigniewa Szymańskiego. Miał on dużo szczęścia, bo wiaterek dmuchał ledwo-ledwo, a ta „piekielna” jola, już od dwóch stopni Beauforta, z trudem dawała się balastować.

                                                                                                                              Krzysztof Jaworski

_______________________________________________________________________________________________________

Krzysztof Jaworski ur. 1933r.; jachtowy kapitan morski; żeglarstwo uprawia od 1947r., początkowo w drużynie harcerskiej w Szczecinie; w szczecińskim żeglarstwie akademickim od początku lat pięćdziesiątych; brał udział w Mistrzostwach Polski Jachtów Morskich w 1952, 1953 (zdobywa I miejsce – Mistrzostwo Polski), 1955; liczne regaty morskie i śródlądowe (Słonka, Finn); w latach 1954-1959 Komandor Klubu AZS Gdańsk; członek Komisji Morskiej ZG AZS; w latach 1960-1966 członek Komisji Kapitanów ZG PZŻ; w latach 1983-1988 Komandor Klubu “Cała Naprzód” Warszawa; działalność instruktorska (Trzebież), publicystyczna (m. in. Żagle); mieszka w Warszawie.

_______________________________________________________________________________________

FOTO

„Koguty” nad morzem.

„Wicher”

„Kania”

„Nadir”.

„Meduza” w Dąbiu.

„Tuńczyk”.

„Przygoda”.

„Witeź II”.

„Kol. Zlamal”…

„Stanowiliśmy zespół wesołych, młodych ludzi… Było szalenie wesoło, wieczorami śpiewaliśmy różne żeglarskie i nie-żeglarskie piosenki …”