Archiwa kategorii: Wspomnienia

Marek Słodownik: Zanim ukazały się „Żagle”…

 Zanim ukazały się „Żagle” – w styczniu 1959 roku – na polskim rynku prasowym okresu powojennego funkcjonowało już z powodzeniem kilka tytułów prasy żeglarskiej; pierwsze, ukazało się już w 1945 roku. Interesujące w szacie graficznej, przyciągały czytelników zachęcając do aktywności na wodzie, do pracy na morzu, pokazując inny, nieznany, ale pociągający, czasami egzotyczny świat żagli i morza.

Jeszcze wcześniej, wkrótce po odzyskaniu niepodległości, sto lat temu, w maju 1919 roku ukazało się pierwsze czasopismo o problematyce morskiej „Bandera Polska”.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

                              Marek Słodownik

  Żeglarstwo i sprawy morskie w mediach do roku 1959.

Zanim w 1959 roku na scenę mediów w Polsce wkroczył magazyn „Żagle” w sprawach czasopiśmiennictwa poświęconego nie tylko sprawom wodnym w ogóle, ale także żeglarstwa, działo się wiele.

Prasa poświęcona morzu po wojnie ukazuje się już od 1945 roku. Już w listopadzie wydano pierwszy numer miesięcznika „Młodzież Morska” z podtytułem „Miesięcznik Młodzieżowy Ligi Morskiej”.

M_Strona_06  2a. M_Strona_04  3a. M_Strona_05 4a. M_Strona_02  5a. M_Strona_03  6a. M_Strona_01

W numerze marcowym z następnego roku w stopce pojawiło się nazwisko Wacława Słobczyńskiego, którego następnie zamienił Walery Przyborowski. Od numeru lipcowego osobę redaktora zamienia kolegium redakcyjne. W połowie roku 1948 pismo zostaje połączone z miesięcznikiem „Żeglarz”[1], które wszelako nie miało nic wspólnego z zasłużonym przedwojennym tytułem.

1a. MORZE_Strona_05  2a. MORZE_Strona_04  3a. MORZE_Strona_03

Było to pismo wydawane przez Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, miało charakter szkoleniowo-instruktażowy i koncentrowało się na popularyzacji zawodów związanych z morzem i gospodarką morską.

Z połączenia tych dwóch tytułów powstał w 1949 roku magazyn „Młody Żeglarz” ukazujący się w nakładzie od ośmiu do dziesięciu tysięcy egzemplarzy.

1a. M_Strona_11  2a. M_Strona_12  3a. M_Strona_13 4a.M_Strona_14  5a. M_Strona_09  6a.M_Strona_10 7a. M_Strona_07  8a. MORZE_Strona_04

Wydawcą została organizacja Służba Polsce przy aktywnym współdziałaniu wspomnianego już Państwowego Centrum Wychowania Morskiego oraz Ligi Morskiej i Marynarki Wojennej.[2] Już rok później samodzielnym wydawcą zostaje Państwowe Centrum Wychowania Morskiego, a od roku 1951 zmienia podtytuł na „Młodzieżowe pismo popularyzacyjno-szkoleniowe Ligi Morskiej” i wkrótce także dokonuje się zmiana szaty graficznej. Na łamach odnowionego tytułu coraz mniej miejsca poświęca się sprawom żeglarstwa, pismo zyskuje charakter periodyku agitacyjnego wobec nowej władzy, co nie zyskuje aprobaty czytelników i w efekcie w listopadzie tegoż roku ukazał się jego ostatni numer.

Nieco wcześniej, bo już w październiku 1945 roku, reaktywowano czasopismo „Morze”, ale zmieniła się zupełnie jego formuła w stosunku do okresu międzywojennego.

1. MORZE_Strona_01  2. MORZE_Strona_12  3. MORZE 2_Strona_5

4. MORZE 2_Strona_7  5. MORZE_Strona_03  6. MORZE_Strona_05

7. MORZE_Strona_06

Wkrótce połączono go z innym tytułem, „Marynarz Polski” by w kilka lat później powrócić do swego pierwotnego tytułu.

1a. RE_Strona_8  2a. RE_Strona_9  3a. P1410699

4a. RE_Strona_6  5a. RE_Strona_7  6a. MORZE 2_Strona_3Pismem kierowali kolejno: Franciszek Walicki (w późniejszym czasie dziennikarz muzyczny, ojciec polskiego big-beatu i rocka – przyp. red.), Bronisław Miazgowski, Alicja Azembska i Józef Wójcicki.[3] Ważną postacią związaną z „Morzem” był Jerzy Miciński, który pracował w redakcji od 1946 roku, a od roku 1967  kierował pismem jako redaktor naczelny. Na emeryturę przeszedł w roku 1987. Zmarł w marcu 1996 roku. Drogę do pracy dziennikarskiej i swoje związki z pismem podsumował krótko w numerze sześćsetnym, z listopada 1980 roku: „Od „Morza” zaczęła się moja cała morska kariera. (…) Najpierw było czytanie, później kurs korespondencyjny prowadzony przez redakcję, wreszcie-w 1952 roku- kurs żeglarski. W tym czasie, zgodnie z radą „Morza” miałem już złożone podanie do Szkoły Morskiej”[4]

Współpracownikami pisma byli min: Karol Olgierd Borchardt, Wincenty Milenuszkin, Czesław Adamowicz, Wiesław Gawłowicz, Krzysztof Baranowski, Waldemar Łysiak. Od roku 1957 zaczęły ukazywać się regularne materiały poświęcone żeglarstwu, pisywał je Stanisław Wilga, a za tym pseudonimem krył się Włodzimierz Głowacki. O wielkich imprezach żeglarskich pisał również komandor Julian Czerwiński oraz Bolesław Kowalski. Wielokrotnie publikowano również relacje w ważnych wypraw żeglarskich, których w latach siedemdziesiątych było coraz więcej.

W czerwcu 1955 roku na rynku prasowym dość nieoczekiwanie pojawił się nowy tytuł. „Wodami Polski” wydawało Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, a redakcja mieściła się w Warszawie, przy ulicy Senatorskiej 11.

1a. 5kolor  3a. kolor  4a. kolorRedaktorem naczelnym był Marian Sobański, a nad pismem sprawował pieczę Komitet Redakcyjny, na którego czele stał Lesław Dobrucki. Pismo od początku napotkało niemałe trudności wydawnicze wynikające w dużej mierze z sytuacji politycznej i gospodarczej kraju. Pierwsze cztery numery wydano jeszcze przed przemianami politycznymi Października 1956 roku, co w istotny sposób rzutowało na politykę personalną oraz na linię redakcyjną. Tematy polityczne sporadycznie gościły na łamach tytułu, jednak bez wątpienia miały istotny wpływ na kształt nowego czasopisma. Redaktor naczelny po przemianach październikowych pisał na ten temat: Od VIII Plenum upłynęło już trochę czasu. Cała Polska żyje zagadnieniem naprawiania i przestawiania na nowe tory panujących dotychczas stosunków. Również w PTTK przedsięwzięto w tej sprawie pierwsze kroki. Uchwałą Plenum ZG PTTK przekazuje się program z zakresu turystyki kwalifikowanej do wykonania komisjom społecznym wraz ze środkami finansowymi.[5] Kiedy w 1958 roku obchodzono uroczyście Tydzień Ziem Zachodnich, redakcja stanęła w pierwszym szeregu frontu ideologicznego informując o zwartych szeregach i mobilizacji całego środowiska żeglarzy turystycznych: Cały kraj obchodzi w dniach 5 – 14 maja br Tydzień Ziem Zachodnich. Społeczeństwo polskie w ciągu tego tygodnia manifestuje wszelkimi formami silną więź tych ziem z resztą kraju. I żeglarze-turyści obchodzą również Tydzień Ziem zachodnich. Dziwny jednak jest ten tydzień, ma on bowiem 365 dni. Tak jest, gdyż cały okrągły rok trwa praca Klubów i Sekcji Turystyki Żeglarskiej Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego nad utrwaleniem związku ziem zachodnich z Macierzą.[6] Tak pryncypialne materiały były jednak rzadkością na łamach pisma turystycznego, a przez czytelników były przyjmowane jako naturalna danina na rzecz dysponenta politycznego decydującego o dalszym istnieniu tytułu ważnego dla środowiska.

Pismo zawierało zmienną liczbę stron, ukazywało się również bardzo nieregularnie, a przerwy w publikacji kolejnych wydań sięgały nawet kilku miesięcy. Zmienny był również nakład czasopisma, co pokazuje na jakie problemy napotykał zespół redakcyjny w codziennej pracy. Mimo to nie poddawano się i kontynuowano misję wydawania pierwszego czasopisma o profilu turystycznym adresowanym do środowiska wodniackiego.

  „Wodami Polski” to skromny tytuł, wydawany w technice czarno-białej na słabej jakości papierze, zawierał niewiele zdjęć, ale poza nimi starano się zamieszczać rysunki i tabele podnoszące walor ilustracyjny periodyku. Redakcja nie trzymała się ściśle przyjętych na wstępie rozwiązań graficznych, dokonywała zmian na okładkach, modyfikowano logotyp pisma, zmieniano także układ graficzny wewnątrz kolejnych numerów. Problemem były zapasy redakcyjne, chociaż w tych latach turystyka wodniacka istniała, to jednak bariery formalne były wciąż bardzo silne, niewielu turystów dokumentowało swoje wyprawy zdjęciami, a ponadto wyprawy te ograniczały się do terenów Polski, co notabene wpisywało się w zakres tematyczny nowego pisma.

W słowie wstępnym redakcja zwracała się do czytelników nie kryjąc satysfakcji: „Wodami Polski” (…) pierwsze drukowane we własnym organie wodniackie słowo. Długie i mozolne starania działaczy turystyki wodnej o swoje pismo znalazły wreszcie rozwiązanie.[7]

W kolejnych miesiącach wokół pisma skupiła się grupa wielu bardzo aktywnych działaczy związanych z różnymi nurtami wodnej turystyki. Tematyka żeglarska od początku znalazła poczesne miejsce na stronach pisma, a do najważniejszych publicystów należeli wspomniany już Marian Sobański, Tadeusz Jabłoński piszący pod pseudonimem Paweł Dzianisz, Marian Mickiewicz, Janusz Drzewiecki, Witold Tobis, jeden z późniejszych filarów miesięcznika „Żagle” czy Lech Jankowski, postaci bardzo popularne w środowisku  żeglarskim.

Zagadnienia żeglarskie poruszane na łamach „Wód Polski” koncentrowały się wokół kilku głównych grup zagadnień. Najważniejszym była prezentacja rodzimych akwenów i konieczność dobrego utrzymania szlaków żeglownych dla turystyki, co postulowano wielokrotnie na łamach pisma.[8] Prezentowano także najbardziej popularne wówczas konstrukcje jachtowe pod kątem wykorzystania ich w rekreacji i radzono jak dostosować je do dłuższych wypadów, a także prezentowano ofertę producentów zagranicznych, oczywiście wyłącznie z krajów bloku socjalistycznego.[9] Radzono jak manewrować łodziami na prądzie rzecznym i jak przygotować jacht do wyprawy.[10] Postulowano również rozwój turystyki morskiej, a także nawiązywano wprost do uchwał gremiów zajmujących się turystyką na szczeblu centralnym.[11] Najbardziej zaangażowany materiał w tej sprawie dotyczył umasowienia żeglarstwa morskiego, na co wówczas nie było jeszcze zgody politycznej. Marian Mickiewicz, znany warszawski kapitan, pisał nawiązując wprost do poetyki Mariusza Zaruskiego: Czas już i u nas skończyć z tą kompromitującą polskie żeglarstwo sytuacją – nie dziesiątki, lecz setki żeglarzy powinny w sezonie pływać po naszym morzu. To zupełnie możliwe, a nawet więcej – to jest konieczne, jeżeli mamy wszechstronnie wykorzystywać dobrodziejstwo posiadania wybrzeża morskiego, jeżeli mamy wszechstronni szkolić i wychowywać naszą młodzież.[12]

Pojawiały się także zagadnienia z dziedziny ekologii, wówczas określanymi jako ochrona wód, ale nie pisano o tych zagadnieniach w sposób zorganizowany choć na uwagę zasługuje fakt, że już wówczas dostrzegano zagrożenie ze strony przemysłu i wskutek złych nawyków właścicieli gospodarstw domowych.[13]

Pismo było pionierem w segmencie periodyków turystycznych i wywarło istotny wpływ na czytelników. Kolejne tytuły nawiązywały do niego czerpiąc doświadczenie zarówno z tematyki, sposobu jej ujęcia jak też angażując autorów periodyku do swoich zespołów redakcyjnych. Dla wielu pozostaje wciąż, mimo wielu słabości i wydaniu zaledwie 14 numerów, wzorem dobrze redagowanego czasopisma.

Przełomem w latach powojennych był rok 1956. Wówczas, na fali październikowej odwilży zmieniły się całkowicie realia polityczne. Dla żeglarstwa oznaczało to przywrócenie możliwości organizowania rejsów morskich, choć do prawdziwej swobody droga była jeszcze bardzo daleka. „Regaty” weszły na rynek prasowy dość nieoczekiwanie na dwa miesiące przed zmianami politycznymi, w sierpniu 1956 roku, a jego debiutem zaskoczone zostało nawet środowisko wodniackie.

1a. RE_Strona_1  2a. RE_Strona_2  3a. RE_Strona_3     Wydawcą była RSW Prasa, Wydawnictwo Prasa Sportowa, Redakcja Miesięczników Fachowych, ale w praktyce był to organ sekcji wioślarstwa, kajakarstwa, żeglarstwa i sportu motorowodnego GKKF.[14] Redaktorem naczelnym była Magdalena Godlewska, pracownica etatowa tej instytucji, a biuro redakcji usytuowano w Warszawie, przy ulicy Kredytowej 1. Pismo wydawane w formacie A4 jako dwubarwne, o nieujawnionym nakładzie i zmiennej objętości, wahającej się od 16 do 28 kolumn. Cenę egzemplarza ustalono na 5 złotych, było to zatem pismo relatywnie drogie. Miało atrakcyjną szatę graficzną, dwułamowy układ ułatwiający czytanie, dużo materiałów ilustracyjnych, zarówno zdjęć jak i rysunków ułatwiających zrozumienie skomplikowanych czasem tekstów. Staranny druk i dobrej klasy papier dopełniały wrażenia pisma profesjonalnie przygotowanego przez kompetentny zespół redakcyjny. Nowy periodyk miał grubą okładkę, która stwarzała wrażenie pisma bardziej obszernego niż było w rzeczywistości, a ponadto także ten element ułatwiał lekturę. Okładka miały stały wzór, wymieniano na niej tylko zdjęcie.

Pismo ukazywało się ale regularnie, ale z niewielkimi opóźnieniami, w roku 1956 wydano 5 numerów, kolejny rok przyniósł tylko jedno wydanie, po czym „Regaty” zniknęły z punktów sprzedaży.

W pierwszym numerze redakcja zwraca się do czytelników: „Regaty” wypływają na szerokie wody. Oczekujecie zapewne poważnego artykułu wstępnego. Nie znajdziecie go. Redakcja postanowiła zerwać z utartymi, powszechnie stosowanymi zwyczajami i w miejsce artykułu wstępnego zwrócić się do wszystkich żeglarzy, wioślarzy, kajakarzy motorowodniaków” – Pamiętajcie- „Regaty” są naszym wspólnym pismem. (…) Chcemy, by „Regaty” stały się przyjacielem wszystkich, którzy ukochali sporty wodne.[15]

Pismo starało się godzić interesy kilku niezależnych grup wodniaków i dzieliło miejsce na łamach według specyficznego klucza. Zbyt eklektyczna zawartość nie zachęcała do lektury czytelników zajmujących się aktywnie wybraną dziedziną wodnej rekreacji. Starano się pisać pobieżnie o wszystkim, co nie zadowalało chyba żadnej ze wspomnianych grup. Ale zdarzały się materiały godzące wszystkie, nierzadko zwaśnione stron, kiedy pisano o planach rozwoju akwenów przeznaczanych do turystyki i rekreacji. Bardzo ciekawy materiał z tego nurtu ukazał się już w pierwszym wydaniu pisma, a dotyczy planowanej budowy stopni wodnych na Wiśle.[16] Żeglarstwo na łamach nowego periodyku znalazło swoje miejsce i jego znaczenie z miesiąca na miesiąc rosło. Podzielone było na kilka niezależnych wątków, których autorami byli specjaliści różnych żeglarskich zagadnień. Technika reprezentowana była przez profesora Czesława Marchaja, największego w Polsce specjalisty od zagadnień teorii żeglowania, który w początku lat 60-tych emigruje do Anglii. Materiały o technice koncentrowały się konstrukcji jachtów i ich utrzymaniu w należytym stanie technicznym. [17]

Redakcji udało się skupić wokół spraw żeglarskich znakomitych autorów. Sprawami wychowawczymi i organizacyjnymi zajmował się na łamach pisma Włodzimierz Głowacki. Na łamach „Regat” opublikował on słynny artykuł, w którym udowadniał wyższość żeglarstwa klubowego nad indywidualnym.[18] O regatach śródlądowych pisywało do „Regat” kilku autorów, najbardziej aktywni byli Andrzej Dąbkowski i Wojciech Roszak, a plonem ich pracy były głównie relacje w etapowych regat Warszawa-Gdańsk, bardzo wówczas popularnych w środowisku.[19] Zagadnieniami sędziowskimi zajmował się Stefan Wysocki, działacz żeglarski i promotor tej dyscypliny, ale publikował on również artykuły na tematy techniczne.

Działania redakcji nie szły w parze z zainteresowaniem czytelników i tytuł niespodziewanie zniknął z rynku prasowego w początku 1957 roku. O okolicznościach zamknięcia redakcji na łamach „Żagli” pisał po latach Włodzimierz Głowacki: „Byłem członkiem kolegium redakcyjnego „Regat”. Gdy pewnego dnia przybyłem do redakcji z materiałem gotowym do następnego numeru, okazało się, że trudziłem się niepotrzebnie, Nie było już redakcji, ani „Regat”, ani kolegium redakcyjnego.[20]

Przyczyn należy poszukiwać w nietrafionej formule wydawniczej, która powodowała, że był to tytuł próbujący integrować środowiska wodniackie, ale czyniący to w sposób trudny do zaakceptowania przez adresatów oferty. Model pisma, w którym każda z dziedzin ma swoje kolumny nie zadowolił żadnego z tych środowisk, ponieważ każde z nich uważało, że zasłużyło na własny tytuł, a kolejne dziedziny wodnej aktywności stoją na przeszkodzie do posiadania pisma na wyłączność.

Redakcja zdawała sobie sprawę, że pismo ma kłopoty, wskazywano na konieczność dokonania zmian, jednak ostatecznie decyzją komisji złożonej z przedstawicieli KC PZPR, Zarządu Głównego RSW „Prasa”, GKKF i Wydawnictwa „Prasa Sportowa” zniknęło nagle z rynku.[21] Nie był to wówczas przypadek odosobniony, z uwagi na trudności w zakupie papieru szukano na szczeblu centralnym oszczędności i dokonywano analizy tytułów prasowych pod kątem ich ekonomicznego potencjału.

„Regaty” nie zawierały w ogóle reklam, co powodowało, że wpływy na jego utrzymanie były niewystarczające, jednak w roku 1956 publikowanie reklam prasowych nie było w ogóle rozpatrywane, nie tylko w kontekście poprawy rentowności tytułów prasowych.

Marek Słodownik

___________________________________________

1.„Żeglarz” był pismem wydawanym przez struktury ZHP w latach 1934-1939 z przerwą w roku 1938. Początkowo ukazywał się jako dodatek do pisma „Na Tropie”, później stał się samodzielnym bytem. Łącznie ukazało się 45 numerów pisma.

[2] „Młody Żeglarz” nr 1/1949, str. 2

[3] Henryk Mąka, „750 numerów Morza”, „Morze” nr 4/1997, str. 2-4

[4]  ba (Jerzy Miciński) „Od Redaktora” „Morze” nr 11/1980, str. 2

[5]  Marian Sobański, „Na nowe tory”, „Wodami Polski, nr 5/1956, str. 1

[6]  (Sigis), Żeglarski tydzień Ziem Zachodnich, Przemysław Bussse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 5/1958, str. 2

[7]   (ba), „Od redakcji”, „Wodami Polski nr 1/1955, str. 3

[8]   Paweł Dzianisz (Tadeusz Jabłoński),  „Wodami ukochanego kraju”, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 6, Marian Sobański, „Wisła”, Wodami Polski” nr 1/1955, str. 1/1955, str. 7, Lech Jankowski, „Budowa stopni piętrzących na Wiśle a turystyka wodna”, „ Wodami Polski” nr 4/1956, str. 7-8, Wiesław Nasiłowski, „Moje doświadczenia z rejsów mazurskich”, „Wodami Polski” nr  2/1958, str. 5-6, Przemysław Busse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 3-4/1958, str. 3

[9]   Zbigniew Kościński, „Finn, Słonka, Hetka, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 1/1955, str. 6, Józef Wierzbicki, „Amatorska budowa łodzi żaglowych, Wodami Polski” nr 2/1955, str.2/1955, str. 7-8, Zbigniew Kościński, „T-10, nowa turystyczna łódź żeglarska, „Wodami Polski” nr 5/1956, str. 14-15, Witold Tobis, „Sprzęt żeglarski z NRD”, „Wodami Polski” nr 10/1957, str. 9, Witold Tobis, „Katamaran”, „Wodami Polski” nr 10/1957, str. 10, (ba), „Łodzie żaglowe dla młodzieży” Przemysław Bussse, „Ptasi raj”, „Wodami Polski” nr 5/1958, str. 11-12

[10]   (Jaskar), „O załodze słów kilka”, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 15-16,  Stanisław Bogdanowicz, Andrzej Iżycki, „Manewrowanie łodzią żaglową na prądzie rzecznym”, „Wodami Polski” nr 6/1957, str, 5-7, kontynuacja w numerach: nr 8/1957, str. 5-7

[11]   Marian Mickiewicz, „O turystyczne żeglarstwo morskie, „Wodami Polski” nr 4/1956, str. 4, Antoni Łukasiewicz, „Rejs do Helsinek”, „Wodami Polski” nr 5/1956, str. 10, Marian Mickiewicz, „Pod Skagen, Mariusz Zaruski i Zew Morza do Narviku”, „Wodami Polski” nr 2/1958, str. 5-6

[12]   Marian Mickiewicz, „O turystyczne żeglarstwo morskie”, „Wodami Polski” nr 4/1956, str. 4

[13]   Edward Muszalski, „Zanieczyszczenia rzek, „Wodami Polski” nr 1/1955, str. 25-26

[14]  W latach 1951-56 związki sportowe zostały zlikwidowane, a w ich miejsce wprowadzono, na wzór radziecki, sekcje poszczególnych dyscyplin skupione wokół Głównego Komitetu Kultury Fizycznej pełniącego de facto rolę ministerstwa sportu. Przewodniczącym Sekcji Żeglarskiej GKKF w tych latach był Jerzy Putrament.

[15]  (ba), bez tytułu, „Regaty” nr 1/1956, str. 1

[16]  (ba), „Warszawski węzeł wodny”, „Regaty”,  nr 1/1956, str. 24-25

[17]  Czesław Marchaj, „Formuły pomiaru wartości regatowej jachtu”, „Regaty”,  nr 1/1956, str. 9-11, kontynuacja w numerach: 2/1956, str. 8-9, nr 3/1956, str. 15-17,  Czesław Marchaj, „Zagadnienia rozkołysu klasy Finn”, „Regaty”,  nr3/1956, str. 6-8, Stefan Wysocki, „Maszt jest ważny”, „Regaty”,  nr 4/1956, str. 10-11

[18]  Włodzimierz Głowacki, „Polski Związek Żeglarski”, „Regaty”,  nr 5/1956, str. 4-5

[19]  Andrzej Dąbkowski, „Po raz pierwszy Warszawa – Gdańsk”, „Regaty”,  nr 2/1956, str. 2-3,  Wojciech Roszak, „O regatach Warszawa – Gdańsk”, „Regaty”,  nr 4/1956, str. 12

[20]  Włodzimierz Głowacki „O „Żaglach” mówią ich redaktorzy” „Żagle” nr 1/1969, str. 4-5

[21]  Włodzimierz Głowacki, „Zanim doszło do „Żagli”, „Żagle”, nr 1/1984, str. 6-7

Zamieszczone scany okładek czasopism żeglarskich pochodzą z prywatnego archiwum Autora artykułu.

________________________________________________________________________________________________________Marek Słodownik – dziennikarz (Instytut Dziennikarstwa Uniwersytet Warszawski, mass media communication w                                                            University of Westminster) zajmujący się tematyką żeglarską (ponad 1000 opublikowanych                                                                materiałów, w tym artykułów o wielkich regatach oceanicznych, wywiadów ze światowymi sławami                                                  żeglarskimi, reportaży i analiz). Autor książek o  żeglarstwie, wystaw żeglarskich, różnych akcji, np.                                                   kino żeglarskie, „Ratujmy Dezety”, Rok Zaruskiego, członek Kapituły i Rady  Konkursu „Kolosy”. Żegluje od                                         1973 roku.

 

 

Jan Malicki: Tęsknoty moje do wody i morza.

Chojnice, miasto rodzinne, piękne ze swojej historycznej przeszłości, zachowanych zabytków oraz unikalnej kultury polsko-kaszubsko-kosznajderskiej. Piękne z racji szczęśliwego i beztroskiego dzieciństwa. Piękne, bo leżące niedaleko miejscowości Charzykowy, rozciągającej się po płd-wsch stronie jednego z piękniejszych akwenów wodnych Pomorza, jeziora Łukomie. Charzyków – będącego kolebką polskiego żeglarstwa, a nawet „Mekką”, jak określił to jeden z działaczy  żeglarskich. Charzyków – dumnego z powstania pierwszego w Polsce po odzyskaniu niepodległości w 1920 roku, klubu żeglarskiego. Klubu w którym chlubnymi zgłoskami zapisali się Otton Weiland, Władysław Grzeca i inni. Myślę, że atrakcyjność Chojnic – niezależnie od ich historii, kultury i tradycji – „stoją jednak Charzykowami”; i to nie tylko w mojej opinii. Widok Charzyków i jego jeziora, zafascynował mnie w 1936 roku, kiedy po raz pierwszy tam zawitałem z Ojcem i miałem okazję popływać żaglówką.

Wybuch wojny w 1939 roku i okupacja hitlerowska, uniemożliwiały odwiedzanie Charzyków, które okupant przemianował na Müskendorf. Praktycznie było ono niedostępne z racji wykonywanych przez Niemców prób testowych silników do Torpedoboot’ów, budowanych w stoczni chojnickiej. Wyjazdy z rodzicami do Kowalskich Błot, do wuja Jana, zarówno przed wojną jak i  w pierwszych latach okupacji, umożliwiały mi pływanie czółnem rybackim po Jeziorze Okierskim, stanowiącym większościową własność naszych krewnych. Po wyrzuceniu nas przez Niemców z mieszkania przy ul. Warszawskiej, do zaszczurzonej klitki przy ul. Mackenzenstrasse, na zaplecze piekarni Benkiego, moim miejscem zabawowym przy puszczaniu łódek było Moenchsee – Jezioro Zakonne, którego fragment zachował się w postaci stawu w dzisiejszym Parku Tysiąclecia. Tam też zimą wywijałem na łyżwach „Volty” i ryzykowałem zapalenie płuc wpadając przy 20 stopniowym mrozie do przerębla. Latem, aby kąpać się bezpiecznie i puszczać wystrugane w korze łódki, jeździłem z kolegą Andrzejem Jakubowskim do Rytla. Idąc z dworca kolejowego wzdłuż torów w kierunku Tczewa, po około 1,5 km przekraczaliśmy pilnowany przez wachmana most nad Brdą i po stu metrach docieraliśmy nad Wielki Kanał Brdy. Znajdowała się tam złocista piaskowa plaża, ograniczona nasypem toru kolejowego i rosnącym sosnowym lasem, z której uroków korzystali mieszkańcy Rytla. Czy jeszcze będą z niego korzystać nie wiadomo, bo lasu dziś po wrześniowej w 2017 r. nawałnicy tam już nie ma! Rodzice znając to miejsce i wiedząc, że poziom wody w kanale co najwyżej sięgał nam do pasa, oraz że woda tam jest stosunkowo ciepła, zgadzali się na taki wyjazd. Tam próbowałem nauczyć się pływać, ale bezskutecznie.

Postęp w tym zakresie nastąpił krótko po wojnie. Mieszkając powtórnie, po opuszczeniu przez Sowietów naszego mieszkania przy ul. Warszawskiej 21, chodziliśmy całą zgrają chłopaków do stawu we wiosce Pawłówko. Było to ok. trzy kilometry od naszego mieszkania i droga prowadziła koło majątku Granowo, rozszabrowanego przez Rosjan. W Pawłówku omal się nie utopiłem, ale dzięki kolegom żyję i nauczyłem się pływać. W nauce pływania decydującym jest zaufać swoim możliwościom i pokonując strach puścić się na „głęboką wodę”. Atrakcyjnym miejscem kąpielowym był  również Mylof. Wynikało to nie tylko z  tego, że na tamie Brdy w spiętrzonych jej wodach można było się kąpać, ale też na spływającej pochylnią wodzie, której betonowa powierzchnia porosła zielonym mchem i można było świetnie na niej się ślizgać. Robiłem to niejednokrotnie z prawdziwą  przyjemnością. Był jednak warunek, że warstwa wody nie mogła być wyższa niż 4-6 cm. Skusiłem się kiedyś  na  ślizganie, gdy była ona znacznie wyższa. Efektem tego było, że pęd wody rzucił mnie na betonową bandę, o którą uderzyłem brodą. Rana była głęboka i mocno krwawiła. Zrobiono opatrunek z gazy i przylepca. Problem zrobił się dopiero później, kiedy usiłowałem po jakimś czasie pozbyć się tego opatrunku. Nie udało się. Gaza wrosła w ranę. Chodziłem z nią do szkoły i koledzy naśmiewając się ze zwisającej na brodzie gazie, przezywali mnie kozą.

Ojciec mój, akceptujący walory przebywania nad wodą i na wodzie, przychylił się do  naszej z bratem prośby dotyczącej zbudowania kajaka. Problem był jednak materiałowy – nie można było zdobyć sklejki wodoodpornej. Potrzeba i nieodparta wola realizacji podjętego zamierzenia, sprawiła, że znaleźliśmy wyjście z tej sytuacji, zastępując sklejkę blachą ocynkowaną. Szkielet kajaka mieliśmy z egzemplarza w którym jedynie poszycie wymagało wymiany. Ojciec zorganizował grupę pomocników, w tym zawodowego blacharza. Wzdłużne łączenia cienkiej blachy odbywało się na tzw. fals z dodatkowym uszczelnieniem przez lutowanie. Na podwórzu na małym piecyku węglowym typu popularnej kozy, grzano kilka kolb lutowniczych. Spoiny wzdłużne oraz każdy łepek gwoździa mocującego blachę do szkieletu, po posmarowaniu pędzelkiem wytrawionym kwasem solnym, był lutowany. Zapewniało to szczelność takiego zastępczego poszycia. Oczywiście ciężar kajaka, ze względu na zastosowaną blachę był większy od  tradycyjnie sklejkowego. Ale stateczność takiego blaszaka powodowała, że był on mniej wywrotny. Przewidując, że będziemy również nim żeglować, zamontowaliśmy wysoką na 10 cm deskę kilową, w której w środkowej jej części wykonana była wzdłużna szczelina na wkładany od zewnątrz miecz z blachy aluminiowej. Triumfalnie kajak został przewieziony do Charzyków. Ojciec przechowywał go w hangarze łodziowym przy pompowni zaopatrującej nasz chojnicki dworzec kolejowy we wodę z ujęcia jeziornego. Najwięcej korzystał Ojciec, wypływając na sobie tylko znane górki podwodne, przy których czatowały na białą rybę okonie, które złowione przywoził do domu w dość znacznych ilościach. Nie zawsze radowała się tym Mama, na której spoczywał obowiązek ich skrobania i wyprawiania. Były okresy, kiedy kajak miałem tylko do swojej dyspozycji. Korzystając z  uszytego przeze mnie żagla, do którego wykończenia otrzymałem od Ottona Weilanda remizki, trenowałem manewrówkę, która ze względu na długi kil w kajaku, sprawiała sporo trudności, szczególnie przy zwrotach na wiatr. Nie używam określenia zwrotu przez sztag, gdyż maszt nie posiadał żadnego olinowania stałego.

Rejsy kajakiem stawały się coraz dalsze. Zrodził się wspólny z Andrzejem Jakubowskim plan wyprawy do Dużych Swornegaci. Ilość bagaży jaką zamierzaliśmy zabrać, była jednak tak duża, że uniemożliwiała wspólne płynięcie. Ustaliliśmy, że będę płynął z wyposażeniem, a Andrzej będzie równolegle do mnie jechał wzdłuż jeziora na rowerze. W dniu wypływania z Charzyków, pogoda sprawiła nam figla, było pochmurno i wiał dosyć silny północno-zachodni wiatr. Decyzji jednak nie chcieliśmy zmieniać i wbrew rozsądkowi popłynąłem. Do przewężenia jeziora za Małą Wyspą żegluga była względna. Problemy związane z wysoką falą i porywistymi szkwałami zaczęły się na dużym jeziorze na wysokości miejscowości Funka. Miałem poważne trudności z utrzymaniem kursu i bryzgami wody uderzającej w kadłub i dostającej się do wnętrza kajaku. Moim jedynym środkiem ratunkowym była dętka motocyklowa. Duszę miałem na ramieniu, ale żeglugi nie przerywałem. Jakoś z Bożą pomocą udało mi się dopłynąć do Bachorza. Wspólnie z Andrzejem – czekał tam na mnie – wylaliśmy wodę i przeczekaliśmy tę niesprzyjającą pogodę. Tego dnia udało mi się dopłynąć do Małych Swornegaci, gdzie przenocowaliśmy w naszym namiocie. Dalsze płynięcie przy już ładniejszej pogodzie przez jezioro Długie i Karsińskie, odbyło się bez większych problemów. Obóz rozbiliśmy na plaży na zakręcie Brdy, niedaleko za szkołą w której zorganizowana była kolonia dla dzieci z Chojnic. To że wybraliśmy bliskość naszego obozu przy kolonii, nie było przypadkowe, gdyż przebywała w niej koleżanka klasowa Andrzeja – Ewa, mieszkająca w sąsiednim domu na ulicy Warszawskiej, a wysłana tam przez rodziców, aby była możliwie daleko ode mnie. Po paru latach w czasie jednocześnie odbywanych ze mną studiów w Gdańsku, do swojego nazwiska dodała moje.

Wybór miejsca obozowego na plaży nie był zbyt szczęśliwy. Nie zwróciliśmy uwagi, że na plażę prowadził żleb spływowy wód deszczowych. Skutki tej nieuwagi odczuliśmy bardzo boleśnie. Któreś nocy rozpętała się burza. Pioruny biły w pobliskie drzewa, jeden w małą sosenkę znajdującą się około dziesięć metrów od naszego namiotu. Nagle do naszych uszu dotarł szum spływającej żlebem wody deszczowej, kiedy mocując się z luzującymi się linkami namiotu przebywaliśmy w strugach deszczu na zewnątrz. Potok spływającej wody porwał nasz namiot i mieliśmy problemy z ratowaniem naszego dobytku, odzieży i jedzenia. Z nastaniem świtu, mając serdecznie dosyć  tych psikusów natury, spakowaliśmy to co uratowaliśmy i rozpoczęła się powrotna żegluga. Była piękna pogoda i przychylny wiatr umożliwił dotarcie do Charzyków, już w godzinach popołudniowych. Trasę powrotną odbyliśmy wspólnie na kajaku. Rower Andrzeja przywiozła wracająca kolonia.  Brat mój zapalony wodniak, też często bywał w Charzykowach.

Pływając kajakiem ze swoją znajomą, obserwowali pomysłowość i zaradność chojniczan w adaptowaniu różnych silników spalinowych do napędu kajaków. Towarzysząca bratu Pani zauważyła, że jej sąsiad, również posiada podobny do oglądanych na wodzie silnik spalinowy. Idąc tym tropem udało mi się za niewielką kwotę kupić ten silnik. Był to dwusuw benzynowy od małej pompy strażackiej, niestety niekompletny. Brakowało mu urządzenia zapłonowego tzw. magneta, przykręcanego do tylnej osłony silnika oraz rury wydechowej z tłumikiem. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, brak magneta udało mi się uzupełnić. Pierwsze próby odbyły się na podwórzu w obecności licznych gapiących się – dorosłych i dzieciaków. Startowanie odbywało się przy pomocy dźwigni, której segment łukowy zazębiał się z współpracującym kółkiem typu „wolnobieżki” osadzonym na wale silnika. Efekt dźwiękowy był donośny: silnik zaskoczył i reagował na dodawanie gazu potężnym hałasem rozprężających się spalin. Hałas spowodował otwieranie się wszystkich okien zaciekawionych mieszkańców naszego, jak i sąsiednich domów. Znamy i dziś takie efekty akustyczne, kiedy koło nas przelatuje na pełnym gazie rajdowiec, ze słabo wyciszonym silnikiem. Silnik już mieliśmy, potrzebna była śruba i wał napędowy. Wzorując się na oglądanych przy innych kajakach śrubach, wykonałem z drewna jej model. Brat mój z mieszaniny piasku i gipsu wykonał formę odlewniczą. W żeliwnym garnku stopił złom duraluminiowy i zalał formę. Odlana śruba wymagała oczyszczenia i nawiercenia otworu na wał napędowy. Pozostałe czynności związane z montażem wału do silnika, mocowania zespołu napędowego na kajaku były, już samą przyjemnością adaptacji naszego kajaku na jednostkę motorową. Mając dodatkowy napęd silnikowy, Jezioro Charzykowskie stało się jakby mniejsze, gdyż w krótszym czasie mogliśmy pokonywać odległości, które do tej pory wymagały znacznie dłuższego czasu.

Pasją Ojca, ale również i jego znajomego pana Tadeusza z ul. Drzymały nr 2, było wędkowanie. Ich wyprawy były aż pod dużą wyspę. W czasie jednej mojej z Ojcem wyprawy do Charzyków, jadąc rowerami podziwiałem wspaniałe dzieło natury, jakim jest zorza poranna. Już w innych sytuacjach oraz w innych miejscach, aby powtórnie ją podziwiać, nastawiałem budzik i wstawałem by ponownie doznawać tego oczarowania. Na łowisko naprzeciw „Ostrze leśne” płynęliśmy już w pełnej jasności poranka. Pamiętam: ryby tak brały, że Ojciec nie miał czasu zapalić papierosa. Naszą była przyjemność, ale robotę z rybami miała Mama. Będąc już na emeryturze, Ojciec na wędkarskie wyprawy zabierał swojego czworonożnego przyjaciela. Był nim łaciaty, biało-czarny kundelek „Fifek”. Część drogi odbywał w koszyku rowerowym, ale cześć przy podjazdach wspomagał pedałowanie Ojca, biegnąc obok i naciągając smycz przywiązaną do roweru. „Fifek” zginął tragicznie przejechany przez samochód w czasie wspólnego z Ojcem spaceru. Nie zapomnę i ciągle mam przed oczami, płaczącego Ojca niosącego na wyciągniętych ramionach nieżywego już przyjaciela.

Charzykowy zawsze było dla nas  atrakcyjne. Doceniali to też nasi wychowawcy ze szkoły. Niezapomniane są wyprawy z prefektem z czasów gimnazjum, ks. Czapiewskim, który po pływaniu kajakami, na pomoście Ottona Weilanda, fundował nam uczniom piwo! z dodatkiem soku wiśniowego. Zawiązywały się wtedy przyjaźnie, które trwały jeszcze, kiedy już sporo lat upłynęło od opuszczenia murów naszej szkoły. Okres gimnazjalny to czas bogaty w doznania, związane z przebywaniem, jak i poznawaniem mieszkających i działających tam osób. Był to czas żeglowania na jachcie Róża Ottona Weilanda oraz uzyskania patentu sternika jachtowego. Czas należenia do klubu kolejarza i pływania na jachtach klubowych. Oprócz innych były tam do dyspozycji dwie „Omegi” Tillera. Największe powodzenie miała ta najszybsza o numerze na żaglu „27”. Każdy z członków klubu starał się ją sobie zarezerwować. Postrachem dla młodych członków klubu był starszy z braci Kiedrowiczów. Odnosiliśmy wrażenie, że nam młodszym nie wszystkie prawa członka w klubie przynależą. Byliśmy jednak w Charzykowie częściej, niż ci pracujący starsi, i nieobecność ich wykorzystywaliśmy na sposób nam odpowiadający. Klub posiadał też jedną małą żaglówkę typu „P7”; marzyliśmy aby na niej żeglować. Nie zawsze nam pozwalano. Panowie Kiedrowicz i starszy z braci Staszewskich, zdobyli plany i materiał na budowę dwóch takich żaglówek. Budowę zrealizowali w Domu Kolejarza. Mieszkałem po przeciwnej jego stronie, miałem okazję przyglądać się budowie. Myślę, że to spowodowało, iż zainspirowałem mego brata do budowy motorówki, z lepszym wykorzystaniem posiadanego już silnika spalinowego. Budowę motorówki rozpoczęliśmy na strychu naszego domu. Wymiary jej, ze względu na miejsce jej budowy, były ograniczone szerokością i wysokością okna na półpiętrze, przez które zamierzaliśmy spuścić ją na linie na podwórze po jej zmontowaniu. Tak się też stało przy sporym ryzyku, że kadłub łodzi przy wysuwaniu z okna i obrocie dziobem w kierunku ziemi, wysunie się z opasującej go liny i spadając ulegnie zniszczeniu, ale przy okazji zaczepi o wystające parapety powodując dodatkowe zniszczenia. Operacja sprowadzenia łodzi z 3,5-go piętra, odbyła się sprawnie, uzyskując aplauz przyglądających się m1a. 100_2484ieszkańców naszego i sąsiedniego dom. Nie bez dumy muszę powiedzieć, że zaprojektowaliśmy unikalny na tamte czasy napęd typu „L”, zamontowany pod dnem rufy, umożliwiający obrót kolumny napędowej o pełny kąt 360 stopni, jaki obecnie stosowany jest na największych statkach dla zwiększenia manewrowości w portach .

                                                                                                              Nasza łódź motorowa zbudowana na strychu.

Pierwsze próby odbyły się na Jeziorze Zakonnym. Hydrodynamika kadłuba, ze względu na ograniczone oknem wymiary poprzeczne kadłuba, nie była imponująca, ale umożliwiała bezpieczne pływanie tą łodzią. Jedynym jednorazowym konsultantem w czasie budowy był znany chojnicki żeglarz Benedykt Żyski, zatrudniony w tartaku Dulka, a po pracy zajmujący się amatorsko szkutnictwem, podziwiany za  wykonanie dla siebie pięknego kadłuba „Omegi”, o konstrukcji słomkowej tj. z wąskich listew.

Tytuł niniejszych wspomnień związany jest z moim wyjazdem na wybrzeże, w odwiedziny

3a. 100_2486  Siostra Brygida, siostrzeniec Maciej, brat Norbert i ja (z tyłu).

do mojej siostry Brygidy, która od 1946 roku związana była z grupą entuzjastów i oddelegowanych przez Rząd PRL osób odtwarzających struktury materialne i organizacyjne Politechniki Gdańskiej, w tym katedry żelbetnictwa i laboratorium wytrzymałości betonów – w jej przypadku. W czasie mego tam pobytu pojechaliśmy nad morze.

Wtedy je ujrzałem! Ujrzałem po raz pierwszy jego wielkość rozciągającą  się od mych stóp zagłębionych w piasku do bezmiaru sięgającego po horyzont, zlewającego się z chmurami. Oczarowało mnie. Chłonąłem jego drzemiącą  moc i jego piękno, czułem jego siłę przyciągania. Nie opuściło mnie to do dziś. Rozbudzone tęsknoty mieszczą się w tytule, ważnych fragmentach zrealizowanego życia i kontynuowane są jakby zastępczo, w moim aktualnym żeglowaniu na różnych akwenach.

SONY DSC  Regaty na Zalewie Koronowskim.

Wszystko co wyżej opisałem działo się jakby obok moich podstawowych obowiązków jakim była szkoła. Ile tutaj jeszcze wspomnień do których należałoby wrócić. Niezapomniane są zauroczenia starożytnym Egiptem, jakie z szumem nenufarów kołysanych wiatrem wiejącym na Nilu, płynęły do mnie z kart przedwojennego, zniszczonego długim używaniem podręcznika. Słyszę głos prof. Jeża jak swoim wykładem przybliża nam ten dla nas wtedy nierealny świat faraonów, fellachów, bogów Amona, Atona, faraona Tutenchamona i jego pięknej Nefretiti, świat sfinksów, grobowców i piramid. Czyż po zaszczepieniu tak wspaniałą narracją o tamtych formacjach prehistorycznych, można było nie przeczytać jednym tchem Faraona, czy Egipcjanina Sinuhe. Czy można było nie udawać chorego i zapasem książek nie chłonąć Jacka Londona, Szwejka, Włóczęgów Północy Curwooda, Wypraw Amundsena, Ogniem i Mieczem i Quo vadis. Nie, nie można było; było  to ważniejsze niż szkolne: Aurea prima satas est aetas Owidiusza, czy Galia est omnis diwisa in partes tres.. Pamiętam profesorów którzy nie dali się złamać komunistycznej władzy. Wzorem takim był dla nas profesor łaciny Maksymilian Ichnowski. Swoją postawą i zachowaniem uczący nas wzajemnego szacunku do siebie. Mieliśmy respekt przed nim, ale podziwialiśmy go jako mężczyznę, nauczyciela i patriotę. Na ulicach w tamtych latach około pięćdziesiątych nie słyszało się wulgaryzmów słownych obecnej młodzieży. Szkoła pełniła swoją misję wychowawczą również na ulicy, na której nauczyciele przechadzając się w ramach dyżurów, najczęściej na trasie rynek – dworzec, reagowali natychmiast i następnego dnia w szkole. Świat stał przed nami otworem, tak ale tylko w naszej wyobraźni. Realia codzienności strącały nas do życia pełnego niedostatków, zarówno dotyczących wyżywienia jak i dóbr materialnych, osobistych jak i mieszkaniowych.

5aa. 100_2526  Koledzy z gimnazjum.

Terror komunistyczno-partyjny budził w nas uczniach opór. Do na siłę wprowadzanych zmian ustrojowych, w szczególności na wsi, zmuszano również nas gimnazjalistów wysyłając do wcześniej ogłoszonych na wsi spotkań z młodzieżą wiejską, którą z czytanych broszurek partyjnych zobowiązani byliśmy przekonywać do reformy rolnej i likwidowania kułaków. Budziło to w nas sprzeciw, objawiający się nieobecnością na różnego rodzaju obowiązkowych zebraniach, czy też wcześniejszego pozbywania się szturmówek, do których niesienia byliśmy przymuszani na różnego rodzaju pochodach. To rosnące w nas uczucie buntu, było zalążkiem zrodzenia się w części kolegów klasowych, idei utworzenia grupy oporu, przeciwko narzucanej nam obcej ideologii i dyktaturze komunistycznej. O grupie ”Apów”, osobach do niej należących, planach i samych działaniach, będę chciał oddzielnie napisać. W czasach tego nasilającego się zniewalania społeczeństwa, w zapomnienie szybko poszły pierwsze radosne pełne euforii po wyzwoleniu chwile uniesień patriotycznych, jakimi w szkole obdarzał nas prof. Frymark, wprowadzając w świat muzyki Chopina. ‚Etiuda rewolucyjna” i Polonez As-dur” zagrany z wielką wirtuozerią w auli, jeszcze dziś brzmi wspomnieniami tych radosnych chwil. tym bardziej, że były to dla mnie prawykonania, jakie udało mi się w życiu usłyszeć. Śpiewając na pełny głos z profesorem „Czerwone Maki na Monte Cassino”, w wyobraźni widzieliśmy tą lejącą się krew polskiego żołnierza, czerwieńszą od rosnących tam maków. Tak to były krótkie chwile patriotycznego szczęścia.

Gimnazjum już przekroczyło swój półmetek i należało myśleć co dalej w życiu, mając zapamiętane pierwsze chwile, kiedy raczono nas wyliczeniami, ile to biskupów, profesorów i innych sławnych osobistości szczyciło się być absolwentami naszej „Alma Mater”.

W jakieś gazecie znalazłem ogłoszenie o naborze do szkoły lotniczej. Uznałem je za atrakcyjne, będę mógł z góry oglądać ziemię i wody. Trzeba spróbować. Złożyłem papiery. Pomyślnie zaliczyłem badania lekarskie i „schwanzparadę” w CBL. Po pytaniach o przynależność Ojca do przedwojennego związku strzeleckiego „Sokół” i pytaniach dotyczących znajomych brata Norberta w Anglii, po jego tam pobycie w Armii Andersa, zrozumiałem, że to mój falstart. I tak rzeczywiście było. Dla władzy ludowej stanowiłem zbyt niebezpieczny element i zagrożenie.

Nauka w klasie 10A (ciągle były jakieś reorganizacje) dobiegała końca. Wizja jeszcze jednego roku w tej szkole i w tamtych wtedy warunkach napełniała mnie zniechęceniem. Rwałem się już do życia trochę innego, bardziej dynamicznego w innym środowisku. Poniekąd zdawałem sobie sprawę, że nawet jak doczekam w Chojnicach matury i przez nią przebrnę, to powszechne ubóstwo naszych rodziców, nie umożliwi im opłacania kosztów studiów, które ewentualnie mógłbym rozpocząć. Dużą niewiadomą mógł być egzamin wstępny oraz punkty za pochodzenie, w moim przypadku nieliczne, aby mogły zagwarantować pewne dostanie się do uczelni. Z rozmów gdzieś między kolegami usłyszałem coś o naborze do Szkoły Jungów. W Łebie był organizowany obóz kwalifikacyjny po którego pomyślnym ukończeniu, była otwarta droga do Szkoły Jungów i Szkoły Morskiej w Gdyni. Zapaliłem się do tej możliwości i po złożeniu dokumentów – a wymaganych było ich sporo: ze Szkoły, z Ośrodka Zdrowia, z ZMP, ze Służby Polsce, z miejsca pracy Ojca – wylądowałem w Łebie, w byłym ośrodku szkolenia Kriegsmarine. Obok dokumentów jawnych przekazywane były niejawne z Milicji Obywatelskiej. Sąsiedzi w tajemnicy przekazali mi, że byli przepytywani przez funkcjonariusza kto ja „zacz” i z jakiej się wywodzę rodziny. Było nas tam sporo z całej Polski, podobnych do mnie rówieśników z różnych środowisk i o różnej kulturze osobistej, czasami budzącej pytanie – co ja tu między Wami robię? Ubrano nas w drelichy marynarskie, wdrożono dryl rekrucki i zaczęły się szkolenia. W tym również o wyższości  ustroju komunistycznego od kapitalistycznego oraz o wyższości gospodarki kołchozowej od indywidualnej, rolniczej uspołecznionej od prywatnej.

W kanale portowym przycumowanych było kilka DZ i Barkasów. Były to powojenne łodzie  ratunkowe 10-cio i 14-to wiosłowe. Na tych zaniedbanych i odrapanych z lakieru i farby „krypach” wypływaliśmy na zatokę na wiele godzin. Chodziło o sprawdzenie naszej wytrzymałości na ciężkie fizycznie wiosłowanie. Wiosła były ciężkie dębowe parumetrowe, często pogięte skurczem drewna; odciskały się pęcherzami na opuszkach i wnętrzach dłoni. Część chłopaków rezygnowała, nie wytrzymując tej przemyślnej selekcji „inteligenckich mamisynków” od zdrowej robotniczo-chłopskiej przyszłości narodu. Wysiłek, słoneczna spiekota oraz choroba morska, bardzo różnie indywidualnie odczuwana, w krótkim czasie zdziesiątkowała nas do tylko najbardziej zdeterminowanych do kontynuowania tej drogi.     Wytrzymałem i znalazłem się Państwowej Szkole Jungów, Państwowego Centrum Wychowania Morskiego  w Gdyni, mieszczącego się na Skwerze Kościuszki w Domu Żeglarza, budynku dość pozytywnie w owych czasach prezentującym się, przylegającym do południowej strony basenu jachtowego.

6aa. 100_2664  Przed Domem Żeglarza siedzibie PCWM na Skwerze Kościuszki w Gdyni.

Po  przeciwnej  stronie skweru, cumował Dar Pomorza i trochę bliżej w stronę miasta ORP  Błyskawica, nasz niszczyciel z okresu przedwojennego. Ubrano nas w mundury marynarskie i dano pełne wyposażenie przysługujące uczniom szkół morskich. Byliśmy na „garnuszku” Polski Ludowej. Życie stało się ciekawsze i łatwiejsze. Już tak mocno nie obciążaliśmy chudych portfeli naszych rodziców. Jedno z piękniejszych miast Polski, o przecinających się pod kątem prostym ulicach, zaczynało przemawiać do nas gwarą dźwięków, generowanych przez rozpędzający się wzdłuż nich wiatr, owiewający latarnie, słupy trakcyjne trolejbusów, drzew, zmieszany z gwarem przechodniów i ruchem kołowym. Poszum morza i wiatru grającego na wantach masztów, olinowaniu statków i kutrów, buczków boi farwaterowych docierał do naszych sypialni przez otwarte okna, usypiał i przywoływał sny o dalekich morzach i nie poznanych lądach. W wyobraźni naszej otwierały się nowe  horyzonty. Trwała nauka i sporadyczne praktyki na holowniku i Darze Pomorza, na którym spanie odbywało się już w hamakach. Myślę, że wtedy „Darem” dowodził kapitan Stefan Gorazdowski, który w czasie największych represji ze strony komunistycznej władzy tj. w 1952 roku, został z tej funkcji zdjęty i objęty zakazem pływania! Czas w szkole mieliśmy tak wypełniony, że nie starczało go na interesowanie się  jachtami cumującymi w basenie jachtowym oraz życiem toczącym się na kejach, przy klubach żeglarskich. Obok zajęć teoretycznych mieliśmy również szkolenie praktyczne, między innym na trawlerze o nazwie Kastor cumującym w porcie gdyńskim. Na zawsze zapamiętałem bosmana Bełdzińskiego, wprowadzającego nas w tajniki maszynowni tej jednostki. W pracującej w czasie zajęć parowej pompie zęzowej, usuwającej przecieki z najniższych części kadłuba, zaczęło się grzać jedno z łożysk ślizgowych wału korbowego. Bosman wręczył mi wiadro i nakazał przynieść wodę do chłodzenia. Drabinką trapową wyskoczyłem na pokład i z jednego ze znajdujących się  tam kranów nabrałem wody. Wróciłem i podałem bosmanowi. Wsadził palec do wody i posmakował i natychmiast cała zawartość wiadra wylądowała na moich spodniach i butach! Do chłodzenia można było używać jedynie słodkiej z dodatkiem szarego mydła mieszaniny. Na jednostkach pływających, aby oszczędzać wodę pitną, instalowane są  również krany z wodą morską. Drogę po wodę, tym razem pitną, odbyłem powtórnie, ale w znacznie  już krótszym czasie.  Bosman Bełdziński był nie lada osiłkiem, wcześniej dobrym zapaśnikiem. Nieraz demonstrował swoją krzepę rzucając normalnej wielkości kowadłem, takim jakie używają kowale.

Czas w szkole przeleciał bardzo szybko. Klasyfikowano nas na podstawie obserwacji naszych zachowań i osiąganych wyników z poszczególnych wykładanych przedmiotów.

7a. 100_2392  Wychowawcy i uczniowie przed wejściem głównym do Szkoły Morskiej w Gdyni.

Na początku 1951 roku przesunięto mnie do Szkoły Morskiej w Gdyni na ul. Czerwonych Kosynierów 83. Był to przedwojenny kompleks szkolny wybudowany z równolegle budującą się Gdynią, do którego po jego ukończeniu przeniesiono pierwotnie powstałą w Tczewie Szkołę Morską. Budynek okazały z dwiema kotwicami admiralicji przed frontowym wejściem, hol obszerny z szerokimi schodami prowadzącymi na piętro do auli szkolnej, sal wykładowych; napowietrzny łącznik do części internatowej, stołówki, ambulatorium i jedynego wtedy na wybrzeżu basenu pływackiego oraz części gospodarczo magazynowej. Wystrój wnętrz oraz wyposażenie robiło na nas wrażenie, dając nadzieję, że dzięki tej szkole i nasze dalsze losy będą już dla nas tylko pomyślne.

8a. zdj jm 1952r  Na zdjęciu legitymacyjnym autor jako uczeń czwartego roku.

Trzy białe linie na kołnierzu mają przypominać trzy wielkie zwycięstwa

Admirała Nelsona w tym to największe pod Trafalgarem, a czarny krawat na piersi przewiązany tasiemką, żałobę po jego śmierci. Może to i prawda? Ale prawdopodobne jest to, że klapy na przedzie spodni zapinane w pasie, zamiast rozporków w mundurach marynarskich, wynikają z polecenia Królowej Wiktorii, która wizytując jeden z okrętów, była zdegustowana widokiem jaki zobaczyła, z nie zapiętego rozporka jednego z marynarzy! Spodnie  mundurowe jakie w ramach wyposażenia dostawaliśmy, miały nogawki równolegle na długości od kolan do stóp. Wszyscy pragnęliśmy aby nasze spodnie na dole rozszerzały się i zakrywały nasze obuwie. Jakich to podstępów nie używaliśmy aby z magazynu mundurowego wydostać trochę materiału do ich poszerzenia! Kliny były wszywane dwustronnie do każdej z nogawek. Tak poszerzone spodnie dawały nam dopiero radość z noszonego munduru. W ramach szkolenia wojskowego i ćwiczonej musztry maszerowaliśmy niejednokrotnie ulicami Gdyni, najczęściej od SM do PCWM na Skwerze Kościuszki. Było to urozmaiceniem od codzienności szkolnej, bo w czasie marszów demonstrowaliśmy głośnym śpiewem naszą młodość i radość życia. W repertuarze było: „Morze nasze morze, wiernie ciebie będziemy strzec ..”, „Marsz, marsz Polonia nasz dzielny Narodzie..” i bardziej frywolne,  przejęte od ruskich: „Razpustiła Dunia włosy, a za nieją wsie matrosy. Dunia, Dunia ma, Dunia dziewuszka maja…”

Życie w szkole biegło w zgodzie z regulaminem i harmonogramem dnia, którego przestrzegania pilnowali wychowawcy zmianowi, przynależni do każdego rocznika uczniów. Kilka nazwisk zapamiętałem, to: Materna, Budrewicz i Łukowicz, wywodzący się ze  znanej chojnickiej  rodziny. Pobudka o 6-tej i na zmianę: albo gimnastyka albo basen. Zwyczajem było, że wszyscy po prysznicu wskakiwali i pływali na golasa. Odstępstwa od normalności się zdarzają, więc i tu jego efektem były w początkowym okresie liczne dywagacje tego dotyczące! Sypialnię naszą, 4 lub 5- cio osobową, dzielił Jurek L., gdynianin, któremu bardzo zależało aby szkołę ukończyć, a któremu przez chorobę reumatyczną kolana, widmo relegowania zaglądało ciągle w oczy. Koledzy potrafili czasami być okrutni, i pod pozorem, że proponują skuteczną drogą maść, przekazywali jakąś w kolorowej tubce zagraniczną pastę do zębów. Jurek smarował i jakby na krótko mu to przynosiło ulgę. Współczuliśmy mu i „dekowaliśmy” go, kiedy unikał pływania w basenie, chowając się przed wychowawcą do szafki odzieżowej, którą na ten czas zamykaliśmy na kłódkę. W całej szkole podłogi były parkietowe, wybłyszczone polerowanym woskiem, przez etatowego pracownika szkoły. Chodziliśmy w jej obrębie tylko w miękkim skórzanym, przydzielonym obuwiu. Wejście do stołówki odbywało się przez reprezentacyjną salę, służącą również do przyjmowania odwiedzających nas gości. Wzdłuż dwóch ścian okiennych były wygodne siedzenia, podnoszące się, typu kinowego. W czasie upałów górne skrzydła okien otwierano. Któregoś dnia siedząc i czekając na wejście do stołówki, w wyniku nagłego przeciągu, zatrzasnęło się górne skrzydło okna i pęknięty płat szyby, spadając obciął Kajtkowi Brodowskiemu nos. Szok dla nas niesamowity. Szczęściem nasz lekarz o nazwisku Szwaczyk, komandor Marynarki Wojennej, był w  ambulatorium. Pomagałem lekarzowi  podczas zabiegu przyszywania nosa, oświetlając lampą biurową pole operacyjne i podając potrzebne narzędzia. Nos został uratowany, co prawda z dość widoczną wypukłą blizną. Kajtek Brodowski był szczęśliwy, ale szkoły chyba nie ukończył, gdyż nie znalazłem go w spisie absolwentów z 1953 r.

Jedną ze służb jaką całodziennie pełnić musieli uczniowie, był: „dyżurny kuchni”. Oprócz ogólnego nadzoru nad porządkiem i czystością przygotowywanego jedzenia i ustawianej na stole zastawie stołowej, pilnował prawidłowego pobierania i przechowywania próbek poszczególnych posiłków. W czasie jednej takiej służby zdarzył się bardzo niebezpieczny wypadek. Ze stacjonarnego kotła ogrzewanego parą, spuszczono do metalowej wanny przegotowane mleko. Jedna z kucharek, młoda bardzo ładna dziewczyna, wszystkim nam się podobająca, nieuważnie się cofając, potknęła się i wpadła siedzeniem do tego ukropu. Jeszcze teraz brzmią mi uszach jej krzyki. W szpitalu ją uratowano i to z jakim efektem, została żoną jednego z absolwentów szkoły z piątego rocznika.

Nauczycieli mieliśmy w większości na trwale związanych ze szkolą, jak małżeństwo polonistów Zofii i Władysława Drapellów, Wł. Hrynkiewicza, M. Kisielewskiego czy Wł. Strzeleckiego.

Dyrektorem był mgr Mieczysław Jurewicz – na zdjęciu – za jego kadencji usunięto nas z SM w 1952 r.

dyr Szko?y Morskiej M. Jurewicz

Część wykładowców przyjeżdżała na wykłady z innych uczelni, między innymi też z Politechniki Gdańskiej, podobnie jak wykładowca turbin okrętowych. Tego pana niezbyt lubiliśmy przez jego zarozumiałość, którą czasami nam okazywał. Postanowiliśmy zrobić mu psikusa. Przyjeżdżał poniemiecką dwutaktową „Dekawką”,  którą stawiał na dziedzińcu, tyłem do trawnika ogrodzonego niziutkim metalowym płotkiem. Część wykładów odbywała się też w późnych popołudniowych godzinach, co jesienią dało nam szansę, na nie zauważoną przez wychowawców akcję podniesienia tyłu samochodu i przeciągnięcia go w stronę trawnika, tak że tylne jego kola znalazły się poza płotkiem. Po zajęciach wszystkie okna oblepione były twarzami wyglądających kolegów. Nie lubiany wykładowca wsiadł i oczywiście nie mógł ruszyć. Radość z figla była duża, ale i nie trwała zbyt długo. Zrobił się raban – tak jak samochód przenieśliśmy – tak go ustawić musieliśmy na pierwotne miejsce, ale już nigdy potem samochód nie parkował w tym miejscu! Dochodzenie i szukanie sprawców nie dało rezultatu, ale jak wspólnie zbroiliśmy, tak wspólnie objęła nas kara kilkudniowego zakazu opuszczenia szkoły i wyjścia do miasta. W tym czasie w szkole stosowana mogła być kara aresztu, przejęta z przedwojennym regulaminem, ale wobec nie wykrycia sprawców jej nie zastosowano.

Życie w szkole pachniało trochę luksusem, przynajmniej w tamtym okresie, porównując je do panującej w większości społeczeństwa w tym czasie biedy. W szkole wszelkie uroczystości uprzyjemniał nam zespół „rewelersów” ze starszego rocznika. Byli to dorodni uczniowie posiadający interesujący tembr wokalny, stanowiąc świetnie nas reprezentujący zespół w szkole jak i na zewnętrznych imprezach, co zjednywało nam sympatyków nie tylko w Gdyni, ale i w Trójmieście. Sztandarową piosenką była opowieść, zabawna i wielogłosowa w ich wykonaniu, o czwórce małych Misiów, co to „uciekły do lasu  z pozłacanej klatki, a mały Miś do lasu bał się iść i ze strachu drżał jak liść”. Inna o synku który „prosi mamę: bajkę opowiedz o wielkim morzu i portach we mgle, niech w niej biały żaglowiec przez morza sine w dal  wielką mknie”. A mama: „gdy dorośniesz syneczku mój mały, spełnisz bajkę dziecięcych swych lat, jacht powiezie cię przez burze i szkwały w dal błękitną w baśniowy mórz świat, tam wśród smukłych palm w cichej gdzieś przystani, czekać będzie cię dziewczę cud, tam falami do snów kołysani bajkę tę jak cudny sen prześnicie znów!”  Naszej przez nas wszystkich  lubianej profesorce pani Drapelli, w czasie wzruszeń jakich doznawała słuchając piosenek w ich wykonaniu, szkliły się oczy a nawet toczyła się czasami łza. Tak ją za to kochaliśmy, utożsamialiśmy ją z naszymi Mamami. Tęskno nam czasami było za rodzinnym domem.

Byliśmy młodzi, zdrowi i sprawni, nosiliśmy ładne mundury, więc nie dziw, ze kierownictwa żeńskich szkół zapraszały nas na zabawy szkolne. Chętnie z nich korzystaliśmy, a ile było przygotowań, prania bielizny, a ile prasowania mundurowych akcesorii. Zadzierzgiwały  się znajomości z panienkami z tych szkół, czasami trwające dłużej a nawet wieńczone przyszłymi związkami małżeńskimi. Tak, bo w owych czasach marynarz floty handlowej, a to był nasz cel do którego zmierzaliśmy, to był Ktoś, kto mógł zapewnić rodzinie w miarę dostatni byt, włącznie z wybudowaniem na wybrzeżu wili. Przecież ten nieformalny import marynarski ubrał Polskę w „non irony” i „ortaliony” oraz uzupełniał liczne braki towarów na naszym rynku.

Dysonansem do naszego życia w szkole, były wiadomości dochodzące z zewnątrz: o sytuacji politycznej, o przewartościowaniu pieniędzy, o już jawnie prowadzonej walce z Kościołem, do której i nas wysyłano na ulice trójmiasta, aby agitować i przekonywać w tym kierunku mieszkańców. Jechać musieliśmy, ale zaangażowanie nasze, przeważającej większości uczniów gdyńskiej SM, można powiedzieć było zerowe. W auli szkolnej za przesuwną ścianą mieściła się kaplica w której już za mojego pobytu, nabożeństw nie odprawiano. Była cały czas zamknięta, nie było już etatowego kapelana. Uczniowie którzy pragnęli uczestniczyć w nabożeństwach, robili to w kościołach peryferyjnych, aby swoim przywiązaniem do Kościoła i  odbywanych tam praktyk, nie budzić niepotrzebnych dyskusji i krytyk. Zbliżał się pierwszy maj 1951 roku. Szkoła została zobowiązana do wysłania grupy około 25 uczniów na uroczystości centralne do Warszawy. W delegacji tej i ja się znalazłem. Po zajechaniu zakwaterowano nas na statku rzecznym stojącym przy nabrzeżu z którego nie mieliśmy daleko do centrum. Mimo ściągania haraczu z całego społeczeństwa w ramach NFOS, stolica oglądana po raz pierwszy, budziła przygnębienie ruinami i przerwami w ciągu ulicznych zabudowań. Przez cały czas pobytu, a były to trzy dni, na kolację i na śniadanie dostawaliśmy bułki grubo posmarowane masłem i obłożone plastrami różowej, gotowanej szynki, której z SM nie pamiętam, aby nas chociaż „od święta” karmiono. Tutaj była: wiadomo Warszawa, wiadomo Stolica. Pamiętam z późniejszych pobytów już w czasie studiów podyplomowych, sklepy rządowe, w których wędlin było „skolko godno”, ale tylko dla robotniczej władzy. Pamiętam apoteozę cwaniactwa, nie masz cwaniaka nad warszawiaka śpiewaną przez Jaremę Stępowskiego. Jeszcze dziś czkawką mi się odbijają zachowania warszawiaków, którzy na przejściach granicznych przy powrotach weekendowych wciskali się do przejścia granicznego, omijając w kolejkach czekających współrodaków, w trakcie mojej pracy na Zachodzie. Mieliśmy w szkole kilku mocno zaangażowanych ZMP-owców, jak Aponowicz, Stachura i inni, których wystrzegać się musieliśmy, ale przeważająca część uczniów, co prawda w sposób skryty, nastawiona była negatywnie do władzy i prowadzonej indoktrynacji komunistycznej. O polityce w szkole jawnie nie rozmawialiśmy, były inne bardziej nas wtedy frapujące dziedziny życia, które nas do niego wchodzących, bardziej  interesowały a czasami szokowały! Na półpiętrze holu prowadzącego do auli, po lewej stronie stała piękna rozłożysta palma w dużej beczkowej drewnianej konstrukcji donicy. W całym narożu koło niej znajdowały się wygodne siedzenia. To miejsce wyznaczyliśmy raz na spotkanie wszystkich „przyjaciół” pewnej mieszkającej w pobliżu szkoły pani, podobnej wiekiem naszych odwiedzających ją kolegów, która rodzinnie związana była z  aktualnym wówczas wysokim urzędnikiem Ministerstwa Żeglugi. Wszystkie miejsca wokół palmy zostały zajęte! Nie tylko to było jakimś nie do końca rozpoznanym fragmentem czekającego nas życia, ale i niepojęty upór jednego wespół dzielącego ze mną sypialnię kolegi, który utwierdzał nas, że się tak zakochał i zrobi wszystko, aby wyprostować drogi, tej obecnie przez niego adorowanej pani! Mundury, wikt i opierunek mieliśmy z Ministerstwa Żeglugi, brakowało nam ciągle  kieszonkowego, którego trochę nasze rodziny nam przysyłały. Ale zdarzały się okazję kiedy jakieś perturbacje portowe zmuszały zarząd portów do kierowania próśb do Dyrekcji Szkoły o pomoc w niektórych pilnych roz- lub załadunkach statków albo wagonów portowych. Chętnie z tych okazji korzystaliśmy, ale była to wielka loteria w której można było sporo zarobić, ale tez i mocno nadszarpnąć sobie zdrowie. Zacznę od tych ostatnich. Trafiło mi się w wyniku odmowy zawodowych sztauerów rozładowywać wagony z sypkim nawozem sztucznym! Coś obrzydliwego i szkodliwego. Pył z nawozu wciskał się do nosa, uszu, gardła, piekł za kołnierzem koszuli, w pasie i spodenkach. Jeszcze parę dni po tej dejmance, czuło się w ustach nieprzyjemny smak. Były też i wygrane losy. Rozładunek parcianych worków w których zapakowany były laski cynamonu, czy orzeszki ziemne lub kartony z konserwami. Prace praktycznie prowadzone były bez nadzoru, więc co raz jakieś opakowanie, niby przez przypadek spadało na posadzkę, uszkadzając się i wysypując jego zawartość, która czasami w jakiejś części, trafiała do naszych rodzin za przekazywane kieszonkowe. Praktyka do organizowania sobie czegoś, bo tak ten proceder był wtedy  nazywany, była powszechna. Kolejarze w chlebaku lub teczce przynosili do domu kilka brył węgla, budowlani jedną lub dwie cegły, milicjant toruński zapobiegający kradzieżom w zakładach mięsnych, goniąc rzekomego złodzieja, na torze tramwajowym już poza zakładem, doznał poważnego urazu nogi, wezwany lekarz w trakcie udzielania pomocy stwierdził, że wypadek ten mógł wynikać z faktu, że  milicjant w górnej części nogawek ukryte miał dwie sporej wielkości wędzone polędwice! Ciężkie to były czasy, brakowało nieomal wszystkiego. Zarobek za naszą pracę w porcie, dość znaczny jak na tamte czasy, był nam po paru dniach przekazywany.

11a. 100_2665  S/s Beniowski statek szkolny PCWM i Szkoły Morskiej.

W czasie praktyki na statku szkolnym s/s Beniowski, wcześniej jachcie cesarza Wilhelma II, przebudowanego z okrętu wojennego – chyba stawiacza min- zdarzyło się, że w naszym zasięgu na kei rozładowano orzeszki ziemne, te jeszcze w łupinkach. Nie minęło parę godzin a s/s Beniowski był dokumentnie zaśmiecony łupinami. Kapitan szalał, a łupinki z zapasów orzeszków jakie posiadaliśmy, jeszcze długo mogły go nabawić apopleksji.

Z bogatej historii dokonywanych  powojennych zmian warto wspomnieć, że nie tylko nazwę Państwowej Szkoły Morskiej zmieniono na technikum pięcioletnie, ale też w ramach eksperymentu, oświecona władza ludowa, mianowała na dyrektora szkoły, niewątpliwie biegłego w swoim zawodzie, kominiarza! Na szczęście nie na długo, następcą został mgr Mieczysław Jurewicz, który tę funkcję pełnił za mojego tam pobytu. W początkach grudnia 1951 roku, w szkole w tajemnicy przed kierownictwem, odbył się apel poległych, zorganizowany przez uczniów starszego rocznika, mający upamiętnić absolwentów,  którzy zginęli w czasie wojny lub zostali zamordowani przez okupantów hitlerowskich i komunistycznych; w apelu tym brałem udział. Pamiętam nasz długi marsz ze szkoły na Polankę Redłowską, wzruszenia i uczucia gniewu rodzące się w Nas w trakcie jego trwania oraz zmęczenie w czasie powrotu już w zupełnych ciemnościach wieczoru do szkoły. Po ujawnieniu przez władze bezpieczeństwa, że należący do tej grupy uczniowie w tajemnicy zorganizowali słuchanie zagranicznych i zakazanych stacji, jak BBC czy Radio Wolna  Europa, nastąpiły aresztowania i wyroki: pięcioletnie i dziesięcioletni dla kierującego tą organizacją wraz z przepadkiem mienia! Informacja ta pochodzi z „Kalendarium Akademii” i kończy opis zdarzeń z 1951 roku związanych z historią Szkoły Morskiej, a ujętych w tych aktualnych opisach tego Kalendarza. Ujawniona  i osądzona przez ludową  władze działalność grupy uczniów, na tyle została oceniona za niebezpieczną, że podjęto działania prewencyjne. Temat ten poszerzę w końcowej części wspomnień. Pragnę przybliżyć obrazy ze statku szkolnego  s/s Beniowski. To podwójne przedzielone „s”, to nic innego jak skrót steam ship – czyli jednostka napędzana energią potencjalną ciśnienia pary wodnej. Mimo remontów przeprowadzonych w 45. roku w naszych stoczniach, we wnętrzu okrętu widoczne były pozostałości uprzedniego blichtru i luksusu, jakich w aranżacji wnętrz i wystroju, przy adaptacji z okrętu wojennego na jacht cesarski, nie poskąpiono. Dlatego może w pierwszych założeniach ta piękna jednostka pływająca miała służyć za statek wycieczkowy kursujący między Gdynią a Szczecinem. Na pewno  się do tego świetnie nadawała, miała piękne pokłady spacerowe, wygodne luksusowe kabiny z wyposażeniem meblowym z drewna mahoniowego, obszerną mesę na jadalnię i wieczorne spotkania pasażerów. Z relacji jednego z absolwentów SM wynika, że s/s Beniowski był w jakimś okresie również wykorzystywany do przewożenia reemigrantów żydowskich do Izraela.

Potrzeby zapewnienia wyszkolonych załóg dla odbudowującej się floty, spowodować  mogły zmianę przeznaczenia i przekazanie go szkole. Zaokrętowano nas w porcie gdyńskim. Holownik wyciągnął nas na redę, rzucono kotwicę i od tej pory na długo straciliśmy kontakt z lądem. Statek szkolny s/s Beniowski zaczął żyć swoim morskim zatokowym życiem. Podzielono nas na trzy wachty, które pełniły służbę czterogodzinną kolejno przez całą dobę. Zapoznawaliśmy się ze statkiem najpierw z częścią pokładową i tam znajdującymi się urządzeniami. Poczynając od dziobu z windami kotwicznymi, cumowymi, łodziami ratunkowymi i mechanizmami do ich  spuszczania, trapem bocznym umożliwiającym wygodne schodzenie do szalupy motorowej wożącej nas na ląd, windą i bomami ładunkowymi umożliwiającymi podnoszenie jak i spuszczanie ładunków do lodzi je wożących. Co jakiś czas na sygnał alarmu wodnego, w kamizelkach ratunkowych, przy różnych warunkach siły wiatru i stanu morza, opuszczaliśmy to na sterburcie to na backburcie, szalupy ratunkowe. Część nas zjeżdżała siedząc już w szalupie, reszta przydzielonych do danej jednostki osób, zjeżdżała po zwisających do łodzi linach. Po odczepieniu haków i parokrotnym opłynięciu na wiosłach statku, rozpoczynała się mordęga wciągania szalupy na pokład. Kontynuowane były wykłady z poszczególnych przedmiotów, na które dowożeni byli wykładowcy, nie zamustrowani na statku. Zajęć nam nie brakowało. Beniowski napędzany był energią ciśnienia pary wodnej. Na śródokręciu w maszynowni dwie akcyjne turbiny parowe sprzężone z przekładnią, sprzęgłem, oddzielnymi po każdej burcie wałami napędowymi, biegnącymi do rufy i tam znajdujących się  końcowych łożysk, wyłożonych drewnem gwajakowym (gatunek drewna naturalnie nasycony olejami organicznymi zapewniającymi z wodą dobre smarowanie). Turbiny o mocy 3 tys. KM każda, napędzały śruby okrętowe zapewniające osiąganie dość znacznych szybkości, jak na statek zaadaptowany na jacht „Kaiser” na przełomie XIX i XX. wieku, bo aż 14 do 16 węzłów. Bliżej dziobu, w stosunku do maszynowni mieściła się kotłownia. Dwa kotły firmy Babcock-Wilkox, dwuwalczakowe opalane węglem zapewniały napęd turbin oraz innych urządzeń i potrzeb grzewczych statku. Praca palaczy ze względu na wąskie i długie czerpaki łopat, jednorazowo nabierające znaczne ilości węgla, unoszący się pyl węglowy i wysoką temperaturą, powodowaną promieniowaniem z otwartych palenisk, była nad wyraz ciężka. Nie dziw więc, że pracowali tylko w obuwiu i spodniach, mając obnażoną górną część ciała. Doświadczyłem tego osobiście pełniąc wachtę na stanowisko w bezpośredniej bliskości, obsługując zasilanie kotła w wodę, przez regulowanie jej poziomu w górnym walczaku. Temperatura dochodziła do 60 stopni Celsjusza a nawet i wyżej. Jak tylko była okazja, każdy choć na chwilę wychodził na pokład by się ochłodzić. Podobne tak wysokie temperatury były w maszynowni w bezpośredniej bliskości turbin i rurociągów doprowadzających parę. Wynikało to z niedbale wykonanych izolacji cieplnych w czasie remontów i zastosowanych w nich materiałów. Jednak warunki pracy maszynisty były nieomal normalne, miał okazję się ochładzać pod wentylacyjnym nawiewem.

Stojąc na kotwicy nocą, tylko na jednym stanowisku pełniliśmy służbę wachtową. Było to na pierwszym pokładzie na śródokręciu w pobliżu trapu i dzwonu okrętowego. Przy księżycowej nocy i spokojnym stanie morza, doznawało się niecodziennych wrażeń podczas obserwowania skrzącej się drogi księżycowej na powierzchni wody biegnącej od statku aż po horyzont nad księżycem. Podczas jednej parnej ciepłej nocy czerwcowej, dałem się skusić nagłemu pragnieniu zejścia po trapie i mimo pełnionej służby wykąpania się w morzu. Ryzykując zrzuciłem mundur i cicho z trapu zsunąłem się do wody. Łagodnymi ruchami rozgarniając wodę, aby nie być słyszanym w kabinach, bulaje były przecież otwarte, opłynąłem statek i tą samą drogą wróciłem na pokład. Wiem, że ryzykowałem głównie za zejście ze stanowiska wachty, ale mimo to satysfakcja była ogromna. Z tej niesubordynacji nikomu się nie zwierzałem. Na służbie, której się wtedy  sprzeniewierzyłem, obowiązkiem było pełnienie ogólnego nadzoru nad statkiem, w tym obserwowania morza wokół statku i ruchu innych jednostek w obszarze ewentualnie zagrażającym nam stojącym na kotwicy. Należało okresowo sprawdzać nasze światła okrętowe informujące o naszej pozycji i wybijać „szklanki” na dzwonie. Na starych żaglowcach upływające godziny mierzone były klepsydrą, z których podstawową była półgodzinna. Marynarz pełniący wachtę miał obowiązek odwracać ten miernik czasu i uderzeniem w dzwon to oznajmiać. Wachty były czterogodzinne. O godzinie 12-tej wybijano 12 uderzeń i rozpoczynała się wachta 1-sza. Po upływie pół godziny jedno uderzenie czyli jedna szklanka, po 1-nej godzinie 2 szklanki i tak dalej aż do godziny 16-tej, ośmiu uderzeń w dzwon, co oznaczało koniec pierwszej wachty i początek drugiej. I dalej kolejno przez następne wachty. Na statkach szkolnych ten zwyczaj sygnalizowania upływającego czasu był kontynuowany. Poważnym problemem po naszym pierwszym zaokrętowaniu były szczury. Po zgaszeniu światła w kabinie docierał do nas ich tupot i pisk z kanałów wentylacyjnych przebiegających pod sufitem kabin. Dostają się one na każdy statek stojący w porcie. Najczęściej  po cumach wiążących statek z keją. Dlatego po zacumowaniu na cumy zakładane są duże blaszane talerze, uniemożliwiające im wchodzenie tą drogą. Gryzoni tych było tak dużo, że przeniesiono nas na parę dni do internatu i dokonano deratyzację gazową. Była już wiosna, rok szkolny zbliżał się do końca przybliżając nas do tak oczekiwanych praktyk na statkach handlowych. Do efektywnego uczenia i osiągania najlepszych wyników, dopingowała nas prowadzona w całym roczniku punktacja, od której zależała kolejność kierowania nas na praktykę do pływającej floty. Byłem dobrej nadziei na szybkie wyruszenie w ten ciekawiący mnie świat za żelazną kurtyną, bo miałem drugą notę na tej liście. Skomasowane na ograniczonej przestrzeni jakim był Beniowski całego rocznika uczniów, różnych usposobień i temperamentów, bez   możliwości neutralnego rozładowania nagromadzonych emocji i stresów, powodowało w uczniach nasilania się napięć, przy których każde negatywne zdarzenie powodowało wybuch i głośny protest. Jedzenie na Beniowskim nie było już tak dobre i tak estetycznie podawane jak w stołówce szkoły. Kawa zbożowa jaką do każdego posiłku nam serwowano, dawno nam zbrzydła. A tu nagle taka obrzydliwość. W czasie czerpania dużą chochlą kawy i nalewania jej do dzbanków, dyżurny kuchni wydobył z kotła parę podartych skarpet. Wybuchła awantura, która na parę godzin zdezorganizowała życie na statku. Protesty trwały dość długo. Uspokojenie nastąpiło po zamknięciu w areszcie najbardziej aktywnych. Dopiero w listopadzie 1952 roku ustawa o szkołach morskich zniosła możliwość karania uczniów karą aresztu, obowiązującą od okresu przedwojennego. Winnych wrzucenia skarpet nie znaleziono. Wersja, że mogły to zrobić dwie obecne na statku kucharki, którym niektórzy uczniowie za bardzo się naprzykrzali, próbując np. podglądać je przez  przemyślnie zamocowane na długim bosaku lustro, spuszczane do otwartego bulaja kabinowego, czyli okna, wydaje się w jakimś sensie prawdopodobna.

kpt S. Gorazdowski Kpt. Stefan Gorazdowski z Daru Pomorza, zawieszony w 52 r. w ramach restrykcji PRL-u.

Rok 1951 obfitował w wiele ciekawych wydarzeń w życiu szkoły. W grudniu ustawa zlikwidowała PCWM, żaglowce Zew Morza i Janek Krasicki przydzielono Szkole Morskiej, którą przemianowano na pięcioletnie Technikum Mechaniczne. W następnym roku Dar Pomorza pożeglował na Morze Śródziemne, a Gdynię i szkołę odwiedzili uczniowie ze szkoły morskiej z NRD. Koniec roku był tuż, tuż. Jednego słonecznego przedpołudnia zostałem wezwany do kapitana. W kabinie oprócz niego siedziało za stołem dwóch panów, ubranych w porządne garnitury i koszule z krawatami. Kazano mi usiąść i poczęstowano najdroższymi na ten czas papierosami krajowymi marki „Wawel”, jakie sprzedawano w podłużnych eleganckich pudełkach. Papierosami posiadającymi złote ustniki. Po pytaniach jak się nazywam i ogólnych jak mi się podoba w szkole, panowie Ci rozpoczęli sondowanie mnie, czy nie byłbym skłonny do okresowego przekazywania informacji o sprawach dziejących się w szkole, a dotyczących wrogich przeciw Państwu działań. Uzmysłowiłem sobie, że jest to następny etap działań prewencyjnych jaki władza podjęła po wcześniejszych wydanych wyrokach na uczniach słuchających wolnych stacji radiowych. Nie miałem problemu  z udzieleniem wymijającej negatywnej odpowiedzi, przypominając sobie te pryncypia patriotyczne zaszczepione przez nauczycieli naszego chojnickiego gimnazjum. Przesłuchujący mnie panowie to zrozumieli i podając kartkę i pióro, pod dyktando nakazali pisać: „Świadom odpowiedzialności karnej bo wynoszącej 10-lat więzienia, zobowiązuję się do nieujawnienia komukolwiek treści przeprowadzonych rozmów. Podpis i data”. Odmeldowałem się i wychodząc już wiedziałem, że praktyki na statku handlowym w tym roku chyba się nie doczekam. Optymizm jednak mnie nie opuszczał. Rysowała się przede mną wizja wakacji z rodziną i bliskimi mi osobami w Chojnicach i Charzykowach. Podobnie jak mnie, tak wzywano jeszcze innych kolegów do kapitana. Świadomi zagrożenia nikt z nas „pary z ust nie puszczał”.

Nadszedł koniec roku szkolnego. Z workiem bosmańskim wypełnionym po brzegi naszym wyposażeniem i  zimowym umundurowaniem rozjeżdżaliśmy się do naszych miast rodzinnych. Wakacje były udane bo w większości spędzone na łonie natury i pod żaglami na jeziorze Charzykowskim, mimo, iż coraz z mniejszą nadzieją oczekiwałem wezwania na praktykę.  Początek roku szkolnego dla naszego już piątego rocznika wyznaczono na 15-tego września. Stawiliśmy się do szkoły jak „jeden mąż”. W gablocie z ogłoszeniami, czytam i doznaję szoku, podobnego do uderzenia obuchem, skreślony z listy uczniów. Lista obejmuje 16-cie nazwisk. Informuje, że z kartą obiegową mamy rozliczyć się z poszczególnymi komórkami organizacyjnymi szkoły, w tym z  magazynem mundurowym i jak na ironie, z organizacją partyjną do której nie należeliśmy. Chodzimy i oddajemy to co od szkoły dostaliśmy. Na szczęście zostawiono nam jeden komplet bielizny, mundur, czapkę i bosmankę, ale już bez insygni i oznaczeń szkolnych. Oddano nam również zdeponowane przed dwoma  laty nasze ubrania cywilne, z których już dawno wyrośliśmy, i które już się tylko nadawały  do wyrzucenia. Przeklinaliśmy dzień i tych którzy zasugerowali nam szukanie kariery morskiej. Jedna myśl ściskała mi serce. Co ja powiem swoim Rodzicom, którzy przecież ponosili jakąś odczuwalną część kosztów mego pobytu w szkole. To bolało mnie najbardziej. Opuszczając gimnazjum na rok przed maturą, nie tylko straciłem dwa lata, ale nadal byłem bez niej. Jednym z podobnie jak ja wyrzuconych był Edek Nowik, syn reemigrantów z Syberii, mieszkający w Elblągu. Poddał pomysł pojechania tam i spróbowania dostania się na ostatni rok Technikum Mechanicznego, mimo że rok szkolny tam już trwał od 1-go września. Pojechaliśmy ubrani w niekompletne mundury, posiadając świadectwa ukończenia klasy czwartej Technikum Morskiego Mechanicznego Ministerstwa Żeglugi. Udało się, byliśmy uczniami klasy maturalnej. Spotkaliśmy tam wspaniałych nauczycieli. Nie tylko zrozumieli, że wyrządzono nam krzywdę, ale postanowili pomóc nam w ukończeniu szkoły i dostaniu się na studia. O ciekawym epizodzie mego życia w Elblągu, statystowania w „Rodzinie Budenbrocków”, studiach w Gdańsku, wspólnego przez 4 lata dzielenia pokoju w akademiku z tymi samymi Kolegami, demonstracjach w PG i na ulicy przeciwko „Kostce Rokossowskiemu” w 1956 roku, poznawaniu Jezior Mazurskich, Wisły od Warszawy do Gdańska i przygodach na morzu w ramach Żeglarskiego AZS-su, napisałem w drugiej części moich wspomnień.

Post scriptum do części I.

Szukając zdjęć i nazwisk Kolegów podobnie jak ja wyrzuconych ze szkoły, trafiłem do archiwum SM, a obecnie Akademii Morskiej. Po udokumentowaniu, że ja to rzeczywiście ten, co to kiedyś był uczniem PCWM i SM i ostatecznie Technikum Mechanicznego Ministerstwa Żeglugi, trafiłem do archiwum akademii. Znaleziono moją jak i mego kolegi Edka teczki personalne, w których poza „neutralnymi” dokumentami i pokwitowaniem odbioru świadectw ukończenia 4-tego roku szkoły i  uzyskania promocji na rok ostatni, nie było żadnego dokumentu informującego o przyczynie odejścia jak i wyrzucenia ze szkoły. Od absolwenta SM w 1958 roku, który kończył szkołę w ramach utworzonej klasy z ponownie przyjętymi uczniami, dowiedziałem się, że wśród jego kolegów powtórnie przyjętych w 1957 r. do tej klasy, dzielono się opinią o paleniu na zapleczu szkoły, dokumentów personalnych niewygodnych dla kierownictwa szkoły i demaskujących proceder wyrzucania uczniów nie popierających inwigilacyjną politykę PRL-u. W internecie zainteresował mnie brak w „Kalendarium Szkoły Morskiej z lat 1945-1969” jakiegokolwiek zapisu dotyczącego 1952 roku. Okresu bardzo restrykcyjnego wobec uczniów zaliczanych do niepewnych politycznie. Na zdjęciu wykonanym z tego kalendarium widoczne są zapisy dotyczące 1951 r. oraz tabula rasa między 1951 a 1953 rokiem. Maile wysłane do prorektora akademii i rektora w tej sprawie, nie znalazły uznania, że wyrzucanie uczniów za odmowę współpracy z UB w tym 1952 roku, są godne wypełnienia  tej „białej plamy” świecącej w „Kalendarium Szkoły Morskiej”. Budzi się we mnie refleksja, czy nie jest to jeszcze jeden przykład „oporu dekomunizacyjnego” z jakim w wielu miejscach w naszej rzeczywistości spotykamy się?  Jeżeli ilość uczniów powtórnie przyjętych w 57 r. wynosiła zdecydowanie ponad 30-tu, rodzi się pytanie, a  ilu wyraziło zgodę na donoszenie na kolegów i kontynuowało naukę i już jako absolwenci, zasiliło naszą flotę handlową, jako kupieni przez wrogi nam reżim komunistyczny? Ilu z tych z następnego pokolenia, co poszli na współpracę z UB, przejęli w genach morale swoich ojców i przeciwdziałają procesowi dekomunizacji w różnych miejscach swojej pracy? Tego nie wiemy, ale że takie działania są, przekonujemy się na co dzień.

100_2673

Zdjęcie fragmentu strony z kalendarium obrazujące „białą plamę” za rok 1952.

______________________________

Przypis, źródła załączonych fotografii:
   a. Zdjęcie -Dom Żeglarza siedziba PCWM – z książki „Państwowe Centrum Wychowania
       Morskiego, Szkoła Jungów 1946-1951″, wyd. 2004 r. przez AM w Gdyni w opracowaniu
       R. Watrasa
   b. Statek szkolny Jungów s/s Beniowski , zdjęcie ze zbiorów W. Babińskiego, str. 12 z książki
       powyżej jak w pkt. „a”
   c. Zdjęcie mgr Jurewicza i kpt. Gorazdowskiego z książki Andrzeja Perepeczki, wydanej
       przez SM w 1992 r. o tytule: „Szkoła Morska Tczew -Gdynia 1920-1969”.
   d, Pozostałe zdjęcia – od Autora.

Jan Malicki

_____________________________________________________________________________________________________

Jan Malicki – ur. 1932 r. w Chojnicach; uczeń chojnickiego gimnazjum i  Szkoły Morskiej w Gdyni; absolwent  Politechniki Gdańskiej (Wydział Mechaniczny); żeglarz charzykowski, AZS Gdańsk  i Toruń; brązowy medalista  Akademickich Żeglarskich Mistrzostw Polski w 1956r.

 

 

 

 

 

 

(zs): STS „Kapitan Głowacki”

Jeśli, cytując Conrada: „porty są do niczego – statki gniją, ludzie schodzą na psy”, to casus brygantyny STS Kapitan Głowacki jest wręcz modelowym tego przykładem. Przeholowany do portu na środkowym Wybrzeżu czeka (oby nie – „gnije”!) na remont klasowy.

„Co dalej ze statkiem?!” – pyta i apeluje osoba ongiś mocno zaangażowana w „Szczecińską Szkołę pod Żaglami”, właśnie na owej brygantynie – „mam nadzieję, że podjęta inicjatywa, by odbudować żaglowiec, choć milcząca ostatnio, nadal nie została zagubiona.”

Tymczasem decyzją nr 1518/2017 z 14.09.2017 roku Zachodniopomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Szczecinie żaglowiec Kapitan Głowacki został wpisany jako zabytek do rejestru zabytków ruchomych techniki.

Document-page-001 Document-page-002 Document-page-004 Document-page-005 Document-page-006Document-page-003

Zamieszczono na prawach cytatu bez komercyjnego wykorzystania.

Kadłub obecnej brygantyny został zbudowany w stoczni niemieckiej w Świnoujściu pod koniec II wojny światowej. Po wojnie podniesiony z dna w pobliżu toru wodnego Szczecin – Świnoujście, pod koniec lat czterdziestych został przetransportowany do Gdyni w celu przebudowy na jednostkę żaglową (kecz gaflowy). Początkowo nadano mu nazwę Rybak (GDY-180), którą wkrótce zmieniono na Henryk Rutkowski (GDY-180). Po przejęciu jednostki przez ośrodek żeglarski Ligi Obrony Kraju w Jastarni (w 1967r.) zachowano nazwę Henryk Rutkowski (PZ-2). Kolejnym właścicielem jachtu stał się Centralny Ośrodek Żeglarstwa Polskiego Związku Żeglarskiego w Trzebieży (od 1970r.) i nowy właściciel … zmienił nazwę na Biały Słoń (PZ-2); ale tylko chwilowo bo wkrótce powrócono do poprzedniej nazwy Henryk Rutkowski i po kilkunastu latach „burzliwej” eksploatacji, w połowie lat osiemdziesiątych dokonano przebudowy na brygantynę. Głębokie zmiany polityczne w Polsce dosięgły także „Rutka” – ktoś przypomniał sobie (a może wszyscy wiedzieli, ale nie wypadało głośno mówić, a i oficjalna historia była „inna”), że Henryk Rutkowski, którego imię nosi dostojna brygantyna to:  „działacz komunistyczny, rozstrzelany w 1925 roku za zabójstwo kilku osób, w tym policjanta. W czasach PRL uznawany za bohatera ruchu robotniczego”, więc nazwę zmieniono na Kapitan Głowacki (na cześć znanego działacza i popularyzatora żeglarstwa). Dziś przed „Rutkiem” – „Głowasiem”, jak niektórzy zdrobniale mówią, wyzwania poważniejsze niż zmiana nazwy… choć nazwa Biały Słoń, w zasadzie neutralna politycznie, była ciekawym i „bezpiecznym” pomysłem.

(zs)

Małgorzata Krautschneider: The Vela

 

Małgorzata KrautschneiderROZDZIAŁ 20

W drodze na Islandię

(…)

Któregoś dnia, wczesnym rankiem, po raz pierwszy ujrzałam wybrzeże Islandii. Oglądać wyspę na własne oczy było czymś zupełnie innym niż marzyć o niej. Widok rzeczywistej Islandii na horyzoncie wywołał we mnie euforię. Zapomniałam o incydencie z jedzeniem. W mojej wyobraźni, triumfalnie, wysyłałam już pocztówki z Islandii do adresatów z długiej listy osób, które powątpiewały w sukces naszej wyprawy.

Obudziłam Rudę i Pavla. Od razu chciałam przygotować wszystkie liny i odbijacze niezbędne do zacumowania.

Ruda wyśmiał mnie i stwierdził: „Jesteśmy jeszcze za daleko”.europe

Miał rację. Wysokie, pokryte śniegiem góry sprawiały wrażenie, że są znacznie bliżej niż były w rzeczywistości. Podpłynięcie do nich zajęło nam wiele godzin. Ja jednak uparcie wywlekałam na pokład wszystkie liny cumownicze. Chciałam być doskonale przygotowana, aby zapobiec chaosowi podczas manewrów podejścia do kei. Przede wszystkim zaś przytłaczały mnie moje własne oczekiwania i musiałam dać upust emocjom.

Teraz już wszyscy patrzyliśmy z zachwytem, zahipnotyzowani widokiem lśniącego lodowca. Zbliżając się do wschodnich wybrzeży Islandii, ujrzeliśmy Vatnajökull, jeden z największych lodowców w Europie. Gdzieś tam daleko na południu Islandii leży Surtsey, pomyślałam sobie. Słynna w owym czasie wyspa, utworzona w wyniku erupcji wulkanicznej działała na moją wyobraźnię. My jednak zmierzaliśmy ku wschodniej części Islandii, do miasta Seyðisfjörður leżącego nad fiordem o tej samej nazwie.

(…)

ROZDZIAŁ 21

Seyðisfjörður – Islandia

Andrzej rysunkiZbliżaliśmy się do wybrzeża, poszukując wejścia do fiordu Seyðisfjörður, które ze względu na nasz kąt podejścia nie było widoczne – zasłaniały je wysokie góry. Wyciągnęłam locję, „Arctic Pilot”, książkę wydaną przez Admiralicję Brytyjską, stanowiącą wielowiekowy zbiór doświadczeń dawnych żeglarzy, zawierającą również rysunki fragmentów linii brzegowej. Porównywaliśmy widoczne kontury lądu na horyzoncie z rycinami w książce. Byliśmy podekscytowani, a ta „zgadywanka” była dla nas pasjonującą zabawą.

Jak gdyby nie dość tych niezwykłych okoliczności, napotkaliśmy wieloryba. Pojawił się nagle obok nas, za rufą jachtu. Ogromne stworzenie sapało i majestatycznie przewalało się na falach. Wieloryb był większy niż Vela i być może jedno machnięcie ja_002ego ogona mogło uszkodzić łódź. Ponieważ wiatr był słaby, niemal tkwiliśmy w miejscu i nawet nie było możliwości ucieczki. Kiedy myślałam o tym później, wydawało się, że była to scena niczym z książki przygodowej, jednak w chwili, gdy zdarzenie miało miejsce, byliśmy niepomni zagrożenia, jedynie zafascynowani zwierzęciem. Studiowałam biologię morza, a teraz miałam okazję zobaczyć to wyjątkowe zwierzę na własne oczy. Obserwowałam z ciekawością opary wody, które wieloryb wydmuchiwał przez nozdrza. Pamiętam rozczarowanie – fontanna nie była aż tak duża, jak to sobie wyobrażałam. Dla Rudy w przyszłości, podczas długich rejsów, spotkania z wielorybami miały stać się powszechne. Skorzystał nawet z możliwości podrapania jednego z nich własną stopą po grzbiecie.

U ujścia fiordu kręciło się kilka statków rybackich. Nie wykazywały nami żadnego zainteresowania. Rozpierała mnie pycha, że jesteśmy na Islandii (i chyba wydawało mi się, że wszyscy powinni witać nas z aplauzem). Poruszaliśmy się na żaglach bardzo wolno, aż wkrótce wiatr całkiem ustał. Znosiło nas na prawą stronę fiordu. Silnik był mocno przymocowany linami do relingu. Jego uruchomienie było zawsze trudne i wymagało dwóch osób. Tymczasem Ruda nawet nie obudził Pavla, który odpoczywał po wachcie pod pokładem. Zaczęłam się denerwować i miałam pretensję do Rudy, że nie jesteśmy przygotowani na taką sytuację. Jacht tracił sterowność. Wzdłuż prawej krawędzi fiordu zobaczyłam silny prąd, jakby w morzu płynęła rzeka. „Wiosła!” Ruda wziął ster i wcisnął mi jedno wiosło z naszego pontonu. Wiosła okazywały się dotąd bardzo użyteczne w manewrach portowych, teraz jednak dryfowaliśmy na skały! W panice wiosłowałam z całych sil, jakby przyszło mi walczyć o życie. Ruda wiosłował z drugiej strony łodzi pilnując jednocześnie steru i wyglądał spokojnie, jakby odpychanie się od skał zdarzało mu się codziennie.

Na szczęście, wiosłując, nabraliśmy wystarczającej szybkości, aby oddalić się od brzegu i uniknąć spotkania z kotłującym się nurtem prądu. Złapaliśmy wiatr. Pozostawałam u steru, kierując Velę na sam środek długiego fiordu. To było jak wejście do świątyni. Przez cały czas spoglądałam w górę, bo widoki były niewiarygodnie piękne. Z gór spływały wodospady, które kryły się w dolinie fiordu. Woda spadała z ogłuszającym hukiem. Czułam się bardzo mała, przytłoczona naturą.

Podpłynęliśmy do miasta, rozciągniętego u krańca fiordu i rozglądaliśmy się, szukając dogodnej przystani. Tymczasem przed dziobem Veli pojawiły się dwie dziewczyny, które postanowiły się wykąpać. Niczym syreny, podpłynęły do ​​nas ze śmiechem. Ruda zapytał je o coś, a one szybko wspięły się na pokład. Były to siostry: blondynka miała na imię Helen, a brunetka – Heidbjört. Radosne, młode Islandki, ubrane tylko w bieliznę, przyciągały wzrok Rudy i Pavla. Obaj byli rozproszeni, chociaż manewry związane z zacumowaniem jachtu wciąż nas czekały. Byłam zmarznięta, zmęczona, a poza tym nagle poczułam się dziecinnie zazdrosna.

Kiedy zacumowaliśmy przy molo, dziewczyny pożegnały się z nami i zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, jak blisko już niebawem będzie z nimi spleciony mój los.

(…)

ROZDZIAŁ 23

Pavel opuszcza jacht

Planowaliśmy kontynuować rejs na północ albo przynajmniej opłynąć Islandię dookoła. Ambicją Rudy było dotarcie za krąg polarny. Skrycie marzył o dotarciu na Jan Mayen, wyspę leżącą około 370 mil morskich na północny wschód od Islandii, albo do wschodnich wybrzeży Grenlandii. Rozmawialiśmy o tym przed wyjazdem. Wiedzieliśmy, że nasze możliwości są ograniczone. Vela była wykonana z drewna i mogła nie przetrwać spotkania z lodem. Zaproponowałam więc, żebyśmy pożeglowali do Akureyri, na północnym wybrzeżu Islandii, a potem ewentualnie wyruszyli w rejs dookoła wyspy. Nasze plany jednak nieoczekiwanie uległy zmianie, kiedy okazało się, że będziemy płynąć bez Pavla.

„Pavel jedzie do Reykjaviku, stolicy Islandii, a stamtąd poleci samolotem”, wyjaśnił mi Ruda, nie okazując szczególnego smutku i żalu. Byłam dosyć zszokowana. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak poradzimy sobie ze wszystkim sami, tylko we dwójkę.

(…)

ROZDZIAŁ 24

Za krąg polarny – tylko my dwoje

(…)

Żeglowanie we dwoje było zupełnie innym doświadczeniem. Konieczność polegania wyłącznie na sobie nawzajem spowodowała nagły wzrost naszej wzajemnej zależności. Czuliśmy wobec siebie większą odpowiedzialność, a nasze wzajemne uczucie umocniło się.

Płynęliśmy wzdłuż wybrzeża. W miarę jak przemieszczaliśmy się coraz bardziej na północ, temperatura spadała, widoczność słabła i częściej padał śnieg.

Trzymaliśmy sześciogodzinne wachty. Na początku sterowanie było jeszcze znośne, później jednak – w miarę jak żeglowaliśmy coraz bardziej na północ – siedzenie w bezruchu, ze sterem w dłoniach, stawało się udręką.

Nawet w środku Veli nie dało się rozgrzać. Schodząc z wachty musiałam jeszcze złapać sygnały radiowe i sprawdzić naszą pozycję. Zabierałam radio do koi i wchodziłam do śpiwora.

Przez pierwszych kilka godzin nie byłam w stanie zasnąć, bo trzęsłam się z zimna. A kiedy jako-tako się rozgrzewałam, trzeba było zastąpić Rudę na wachcie.

Moje stopy były non stop zimne. Kalosze były za ciasne. Ściśle mówiąc, buty miały dobry rozmiar, ale w grubych wełnianych skarpetach nie byłam w stanie poruszać palcami. Ruda nie miał tego rodzaju problemu. Jego kalosze, których używał podczas pracy w lasach i przy pracy w oborze, były zaopatrzone w filcową wkładkę. Na początku rejsu tego rodzaju buty wydawały mi się bardzo ciężkie i nie dość eleganckie na jacht.

Ruda wynalazł grzejnik! Wykonał go z kawałka styropianu, który kiedyś znalazł w śmieciach razem Pavlem. Siedząc, kładliśmy go pod pośladki – styropian dobrze izolował od zimnego pokładu. Ruda przełamał kawał styropianu, a ja włożyłam go w stopy w moim śpiworze. Kiedy dotykałam styropianu, miałam złudzenie ciepła. Uwielbiałam to uczucie i od tej chwili nie rozstawałam się z tego rodzaju „wsparciem”. Niebawem zaczęłam nosić styropian pod ubraniem, na brzuchu i na plecach.

Znaleźliśmy się w położeniu 66° 33′ 39” szerokości geograficznej północnej i oto, po długim rejsie, znaleźliśmy się za kręgiem polarnym. Minęliśmy półwysep Langanes na północno-zachodnim krańcu Islandii, a następnie zbliżyliśmy się do Grimsey, małej wyspy leżącej dokładnie na kole podbiegunowym. Było tam lotnisko, udało mi się więc złapać dobry sygnał radiowy.

Byliśmy podekscytowani tym, że tak daleko dopłynęliśmy. Nasza Vela była na pewno najmniejszą łodzią pod czeską banderą, która przekroczyła koło podbiegunowe, używając tylko żagli. Jednak rejs stawał się coraz trudniejszy.

Popsuła się kuchenka gazowa, nie mogliśmy więc podgrzewać sobie jedzenia. Do dyspozycji mieliśmy tylko suchy prowiant, a właściwie zimny „kit”. Nigdy nie zapomnę, jak pewnego razu Ruda wziął kubek i podgrzał odrobinę mleka z puszki nad płomieniem świecy. Choć było tylko letnie, dla mnie, dygocącej za sterem, było prawie jak wrzątek!

Dni i noce niczym nie różniły się od siebie. Przez cały czas było jasno, panowało arktyczne lato. Po wielogodzinnym czuwaniu za sterem można było stracić kontakt z rzeczywistością. Poruszaliśmy się po omacku, we mgle. Czasami padał śnieg. Było pięknie. Nieustanna wilgoć i zimno sprawiały jednak, że czułam się letargiczna i apatyczna. W końcu przestałam odczuwać chłód. Zaczęliśmy sobie wzajemnie przedłużać wachty. Nie chciałam budzić Rudy, bo wiedziałam, że dopiero po czterech godzinach można się rozgrzać i zasnąć.

Nie spodziewałam się takiego rozsądku ze strony Rudy, byłam więc zaskoczona, kiedy postanowił, że trzeba wracać do Seyðisfjörður. Z żalem porzucałam nasze plany, ale w głębi duszy czułam, że to była dobra, prawdziwie „kapitańska” decyzja.

IMG_4554   Ruda Krautschneider, kapitan Veli na Islandii 1977 r

(…)

ROZDZIAŁ 26

Życie w islandzkiej rodzinie

Zostałam przyjęta do rybackiej rodziny Johana Johanssona. Już wcześniej zetknęłam się z jego córkami, Helen i Heidbjört – to one urządziły sobie kąpiVela 16el w fiordzie. Teraz Ruda i ja mieliśmy okazję poznać również jego żonę, Ingę, a także pozostałych członków licznej rodziny Johana.

Wszyscy zostawiali buty na progu przed głównymi drzwiami wejściowymi do domu, podobnie jak to robiło się w Czechach.

                                                                                                                                                                                             Inga, Fjola i ja w Seydisfjordur, Islandia, sierpień 1977r

Nigdzie indziej nie spotkałam się z równie ścisłym przestrzeganiem „reguł domowych”. A jednak stosunki rodzinne cechowała tolerancja i wolność, jakiej nigdy wcześniej nigdzie nie widziałam.

Heidbjört oddała mi własny pokój, który dzieliła ze swoją siostrą Helen. Helen miała już osiemnaście lat, więc mogła mieszkać ze swym chłopakiem. Na cały dzień wszyscy gdzieś znikali. Przeważnie spędzałam czas samotnie, leżąc w łóżku i czekając na odwiedziny Rudy i powrót pozostałych członków mojej „rodziny”. Heidbjört pozwoliła mi słuchać płyty z musicalu „Evita”, który w owym czasie święcił triumfy na szczytach list przebojów. Słuchałam jej po wielokroć, wciąż od nowa.

Inga i ja oglądałyśmy razem telewizję. Pewnego dnia – był to 16 sierpnia 1977 – dotarła smutna wieść: zmarł Elvis Presley. Wszyscy zaczęli płakać. Nigdy nie zapomnę, że byłam w tamtym czasie na Islandii. Wydarzenie to przypomniało mi, że nie powinniśmy przebywać tu aż tak długo – robiło się późno. Chociaż lekarz zalecił mi przynajmniej dwutygodniowy pobyt w cieple, Ruda już myślał o powrocie.

Inga wciąż robiła dla mnie na szydełku czapkę. Wcześniej zdążyła już skończyć rękawiczki i szalik – wszystko z oryginalnej islandzkiej wełny. Oznajmiła, że ​​nie wolno nam wypłynąć przed ukończeniem czapki.

Każdy starał się przychylić mi nieba. Nigdy wcześniej nie jadłam tylu ciastek z bitą śmietaną. Była to przyjemna zmiana po papce Rudy. Ruda starał się hamować mój apetyt, spoglądając na mnie z wyrzutem. Odczuwaliśmy ogromną wdzięczność wobec rodziny Johana, lecz w żaden sposób nie byliśmy w stanie im się odpłacić.

Ruda zabawiał więc naszych Islandczyków, jak to on potrafił i już niebawem wszyscy go pokochali. Cieszyliśmy się dużym wzięciem i musieliśmy brać udział w wielu organizowanych dla nas biesiadach. Czasu było niewiele. Fjola, siostra Ingi, wyraziła żal, że ​​nie zdoła zaprosić nas do siebie. Wyczuwając rywalizację o nasze względy, staraliśmy się nie być obojętni na serdeczność ze strony Fjoli i dzielić naszą uwagę i serdeczność równomiernie pomiędzy siostry.

Islandczycy, których mieliśmy okazję poznać, byli wykształconymi ludźmi. Przeczytali wiele książek. Inga powiedziała nam również, że w przeszłości wyjeżdżała do Reykjaviku, aby studiować z córkami w czasie długich zim. Okazało się, że Inga może pochwalić się znajomością ważnych dzieł literatury czeskiej. Ruda był wrażliwy na punkcie swojej kultury, więc Iga bardzo urosła w jego oczach. Musiałam przyznać, nie wiedziałam o literaturze czeskiej tyle, co ona. Ruda przechwalał się, że przeczytał powieść „Salka Valka” islandzkiego noblisty Halldora Laxnessa. Kiedy byłam nastolatką, również moją ulubioną lekturą były skandynawskie sagi. W domu miałam też Laxnessa „Dzwon Islandii”. Nieśmiałość nie pozwalała mi włączyć się do rozmowy i – chociaż chyba lepiej od Rudy znałam język angielski – rzadko zabierałam przy nim głos. Ruda świetnie sobie radził w każdej sytuacji.

Życiem na lądzie władały kobiety, żony rybaków. Kiedy Johan Johansson pojawiał się w domu, w jego rodzinie było to duże wydarzenie. Wszyscy – nie tylko rodzina – traktowali go z wielkim szacunkiem. Był posłem do Althingu – Parlamentu Islandzkiego. Althing został założony w 960 roku, co czyni z niego najstarszą instytucję parlamentarną na świecie. W pewien weekend byłam świadkiem, jak Johan Johansson wyjeżdżał do Reykjaviku. Tego dnia czułam się dość niezręcznie. Było to prawdziwe „trzęsienie ziemi”. Uwaga wszystkich skupiona była tylko na panu domu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy byli podekscytowani, mówili głośno, kręcili się po domu, wpadali do jednego z pokoi po odzież.

Byliśmy już wystarczająco zaniepokojeni z powodu burzliwej pogody, którą moglibyśmy napotkać po drodze do domu. Ruda wierzył, że będę w stanie żeglować z nimi i chciał mnie „uprowadzić”. Rozmawiał długo z Ingą, która nie chciała mnie wypuścić spod swoich skrzydeł. Była to nasza ostatnia szansa na opuszczenie Islandii przed zimą.

Pewnego dnia zatem Inga musiała się poddać i oddać mi niedokończoną czapkę. Uwielbiałam wszystko, co zrobiła dla mnie z prawdziwej islandzkiej wełny, pomagając mi zachować ciepło na morzu i na lądzie przez wiele przyszłych lat. Mimo, że czapka była na moją głowę za mała i nie mogłam jej naciągnąć na czoło, nie chciałam się z nią rozstawać.

Po naszym powrocie matka Rudy przez długie lata pozostawała w kontakcie z islandzką rodziną. Pielęgnowała tę niezwykłą przyjaźń za swojego syna, pisząc po niemiecku i w języku esperanto. Miała wielu przyjaciół z esperanckich kręgów, rozsianych po całym świecie, dumna z syna, pisała im o jego wyprawach. Wierzyła w misję tego języka i próbowała zarazić tym innych. Ruda nigdy jednak nie traktował tego poważnie i odmawiał pomocy, którą mógłby otrzymać tą drogą.

(…)

Małgorzata Krautschneider

_________________________________

rysunki wykonane na podstawie zdjęć –  Andrzej Wojtasik; fotografie z archiwum Małgorzaty Krautschneider

_____________________________________________________________________________________________________

Małgorzata Krautschneiderw połowie lat siedemdziesiątych XX w.  ukończyła Wydział Rybactwa Morskiego  w Akademii Rolniczej w Szczecinie. Pracowała jako hydrobiolog, prowadziła biuro turystyczne Czech Service. W latach 1978-2002 związana z czeskim żeglarzem Rudą Krautschneiderem przebywała w Czechach i w Polsce; później od 2007r. w USA. 

 

(zs): Jacht Klub AZS Szczecin: żeglarstwo regatowe – 1970, 1971 rok.

zdj od A. Soko?owskiegoW sierpniu 1970 roku w Gdyni na wodach Zatoki Gdańskiej i na pełnym morzu odbywają się Morskie Żeglarskie Mistrzostwa Polski połączone z Międzynarodowym Tygodniem Zatoki Gdańskiej. Żeglarze akademiccy ze Szczecina startują na Swantewicie prowadzonym przez Wojciecha Jacobsona (w załodze, m.in. Antoni Brancewicz). W kl. II RORC zajmują bardzo wysokie miejsce – 2. na 23 startujące jachty (MTZG; MŻMP są na 7. miejscu); na Pegazie regatowe doświadczenie zdobywa Jerzy Madeja (MTZG – 9m, MŻMP – 8m), a na nowym nabytzdj od A. Soko?owskiegoku Jacht Klubu AZS, zbudowanym w szczecińskiej Morskiej Stoczni Jachtowej, jachcie Dal II (typ Orion) kpt. Eugeniusz Ryżewski z załogą: Hanna Kuźnicka, Andrzej Sokołowski, Michał Jósewicz, J. Żuchowicz, A. Bogdanowicz plasuje się w kl. III RORC na 4. miejscu na 9 jachtów startujących.

MŻMP/MTZG, Gdynia 1970r.  Przy ścianie falochronu, stoją żeglarze JK AZS Szczecin, od lewej:  Jędrzej Porada, Stefan Gruszczyński, Antoni Brancewicz, Antoni Rosner, Gieniu Ryżewski, Andrzej Marczak (stoi tyłem), Wojciech Jacobson, Jerzy Madeja. Fot. A. Sokołowski.

zdj od A. Soko?owskiego (by? w za?odze Dali II).

DSC00033

 

Nowy jacht wymaga drobnych zmian technicznych poprawiających jego stateczność, poprawienia trymu jednostki; załoga również dopiero go poznaje, ale już widać regatowy potencjał.

 

Fot. A. Sokołowski

 

http://bogdanfijalkowski.pl/yachting/

http://bogdanfijalkowski.pl/yachting/

 

W regatach startuje jeszcze azetesowki, nie pierwszej już młodości, Nadir, na którego pokładzie, jest tylko jeden człowiek – Krzysztof Baranowski. Dla tego żeglarza, wywodzącego się z wrocławskiego AZS-u, regaty te są przygotowaniem i klasyfikacją do transatlantyckich regat samotnych żeglarzy OSTAR 72.

 

W Akademickich Żeglarskich Mistrzostwach Polski (1970) w kl. Ok.Dinghy bardzo dobre – drugie miejsce zajmuje młody zawodnik Dariusz Kłokocki; potwierdzi swoje możliwości na regatach w Rostocku zajmując szóste miejsce na 23 startujące jednostki, w Mistrzostwach Okręgu Juniorów – 2m/9, a także w Regatach Przyjaźni – trzecie miejsce. Akademickie Żeglarskie Mistrzostwa Polski przyniosły szczecińskim azetesiakom, również w kl. Hornet, dobre trzecie miejsce wywalczone przez Jana Szeliwiaka.

Kolejne lata stoją pod znakiem sportowych zmagań z żeglarzami niemieckimi na akwenach morskich koło Warnemunde (Regaty Ostseewoche) i z żeglarzami z Trójmiasta w Mistrzostwach Polski; i to zarówno w grupie jachtów balastowych jak i w klasach młodzieżowych mieczowych. Swoje świetne walory nautyczne, prowadzony przez doświadczonych kapitanów, pokazuje jacht Dal II.


zdj od A. Soko?owskiego; od lewej: Z. Hrynkiewicz, Alik Dudarenko, W. Jacobson, A. Brancewicz, S. Gruszczy?ski.Najpierw w pierwszej połowie lipca 71. roku na wodach niemieckich w kl. IOR III  kpt. Wojciech Jacobson z załogą: Andrzej Sokołowski, Antoni Brancewicz, Zbigniew Hrynkiewicz, Stefan Gruszczyński, Alik Dudaimg397renko zostawiają w tyle konkurentów kończąc regaty na pierwszym miejscu. Rok później, w tych samych regatach, również na jachcie Dal II z kpt. Andrzejem Marczakiem zwycięstwo zostanie powtórzone.

 

Stoją od lewej: Zbigniew Hrynkiewicz, Alik Dudarenko, Wojciech Jacobson, Antoni Brancewicz, Stefan Gruszczyński. Fot. A. Sokołowski.

Równie świetne wyniki w regatach łodzi mieczowych osiąga młody zawodnik Jacht Klubu AZS Stanisław Przełomski, który w kl. OK.Dinghy zajmuje pierwsze miejsce; zarówno w 1971 roku jaki w następnym, co daje mu awans do Kadry Narodowej.

img175

 

W Mistrzostwach Polski 1971 Dal II prowadzona przez „swojego” kapitana Eugeniusza Ryżewskiego startuje w dobrym trymie, z dobrą załogą: Romek Kisłowski, Andrzej Sokołowski, Jan Płachta, Marek Lewenstein (student Wyższej Szkoły Rolniczej Wydział Rybactwa), Michał Domański (student Pomorskiej Akademii Medycznej). Z regatowych zmagań w kl. One Ton Cup wracają z zasłużonym zwycięstwem – Mistrzostwo Polski. W kolejnych Żeglarskich Mistrzostwach Polski, za rok, kpt. E. Ryżewski z załogą prawie tą samą  i oczywiście na „swojej”  Dali II zdobędzie v-ce mistrzostwo Polski.

Żeglarskie Mistrzostwa Polski w 1971 roku przynoszą jeszcze jedno ważne zwycięstwo żeglarzom akademickim. W kl. Dragon startuje Witold Zdrojewski, Mistrz Polski sprzed dwóch lat w kl. Folkboat. Tym razem łódka jest klasą olimpijską, technicznie trudniejszą, wymagającą większych umiejętności, większej uwagi. Osiągnięty wynik jest znakomity – v-ce Mistrzostwo Polski. Wcześniejsze drugie miejsce w mistrzostwach okręgu i pierwsze miejsce w Regatach Przyjaźni to bilans osiągnięć dobrze zapowiadającego się żeglarza, których efektem jest powołanie do Kadry Narodowej.

                      (zs)

(zs): Jacht Klub AZS Szczecin. Rok 1951.

(…)  W styczniu 1951r. w pierwszych w kraju Bojerowych Mistrzostwach Polski w Giżycku na jeziorze Niegocin brali udział studenci Wydziału Inżynierii Lądowej Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie: Jerzy Kerner („Alojzy”) i Krzysztof Jaworski. To właśnie akademiccy żeglarze (jeszcze Zbigniew Gerlach zwany

 

Krzysztof Jaworski i Zbigniew Gerlach z bojerem zbudowanym                                                                                                przez Jerzego Kernera, na Jeziorze Dąbskim.; ok. 1950r. Fot. z arch. K. Jaworskiego.

„Nierdzewnym”, też student tego samego wydziału Szkoły Inżynierskiej) byli pionierami sportu bojerowego w powojennym Szczecinie.                                

2-regaty-przyjazni-1951Administracyjne ograniczenia w żegludze praktycznie zamykają dostęp do morza, a nawet Zalewu Szczecińskiego. Tylko politycznie nośne idee, zgodne nurtem obowiązującej doktryny, wpisane w nazwę imprezy mogą otworzyć wody Zalewu dla żeglarzy. Tak rodzi się wśród żeglarzy azetesiaków pomysł „Regat Przyjaźni” (w domyśle – przyjaźni, wiadomo jakiej i z kim).
Dziennikarz Głosu Szczecińskiego z przejęciem godnym dobrego sprawozdawcy sportowego, relacjonował przebieg tych regat:
„(…) Na maszcie łodzi Komisji Sędziowskiej powiewają już dwie flagi kodu „P” umówiony znak – „Start za pięć minut”. Rośnie napięcie nerwowe (…) Zawyła syrena. Czerwona rakieta z sykiem wylatuje w górę. Skrzypią przerzucane bomy, w powietrzu krzyżują się okrzyki rozkazów. (…) Wielkie 2-dniowe „Regaty Przyjaźni” – rozpoczęte. Przed żeglarzami Ligi Morskiej, AZS, Gwardii, Kolejarza, Budowlanych i Stali 87 mil morskich rejsu; trudne żeglowanie w nocy, (…) Jezioro Dąbskie i kanały Odry zostały już daleko w tyle. Zapada wieczór. Jachty mijają wyspę Nawigacyjną i wchodzą na Zalew. Zbliża się najefektowniejsza i najbardziej trudna część regat: Duży trójkąt na Zalewie. Trasa prowadzi do Bramy „N”, a stąd do boi Krickser Haken. (…) Noc. Wiatr jest silny, chwilami porywisty. (…) Żeglowanie staje się trochę niebezpieczne (…)

 

Najszybszą jednostką w regatach okazał się Przodownik ze sternikiem Ziemowitem Ostrowskim, studentem Wydziału Elektrycznego Szkoły Inżynierskiej.

 

Przodownik w regatach; w zejściówce Ziemowit Ostrowski. Fot. Zenon Dmochowski.

 

 

W klasie jachtów powyżej 50m² po przeliczeniu handicapowym  wygrał Swantewit ze sternikiem studentem (chemik) Jerzym Szałajką (w załodze studenci Szkoły Inżynierskiej – Inżynieria Lądowa: Zbyszek Gerlach i Krzysztof Jaworski), jako drugi został sklasyfikowany Przodownik, a trzeci Witeź II ze sternikiem Jerzym Jósewiczem (student Szkoły Inżynierskiej Wydział Inżynierii Lądowej).

                                                                                                                                                                                                                              Hol na regaty 1951 r. Od lewej stoją: Jerzy Kraszewski,  Kazimierz Starowieyski, Jerzy Kerner, Ziemowit Ostrowski, Stefan Lewicki. Fot. Zenon Dmochowski.

W regatach uczestniczył również student Wydziału Chemii Szkoły Inżynierskiej Wojciech Jacobson, przed którym świat żagli, nie tylko regatowych, dopiero się otwierał. Wszyscy z Sekcji Żeglarskiej AZS.

 

W klasie jachtów 30-50 m² druga była azetesowska Kania ze sternikiem Jerzym Kraszewskim (student Inżynierii Lądowej Szkoły Inżynierskiej), a w załodze płynęła młoda licealistka Małgorzata Jaworska, która niebawem sięgnie po tytuł v-ce Mistrza Polski Jachtów Morskich (1956r).

 

 

Kania uległa Wojtkowi z Ligi Morskiej na której żeglowali: Kazimierz Haska, Kazimierz Rypiński i Józef Demczuk; po regatach zmienili barwy klubowe i wraz z jachtem przeszli do Sekcji Żeglarskiej AZS.
W klasie jachtów do 30 m² jacht żeglarzy akademickich – Kaczorek, uplasował się na trzecim miejscu….

     

  Fot. z arch. członków Klubu.

(…)

(zs)

__________________________________________

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie internetowej: www.żeglujmyrazem.com

http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=18994

Wanda z Mierosławskich Jaworska-Zubczewska: „Wspomnienia” (frag)

….Adam, młodszy brat Ludwika miał w sobie żyłkę marynarza. Może odziedziczył ją po swoim pradziadku, kpt. Stubbsie. Karierę rozpoczął jako chłopiec okrętowy, pływając po Oceanie Indyjskim. Po paru latach nabył statek, zdobywszy stopień kapitana au long cours. Kiedyś przypadkiem sztorm go tak zniósł z kursu, że przybił do dawno zapomnianej przez geografów wyspy Saint Paul i nieco dalej New Amsterdam.
Były to jeszcze czasy konkwistadorskie, więc Adam stał się właścicielem wyspy, ale że jako Polak niezbyt nadawał się na kolonizatora, przystał na apel Ludwika (starszego brata, jednego z przywódców powstania styczniowego – przyp. red.), by sprzedał wyspę i przysłał mu pieniądze na walkę z tyranami. Był to jeszcze okres Wiosny Ludów. Adam sprzedał pół wyspy, zasilił brata finansowo, ale sam nie zdecydował się na proponowaną wojaczkę. Kupił nowy statek, nazwał go Moja Polska i pływał na nim „kumając” się z poławiaczami pereł, rybakami i innymi ludźmi mórz.
Skolonizował część wyspy Saint Paul. Zginął śmiercią żeglarza w 1851 r. Wzmiankę o nim znalazłam przypadkiem w książce J. Verne’a  pt. „Dzieci Kapitana Granta”. *)
Na Adamie kończę historyczną niejako część moich wspomnień dochodząc do dziejów przeważnie znanych mi osobiście…

                                                                                                           Wanda Zubczewska

Wspomnienia, Warszawa 2012, redakcja: Krzysztof Jaworski, Michał Jaworski,
wybór i opracowanie całości: Michał Jaworski, Warszawa, ss. 177.
ISBN: 978-83-931458-8-1

_________________________________________

*)Wzmianka ta jest nader zabawna:
„Zresztą przeznaczeniem Wyspy Amsterdam było stać się kolonią francuską: należała ona najpierw prawem pierwszego okupanta do niejakiego Camina, armatora z Saint-Denis, stolicy Reunion; po czym zgodnie z jakimś układem międzynarodowym odstąpiono wyspę pewnemu Polakowi, który zaczął ją uprawiać posługując się niewolnikami malgaskimi. W myśl starego powiedzenia: „Polak – to prawie Francuz”, po pewnym czasie wyspa stała się znowu kolonią francuską, jako własność imci Pana Otovana”. (J. Verne: „Dzieci Kapitana Granta”).

______________________________________________________________________________________________

Wspomnienia dr Wandy Zubczewskiej_skan okładki Wanda Zubczewska, Wspomnienia

Adam-Mierosławski_min_200x363 Adam Piotr Mierosławski (1815 – 1851)

O Wyspie Św. Pawła, o Adamie Piotrze Mierosławskim i o innych z tego rodu, w tym również o praprawnuku brata A. P. Mierosławskiego Krzysztofie Jaworskim szczecińskim żeglarzu akademickim więcej w interesującym artykule Andrzeja Straburzyńskiego (i w przypisach).       http://www.zeglujmyrazem.com/?page_id=10930

Maria Towiańska-Michalska: „Engram” (fragmenty)

engram_rgbAtlantyda
Wychowywałam się w domu mojej Babci w Łunińcu, na Polesiu. Łuniniec był miastem powiatowym, ostatnią polską węzłową stacją kolejową przed granicą wschodnią. W mojej pamięci Łuniniec jest polaną położoną wśród bagien i lasów – ma kształt trójkąta, w którego trzech kątach znajdują się kościół, cerkiew i bożnica.
Tory kolejowe i stacja przedzielały miasto na dwie części, a most nad torami łączył te części na powrót w jedną całość. Dom mojej Babci stał po tej stronie miasta, która nazywała się Zalesie, przy ulicy Mickiewicza pod numerem 5. Rozległy, drewniany, sześciopokojowy parterowy dom miał kształt rosyjskiej litery P, czyli kształt podkowy. Pamiętam rozkład pokoi i potrafię narysować plan domu. Minęło tyle lat – ponad pół wieku – od kiedy opuściłam dom przy ulicy Mickiewicza 5 na Zalesiu. Jest on jednak wciąż żywy w mojej pamięci i zawsze myślę
o nim jako o domu rodzinnym, chociaż mieszkałam w nim nie jako córka swoich rodziców, ale jako wnuczka mojej Babci, Marianny Bilewiczowej. Piszę ten pamiętnik, który przecież nie jest prawdziwym pamiętnikiem, czyli codzienną relacją minionego dnia. Opisuję świat, którego nie ma, o którym już nikt nie pamięta, bo i po co to komu potrzebne. Piszę nocami. Z dziwną radością widzę, jak wynurza się ze wspomnień Atlantyda mojego dzieciństwa.
Myślałam, że niewiele pamiętam. Ale przywołane wspomnienia nakładają się jedne na drugie, tworząc jakby zawiły wzór chemiczny, który rozrasta się coraz bardziej i bardziej. Wyławiam z mroków niepamięci wydarzenia, o których dawno zapomniałam. Jest w tym jakby radość wskrzeszenia. Nocą kiedy piszę, otacza mnie tłum ludzi, którzy kiedyś istnieli i już dawno odeszli. Jestem wśród nich, a oni przypominają mi dawne sprawy…
Chyba rok temu znajoma przyprowadziła do mego domu Rosjankę, która
przyjechała do Szczecina z Łunińca. Nazywa się Maria Mikulicz. Rozmawiając, próbowałyśmy
odnaleźć coś, o czym wiemy obydwie – ludzi, albo miejsca. Szło nam
to jakoś opornie. Wreszcie padło nazwisko:
– Szura Tulejko.
– A, Tulejko! To zupełna stara wariatka. Mieszka na Piaskach. Stado kotów hoduje.
Wszy zjadają śmierdzącą staruchę.
Szura Tulejko… Najpiękniejsza panna w okolicy. Nauczycielka matematyki. Zapamiętałam
ją jakby w jakimś fragmencie starego filmu: dworzec kolejowy w Łunińcu.
Pani Szura stoi na peronie w powiewnej sukience z różowego jedwabiu i podaje
pamiętnik? fotografię? Zbyszkowi Sawanowi, który z grupą aktorów przyjechał
ze spektaklem do Łunińca. Sawan pyta:
– Jak ma pani na imię?
– Aleksandra
– Muszę napisać: ślicznej Oleńce.
I jeszcze Szura w otoczeniu oficerów Pińskiej Białej Floty. Panowie w eleganckich
białych mundurach. I ona – Szura – z chmurą blond, prawie białych włosów,
a oczy ma czarne. Piękna Szura, przedmiot tylu westchnień.
Zawszona staruszka, śmierdząca kotami. Nic nie zostało. A jednak… Szura Tulejko
wciąż mieszka na Piaskach w Łunińcu. Ma teraz chyba około 80. lat.
Aleksandra Tulejko to Rosjanka. Razem z moją ciotką, Józefą Bilewicz, w czasie
wojny uczyła polskie dzieci matematyki na tajnych kompletach. Bo tak to już
jakoś było. Rozmaite nacje żyły w zgodzie i w symbiozie. Polacy modlili się w katolickim
kościele, prawosławni w cerkwi, a Żydzi w bożnicy. Żyli obok siebie i szanowali
się nawzajem – w praktyce, bo nie w teorii. Kacap, to zawsze kacap. Bolszewik
i komunista. Przeważnie nieuk. Dobrze, jeśli w ogóle piśmienny. Ale przecież nie
dotyczyło to pana Sokołowskiego, naszego domowego lekarza. Pan Sokołowski
to nasz własny kacap, przyjaciel rodziny, gotów na każde zawołanie przyjść z po
mocą. Od lat leczył całą rodzinę bezinteresownie i za darmo. A było kogo leczyć.
Rodzina była liczna i chorowita.
Albo Żyd. O, to jeszcze gorzej. Żyd to krwiopijca. Żydzi, nie dość że zamordowali
Pana Jezusa, to do dzisiaj stosują makabryczne praktyki rytualne. Nabijają
beczkę gwoździami do wewnątrz. Do środka tak spreparowanej beczki wsadzają
katolickie dziecko i toczą beczkę, aż utoczą całą krew z niewinnego chrześcijańskiego
dziecka. Tę krew dolewają do macy.
Pani doktor Singałowska, która leczyła zęby całej rodzinie, przynosiła w żydowskie
święto bardzo smaczną macę, którą wszyscy jedli ze smakiem. Ale to była
nasza „własna” Żydówka.
Małżeństwa z innowiercami były bardzo źle widziane. Kiedy brat mojej Babci
– Florian Kozłowski – zawiadomił swoją matkę, że chce się żenić z Rosjanką,
matka powiedziała słynne potem w rodzinie zdanie:
– Syneczku, wolałabym cię widzieć na katafalku.
A i tak z czasem wszyscy pokochali Nastię, która nigdy nie nauczyła się poprawnie
mówić po polsku. Moja Babcia mówiła w zadumie:
– Wszystko byłoby bardzo dobrze, ona jest taka miła, gdybyż jeszcze nie była
kacapką.
Były to tzw. rubieże Rzeczypospolitej i trzeba było pilnie strzec polskości, czystości
języka, znajomości polskiej literatury i historii.
Przy ulicy Mickiewicza szeregiem stały domy: Jarmontowiczów, Bartoszewiczów,
Bilewiczów, Ołtarzewskich, Sawickich i Piotrowskich. Były to rodziny z tradycjami
i ambicjami. Nie wiadomo jakim sposobem pomiędzy tymi posesjami
znalazł się dom Bernatów. Chatynka maleńka, kupa dzieci w środku. Narodowość
– „tutejsi”. Tak przeważnie określali swoją narodowość Białorusini. Syn Bernatów,
Kola, ożenił się z Żydówką. Była bardzo ładna ta Żydówka Bronia i zupełnie do
Żydówki niepodobna
W tym samym czasie ożenił się też mój wuj, Edward Bilewicz. W tym samym
też czasie w jednej i drugiej rodzinie urodziły się dzieci. Chłopak i dziewczynka.
Z początku Bernatowa była bardzo przeciwna małżeństwu swego syna z Żydówką.
Z czasem jednak pokochała swoją bardzo urodziwą synową i udane wnuki.
W czasie okupacji ktoś doniósł Niemcom, że żona Koli Bernata to Żydówka. Starej
Bernatowej nie było w domu. Poszła do lasu na jagody. Podczas jej nieobecności
Niemcy zabrali całą rodzinę i rozstrzelali za torami na Piaskach. Kolę Bernata, jego
żonę Bronię, ich dwoje dzieci, siostrę Koli Olę, jej męża, ich troje dzieci, a także
starego Bernata. Bernatowa wróciła z jagodami z lasu i zastała pusty dom.
W sionce domu mojej Babci stał duży kufer. Pamiętam, że dnami i nocami siedziała
na nim Bernatowa i płakała. Nie chciała wejść do naszego domu i nie chciała
już być w swoim domu. Oślepła od tego płaczu. Wypłakała oczy.
Wojna przyszła na Polesie od wschodu.
W nocy obudził nas łomot wyważanych drzwi. Przez wyważone drzwi wpadli
sowieccy żołnierze z karabinami „na sztyk”. Przecwałowali przez amfiladowe pokoje.
Wyszła do nich moja Babcia. Po rosyjsku, z poprawnym akcentem spytała:
– A wy czego tu szukacie?
– Będziemy likwidować burżujów!
– Durak! Koszulę w zębach nosiłeś, jak ja robiłam rewolucję w Rosji.
To jest odrębna historia z tym „robieniem rewolucji”. Moja Babcia owdowiała
w czasie I wojny światowej. Podczas rewolucji znalazła się z dziećmi jako uciekinierka
w Jelcu. Pracowała tam jako kierowniczka domu dla sierot i nieletnich przestępców.
Wracając z dziećmi do Polski, przywiozła ze sobą listy pochwalne i dyplomy
za wzorową pracę. Nie zniszczyła tych papierów mimo sugestii rodziny
i przyszedł czas, że się przydały. Cała okolica zachodziła w głowę, dlaczego nie
wywieziono na Sybir Bilewiczowej i jej rodziny.
Rano po wkroczeniu ruskich, zjawił się pan Sokołowski i powiedział do Babci
po rosyjsku:
Ot i oczutiłsia ja w swojom gosudarstwie (Obudziłem się we własnym kraju).
– A jeszcze dodał, że wywiesił czerwoną flagę. Babcia powiedziała:
– Precz!
Miałam jej to za złe. Pan Sokołowski był prawie członkiem rodziny. Tyle lat
wszystkich leczył. Nie rozumiałam, dlaczego tak bezwzględnie go wygoniła. Tymczasem
sowieci, mimo że powitał ich jak rodaków, pierwszym transportem wywieźli
go na Sybir i słuch o nim zaginął na zawsze.
Wielu tzw. tutejszych z entuzjazmem witało sowieckie wojsko, co wcale nie
chroniło przed wywiezieniem w głąb Rosji….

….

Zosia zamieszała patykiem w ognisku i nagle zawołała:
– Poczekaj, nie pal tego jeszcze! Takie ładne znaczki z kangurem. Powycinam znaczki. Mój wnuk Michałek zbiera. Od kogo masz australijskie listy?
– Od Jurka Pisza. Przecież znałaś Jurka.
– No chyba! Kto nie znał Jurka? To był niezwykle interesujący i przystojny facet.
Wszystkie dziewczyny kochały się w Jurku. Ja też. Legendy o nim opowiadano.
Wszechstronnie utalentowany, kompletny wariat. Z wykształcenia chemik, z zamiłowania żeglarz, fotograf i ornitolog. Zakładał kiedyś nad jeziorem Świdwie rezerwat ptasi. Wiecznie zabiegany, zaaferowany,nieprzytomnie zapracowany.Ciekawe, jak on znajdował czas na romanse? Żenił się, rozwodził i uwodził. Miał takie piękne, niebieskie oczy i zniewalający uśmiech. Nie wiedziałam, że z nim korespondujesz. Jakim sposobem znalazł się w Australii? Chyba wiesz, skoro tyle listów do ciebie napisał. Czekaj no… Jeżeli tyle napisał, to by oznaczało, że…
– Trafnie podejrzewasz, ale niedokładnie. Poznałam go nawet wcześniej niż
Zdzisia. Podobał mi się. Jednak odkąd poznałam Zdzisia i wyszłam za niego za
mąż, nikt inny mnie nie interesował.
Jurek był przyjacielem mego męża. Łączyła ich wspólna pasja żeglarska i dość ryzykowne wtedy poglądy polityczne. Wiem, jak Jurek znalazł się w Sydney. Pewnej nocy opowiedział mi o tym przez telefon. On często zapominał o różnicy czasu i bywało, że telefonował z Australii do Szczecina w środku nocy. Rozmawiałam z nim jakby przez sen. Rano nie zawsze pamiętałam, o czym mówiliśmy, ale to, o co pytasz, pamiętam. Płynął na „Marii” z Ludkiem Mączką. Zachorował. Polski statek zabrał go z jachtu i odstawił do szpitala
w Sydney. W tym czasie nastał w Polsce stan wojenny i Jurek do Polski już nie wrócił.
Minęło sporo lat i zapomniałam o nim.                                                                                  Tyle się działo w moim życiu przez te lata. Owdowiałam. Moja córka i wnuk wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Zresztą sama wiesz. Aż kiedyś zobaczyłam w miesięczniku Morze sprawozdanie z regat żeglarskich w Sydney podpisane przez Jerzego Pisza. W tym samym mniej więcej czasie wychodzący w Sydney Kurier Polski wydrukował moje opowiadania. Spotkaliśmy się na łamach gazet. Zaczęliśmy korespondować, czasem telefonowaliśmy. W tajemniczy i pełen niedomówień sposób powstała więź, której nie umiałam inaczej niż żartem określić. Jurek napisał: „Czy rozumiesz, co się dzieje?”. Odpowiedziałam: „Oczywiście, rozumiem. Ucinamy sobie śliczny, romansik oceaniczny”… I stało się tak, jakbym otworzyła ukrytą furtkę. Nasze listy nabrały wyrazu. Sama zobacz. Na przykład ten.
– To wielostronicowa nowela, nie list. Przeczytam chętnie, ale nie teraz. Nie pal
tego listu. Może w ogóle nie pal listów od Jurka. Dlaczego miałabyś je niszczyć, skoro
wciąż jesteście w kontakcie?
– Nie jesteśmy w kontakcie. On parę lat temu miał udar i jest sparaliżowany….

_____________________________________________

Maria Towiańska – Michalska – z żeglarstwem akademickim związała się w latach czterdziestych ubiegłego wieku w
Szczecinie; żona wieloletniego kapitana „Zewu Morza”.

Kpt. Bolesław Kowalski nie żyje

Bolo   Bolesław K.Kowalski 18.8.2012 Nowe Warpno

La Hermandad de la Costa Mesa Polonia

Bractwo Wybrzeża Mesa Kaprów Polskich

Pierwszy Sztorman Mesy, Przewodniczący Trybunału MKP

Jarosław Jeziorek #103

unnamedDrodzy Bracia !

  Informuję i proszę o przekazanie dalej informacji, że

  ostatnie pożegnanie  naszego

  Brata #1 Kpt. Bolesława Kowalskiego odbędzie się w  

 Warszawie na Cmentarzu Południowym w piątek 11

 września 2015r. o godz. 11.00

_______________________________________________________________________________________________________

Fotografia z rejsu „Śmiałym” dookoła Ameryki Płd; 1965-1966, kpt B. Kowalski.

Patagonia 1966.Wykład z geologii.Kpt.B.Kowalski_mgr.L.Mączka_fot.K.Baranowski  „Krótki wykład z geologii. Patagonia 1966. Głos ma mgr Ludomir Mączka – jego słuchaczem jest kpt. B. Kowalski. Odwrócenie hierarchii służbowej na rzecz podnoszenia kwalifikacji uczestników naukowej wyprawy”. Fotografia i tekst na odwrocie zdjęcia – Krzysztof Baranowski.

 

Krzysztof Jaworski: Żeglarskie wspomnienia

                                                           TRZY REJSY NA SWAROŻYCU
Pod Pieńkawą: – Gdynia – Ustka- Darłowo. Żegluga z kotkiem lecz bez steru – Dyskusje nawigatorów i wejście do Darłowa – Mądrości nawigacyjne.
Pod Wełnickim: – Gdynia – Bornholm – Władysławowo. Polityczny Mindur – Opowieści Rudiego.
Pod Samolińskim: Gdynia – Ustka – Władysławowo. Sztorm bridżowy w Ustce – Czerpiąc jakoś wracamy.

Krzysztof Jaworski; ur. 1933W 1954 roku wypadał rok „nieprzestępczy”, to znaczy żaden żeglarz nie uciekał jachtem (czy z jachtu) zagranicą. Ku naszemu zdumieniu, wszystko szło nader gładko- zafunkcjonowały listy członków klubu wysłane na wiosnę i sprawdzane przez milicję; WKKF wbił nam „klauzule na pływania morskie”, no i Swarożyc został spuszczony na wodę w porę i jako – tako wyremontowany. Z „wielkiego remontu”, polegającego na wymianie wręgów z drewnianych na stalowe, w konsekwencji wymiany poszycia, z braku funduszy trzeba było zrezygnować. Niemniej Stefan Domański przytargał wręgi zrobione na miarę „z odpadów” na Stoczni Gdańskiej i uroczyście złożył je w hangarze w Wisłoujściu.

Pierwszy rejs poprowadził kapitan Zbigniew Pieńkawa, czyli mówiąc prościej, Kapitan Papawa. Wypłynęliśmy z Gdyni 27. lipca z zacną załogą, przy czym funkcję pierwszego oficera pełnił Czesio Skibicki, czyli Naczelny Irygator. Ja robiłem za trzeciego. Byłem niezwykle podniecony – był to bowiem mój pierwszy, prawdziwy rejs morski! (Nie wiedziałem wtedy, że dla Pieńkawy był to też pierwszy rejs, ale kapitański). Żeglowaliśmy przy pięknej pogodzie dookoła Helu, i płynąc ostrym beidewindem wypchaliśmy się do wieczora już pod Władysławowo. Na wysokości Rozewia, chwyciła nas dość wysoka martwa fala, no i skutki były szybko widoczne – rzygnąłem na żółto (kartofelki z obiadu!), ale szybko mi przeszło. Wiatr klapnął, i fala szybko się zmniejszyła. Bardzo spokojnie płynęliśmy na zachód mając ląd w zasięgu wzroku. Nad ranem minęliśmy Łebę i do wieczora dopłynęliśmy do Ustki. Cumując koło latarni morskiej, udaliśmy się na dobrze zasłużony wypoczynek.

Po porannym zwiedzeniu miasta – wypłynęliśmy dalej na zachód. W nocy załoga zwiększyła się o jednego ślepego pasażera – na pokład przyplątał się mały, czarny kotek! Szybko się zadomowił we wnętrzu jachtu. Wiatr 2-3° B z południowego zachodu pozwolił nam wziąć kurs na Christiansö, które Pieńkawa postanowił opłynąć w kółko – nic lepszego nie mogło mi się trafić. Moja wachta wypadała od 16.00 do 20.00, więc usiadłem za sterem, podczas gdy całe towarzystwo udało się pod pokład celem rozegrania kilku robrów na dwa stoliki, gdyż cała załoga liczyła dziewięć osób. Ustawiłem bezana i foka, tak, żeby zrównoważyć jacht, więc praktycznie nawet nie musiałem dotykać rumpla; płynąc pod żaglami, jacht odchylał się po kilka stopni od kursu – zupełnie jak w podręczniku! Zadowolony gapiłem się na lekką falę i skrzeczące mewy – jednym słowem prawdziwy „joting” i dolce farniente. Większa falka wystawiła nas trochę do wiatru, więc postanowiłem skorygować kurs sterem. Delikatnie przyciągnąłem rumpel … i nic. Pociągnąłem mocniej i omal nie wypadłem za burtę – rumpel był zupełnie luźny! Jacht sam wrócił na kurs, a ja przyjrzałem się uważnie rumplowi. Głowica trzymała wał sterowy mocno, tyle że takowy kręcił się luźno w kokerze. Znaczyło to, że nie mamy steru!! Odruchowo spojrzałem za rufę – wisiał za nią krótki koniec urwanej logliny – resztę, razem z propelerem szlag trafił. No więc miałem już pełną diagnozę: urwała się płetwa sterowa, i jako drewniana, wypływając na powierzchnię, urwała log! Wstałem od bezużytecznego rumpla, i zlazłem do kajuty. Panowała tam wysoka temperatura, Kapitanowi szła akurat karta i rozgrywał szlemika. Poczekałem trochę, i możliwie najspokojniej oświadczyłem:
– Kapitanie, nie mamy steru
Zbyszek spojrzał na mnie nieprzychylnie, podejrzewając jakiś wygłup. Musiałem się „zabożyć”, co podniosło towarzystwo od stolików. Wybiegłem na pokład i demonstracyjnie okręciłem rumpel w kółko. To ruszyło lawinę paniki – Zbyszek zaczął latać po pokładzie i wydawać różne rozkazy, nieco bez sensu, bo nic się nie działo, tylko płynęliśmy nadal z prędkością czterech węzłów w kierunku Christiansö, mając Ustkę pięćdziesiąt mil za rufą. Wreszcie, po pewnym czasie „Rada Załogowa” uzgodniła plan działania: z podłóg zbitych gwoździami stworzyliśmy prowizoryczny „ster” podwieszony pod rufą na linach i „sterowany” prawym i lewym „szotem steru”. W międzyczasie na żaglach ustawiliśmy się w pół wiatru przeciwnego kursu i mniej więcej ruszyliśmy na południe.

Przez całą noc żeglowaliśmy z prędkością dwóch – trzech węzłów nieco zygzakowatym kursem, który kolejni oficerowie wachtowi usiłowali przenieść na mapę, zliczając przebytą drogę metodą logu burtowego z butelek po piwie. Żeglugę urozmaicał kotek, rzygający jak przysłowiowy kot. Wstał mglisty poranek, i gdzieś około południa zamajaczyła przed nami jakaś budowla. Utworzyły się z miejsca dwa obozy nawigatorów. Zbyszek krzyknął, że poznaje magazyny w Kołobrzegu, Czesio twierdził, że to Ustka, w końcu mgła się podniosła i nawigatorów pogodziło Darłowo. Wiała sympatyczna jedynka z południowego zachodu, i ciągnąc szoty steru udało się skierować dziób w wejście. Za główkami zrzuciliśmy szmaty i kotwicę. Pod salingiem załopotała nasza jedyna flaga kodu „M”, która jak na zamówienie- akurat pasowała do sytuacji. Widocznie stanowiliśmy nie lada atrakcję, bo z kanału wypłynęła pilotówka i zaholowała nas za zwodzony most do nabrzeża małych warsztacików Urzędu Morskiego. Kotek, natychmiast po przycumowaniu dał dyla – żeglarstwo mu widocznie nie odpowiadało.

W Darłowie stał właśnie nasz klubowy towarzysz – Szkwał II pod wodzą Wojtka Samolińskiego, z zamkniętym za karę w forpiku – „Kanarkiem”! Był to jednak nie zwyczajny kanarek, ale Pan Sławek Tobiasz, z powyższym pseudo, który tak jakoś napyskował Kapitanowi, że ten za karę go zamknął w forpiku. Nasze przybycie rozluźniło jednak sytuację, wszyscy wzięli się za nasz remont i właściwe porady. Na nabrzeżu był mały dźwig, którym unieśliśmy nieco rufę, i okazało się, że nie jest tak źle: płetwa sterowa była na swoim miejscu, tylko wał steru ukręcił się przy samym kokerze. Dokonaliśmy remontu, przewiercając obie końcówki wału i biorąc wał w łubki skręcone śrubami. Trudno to sobie wyobrazić, ale ten patent zadziałał sprawnie do końca sezonu! Nasz przypadek zaowocował takim oto usprawnieniem – mianowicie na płetwach sterowych, zamontowano uszko, przez które można by w razie awarii wału sterowego przeciągnąć „szoty steru”!

Powrót do Gdyni był łatwy i szybki, i tak się skończył mój pierwszy rejs morski, na którym ukręciłem 750 mil morskich. To że się coś na jachcie urywa, po doświadczeniach Wichra to nie była dla mnie nowina. Uroki nawigacji bez logu i z mniej więcej działającym kompasem – to też nie była nowość. W rezultacie potwierdziło mi to dwie podstawowe zasady nawigacji po Bałtyku.

Pierwsza, to: „Jak się ściemni, to się wyjaśni”. Faktycznie, taką latarnię morską widać w nocy z kilkunastu mil i łatwo ją zidentyfikować. Poznanie tej latarni w dzień wymaga podejścia bardzo blisko brzegu.

Druga, że trzeba zawsze zakładać najbardziej niemożliwy wariant przebytej drogi i kursu, i ewentualnie wyciągnąć z niego średnią.

Z „metodą kaszubską” zapoznałem się nieco później. Jest ona wielce prosta: na łowisko jedziemy na „kwiotek”, czyli na upstrzoną różnymi zawijasami północ na róży kompasu, do domu zaś wracamy na „Sy”, czyli na południe i patrzymy kiedy zrobi się „biała woda”, czyli przybój. Wtedy zatrzymujemy silnik i słuchamy, czy szczeka pies Konkelów, czy Neclów, i w zależności od jego identyfikacji – płyniemy do portu w prawo, lub w lewo. Oczywiście jest to prześmiewka, ale raz dzięki tej metodzie znaleźliśmy właściwy kurs!

Ponadto zdobyłem jeszcze inne doświadczenie nawigacyjne: zdając wachtę o północy, zaznaczyłem na mapie naszą pozycję. Na co z koi wylazł Pan Kapitan, i począł skrupulatnie sprawdzać trójkątami i cyrklem przebieg drogi na mojej wachcie – i z triumfem odkrył, że „jego pozycja” różniła się od „mojej” o jakieś pół kabla. Zostałem opieprzony i pouczony, że taki brak staranności może kosztować życie! Wysłuchałem tego z nabożnym skupieniem, obiecując poprawę i jak widać, zapamiętałem tę lekcję.

Po powrocie do Gdyni, czekała już nowa załoga, a ja, prawie że etatowo, zostałem też na kolejny rejs. Prowadził tym razem Wiesio Wełnicki, niezwykle spokojny facet (jak się okazuje był to jego dziewiczy kapitański rejs, wtedy o tym nie wiedziałem i byłem pełen nabożnego szacunku dla poważnego Kapitana). Ja awansowałem na I-go Oficera. W załodze mieliśmy też element „polityczny”, czyli pana prorektora Mindowicza. Od czego był prorektorem, tego nie pamiętam, ale Zarząd Środowiskowy AZS przykładał wielką wagę do jego przewiezienia jachtem po morzu. W sumie okazał się dość sympatyczny, choć rzygał jak kot, lecz się nie skarżył. Natomiast główną atrakcją towarzyską rejsu stał się Rudi Fojcik, autentyczny Ślązak który potrafił i lubił opowiadać po śląsku. Opowieści jego były krwawe i ponure, miał on bowiem za sobą szlak bojowy spadochroniarza z Falmschjaeger Division; od Sycylii do Padu. Jedna z przepięknych opowieści dotyczyła nieudanego poddania się całego oddziału. Stojąc na jakiejś górce, pluton Rudiego wysłuchiwał odgłosów nocnej bitwy, która jakby przetoczyła się doliną w kierunku na północ. Wstał cichutki ranek, i dzielni żołnierze doszli do wniosku, ze są już na alianckich tyłach. Wyrzucili więc w krzaki swoje schmeissery, i przygotowali się do niewoli, konsumując skrzynkę czekolady zafasowaną w jakiejś fabryce. Niestety, alianci nie przyszli, a wieczorem zjawił się leutenant z rozkazami – okazało się, że front wcale nie przeszedł. Pozbierali swoje śmiercionośne zabawki, ale iść nie mogli – wszyscy mieli potworne zatwardzenie. Sytuację rozwiązał leutenant lejkiem od benzyny i wiadrem z mydlinami. Mensch, tak nas szprycowali, że jednemu pękł brzuch i umorł, ale gute witz! – zakończył swą najłagodniejszą opowieść Rudi. Reszta opowieści nie nadaje się do druku. W końcu tak narozrabiał, że za karę posłano go na tyły frontu wschodniego z grupą dywersyjną. Pomimo sławetnej dobrej organizacji, nie wszystko u Niemców grało, gdyż Rudiego zrzucili na ….Śląsk. W ten sposób mógł dość sprawnie zdezerterować do domu, unikając kuli od swych kolegów, no i oczywiście od Sowietów. Dzięki temu mogliśmy posłuchać wyżej wymienionych wycinków z jego barwnego żywota. Rudi wykazał swój temperament i szybką orientację, gdy któryś z kolegów nieudolnie zaczerpnął wiadrem wodę zza burty, no i wiadro z urwaną linką zostało za rufą. Rudi błyskawicznie zrzucił koszulę i ostrym startowym zanurkował w wodę. Teraz mieliśmy klasycznego „człowieka za burtą” i wyłowiliśmy go w czterdzieści sekund, oczywiście z wiadrem Było to nasze jedyne, więc wdzięczność kapitana nie miała granic.

Tym razem nawigacja była sprawna i podpłynęliśmy aż pod Bornholm. Było to dla mnie nieopisane wrażenie, że za tą wodą jest jednak jakiś ląd, i to tak piękny. Potem wróciliśmy 15. sierpnia z rześkim wiatrem do Gdyni. Ukręciłem znów 710 mil.

Rozochocony sukcesem, zostałem na trzeci, wrześniowy rejs, tym razem pod wodzą Wojtka Samolińskiego. Do kompletu mej praktyki dodałem funkcję II Oficera. Cała załoga liczyła dziesięciu chłopów, toteż można było zorganizować bridża na dwa stoliki, a reszta podawała napitki i w przerwach mogła grać w zechcyka. Stało się tak, gdyż wrześniowa aura dała nam w tyłek na tyle mocno, że z trudem dohalsowaliśmy do Ustki. Biedny Swarożyc tłuczony na fali puszczał wodę z szybkością kilkudziesięciu wiader na wachtę. Schronienie się przed szalejącym przez dalsze trzy dni sztormem było absolutną koniecznością. Po zniszczeniu zapasów, na resztkach sztormu popędziliśmy na wschód, ale pomimo stałego czerpania było tak mokro w środku, że Wojtek zdecydował się zrobić przerwę we Władysławowie. W godzinę po nas, przytelepał się LPŻ-towski Chrobry. Ci mieli jeszcze lepsze osiągnięcia w wyczerpywaniu wody, wypadło im ponad sto wiader na wachtę! Tym razem wróciliśmy do macierzystego Wisłoujścia, i był to, jak się okazało, ostatni rejs Swarożyca w jego poniemieckim wcieleniu. Wyciągnięty do hangaru posłużył po prostu jako „kopyto” do zdjęcia wymiarów, i zbudowania obok zupełnie takiego samego jachtu co zajęło blisko siedem lat. Następny rejs na tym pięknym jachcie odbyłem dopiero w 1965 roku, z tym że ze starego Swarożyca został tylko balast i bezanmaszt.

Był to dla mnie niezwykle udany sezon: przede wszystkim zdobyłem dwa tysiące mil morskich stażu po stopniu sternika morskiego, a więc staż na kapitana. No i okazało się, że na prawdziwym morzu choroba morska mnie się nie ima, tak więc świat stał otworem!! Mogłem zająć się nauką, która rozpaczliwie mnie ścigała.

                                                                                                                                                                          Krzysztof Jaworski
_______________________________________________________________________________________________________

Krzysztof Jaworskiur. 1930r.; jachtowy kapitan morski; żeglarstwo uprawia od 1947r., początkowo w drużynie harcerskiej w Szczecinie; w szczecińskim żeglarstwie akademickim od początku lat pięćdziesiątych; brał udział w Mistrzostwach Polski Jachtów Morskich w 1952, 1953 (zdobywa I miejsce – Mistrzostwo Polski), 1955; liczne regaty morskie i śródlądowe (Słonka, Finn); w latach 1954-1959 Komandor Klubu AZS Gdańsk; członek Komisji Morskiej ZG AZS; w latach 1960-1966 członek Komisji Kapitanów ZG PZŻ; w latach 1983-1988 Komandor Klubu “Cała Naprzód” Warszawa; działalność instruktorska (Trzebież), publicystyczna (m. in. Żagle); mieszka w Warszawie.